drewniana rzezba

drewniana rzezba

środa, 28 lipca 2010

41. Na uspokojenie

Jestem obrzydliwą egoistką, ale z ulgą przyjęłam załamanie pogody- nawet
caluteńki deszczowy poniedziałek, poprzecinany deszczem wtorek i lekko
mokry dzień dzisiejszy bardzo mi się podobają.

Połowę poniedziałku spędziłam w murach szpitala. To co mnie najbardziej
zezłościło, to całkowity bałagan na oddziale kardiologii zachowawczej. A cały
mój kontakt miał być ograniczony do przybycia tam na czczo o 7,30 rano,
odebraniu zlecenia do pracowni echokardiografii, otrzymaniu wenflonu w
lewą górną kończynę i udaniu się na badanie.
Ponieważ jestem dość zdyscyplinowanym pacjentem, przywlokłam się na
wskazaną godzinę, oczywiście na czczo. Sekretariat oddziału nawet był już
czynny, dostałam papierki i pomaszerowałam na oddział.Wpierw pani
pielęgniarka zadała mi mnóstwo bardzo dziwnych pytań, skrupulatnie notu-
jąc moje odpowiedzi, potem zdziwiła się, że nie posiadam ze sobą bielizny
nocnej, w końcu umieściła kartkę z moim nazwiskiem na tablicy rozmiesz-
czenia chorych w poszczególnych salach i kazała mi czekać, odsyłając mnie
na "drewniane ławeczki", w holu. Ławeczki rzeczywiście były drewniane,
o czym świadczyły liczne zadry, czepiające się ubrania. Poza tym odnoszę
wrażenie, że ich projektant nigdy nie siedział na ławce własnego projektu.
Oparcie było tak wyprofilowane, że spychało siedzącego z siedziszcza. No
wprost rewelacyjny projekt. Trochę siedząc, trochę spacerując, zaczęłam
czekać. O godzinie 10 miałam już dość, poczłapałam na oddział, dopytać
się kiedy wreszcie dostanę ów świstek. Odpowiedzią było głównie wzru-
szenie ramionami i zapewnienie mnie, że moje papiery leżą już w pokoju
lekarzy. Moje tłumaczenie, że przecież badanie miało być o 8,00 nie
zrobiło na pielęgniarce żadnego wrażenia. Wściekła, zadzwoniłam do
pracowni echa i opowiedziałam, co jest grane. Za 5 minut pielęgniarka
wcisnęła mi w garść moje papiery, w rękę wenflon i wysłała mnie bez
zlecenia do pracowni.

Z tym oddziałem już miałam do czynienia, bo mąż przebywał na nim 40 dni.
Tak kiepskiego oddziału dawno nie widziałam. Najbardziej rozbawił mnie ich
oddział intensywnej terapii. Przy każdym łóżku były zainstalowane monitory,
każdy pacjent podłączony i.....tylko przy jednym łóżku można było zmierzyć
pacjentowi ciśnienie skurczowe i rozkurczowe oraz tętno. Przy pozostałych
aparatach zawsze czegoś brakowało. Miernik u mego męża pokazywał ciśnie-
nie jedno i drugie, ale ponieważ ktoś , gdzieś "zapieprzył" sondę, nie pokazywał
tętna, a akurat ten wynik był w jego przypadku istotny. By zmierzyć tętno
przynosiłam z domu własny ciśnieniomierz. I to wcale nie był wynik niedo-
finansowania, tylko zwykłego niechlujstwa i wielkiego "niechciejstwa".

Badania zrobiłam, wszelkie dolegliwości są wynikiem nerwicy wegetatywnej.
I to właściwie jest dobra wiadomość, nie mniej, trzeba je powtórzyć za rok.
A ja mam dla Was maleńki filmik. Ciekawa jestem jak się Wam podoba.

video

czwartek, 22 lipca 2010

40. Co to ja chciałam...?

Czy zdarza się Wam wejść np. do kuchni i nagle poczuć całkowitą pustkę
w głowie - weszliśmy, ale zupełnie nie wiemy po co.
Mnie się to zdarza średnio raz na tydzień i początkowo byłam tym przera-
żona, nic tylko Alzheimer stoi u drzwi. Potem przeanalizowałam sprawę i
wiem, że taki przypadek trafia mi się wtedy, gdy robię kilka rzeczy na raz,
a owa rzecz, która mnie ściągnęła do kuchni nie ma nic wspólnego z tym
co robię i tym samym nie skupiałam na tym uwagi.

Nie da się ukryć, że z wiekiem nasz mózg , podobnie jak i inne części orga-
nizmu, zaczyna nieco gorzej funkcjonować. Jesteśmy mniej sprawni rucho-
wo, bo nasze chrząstki stawowe ulegają ścienieniu, zbyt rzadko używane
mięśnie tracą swą elastyczność i wydolność, do tego często dochodzi nad-
waga. No i kłopoty z pamięcią. Co raz więcej osób starszych już choruje na
chorobę Alzheimera, a lekarze przewidują wzrost zachorowań. Na razie trwa
walka o jak najwcześniejsze rozpoznanie tej koszmarnej choroby, która
gdy jest zaawansowana, sprowadza człowieka do poziomu niemowlaka.

Już dziś wiadomo, że za stan chorobowy odpowiada zetknięcie się
w mózgu dwóch nieprawidłowych białek. Jedno z nich, które występuje
w neuronach, gdy jest zle rozszczepione przez enzymy, wytwarza
"peptydy amyloidu beta".Gdy są one nie usuwane, tworzą złogi w postaci
"blaszek amyloidowych", które utrudniają prawidłową komunikację komó-
rek nerwowych w obszarach istotnych dla pamięci. Drugim winowajcą jest
białko tau, które, gdy jest wadliwe, przestaje stabilizować strukturę
włókien nerwowych i neurony rozpadają się.

Gdy ukończymy 75 lat każdy z nas ma w mózgu te anormalne białka
w niedużych ilościach, ale nie powodują one demencji. W chwili, gdy ich
ilość się zwiększa i zaczynają się ze sobą stykać, mamy stan chorobowy.
Leków, które wyleczyłyby chorobę Alzheimera wciąż nie ma, choć
istnieją leki opózniające jej rozwój. Ale oprócz leków my sami dla siebie
możemy sporo zrobić i to już od dziś.

Przede wszystkim należy dobrze odżywiać mózg , czyli stosować dietę
śródziemnomorską, bogatą w warzywa, owoce i wielonienasycone kwasy
tłuszczowe. A więc od dziś zamiast chlebek smarować masłem, maczamy go
w oliwie, tej tłoczonej na zimno.
Codziennie wychodzimy przynajmniej na półgodzinny spacer.
Osoby, które nie pracują zawodowo powinny stymulować swe życie
intelektualne. A więc brać żywy udział w życiu społecznym, rozwiązywać
krzyżówki, czytać, dyskutować, często bywać poza domem i w miarę
swych możliwości starać się podróżować. Jednym słowem- dostarczać
swemu mózgowi nowych bodzców.

No właśnie- w ramach dostarczania sobie nowych bodzców idę za chwilę
na spacer ze psem, który dbając o pełnię moich wrażeń i stymulację
mózgu, znów trochę choruje.

czwartek, 15 lipca 2010

38. Towar deficytowy

Czy wiecie, co jest najbardziej deficytowym towarem? Nie, nie szczęście -
tym deficytowym towarem jest myślenie. Teoretycznie wszyscy myślimy,
z tym, że niektórzy nałogowo wyłączają funkcję zwaną myśleniem. Gdy już
życie im się całkowicie poplącze, zapytani dlaczego tak a nie inaczej postą-
pili, nie znają odpowiedzi, lub cichutko przyznają : " nie pomyślałam/łem."

Mieszkam w tym samym miejscu już 37 lat, a mimo tego nie znam wielu
osób mieszkających nie tylko na mojej ulicy, ale nawet w tym samym
bloku. Taka mało towarzyska jestem. A do tego nie lubię stać na ulicy i
mleć ozorem. Mam za to inną, koszmarną cechę - uśmiecham się do dzieci
i zagaduję do psów. Uśmiecham się do dzieci, bo w ten sposób one uczą się
uśmiechać nawet do obcych, zagaduję do psów, bo sama mam psa i znam
prawie wszystkie.

Ze 3 lata temu uśmiechnęłam się do ślicznej małej dziewczynki, która od tej
pory zawsze mówiła mi z uśmiechem "dobly" i czasem coś opowiadała, a to
o lalce, którą niosła, a to o kaloszach, które miała na nóżkach. Towarzyszyła
jej bardzo szczupła kobieta o figurze modelki i czasem wymieniałyśmy uwa-
gi na temat pogody. Zauważyłam,że One mieszkają kilka klatek ode mnie,
w tym samym bloku. Pewnego dnia mała zaćwierkała do niej per "babciu",
a mnie aż szczęka opadła. Pani zauważyła moje zdziwienie i wyjaśniła, że
jest faktycznie babcią małej. I wtedy coś w niej pękło, bo nie pytana, zaczęła
mi opowiadać.
Mała była nieślubnym dzieckiem jej córki, którym ona się opiekuje, bo
córka mieszka z jakimś facetem, który nie życzy sobie "bachora" w domu.
Do małej przyjeżdża bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy partner o tym nie wie.

Gdy ją spotkałam następnym razem odprowadzała małą po raz pierwszy do
przedszkola. I powiedziała, że córka wróciła do domu, bo właśnie jest w ciąży,
ale partner nie życzy sobie tego dziecka i ją wyrzucił z mieszkania, w którym
oczywiście nie była zameldowana.

Za kilka miesięcy zobaczyłam tę córkę z maleństwem i starszą córeczką. Po
pewnym czasie zniknęła, zostawiając mamie drugie dziecko. Po jakimś
czasie zabrała maleństwo, twierdząc, że tym razem trafiła na człowieka,
który ją kocha, zgadza się by wzięła ze sobą dziecko ( ale tylko to mniejsze,
bo o starszej córeczce nic nie wiedział) i że tym razem to wszystko będzie
pięknie, bo oni się pobiorą. Idylla nie trwała zbyt długo, plany małżeńskie
rozwiały się, gdy tylko okazało się, że będzie kolejne dziecko. Jest tylko
jedna zmiana- partner chce koniecznie odebrać "swoje" dziecko, gdy tylko
przyjdzie ono na świat, bo co to za matka, która miewa nieślubne dzieci.
I nawet jej z domu jeszcze nie wyrzucił, choć jej wciąż robi awantury.

Sąsiadka, ilekroć mnie spotka zadaje mi retoryczne pytanie, co ona ma zrobić.
A ja naprawdę nie wiem. Bo to nie jest jakaś patologiczna rodzina, ta
córka pracuje i nawet robi jakieś studia zaoczne, dba o to dziecko, które
jest razem z nią. Z kolei ja zadałam sąsiadce pytanie, czy córka wie, że
istnieje coś takiego jak antykoncepcja.I wiecie co - ona wie, ale jej partnerzy
lubią spontaniczność i naturalność w tej materii, więc wszystkie środki,
jako nienaturalne, odpadają.

I powiedzcie mi, czy nie mam racji,że myślenie jest towarem deficytowym?
Ostatnio, gdy wychodzę z domu i widzę na horyzoncie sąsiadkę, zmieniam
kierunek drogi. No bo co ja mam jej na to wszystko powiedzieć?

środa, 14 lipca 2010

37. Skończyłam


A więc stało się, wreszcie skończyłam serwetę.
Zrobiona jest z 77 kwadratów, łączonych ze sobą w trakcie roboty. Leży na
stoliku wielkości 97 x 58 cm.
Co bystrzejsze osoby dostrzegą bez trudu , że serweta jeszcze nie jest roz-
prasowana, ale rozprasuję ją gdy skończą się upały. Sama myśl o włączeniu
żelazka jest dla mnie przerażająca.
Serwetę robiłam z bawełny tureckiej Altin Basak Maxi, zużyłam na nią ok.
1700 metrów nitki, czyli 300 gramów. Robiłam szydełkiem nr 1,75
Bardzo lubię robić serwety tą bawełną, ma ładny połysk i trwały kolor.
Wzór można znależć w pisemku "Robótki ręczne-extra". nr 4/2010.
Właśnie dziś je zakupiłam w Empiku, w dziale "prasy kobiecej". Ten numer
pisemka zawiera najładniejsze wzory serwet, wybrane z różnych numerów
miesięcznika "Robótki ręczne".

wtorek, 13 lipca 2010

36. Trochę spóznione wspomnienie

Czy pamiętacie powieść Salingera "Buszujący w zbożu"? W Polsce ukazała się
po raz pierwszy w 1961 roku, w dziesięć lat po ukazaniu się jej w USA.

Rodzice Jerome Davida Salingera pochodzili z Polski, byli narodowości
żydowskiej, w Bydgoszczy posiadali duży sklep rzezniczy. Jerome urodził
się w 1919 roku w USA, dokąd jego rodzice wyemigrowali tuż przed jego
narodzinami.
Salinger ukończył Akademię Wojskową, w czasie wojny służył w armii
amerykańskiej, brał udział w lądowaniu wojsk w Normandii.

Swą jedyną powieść "Buszujący w zbożu" zaczął pisać gdy miał 15 lat.
To zaledwie 3 dni z życia szesnastolatka, który buntuje się przeciw obłudzie
świata dorosłych.
Oprócz tej powieści Salinger wydał trzy zbiory opowiadań: "Dziewięć opo-
wiadań" , "Wyżej podnieście strop cieśle;Seymour","Franny i Zooey".
W Polsce te opowiadania ukazały się w latach 1966-67.
Napisał też dość sporo opowiadań, które ukazywały się w czasopismach
amerykańskich.

W 1965 roku podjął decyzję o wycofaniu się z czynnego życia pisarza i
całkowicie zaprzestał publikowania swoich opowiadań.
Nie zgodził się nigdy na zekranizowanie swojej powieści, odmówił również
wydania zgody pewnemu szwedzkiemu pisarzowi na napisanie jej konty-
nuacji.
Zniknął całkowicie z życia publicznego, chroniąc się w maleńkiej wiosce
Cornish, w stanie New Hampshire.
Bardzo rzadko widywano go w miejscowym markecie, restauracji lub
kawiarni. Regularnie uczestniczył raz w miesiącu w obiedzie w małym
kościele unitarian uniwersalistów w miasteczku Hartland, odległym od
Cornish o całe 15 kilometrów.

Nie bardzo wiadomo, dlaczego tak całkiem wycofał się z życia. Czy zabrakło
weny, czy może obawiał się, że już żadna napisana książka nie dorówna
jego pierwszej i jedynej powieści , a krytyczne opinie będą zbyt bolesne?

Podobno pisarzami zostają ci, którzy mają trudności w pełnym i prawdziwym
komunikowaniu się z innymi ludzmi drogą wymiany słów. Często są to ludzie
pełni kompleksów, bardzo nieśmiali. Pisanie jest dla nich swego rodzaju
przymusem, sposobem porozumiewania się z innymi.

J.D. Salinger zmarł 27 stycznia tego roku, przeżywszy 91 lat, do samego końca
pozostając mieszkańcem Cornish.

poniedziałek, 12 lipca 2010

35. Noce takie są upalne.....

Gorąco w dzień, gorąco w nocy. Okna pootwierane w mieszkaniu na
przestrzał i zero przewiewu.Wczoraj gorący piłkarski wieczór, chyba
wszyscy mieszkańcy mego osiedla oglądali mecz i to na pełnym wzmoc-
nieniu, powrzaskując przy tym dramatycznie.
Mieszkam na parterze, wśród dużej ilości zieleni i stara lipa wraz z brzozą
chronią całkiem niezle przed promieniami wściekłego słońca aż do bardzo
poznego popołudnia. Potem wspomagam się grubą zasłoną.
Po meczowych emocjach, tak między 24 , a 1 w nocy, przy szeroko otwar-
tych po obu stronach mieszkania oknach, udało mi się zasnąć.
Obudził mnie donośny głos sąsiadki zza ściany, która komuś wymyślała.
Zastanawiałam się tylko, leżąc z zamkniętymi oczami, co ona robi w moim
pokoju? Byłam pół przytomna i zupełnie nie mogłam oczu otworzyć.
"Wynoś się"-wrzeszczała, (chyba do mnie?) sąsiadka. Wreszcie otworzyłam
oczy- w pokoju nie było nikogo poza mną i psem, który powarkiwał, a sąsiadka
nadal kogoś wyganiała. Wreszcie zwlokłam się z łóżka i wyszłam na loggię.
-co się stało? -pytanie skierowałam do niewidocznej dla mnie sąsiadki.
-to te przeklęte koty, włażą mi na balkon i do mieszkania , duchota i upał,
a ja nie mogę mieć otwartych drzwi na loggię, to już drugą noc, ale tym razem
wlazły mi dwa- informowała mnie sąsiadka. - A do ciebie nie włażą? zaintere-
sowała się.
-Przecież winobluszcz masz na balustradzie, to łatwiej im się wspiąć do ciebie
niż do mnie- dociekała sąsiadka.
-nie wchodzą, nie mogą, mam całą loggię zabezpieczoną siatką na woliery,
bo właziły mi na balkon zimą i wiosną.
-to czemu mi nie powiedziałaś?
-bo do ciebie nie właziły przecież.
-przepraszam,że cię obudziłam, zreflektowała się sąsiadka,
ale mnie te koty wystraszyły.
-mnie też obudziłaś, zabasował sąsiad z I piętra.
Wycofałam się do mieszkania zauważając smętnie, że temperatura na loggii
niczym nie odbiega od tej w mieszkaniu.
I przypomniała mi się stara, przedwojenna piosenka:
"Noce takie są gorące, a słowiki spać nie dają
i po nocy, do mej izby, jakieś strachy zaglądają".
Słowiki na moim osiedlu nie śpiewają, ale straszą koty, którym często mylą
się loggie. Bo to są koty sąsiadów, które nocą są wypuszczane z domu na dwór.
Jestem pewna, że dziś zostanie wdrożone przez sąsiadkę śledztwo - wszak
trzeba ustalić czyje to koty. A może jakąś komisję śledczą powoła- to takie
modne teraz. :)))))

sobota, 10 lipca 2010

34. Upał a ja......

bardzo się cieszę , ale nie z upału.
Przeczytałam wywiad ze znanym genetykiem, Johnem Craigiem
Venterem. J.C. Venter jest biologiem molekularnym, jednym z twórców
stworzenia mapy ludzkiego genomu. Ponadto jest pionierem w zakresie
syntetycznego tworzenia żywych organizmów. Ostatnio wraz ze swym
zespołem stworzył pierwszy żywy organizm- bakterię- z syntetycznego
materiału genetycznego. Niewiele jeszcze ta bakteria potrafi zdziałać, ale
zdolna jest do samodzielnego życia i rozmnaża się.

Najbardziej ucieszył mnie fakt, że raczej nie prędko sprawdzą się przepo-
wiednie zarówno entuzjastów jak i przeciwników badań genetycznych.
Entuzjaści piali, że z chwilą poznania sekwencji DNA otwiera się przed
ludzkością świetlana przyszłość. Bo: "zrobimy badania genetyczne i będzie
od razu wiadomo na co będziemy chorować lub nie". A okazuje się, że to,
jak na razie fikcja, rodem z powieści sf.
W organizmie ludzkim zachodzi mnóstwo przeróżnych skomplikowanych
procesów chemicznych, mających wpływ na fizjologię. Nie ma szans na
wynalezienie indywidualnej terapii dla każdego pacjenta, skomponowanie
dla niego indywidualnej pigułki.

Ucieszyła mnie jeszcze jedna wiadomość- rozszyfrowanie mapy ludzkiego
genomu wcale, a wcale nie spowoduje "produkcji" ludzkich komórek.
Komórka ludzkiego ciała jest po prostu zbyt skomplikowana by ją można
dokładnie poznać. Okazuje się , że uczeni nie wiedzą nawet, jak działa
najprostsza bakteria.

A ludzkości przydałyby się bakterie wytwarzające benzynę, plastik,
asfalt, czyli wszystko to, co jest wytwarzane z ropy naftowej, której zasoby
ubożeją z roku na rok. Na razie jedyne co produkują dla nas bakterie to
alkohol.
Ale by stworzyć te nowe bakterie trzeba wpierw zbudować całkowicie
nowy genom bakterii.W chwili obecnej technologia, którą stosuje zespół,
pozwala na wytworzenie w ciągu jednego dnia zaledwie kilku nowych
bakterii, które ciągle jeszcze nic nie potrafią. A takich bakterii powinno być
produkowanych dziennie milion. No a potem trzeba je tak wyposażyć
genetycznie by wytwarzały biopaliwa z dwutlenku węgla. No cóż, nie da
się ukryć, że zupełnie nie wiadomo, kiedy takie pożyteczne "żyjątka"
zaczną z sukcesem działać na naszą korzyść. Może za 5 , a może za 20 lat.

Badania zespołu Ventera zainteresowały bardzo koncern ExxonMobil,
który wyasygnował na nie kwotę 600 mln dolarów.


zródło: Forum 27/2010

czwartek, 8 lipca 2010

32a. Ciąg dalszy lenienia się

Zmobilizowałam się i dokończyłam zająca. Nawet dodałam mu koszyczek
z sałatą. Możecie się ze mnie trochę pośmiać, bo zając wyszedł mi tak
trochę przypadkowo. Gdy zaczynam jakieś zwierzątko, zawsze zaczynam
od zrobienia głowy. Gdy postanowiłam zrobić misia grizli, zaczęłam od
zrobienia tułowia i dolnych kończyn. Potem wymodziłam łapy przednie i
zabrałam się za robienie łebka. I tu nieco zle obliczyłam ilość oczek i gdy
właściwie łepetyna była gotowa, za nic nie pasowała do tułowia- była za
mała. Musiałam zrobić nową głowę dla misia. Tym sposobem miałam jedną
niezbyt udaną główkę. Gdy ją nerwowo miętosiłam w rękach, złoszcząc się
na własną nieudolność, nieco zmieniłam jej kształt i pomyślałam, że można
z niej zrobić główkę dla zająca. Potem szybciutko zrobiłam uszy, umocowa-
łam oczka, zrobiłam nosek i wydziergałam tułów. Dziś dorobiłam resztę
i obdarowałam zająca koszykiem z sałatą.

Przed wielu, wielu laty lepiłam różne drobiazgi z modeliny i chcę wrócić
do tej zabawy. Na szczęście jest teraz wybór przeróżnych mas plastycznych.
Ostatnio, gdy byłam w Empiku buszowałam w artykułach do craftu.
Czułam się jak małe dziecko w sklepie z zabawkami. Najchętniej kupiłabym
wszystko.

Przeglądając blogi osób zajmujących się craftem zachwyciłam się różnymi
drobiazgami- dwa blogi są w moich linkach. Wystarczy gdy klikniecie na
"OOAK-moja pasja", a zobaczycie zupełnie niewiarygodne miniaturki niemo-
wląt i zwierzaczków. I koniecznie kliknijcie też na "by-giraffe" tam jest mul-
tum misiów, przy których moje to siermiężne sierotki. Oczywiście jest wiele
innych blogów z misiami i innymi zabawkami, ale te dwa mam w linkach.
Misie, zając i piesek są w środku wypchane pianką poliuretanową, a
wszystkie zabawki wylądują na choince u mojego wnuczka.

A ja postanowiłam zrobić mu małego misia, nieco większego od tych , muszę
tylko wpierw sobie narysować formę. Bo będzie to miś szyty z polaru, oczka
i nosek będą zakupione w sklepie z artykułami lalkarskimi. I będzie to miś
do prania, gdy małe łapki go wybrudzą.
Przyrzekam, że go pokażę, gdy zrobię.

środa, 7 lipca 2010

32. Lenię się

A tak właśnie wyglądają skutki mojego lenistwa. W przerwie pomiędzy
uporczywym dzierganiem zielonej serwety a czytaniem nowości z dziedziny
genetyki zrobiłam te "duperelki". Motylki podpatrzyłam na blogu Aty, czyli
na http://hobbyata.blogspot.
To coś u góry na prawo to ma być ważka, wagi ciężkiej. Po prostu powinna
być chyba zrobiona ze znacznie cieńszej nitki, ale z powodu upału nie chciało
mi się jechać do pasmanterii. Motylki zrobiłam z muliny, miś to chuligan
rasy grizli, a pies to jamnik krótkowłosy. Tak wyjaśniam, bo wcale nie
jestem pewna, że to można rozpoznać.
A wszystko ułożyłam z wielkim trudem na zrobionej kiedyś serwetce
siatkowej.
Jutro polenię się jeszcze trochę i dokończę zająca. Na razie zając ma głowę
wraz z uszami , oczkami i noskiem, tułów i czeka na skoki, ogonek i
przednie łapki. Mam nadzieję, że się doczeka.
No proszę, Niemcy przegrali mimo obecności trzech piłkarzy polskiego po-
chodzenia.
Zaczyna się robić ciekawie.

niedziela, 4 lipca 2010

31. Miniaturowa republika

Miniaturową republikę zamieszkuje 30 tysięcy mieszkańców, jej
powierzchnia to zaledwie 61,6 kilometrów kwadratowych, językiem
urzędowym jest włoski, walutą euro, terytorium jest podzielone na
9 okręgów, zwanych tu zamkami i chociaż republika ta jest wzorem
współczesnej demokracji, wszystko opiera się na konstytucji z 1600 r.

Nie jest łatwo zostać obywatelem tej Republiki - trzeba się albo tu
urodzić, albo wyjść za mąż za jej obywatela. Mężczyzni żeniący się z
obywatelką Republiki, nie nabywają takiego statusu.

Owa miniaturowa republika to San Marino. Początki San Marino zawdzię-
cza cesarzowi Dioklecjanowi, który okrutnie prześladował chrześcijan.
Legenda głosi, że pewien uciekinier z Dalmacji, kamieniarz nazwiskiem
Marinus, ukrył się w Rimini, ale ponieważ bał się ,że jego częste modlitwy
zwrócą na niego uwagę otoczenia, opuścił miasto i osiedlił się na pobliskiej
górze Monte Titano. Z czasem zaczęli do niego dołączać prześladowani
chrześcijanie.

Po śmierci Dioklecjana panowanie rozpoczął Konstantyn, który w 313 roku
edyktem mediolańskim wprowadził w cesarstwie rzymskim wolność wyz-
nania. Wówczas coraz więcej ludzi osiedlało się na Monte Titano, pustelnia
w której mieszkał Marinus stała się miejscem kultu i nadano jej nazwę San
Marino. Z czasem wokół pustelni wzniesiono mury obronne i powstał
klasztor.
W r. 366, tuż przed swą śmiercią, Marinus pobłogosławił członków tej
wspólnoty i wypowiedział te słowa: "Pozostawiam was wolnymi ludzmi,
którzy nikomu nie są podlegli". I temu przesłaniu mieszkańcy San
Marino pozostali wierni. Ich prawo do życia "w duchu wolności"zostało
potwierdzone werdyktem z 885. Niestety nie jeden raz mieszkańcy
musieli zbrojnie bronic swego prawa do wolności. Powtarzające się napady
wymusiły wzniesienie trzech cytadel: Guaita, Cesta i Montale, które do
dziś stoją na szczycie góry Titano.

W średniowieczu po San Marino sięgali i papieże i cesarze i miejscowi
książęta.
Ale Napoleon podczas swej kampanii włoskiej w 1796 r uznał, że należy
zachować niezależność San Marino, gdyż jest ono godnym naśladowania
państwem szanującym wolność i swobodę.
Walczący o zjednoczenie Włoch Giuseppe Garibaldi znalazł tu azyl wraz
ze swoimi 250 żołnierzami. Na pamiątkę tych wydarzeń główny plac
miasta nosi imię Garibaldiego.

San Marino jest niewątpliwie rekordzistą pod względem ilości muzeów
na głowę mieszkańca. Oprócz trzech cytadeli jest Muzeum Tortur, Muzeum
Kuriozów, Muzeum Figur Woskowych, Muzeum Samochodów, Muzeum
Starej Broni.
Jest wiele kramów z bronią i elementami zbroi. Można nabyć kusze i miecze
średniowieczne a nawet pistolety maszynowe. Oczywiście nie jest to
prawdziwa broń.

Co roku latem odbywa się tu festiwal Dni Średniowiecza. Dekoracje są
zbędne, tu nie ma wieżowców ani współczesnych bloków. W tym roku Dni
Średniowiecza będą 22 - 25 lipca. Biorą w nich udział wszyscy mieszkańcy,
którzy przebieraja się w stroje z epoki. Restauracje serwują dania przy-
gotowane wg średniowiecznych receptur, a podawane są na glinianych
naczyniach, odtworzonych dokładnie wg zachowanych opisów. Odbywają się
zawody strzeleckie łuczników i kuszników, turnieje rycerskie i występują
różne zespoły folklorystyczne.
Jeżeli wybierzecie się do Włoch zajrzyjcie koniecznie do San Marino, powita
Was symboliczna brama z napisem: "Witajcie na Ziemi Wolności"


zródło:Forum 25/2010