drewniana rzezba

drewniana rzezba

wtorek, 19 września 2017

Atrakcje przy.....

.....pakowaniu.
Wczoraj życie mnie zmusiło do przejrzenia dokładnie stosu kartek, karteczek
i karteluszków z moimi różnymi  notatkami.
Czegoż tam nie było !  Na przykład tajemnicze  numery telefonów - sam numer
telefonu i zero informacji czyj to numer. Kretyństwo, prawda?
Mnóstwo przeróżnych przepisów na ciasta, ciastka i ciasteczka i nie mogę się
oprzeć wrażeniu, że żadnego z tych przepisów raczej nie  wykorzystałam, bo
wszystkie z  epoki "kamiennej",  gdy jeszcze konsumowałam gluten.
Pełno adresów internetowych z różnych branż. Cała masa szkiców biżutków,
 z których większości nigdy nie zrobiłam, bo nie wpadłam na to jak to
wszystko razem posplatać by "miało ręce i nogi" i odpowiedni wygląd.
I wpadła mi kartka z tytułem "remanent w lodówce".  Był to przepis, który
natychmiast wykorzystałam:
Składniki:
dowolna ilość kaszy gryczanej ugotowanej na sypko,
dynia, ok. 30-40 dag,
groszek cukrowy, może być mrożony,
1 duża pierś z kurczaka (filet),
sól, curry,kurkuma,  cynamon, ziele angielskie.
Wykonanie:
kroimy w kostkę obraną dynię i wrzucamy ją do garnka z gotującą się
wodą, dodajemy curry,kurkumę, ziele  angielskie, cynamon.Nakrywamy.
Filet kurczaka kroimy na kawałki i wrzucamy do gotującej się dyni.
Po 5 minutach solimy do smaku. Po 15 minutach dodajemy do gara
dowolną ilość zielonego  groszku. Ja dodałam mrożony. Dalej gotujemy.
Próbujemy czy wszystkie składniki są odpowiedniej miękkości, w razie
potrzeby dodajemy jeszcze przypraw, zgodnie z naszymi  upodobaniami.
Na głęboką patelnię typu wok dajemy łyżkę oleju kokosowego, wrzucamy
kaszę, nakrywamy pokrywką.
Gdy kasza już jest gorąca przekładamy do niej zawartość naszego garnka,
wszystko razem mieszamy, trzymamy jeszcze ze 3 minuty na ogniu, 
przekładamy do miseczek i życząc stołownikom smacznego stawiamy na
stole.
W charakterze surówki zrobiłam mizerię.
Wrażenia smakowe mego męża: "jaka smaczna dziś ta marchewka!"
Bo on nie lubi marchewki w postaci "na gorąco".
Tyle tylko, że tam wcale nie było marchewki.
Dziś mam  w planie urzędowanie w piwnicy. Trzymajcie kciuki.

sobota, 16 września 2017

A tu.....

.......widok z mojej loggii.
Dwa tygodnie wcześniej rosło tu całkiem sporo olszówek, zwanych też
w niektórych regionach "krowiakami".
Jakoś zupełnie nie miałam czasu ich "obfocić", no ale te muchomory zmusiły
mnie do przerwania  pakowania, naładowania baterii aparatu i "obfocenia".
Przyznacie, że taki widok 6 km od ścisłego  centrum stolicy może szokować:





Po lewej stronie jest widoczny pień lipy. Te wątłe krzaczki to resztki
żywopłotu z dzikiej róży.
Miłego weekendu!!!! Zimno, ale nie pada!!!!

czwartek, 14 września 2017

Filozoficzne rozważania.....

.....czyli życie jest jak puzzle.
Tyle tylko, że czasami jest niczym zle, lub niestarannie wycięte puzzle i ciężko je
ułożyć.
Ale nigdzie nie jest powiedziane, że zawsze trafimy na dobrze wykonany komplet
kartoników do układania.
Właśnie trafiłam na  takie  wybrakowane pudełko - zmienił mi się nieco termin
wyjazdu.
Niby nic, a przesunięcie terminu wywołało burzę w szklance wody mego ślubnego,
czyli musiałam wysłuchać o milion słów za wiele, choć ta zmiana terminu nie ma
ze mną nic wspólnego.
Zwłoka jest wywołana urlopem jakiejś urzędniczki, która nie ma zastępstwa i
jeden ze świstków nadal nie jest zarejestrowany, tam, nie u nas.
                                                           *****
Dziś maklerka przysłała pierwszą z osób, które zajmują się wynajmem lub
sprzedażą mieszkań. Na jutro już się zapowiedziała następna.
I, tylko się nie śmiejcie, dopiero teraz dotarło do mnie, że raczej szybko, a tak
naprawdę wcale, tu nie wrócimy.
Pomyślałam, że szkoda, że nie mogę się tam teleportować razem z całym
mieszkaniem. Byłoby to prostsze i mniej absorbujące.
Co prawda istniałoby niebezpieczeństwo, że w trakcie teleportacji komuś
mogłyby puścić nerwy i zestrzeliłby nasze M3 wraz z  zawartością.
                                                          *****
Nadal zajmuję się sortowaniem typu "wziąć czy się tego pozbyć", zostawić
czy może wymienić na nowszy model? Biorąc pod uwagę fakt, że dochody
będziemy mieć krajowe, a wydatki w walucie, to rozsądek podpowiada, by
sporo rzeczy  nowych kupić przed wyjazdem. Ale ilekroć podpytuję córę to
zawsze słyszę, że "przecież nie jedziesz do dziczy, tu kupisz". No jasne, do
dziczy nie, ale do strefy euro.
To kolejna zle przycięta układanka.
                                                           *****
Dwa tygodnie temu jedna z moich koleżanek wraz z córką, zięciem i wnuczką,
pomimo padającego co chwilę deszczu postanowili pójść do lasu, bo mała nigdy
nie była w prawdziwym lesie- tam gdzie mieszkają są tylko lasy prywatne i
wstęp do nich jest wzbroniony.
Nie pętali się po żadnych chaszczach, grzybów nie zbierali, tylko wędrowali
szeroką, leśną ścieżką.
Następnego dnia wyjechali do swego wielce cywilizowanego kraju. Wczoraj
koleżanka  dzwoni do mnie zaczynając od  słów: słuchaj, mamy kłopot- po
przyjezdzie ja znalazłam u siebie z boku kolana przyssanego kleszcza, a
drugiego jej córka znalazła przyssanego do skóry we włosach małej.
Moja koleżanka dostała od razu sporą dawkę antybiotyku, bo dookoła tego
ugryzienia już był odczyn zapalny, a ona czuła się jakby miała początki grypy,
małej na razie nie podano antybiotyku, bo w tamtym kraju nie dają dzieciom
antybiotyków "bez powodu". Za 6 tygodni przebadają małej krew w kierunku
boreliozy i dopiero wtedy, w razie potrzeby podadzą antybiotyk.
Co zabawniejsze koleżanka była w tym lesie w spodniach i tenisówkach.
Mój ślubny zapowiedział mi, że mam się wyzbyć planów "wyskoczenia do
lasu" na grzyby.
                                                           *****
"No i to na tyle"  - jak mawiał klasyk gatunku zwanego satyrą.






niedziela, 10 września 2017

Niedziela

Już drugi dzień bez deszczu! I nawet słońce świeci!
A więc można posłuchać zespołu "Poparzeni Kawą Trzy"







Miłej niedzieli ;)

środa, 6 września 2017

Wyraznie jest......

......coraz lepiej.
Zwłaszcza w działaniach instytucji zwanej Pocztą Polską.
Na moje oko wracają czasy, gdy poczta była miejscem, w którym spędzało się
godzinę, a czasem dwie stojąc do okienka pocztowego.
Pamiętam z dzieciństwa,  że najgorsze dla mnie były owe wyprawy na pocztę-
nie dość, że najbliższy urząd  pocztowy był niemal 2 km od domu i trzeba było
do niego przewlec się na własnych nogach, to zawsze był tam dziki, wściekły
tłum.
No ale były to czasy powojenne, stolica pomału dzwigała się z gruzów i każdy
jakoś starał się  zrozumieć sytuację i nie narzekać.
W początkach lat 70 ub. wieku, nadal wyprawa na pocztę  spełniała rolę
czyśćca, zawsze trzeba było stać w  długiej kolejce.
I chyba  miałam jakiegoś pecha do tej instytucji, bo znów miałam do poczty
daleko i znów trzeba było godzinami sterczeć w kolejkach.
W pewnej chwili, na początku lat 80-tych doczekałam się poczty zaledwie ok.
700 m od  domu- poczta  miała nawet dość przestronną salę obsługi i  jakieś
ławeczki  dla wątlejszych klientów, bo nadal trzeba było sterczeć w kolejkach.
Poczta  Polska zaczęła się cywilizować- w ramach owej cywilizacji urzędników
zaczęły wspomagać w  pracy komputery, więc kolejki się  znacznie wydłużyły.
Wyraznie komputery wcale nie przyspieszyły tempa  obsługi, wręcz  spowolniły.
Wreszcie nastąpił przełom-  można było wpłaty regulować nie ruszając się
z domu, wystarczyło mieć komputer, internet i konto internetowe w dowolnym
banku.
Niestety tak się jakoś dziwnie  składa, że paczki ani listu poleconego  ani też
zakupu  znaczka pocztowego nie można dokonać przy pomocy komputera
domowego i trzeba iść na pocztę by....znowu stać w kolejce, jak kiedyś.
"Sala obsługi" na moim osiedlu przypomina połączenie zakrystii z kioskiem
typu   " tu kupisz szwarc, mydło i powidło".
Główne miejsce na ścianie zajmuje - nie, nie  nasze godło,czyli Orzeł Biały, ale
krzyż papieski. Godło jest mało widoczne, na bocznej ścianie. Wszędzie dookoła
leżą przeróżne książki kucharskie z przepisami różnych sióstr zakonnych oraz
cała gama lektur typu jak trafić do Boga i iść z Nim pod rękę przez życie.
Poza tym można tu zakupić każdą  ilość prasy super prawicowej i katolickiej.
Takich "paskudztw" jak "Polityka", " Newsweek" lub "Gazeta Wyborcza" nie
ma. Dodatkowo można kupić przeróżne drobiazgi oraz wyjątkowo brzydkie
kartki pocztowe na każdą okazję -  ślub,  komunia, urodziny, imieniny.
Listonosze awansowali na domokrążców - za każdym razem gdy muszą coś
dostarczyć adresatowi do domu, mają obowiązek coś mu sprzedać - czasem
jest to jakaś pośledniejszego  gatunku karma dla psa lub kota.
W związku z nowymi obowiązkami listonosze zostali wyposażeni  w wózki
zakupowe na kółkach, by wozić w nich - nie, nie przesyłki adresatom, ale
właśnie owe towary na sprzedaż. Bo poczta ma na siebie zarabiać, zdobywać
 klientów.Chyba ktoś w tym kraju nie wie, że nigdzie na  świecie poczta  nie
jest instytucją dochodową i wymaga finansowego wsparcia od państwa.
Adresatowi aktualny listonosz dostarczy  do skrzynki cieniutki list, ale już
nie przesyłkę poleconą, która się do skrzynki nie  zmieści.
Bo skrzynki pocztowe w budynkach mieszkalnych nie strawią przesyłki grubszej
niż 2 cm i większej niż  format A-4.
I wtedy w skrzynce  na listy znajdujemy tylko awizo- minęły czasy, gdy taką
przesyłkę poleconą dostawał adresat do domu.
I tymi "domokrążcami" są  listonosze będący na etacie Poczty Polskiej.
Oprócz tego Poczta Polska ma podpisane umowy z firmami które zajmują się
dostarczaniem  do domów różnych innych przesyłek, zwanych potocznie
paczkami. Na szczęście pracownicy tych firm nie oferują niczego do
sprzedaży - tylko i wyłącznie dostarczają paczki.
Wczoraj musiałam właśnie pomykać na pocztę po niewymiarową przesyłkę
poleconą. w postaci pudełka 5 x 15 cm.
No cóż, życie nie jest jednak romansem;)

niedziela, 3 września 2017

L'Hernione



Ta piękna, trójmasztowa fregata to wierna replika wybudowanej w 1780 r
fregaty francuskiej, której dano imię Hermiona.
Na tej fregacie w 1780 roku La Fayette wraz z oddziałem francuskich
żołnierzy popłynął do Bostonu, by wziąć udział w walce o niepodległość
Stanów Zjednoczonych. W Stanach walczył dwa lata, dowodził armią
w stanie Wirginia  i awansował na stopień generała.
Fregata szczęśliwie pokonała drogę powrotną  do Francji i zawinęła do
portu przywożąc bohatera dwóch kontynentów - Europy i Ameryki.
Niestety w 1793 r. skutkiem zle przeprowadzonego manewru,  zatonęła
u wybrzeży Croisic, departament Loara Atlantycka.
Wrak odnaleziono dopiero w 1984 roku i natychmiast powzięto dość
szaloną myśl, by wykonać wierną replikę tej fregaty i tchnąć w nią  życie.
Oryginalna  fregata została wybudowana w zaledwie 6 miesięcy- był to
czas, gdy szkutnictwo święciło triumfy.
Replikę fregaty budowano natomiast 20 lat, cały czas posługując się
archiwalną dokumentacją statku.
Na podstawie archiwalnej dokumentacji wybierano drzewa, z których
miały powstać elementy fregaty.Musiały to byś stare silne dęby, niektóre
bardzo proste i wysokie, inne z określonymi naturalnymi krzywiznami,
bo tak  twardego drewna nie da się mechanicznie wykrzywić.
Wszystkie elementy powstawały wg starej technologii.Płótno na żagle
i wszelakie liny powstawały tak jak 200 lat wcześniej.
Wymogi bezpieczeństwa wymusiły na konstruktorach pewne odstępstwa-
fregata została wyposażone w silniki i całą potrzebną w nawigacji elektronikę.
Wiosną 2015 roku replika  fregaty L'Hermione wyruszyła w rejs przez Atlantyk
do Ameryki. Załogę stanowiło osiemdziesięciu ochotników, którzy przeszli
odpowiednie przeszkolenie.
Zapewne załoganci oryginalnej  fregaty przewracali się w grobach z oburzenia,
bo załogę stanowiły również kobiety.
Fregata L'Hermione jest statkiem  żaglowym trójmasztowym, najwyższy maszt
ma 54 metry wysokości, długość statku to 65 metrów, a powierzchnia żagli
wynosi 1500 metrów kwadratowych. I wszystkie te żagle są obsługiwane rękami
załogi, co wcale  do lekkich zajęć nie należy. A pływanie pod żaglami ma
to do siebie, że ciągle coś trzeba z tymi żaglami robić- refować je gdy jest zbyt
silny wiatr lub je rozwijać,a wszystko to wdrapując się na reje i to bez względu
na porę i pogodę.


No i wydało się na co dziś "straciłam" dwie godziny- obejrzałam z wielką
przyjemnością dwuodcinkowy film o powstawaniu repliki fregaty  oraz o
jej rejsie do Ameryki. Film wyemitował kanał Planete+





piątek, 1 września 2017

Podsłuchane w sklepie

Mamo, czy ja muszę iść w poniedziałek do szkoły?
Musisz!
Ale ja nie chcę!
Wydaje ci się, że nie chcesz. Chcesz, chcesz.
Nie chcę, bo znów będzie mnie pani wyrzucać z klasy.
Nie będzie, jeśli będziesz  w szkole grzeczny.
Nieprawda, ona mnie zawsze wyrzuca, zawsze, nawet gdy się nie patrzy na nas,
bo stoi do nas tyłem. Mamo, proszę cię, ja chcę wrócić do starej szkoły.
Nie ma mowy, teraz mieszkamy tu i do tej szkoły musisz chodzić.
Ale ja tu nie mam fajnych kolegów i ta pani jest niedobra.
Pani jest dobra, tylko ty jesteś niegrzeczny. Koniec dyskusji!
Dialog się toczył za moimi plecami, gdy stałam przy stoisku z wędlinami.
Gdy odeszłam obejrzałam się za siebie.
Do szkoły nie  chciał iść mały człowiek, taka namiastka mężczyzny.
Mała chudzina  z rozpaczą w oczach i ustami wygiętymi w podkówkę.
No cóż, przecież to tylko dziecko! Marudzi!
Rzuciłam okiem na mamę -na głowie miała coś w rodzaju stapirowanego
osełedca, na sobie mini bluzkę i mini spódniczkę , nogi obute w niebotycznej
wysokości czarne szpilki, których obcas był przezroczysty. Oko zmalowane jak
na sylwestrowy wieczór. Zerknęłam na zegarek- była godzina 11,00 przed
południem.

środa, 30 sierpnia 2017

To już jesień

Dziś "odkryłam", że odleciały jerzyki, czyli już jesień bliziutko. Zrobiło się na
osiedlu dziwnie  cicho, nie słychać pisków jerzyków.
Bociany zbierają się  na łąkach i wiecują, młodziaki wciąż jeszcze ćwiczą swe
skrzydła, nerwowo podskakując, tak jak to robiły przedtem stojąc na swym
gniezdzie.
Kolejny znak, że już jesień to powrót gigant korków na pobliskiej trasie .
Nie da się ukryć, że gdyby wszyscy kierowcy przestrzegali przepisów to
nie tworzyłyby się  korki. Prawko robiłam strasznie dawno i wtedy nas
uczono, że nie wolno wjeżdżać na skrzyżowanie, jeśli widać, że nie będzie go
jak opuścić. Teraz każdy się pcha i ciągle na skrzyżowaniu tworzą się korki.
Nie wiem, może się przepisy zmieniły a ja hołduję starym zasadom?

A my kupiliśmy już pudła wszelakiego rodzaju, tudzież przeróżne worki,
torby, folię "bąbelkową", taśmy i mnóstwo innych różności.
Odkryliśmy po prostu świetną firmę, która ma wszystko co do pakowania
różnych rzeczy jest potrzebne. Dla nas najważniejsze, że to wszystko nam
przywiozą do domu. Można zamówić wszystko na internecie, można również
pojechać do nich, spokojnie poradzić się co kupić, zapłacić kartą lub gotówką,
zamówić transport, a przedtem wszystko obejrzeć i "pomacać".
Chodziłam wczoraj po tej firmie i nie mogłam się nadziwić ileż to naprawdę
fajnych rzeczy mają- są nawet nieduże wózki transportowe i z trudem udało
mi się wytłumaczyć swojemu mężowi, że nam taki wózek "na plaster".
Było też sporo kartonów ozdobnych i tym razem musiałam sama sobie
wyperswadować  ich zakup.
Firmę można odnalezć na www.neopak.pl, a mieszczą się na  ul.Leonidasa 53.
Reklamuję ich, bo uważam, że dziś, w czasach totalnej niesolidności, warto
polecać dobre, uczciwe firmy. Transport zakupionych towarów wraz z ich
wniesieniem to raptem 20 zł.
Poprzednim razem, gdy się pakowaliśmy z okazji remontu mieszkania, to
kupowałam kartony w jednym z marketów i niestety nie były wcale mocne,
ale za to drogie.

Odszedł mój ulubiony dziennikarz, pan Grzegorz Miecugow.
Dziennikarz, który nigdy w trakcie wywiadu nie przerywał swemu rozmówcy,
nie narzucał mu swego punktu widzenia, słuchał tego, co rozmówca miał do
powiedzenia.A do  tego wszystkiego miał duże poczucie  humoru.
To niesprawiedliwe, że przegrał z chorobą.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Migawka

Biorę w sklepie  do ręki słoik , czytam etykietkę:
"Krem orzechowy, 100% orzechów".
W następnej linijce:
"Produkt może zawierać orzechy".
Na samym dole, super drobnym  drukiem jest informacja, że zawiera też cukier.
Odstawiam na półkę i skręcam się ze śmiechu - rewelka,  w życiu bym nie
wpadła na to, że krem orzechowy może zawierać orzechy!
Zauważyłam, że czytanie etykietek na produktach spożywczych może
dostarczyć wielu wrażeń i pomóc w odchudzaniu. Apetyt znika.
Zastanawiam się jak wygląda  u nas życie tych, co mają przeróżne
alergie pokarmowe, a jest tych alergii sporo.
Ja  mam ograniczenie dotyczące tylko glutenu i często nie bardzo wiem
co kupić, bo gluten jest niemal we wszystkim. I nie mam alergii na gluten,
tylko złą tolerancję, więc jak mi  się trafi coś z niedużą ilością glutenu to nie
muszę wzywać pogotowia z powodu wstrząsu anafilaktycznego.
I tak czytam te etykiety i czytam i zastanawiam się po jaką nagłą śmierć
w wędlinie jest białko sojowe, skrobia pszeniczna, cukier i cała gama
wielce tajemniczych  "stabilizatorów"?
A dziwię się dlatego, że w okresie stanu wojennego sama w domu robiłam
kiełbasę i  w żadnym przepisie nie było wśród składników białka sojowego
lub jakiejkolwiek skrobi.
Wiem, wydziwiam, taka widać moja uroda.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Chyba jesień blisko......

.....więc postanowiłam nabyć kurtkę softshell.
Jest  z natury lekka  ale i ochrania przed wiatrem i nie  za dużym deszczem.
Taka w sam raz do samochodu.  Przy okazji miałam w tym samym miejscu
zrobić zakupy żywnościowe, ale wpierw pojechać do  OBI, by dokupić
kilka niezbędnych przed wyjazdem drobiazgów.
Ale nie ma lekko- dojazd do OBI "normalną" trasą był niestety niemożliwy-
ulica wyraznie na najbliższym odcinku w remoncie.
Wpadliśmy do sklepu, w którym niedawno niechcący były przypadkiem
dżinsy w sam  raz dla mnie.
Dziś były też i kurtki softshell. Wyciągnęłam spod stosu rozmiarów XS
jedną w bardziej stosownym rozmiarze, przymierzyłam. Nawet mi się
podobała - z kapturem. dwubarwna, karczek przedłużony popielaty, dół
czarny. Objętościowo  ok, tylko rękawy z 15 cm za długie.
Pestka- pomyślałam- nie problem skrócić, cena zachęcająca. Kupiłam.
Do OBI nie dojechaliśmy, bo zaczęła nadpływać nad Ursynów paskudna,
burzowa chmura, widać było, że niedaleko już pada.
Prędko w bryczkę i  do domu. Dojechaliśmy równo z niewielkim gradem.
Dobrze, że od samochodu jest tylko kilka kroków do domu.
Po rozpakowaniu zakupów, mój mąż mnie poinformował, że moja kurtka
jest kurtką męską, bo tak stoi na paragonie. Na metce przy kurtce był
tylko literkowy rozmiar, bez podania płci przyszłego użytkownika.
Na dodatek była razem z damskimi innymi ciuchami.
Na wszelki wypadek kazałam by ją zmierzył - dla niego dobra, rękawy
w sam raz, w ramionach też (dla mnie była ciut za duża).
Oczywiście dostałam ataku śmiechu, ślubny jakby mniej był radosny, bo
on już ma tego typu kurtkę, której nie nosi, bo ona ma czerwone lamówki
przy kieszeniach i czerwone suwaki.
Wyciągnęłam więc ją z szafy i...zmierzyłam. Rozmiar - jak dla mnie, ale
nie ma kaptura, rękawy ciutkę tylko  za długie.
Tym sposobem mój ma kurtkę  w kolorach, które wielbi, a ja wzięłam jego,
wiszącą  już od roku w szafie.
                                            *****
No a skoro idzie jesień, pomału zaczynają dojrzewać orzechy i mam dla
 lubiących orzechy i oryginalne dania....
.......przepis na zupę indiańską z orzechów laskowych.
Jest świetna na chłodniejsze, deszczowe dni, zawiera dużą ilość wit E,
żelazo, cynk, potas i miedz , usuwa zmęczenie.
Składniki:
680 gramów pokruszonych orzechów laskowych,
6 szklanek bulionu, może być gotowy w butelce (Krakus),
6 cebulek dymki razem ze szczypiorem, posiekane
1 łyżka soli kamiennej (kłodawska, niejodowana),**
3 łyżki posiekanej natki pietruszki,
szczypta czarnego,świeżo zmielonego pieprzu.
Wykonanie:
Zasadniczo zupa robi się sama- składniki łączymy z bulionem i
gotujemy pod przykryciem przez 1,5 godziny na malutkim ogniu, niech 
pomału  parkocze. W tym czasie możemy przygotować grzanki.
Ugotowaną zupę dokładnie miksujemy na krem. Podajemy gorącą
wraz z grzankami.
** ja daję mniej soli,(łyżeczkę) bo mój cierpi na niewydolność nerek.
I proponuję by dać mniej, spróbować i ewentualnie potem ją dosolić. 
                                           *****
Zaczyna mi się lekki kołowrót- wreszcie znam datę wyjazdu i teraz jest 
kilka pilnych spraw do załatwienia i .....pomału zaczynam się pakować.
Będzie się działo ! Mam nadzieję, że farba ze ścian nie odleci gdy
będę rzucać o nie niecenzuralnymi słowami.:)
 
 

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dla Pantery

Panterko, to jest właśnie to zdjęcie z Getyngi. A ten jedyny człowieczek
to starszy z Krasnali, który tam trenował  "bieg swobodny przed siebie".
Ale na zawołanie nawet się zatrzymywał. Był grzecznym dzieckiem.


wtorek, 15 sierpnia 2017

O rzeczach różnych....

czyli kolejny mix.
Nadal stoję w rozkroku- pozycja mało efektowna i mało wygodna. Okazuje się,
że w każdym kraju króluje biurokracja. Wszystko musi nabrać mocy urzędowej,
a każdy urzędnik wyznaje zasadę, że pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu
pcheł.
Pogodowe zawirowania mnie  z lekka przerażają ale jakoś nie dziwią - klimat
się zmienia dość szybko, cała Europa "stepowieje".
Wytniemy planowo jeszcze kilka dużych lasów, zlikwidujemy pod inwestycje
wszystkie leśne obszary wokół miast, (które nazywane są ich płucami ),
wybetonujemy calutką Wisłę od żródeł  do Bałtyku, osuszymy wszelkie bagna
i będziemy przodować w tym procesie stepowienia.  To chyba jedyna nasza
szansa na sukces w skali międzynarodowej.
W sieci krążą jakieś mrożące krew w żyłach "przepowiednie" dotyczące dnia
23 września tego roku, możliwości sposobu mającej nastąpić zagłady jest kilka,
można wybierać pomiędzy spadającą na Ziemię asteroidą, inwazją Obcych a
wybuchem kilku superwulkanów ziemskich.
Zastanawiam się co  naród ostatnio spożywa, że takie myśli przelatują mu
w poprzek mózgu i lądują w sieci.
                                                       *****
Krasnale wraz z rodzicami powrócili z wakacji, które w tym roku spędzali na
Sardynii. Bardzo się tam podobało i dzieciom i dorosłym. Córka  zaczyna
podejrzewać, że starszy  Krasnal zaczyna mutować w kierunku delfina- prawie
nie  wychodził z wody i bardzo dużo czasu spędzał na nurkowaniu.
Młodszy z kolei nauczył się właśnie tu nurkowania. Woda w morzu była
niesamowicie ciepła, zresztą temperatura powietrza oscylowała też raczej
w rejestrze wysokich temperatur. Raz tylko zrobili wycieczkę w głąb wyspy,
ale temperatura +45 stopni w cieniu zraziła ich do następnych wycieczek.
Mieszkali w miejscu. gdzie na długości 5 km były tylko dwa hotele.
Nie było żadnych tłumów na plaży cały czas nad plażowiczami czuwali
ratownicy. Krasnale się z lekka "ucywilizowali", każdego wieczoru lądowali
na dziecięcej dyskotece prowadzonej przez "specjalistę", poza tym
dzieciakami opiekowało się kilka młodych dziewczyn.
Krasnale nauczyły się jednej piosenki po włosku.
Młodzi wszyscy operowali głównie angielskim, nie było problemu
z porozumiewaniem się.
W tym czasie "starzy" Krasnali wraz z rodzicami innych bąbli odpoczywali
na wielkim tarasie w pobliżu basenu.
Wśród wczasowiczów przeważali Włosi.
To co uderzyło moich, to fakt,  że wszędzie było bardzo, bardzo czysto,
wczasowicze  sami bardzo uważali nad utrzymaniem czystości i porządku ,
nikomu nie przeszkadzało, że do najbliższego kosza na śmiecie trzeba było
dojść około 50 metrów.
Od dziś Młodszy Krasnal idzie do  szkolnej świetlicy, by poznać swoich
przyszłych kolegów, szkołę, wychowawców.
Bardzo jest przejęty, ale w pozytywny sposób, bo ostatni rok w przedszkolu

intensywnie ich przygotowywano do życia szkolnego.
Starszy Krasnal zmienia szkołę, ostatnie dwie klasy podstawówki będzie
kontynuował w gimnazjum wg rozszerzonego programu.
Moi zastanawiają się nad ponowną wyprawą na Sardynię ale w nieco innej
porze- może na święta wielkanocne i tym razem w okolice górskie. Tam
są całkiem niezłe góry,najwyższe szczyty dochodzą do ponad 1800 metrów.
                                                           *****
 A poza tym- nic na działkach się nie dzieje;)
Zaczynam pomału się żegnać ze znajomymi, nawet z tymi, którzy na mój
widok wymownie stukają się w głowę.
I sprawdzam co jeszcze powinnam w wyposażeniu domowym wymienić
i zakupić tu, bo jakby na to nie patrzeć będę dostawała pieniądze stąd, a
wydawała je tam, po kursie nabycia euro. A ten nie wygląda zachęcająco.
No cóż, znów się nieco spózniłam z decyzjami;))



poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Mix

Po raz kolejny przekonałam się, że wzajemne sympatie  blogowe, przeniesione
w świat realny - sprawdzają się.
Po kilku latach znajomości blogowej, wreszcie udało mi się poznać "Iw-nową"
w realu.
Jest  właśnie taka jak na  swym blogu - zorganizowana, myśląca i bardzo,
bardzo miła.
Zawsze nam coś stawało na przeszkodzie by się spotkać, a teraz wreszcie się
udało!
Byłam nawet nieco stremowana, bo odkąd szykuję się do wyjazdu mieszkanie
moje nie grzeszy porządkiem, a zresztą tak naprawdę jestem bałaganiarą i
często utrzymanie ładu jakoś mi nie wychodzi.
Mam nadzieję, że w sytuacji, gdy będę mieszkać na trasie zawodowych
wędrówek Iw, będziemy się częściej spotykać.
Wiecie co - Iw jest taką młodą kobietą z której każda mama musi być dumna.
A do tego wszystkiego jest miła i "ciepła".
I (jak to mówią faceci) - prawdziwa "lasencja"- ładna buzia, świetna figura.
Wpadła chyba mojemu w oko, bo jakimś cudem natychmiast zapamiętał
Jej imię!!!
                                            ******
                               
Snuję się po domu niczym przysłowiowy Marek po  piekle. Oglądam
"dobytek" i czaszkuję intensywnie co zabrać a z czym się definitywnie
rozstać. Na razie nabyłam dwie  nowe, sympatyczne patelnie na
kuchenkę indukcyjną i dokonałam epokowego wręcz odkrycia- mam od
roku  aż trzy garnki nadające się  "na indukcję"!
Po raz pierwszy przyjrzałam się dokładnie znaczkom wyrytym na ich dnie
i rewelka- nadają się!
A kupiłam je ponad rok temu, kierując się tylko i wyłącznie tym, by
posiadały bardzo grube dno.
Wygląda na to, że garnków mi nie zabraknie, bo producent płyty
indukcyjnej dodaje do kuchenki też  ze  3  garnki. Obym tylko zawsze
miała co w te  garnki włożyć;)
Na razie wiem jak będzie umeblowany pokój ślubnego- po prostu tak
samo jak teraz, bo zabiera wszystkie swoje meble.
Jeden problem będzie z głowy.
Umeblowanie kuchni też już jest mi znane. Martwi mnie przedpokój -
jest diablo wąski i na dodatek jest w nim...kaloryfer. Przedpokój jest
w tym mieszkaniu długą, wąską kichą, co przy jego wysokości ponad
trzy metry nie robi najlepszego wrażenia. Przydałby się pawlacz.
Przecież trzeba gdzieś trzymać dodatkową pościel i "niesezonową"
w danym momencie odzież.
Denerwuje mnie to, że nadal nie bardzo wiem  co z pozostałymi
meblami, podejrzewam, że pierwsze tygodnie będę spędzała w średnio
miłym towarzystwie pudeł zamiast mebli.
Miałam zamiar kupić meble u nas, ale  moje przytomne dziecię
zwróciło mi uwagę, że jeśli kupię je "w paczkach", a potem, w czasie
montażu okaże się, że czegoś brakuje lub jest uszkodzone, to będzie
problem z reklamacją. Więc lepiej to samo kupić już na miejscu.
Czeka nas trochę "latania" w tym tygodniu, więc mam nadzieję, że upały
wreszcie się skończą.
Ze smutkiem zauważam, że z roku na rok coraz gorzej znoszę upały.
Niedługo będę śpiewać   "to idzie starość, starość, starość i śpiewa"-
zupełnie jak w pewnej marszowej piosence rodem z PRL- tyle tylko,
że wtedy było: "to idzie  młodość, młodość i śpiewa radośnie"...
                                         ******
Na kanale Planete+ udało mi się dziś obejrzeć  całość , czyli trzy
odcinki filmu dokumentalnego "Krew i złoto-jak powstała Hiszpania".
Jeżeli kiedyś wpadnie Wam w oko ten tytuł to gorąco polecam. Film
zrobiony niezwykle starannie, dużo ciekawych wiadomości od zarania
dziejów, czyli od czasu podboju tych terenów przez Rzymian aż do
czasów obecnych. Naprawdę warto obejrzeć, bo po pierwsze nikt z nas
nie wyniósł takich wiadomości ze szkoły, a poza tym historia innych
krajów pomaga nam w rozszyfrowywaniu naszej własnej historii,
znajdywaniu wielu analogii.
A potem jeszcze na tym samym kanale obejrzałam kolejny odcinek
cyklu "Magia przyrody", czyli odkryłam kolejne cuda  Francji - bo
Francja to nie tylko Paryż, Luwr, i zamki nad Loarą.Śledzę ten cykl
z zapartym tchem i zachwycam się estuarium Sekwany, bretońskimi
wysepkami, wysepkami na  Kanale La Manche, i pejzażami nad
tym kanałem. A dziś był odcinek o Kraju Basków.
Jednym słowem zrobiłam sobie kilka godzin przed telewizorem, ale
czuję się rozgrzeszona- cały czas "dziabałam na drutach" i jakimś
cudem nie ominęłam żadnego oczka.
Zdolniacha ze mnie, no nie???;)))))))
W nagrodę za poczytanie posłuchajcie ulubionej mojej muzyki;)



czwartek, 3 sierpnia 2017

Dziś mój kolejny....

 ......bardzo lubiany przeze mnie malarz.
                                                    Autoportret  1873 r

"Dzieła malarza powiedzą o człowieku więcej, niż wszystko to, 
  co mogliby napisać dziennikarze." 

"Malarstwo, sztuka w ogóle, urzekają mnie. To istota mojego życia.
Reszta jest dla mnie niczym."

"Praca jest wspaniałym regulatorem zdrowia psychicznego i
fizycznego. Zapominam o wszelkich smutkach, bólach i
zgorzknieniach, nie zdaję sobie z nich sprawy , kiedy jestem
pochłonięty radością pracy."

"Szczęśliwi ci, którzy widzą piękno w miejscach zwykłych, tam gdzie
inni niczego nie widzą!
Wszystko jest piękne,wystarczy tylko umieć dobrze spojrzeć.

Te wszystkie mądre słowa napisał Camille Pissarro.
Urodził się 10 lipca 1830 roku na wyspie Saint-Thomas, dzisiejszych
Amerykańskich Wyspach Dziewiczych, wówczas zwanych duńskimi
Antylami.
Ojciec Pissarra pochodził z Bordeaux a na wyspie zamieszkał w 1824
roku, gdzie otworzył dobrze prosperujący sklep z pieczywem.
Camille, gdy ukończył 12 lat  został wysłany do szkoły we Francji.
Przez pięć lat mieszkał w Passy, niedaleko Paryża. 
Od najmłodszych lat Camille przejawiał zamiłowanie do rysunku i
podczas tego pięcioletniego pobytu  każdą wolną chwilę spędzał 
w Luwrze.
Po zakończeniu nauki wrócił na wyspę i zaczął pracować w sklepie
swych rodziców. 
W każdej wolnej chwili zapełniał szkicami wszystkie  zeszyty, czerpiąc
natchnienie z otaczającego go świata. 
Były to rysunki egzotycznych roślin, sceny z życia portu, wyspiarskie
krajobrazy.
W tym okresie spotyka Fritza Melbye'a, duńskiego pejzażystę i w jego
towarzystwie maluje pierwsze obrazy. 
W kilka miesięcy pózniej razem uciekają do Caracas. Pissarro nie jest
w najmniejszym stopniu zainteresowany prowadzeniem sklepu.
Po powrocie z Wenezueli z wielkim trudem udaje mu się przekonać
ojca, że zupełnie nie nadaje się do prowadzenia interesów i handlu.
W 1855 roku wyjeżdża do Paryża, by podjąć studia malarskie.
Akurat w tym czasie w Paryżu odbywa się Wystawa Światowa  i
Camille w czasie jej zwiedzania zapoznaje się z dziełami malarzy
 nieco starszego pokolenia: Corota, Milleta,Daubigny'ego, Delacroix,
Ingresa. Zachwycają go dzieła Couberta .
Uczęszcza do kilku szkół naraz. 
Najbardziej jest zainteresowany twórczością Corota, uznając tego malarza
za swego mistrza. Aż do roku 1865 pokazywał mu wszystkie swoje obrazy 
i analizował szczegółowo wszystkie jego uwagi. 
W Academie Suisse Pissarro spotyka przyszłych impresjonistów: wpierw
Moneta, potem Cezanne'a , Renoira i Sisleya.
W 1859 roku organizowany przez państwo Salon przyjmuje do wystawienia
pierwsze jego prace.
W tym też okresie zawiązuje się jego wieloletnia  przyjazń z malarzem
amatorem Ludovicem Piette, która przetrwała do ostatnich dni życia .
Piette wielokrotnie pomagał  mu, między innymi udzielając gościny w swej
posiadłości w Montfoucault na zachodzie Francji.
Rok pózniej Pissarro poznaje Julię Vellay, urodzoną w Burgundii, osiem
lat od siebie młodszą. Są parą, na świat przychodzą dzieci , ale ślub z Julią
nastąpi dopiero w 1871 roku, podczas ich londyńskiego wygnania. 
Od chwili narodzin pierwszego dziecka, przez całe następne lata będą ich
prześladować nieustające kłopoty finansowe.
Malarstwo Pissarra rozwija się, wyzwala się spod wpływów Corota , ale
to wszystko nie przekłada się na sprzedaż obrazów, choć aż do 1870 roku
Pissarro regularnie wystawia swe prace w oficjalnych Salonach. 
Często w ramach ratowania domowego budżetu Pissarro maluje
ozdobne wachlarze.
Od 1869 roku Pissarro staje się prawdziwym impresjonistą.  Wzrasta jego 
wrażliwość na światło, kolor, zmiany krajobrazu zależne od pory dnia.
Zaczyna malować w nieco mniejszych formatach, stosuje jaśniejsze kolory, 
ale jego przywiązanie do przemyślanych kompozycji obrazu wyniesione 
od Corota sprawia, że jego impresjonizm pozostaje oryginalny.
Podczas wojny francusko-pruskiej Pisarro wraz z rodziną wyjeżdża do
Londynu. W Londynie  spotyka Moneta, z którym  razem zwiedzają 
muzea, zachwycają się malarstwem Turnera i Constabla i poznaje tam
marszanda Durand-Ruela, który przez wiele lat wspierał impresjonistów. 
W czerwcu 1871 roku Pissarro wraca do Francji. Jego dom i duża część
obrazów uległy zniszczeniu, więc przenoszą się do Pontoise.
Następne  3 lata przynoszą nieco oddechu - po raz pierwszy jego obrazy
znajdują nabywców i kłopoty materialne maleją.
Jest rok 1874 - Pissarro wraz z Monetem organizują pierwszą wystawę
impresjonistów.
To niedobry dla Pissarra rok -  jego  dziewięcioletnia córeczka Jeanne umiera, 
a wystawa impresjonistów zostaje zlekceważona, wyśmiana przez krytyków.
Po raz pierwszy Pissarro zaczyna wątpić w swój talent i w słuszność
wybranej przez siebie techniki. 
Ale pomimo tylu przeciwności jego talent, jakby na przekór, rozwija się
nadal. Poszukuje nowych kierunków rozwoju, na jego obrazach zaczynają
ukazywać się postacie ludzi. Zmienia się też faktura jego płócien , farbę
kładzie nieco inaczej niż w technice impresjonistycznej. Maluje, jak kiedyś,
szerokimi pociągnięciami pędzla, zaczyna również pracować z pastelami,
zgłębia też świat sztuki grawerskiej. 
Ale to wszystko nie zmienia jego sytuacji finansowej, zwłaszcza, że na świat 
przychodzi kolejne, piąte  dziecko- Ludovic-Rodolph.
Żona Pissarra zarzuca mu lekkomyślność i egoizm. 
Czwarta wystawa impresjonistów w 1879 roku nieco poprawia  sytuację
finansową malarza- jego obrazy sprzedają się, ale nie osiągają zbyt wysokich 
cen .
Wkrótce następuje kryzys giełdowy, który marchanda  Durand- Ruela 
doprowadza niemal do bankructwa. Odczują to wszyscy impresjoniści,
którym dotychczas pomagał.
Kolejne dotkliwe kłopoty finansowe znów spychają Pissarra  w otchłań
wielkiego zwątpienia.  Zaczyna, podobnie jak inni malarze, próbować wyjść 
ze ścisłych ram impresjonizmu.
Podczas ostatniej, ósmej już wystawy impresjonistów w 1866r swoje obrazy
wystawia w oddzielnej sali, obok neoimpresjonistów -Seurata i Signac'a.
Obrazy neoimpresjonistów nie przypadają jednak nikomu do gustu, są
mocno krytykowane , nawet przyjazny Durand-Ruel nie kupuje ani jednego.
Pod koniec 1880 roku Pissarro zrywa  tym kierunkiem, chociaz trzeba
przyznać, że przygoda z neoimpresjonizmem znów nauczyła go pewnych
nowych rzeczy- łatwości i swobody w wyborze tematów i ich stylu. I od tej
chwili jego obrazy zaczynają się regularnie  sprzedawać.
                                        Wyspa Lacroix,efekt mgły, rok 1888

Od 1889 roku malarz zaczyna cierpieć na chroniczne zapalenie oka,
które uniemożliwia mu pracę w plenerze.
W trosce o wzrok buduje pracownię w ogrodzie swojego ostatniego
domu w Eragny-sur-Epte w Normandii.
Od tej pory pracuje patrząc na świat z okien atelier. By rozszerzyć tematykę
obrazów regularnie podróżuje - maluje widoki z okien hoteli i z okien
mieszkań.
Bywa często w Rouen, Hawrze, Paryżu.
                                          Most Królewski, Paryż 1903 rok.

Wreszcie malarstwo Pissarra cieszy się pełnym uznaniem , jego obrazy są
wystawiane w Europie i USA.
Na kilka lat przed śmiercią jego obrazy osiągają nawet bardzo wysokie
ceny. 
13 listopada 1903 roku, umiera w Paryżu z powodu sepsy.
Jest pochowany na cmentarzu  Pere Lachaise .

 "Pracuj, szukaj i nie zważaj na nic innego; reszta przyjdzie sama.
Potrzeba ci jednak wytrwałości, siły i nieskrępowanych doznań,
wolnych od wszystkiego, co nie jest własnym przeżyciem"






poniedziałek, 31 lipca 2017

Trafiłam w piątek.....

.....na nowy cykl filmów dokumentalnych, "Głosy z zaświatów ".
Program  smutny, ale ciekawy.
Jak wiemy wiele sławnych , znanych i lubianych osób odeszło z tego świata
w dość niespodziewany a jednocześnie dziwny sposób.
I teraz, po wielu, wielu latach  historycy kultury i sztuki wraz z całą "armią"
kryminologów, lekarzy różnych specjalności i psychologów usiłują dociec "jak
było naprawdę".
Ale proponuję zacząć od kilku moich ulubionych obrazów malarza, którego
życiu i okoliczności śmierci (która nastąpiła 127 lat temu w dniu 29 lipca)
zaczęła się dokładnie przyglądać ekipa złożona z historyka sztuki, lekarza
psychiatry, neurologa, psychologa, malarki.
                                 Łodzie rybackie na plaży w Saintes-Maries

                                     Pejzaż morski w  Saintes-Maries

                                     Most  Langlois w Arles

                                                     Taras kawiarni w nocy

                                  Zagajnik  - obraz z 1890 roku

30 marca 1853, w rodzinie pastora  Theodorusa Van Gogha , przyszedł na
świat chłopiec. Urodził się dokładnie  w rocznicę urodzin swego martwo
urodzonego brata i otrzymał jego imię- Vincent.
Te szczęśliwe urodziny zapoczątkowały dalsze regularne pojawianie się
kolejnych  pięciorga dzieci w rodzinie  pastora.
Rodzina  mieszkała w holenderskiej gminie Zundert w regionie Brabancji
Północnej.
Wczesne dzieciństwo upływało Vincentowi w sielskich warunkach ,
w otoczeniu  kochającej rodziny.
Pierwszym niemiłym "zgrzytem" w jego życiu był  pobyt w szkole
z internatem, dokąd  trafił  gdy ukończył 11 lat. Chłopiec tęsknił  ogromnie
za domem,  jedyną pociecha było dla niego rysowanie.
Nie były to rysunki zapowiadające jego talent- ot takie sobie  "gryzmoły".
W wieku 13 lat został skierowany do gimnazjum w Tolburgu.
W pierwszym roku nauki był bardzo dobrym uczniem, rodzina cieszyła się
jego bardzo dobrymi ocenami, wykazał się też talentem do języków obcych.
W drugim roku nauki, z zupełnie nieznanych przyczyn Vincent porzucił
szkołę i nigdy jej nie ukończył.
Nie bardzo wiedział co ma ze sobą począć, rodzina miała już dość nic
nie robiącego młodzieńca .
W końcu wuj zaproponował mu pracę sprzedawcy dzieł sztuki w...Londynie.
Vincent wszystkimi zmysłami chłonął to wszystko co zobaczył podczas
swego pobytu.Ponadto bardzo zaczął się interesować religią.
Ale jednocześnie czuł się wielce samotny i opuszczony, o czym wiemy
z jego licznej korespondencji prowadzonej z młodszym bratem Theo, który
w tym czasie pracował w Brukseli.
W 1875 roku został służbowo przeniesiony do Paryża.
Był tak pochłonięty sztuką i odkrywaniem religii, że zaniedbał bardzo swe
obowiązki zawodowe i został zwolniony z pracy.
Nie wiedząc co ma ze sobą zrobić, powrócił do Anglii i podjął nieodpłatne
stanowisko asystenta nauczyciela.
Chciał studiować teologię, ale zabrakło trzech rzeczy- chęci, wytrwałości
oraz środków.
W 1877 roku trafił do Belgii. Tu prowadził życie miejscowego kaznodziei,
odwiedzał chorych, nauczał.
Nauczał z wielkim zacięciem i przesadą, czym nie zaskarbił sobie
sympatii ludzi.
O wszystkim informował  swego młodszego brata Theo, z którym nadal
prowadził obfitą korespondencję a w listach często dodawał szkice
Były to dobre  rysunki i Theo doradził bratu, by może rozwijał swe
umiejętności.
W 1880 roku Vincent zamieszkał w Brukseli, podjął nawet studia
w Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych. Bieduje, na życie zarabia
wykonując różne obrazki na zamówienie.
Vincent nadal nie potrafi ułożyć sobie życia - ma często stany depresyjne,
jakieś tajemnicze ataki podczas których nie wie co się z nim dzieje.
Wraca do  domu, podejmuje jeszcze jedną próbę studiów, tym razem
na Akademii w Antwerpii.
Rodzina ma dość tego ponurego, dziwnie zachowującego się młodego
człowieka i grozi, że jeśli jakoś nie uporządkuje swego życia to oni
oddadzą go do zakładu dla  chorych psychicznie.
W międzyczasie Vincent sieje zgorszenie, bo związuje się z pewną
prostytutką, matką dwójki nieślubnych dzieci, która go zaraża
syfilisem. Ale on jest szczęśliwy,  ma własną rodzinę,maluje całą
 serię portretów jej i jej dzieci. Związek się rozpada, a Vincent
przeżywa kolejne załamanie. Oczywiście wszystko opisuje w swych
 listach do Theo.
Theo mieszka teraz w Paryżu, gdzie jest marszandem i ściąga
brata do siebie.
Jest rok 1886, Vincent poznaje Claude'a Moneta, Alfreda Sisleya,
Augusta Renoira, Camille'a Pissarro, Touluse- Lautreac'a,  Bernarda,
 w  końcu  Paula Gaugina.
Paul Gaugin i Vincent zaprzyjazniają się  bardzo. Obaj nieco
kontrowersyjni, ale łączy ich mocna nić porozumienia.
Wreszcie ukryty dotąd talent Vincenta wybucha z wielką mocą.
Co prawda nadal trudno z Vincentem wytrzymać, bo właściwie jest
abnegatem, okropnym bałaganierzem i nawet o własną higienę nie dba.
Theo jest zmęczony wspólnym mieszkaniem z bratem, w końcu
daje mu pieniądze i pomaga wynająć dom w Arles.
W Arles Vincent mieszka z Paulem, ale złe nastroje, depresja i jakieś
dziwne napady pozbawiające go czasowo świadomości nadal trwają.
Vincent nie  potrafi zapanować nad własnym zachowaniem, zamęcza
 ludzi mówieniem. W końcu dochodzi do ostrej sprzeczki z Paulem,
który ma dość i oświadcza, że wyjeżdża.
Wściekły Vincent chwyta za brzytwę, ale w efekcie obcina sobie ucho-
sam nie wiedział dlaczego to zrobił. I owe obcięte ucho każe przekazać
jednej ze swoich zaprzyjaznionych  prostytutek w Arles.
Zachowanie Vincenta denerwuje mieszkańców Arles, zwracają się nawet
do władz, by pana Van Gogha usunięto z miasteczka i umieszczono
w jakimś zakładzie  dla obłąkanych.
W końcu 1889 roku Vincent zostaje pacjentem zakładu psychiatrycznego
w Saint-Paul-de Mausole w St. Remy.
Maluje nieprzerwanie, ma epizody samobójcze, próbuje się otruć zjadając
farby. Z trudem  zostaje uratowany.
W maju wyjeżdża do Paryża, ale po 3 dniach pobytu znów wyjeżdża i osiedla
się w Auvers-sur-Oise, gdzie mieszka  zaprzyjazniony z nim zielarz Gauchet.
Od śmierci dzieli go zaledwie 70 dni, ale w tym czasie powstaje 70 obrazów
utrwalających na płótnie okoliczne pejzaże.
25 kwietnia 1890 r pod wpływem kolejnego załamania Vincent  wychodząc
z domu zabiera ze sobą rewolwer. Na polu pszenicy usiłuje strzelić sobie
w serce, ale w efekcie strzela znacznie poniżej serca.
Wraca do domy ranny, w czasie rozmowy z Gauchetem oznajmia, że chciał
odebrać sobie życie i ma nadzieję, że jednak śmierć nastąpi.
Gauchet zawiadamia o wszystkim Theo, który natychmiast przyjeżdża.
27 lipca Vincent umiera w objęciach brata.
I tak wygląda życiorys wielkiego  malarza, który uznanie zyskał dopiero
po śmierci-- za jego życia udało się sprzedać tylko jeden obraz.
Van Gogh pózno zaczął malować- pierwsze obrazy powstały gdy miał
27 lat. Malował przez 10 lat i w tym czasie namalował ponad 2000 dzieł,
w tym 870 obrazów olejnych, 150 akwarel, ponad 1000 rysunków,
napisał do brata wiele listów, z których ocalało ponad 600.
I właśnie owe tak bardzo szczegółowe listy pomogły ekipie wyjaśniającej
śmierć Van Gogha dojść do wniosku, że malarz cierpiał przede wszystkim
na psychozę maniakalno-depresyjną i okresowo miewał napady padaczki.
Dziś już wiadomo, że są różne rodzaje padaczki, a odstępy pomiędzy jej
atakami nie są z reguły stałe. Mogą równie dobrze występować napady
kilkaset razy na dobę jak i tylko kilka razy w roku.
Poza tym trzeba też wziąć pod uwagę fakt, że malarz nadużywał absyntu -
alkoholu, który w tamtych czasach nie był odpowiednio oczyszczany.
Dodatkowo nie bez znaczenia zapewne był fakt, że był zarażony kiłą, a
choroba ta jest wielopostaciowa i często jedna z jej postaci atakuje mózg.
Ale tego w tamtych czasach jeszcze nie wiedziano.

Niezależnie od tego na co biedny artysta chorował -był artystą genialnym.
I gdybym potrafiła tak jak on namalować zwykły zagajnik, mogłabym
spokojnie  chodzić po świecie z plakietką wariatki na czole.
Przypatrzcie się technice, którą został namalowany - to nie jest takie
zwykłe pociągnięcie pędzlem i nałożenie koloru.
Napiszcie,proszę, które obrazy Van Gogha lubicie najbardziej.
Bo Van Gogh to nie tylko seria  "Słoneczników w wazonie".








piątek, 28 lipca 2017

To było dawno......

.......ale zdarzyło się naprawdę.
Należę do tych osób, które nie lubią być czymś zaskakiwane, czyli nie lubię
niespodzianek a poza tym uważam, że w małżeństwie wszystko powinno być
wspólnie "przegadane, uzgodnione" i zapewniam, że nie idzie tu o kolor ścian,
lub kolor sukienki żony.
Są pewne sprawy, które naprawdę muszą być "obgadane" a decyzja musi być
podjęta jednomyślnie. I w niektórych sprawach podjęta jeszcze przed ślubem.
Bo wtedy jest przynajmniej cień prawdopodobieństwa, że związek będzie
trwały.
Wydarzenie miało miejsce na początku lat sześćdziesiątych XX wieku, czyli
w pełnym rozkwicie PRL.
Były to czasy, gdy mieszkanie nie czekało na klienta, banki nie udzielały
kredytów osobom  indywidualnym i większość młodych małżeństw mieszkała
kątem u rodziców jej lub jego, ciułając pieniądze na książeczkach mieszkaniowych.

Byłam wtedy mężatką "całą gębą", czyli już ze trzy lata po ślubie, a większość
moich koleżanek mogła się wykazać nawet dłuższym  stażem.
Ciągle jeszcze pokutowało przekonanie, że kobieta niezamężna jest "gorsza,"
poza tym osoby nie legitymujące się ślubem nie mogły razem ubiegać się o
mieszkanie ani nawet o wspólny pokój w hotelu lub na wczasach.
No i może nic dziwnego, że te niezamężne "stawały na rzęsach" żeby tylko
wreszcie zaliczyć ten "ślubny kobierzec".
Jedna z moich koleżanek, Ewa, poznała chłopaka, który był już po studiach,
oczywiście miał pracę i nawet był całkiem, całkiem przystojny - niezłe
"ciacho",  jak to nie tak dawno określano.
Ciacho niezle jak na owe czasy zarabiał, rodzice obiecali mu, że gdy się
ożeni to wtedy zamieszka w kawalerce babci, a babcia w jego pokoju wraz
z nimi.
Ewa  po trzeciej  randce z Ciachem zaczęła być z lekka przymulona - całymi
dniami słyszałyśmy tylko jaki on jest: cudny, kochany, miły, silny itd itp.. jak
całuje, jak tańczy - no wiecie jak to jest - motyle w brzuchu a rozum raczej
gdzieś na jakimś wyjezdzie, zapewne zagranicznym.
Ewa pomału zaczęła przeglądać modele sukien typu biała beza, choć Ciacho
jakoś nie wypowiadał się na razie na temat ich wspólnej przyszłości.
Ewa była z gatunku tych, które miały już w pewien sposób wytyczoną ścieżkę
życiową, której podstawowe punkty brzmiały: poznać fajnego chłopaka,
zakochać się, wyjść za niego za mąż i szybciutko mieć dwójkę dzieciątek,
wpierw  synka, potem córeczkę.
Trzeba Ewie oddać sprawiedliwość, że ona naprawdę lubiła dzieci i żadnemu
maluszkowi spotkanemu na ulicy  nie przepuściła- do każdego musiała zagadać,
poseplenić i pocmokać.
Do każdej z koleżanek, która powiła dziecię, przylatywała z wizytą i zabawkami
dla dziecka.
Któregoś dnia Ewa przyszła do pracy z pierścionkiem zaręczynowym wielkości
cyferblatu małego damskiego zegarka.
Był srebrny z akwamarynowym dużym oczkiem.
Ale Ewa wcale nie wyglądała na szczęśliwą, bo wprawdzie Ciacho się łaskawie
oświadczył, ale zastrzegł, że on tylko pod tym warunkiem się z nią ożeni, jeżeli
 Ewa mu przysięgnie, że nie będą mieli dzieci.
Bo on dzieci nie lubi i  nie ma  zamiaru ich płodzić.
Proponował by się Ewa dobrze zastanowiła nad tym, bo on to mówi poważnie.
Ewa, zakochana niemal śmiertelnie w Ciachu, od razu przyrzekła że nigdy
nawet  nie pomyśli o czymś takim  okropnym jak dziecko.
Kilka z nas postukało się wymownie  w czoło słysząc tę opowieść,  tylko ja
stwierdziłam, że nie każdy przecież musi kipieć instynktem macierzyńskim
( miałam siebie na myśli) a  życie bez  dziecka wcale nie jest ubogie i złe.
Ślub był okazały, Ewa spowita  od czubka głowy do pięt w białe koronki, Ciacho
też  wypadł niezle w szytym na zamówienie smokingu, wesele trwało co prawda
nie do białego rana ale do północy.
Zamieszkali w babcinej kawalerce, czyli mieszkaniu jednopokojowym z wnęką
kuchenną i łazienką.
Całość miała zaledwie 24  metry kwadratowe, no ale na dwie osoby to "szło
wytrzymać".
Ewa nadal piała z zachwytu nad Ciachem, który nie wymigiwał się od prac
domowych, nawet potrafił raz na jakiś czas coś ugotować i zrobić zakupy.
No ideał, nie mąż.
Cała rodzina Ewy nie mogła się doczekać kiedy to wreszcie Ewa oznajmi
wszystkim radosną nowinę, że spodziewa się dziecka.
Po kolejnym rodzinnym spotkaniu świątecznym, Ewa wyznała matce, że nie
sprawi  jej frajdy w postaci wnuczątka, bo przyrzekła swemu mężowi, że nie
będą mieli dzieci.
Mam poradziła jej, żeby nie informując Ciacha odstawiła tabletki i spokojnie
zafundowała sobie dziecko, bo przecież wiadomo, że prawie żaden facet nie
pali się do posiadania dzieci, ale jak  już dziecko się urodzi to się z tym
faktem godzi.
No i Ewa posłuchała tej maminej rady- tabletki wędrowały cichcem co wieczór
do kanalizacji a Ewa zaszła w ciążę.
Pierwszą reakcją Ciacha było duże zdziwienie, potem żądanie by ciążę usunąć,
a potem pasmo awantur i przedzielenie pokoju na  pół ścianką działową.
Po przepisowych 40 tygodniach Ewa urodziła wymarzoną parkę- blizniaki.
A Ciacho, gdy tylko Ewa wróciła z wrzeszczącymi tłumoczkami do domu,
spakował się i......wyprowadził. On nawet nie chciał tych dzieci  widzieć.
W kilka dni pózniej  Ewa wraz z dziećmi zamieszkała u swoich rodziców.
A Ciacho wynajął adwokata i wniósł pozew o rozwód.
Na sprawie rozwodowej powiedział, że przykro mu, ale małżeństwo jest
wszak kwestią wzajemnej umowy, a Ewa dobrze wiedziała, że on  nie chce
mieć dzieci i wyszła za niego, choć  przecież nikt jej do tego nie zmuszał.
Sąd dość sprawnie sprawę przeprowadził, bez orzekania winy, choć
adwokat Ciacha winił o rozpad związku Ewę.
Kilka lat pózniej ożenił się powtórnie, dzieci w tym związku nie było.
Regularnie płacił alimenty ale nigdy nie nawiązał kontaktu z dziećmi.
A Ewa nie mogła sobie wybaczyć, że posłuchała rady swej matki.
Nie wyszła ponownie za mąż.


niedziela, 23 lipca 2017

Zwierzęta i my

W sierpniu minie 7 lat od odejścia mego piesa za Tęczowy Most.
Co dziwniejsze nadal tęsknię za nim, tylko za nim i ani mi w głowie brać
następnego psa, zwłaszcza teraz, gdy zmieniam miejsce zamieszkania.
Ale to nie  znaczy, że zerwałam z tej racji kontakty z wetem. Tak się składa,
że przychodnia weterynaryjna jest blisko mego  domu i często obok niej
przechodzę.
I jeśli  pan wet akurat ma wolną chwilę i stoi na zewnątrz, wygrzewając się
na słońcu, to zawsze sobie ucinamy miłą pogawędkę.
Pan wet, żeby było ciekawiej, jest wrogiem trzymania w domu psów przez
ludzi, których w domu nie ma niemal cały dzień.
Wg niego jest to szczyt egoizmu, bo jak się jest cały dzień poza domem to
pies, który jest przecież zwierzęciem stadnym, straszliwie  cierpi a na dodatek
głupieje.
Bo tak naprawdę, wzięcie do domu psa, gdy się jest cały dzień poza domem,
 jest korzystne tylko dla nas, nie dla psa.
No tak, ja wzięłam psa wtedy, gdy byłam "kobietą udomowioną" i nasz pies
nigdy nie  zostawał sam w domu.
Miał zawsze dwa spacery długie, takie półtora- do dwóch godzin i dwa krótkie.
Poza tym zawsze wszędzie ze mną jezdził, jeśli nie było nikogo w domu.
Na wszystkie  urlopy i krajowe i zagraniczne też jezdził z nami.
To był pies-turysta, zjechał z nami kawałek UE. W obiektach zabytkowych albo
był noszony na  rękach, albo zwiedzaliśmy obiekty "na zmianę".
Tym sposobem  zwiedziliśmy Kolonię, Bonn, Dusseldorf, Akwizgran.
Wizyta w  kolońskiej katedrze tak go znudziła, że spokojnie zasnął na rękach
mego zięcia.
Dwa tygodnie temu, gdy przechodziłam obok lecznicy, znajomy wet stał przy
drzwiach lecznicy a obok niego leżał przepiękny seter irlandzki.
Pomyślałam, że to pies któregoś z pacjentów.
Podeszłam,  a wet się pyta-  a nie wzięłaby pani tego psa? Jest bardzo grzeczny,
dobrze ułożony i ładny, prawda?
Ładny, to prawda, ale ja zmieniam miasto i mieszkanie, będę mieszkać wysoko
i nie mogę wziąć psa - odpowiedziałam. A co to za pies, skąd się tu wziął?
On został porzucony - małżeństwo się rozeszło, sprzedało dom i zostawili psa
w ogrodzie. Po dwóch dniach sąsiedzi mnie wezwali, bo bali się sami go stamtąd
wyprowadzić. No ale już mam jednego psa w domu i boję się, że ten  nowy
nie  zostanie zaakceptowany ani przez Fredka ani przez moją żonę.
Na razie  trzymam go na obserwacji,  zostawiłem na drzwiach domu wiadomość,
że pies jest u mnie w lecznicy i że proszę o kontakt ale odzewu nie ma.
Wczoraj zajrzałam do lecznicy  i dowiedziałam się , że ponieważ nie było nikogo
chętnego na psa, pan wet zabrał psa do domu.
Fredek, który jest dość krnąbrnym west highland white terierem, nowego
zaakceptował,  bo nowy jest wprawdzie duży, ale bardzo spokojny.
A żona? - zapytałam. Żona ze mną nie rozmawia, mamy ciche dni. Ale córka jest
zachwycona.
A królik?-  królik to pestka, siedzi w klatce w pokoju córki, a klatka stoi na regale.
Tylko martwi mnie, że żona ze mną nie rozmawia.
Tak to jest gdy się ma męża weterynarza -zwierzyniec domowy zapewniony.
A mnie się bardzo zachciało śmiać, bo Fredka kupiła żona  pana weta, nie
uzgadniając z nim tego zakupu.
Potem córka przyniosła króliczka, rzekomo na przechowanie, na kilka dni.
No a setera  przyprowadził wet, też bez uzgodnienia z domownikami.
To coś jakby remis w rodzinie, więc skąd te ciche dni???

wtorek, 18 lipca 2017

Takie sobie.......

.......przemyślenia.
Podpadnę Wam wszystkim, bo wiem, że nie lubicie gdy piszę coś,  nawet niewiele,
zbliżonego do tematów politycznych.
Trudno, muszę, bo inaczej się uduszę;)
Jeśli oglądacie tylko produkt  zwany kurwizją , to z pewnością nie jesteście
zestresowani - przecież jest pięknie, radośnie, rośniemy w siłę i dostatek.
Już raz tak  rośliśmy, o czym pokolenie 40-latków nie pamięta.
Osobiście mam jakieś skrzywienie psychiczne i owej kurskiej wizji nie oglądam,
podobnie  jak nie oglądam i nie słucham toruńskich produktów medialnych pana
Rydzyka.
Wyznaję zasadę, że jeżeli  ktoś musi westchnąć do swego  boga, to może to
zrobić udając się do kościoła lub pomodlić się w  zaciszu własnego domu.
Narzekamy, że pisuary wygrali wybory. No ale przecież ktoś tych ludzi wszak
wybrał.
Wybrali ci, którzy po pierwsze raczyli w ogóle ruszyć tyłki na wybory, a poza tym
zostali oczarowani wizją państwa, którego obraz roztaczali przed nimi wierni
wyznawcy p.p.Rydzyka i Kaczyńskiego. Ta para oszołomów roztaczała przed
swoim elektoratem wizję państwa opiekuńczego, pochylającego się nad każdym
swym wyborcą i zdejmującego z niego obowiązek samodzielnego dbania o swe
życiowe interesy.
Nie da się ukryć- samodzielność  wymaga znacznie więcej wysiłku niż posłuszne
wypełnianie poleceń, wspomagane datkami opiekuńczego państwa.
W niedzielę były w stolicy dwie potężne demonstracje - pod Sejmem i pod Sądem
Najwyższym. Obie pod hasłem obrony niezawisłości sądów i trójpodziału władzy,
co jest gwarancją utrzymania  w kraju systemu demokratycznego.
Równolegle odbyły się pod tymi samymi hasłami demonstracje w Krakowie i
Szczecinie. Jak na okres wakacyjny i dość niemiłą pogodę (gorąco i duszno)
ludzi było sporo.
Zrobiło mi się smutno, bo  do walki o demokrację muszą dziś stawać ci, którzy już
raz o nią walczyli.
                                                             *****
Wczoraj polską publikę zelektryzowała wizyta brytyjskiej pary książęcej wraz
z nieletnim przychówkiem.
Naród wyrażał żywe zainteresowanie parą książęcą, atrakcja jak  rzadko.
Oglądając potem wywiady z tymi, którzy "byli i oglądali i pieli z zachwytu"
skonfrontowałam ten wywiad z poprzednio oglądanym wywiadem
przeprowadzonym wśród rodaków wypoczywających nad polskim  morzem-
pytani o najnowsze i ważne dla nas wszystkich krajowe wydarzenia polityczne
odpowiadali : nie wiem, nie znam,  nie interesuję się polityką wcale.
I jakoś nie mogę się nadziwić, że kogoś interesuje sukienka i uczesanie księżnej
Kate, czyli rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia dla naszego dalszego życia
w Polsce, a poczynania rządu, które systematycznie niszczą kraj nikogo nie
interesują.
To naprawdę dziwne i smutne.
                                                              *****
Ciekawa jestem kiedy ludzie się ockną. Zapewne zgodnie ze starym przysłowiem:
"mądry Polak po szkodzie", czyli gdy już będzie za pózno.
Może wtedy gdy paszporty wrócą do składnic paszportowych i na każdy wyjazd
trzeba będzie, jak kiedyś, godzinami stać by złożyć wniosek na otrzymanie
paszportu na wyjazd?
A może ockną się  dopiero wtedy, gdy nas wyproszą z UE bo nie spełniamy już
standardów państwa demokratycznego i będziemy szwendać się od ambasady do
ambasady żebrząc o wizę?
A wtedy , gdy się już naród ocknie będzie mógł sobie zaśpiewać piosenkę:
"miałeś chamie złoty róg".
Wiem , urlop rozleniwia tak bardzo, że wydaje się nam, że nasz wątły głos niczego
nie zmieni, ale wiele tych "wątłych glosów" składa się zawsze w chór- pamietajcie
o tym. Warto.


piątek, 14 lipca 2017

Mix, bo dawno nie było

Przedwczoraj o mały włos nie zostałam zeżarta przez komary. Gdy  około południa
wysiedliśmy  pod domem z samochodu, rzucił się na  nas rój głodnych komarzyc.
Właściwie nic dziwnego- przedtem wciąż padało ale  było ciepło, więc się 
paskudztwo wylęgło w niesamowitej ilości. Przejście kilku kroków od bryczki do
budynku było gehenną. Ostatni raz takie ilości komarów spotkałam gdy letnim,
 póznym wieczorem płynęliśmy  Wisłą wzdłuż zarośniętego krzaczorami brzegu.
Ale takich ilości, w biały dzień, w mieście, około południa, jeszcze nie widziałam.
Przeżyłam, jak widać- tak  gnałam do domu jak jeszcze nigdy.
                                                              ***** 
A dziś poniosło nas do Janek, do sklepu IKEA . Straszliwie się nałaziłam, jak
zwykle w tym sklepie. Chciałam  tylko zobaczyć  dział z tekstyliami oraz meblowy.
Ale nie ma lekko  - nim się doczłapałam do zasłon i firanek to już mnie nogi bolały.
Znalazłam w naturze to, co wpierw widziałam on line i okazało się, że nie bez
powodu zachwyciłam się tymi zasłonami.
Są to tzw. zasłony zaciemniające , bardzo dobrze się układają, przemiłe w dotyku,
mają  fakturę skórki brzoskwini.   
A co najważniejsze, to mają pożądaną przez mnie wysokość 3 metrów i są gotowe
do powieszenia. I nawet znalazłam takiej też długości firankę- mięciutką, dobrze
się układającą. I też już gotową do powieszenia. Muszę zawsze teraz pamiętać, że
moje nowe mieszkanie  ma 360 cm wysokości.
                                                               *****
 A potem było dużo smiechu. W drodze powrotnej wpadliśmy po dżinsy  dla mego
ślubnego.
Ponieważ mój mąż nadal ma sylwetkę "młodzieżowca" odwiedziliśmy sklep
R......d.  Ja to w  ich rozmiarówkę raczej się nie łapię, ale on - tak.
Sklep z bliżej mi nie znanych względów urządzony w stylu  " właśnie nam wysiadło
oświetlenie", lub "gdy ciemniej to przyjemniej".
Niemal wszędzie leżały męskie szorty lub  bermudy i wszystkie mocno podarte
i artystycznie postrzępione.
Nie postrzępione były tylko  bermudy z tkaniny dresowej.
Sunąc w tych ciemnościach zauważyłam,że z boku wiszą  długie spodnie. Owszem,
były długie, nawet dżinsy, ale straszliwie podarte, postrzępione i artystycznie
poprzecierane.
Podeszliśmy do lady, przy której uwijał się, tokując do jakiejś panienki, młodzian
z ogoloną na "zero" połówką głowy.
Druga połowa głowy miała nieco dłuższe włosy (ze 3 cm) i kończyła  się na całym
czubku głowy czymś w rodzaju starannie wyżelowanego parkaniku.
Pokonując zdumienie , ale wpatrując się w ten cud sztuki fryzjerskiej, zapytałam,
czy bywają jeszcze dżinsy bez dziur i strzępów.  Młodzian obrzucił mnie mocno
zgorszonym spojrzeniem, myśląc  zapewne- "taka stara a tak głupia" i z dumą mi
wyjaśnił, że u nich są tylko modne spodnie.
Trąciliśmy się z mężem łokciami, zrobiliśmy zgodnie  w tył  zwrot i dusząc się ze
śmiechu wymaszerowaliśmy z tego sklepu.
 Za to w innym sklepie  udało nam się kupić takie  zwykłe, całe dżinsy , bez dziur
i strzępów i nawet  bez wytartego koloru. Jako towar obecnie  niemodny były one
 niemal o połowę tańsze od tych dziurawych. No normalnie dom wariatów.
                                                            
Miłego Wszystkim;)


poniedziałek, 10 lipca 2017

N i e s p o d z i a n k a....

Muszę was zmartwić - przeprowadzamy się  dopiero we wrześniu bo:
a) wykonanie i montaż mebli kuchennych potrwa 8 tygodni,
b) łazienka ma być przerobiona, tzn. zamiast wanny ma być duuża,
    wygodna kabina prysznicowa, taka długości i szerokości wanny,
c) nie jest jeszcze zrobiona podłoga na balkonie, która co prawda nie będzie
    kryta terakotą, ale pokrywana jakąś powłoką kauczukową,
d) podłogi w mieszkaniu są już  położone, ale jeszcze trzeba je czymś pokryć, 
     jakimś nietrującym lakierem,
e) klatka schodowa budynku też jeszcze nie jest wykończona. Trzeba jeszcze
     zmienić poręcze, poprawić niektóre stopnie i na całych schodach ułożyć
     chodnik dywanowy. To bardzo praktyczne, bo nim się człowiek przeczłapie
     do mieszkania to mu się buty osuszą w razie deszczu lub śniegu,
f) widziałam na podesłanych zdjęciach że na zewnątrz budynku są jeszcze
     rusztowania i jeszcze  wykończają elewację,
 g) po raz pierwszy będę miała drzwi wejściowe do mieszkania tak ozdobne-
    w górnej partii drzwi  są  szybki. Szkoda, że nie kolorowe.
Na razie więcej liter alfabetu nie jest zaangażowanych w przeszkody do
wyjazdu w  sierpniu. Dobrze, że jeszcze nie  zapakowałam koralików!!!!!

Właśnie zaczął padać deszcz z burzą w tle, więc  coś na pocieszenie:



piątek, 7 lipca 2017

Możecie się pośmiać

Wyniosło  nas dziś na zakupy, głownie  tego, co akurat nie jest niezbędne.
Po drodze wpadłam do niedawno otwartego  popularnego marketu, gdzie
zawsze są niskie ceny.
 Kupiłam  fajną owocową herbatę, urodziwe, jednakowiutkie pieczarki, nieco
warzyw i ekologiczne banany, bo miały niebywale atrakcyjną  cenę.
Potem kierując się inną alejką w stronę kas, mój ślubny przystanął przy stoisku
z ciuchami.
Właśnie kilka dni wcześniej  doszedł do wniosku, że poszukuje nowych
letnich spodni,więc jego wzrok padł na z lekka wytarte dżinsy.
Przezornie zwróciłam jego uwagę, że te dżinsy to takie modne, bo mają
firmowe "przetarcia", ale mój na nie popatrzył, odczytał całkiem przytomnie
obwód pasa i  wrzucił je  do koszyka.
W tym sklepie nie ma żadnej przymierzalni, ale w ciągu 7 dni można towar
bez problemu zwrócić.
Ale rozmiary mają nie przekłamane i jeszcze niczego nigdy nie zwracałam.
Kupił, przyjechaliśmy do domu, ślubny owe  dżinsy zmierzył i oczywiście
okazało się, że są za luzne w tzw. partiach tyłkowo - brzusznych.
Odszukał kwitek z kasy, potem spodnie złożył , spojrzał na paragon i mówi:
"słuchaj, na paragonie jest napisane, że to są spodnie damskie."
Akurat byłam zajęta pichceniem, więc nie zareagowałam, tylko miauknęłam,
że oddamy je w poniedziałek do sklepu.
Po niemal godzinie dotarło do mnie, że mój użył nazwy "spodnie damskie".
Obejrzałam te spodnie i... na foto- metce faktycznie jest sfotografowana
kobieta  w owych dżinsach.
A tak dokładnie to tylko fragment kobiety od talii w dół.
Niewiele myśląc przymierzyłam je i....bingo! Mój rozmiar! Dusząc się ze
śmiechu pokazałam się mężowi.
Popatrzył i stwierdził- "od razu wiedziałem, że coś z nimi nie tak w tyłku!"
No ale dla  ciebie są dobre i wiesz? wreszcie  ci dżinsy nie będą wisieć
tu i ówdzie. No fakt, ostatnio wiszą i nawet przymierzyłam się do
kupienia o numer mniejszych.
I w ten oto prosty sposób stałam się właścicielką modnych dżinsów.
A że wyglądają na stare? To co, ja też młoda nie jestem;)))
I kwestia  spodni dla ślubnego nadal aktualna, nie ma lekko.
Teraz co na  nie spojrzę to strasznie mi się chce  śmiać.
Od dziś będę kupować tylko ekologiczne banany- mają zupełnie inny smak.
 Bardzo zbliżony do takich malutkich, malezyjskich, które kiedyś jadłam
w Singapurze.
Są bardziej aromatyczne i nie takie suche jak te  zrywane w stanie zielonym.
Życzę Wam  miłego, słonecznego weekendu