drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 22 kwietnia 2017

Pośmiejmy się trochę

Nadszedł czas  różnego rodzaju egzaminów i testów- mam wrażenie, że
gimnazjaliści już coś pisali, za niedługo matury, więc zaglądnijmy do prac
napisanych w poprzednich latach:

Aleksander Głowacki to panieńskie nazwisko Bolesława Prusa.

Antygona czuła miłość do brata i dlatego go zakopała mimo zakazu króla.

Antygona pochowała brata, splunęła moralnie na króla i powiesiła się.

Baryka zakopał precjoza wraz z żoną i synkiem.

Beniowski zabił 6 kozaków. Jeden z nich umarł, a inni uciekli.

Biesiadowali przy suto zastawionych stolcach. 

Bił swoją żonę, z którą miał dzieci przy pomocy sznurka.

Bohaterów "Krzyżaków" dzielimy na  historycznych i erotycznych.

Była to wyspa położona daleko od morza. 

Chłopi chodzili po polu pionowo i poziomo.

Chłop  pańszczyzniany chodził przygarbiony, bo mieszkanie było ciasne.

Chory więzień nie dość, że nie był leczony, musiał niekiedy umierać.

Czytałem sztuki  Szekspira. Dwie  zapamiętałem: Romeo i Julia. 

Do ludności w Balladach Mickiewicza zaliczamy nie tylko pojawienie się
rusałki, ale również jęki chłopa pod jaworem.

Dobrze rozwijający się  przemysł chemiczny przerabia węgiel na sól kamienną.

Dr Judym do szkoły chodził  w ciotki szpilkach.

Dulska była powodem ciąży Hanki.

Edward III  nie mógł zostać królem Francji, bo jego matka nie była mężczyzną.

Faraonowi wmurowano do grobowca jego najlepszą żonę.

Gerwazy wyciągnął szablę i strzelił.

Góral ma na głowie kapelusz, spodnie i kierpce.

Grając na fortepianie koń przeleciał koło okna.

Pogłaskał konia po głowie i cicho zarżał. 

Uśmiałam się setnie ale zaraz potem zrobiło mi się smutno. Nawet bardzo smutno.


 

wtorek, 18 kwietnia 2017

Coś jakby po świętach

            Dziękuję Wszystkim za życzenia, mam nadzieję, że się spełnią!!!

Jak wiecie wszelakie święta to dla mnie dzień jak co dzień.  Pogoda tym razem
doszła do tego samego wniosku, więc bez wyrzutów sumienia przesiedziałam
te dwa dni nie wychodząc z domu.
Dziś poranny widok z okna zniesmaczył mnie doszczętnie- na trawnikach i
krzewach beztrosko polegiwał śnieg.
Od razu przypomniał mi mój mąż jedną z naszych  podróży w kwietniu do
Zakopanego -gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy świeciło słońce i zapowiadało się,
że będzie to słoneczny, wiosenny pobyt.
Było już tak ciepło i wiosennie, że w ostatniej chwili mąż postanowił, że nie
wezmie nart- ani swoich ani dziecka.
Do samego Krakowa droga była super- słonko świeciło, dookoła zielono, nawet
korków nie było.
W Krakowie zajechaliśmy do zaprzyjaznionej restauracji, niespiesznie zjedliśmy
super obiad zakończony kawą i domowym ciastem.
Nim dotarliśmy do granic Krakowa, na niebo nadpłynęły diablo ciemne chmury
i zaczął z nich padać....śnieg i to bardzo intensywnie.
Był mokry, ciężki i wszystko zalepiał, łącznie ze znakami drogowymi.
Wycieraczki bardzo ciężko pracowały.
No i zaczęło się - przed podjazdem na Obidową staliśmy w korku ponad godzinę.
Przed nami  sznur samochodów, za nami także, zero informacji, dookoła biało
a śnieg chyba zarabiał na jakąś premię - cały czas sypał.
Gdy wreszcie pomalutku ruszyliśmy okazało się, że po obu stronach szosy
leżały poprzewracane samochody. Niektóre na dachu, inne  na boku.
Że leżały te, które zjeżdżały w stronę Krakowa to mnie nie dziwiło, ale dlaczego
leżały również te wjeżdżające pod górę???
Na ogół pod  górę nikt zbyt szybko nie jezdzi, w przeciwieństwie do tych co
radośnie szpulują z góry.
W pensjonacie  wszyscy orzekli, że przywiezliśmy ze sobą zimę. Śnieg utrzymał
się jeszcze 10 dni, co wprawiło mego ślubnego w zły humor - nie miał ze
sobą sprzętu narciarskiego. Wszystko - kombinezon, buty, narty  zostało w domu.
Ale ja byłam zadowolona- chociaż raz nie musiałam lepić z dziecięciem bałwana.
W każdej z Reglowych Dolinek, oprócz Olczyskiej, stało ich wspólne dzieło -
duży bałwan z marchewkowym nosem.

W przedświąteczną  środę złożyłam wniosek na nowy paszport. Nie było żadnej
kolejki, pełny Wersal i kultura. I nawet udało się pobrać odciski moich palców.
A dziś ta sztuka (pobrania odcisków palców) nie powiodła się u mego męża-
urzędniczka  orzekła, że nie ma to większego znaczenia, zamiast zaszyfrowanych
odcisków palców będzie informacja, że nie dało się ich pobrać.
Czuję się w obowiązku zachwycić się Urzędem Gminy Ursynów- bardzo dobra
organizacja, dobra informacja  i duży parking, na którym zawsze można znależć
miejsce.

W dalszym ciągu nie mam  jeszcze nowego mieszkania za miedzą i czekam na
wieści. Zupełnie jakbym czekała na Godota;)

                         To nie Tatry, ale Alpy. Też ładne, prawda?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Wielkanoc


                Wszystkim bez  wyjątku
niezależnie od tego czy świętują czy też nie
       życzę radości i wytchnienia od trosk
            w gronie  miłych sercu ludzi 
 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

I jeszcze nieco "staroci"

 prababcia
pradziadek

A to moi pradziadkowie, rodzice  babci, która mnie wychowała.
Sprowadzili na świat jedenaścioro dzieci,  do wieku dorosłego wyżyło sześcioro.
Trzy córki i  trzech synów. I wszystkie dzieci otrzymały wykształcenie - chłopcy
wyższe, dziewczyny oczywiście niższe.
Dwie ukończyły Szkołę Handlową, a trzecia  Seminarium Nauczycielskie.
Pradziadek był sporo starszy od prababci i był wdowcem. W posagu wniósł do
związku córkę.
Na zdjęciu poniżej, zrobionym w 1890 roku jest ojciec mojej prababci z jednym
z synów.
Zdjęcie jest już mocno "sfatygowane" no ale jakby na to nie patrzeć
to ma już 127 lat.
Mam  w albumie znacznie więcej  zdjęć rodziny babci niż dziadka  a do
tego nie mam zupełnie zdjęć  rodziny mojej mamy.
Tak to jest gdy małżeństwo się rozpada w krótkim czasie po ślubie,
a dziecko trafia do rodziny jednego z rodziców ( w tym wypadku do
rodziny ojca).
Gdy jeszcze byłam dzieckiem bardzo lubiłam  babcine opowiadania
o jej dzieciństwie, o Lwowie w ktorym się urodziła i wychowała i za
którym bardzo tęskniła gdy w 1930 roku przeprowadziła się z mężem
i dwójką dzieci do Warszawy.
Przeżyła ogromnie fakt, gdy w  dowodzie osobistym jako miejsce
urodzenia wpisano  jej ...ZSRR.
Śmiałam się kiedyś, że gdyby nie wybuch pierwszej wojny światowej
zapewne moi dziadkowie wcale by się nie spotkali.
Bo dziadek przed wybuchem I wojny światowej mieszkał i pracował
w Wiedniu, a w chwili wybuchu wojny jego firma wraz z pracownikami
została przeniesiona do Lwowa, do macierzystej  centrali.
A w tej centrali pracowała wtedy moja babcia. Ślub  brali w czasie wojny.
I było mało odświętnie, bo nie było wesela ani pięknej ślubnej sukni.
I chyba jakieś fatum wisiało nad  rodziną- moi rodzice też pobierali się
w czasie wojny i mama była w granatowym kostiumie i wesela też nie
było.
A ja podtrzymałam tradycję- ślub brałam w białym kostiumie, a wesela
też nie było, bo byłam w tym czasie w żałobie po śmierci  dziadka.
Na szczęście wojny wtedy nie było tylko zwyczajny PRL.

Stare zdjęcia

Zajrzałam na blog Stokrotki, a tam zdjęcie z 1917 roku.
I pytanie, czy ma ktoś takie stareńkie zdjęcia.
Mam takie stareńkie zdjęcia, a niektóre nawet jeszcze starsze.
To zdjęcie poniżej jest z 1916 roku. Są na nim moi dziadkowie,
którzy mnie wychowali.
Zdjęcie zrobione w marcu 1916 roku we Lwowie. I jest to zdjęcie ślubne.
 To jest zdjęcie  mojej babci prawdopodobnie z 1908 roku
I zdjęcie mego dziadka  z okresu studiów w Wiedniu, zapewne
 z 1909 lub 1910 roku.
Mam w swych zbiorach jeszcze starsze zdjęcia- są to zdjęcia rodziców
tej pary, czyli moich pradziadków. Niestety nie wiem dokładnie z jakiego są
okresu.
Jest też sporo zdjęć opisanych enigmatycznie, np. Józef z synami, ale nie
mam bladego pojęcia kim był ów Józef ani jak mieli na imię jego synowie.
I nie ma już w rodzinie nikogo, kto mógłby mi to powiedzieć.
Dwie wojny światowe skutecznie zniszczyły wiele dokumentów i zdjęć
rodzinnych.
Gdy w 1945 roku dziadkowie powrócili do Warszawy znalezli w swym
mieszkaniu, na podłodze, wiele nadpalonych zdjęć rodzinnych. Żałowali, że
nie wzięli ich ze sobą na tułaczkę, gdy ich wypędzono  z miasta po upadku
Powstania, ale wtedy wolno było wziąć ze sobą zaledwie 1 walizkę, więc  nikt
z wypędzanych nie myślał o zabraniu ze sobą albumów ze zdjęciami.
Nie wiedzieli nawet czy ocalą własne życie, czy dojdą  spokojnie do granic
miasta i dokąd zostaną wywiezieni.

niedziela, 9 kwietnia 2017

To i owo....

....czyli mix o niczym.
Odkryłam  "nową" mąkę bezglutenową. I jest to mąka konopna.
Nie wiem jaki jest stan Waszej wiedzy na temat konopi, ale przekonałam się,
że naprawdę wiele osób nie ma pojęcia o tym, że są dwa rodzaje konopi-
konopie indyjskie i konopie siewne.
Konopie indyjskie to jak powszechnie wiadomo " są be", bo z ich liści jest
"produkowana" marihuana  oraz sałatki powodujące u konsumentów wielce
dobry humor.
A konopie siewne, choć  wygląd ich liści jest podobny do liści konopi
indyjskich nic a nic nie mają z nimi wspólnego. Z nasion konopi siewnych
można otrzymać bezglutenową mąkę i takąż kaszę, poza tym produkuje się
olej konopny, który doskonale pomaga  skórze, poza tym otrzymuje się również
włókno, z którego powstają mocne sznury.
Mąka konopna jest dość ciemna, pozbawiona glutenu i skrobi oraz tłuszczów
nasyconych, za to jest mieszanką łatwo przyswajalnych białek, korzystnych dla
naszego organizmu,ponadto ma w odpowiednich proporcjach kwasy omega 3 i
omega 6, cenne witaminy i 9 niezbędnych  aminokwasów EAA, których nasz
organizm nie jest w stanie wyprodukować.
Dodatkowo mąka konopna dodaje energii, przyspiesza nasz metabolizm,
redukuje poziom cholesterolu LDL, obniża cisnienie krwi, zmniejsza stany
zapalne stawów.
Wczoraj, w pobliskim  "spożywczaku" kupiłam torebkę tej mąki.
Wygląda może nieciekawie, w niczym nie przypomina mąki pszennej lub żytniej.
Postanowiłam zrobić z niej  najprostsze pod słońcem placki.
Do pół szklanki mąki dodałam jedno duże jajko, połówkę bardzo dojrzałego,
rozgniecionego banana, łyżkę kakao i wszystko razem dokładnie wymieszałam.
Usmażyłam na oleju kokosowym małe placuszki, które  nakładałam na patelnię
łyżką stołową.  Usmażone placuszki potraktowałam drugą połówką banana
zmiksowaną razem z łyżeczką mleka kokosowego.
Całe szykowanie i smażenie zabrało mi chyba aż 20 minut.
Ale jedzenie trwało bardzo szybko - żałowałam, że nie zrobiłam ich więcej.

A dziś zrobiłam na obiad schab karkowy pieczony ( a właściwie duszony)
w winie czerwonym, półsłodkim.
Ponad tydzień temu kupiłam niesłychanie chudy schab karkowy, potraktowałam
go mielonym cynamonem , odrobiną  mielonego gozdzika i ziołami prowansalskimi.
Zawinęłam w pergamin, następnie w  folię aluminiową i wsadziłam do zamrażalnika.
Rozmrażałam potem w lodówce na najniższej półce, nie odwijając z folii.
Rozmrażał  się biedak 24 godziny. Dziś rano odwinęłam z tych "powijaków",
umieściłam w żaroodpornym naczyniu, nalałam dużo czerwonego, półsłodkiego
wina, nakryłam pokrywką i wstawiłam do piekarnika na 150 stopni.
Po 1,5 godziny wyłączyłam piekarnik i pozostawiłam w nim jeszcze mięso.
Wiecie co, tak dobrego mięsa już dawno nie jadłam.
Było mięciutkie i bardzo,  bardzo soczyste.

Jutro pokombinuję co by jeszcze "wymodzić " z mąki konopnej.Może jakiś chlebek?
A może połączę mąkę konopną i orzechową i zrobię kolejne, nowe placuszki?
Bo gotowych "bezglutenowców" mam dość i tych krajowych i tych z importu.


niedziela, 2 kwietnia 2017

Piątkowy wieczór......

.....spędziłam na oglądaniu filmów dokumentalnych .
Zaczęłam od obejrzenia filmu produkcji francuskiej "Sąd nad Eichmannem".
Film o tyle ciekawy, że nie był sprawozdaniem z tego procesu, ale przedstawiał
rozterki moralne żydowskich filozofów, przedstawicieli świata nauki oraz
ówczesnej elity władzy.
Zastanawiano się, czy Eichmann powinien  być sądzony  w Izraelu, choć to
właśnie ludzie narodowości żydowskiej najbardziej ucierpieli z powodu
holocaustu.
Jeszcze nim zapadł jakikolwiek wyrok, trwały  gorące dyskusje jaka kara
byłaby dla niego adekwatna - czy powinna to być kara dożywocia, czy jednak
kara śmierci, tak samo  jak dla innych zbrodniarzy wojennych sądzonych
podczas procesu w Norymberdze.
Sąd skazał Eichmanna na karę śmierci - wyrok wykonano, zwłoki skremowano,
 prochy wrzucono do morza poza granicą wód terytorialnych Izraela.
Wykonanie wyroku wcale nie zakończyło dyskusji  co było dla mnie sporym
zaskoczeniem.

Ten wieczór kanał Planete +  wyraznie poświęcił Żydom. Następne trzy filmy,
które obejrzałam  nosiły tytuł  "Historia Żydów".
Przed laty zakupiłam wielkie tomisko, formatem  niestety  zbliżone do A4,
liczące niemal 1000 stron  i przyznam się szczerze, że nie przebrnęłam przez
owe dzieło. Było tyle szczegółów, że wciąż się gubiłam pośród zmiennych granic
terytoriów, plemion, sojuszy, walk, wędrówek.
W końcu z  przykrością odstawiłam  wielką księgę na półkę - poddałam się.
 Za to te trzy odcinki tego filmu obejrzałam z wielkim zaciekawieniem. Każdy
z godzinnych odcinków był zrobiony niezwykle starannie, z dużą kulturą, bez
emfazy.
Moje zainteresowanie tym narodem wzięło się głównie stąd, że bratowa mojej
babci, tej która mnie wychowała, była  Żydówką.
Nie znałam jej zupełnie, widziałam ją tylko na kilku zdjęciach, ale się bardzo
wiele o niej nasłuchałam.
Owa znienawidzona przez moją babcię osoba była rentgenologiem,jej rodzice
byli ludzmi wykształconymi, kulturalnymi, przestrzegającymi swej wiary.
Ze zdjęć spoglądała na mnie ładna kobieta , ciemnowłosa, zgrabna, o bardzo
smutnym spojrzeniu. Gdy związała się z bratem mojej  babci została wykluczona
ze swej dotychczasowej społeczności  - małżeństwo z człowiekiem innej wiary
było sprawą nie do wybaczenia, jej rodzice wyrzekli się jej, dla nich ona
po prostu umarła.
Co gorsze rodzina jej męża przyjęła ją bardzo chłodno, chociaż przeszła na
katolicyzm i ksiądz udzielił młodym ślubu kościelnego, a dzieci  urodzone
z tego związku były wychowywane w wierze katolickiej.
W czasie okupacji hitlerowskiej, gdy w miejscowości, w której mieszkali miało
powstać getto  żydowskie, komendant gestapo doradził bratu mojej babci, by ten
"wyekspediował" na ten czas gdzieś swą żonę, bo ktoś zgłosił, że jest Żydówką,
a jej katolicyzm to tylko rzecz nabyta. Komendant był pacjentem mego
wujecznego dziadka, który go operował.
Mój "wujeczny dziadek" niewiele myśląc wyekspediował żonę do swej siostry
mieszkającej w Warszawie. W dwa miesiące pózniej w budynku, w którym
mieszkała moja babcia, parter  trzypiętrowego domu  zajęli Niemcy -
powstał tam sztab wojska.
Sytuacja była nieco beznadziejna - na parterze niemiecki sztab, a na trzecim
piętrze uwięziona Żydówka.
Obecność sztabu sprawiła, że budynek nie był nękany nagłymi wizytami
gestapo a w okresie powstania nie  był wypalony- przetrwał w całości aż do
końca, gdy po upadku powstania cała ludność była wysiedlana z miasta.
Zawsze mnie śmieszyło, że moja  babcia, taka zawzięta antysemitka, musiała
przechować swą bratową- Żydówkę.
Problem  antysemityzmu w jakimś sensie  zawsze mnie dotykał - trafiłam
do szkoły podstawowej TPD (Towarzystwo Przyjaciół Dzieci)  bo była to
jedyna szkoła w okolicy, która przyjmowała dzieci od 6 roku życia, a  już od
ponad roku umiałam czytać i pisać i okropnie się nudziłam w domu.
Po pierwszej wywiadówce moja babcia "zaczęła włosy rwać z głowy" - co to
za okropna szkoła, 3/4 uczniów to Żydzi.
Zupełnie nie rozumiałam o co chodzi - dla mnie były to dzieci takie same jak
ja. Nie interesowało mnie  czy też chodzą do kościoła na  religię czy też nie.
Nie interesowało mnie czy poszczą w piątki czy też nie. I żadne z dzieci nie
było tym zainteresowane.
Wszyscy byliśmy przez nauczycieli traktowani tak samo a klasa bardzo szybko
się zżyła.
 I jak w każdej klasie- jedni się uczyli lepiej, inni gorzej, ale tworzyliśmy bardzo
zgraną grupę.
Przeżyliśmy ogromny szok gdy nagle kilkoro z naszej klasy, tak z dnia na dzień,
przestało chodzić do szkoły, bo wraz z rodzicami musieli opuścić Polskę.
Niektórym udało się przetrwać do końca roku szkolnego, ale po wakacjach już
ich nie było w Polsce. Klasa zmniejszyła się niemal o połowę.
Chyba  nigdy nie  zapomnę listu, który napisała do mnie  Józia- "nawet nie wiesz
jakie masz szczęście, że nie jesteś Żydówką"- to były pierwsze jego słowa.
Przeczytałam ten list w klasie na głos (za zgodą naszej wychowawczyni)- wpierw
zaległa ciężka cisza, potem część  z nas zaczęła płakać, zapewne jednak nie ze
szczęścia.
Zawsze mnie dziwi, nawet teraz, gdy już jestem stara, dlaczego czyjaś
odmienność wywołuje w ludziach niechęć i agresję, a nie zaciekawienie i chęć
zrozumienia owej odmienności oraz jej zaakceptowanie.




czwartek, 30 marca 2017

Jak to jest.....

....że w mitach i legendach na całym świecie występują giganci i potop?
Te mity powstawały w bardzo, bardzo odległych czasach, a opowiadały o
czasach jeszcze bardziej odległych, wręcz o początku świata.

Wg mitologii inkaskiej czterej bracia, giganci należący do rasy Ayar-aucca
podtrzymywali niebiosa i jednocześnie rządzili rasą ludzką.
Ale ludzie stawali się z czasem coraz bardziej nieposłuszni i niewdzięczni,
więc bracia zdecydowali się opuścić niebiosa na Ziemię i zatopić ją w morzu.
Skutek był taki, że nastąpił wszechświatowy potop, powodując niemal
całkowitą zagładę ludzkości.

W odległej od krainy Inków Irlandii też spotkamy mit o gigantycznych
ludziach nazywanych Fermorami, którzy mieszkali na morzu. Zaraz po
Wielkim Potopie ich przywódca, Balor, wyprowadził ich na wybrzeże
irlandzkie i oni stali się rdzennymi mieszkańcami tej wyspy.

W Anatolii, około 2000  roku przed nowa erą,gdy Hetyci pokonali dominującą
wówczas tam rasę Hurytów, rozprzestrzenili mit o Alalu- gigantycznym
bogu, pierwszym królu niebios, który żył na wyspie na Oceanie Zachodnim.
Ocean Zachodni to  dawna nazwa Atlantyku.

Plemię Kai z Nowej Gwinei wspomina rasę półbogów, gigantów, zwanych
Ne-Mu.  To oni rządzili Ziemią przed Potopem.Byli wyżsi i silniejsi od innych,
nauczyli przodków Kai podstaw rolnictwa i budowania domów.
Ale Wielki Potop starł ich z powierzchni Ziemi a ich ciała zamieniły się
w wielkie kamienne bloki.

Rdzenni mieszkańcy wysp Fidżi wierzą, że kraj ich przodków, Burutu, zatonął
bardzo, bardzo dawno  w wodach Pacyfiku gdy na  Ziemię spadły niebiosa,
a ogień i woda zmieszały się z sobą i w ten sposób powstały wyspy Samoa.
Ci, którzy przeżyli kataklizm, znani jako Hiti, byli rasą gigantów, dziećmi
Atlantydy.

Arabski mit opowiada z kolei o rasie gigantów zwanych Adytami, którzy byli
wspaniałymi architektami i budowniczymi.
Arabowie zamieszkujący Bliski Wschód od samych początków swej historii
pisanej wszystkie wielkie  budowle przypisywali tym gigantom z czasów
starożytnych.

Dwa najstarsze i wielce poważane  święte teksty hinduskie opowiadają
o wodnych gigantach, Daitya, potomstwie boga Wisznu.
Wg Wisznu Purany (jedna z tych świętych ksiąg) wodni giganci rezydowali
w Tripurze- Potrójnym Mieście, które było na zatopionej wyspie za nieprzebytym
Oceanem Zachodnim.

Żeby Was tak całkiem nie zanudzić wyliczanką opowiem Wam o gigancie
chińskim, Pangu.
Chińczycy uważają, że na początku cały kosmos był uwięziony w jednym
jaju. Wewnątrz niego panował okropny chaos, nie było granicy między niebem
a ziemią, nie  było  słońca, księżyca oraz gwiazd i panowała ciemność.
Z tego chaosu wyłoniła się pierwsza istota - gigant Pangu, który postanowił
uporządkować panujący chaos.
Pierwszym jego działaniem było rozbicie skorupy jaja.
Lżejsza jej część  (jang) uniosła się w  górę i stała się niebem, zaś cięższa jej
część  (jin) opadła w dół i stała się ziemią.
Pangu stał na Ziemi nieprzerwanie  przez 18000 lat, pilnując by nie spadły na
nią niebiosa i podpierał  je własnym czołem.
W końcu Pangu położył się i usnął. Niestety podczas tego snu umarł. Głowa
Pangu i jego brwi przemieniły się w planety i gwiazdy. Jego lewe oko stało
się słońcem a prawe- księżycem. Z ciała Pangu powstała gleba a z krwi- rzeki
i oceany. Zęby i kości stały się skałami, minerałami i drogimi kamieniami.
Z oddechu Pangu powstały chmury i wiatr a głos zmienił się w grzmoty i
błyskawice, zaś pot w deszcz i rosę.
Z włosów na ciele Pangu powstały drzewa, rośliny i kwiaty, a pasożyty na jego
skórze zmieniły się w ryby i inne zwierzęta.

Wszystkie mity i legendy zawsze zawierały w sobie  dużo prawdy, która nie
zawsze pasowała współczesnym historykom, lub wręcz zaprzeczała odkryciom
i wnioskom dawniejszych archeologów i badaczy.
Ale o tym napiszę innym razem. Bo jednak giganci  żyli kiedyś na Ziemi.

poniedziałek, 27 marca 2017

Coraz lepiej, coraz lepiej

Włączam dziś telewizornię, patrzę i myślę - ki diabeł, czyżby powrócił  poseł
Gabriel Janowski?
 Patrzę na tę zaróżowioną buzkę, okrągłe, lekko nieprzytomne oczęta, słucham
co wyplata i dotarło do mnie, że to nie p.Gabriel  Janowski po  leczeniu dotarł,
ale to nowy kandydat na leczenie psychiatryczne, w osobie  jednego
z ministrów dobrej zmiany.
Właściwie to może powinnam napisać list dziękczynny, bo każde wystąpienie
oficjeli z tego ugrupowania sprawia, że mija mi strach przed przeprowadzką,
mało tego, zaczynam się martwić, że wciąż tu jeszcze jestem.
I czasami rozbawiają  mnie wręcz do łez, np. projektem wybudowania nowego
super lotniska i super stacji kolejowej pomiędzy Łodzią a stolicą. A stolica
miałaby sięgać od Bugu po Odrę i od Bałtyku do Tatr, z małym marginesem
dookoła tego tworu.
Margines potrzebny do tego, żeby można była wmówić  ludziom, że jest tzw.
demokracja.
Rozumiem, że grypa przenosi się metodą kropelkową i łatwo się nią zarazić, ale
nie podejrzewałam, że tak samo rozprzestrzenia się  głupota.
Jak dotąd była to cecha osobnicza, wrodzona lub wynikająca z braku
wykształcenia, no a teraz okazuje się należeć do chorób zakażnych.
Ciekawa  jestem jak się przenosi- czy jest  jak żółtaczka pokarmowa lub salmonella
czy też jest chorobą brudnych rąk lub brudnych strzykawek?

Bardzo mi się podoba wynik referendum przeprowadzonego w podwarszawskim
Legionowie- otóż  mieszkańcy tej miłej acz niewielkiej miejscowości wcale  nie
życzą sobie  przyłączenia do rozdętego miasta stołecznego. I chwała im za to,
95% mieszkańców wypowiedziało się przeciw temu projektowi.
A pani minister od unicestwiania szkolnictwa wyraziła dzis nadzieję, że ogólnopolski
strajk nauczycieli nie odbędzie się.
Nie podzielam tych jej  nadziei, nawet w Rosji opozycja w 80 miastach podniosła
głowę i ludzie wyszli na ulice miast protestując przeciwko skorumpowanej władzy.

Zaczynam wierzyć, że wiosna jednak do stolicy  pomału dociera- żywopłoty na
naszym osiedlu mają już 3 milimetrowe pączki, prawie listki.
I nawet słońce dziś świeciło i nie zamarzłam wędrując Ursynowem- tam zawsze
jest straszny wygwizdów.
Miłego tygodnia dla Was!

sobota, 25 marca 2017

No nie wiem.....

......a tego czego nie wiem jest coraz więcej.
Może po prostu pomału głupieję. Zaczynam z wolna robić remanenty, bo
przecież w lecie mamy się przeprowadzić.
Pierwszy efekt remanentu ? Natknęłam się na  włóczkę tzw. "skarpetkową",
czyli 75% wełny i 25% poliamidu. I....zabrałam się  do dziergania tzw.
wdzianka-otulacza. Idzie  szybko,  grube druty, fason prosty bo wdzianko
 powstaje  z odpowiednio zszytego prostokąta. I właściwie nie jest to taki
wielce durny pomysł, ale w związku z tym przerwałam dzierganie dla siebie
ażurowej bluzki.
Wiem, pisałam ,że nigdy więcej nie tknę ażuru, ale właśnie przez ten remanent
natknęłam się na włóczkę bawełnę z  akrylem, 50/50%  i na naprawdę łatwy
wzór  ażurowych paseczków. Zrobiłam próbkę i..... "zaskoczyłam"- mam już
zrobiony tył i spory kawałek przodu. I właśnie gdy usiłowałam  "wymajaczyć"
jaki zrobić dekolt, to znalazłam tę skarpetkową włóczkę i jak na złość trafiłam
na blog Anny. Ania właśnie udziergała takie wdzianko. No i zaraz rączki
zaczęły mnie swędzieć i zaczęłam dziergać.

Jak na razie  to remanent robię  tylko w drobiazgach, bo naprawdę są kłopoty
ze znalezieniem mieszkania akurat w tej okolicy, która nam wszystkim pasuje.
Gdybyśmy chcieli mieszkanie takie około 100 metrów lub więcej- nie byłoby
problemu. Takich powierzchni tam nie brakuje. No ale po co nam  taki metraż?
Nie  zamierzam jezdzić po domu na wrotkach.
Trochę się już oswoiłam z myślą o przeprowadzce - gdy o tym  myślę już mi
serce nie skacze do gardła i tętno nie usiłuje dogonić rakiety kosmicznej.

Kwiecień to miesiąc, w którym zmienia mi się cyferka w metryce. Kiedyś bardzo
mnie to cieszyło- teraz raczej budzi zdziwienie i smutek, że tak szybko mija
życie. Jesteśmy tu tylko chwilę i chyba nie zawsze potrafimy to dobrze
wykorzystać. No ale jak na razie to jeszcze mamy marzec.

Czekam z utęsknieniem na prawdziwą wiosnę, z zielonymi krzewami, kwitnącymi
drzewami owocowymi i całym tym wiosennym szaleństwem zieleni i kolorów.
A tymczasem marzec zgodnie idzie z przysłowiem- miesza się wciąż pogoda. a to
co widać na termometrze   "w użyciu" wypada jakoś blado - termometr pokazuje
+10, ale jakoś trudno poczuć to  ciepło będąc na ulicy.

Życzę  wszystkim miłego, słonecznego weekendu;)

poniedziałek, 20 marca 2017

Kto chce niech czyta

Zapewne nie jest to ciekawostka dla wszystkich, ale w moim odczuciu rzecz jest
ciekawa.
Nie wiem czy wiecie, ale  w stratosferze uczeni zainstalowali specjalne pułapki
magnetyczne i  na początku 2015 roku w taką magnetyczną pułapkę wpadły
 bardzo niezwykłe kuleczki ze zdecydowanie niezwykłą zawartością - była to
galaretowata substancja organiczna zawierająca DNA.
I żeby było jeszcze dziwniej, ta substancja  to był mały, żywy stworek.
Oczywiście  kuleczki, stanowiące opakowanie galaretowatych stworków i owe
stworki są  bardzo skrupulatnie badane.
Badania prowadzi i nadzoruje prof. Milton Wainwright z University of
Buckingham .
W trakcie badań okazało się, że konfiguracja DNA tajemniczych stworków na
 naszej planecie nie występuje.
Obejrzawszy wyniki badań owej przedziwnej, nieznanej   konfiguracji DNA
 profesor wykrzyknął: "Wow, to wydaje się być niesamowite!"
Jak zapewne większość z moich "czytaczy" wie, DNA są to kwasy nukleinowe,
czyli wielkocząsteczkowe organiczne  związki chemiczne, pełniące rolę nośnika
informacji genetycznej w żywych organizmach.
Są one bardzo trwałą instrukcją/planem budowy i fizjologii każdego żywego
organizmu. To z nich wychodzą sekwencje wszystkich rozkazów na etapie 
rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego ( rozwoju rodowego i osobniczego),
czyli przemian anatomicznych i fizjologicznych określonego osobnika od
momentu poczęcia aż do śmierci.
Badanie  kuleczki,(sferuli) stanowiącej "opakowanie" stworka wykazało, że posiada
ona idealnie kulisty kształt i wszelkie cechy produktu sztucznie wytworzonego.
Jest wytworzona z kompozytów wieloskładnikowych, w sposób zapewniający jej
ochronę przed promieniowaniem kosmicznym oraz bezpieczny przelot przez
gęstą atmosferę naszej planety.
Zewnętrzna powłoka składa się z kilku pierwiastków  kosmogenicznych, czyli
metali ziem rzadkich, występujących w niezwykle małych ilościach. Jednym
z tych składników okazał się  pierwiastek Dysproz, który na Ziemi stosowany
jest tylko w reaktorach jądrowych.
Na temat samej sferuli i jej zawartości nie podano zbyt wiele informacji, nie
mniej w informacji przekazanej mediom jednoznacznie użyto sformułowania, że
zawartość tej dziwnej kuleczki to żywe zwierzątko wyposażone w specyficzną
informację genetyczną, czyli taką z zakodowaną sekwencją poleceń.
Tyle tylko, że ten kosmiczny przybysz nie ma żadnych odpowiedników ani też
powiązań genetycznych ze znanymi ziemskiej nauce  zwierzętami.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt badawczy są przekonani, że właśnie
otrzymali  pozytywną odpowiedz czy rzeczywiście istnieje gdzieś w Kosmosie
życie.
 Oczywiście jak na razie brak jest odpowiedzi na wiele innych pytań , ponieważ
zupełnie nie wiadomo z którego miejsca w Kosmosie przysłano nam tę dziwną
przesyłkę i dlaczego.
Burza mózgów trwa a pytań jest coraz więcej.
Chcą nas wykończyć bo Ziemi grozi przeludnienie czy może tylko ulepszyć???
Uczeni mają problem, a ja, idiotka, przejmuję się, że się  mam  gdzieś-tam
przeprowadzić.

sobota, 18 marca 2017

Piotrowy Tron

Okładkę ostatniego dwutygodnika FORUM zdobi zdjęcie papieża Franciszka.
Nad zdjęciem tytuł: "Wojna w Watykanie. Kto poluje na Franciszka?
Jedno jest pewne- z pewnością nikt z wiernych- ci darzą go szacunkiem .
Więc kto? - odpowiedz jest niezmiernie prosta.
W chwili gdy tylko papież Franciszek podjął pierwsze próby wprowadzenia
Kościoła katolickiego w XXI wiek, zreformowania jego władz, przelania części
kompetencji  na terenowych biskupów, napotkał silny opór watykańskiego
establishmentu.
No bo jak - nagle Kościół ma być ubogi? Jak to - uporządkować finanse?
Zlikwidować część intratnych urzędów w kurii? A do tego jeszcze kajać się
i przyznawać do błędów? - niedoczekanie.
Udzielać Komunii rozwodnikom?- zgroza.
Nawet jeśli ponownie wstąpili w związek małżeński, a Kościół unieważnił
za opłatą ich dotychczasowe małżeństwo.
Przyjąć do grona wiernych homoseksualistę, który przyznaje się do swej
orientacji? - mowy nie ma. Przecież on nie ma prawa poszukiwać Boga!
A że wśród duchownych takowych nie brak? A kto nam coś udowodni?
I  w ogóle po co powołać trybunał, przed którym stawaliby biskupi
ukrywający przypadki molestowania  seksualnego dzieci?

Niedawno przeczytałam, w ramach pogłębiania swej wiedzy, książkę
Johna Hogue "Ostatni papież".
To książka o przeszłości, terazniejszości a może i przyszłości Kościoła
rzymskokatolickiego.
Lektura wielce pouczająca, chwilami można się pośmiać, ale ogólnie parę
łez uronić nad naiwnością "ciemnego ludu".
Poznajemy tu  pontyfikaty 111 urzędujących dotychczas papieży.
Aktualnie urzędujący papież Franciszek jest 112.
A teraz ciekawostka - w 1139 roku irlandzki biskup Malachiasz wygłosił
w Rzymie proroctwa dotyczące losów kolejnych papieży aż do chwili
Sądu Ostatecznego, który ma nastąpić na początku III tysiąclecia.
Manuskrypt zawierający sto jedenaście łacińskich sentencji spoczywał
ukryty w Watykanie.
W 1595 roku  manuskrypt został potępiony przez władze kościelne, chociaż
bardzo celnie opisywał charaktery, losy papieży i wydarzenia związane z ich
pontyfikatami od XII wieku aż po dzień dzisiejszy.
A wg tych przepowiedni pontyfikat obecnego papieża ma być ostatnim.
Jak się okazuje, to aż  90% przepowiedni irlandzkiego biskupa spełniło się.
Książka "Ostatni papież" została napisana w 1998 roku. W 2016 roku
autor uzupełnił ją rozdziałami opisującymi pontyfikaty Benedykta XVI
 i Franciszka. I właśnie  to wydanie nabyłam.
Poza tym znajdziecie  tu dokładny, zgodny z historią, niekoniecznie zgodny
z tym, czego nauczyliście się na religii, opis początków chrześcijaństwa.
Chyba nie odmówię sobie przyjemności i w następnej notce napiszę o kilku
wyjątkowo "radosnych" papieżach, znacznie mniej  znanych niż Borgia, ale 
mających równie ciekawe pomysły.

czwartek, 16 marca 2017

Znowu......





Odchodzi moje pokolenie. Pokolenie poetów a nie tekściarzy, pokolenie
piosenkarzy a nie wyjców bez dykcji.
Posłuchajcie tekstów. Piosenki Wojtka Młynarskiego zawsze były podsumowaniem
rzeczywistości, która nas otaczała.
Jego odejście to ogromna strata, a dla mnie wielki smutek.

sobota, 11 marca 2017

Wiszę.....

.... a tego stanu nie lubię.
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji,  a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy  za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych  kilka
wariantów i możliwych  scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym  mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to  aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla  niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka  na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie  z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam.  Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na  stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać  tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję  swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
Miłej niedzieli wszystkim życzę;>)




czwartek, 9 marca 2017

Dzieci in vitro?

Bardzo, bardzo dawno temu, mniej więcej około 550 roku przed nową erą
w Persji zaistniał kult Mitry.
Według wyznawców Mitra był bogiem w ludzkiej postaci. Był przedstawiany
jako młody mężczyzna i kojarzony z kultem Słońca- nosił miano Boga Słońca
oraz Słońca Niezwyciężonego.
Mitra narodził się ponoć z dziewiczej matki.
Gdy Mitra zabił mitycznego, świętego byka został wyniesiony do godności
rzecznika gatunku ludzkiego u bogów na wysokości.
Wyznawcy tego kultu odbywali swe nabożeństwa najczęściej w jaskiniach, lub
innych świętych miejscach  śpiewając hymny, mamrocząc różne zaklęcia, jedząc
 mięso świętych zwierząt i pijąc ich krew.
Uczestnictwo w tych wspólnych modłach miało zapewnić życie  wieczne
w postaci natychmiastowego przejścia po śmierci na łono Mitry, by czekać
w szczęściu i spokoju na dzień sądu.
Dzień sądu miał nastąpić w chwili końca świata, a wtedy wszyscy zmarli mieli
zostać  wezwani z grobów na sąd ostateczny.
Nikczemni mieli  wtedy zostać unicestwieni w ogniu, a ci prawi rządzić wspólnie
z Mitrą.
Początkowo była to religia tylko dla mężczyzn i miała siedem różnych klas,
do których wierni byli kolejno wprowadzani. Po jakimś czasie żony i córki
wyznawców Mitry były przyjmowane do świątyń Wielkiej Matki, które
przylegały do świątyń Mitry.
Kult kobiet był mieszanką obrządku Mitry i frygijskiego kultu Kybele, matki
Attisa.
Przy wejściu do świątyń czciciele Mitry maczali  zawsze palce w wodzie
święconej.
Kult Mitry przetrwał do końca imperium rzymskiego.

Mitra wcale a wcale nie był pierwszym dzieckiem poczętym bez udziału
mężczyzny.
W XIII wieku przed nową erą, w ten nietypowy sposób przyszedł na ziemski
świat bóg Attis. Urodził się  mniej więcej na terenie dzisiejszej Turcji.
I, co ciekawe- urodził się 25 grudnia. Attis był zarówno ojcem jak i synem
świętym.
Attis był również nazywany zbawicielem, a umarł ukrzyżowany na drzewie
by odkupić grzechy ludzi.
Został pogrzebany, a trzy dni póżniej jego kapłani znalezli pusty grób - bo
Attis zmartwychwstał  i to w dniu 25 marca.
Ceremonia inicjacyjna jego wyznawców polegała na symbolicznym chrzcie
we krwi, która  zmywała winy za popełnione grzechy i po nim byli
nazywani "nowo narodzonymi".
Praktykowali również zwyczaj dzielenia się świętym chlebem,który był
symbolem ciała zbawiciela.
Niewiele wiemy o  szczegółach tego kultu, ale wiadomo, że jego kapłani i
wszyscy mężczyzni służący w jego świątyniach musieli być- wykastrowani.
A Kybele, matka Attisa, zwana Matką Bogów, pomimo urodzenia jeszcze
kilku bogów nadal pozostała dziewicą.

Czytam o tych  przedchrześcijańskich  kultach czytam i nie jest dla mnie
odkryciem, że znam te historie z zupełnie innego kultu, ale  nagle  pojęłam
skąd niechęć i opór naszych władz do in vitro.
Bo jasno z tego wynika, że   poczęcie  in vitro =  bogowie.
I kto wie, może któreś z dzieci  poczętych  in vitro spełniłoby to równanie
i z czasem, przyjrzawszy się pewnemu ugrupowaniu wysłałoby całą tę
rujnującą kraj partię w niebyt?

wtorek, 7 marca 2017

Wena wzięła sobie urlop...

.... i nie zostawiła, niestety,  zastępstwa.
Przy okazji zabrała mi pomysły na gotowanie.
Podłamana przejrzałam stos  kartek i w godzinę powstał dziś obiad.
Oczywiście bezglutenowy, no ale nie ogłosiłam tego podając danie na stół.
Z rozpaczy zrobiłam dziś "kolorowy ryż".
Składniki:
ryż basmati, ( po 3 łyżki stołowe suchego ryżu na osobę)
4 grube plastry pieczonej karkówki,pokrojone w  cienkie paseczki
 łyżka stołowa oleju kokosowego, 
2 garście mrożonej włoszczyzny,
sok z kiszonych buraków.
sól, czosnek granulowany, 1 łyżka stołowa sosu sojowego ciemnego.
Wykonanie:
1. Mierzymy objętość  ryżu, by wiedzieć ile należy do niego dodać "płynu".
2. Podsmażamy ryż na łyżce oleju kokosowego cały czas mieszając.
3. Dodajemy wody- dwa razy tyle ile wynosiła objętość ryżu i gotujemy
    na tzw. wolnym ogniu.Gdy ryż już parkocze dodajemy jeszcze jedną
    ilość płynu, tym razem w postaci soku z buraków, mrożoną włoszczyznę,
    oraz mięso. i sos sojowy.
4. Teraz solimy do smaku, dodajemy czosnek granulowany.
Nie zapominamy o wymieszaniu wszystkiego widelcem.
Gdy już nie widać na powierzchni ryżu płynu, wyłączamy gaz, nakrywamy
garnek pokrywką i całość okrywamy czule ręcznikiem frotowym, zostawiając
na wyłączonym palniku, na którym się gotował.
Mniej więcej po  pół godzinie otulania ryż jest już gotowy do podania. Jeżeli
chcemy podać go pózniej to wrzucamy na patelnię  i podgrzewamy go na oleju
kokosowym.

Kupiłam mąkę z ciecierzycy i zrobiłam z niej racuszki- niestety smaczne a do
tego zdrowe, bezglutenowe, bez cukru.
Zniknęły z  talerzy zbyt szybko.
Z mąki ciecierzycowej, mleka kokosowego, 2 jajek,1/2 łyżeczki sody
czyszczonej, dwóch garści rodzynek ,2 łyżek mielonych orzechów włoskich 
i 5 kropli stewii w płynie oraz szczypty soli zrobiłam ciasto jak na  "normalne"
racuszki, które  smażyłam na oleju kokosowym na rumiano.
Mogą robić za niedzielne śniadanie albo lunch.
Proporcji nie podaję, bo takie rzeczy jak naleśniki lub racuszki robię "na oko".
Smaczne  są zarówno na ciepło jak i na zimno.

Następne jakie zrobię będą z mąki arachidowej i jaglanej i będą zamiast chleba,
którego jakoś nie chce mi się ostatnio piec.

Poszukiwania odpowiedniego mieszkania nadal trwają.




środa, 1 marca 2017

Będzie długie, ale wytrzymajcie, poczytajcie

Tekst powstał po przeczytaniu artykułu napisanego przez p. doktora Włodzimierza
Borzęckiego.
Wpierw nieco statystyki na temat stanu zdrowia Polaków.
Polska ma najwyższy w Europie wskaznik umieralności na choroby serca i krążenia.
Nadciśnienie ma 7 milionów ludzi, co prowadzi do udarów mózgu i zawałów.
W Polsce 40% mężczyzn nie dożywa 70 roku życia. W tej grupie 40% zgonów jest
spowodowanych chorobami układu krążenia, nowotworami złośliwymi 30%, a 10%
 nagłymi wypadkami.
Mamy najwyższy w Europie przyrost zawałów mięśnia sercowego i raka płuc.
Co dziewiąty Polak jest niepełnosprawny,czyli jest to około 4,5 miliona osób.
Na choroby zwyrodnieniowe stawów cierpi około 20% ludności (8 mln osób).
Na cukrzycę  choruje ok. 3 mln. osób, drugie tyle nie wie, że ją ma.
Nadwagę ma 50% Polek i 62 % Polaków.
Odsetek 11-latków z nadwagą okazuje się być najwyższy na świecie.
Na celiaklię choruje co setna osoba w Polsce, co trzeci Polak w mieście i co
dziewiąty na wsi jest dotknięty jakąś alergią.
Około 6 milionów Polaków ma problemy z tarczycą, a ponad 4 miliony chore nerki.
Nosicielami wirusowego zapalenia wątroby jest 2% Polaków, u około 1/5 polskich
uczniów stwierdzono dysleksję.
Polacy wypalają 100 miliardów papierosów rocznie co kosztuje 2 miliardy dolarów.
Pali połowa mężczyzn i 1/3 kobiet.
40% lekarzy pali nałogowo!!!
Na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc choruje 2 miliony osób. Jest to choroba
nieuleczalna.
I wreszcie - odnieśliśmy sukces:
9 litrów czystego spirytusu rocznie przypada na głowę statystycznego Polaka -
w tym uwzględnione  są również  dzieci od chwili przyjścia na świat.
Ponad 2 miliony Polaków jest uzależnionych od alkoholu.

Dlaczego tak ponuro to wszystko wygląda?- odpowiedz jest prosta.
Wiedza i świadomość prozdrowotna obywateli naszego kraju oscyluje około zera.
                                                          ******
No dobrze, nie napiszę, że u nas jest najgorzej bo na przykład w USA zgony ludzi
spowodowane przez lekarzy w wyniku błędów diagnostycznych i terapeutycznych
to 120 tysięcy przypadków rocznie.
Około 125 tysięcy Amerykanów umiera w następstwie  ubocznych skutków
działania  leków. W Polsce nie prowadzi się wcale  takich statystyk.
A u każdego piętnastotysięcznego pacjenta chirurgii w USA następują powikłania
z powodu pozostawienia w ich ciele narzędzia chirurgicznego lub gazy czy też
chusty chirurgicznej.
I co roku 90 tysięcy osób w USA umiera z powodu zakażeń szpitalnych.
Ogólnie też wiadomo, że wiele chorób powstaje w wyniku stosowania leków
przeciwbólowych i przeciwzapalnych, które powodują  między innymi chorobę
refluksową (70% przypadków), krwawienia z  żołądka, chorobę Crohna oraz
uszkodzenie nerek i wątroby.
W USA przyznano, że lekarze są trzecią, najczęstszą przyczyną zgonów  po
nowotworach i chorobach serca .

Zle się czujemy, więc nim się nawet przez chwilę zastanowimy co może być
tego przyczyną, pędzimy do lekarza, który najczęściej nie jest w stanie wydać
 prawidłowej diagnozy, mimo wielu nowoczesnych urządzeń. Generalnie
skuteczność  leczenia sięga 40%.

Ale dzięki owym nowoczesnym urządzeniom i diagnozie lekarskiej zasilamy
permanentnie  kieszeń (chyba  bezdenną) koncernów farmaceutycznych.
Badania wykazały, że przemysł farmaceutyczny wydaje na marketing około
około jednej trzeciej swoich przychodów, a wielu lekarzy ma bliskie
powiązania z koncernami produkującymi leki.
Telewizyjne reklamy w większości dotyczą leków - na katar, grypę, zaparcia
i na biegunki, na uspokojenie i na pobudzenie, na włosy, ich  wzmocnienie,
pogrubienie itp oraz na uzyskanie promiennej cery i dobrego humoru.

Okazuje się, że koncerny farmaceutyczne wymusiły na WHO obniżenie normy
na poziom cholesterolu w krwi- z 250 na 200, tylko po to, by lekarze ordynowali
pacjentom śmiertelnie niebezpieczne dla zdrowia statyny.
Warto poczytać książkę prof.dr hab.Waltera Hartenbacha  "Mity o cholesterolu".
Wyczytacie tam, że cholesterol nie ma nic wspólnego z rozwojem miażdżycy i
zawałem serca. Ta  prowadzona przez przemysł farmaceutyczny kampania
dezinformacyjna przenika na wskroś całe społeczeństwo oraz praktykę
lekarską. Jeszcze żaden chirurg czyszczący tętnice zapchane blaszkami
miażdżycowymi nie znalazł tam ani miligrama cholesterolu, ale znajdują tam
wapń, który trafia tam omyłkowo, zamiast do kości.
Tymczasem cholesterol jest niezbędny dla życia. Jednocześnie zataja się  dużą
liczbę zgonów z powodu zwyrodnień nowotworowych na skutek redukcji
lekami (statynami) stężenia cholesterolu w krwi.
Duże koncerny farmaceutyczne nie  wahają się  przekupywać profesorów
medycyny, zachęcając ich do prowadzenia  fałszywych badań oraz organizowania
konferencji z udziałem dziennikarzy, by całą rzecz uwiarygodnić.
A testowanie nowych leków odbywa się coraz częściej niskim kosztem
w Bangladeszu, Indiach, Pakistanie lub..... w więzieniach, o czym nikt nie wie.
Nie da się ukryć, że w sytuacji gdy lekarz medycyny konwencjonalnej traktuje
każdego pacjenta jak składankę z klocków Lego i może mu poświęcić 15 do 20
minut na przeprowadzenie wycinkowego wywiadu nt. jego dolegliwości a reszta
jest ustalana w oparciu o wyniki badań "mechaniczno-elektronicznych"  raczej
rzadko można znależć prawdziwą przyczynę dolegliwości, które nas trapią.
Organizm człowieka to  bardzo skomplikowana maszyneria i wielka fabryka
chemiczna w jednym obudowaniu i  warto poświęcić  mu nieco swej uwagi nawet
gdy się nie jest ani lekarzem medycyny konwencjonalnej ani alternatywnej.
I do tego wszystkich namawiam - wsłuchujcie  się w siebie, w to co mówi wasz
organizm i stosujcie profilaktykę.
 I częściej korzystajcie  z pomocy wykwalifikowanych naturoterapeutów.


wtorek, 28 lutego 2017

Trochę, ale tylko trochę.......

.......odetchnęłam.
Głębszy oddech związany jest z dzisiejszą wizytą mego ślubnego u chirurga.
Ta tak niepokojąca mnie opuchlizna to...krwiak. A krwiak miał prawo powstać,
bo operacja była przeprowadzona pod osłoną środka rozrzedzającego krew, czyli
heparyny.
Okazjonalnie dowiedziałam się, że krwiak w swej pierwotnej formie jest twardy,
krystaliczny i  dopiero w kilka tygodni pózniej zaczyna przechodzić w stan
płynny i wówczas zostaje "spunktowany", czyli usunięty przy pomocy punkcji.
W związku z tym za dwa tygodnie następna wizyta , czyli ściąganie krwiaka.
Przynajmniej z jedną sprawą mam spokój.
Druga, czyli zmiana miejsca zamieszkania nieco mnie przyprawia o szybsze
bicie serca, lub zamieranie tętna, w zależności od tego o czym myślę.
Podobno nie przesadza się starych drzew, a my mamy się przesadzić i to
wiele kilometrów stąd.
Jestem mentalnie na miejscu zięcia nielubiącego swych teściów, który obserwuje
jak spadają oni w przepaść jego nowiutkim, wypasionym mercedesem, czyli  -
mam mieszane uczucia.
Przerażenie miesza mi się z entuzjazmem i mózg mi się lasuje od nadmiaru
związanych z tym problemów.
A jest ich sporo, począwszy od  lokalizacji, bo jest ona tu punktem kluczowym.
Ma to być bardzo bliziutko  moich Krasnali, czyli w miejscu, w którym w ogóle
trudno o mieszkanie, zwłaszcza  w granicach 64 m kw., do tego usytuowane albo
na parterze  a jeśli na piętrze, to wtedy konieczna jest winda.
"Drobiazgi" typu zorganizowanie przeprowadzki, likwidacja majątku ruchomego,
wynajęcie warszawskiego mieszkania - wydają się być  przy tym pierwszym
problemie pestką.
Nie mniej wszystko razem przyprawia mnie o permanentny stres, prawie nie śpię
i chodzę skołowana.
Że nie znam języka? - pestka, będę chodziła z rozmówkami pod pachą. Nie znając
ani słowa po węgiersku dogadywałam się przecież w Budapeszcie z Klarą, u której
mieszkałam 3 tygodnie.
Słownik , rozmówki i szybkie przewracanie kartek były podstawą  mej egzystencji.
Tyle tylko, że miałam wtedy znacznie mniej lat.


wtorek, 21 lutego 2017

Życie nie jest niestety.......

.......romansem.
A szkoda. Brzydko mówiąc zaczynam "się nie wyrabiać".  Muszę bardzo szybko
opanować bardzo obcy dla mnie język, czyli niemiecki.Nie dość, że szybko to i
tanio, bo moja emerycka kieszeń nadmiarem gotówki nie grzeszy. Może ktoś zna
jakiś patent?
Poza tym nagle nazbierało się wiele spraw tzw. administracyjnych  do rozwiązania
w trybie pilnym.
A na dodatek okazuje się, że im człowiek starszy tym trudniej o szybki i pełny
powrót do zdrowia.Ślubnemu wydawało się, że po tej re-operacji przepukliny
będzie  tak jak za pierwszym razem ale wiadomo- "nic dwa  razy się nie zdarza".
Od tamtej operacji minęło 8 lat a w międzyczasie była poważna operacja
kardiologiczna i związany z nią przymus stosowania stale warfaryny,co komplikuje
każdy jeden zabieg chirurgiczny.Wprawdzie w okresie przed opercyjnym, w trakcie
i po nim zamienia się warfarynę na heparynę to i tak krwawienia wewnętrzne
niestety są.Nie wykluczam, że za tydzień może się okazać konieczny powrót pod
skalpel.
Reasumując- będę rzadko bywała i bardzo rzadko pisała na bloggerze. Gdy mi się
nieco sytuacja rozjaśni, przejaśni i wyklaruje - przyrzekam, że wrócę i wszystko
jaśniej wyłożę.

środa, 15 lutego 2017

Reminescencje po Walentynkach.

Nie jestem wrogiem Walentynek jako takich, ale jak już zapewne wszyscy
tu bywający wiedzą, jestem wrogiem wszelakich "świąt na gwizdek".
A oto nieco inne spojrzenie na Walentynki, niemal statystyczne.

15% Amerykanek odpowiednio wcześnie zamawia bukiety z czerwonych róż
i wysyła je sobie do pracy, ku zazdrości koleżanek. Wszak  nic nie sprawia
człowiekowi takiej frajdy  jak zazdrość bliznich.

Statystycznie kobiety z okazji Walentynek wydają o 20% mniej gotówki niż
mężczyzni. Po prostu kobiety kupują prezenty przemyślane a nie w pośpiechu,
na ostatnią chwilę.

Firma Durex szacuje, że w dzień  św.Walentego sprzedaje się o25% więcej
prezerwatyw niż w inne dni.

Za to producenci testów ciążowych notują wyrażny wzrost sprzedaży testów
w marcu.

Adresatami "walentynek" bywają nie tylko ludzie - wiele osób kupuje  "walentynkę"
dla swego ukochanego zwierzaka.

Z obserwacji statystyków wychodzi, że najwięcej "walentynek" dostają:
nauczyciele,  dzieci i mamy, najmniej - ukochane, ukochani.

Najwięcej kartek "walentynkowych" wysyłają kobiety- aż 85%.
Meżczyzni częściej kupują kwiaty.

I coś z historii:
W starożytnym Rzymie w tym dniu obchodzono święto urodzaju oraz przyrzeczeń
małżeńskich.
Od roku 900 stare, pogańskie święto z 14 lutego zmieniono na święto obietnic
miłości, któremu patronuje święty Walenty.
Jeśli poszperacie w różnych książkach to się dowiecie, że większość świąt
kościelnych przypada na dawne święta pogańskie, a pierwsze kościoły powstały
w miejscach,  w których kiedyś gromadzili się poganie czcząc pogańskie bóstwa.

Najwięcej legend o świętym Walentym pochodzi z XIV wieku z Anglii i Francji.
Dzień św. Walentego łączono z romantyczną miłością, gdyż wierzono, że w tym
właśnie dniu ptactwo łączy się w pary.

I ciekawostka:
14 lutego w Japonii to mężczyzni są obdarowywani czekoladkami i innymi
łakociami.
I wcale nie jest to wyrazem miłości- czekoladkę można dać szefowi lub koledze.
Z tego też powodu owe słodkości dzielą się na "giri-choko"- to słodkości
dawane osobom, z którymi nie łączy nas uczucie.
Tym, których  kochamy należy dać "honmei-choko", czyli ciastko w kształcie serca
z czekoladowym nadzieniem.
I najważniejsze- powinno ono być wykonane własnoręcznie przez ofiarodawczynię,
co oznacza prawdziwe uczucie.
A japońskie kobiety mogą się spodziewać rewanżu 14 marca - jest to White Day.
Do dobrego tonu należy by walentynkowy prezent dla kobiety był dwa razy
droższy od tego, który mężczyzna otrzymał od kobiety.







poniedziałek, 13 lutego 2017

"Człowiek nie prosię i.....

.....zje wszystko".
Tak jeden z  naszych znajomych zareagował na widok ryby na talerzu.
Tylko skąd ja miałam wiedzieć, że facet ryb nie jada? Nie mam zwyczaju
przepytywać wszystkich swoich znajomych co jedzą, a czego nie jedzą.
A zrobiłam pieczonego łososia.  Polecam Wam, bo to całkiem jadalne jest.

Składniki:
pół tuszki łososia dług. ok 30cm,
2 duże, dokładnie wyszorowane pomarańcze, nawet jeśli są "bio",
2 łyżeczki miodu,
sól, pieprz, musztarda,
białe wino -150 ml,
roztopione masło - 50 ml,
wywar warzywny- 200ml,
pęczek koperku

Wykonanie:
Nagrzać piekarnik do 190 stopni.
Umyte pomarańcze pokroić w cienkie plastry, połową wyłożyć spód naczynia,
w którym będziemy zapiekać.Umyć łososia, osuszyć papierowym ręcznikiem,
usunąć znalezione ości, ułożyć go na plastrach pomarańczy.
Posiekać koperek, wymieszać  z masłem, doprawić  solą , pieprzem, musztardą
i posmarować tą miksturą łososia.
Na rybie ułożyć pozostałe plastry pomarańczy, polać wszystko warzywnym
wywarem, wstawić do piekarnika.
Piec 20 minut w temp. 190 stopni, bez przykrycia.
Po upieczeniu wyjąć z piekarnika, łyżką wybrać wywar z pieczenia i połączyć
go z miodem i winem (wino wlać tuż przed zagotowaniem), krótko zagotować.
Do powstałego sosu dodać zagęstnik,  doprawić ewentualnie do smaku.
Łososia polać sosem i pod przykryciem podgrzać w piekarniku przed podaniem.

A  tym co ryb nie jedzą, można dać muffinki wytrawne- dobre i na ciepło i na
zimno.

Składniki:
130 gramów mąki,
10 dag sera pleśniowego,
100 ml śmietany,
3 jajka,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
4 dag zielonych oliwek,
pieprz i sól.

Wykonanie:
Odkroić skórkę z sera, pokroić go w kostkę, odstawić na godzinę.
Pokroić oliwki na małe kawałki.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Po godzinie dodać do sera śmietanę i wymieszać razem na gładką masę.
Teraz dodać jajka i znów starannie wymieszać.
Na końcu dodać mąkę wymieszaną z proszkiem i podziabane oliwki i
wymieszać.
Nakładać do 3/4 wysokości muffinkowych foremek.Wstawić do nagrzanego
piekarnika i piec w 200 stopniach 20 do 25 minut.
Smacznego!!!!


















niedziela, 12 lutego 2017

I znów pożegnanie

Kolejne pożegnanie, tym razem Krysi Sienkiewicz.
Uwielbiałam Ją, mogłam "na okrągło" słuchać piosenek które śpiewała
I chodzić po dwa razy na spektakle, w których grała.
I znów odszedł kawałek mojej młodości. Smutno.

piątek, 10 lutego 2017

post niesponsorowany.....

.....i nie jest to lokowanie produktu.
Przed  chwilą przywiozłam ze szpitala mojego męża, który  miał re-operację
przepukliny.
Tym razem leżał w szpitalu niepublicznym, ale całe leczenie i pobyt
w placówce były na koszt NFZ.
Ślubny zachwycony bo: lekarze i pielęgniarki kulturalni, uprzejmi, przemili.
Pielęgniarki dostępne na każde zawołanie - zawsze miłe, uśmiechnięte,
pomagają we wszystkim.
Druga sprawa- pełna profesjonalność, stały kontakt lekarza prowadzącego
z pacjentem, pacjent  otrzymuje odpowiedzi na wszystkie swoje pytania,
zawsze jest informowany jaki lek mu podają i dlaczego, otrzymuje również
szczegółowe wytyczne dotyczące  dalszego postępowania w pierwszych
dniach po wyjściu ze szpitala.
Czystość - to coś co widać już od samego wejścia do budynku.
Powiem więcej- czystość, przestrzeń i dobra organizacja.
Mój twierdzi, że szpital ma świetny catering, wszystko czyste, świeże,
apetycznie pachnące.
Leżał w pokoju dotychczas dwuosobowym, obecnie dostawiono do każdego
trzecie łóżko, bo zwiększono ilość pacjentów NFZ.
Pomimo tego "dołóżkowania" pokój jest przestronny, łóżka wygodne, sterowane
elektronicznie. Łazienka nieduża, ale świetnie zaprojektowana pod względem
funkcjonalności.
A  chirurga, który go operował mój mąż niemal uwielbia. Jeszcze trochę, a
będę zazdrosna;)
Co do samej operacji - no cóż, była nieco skomplikowana, ale mimo wszystko
się udało.
Pierwszą kontrolę po wyjściu ze szpitala mamy już we wtorek, jeszcze przed
usunięciem szwów.
I krótki instruktaż jak trafić do prywatnego szpitala na koszt NFZ - trzeba po
prostu zainwestować w prywatną wizytę u lekarza-specjalisty  który jest
lekarzem w danej niepublicznej placówce medycznej posiadającej szpital.
Mój był w szpitalu firmy Medicover. Prywatnie, dzień pobytu na chirurgii
ogólnej to 1300 zł + koszty dodatkowe wynikające z przebiegu operacji.
Pacjenci, niezależnie od tego, czy są pacjentami prywatnymi czy też  z NFZ
są traktowani tak samo. Jedyna różnica polega na tym, że pacjent z NFZ musi
sobie przynieść z domu własny ręcznik i szlafrok, a pacjent prywatny dostaje
te elementy ze szpitala. 


poniedziałek, 6 lutego 2017

Nie ukrywam.....

......temat  wpadł mi dziś po przeczytaniu postu  jotki.
Jak zapewne wszyscy wiecie, jest całkiem sporo substancji których spożycie
pobudza ośrodek nagrody w mózgu, powodując nasze zadowolenie i z tego też
powodu,  sięgamy po raz kolejny po daną substancję, by znów czuć się miło.
Do tych substancji należą: nikotyna, kokaina, heroina, alkohol i.....    cukier.
Co do kokainy,  heroiny i alkoholu to zapewne  każdy bez problemu się z tym
zgodzi, to już nikotynę mało osób uważa za substancję uzależniającą, no a cukier-
jak cukier może być substancją uzależniającą, bzdura ?!
O ile potępiamy narkomanów i alkoholików, bo często ich zachowanie po użyciu
tych substancji mocno odbiega od ogólnie przyjętych norm zachowania, o tyle
na palaczy patrzymy przez palce (zapalił by się uspokoić) no a na notorycznych
amatorów słodyczy, w których wszak jest cukier, patrzymy wręcz z uśmiechem.
A tymczasem i nikotyna i cukier powinny być na liście substancji uzależniających
na równi z narkotykami i alkoholem.
Od początku XX wieku cukier jest niemal we wszystkich produktach spożywczych,
w przetworach mięsnych i każdym rodzaju pieczywa  również.
We wszystkich produktach o obniżonej zawartości tłuszczu znajduje się wręcz
obowiązkowo, bo poprawia smak produktu.
Tyle tylko, że cukier niejedno ma imię i w jednym produkcie możemy znależć
czasem  aż trzy zupełnie różne jego nazwy, z tym że nazwa "cukier" występuje
wtedy na samym  końcu wykazu,opiewając niewielki jego procent.
(Wrzućcie w wyszukiwarkę "inne nazwy cukru" a doliczycie się  co najmniej 30
nazw cukru).
To wybieg marketingowy- produkt jest nafaszerowany  cukrem pod innymi
nazwami,  a my go kupujemy, bo  nie znamy tych nazw.
Stosunkowo bezpieczny limit spożycia cukru i to nie rafinowanego to 5 do 9
łyżeczek na dobę.
Co powoduje cukier w naszym organizmie? No cóż- przede wszystkim oporność
na insulinę, co jest podstawową przyczyną cukrzycy typu II .
Poza tym podwyższone ryzyko choroby nadciśnieniowej, otyłość, różne stany
zapalne, mniejszą wydolność systemu odpornościowego, w starszym wieku
również wzrost ryzyka choroby alzheimera , udaru, demencji starczej.
U dzieci, które od niemowlaka  mają serwowany cukier w różnych  gotowych
płatkach śniadaniowych, kaszkach itp. powoduje zaburzenia metabolizmu, otyłość
a nawet stłuszczenie wątroby. I coraz więcej dzieci zapada na cukrzycę typu II.
Najprostsza i najskuteczniejsza dieta odchudzająca to niemal całkowite
odstawienie cukru.
Chyba przestawię się na podpłomyki z mąki arachidowej, tylko muszę opracować
ich "produkcję".




niedziela, 5 lutego 2017

Ogłoszenie parafialne.....

.....dla tych co czytają czasem to co piszę.
na drugi blog  wrzuciłam dość krótki tekst, "zaledwie"  dwie części.
A tak przy okazji - będzie miło, gdy przeczytacie i zostawicie ślad swej obecności
w syntetyczny choćby sposób -    :)  lub :(.
Dużo  czasu nie zajmie, a ja będę wiedziała kto mnie  czasem czyta.
Prośba ta dotyczy wszystkich tekstów, które tam wrzucam. Obydwa znaczki mają
dla mnie wielkie znaczenie.

Co do reszty- kolejny raz przełożono  operację mego ślubnego- będzie w środę, 8.II
a nie jutro.
Stare przysłowie coś mówi o tym, że  do trzech razy sztuka. Wolałabym jednak
żeby nie było kolejnego przełożenia terminu, bo w jego przypadku jest to związane
ze specjalnym cyklem przygotowawczym do operacji, zakłócającym rutynowe
leczenie.

Pomału zaczynam wierzyć, że żyję tu za karę a nie przez przypadek. Taka karma.
Ale mimo tego nie zmienię się w obywatelkę I sortu i będę dalej wiernie trwać
przy opozycji, choć daleko im do porywających , charyzmatycznych przywódców.
Polecam Wam serdecznie artykuł Mariusza Janickiego i Wiesława Władyki pod
tytułem  Operacja "opozycja w ruinie" (Polityka nr 5/2017 str 12) oraz z tego
samego numeru art. Dr Hab.Aleksandra  Halla "Wolność nie obroni się sama".
No i to tyle jak na razie ogłoszeń parafialnych.
                             A  to dla miłośników Budki Suflera



czwartek, 2 lutego 2017

Pada śnieg....

......puszysty, biały, miękki.
I po co? Nie o tym marzę, o nie! Marzę o słońcu i 21 stopniach w cieniu.
Z tego wszystkiego, bo jednak wciąż jest zimowo, zrobię  dziś danie
marokańskie jednogarnkowe, bezglutenowe.
Składniki-
1 litr mleka,
2 piersi(filety) z kurczaka,
ryż w ilości 1łyżka stołowa na osobę
przyprawa curry, łagodna lub ostra, czyli co kto lubi,
łyżka oleju kokosowego
Wykonanie:
Biusty kurczakowe myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym,
kroimy w niedużą kostkę, starannie oprószamy mięso przyprawą
curry, następnie zrumieniamy mięso na patelni, używając do tego
oleju kokosowego.
Wlewamy do garnka mleko i je podgrzewamy.Gdy jest już gorące
do mleka dodajemy obsmażone mięso i gotujemy je do miękkości.
Gdy już jest niemal miękkie dodajemy potrzebną nam ilość ryżu i
nadal gotujemy.
Gdy ryż i mięso już nam odpowiadają swą miękkością rozlewamy
zawartość garnka na talerze, nie zapominając o posoleniu.
Smacznego!!!

Od dwóch lat wszystko gotuję bez soli i solę dopiero na talerzu.
Tym sposobem dostarczamy organizmowi znacznie mniej soli, której
wciąż zużywamy w kuchni zbyt dużo.

środa, 1 lutego 2017

No to sobie dziś poujadam......

......na temat Księżyca.
A tak nawiasem - pewien pan wynalazł nowy termin na określenie wypowiedzi
słownych osób będących w opozycji do pomysłów i działań jedynie słusznej i
mądrej partii rządzącej- to jest właśnie "ujadanie".
To jest wkład tego pana  w jednoczenie społeczeństwa.
Niedługo zapewne stanie z wycelowaną w stronę protestujących szybkostrzelną
bronią i ze swym fałszywym uśmieszkiem zaprosi  do rozmowy o porozumieniu.

Ale dziś opowiem troszeczkę o Księżycu, bo to nadal wielce tajemniczy twór.
Wiele osób pamięta transmisję z lądowania człowieka na Księżycu - to był HIT!!!
Potem było jeszcze kilka wypraw  na Księżyc, już mniej nagłośnionych.
Jednocześnie własnym życiem żyły plotki, że wcale nie było lądowania na
Księżycu, że wszystko zostało sfingowane, a całość sfilmowana w studiu - nie
takie rzeczy filmowcy potrafili "nakręcić".
Jak było naprawdę to wiedzą tylko niektórzy, a tych, co mogą na temat więcej
powiedzieć pomału ubywa i przechodzą w inny wymiar.
W latach 60. i 70. XX wieku Księżyc leżał w kręgu zainteresowań dwóch
światowych mocarstw- USA i ZSRR.
A potem nagle oba państwa straciły zainteresowanie Księżycem, zgodnie
motywując ten krok zbyt wysokimi kosztami  owych wypraw.
I ten fakt wiele osób  zastanowił- w grę wchodziły dwa warianty- albo naprawdę
nikt z Ziemian nigdy na Księżycu nie wylądował, albo Ziemianie zostali stamtąd
wyproszeni przez tych, którzy eksplorują Księżyc od dawna.

Teraz trochę historii.
Jak wiemy Księżyc jest dobrze widziany z Ziemi i od wieków ciekawił ludzi.
W kronice z 1064 roku napisano o bardzo jasnej gwiezdzie, która pojawiła się
w kręgu Księżyca w czasie kilku dni po nowiu.
Następnym , który zaobserwował dziwne zjawiska dotyczące Księżyca był
astronom Louville, który w trakcie zaćmienia Słońca zaobserwował przy zachodnim
skraju Księżyca liczne, krótkie błyski.To samo zjawisko zaobserwował z obszaru
Wysp Brytyjskich i inny astronom, Halley.

W 1866 roku astronomowie zaobserwowali jak jeden z większych kraterów na
Księżycu  nagle  zmienił swój wygląd i nie było to raczej zbiorową halucynacją,bo
obserwacje nie były prowadzone z jednego miejsca.

W 1874 roku  czeski astronom Safarik zaobserwował na tle księżycowego dysku
jakiś świecący obiekt, który potem odleciał w przestrzeń kosmiczną.

W 1875 roku astronom Schroter zobaczył na Księżycu świecący obiekt który
poruszał się po linii prostej od Morza Deszczów w kierunku północnym, a potem
na południu pojawił się   drugi taki świecący obiekt.
Prędkość ich poruszania się w stosunku do powierzchni Księżyca obliczono
na 110 km/h.

W 1969r astronauci z Apollo-11, którzy wyszli  na powierzchnię Księżyca ,Neil
Armstrong i Edwin Aldrin nadali  do Centrum Kierowania  Lotami Kosmicznymi
komunikat, że znajdują się w zasięgu ich wzroku statki kosmiczne,a trzy wystrzały
oddane z kosmicznego "spodka" prześwietliły im filmy.
Zapis tych rozmów przekazał dziennikarzom były dyrektor NASA, Christofer Craft.

W 1979r dwaj amerykańscy inżynierowie Lester House i Vito Succery znalezli
w bibliotece oddziału NASA w Houston, bardzo ciekawe zdjęcia powierzchni
Księżyca,  z widocznymi na nich miastami, różnymi budowlami, mechanizmami
i czymś podobnym do rurociągów a także piramidami bardzo podobnymi do tych
egipskich.

W 2007 roku, Richard Hoagland, były pracownik NASA wydał oświadczenie, że
udało mu się uzyskać zdjęcia zrobione w czasie lotów statków kosmicznych
Apollo 10 i Apollo-16 nad powierzchnią Księżyca.
Na zdjęciach tych można było dostrzec miasto pod przezroczystą  kopułą, które
było usytuowane w rejonie Morza Przesileń. Można też było rozróżnić budowle
w kształcie wież, mostów, iglic i schodów prowadzących w dół kraterów. Kopuła
nad miastem była w niektórych miejscach uszkodzona.
Poza miastem były widoczne jakieś aparaty latające stojące na polach startowych
oraz inne, przemieszczające się nad miastem.

Te wszystkie relacje wywołały całą gamę hipotez dotyczących tego czym
naprawdę jest nasz piękny Księżyc.
Możliwości jest wiele- może jest bazą surowcową Obcych, z której pozyskują
potrzebne im surowce a może jest wielką bazą badawczą Kosmitów i jest tworem
sztucznym. A może jest uszkodzoną mechanoplanetą, która z powodu
uszkodzenia znalazła się zbyt blisko naszej planety i została jej satelitą. A może to
nie był przypadek tylko celowo ta mechanoplaneta została zakotwiczona na orbicie
okołoziemskiej? Wskazuje na to niebywała dokładność orbity, która ma regularny
kształt koła. Szczegółowe badania elementów orbity Księżyca zdają się
potwierdzać tę teorię.
Za sztucznym pochodzeniem naszego satelity przemawia również jego gęstość,
która wynosi zaledwie 3,34 grama na centymetr sześcienny, a gęstość Ziemi
wynosi aż 5,52 grama na centymetr sześcienny.
Na tej podstawie wysnuto więc przypuszczenie, że Księżyc jest w środku pusty,
co nie jest normą dla naturalnych satelitów.
W 1969 roku załoga Apollo12 zrzuciła na powierzchnię Srebrnego Globu stopień
startowy lądownika, który spowodował trzęsienie księżycowego gruntu
odczuwalne jeszcze po 40 minutach od chwili uderzenia.
Eksperyment ten powtórzyła załoga Apollo-13 zrzucając tym razem człon
S-I-VB/IU który spowodował wstrząsy i wibracje trwające 3 godziny i 20 minut
w promieniu 40 km od miejsca impaktu.
Uczeni analizujący te informacje wysnuli wniosek, że albo Srebrny Glob nie
posiada jądra, albo jest ono  bardzo małe.
Ustalono, że w głębi Księżyca znajduje się metaliczna skorupa o grubości 70 km.
Analiza komputerowa wykazała,że składa się ona z  żelaza, niklu, berylu,
wolframu i innych metali. I mogłaby być tworem sztucznym.
No cóż- trudno badać coś na odległość, ale zupełnie nie wiadomo, czy Ziemianie
będą mogli prowadzić dalsze badania, czy twórcy tego naszego satelity na to
zezwolą.



napisałam w oparciu o artykuł R.K.Leśniakiewicza,Nieznany Świat nr2/2017

A to coś niemal na temat:

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Nie wiedziałam, że........

......pisanie niemal  "jednym cięgiem"  tego, co się ma w głowie jest takie
męczące.
Na ogół przelewanie  myśli na papier nigdy nie sprawia mi  kłopotu, ale może
wtedy, gdy  chcę by bohaterzy moich opowiadań , których ja znam, zostali
bez  żadnego wybielania polubieni przez czytelnika wymaga to ode mnie większej
uwagi przy formułowaniu myśli i to mnie męczy?
Napisałam raptem XV "kawałków" z  życia pewnej pary i czuję się niesamowicie
zmęczona. Tak bardzo, że aż musiałam dziś posłuchać tekstów "Budki Suflera".
Zaczynam pomału zgadzać się z tymi pisarzami, którzy twierdzą, że pisanie to
ciężka praca, zwłaszcza gdy ma się z  jakiegoś powodu emocjonalny stosunek
do opisywanych  bohaterów.



Zapewne słuchanie w dzisiejszych czasach Budki Suflera to całkowity "obciach",
ale  ja bardzo lubię ich teksty , muzykę też.
Poza tym w moim wieku już mogę sobie pozwolić na tego rodzaju "obciachy";))

wtorek, 24 stycznia 2017

Ogłoszenie parafialne......

....dla tych, co lubią babskie pisanie o niczym - na drugim blogu jest już pięć
nowych "kawałków" pt. Siedlisko. Wystarczy kliknąć.
Następne  też będą. Zadręczę Was pisaniną.

sobota, 21 stycznia 2017

Smutny karnawał



Pamiętacie zespół francuski o nazwie Kaoma, grający głównie
muzykę latynoamerykańską i brazylijską?
Jego główną solistką była Loalwa Braz.
Zespół zrobił w 1987 furorę sambą Lambada.

Ostatnie kilka lat Loalwa już nie współpracowała z zespołem Kaoma,
opuściła Francję, powróciła do Brazylii. Dwa dni temu znaleziono martwą
Loalwę Braz w jej spalonym samochodzie.

Jest mi smutno.

piątek, 20 stycznia 2017

Przebój dnia

Od wielu już dni denerwuję się na zapas, bo mój  mąż ma iść na reoperację
przepukliny. Teoretycznie rzecz łatwa i prosta, ale on jest niestety pacjentem
z grupy podwyższonego ryzyka.
Wczoraj zadzwoniła miła osoba z recepcji szpitala przypominając, że w dniu
22 b.m. ma się mój mąż stawić w szpitalu, przypomina o dokumentacji, przy
okazji informuje, że operacja zacznie się 23-go  o godz. 14,15.
My oboje zaskoczeni, zachwyceni, że taka fajna obsługa, niemal omdlewamy
z zachwytu.
Dziś  akurat gdy szykowałam dokumentację medyczną, którą mąż powinien
mieć ze sobą dotarł na jego komórkę sms:
"Panie A., bardzo przepraszam, ale nie mogę pana  operować zgodnie z planem
i operacja jest przełożona na 6 lutego,  z poważaniem  L."
Mój ślubny zaniemówił, co mu się  baaardzo rzadko zdarza. Przeczytał sms
ponownie, więc mówię, żeby sobie do pana doktora L. zatelefonował to się
może czegoś więcej dowie. Po dogłębnym namyśle  ślubny zatelefonował do
lekarza, by się czegoś więcej dowiedzieć i poinformować, że w takim razie
będzie   nam  brakowało zastrzyków, które musi brać przed operacją, bo już
połowę wykorzystaliśmy. Nawet nie macie pojęcia jak mi dobrze wychodzą
te zastrzyki, może jakiś pół etat powinnam sobie załatwić???
Pan doktor przepraszał za kłopot, ale "jakiś straszny bardak się zrobił na bloku
operacyjnym i trzeba  różne operacje przełożyć", a po receptę na te następne
zastrzyki to on zaprasza do szpitala 24 stycznia, bo wtedy jest na dyżurze.
No dobrze - pomyślałam. To teraz pewnie zadzwonią z recepcji, że operacji
nie będzie zgodnie z dotychczasowym grafikiem.
Jak na razie to nie zatelefonowali.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Może będzie  wtedy mniej
uciążliwa pogoda,  bo dziś było masakrycznie ślisko, chociaż nasze
osiedlowe chodniczki były oczyszczone i potraktowane piachem.
Ze względów ekologicznych nie są posypywane solą a poza tym co jakiś czas
coś mokrego, bardzo drobniutkiego mżyło i zamarzało.
I tym sposobem w dalszym ciągu będę trwała w lekkim dygocie. Przejdzie mi
zapewne w 48 godzin  po jego operacji.




środa, 18 stycznia 2017

UFO ????????

Rzecz miała miejsce 18 grudnia ubiegłego roku, w mieście stołecznym,
Warszawie, w godzinach wczesno-rannych.
Noc z niedzieli na poniedziałek spałam w "zapasowym" mieszkaniu,
czyli piętro wyżej nad swoim mieszkaniem.
Niemal zawsze gdy ktoś nas "nawiedzi" biorę śpiwór i idę tam zanocować.
Jest to mieszkanie naszych przyjaciół, którzy aktualnie są poza Polską.
Tym razem nocowała u nas córka i prościej było mi wynieść się tam
ze śpiworem i jaśkiem niż szykować dla niej tam spanie, czyli wpierw
całe mieszkanie wysprzątać, przenieść pościel itp.
Noc była dla mnie wielce krótka, bo rozmawialiśmy z dzieckiem do
póznej nocy a należało rano wstać dość wcześnie. Zapomniałam  wziąć
od siebie coś, co się nazywa budzikiem, o komórce też zapomniałam.
Kładąc się spać powtórzyłam sobie kilka razy "masz wstać wcześnie".
A mam tak, że takie wbicie sobie w pamięć takiej treści tuż przed zaśnięciem
zawsze działa na mnie jak budzik.
Na wszelki wypadek nie zaciągnęłam szczelnie żaluzji, by dość wcześnie
zrobiło się w pokoju widniej.
I rzeczywiście- obudziłam się gdy jeszcze było mocno szaro.
Leżę na łóżku, wgapiam się w ogołocone gałęzie  rosnących drzew, bo z tej
wysokości, czyli z I piętra jakoś inaczej wyglądają niż z mojego  parteru.
Patrzę też na blok stojący po drugiej stronie podwórka i zastanawiam się,
która to może być godzina, bo tylko w dwóch oknach widać ,że jest zapalone
światło, więc chyba jest  jeszcze bardzo wcześnie.
I nagle widzę, że nad dach tego budynku  pomalutku, bezgłośnie "nadlatuje coś"
okrągłego,otoczonego czerwonymi światłami..
Płynie nad tamtym dachem w stronę naszego bloku cichutko, a więc nie helikopter.
Jak na samolot to stanowczo za nisko, żaden tak nisko nie lata, poza tym na ogół
nie są okrągłe a do tego nie są całe w czerwonych światłach.
Leżę i dalej czaszkuję co to było i......widzę, że nieco mniejsze coś, również całe
w czerwonych światłach płynie w ślad za poprzednim.
Nie wyrobiłam- wygrzebałam się ze śpiwora, założyłam okulary, podeszłam do okna
i całkiem odsłoniłam żaluzje. Wtedy dopiero  zobaczyłam, że to mniejsze to były
światełka pozycyjno- ostrzegawcze dzwigu  budowlanego, który właśnie
"zacumował" po drugiej stronie przelotowej arterii i na czas drogi  miał oświetlone
wszystkie krawędzie całej kabiny operatora.
No i tyle było tego UFO.
Jako nagrodę pocieszania, że jednak to nie było UFO podaję przepis na coś
bezglutenowego, bez mąki , cukru i zwykłego mleka.

Składniki warstwy spodniej:
1/4 szklanki migdałów
1/2 szklanki orzechów laskowych lub włoskich,
1/4 szklanki wiórków kokosowych,
1 szklanka wypestkowanych i namoczonych daktyli,
szczypta soli
Wszystkie te składnik blendujemy na gładką masę i przekładamy do małej
tortownicy ( średnica 19 cm), wierzch wyrównujemy.
Tortownicę umieszczamy w zamrażarce, by spód stężał.
Teraz czas przygotować wierzch:
2 szklanki namoczonych w  wodzie orzechów nerkowca,
1 szklanka mleka kokosowego,
1 szklanka mrożonych czarnych jagód,
2 łyżki miodu, 3 łyżki oleju kokosowego.
Odsączamy z wody orzechy i wszystkie składniki blendujemy na jednorodną
masę.
Wylewamy masę do tortownicy na podmrożony spód, nakrywamy folią fresh
i zostawiamy na 2 godziny w zamrażarce, aż masa stężeje.
Serwujemy w 15 minut po wyjęciu z zamrażarki.

Przepis ściągnęłam ze strony www.paleolife.pl   na której jest sporo ciekawych
przepisów dla bezglutenowców i osób stosujących dietę paleo.

P.S.
Nie wiem czy wiecie, ale daktyle to takie bardzo dziwne owoce, które choć są
wściekle słodkie nie podnoszą poziomu cukru w krwi, więc nawet cukrzykom
nie szkodzą
No to smacznego życzę (nie zaczyna  się zdania od "no" o czym dobrze wiem;)))


wtorek, 10 stycznia 2017

Wpienionam;)

Nie wiem, czy  istnieje takie słowo, ale  dobrze oddaje mój stan psychiczny
w dniu dzisiejszym.
Co pół roku mój słabowity mąż musi być na wizycie kontrolnej u nefrologa
i dziś właśnie  musieliśmy się udać do tegoż specjalisty.
Przyjechaliśmy z dziesięć minut przed czasem, czyli o 10,50.
Przed gabinetem  grzecznie oczekiwała  grupka nieco zdegustowanych
pacjentów, bo okazało się, że pan doktor jeszcze nie zaczął przyjmować,
czyli nie zszedł jeszcze z oddziału. Nie mam  o to  żalu do p. doktora,
nefrologów jest mało,  a ten jest b.sympatyczny i troszczący się o pacjentów.
Ale mam żal do kierownictwa szpitala, bo poczekalnia tejże  przychodni jest
najzwyczajniej w świecie niedogrzana, powiedziałabym nawet, że nadaje się
na chłodnię. Wszyscy siedzieli w płaszczach , kurtkach lub futerkach i nawet
w nakryciach głowy, bo w pomieszczeniu panował tzw. "zamróz".
Już po 30 minutach  przebywania tam czułam, że  pomału kostnieję z zimna.
Przed nami w kolejce był mocno leciwy pan- 93 lata. Jego młodsza o 9 lat
żona pełniła rolę pośrednika pomiędzy nim a światem, bo pan ledwo słyszy,
niedowidzi, a każda czynność fizyczna jak wstanie z krzesełka i przejście
kilku kroków do gabinetu jest dla niego nie lada wyczynem.
Patrzyłam na nich oboje z wielkim smutkiem. Pani żaliła mi się, że coraz
częściej ma zawroty głowy, że nawet niedawno w mieszkaniu upadła i
bardzo się martwiła co będzie  jeśli to ona pierwsza umrze. Bo tak naprawdę
musi mężowi we wszystkim pomagać, w higienie osobistej także.
Gdy wychodziliśmy już po wizycie, w stanie  lekkiego zlodowacenia, mój
mąż spojrzał na mnie i rzekł: jak bym miał być w takim stanie to lepiej
byłoby dla ciebie i dla mnie gdybym nie żył. W chwili, gdy życie zaczyna
być tylko wegetacją, lepiej jednak je przerwać. Tylko czy kogoś obchodzi
co czuje człowiek gdy staje się niesamodzielny? Przeraża mnie możliwość,
że może mi się przytrafić taki stan.
No cóż, już od dość dawna jestem zdania, że w chwili gdy w pewnym wieku
zaczynamy być sami dla siebie  ciężarem i stajemy się  niesamodzielni, każdy
z nas powinien mieć furtkę - możliwość odejścia na życzenie.
I cóż mamy z tego, że nam wzrosła średnia wieku, skoro jak dotąd brak
sposobu poprawienia jego komfortu?
Właśnie skończyłam picie naparu z malin i nadal mi zimno.

niedziela, 8 stycznia 2017

Obiecałam

Obiecałam , że pokażę zdjęcia tej szaliczkowej  cienizny.
Ścieg jest najprostszym pod słońcem ażurem, zwanym "siatka".
Ale fakt, że jest to najprostszy ścieg nie uchronił mnie od błędów.
Tak to jest, gdy się człowiek nie przykłada do tego, co robi;)))
Szalik w stanie rozłożonym jest długości 195 cm, ale gdy go
mierzę "w powietrzu" to ma coś pomiędzy 150 a 160 cm.
Chwilami mam wrażenie, że jest z gumy.
W świetle dziennym ten róż jest jakiś  bardziej siny.

I przyrzekłam sama sobie, że nigdy, przenigdy nie wezmę  się do
dziergania czegokolwiek z tak cieniutkiej włóczki i żadnych  ażurów
też nie będę robiła.

A tu pewna zaległość- naszyjnik i bransoletka.
Robienie zdjęć w tych zimowych ciemnościach sprawia mi ból-
te zdjęcia wręcz ranią moje poczucie estetyki.
I właśnie doszłam do wniosku, że zmienię bransoletkę .
Coś mi w niej "zaczęło wyć".
Znaczy coś mnie oświeciło i muszę ją zmienić.

Jak na zimę w mieście niezle się prezentuje to co widzę za oknem.
Słońce  świeci, śnieg leży a na termometrze od nie  słonecznej strony
mieszkania już tylko -5. A rano, gdy się zwlokłam z łóżka było -15.
Ale i tak mi się spać chce.
W karmniku ruch niczym w kurniku- te małe ptaszki pożarły już  tej
zimy prawie 10 kg ziaren łuskanego słonecznika.
Regularnie dokarmiają się dwa gatunki sikorek (bogatki i modraszki),
dwie  sójki, banda wróbli mazurków i dzwońce.
Miłej reszty niedzieli Wam życzę;)