drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 20 listopada 2017

Bardzo zwyczajny dzień

Wreszcie mam wszystkie mebelki w swoim pokoju. Dotarła nawet ostatnia mała
komódka, która gdzieś się zawieruszyła w drodze od producenta do nas.
Gdy już straciłyśmy z córką nadzieję, że ona jednak dotrze, pewnego wieczoru
zawitał kurier- prawdziwy brunet  wieczorową porą.
Działanie naszego domofonu mnie z lekka dobija , bo wciąż nie istnieje tak
zwana komunikacja głosowa -dzwonek dzwoni, ale ani ten dzwoniący"ktoś" ani
ja nie słyszymy się. W końcu otwieram drzwi wejściowe budynku "w ciemno"
i czekam, aż ten ktoś wespnie się na moje III piętro i zawsze jest to dla mnie
niespodzianka. Tym razem był to brunet ze sporą paczką w objęciach.
Stękając niemiłosiernie postawił mi ją na podłodze w przedpokoju, poprosił
o pokwitowanie i zniknął mi bardzo szybko z pola widzenia.
Gdy usiłowałam przesunąć ją w wygodniejsze miejsce, z paczki zaczęły się
wysypywać części mojej przyszłej komódki.
Nie napiszę, jaką wiązankę z siebie  wyrzuciłam bo by mi pewnie blog kazali
zamknąć.
Ale komódka dała się zmontować i nawet niczego nie brakuje a lekkie
zabrudzenia zniknęły po jej umyciu.
No ale miałam pisać o zwyczajnym dniu.
Zwyczajny dzień zaczyna się mniej więcej około 8 rano, jeśli jest to również
zwykły dzień u mojej córki- czyli taki, w którym są w Berlinie oboje.
Jeżeli jest tylko jedno z nich, dzień robi się  dla  nas niezwyczajny i o 7,30
trzeba odwiezć starszego Krasnala do szkoły, która jest w odległości 4,5 km
od domu. W tym czasie pozostały w  Berlinie rodzic odstawia  na  godz.8,00
młodszego Krasnala do szkoły, która jest na szczęście dość blisko ich domu.
Potem trzeba starszego  ze  szkoły odebrać.
Pierwsze zwyczajne dni polegały głównie na moim przemieszczaniu się
pomiędzy pudłami, załamywaniu rąk, że nie mam gdzie tego wszystkiego
pomieścić, obmyślaniu co można złożyć tymczasem w piwnicy, bo nagle
okazało się, że zapasowe kołdry, poduszki, koce, bielizna pościelowa  są tu
zbędne  i nie mam na  nie  w mieszkaniu miejsca.To nawet brzmi zabawnie
jeśli się  wie, że berlińskie mieszkanie jest o prawie 20m kwadratowych
większe niż było warszawskie. Ale tam miałam w przedpokoju przepastną,
wielką szafę a tu przedpokój mam długi i wąski.
Pomiędzy kuchnią a naszymi pokojami  jest do przebycia 5 metrów, więc
można uznać, że przedpokój może być spacerniakiem, gdy jest pogoda
pod zdechłym Azorem. Po drodze można wpadać do łazienki, której długość
to 4 metry. Kuchnia też jest długości 4 metrów. Wielkość tych pomieszczeń
daje mi popalić gdy muszę je wpierw przelecieć odkurzaczem a potem
potraktować mopem.
A propos sprzątania - panie sprzątające (rodem z Polski) biorą za tę usługę
12 euro za godzinę. I chociaż tu nie ma wykładzin dywanowych, które się
jednak dość długo odkurza, to posprzątanie takiego mieszkania jak nasze
musi zająć przynajmniej 2,5 godziny, bez mycia okien.
Mieszkanie ma wysokie, ozdobne,  białe listwy podłogowe, które nie wiem
po jakie licho mają ozdobnik, na którym świetnie się zbiera kurz.
 Tak wygląda ozdobna listwa przypodłogowa zbierająca kurz

Wszystkie drzwi również są zdobione zbieraczami kurzu.Wygląda to  fajnie,
ale nie ma lekko - trzeba te drzwi co tydzień na mokro przelecieć.
A to zbieracze kurzu na drzwiach

Podłogi u mnie prezentują się tak:
I podłogi te przetrwały jeszcze sprzed  II wojny światowej.To zdjęcie
przedpokoju jeszcze przed "zasiedleniem" przez nas.

A takie ozdobniki mam na suficie w pokojach.

Tak się prezentuje moja zmora, czyli
         lustro w łazience. Ma tylko 2 metry długości i 1,5 metra wysokości.
        Do jego mycia muszę używać drabiny.
        A w umywalce można z powodzeniem wykąpać niemowlę.

Większość domów na mojej ulicy i sąsiednich to budynki z lat dwudziestych
ubiegłego stulecia.



Bardzo miły jest spacer ulicami przy których  stoją budynki wzniesione
na wymiar człowieka a nie współczesne wysokościowce, lub "mrówkowce"
podobne jeden do drugiego jak dwie krople wody.
Kolejne domy są teraz rewitalizowane, są doposażane w windy i centralne
ogrzewanie, likwidowane są piece.
No ale miało być o zwyczajnym dniu . Zwyczajny dzień to również  "wycieczka"
do sklepów, głównie w celach poznawczych.
Dobry, nieduży market sieciowy ( coś jak nasza Żabka) mam tak ze 300 m
od domu. Ma sporo produktów "eco" i nieco bezglutenowych, więc mam co
jeść.Właściwie jest tam tak jak i u nas- oprócz produktów spożywczych jest też
chemia gospodarcza i artykuły pierwszej potrzeby.
Opakowania produktów żywnościowych są zdecydowanie większe niż u nas.
Ostatnio w Polsce kupowałam masło irlandzkie, opakowania 200 gramów.
Zerknęłam na te opakowania- tu są 250 gramowe. Gdy przeliczyłam to okazało
się, że cena masła irlandzkiego tutaj i w Polsce jest taka sama. Drogie jest mięso,
takie na pieczeń. Ale odkryłam, że tu sprzedawane mięso mielone jest naprawdę
dobrej jakości, znacznie lepsze niż to sprzedawane nad Wisłą.
Próbujemy kolejno różne  jogurty, a jest ich tu od groma i trochę.
Dziś degustowałam jogurt grecki z...miodem. Kto wie czy nie zostanę jego
wielbicielką - z płatkami kukurydzianymi "gluten free" bardzo mi pasował na
śniadanie.
Przedreptaliśmy się okazjonalnie do Rossmana- to tak z kilometr od nas.
Sklep olbrzymi- zaopatrzenie niesamowite. Zaskoczył mnie dział spożywczy-
takiego wyboru herbat owocowych jeszcze nie widziałam.
No i oczywiście w celach degustacyjnych wydaliśmy nieco  pieniążków na
nieznane nam jeszcze herbatki. I oczywiście zakupiłam swój ulubiony olej
kokosowy - 500g kosztuje  tak samo  jak nad Wisłą.
Nieco zawiodłam się w dziale kosmetycznym- nie było mego ulubionego
różanego toniku nawilżającego produkcji Garnier'a
Mój mąż, który jest strasznym łasuchem, testuje zawzięcie różne "przegryzki"
do kawy, a ja kupuję za każdym razem inny chleb bezglutenowy by wybrać
swój ulubiony.
Poza tym przydreptują  do nas Krasnale albo my wpadamy do nich i wtedy nie ma
lekko - musimy z  dziećmi grać w różne gry planszowe.
Dziś właśnie minął miesiąc od naszego przyjazdu.






niedziela, 19 listopada 2017

Zaganiany człowiek taki.....

Tyle mi się ostatnio w życiu pozmieniało, że dopiero dziś, czytając post Stokrotki,
dotarło do mnie, że 14 listopada 2008 roku napisałam pierwszy swój post na blogu
"Procontra-anabell".
A potem już poszło i to tak intensywnie, że po jakimś czasie powstał ten blog,
a poprzedni "ożywa" od czasu do czasu, gdy mnie wezmie na folgowanie swym
grafomańskim pomysłom.
To nie żeglowanie niezbędne jest - to pisanie bloga rzeczą niezbędną jest,czego
starożytni nie  wiedzieli.
Dziękuję wszystkim, którzy nadal ze mną  wytrzymują, a wiem, że to niełatwa
sprawa , bo nie jestem najmilszą Bufką pod Słońcem (parafrazując Lato
Muminków).
I proszę, bądzcie ze mną dalej,będę się starała nie zanudzać Was swoimi nie
zawsze  ciekawymi problemami.

sobota, 18 listopada 2017

Nowe doświadczenie......

....czyli wizyta na poczcie.
Musimy sobie założyć konto w banku. Przysięgam,  nie mam bladego pojęcia
co to za bank, ale nasze dzieci są jego klientami, więc niejako automatycznie
my mamy również nimi zostać.
Córka wręczyła nam kilka kartek do wypełnienia i stwierdziła, że teraz musimy
udać się na pocztę, bo na poczcie urzędniczka potwierdzi naszą tożsamość na
podstawie naszych dokumentów tożsamości, czyli paszportów i polskich
dowodów osobistych. W pierwszej chwili pomyślałam, że córka  mówi coś do
mnie w języku swej obecnej ojczyzny, bo zupełnie nie załapałam o co idzie.
Bo na zdrowy polski rozum, co "pani z okienka pocztowego" ma do mojej
tożsamości?
Otóż ma - pracownik poczty jest Urzędnikiem Państwowym i ma dostęp do
danych osobowych mieszkańców UE.
Więc dziś, przed końcem urzędowania pobliskiej placówki pocztowej,
wraz z córką podreptaliśmy na pocztę.
Lokal nieduży, ale jasno, czysto, dwa okienka czynne i ...uwaga- ani jednej
książki z przepisami  kulinarnymi sióstr zakonnych, żadnych pism niemal
świętych, mało tego - ani jednego krzyża, medalika itp.
Gdyby nie spora ilość na regałach wszystkiego co jest przydatne do wysłania
listu, kartki okolicznościowej lub paczki, nie odgadłabym, po doświadczeniach
z bywania w polskich placówkach pocztowych, że jestem na poczcie.
Pani z okienka wzięła ode mnie wypełnione papierki, paszport, zerknęła na
mnie i stwierdziła, że muszę zdjąć czapkę i okulary, bo może wtedy będę
bardziej podobna do  osoby, której zdjęcie figuruje w paszporcie. No ale jak
większość z Was wie, zdjęcie w paszporcie może przedstawiać dowolną
osobę i z zasady nie jesteśmy na nim do siebie zupełnie podobni.
Widząc, że pani się wyraznie biedzi nad rozwikłaniem zagadki czy  ja i ta na
zdjęciu w paszporcie to ta sama osoba, dodatkowo podałam swój dowód
osobisty. Tym razem buzia pani z okienka rozjaśniła się uśmiechem i
radośnie wprowadziła moje dane z dowodu osobistego do systemu.
Po chwili uśmiech jakby się zmniejszył i pani poinformowała moją córkę, że
w systemie nie występuje literka  " ę" , więc musi napisać "e", bez "tego czegoś".
W końcu jakoś pogodziła się z tym faktem i na specjalnym druku musiałam
się podpisać, tak jak w swoim dowodzie, a pani wykazała się zdolnościami
grafologicznymi i uznała wreszcie, że ja - to ja.
Odetchnęłam.
Z mężem było jeszcze zabawniej - wprawdzie pani natychmiast go rozpoznała
na zdjęciu w dowodzie osobistym, ale system wykazał, że jego dowód
osobisty jest przeterminowany. Pani jednak się tylko roześmiała, bo obydwa
nasze dowody osobiste były wydane w tym samym roku, datę ich wystawienia
dzieliło raptem 30 dni.
Pani zgarnęła wszystkie papiórki, które  mieliśmy złożyć w  banku i z miłym
uśmiechem nas pożegnała, życząc miłego popołudnia.
Gdy wyszliśmy z poczty mąż zapytał się córki a co z tymi papierami , które
mamy złożyć w banku?
Papiery przecież wyśle poczta do tego  banku, wyjaśniła mu córka.
Chłopina z wrażenie zaniemówił. No cóż, strasznie dziwna  poczta, prawda?
I nawet grosza za te trudy od nas nie wzięli!
Poza tym okazało się, że w środę bładząc po ulicach Berlina w sumie mieliśmy
wielkie szczęście,bo niemal  natychmiast po naszym przejezdzie tymi ulicami
nastąpiła super awaria wodociągu i olbrzymia rura arterii wodociągowej pękła
i zalała te ulice we Wschodnim Berlinie, którymi wcześniej błądziliśmy.
To coś jakby z cyklu "głupi to ma szczęście";)
A potem piekłam z wnuczkami muffinki. Oni są niesamowici! Jedynym moim
wkładem w trud pieczenia było nałożenie ciasta do foremek, żeby w każdej
foremce była taka sama ilość ciasta. Starszy  (lat 8) oczywiście sam nastawił
piecyk na właściwą temperaturę i poinformował mnie, że piecyk da sygnał
dzwiękowy gdy minie właściwy czas. Potem już tylko wyjęłam z piecyka
gorącą blachę, córka pomadzgała muffinki cytrynową polewą i dzieciaki
w ramach "przekąski" przed obiadem dostały dyspensę na zjedzenie po
jednej muffince.
Wygląda na to , że co tydzień coś się tu będzie piekło;)
Miłej  niedzieli dla Was;)



środa, 15 listopada 2017

Przymusowa wycieczka

Stare przysłowie mówi, że kto nie ma w głowie to ma w nogach.
No i to prawda, choć może nie zawsze skutki naszej bezmyślności obciążają
nasze nogi - często naszą kieszeń.
Wszystkie problemy związane z przeprowadzką tak mnie zmordowały, że
pod koniec zamieniłam się w swoisty automat do składania i pakowania rzeczy
w pudła i ustawiania ich w piramidki. I chyba z tego zmęczenia fizycznego
ogarnęła mnie "jasna pomroczność" i zupełnie zapomniałam o takim
"drobiazgu" jak sprawdzenie, czy mam roaming.
O tym, że go nie posiadam przekonałam się dojeżdżając do Berlina - wybrałam
numer komórki mej córki, a tu wyskoczył, niczym diabeł z pudełka, komunikat:
"MOŻLIWE TYLKO POŁĄCZENIE ALARMOWE NA NR 112".
Zatkało mnie, ale jak ta durna baba wzięłam do ręki komórkę męża i po chwili
na jej ekranie pojawił się taki sam napis jak przedtem u mnie.
 W tym momencie rzuciłam w przestrzeń samochodu mocno niecenzuralne
słowo,  ale jeszcze nie wpadłam w panikę.
No cóż, przyjedziemy, na zaprzyjaznionym kompie zaloguję się do naszego
operatora i sprawę załatwię, bo bez  tych czynnych komórek nie mogliśmy
się zalogować w naszym banku.
Nic z tego, więc teraz, ku przestrodze innych ogłaszam- jeżeli ktoś z Was ma
komórkę  obsługiwaną przez NJUMOBILE to niech przed wyjazdem do któregoś
z krajów UE sprawdzi, czy ma włączony roaming. Jeśli nie to niech natychmiast
to wykona, bo po przekroczeniu  polskiej granicy już sprawa się rypła - nie da się
tej sprawy naprawić poza granicami Polski.
I takim oto sposobem dziś musieliśmy pojechać z Berlina na wycieczkę do Słubic.
Z pomocą pracownika salonu ORANGE łączność została przywrócona.
Przygnębiające wrażenie zrobił na mnie Frankfurt nad Odrą. Pomijam już fakt, że
oznakowanie dróg w tym rejonie  było tak tragiczne, że niemal godzinę straciliśmy
by z przedmieść dotrzeć na most nad Odrą.
Ale prawdziwy koszmar ścignął nas dopiero w drodze powrotnej.
Wracaliśmy jakąś  podrzędną szosą , nie autostradą, co właściwie nam się podobało.
Droga prowadziła wzdłuż wielce malowniczych lasów ubranych w  kolorowe
liście, były po drodze jakieś  jeziorka, mijaliśmy różne miejscowości a ruch był
niewielki.
I tak  majacząc o tym jaka ładna jest ta droga, dojechaliśmy pod Berlin- tu
zaczęły się  tzw. schody-  strumienie samochodów,  utknęliśmy w kilku korkach
i mąż zdał sobie sprawę, że ta droga nie jest dla nas dobra.
Skręciliśmy w pewnym miejscu w lewo i wylądowaliśmy w jakiejś zapyziałej
części dawnego Berlina Wschodniego.
Oczywiście nie mieliśmy pojęcia jak się z tego miejsca wydostać i znależć drogę
do domu.
Żeby było zabawniej, świeżo zakupiony plan Berlina spoczywał grzecznie w domu.
W końcu życie zmusiło nas do skorzystania ze smartfona i wykorzystania go
jako nawigacji. Trochę postaliśmy w korkach, potem wyjechaliśmy na autostradę,
co wydało mi się  czystym nonsensem, potem skierował nas głos na drugą
autostradę, potem na kolejną i wreszcie z ulgą stwierdziliśmy, że jesteśmy na tej
autostradzie, którą trzy tygodnie wcześniej dotarliśmy do celu.
Ucieszyliśmy się niepomiernie, że wreszcie wiemy gdzie jesteśmy.
I stał się nawet cud nad Szprewą - znalezliśmy miejsce do  zaparkowania,
zaledwie kilka kamienic dalej od naszej.



wtorek, 14 listopada 2017

Do trzech razy sztuka

I tkwi w tym jakaś prawda.
 Dziś był trzeci termin, w którym miał być uruchomiony  w moim nowym
miejscu zamieszkania  internet i  jak niniejszym widać- stało się.
Na nowe miejsce dotarliśmy całkiem cało i zdrowo.
Z tym "zdrowo" to może lekka przesada, bo jednak pakowanie i ustawianie
pudeł w stosy dało mi niezle w kość.
Po nocy spędzonej w hotelu wyruszyliśmy w porannej mgle do Berlina.
Na autostradzie spory ruch był właściwie tylko od W-wy do Strykowa, potem
było już dużo luzniej.
Strasznie  nudno jedzie się autostradą, nie ma zupełnie na czym oka zawiesić.
Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że panowie od przeprowadzki już wszystko
poustawiali a  córka zdążyła nas  niemal całkiem rozpakować.
Przeprowadzkarze wyruszyli z W-wy o 5 rano, my znacznie pózniej, gdy już było
widno.
Mieszkanie mamy teraz większe od warszawskiego niemal o 20 m kwadratowych.
Mieszkamy w starej, mieszczańskiej dzielnicy, wokoło same ładne stare kamienice.
Nasza też jest mocno przedwojenna, większość tych domów powstała w latach
1920-1925. Jakimś cudem wiele domów przetrwało naloty dywanowe aliantów, od
kilkunastu lat są systematycznie rewitalizowane.
Mieszkamy na trzecim pietrze, na szczęście w ramach rewitalizacji dobudowano
w budynku windę. Czuję się chwilami jak  krasnoludek, bo mieszkanie ma ponad 3
metry wysokosci, a ja do wysokich kobiet nie należę.
Na szczęście córka zamawiając kuchnię brała pod  uwagę mój wzrost "nikczemny"
i mogę dosięgnąć do wyższej pólki w szafce kuchennej.
Mieszkanie jest usytuowane  na linii północ-południe, mój pokój jest od południa,
męża pokój, kuchnia i łazienka (z oknem) - od północy.
Jak zapewne pamiętacie lubię Berlin i polubilam to miasto już od pierwszej w nim
wizyty.
A teraz kilka "ciekawostek" - nim rzucicie kamykiem w rodzimą administrację i
działanie różnych firm, poczytajcie:
zgodnie z przepisami każdy, kto  zdecydował się zamieszkać w tym mieście ma
obowiązek zameldować się w odpowiednim organie meldunkowym w ciągu  dwóch
tygodni od dnia przybycia, a więc tak naprawdę powinniśmy już być zameldowani.
Ale najbliższy wolny termin w urzędzie to......pierwszy grudnia.
Druga sprawa - módlcie się, żeby wszystkie polskie firmy kurierskie nadal działały
tak jak działają-  od dwóch tygodni pewna duża firma kurierska działająca na tym
terenie nie dostarcza mi paczki- ostatnio okazało się, że tak naprawdę to nie
wiadomo nawet gdzie  jest ta przesyłka, jako że pan kurier trzy razy wpisał do
systemu, że nie zdążył paczki dostarczyć, ale po tym trzecim razie paczka gdzieś
zniknęła- nie ma jej w systemie, nie ma jej w magazynie, nie mam jej również ja.
Paczka się rozpłynęła, a zawierała części szafki z  szufladkami czyli ścianki,
półki i szufladki w częściach, do samodzielnego złożenia.
No i internet - pierwszy termin opiewał dzień 3 listopada, ten termin został
odwołany, bo pan technik zaniemógł,  w następnym podanym  terminie tuż przed
godziną 18-tą zawiadomiono nas, że pan technik nie przybędzie i dziś od rana mój
kochany mąż wściekał się, że dziś też pewnie nic z tego nie będzie.
No ale pan technik przybył, sprawdził, że w gniazdku jest to co powinno być,
reszta czynności przypadła w udziale zięciowi.
Gdy zamawialiśmy przed kilku laty internet w warszawskiej placówce UPC, pan
technik  sam wszystko nam instalował i spędził u nas ładne kilka godzin,
dodatkowo obdarowując nas kablami. Tu nic z tych rzeczy.
Czeka mnie jeszcze jedna frajda - zamiana w łazience wanny na kabinę.
I to już zapewne w następnym tygodniu.
W Warszawie mieszkałam na tzw. "zielonym osiedlu" i codziennie mogłam
zmiatać z loggii tony pyłu. Tu mieszkam nad dość ruchliwą ulicą i nie mam na
balkonie i na oknach nawet 1/10 tego pyłu, co w Warszawie. Mało tego - przestały
mi dokuczać wiecznie zapchane zatoki, a mój mąż, który cierpi na POChP, oddycha
bez trudu i przestał wyglądać jak ryba wyciągnięta z wody na piasek.
A ja doszłam do wniosku, że odległość od epicentrum przykrych wydarzeń ma
swoje bardzo dobre strony - nie oglądam polskiej telewizji i nie zamierzam tego
robić chociaż córka  nam zakupiła coś co się nazywa POLBOX i od dziś można tam
coś oglądać.
I podobno na kompie też mogę to oglądać.
No ale na kompie to ograniczę się do tego co i przedtem, czyli do oglądania Planet+.
Z rzeczy, które mnie nieco martwią to jest notoryczny brak miejsc do parkowania.
Za każdym razem gdy gdzieś  wyjeżdżamy samochodem , wracając musimy
polować na jakieś miejsce.
Gdy wracamy wieczorem do domu, np. od córki (mieszkamy 450m od niej)  to
aż nam szczęki opadają na widok samochodów parkujących na łuku jezdni.
Ale jedno zauważyłam - tu są bardzo uprzejmi kierowcy.
Nie ma problemu z włączeniem się do ruchu, nie trąbią nerwowo gdy ktoś musi
na jezdni manewrować. I większość jezdzi zgodnie z przepisami, czyli 50km/h
po mieście. Pomijam już fakt, że w wielu miejscach ową zawrotną szybkość trzeba
zmniejszać do 30 km/h  (przy przystankach autobusowych i koło szkół).
Piekielnie droga jest komunikacja miejska. Roczny bilet na wszystkie linie kosztuje
700euro.
Co mnie z lekka zdumiało - panie, którym włos posiwiał lub zrezygnował z trwania
na głowie-  bez żadnego mrugnięcia okiem paradują z siwizną lub łysiną.
A propos włosów - mam na głowie włosy o długości 3 lub 4 cm- to w ramach
wyrównywania tego co mi przed wyjazdem fryzjerka "urządziła na głowie".
I chodzę spokojnie z tymi "kłaczkami" do pobliskiego sklepu wypatrując pilnie
swego bezglutenowego pożywienia.
Co do cen - niewątpliwie żywność jest droższa, ale ceny nie powalają na kolana.
A ja zakochałam się w elektrycznej kuchence indukcyjnej. Super sprawa.
Jeszcze nigdy tak mało czasu nie spędzałam przy garach.
Druga moja miłość i to zupełnie  niespodziewana - zmywarka.
Trzecia miłość - całkowity brak  "mechacizny" na podłodze. Mamy w pokojach
i przedpokoju przedwojenne deski, w kuchni i łazience kafelki.
Przelot po podłodze odkurzaczem i mopem co drugi dzień i wszystko lśni.
I nowość dla mnie  -"obżeniono" mnie  ze smartfonem.Podobno to intuicyjnie
się  obsługuje. No nie wiem, moze w podróży zagubiłam intuicję, bo chwilami
 nie wiem co mam robić.
A teraz  pędzę poczytać Wasze blogi. I może uda mi się zgrać z aparatu zdjęcia.



                                         




wtorek, 17 października 2017

I wreszcie.......

....przestanę Was mordować tym swoim pakowaniem.
Już zupełnie nie mam  jak się poruszać po swoim pokoju, ciągle siadam jak
nie na nożu roboczym to na nożyczkach lub taśmie do oklejania pudeł.
Do tego wszystkiego ślubnemu zrobił się wylew w gałce ocznej, więc
dodatkowo muszę starego chłopa pilnować żeby nie pochylał głowy w dół
no i żeby nie podnosił więcej niż 2 kg. I jeszcze pilnować żeby mu 4  razy
na dobę zakraplać oko, bo sam nie potrafi .
Ale już widać światełko w tunelu i mam nadzieję, że wyjście nie jest
zakratowane.
Na poprawę nadwątlonego humoru dostałam zdjęcie dziś zainstalowanej
w nowym miejscu kuchni.







Kolorystycznie prawdziwsze jest drugie zdjęcie.

Niniejszym więc ogłaszam przerwę i słowo daję, że wrócę do blogowania, tyle
 tylko, że nie  wiem kiedy będę miała tam internet.
Mam nadzieję, że w ciągu miesiąca zdołam się zameldować, otworzyć konto
w banku i podpiąć do jakiegoś operatora załapując się na internet, telefon
stacjonarny i to coś co się maca palcem, i czego nie lubię, czyli smartfon.
Optymiści twierdzą, że to wszystko zajmie mi miesiąc, pesymiści zaś sądzą,
że z półtora miesiąca.
Nie mam pojęcia jak to będzie, poza tym mam na to zerowy wpływ.
No i mam  nadzieję, że mój stacjonarny kompik zniesie dzielnie podróż.
Trzymajcie  za mnie kciuki i proszę -nie wykreślajcie mnie ze swoich  blogów.
Do poczytania moi Kochani;)

sobota, 14 października 2017

Słucham i słucham i......

.......nie mogę jednego pojąć.
Otóż nie mogę pojąć w czym gorsi są od pracowników handlu pracownicy
elektrowni,  strażacy, lekarze, pracownicy wodociągów, elektrowni , gazowni,
kolejarze, kierowcy autobusów czy też  prowadzący tramwaje oraz piloci
i służby naziemne..
Nie mogę również znieść mazgajstwa opozycji - przecież to oni, w odpowiedzi
na nowe, genialne przepisy dotyczące handlu w niedzielę powinni  natychmiast
wziąć w obronę tych wszystkich pracowników, którzy  pracują również
w niedzielę.
Pomyślcie jak byłoby super - jeden dzień w tygodniu cała Polska wracałaby
zgodnie do okresu....no chyba średniowiecza.
Nie byłoby w całym kraju energii - zero internetu, zero TV, po zachodzie Słońca
królowałaby wszechwładnie ciemność. Nie oszukujmy się świeczkami nie da się
oświetlić ulic. W miastach mieszkańcy wieżowców wspinali by się po omacku
do swych mieszkań. by otworzywszy drzwi metodą macania wymacać najbliżej
stojącą świeczkę i zapałki.
Wyobrazcie sobie taką niedzielę: budzicie się rano i....w kranie nie ma żadnej
wody, ani ciepłej ani zimnej bo pracownicy elektrowni i elektrociepłowni oraz
"wodkaniarze", podobnie jak wy i handel mają dzień wolny od pracy.
Mycie w misce z zimną wodą, którą przezornie zgromadziliście jeszcze w sobotę.
A jeśli tej wody nie zgromadziliście to figa- ani się umyć ani polać tego co
pozostaje w misce klozetowej po wydalaniu.
Śniadanie - kawa lub herbata z termosu, jedzenie wyciągnięte z  rozmrożonej
lodówki.
W perspektywie macie  obiad w postaci kanapek popity wodą mineralną
lub coca colą. Kolacji już nie musicie jeść, tak będzie zdrowiej.
Kino - odpada, bileterzy, pracownicy kas i operator- mają wszak wolne.
Można za to iść do kościoła. Będzie nastrojowo, bo będą się palić świece.
A potem -no potem można pospacerować- nie wstępując po drodze do żadnej
lodziarni lub kawiarni - wszak nie ma prądu bo elektrownia nie pracuje, a
pracownicy tych placówek też mają wolne. Kioski ruchu, też nieczynne.
W mieście miło i przestronnie- nie hałasują tramwaje i autobusy, metro też nie
pracuje.
Kto ma jeszcze paliwo w baku pakuje się z  rodziną do samochodu i...na każdym
skrzyżowaniu armagedon- sygnalizacja świetlna nie działa.
W końcu dociera do  was, że wyjazd samochodem niczego nie zmieni - w całym
kraju, w  każdym aspekcie życia miasta lub wsi wszyscy mają wreszcie wolne
w niedzielę. Żadnych dyżurów w służbach miejskich.
Co pozostaje? Uważać by przypadkiem w niedzielę nie zachorować- lekarz
to też człowiek i w niedzielę nie pracuje.
Podoba  się Wam taki projekt?
Mnie  bardzo bo będzie wtedy wreszcie sprawiedliwie.
Miłej niedzieli Wszystkim życzę.

czwartek, 12 października 2017

Już za chwileczkę, już za momencik

Muszę się bardziej zmobilizować, bo ostatnio coś zbyt wolno mi idzie pakowanie.
Na dodatek okazało się, że jest  jeszcze kilka spraw do załatwienia w ZUSie i
NFZecie.
A wczoraj życie zmusiło mnie do odwiedzenia  okulistki. Oczywiście na koszt
własny, bo enefzetowska okulistka to mogłaby mi zajrzeć do oczu w styczniu.
Od kilku miesięcy puchną mi górne powieki- nie boli to, nie dokucza w sensie
fizycznym ale jakoś mało ładnie to wygląda.
Byłam u "rodzinnego", ale on tyle wie  na ten temat co i ja, więc zapisał mi jakieś
antybiotykowe kropelki. Pomogło niczym umarłemu kadzidło, powiedziałabym
nawet, że się pogorszyło.
Bo teraz to mi   oczy wciąż łzawią, co jest dość denerwujące.
Pani okulistka zajrzała mi głęboko w te oczy, wspólnie wykluczyłyśmy kilka
przyczyn, wśród nich i tło alergiczne, w końcu stwierdziła, że być może jest to
wynik którejś z chorób, na którą choruję ale jej nie wymieniłam.
Więc się przyznałam cichutko,że jestem posiadaczką Hashimoto - twarz pani
okulistki aż pojaśniała z radochy-  no właśnie, "to je ono!", jak mawiają bracia
Czesi. Bo przy Hashimoto cechą charakterystyczną jest tzw. "obrzęk śluzowaty,
ujawniający się w różnych miejscach.
I że powinnam z tym iść do endokrynolożki, bo pewnie mam znów zbyt  niską
dawkę hormonu.
I wiecie co? pani okulistka zaimponowała mi wiedzą nt. Hashimoto .
Wiedziała nawet to, że powinnam koniecznie brać selen, o czym moja pani endo
nie miała bladego pojęcia i na  moje pytanie  czy mam brać selen stwierdziła,
że pierwsze słyszy by selen coś w tym pomagał i żebym nie brała. No to
odstawiłam selen i jak widać nie był to dobry pomysł.
Porozmawiałam sobie przy okazji o swoim  wyjezdzie. Pani okulistka wyraziła
wysoki poziom entuzjazmu i stwierdziła, że w mojej sytuacji też by to zrobiła.
Przy okazji mi powiedziała, że przeglądając jeden z podręczników swej
wnuczki, która jest uczennicą trzeciej klasy szkoły podstawowej, omal nie zeszła
na zawał - odniosła wrażenie,że podręcznik redagował jakiś zakamuflowany
dżihadysta, bo wszystko sprowadza się w nim do rozbudzenia w dzieciach  super
nienawiści do wszystkich innych, czyli "obcych".
Niemcy- wrogowie bo napadli Polskę i zniszczyli, Rosjanie- wrogowie bo też
 napadli na Polskę a jeszcze wcześniej ją rozebrali.
Najwyższym szczęściem i dowodem patriotyzmu to zginąć młodo w obronie Polski.
No nic  dodać, nic ująć!
I jakby w uzupełnieniu tych "patriotycznych wytycznych", wpadł mi dziś w oko
pewien samochód, który na klapie bagażnika miał taki oto napis:
"Śmierć wrogom  Ojczyzny". Poniżej była powstańcza  kotwica.
Pomijam już drobny fakt, że kierowca popruwał ok. 90km/ godzinę,  jechał po
chamsku, ciągle komuś zajeżdżając drogę a wszystko to miało miejsce na
Ursynowie.
                                                     *****
Jak już wyżej wspomniałam  trochę się  jeszcze nazbierało spraw do załatwienia
i dziś, z duszą na ramieniu, pomaszerowaliśmy do ZUS, lękając się tłumu
klientów i tego, że sprawy nie da się  szybko wyjaśnić.
A sprawa jest nieco "skomplikowana", bo ostatni pracodawca mego męża przepadł
w niewiadomym kierunku i nie raczył przedtem wyrejestrować mego męża z ZUS.
Przez ostatnie półtora roku pracy męża w tej firmie facet nie płacił za niego składek,
a potem cichcem zamknął firmę na zawsze.
Podobno pojechał do WB tam kręcić swe dziwne interesy.
A dopóki mąż nie będzie wyrejestrowany z ZUS to NFZ nie wyda zgody na to by
był objęty państwową opieką lekarską poza Polską.
I tu pełne zaskoczenie- ludzi było tyle co kot napłakał, a pani urzędniczka , gdy
dowiedziała się, że wyjeżdżamy za kilka dni wyrejestrowała mego męża
 w trybie "z urzędu" i dała odpowiednie pismo do NFZ, które jutro tam dostarczę.
Niewiele brakowało bym uściskała  tę panią z radości, ale ograniczyłam się
tylko do wielkich, wielkich podziękowań i zachwytów nad sprawnością
działanie firmy zwanej ZUS.
Tym sposobem załatwiliśmy to wszystko w ciągu 25 minut.
                                                   *****
No to wracam do pakowania, które już mi nosem wychodzi.

poniedziałek, 2 października 2017

Dla tych co lubią....

...opowieści dziwnej treści.
Nie układa mi się, oj nie. Wczoraj przeżyłam koszmarny dzień - oprócz  pakowania
przeżywałam "zgubne skutki braku TV i braku internetu".
A stało się tak, bo niemal 2 miesiące wcześniej napisałam do operatora pisemko,
by mnie odłączono od sieci z dniem 1 pażdziernika.
A dwa tygodnie póżniej, gdy już wiedziałam, że przeprowadzka się opózni, udałam
się do biura obsługi klienta i  zrobiłam na tamtym piśmie dopisek,  żeby mnie
odłączono dopiero w dniu 30 pazdziernika.. No więc oczywiście  pan technik
przeczytał tylko pierwszą część mego zlecenia i mnie odłączył.
Ale się w domu działo!!!!
No i musiałam dziś udać  się do BOK swego operatora z zażaleniem. I jak widać-
poskutkowało. Podłączono  mi wszystko z powrotem.  Co za ulga!
Brak TV mnie nie dotknął, ale brak podłączenia do "chmury" - ogromnie.
A dziś wpadłam na pomysł udania się do swojej stałej fryzjerki i nie był to
dobry pomysł, bo  dziś ona miała kiepski dzień i tak mi spaprała strzyżenie, że
wyglądam gorzej niż wcale. Mam nadzieję, że do wyjazdu jakoś odrosną mi
te pozostałe na głowie kłaki.

Mam miłą i dobrą wiadomość dla kobiet - panowie  naukowcy przebadali przy
pomocy tomografii emisyjnej pojedynczego fotonu ((SPECT) mózgi 119
osób zdrowych i ponad 26 tysięcy pacjentów z różnymi zdiagnozowanymi
problemami psychicznymi, takimi jak: zaburzenia nastroju, schizofrenia,
choroba dwubiegunowa, ADHD.
Ogółem monitorowano przepływ krwi w mózgu w 128 obszarach podczas
czuwania  i w czasie wykonywania różnych testów poznawczych.
I okazało się, że mózgi kobiet są  bardziej aktywne niż mózgi mężczyzn.
Dotyczy to przede wszystkim kory przedczołowej, odpowiedzialnej za
uwagę i planowanie działań oraz rozważania ich konsekwencji. Ponadto
ta struktura sprawuje nadzór nad układem limbicznym związanym z
przetwarzaniem emocji.
U mężczyzn natomiast większą aktywność wykazują obszary kontrolujące
przetwarzanie  informacji wzrokowych i koordynacji ruchu.
No nie wiem po co się tak panowie naukowcy wysilali- i bez takich badań
wiadomo, że płeć piękna to ta bardziej myśląca , wrażliwsza i empatyczna
część ludzkości.

I tak sobie myślę, że panom  naukowcom chyba się nudzi, albo już
pomysłów brak, bo znów  kolejna grupa wielce uczonych po raz kolejny
przebadała Całun Turyński.
Jedno co jest pewne - to jeden z najbardziej wytrzymałych całunów pod
Słońcem , a co najzabawniejsze (dla mnie), to każde kolejne badanie
daje wynik odmienny od poprzedniego. Ogółem rzecz biorąc 50%
wyników głosi, że to falsyfikat, 50% zaś głosi, że to oryginał.
Ciekawa tylko jestem od czego zależą owe wyniki - od koniunktury czy od
składu zespołu badaczy.

No to biorę się znów za pakowanie- kawę wypiłam, więc z powrotem czas
wybebeszać półki i szuflady  i bić się z myślami: brać??? a może wywalić???
Miłego tygodnia Wszystkim;)





czwartek, 28 września 2017

Lojalnie uprzedzam.....

....będzie nudno.
Bo kogo dziś obchodzą obeliski? Nawet te  ze starożytnego Egiptu?
No ale jak tak chwilę się zastanowić, to obeliski, o których chcę napisać są
naprawdę bardzo, bardzo stare i aż dziw bierze, że do dziś jeszcze stoją.
Egipcjanie wierzyli, że monumentalne kolumny, zwane obeliskami stają się
po ich wzniesieniu siedzibą boga Słońca, Ra.
Dla Egipcjan Ra był najważniejszym bogiem, który sam siebie stworzył,
wynurzając się z praoceanu Nun.
Piękna  legenda  głosiła, że w dniu stworzenia świata z czubka wysokiego
kamiennego słupa wyfrunął ptak, w którego została  zamieniona dusza Słońca.
Na jej cześć ułożono hymn, Litanię Słoneczną i wiele innych pieśni.
Ich teksty można jeszcze dziś odnalezć na ścianach na które padały promienie
wschodzącego i zachodzącego Słońca.
Głównym ośrodkiem kultu Ra było Miasto  Słupów, które otrzymało grecką
nazwę Heliopolis, czyli Miasto Słońca.
To tutaj , w połowie III tysiąclecia p.n.e. wzniesiono pierwszy święty kamień
Benben, ułożony z głazów w stożek. Wg naukowców był to prototyp pózniej
wznoszonych kamiennych słupów.
Dla Egipcjan te wysokie słupy będące odwzorowaniem promienia słonecznego
były znakiem niezmiennego porządku i łączyły ziemię z niebem, były też
porównywane z osią świata oraz z Drzewem Życia.
Do czasów współczesnych w  Heliopolis przetrwał tylko jeden granitowy obelisk
z czasów faraona Senusereta I.
Jak niemal wszystkim wiadomo, Egipt był w pewnym sensie "magazynem staroci",
które już w I wieku p.n.e. zaczęto bezpardonowo wywozić.
Najwięcej obelisków trafiło do Rzymu. Pierwszy trafił tu około roku 357 p.n.e
W okresie renesansu  zabytki starożytności były wykorzystywane w architekturze
jako elementy ozdobne, stawiane w miejscach upamiętniających jakieś ważne
wydarzenia lub działalność osób wybitnie zasłużonych.
Po upadku Cesarstwa Rzymskiego część obelisków popadła w zapomnienie, część
uległa całkowitemu zniszczeniu.
Do czasów współczesnych przetrwało  zaledwie 13 tych starożytnych monumentów.

Najbardziej znanym  jest Obelisk Watykański, stojący na Placu Świętego Piotra.
Według zródeł historycznych wiadomo, że  został wykonany w 10 roku nowej ery,
waży 326 ton, ma 25 metrów wysokości i na polecenie cesarza Kaliguli został
przetransportowany do Rzymu.
Na placu Św. Piotra został ustawiony w 1586 roku a do jego montażu zatrudniono
około 1000 osób i 100 koni.
Jako jeden z nielicznych ten obelisk nie jest pokryty hieroglifami, co nieco utrudnia
archeologom prowadzenie badań.
Symbol potęgi  boga Ra jest obecnie znakiem chrześcijańskim i symbolem drogi
człowieka do Boga.


W Londynie też odnajdziemy starożytny, egipski obelisk.
Został wykuty z czerwonego granitu w Heliopolis około 1450 roku p.n.e. w czasach
panowania faraona Tutmosisa III. Wysokość tej kolumny to 21 metrów, waga to
prawie 180 ton i ku radości archeologów cały pokryty jest hieroglifami.
Po obu stronach obelisku znajdują się dwa sfinksy, również rodem z Egiptu.
Obelisk został sprezentowany narodowi angielskiemu przez wicekróla Egiptu
Mehmeta Alego. Prezent niewątpliwie ładny, ale kosztowny, bo cena transportu
przekroczyła 10.000 funtów brytyjskich. Nie obyło się też bez niemiłych przygód,
bo w czasie sztormu w Zatoce Biskajskiej statek z kolumną na pokładzie rozbił się,
zginęło sześciu członków załogi a obelisk został poważnie uszkodzony.
Aby ratować obelisk kapitan zdecydował o zawinięciu do jednego z portów
Hiszpanii,gdzie wykonano niezbędne prace  i obelisk zawitał do Londynu
dopiero w styczniu 1878 roku.
W 2005 roku obelisk  i sfinksy poddano gruntownej renowacji.
Znajdziecie  ten obelisk przy Victoria Embankment, w centralnej części Londynu.


Kolejny egipski zabytek, też prezent od wicekróla Mehmeta Alego  znajduje się
w Paryżu na Placu Zgody. Ten obelisk waży 250 ton, wysokość to ok.23 metry,
wykonany jest z granitu w asuańskim kamieniołomie w XIII wieku p.n.e.
Podróż tego obelisku do Francji trwała....sześć lat i była pełna dramatycznych
momentów. W pażdzierniku 1836 roku nastąpiło uroczyste odsłonięcie kolumny
w obecności paryżan i ponad 200 tysięcy  przyjezdnych.
W samo południe zagrzmiało 10 strzałów z 350 armat, a jeden z marynarzy
ozdobił obelisk  francuską  flagą.
W 1998 roku czubek monumentu pokryto pozłacanym brązem.


Następny obelisk- prezent od  hojnego egipskiego wicekróla, trafił do Central
Parku w Nowym Jorku.
Wykonany w XV wieku p.n.e. stał  niegdyś przed świątynią boga Ra  w czasach
panowania faraona Totmesa III. Pokrywają go hieroglify oddające cześć bogu Ra
i bogu Atunowi, oraz opisy zwycięskich wojen  prowadzonych przez Totmesa III
i Ramzesa II.
Obelisk waży prawie 200 ton, jego  wysokość to 22 metry.
Na swym obecnym miejscu stanął w 1880 roku, a podczas jego montażu
umieszczono pod nim m.in. Konstytucję USA, Biblię, dzieła W. Szekspira oraz
ówczesny plan Nowego Jorku.


Nie jesteśmy gorsi i też posiadamy swój egipski obelisk . Stoi u nas od niedawna
na dziedzińcu Muzeum Archeologicznego w Poznaniu. Nie jest imponującej
wysokości, waży tylko ok.2 ton, wysoki na 3 m, jest wykonany z szarego granitu.
Do naszego Muzeum trafił w 2002 roku z inicjatywy dyrektora Muzeum Egipskiego
i Zbiorów Papirusów w Berlinie - Dietricha Wildunga.
Obelisk pochodzi z miasta Benha leżącego w Delcie Nilu i był poświęcony
miejscowemu bóstwu, krokodylowi Chenti-cheti.
Na bokach kolumny są wykute imiona trzech faraonów z dynastii XIX: Ramzesa II,
Merenptaha i Seta II, którzy panowali w latach 1279 do 1194 p.n.e.
Obelisk nie jest okazały, ale podobno emituje pozytywną energię, a przebywanie
w jego pobliżu poprawia samopoczucie.
Oczywiście to nie wszystkie obeliski, które można znależć w Europie, ale te są
po prostu najbardziej znane.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z  internetu.

wtorek, 26 września 2017

O tym i......

......owym, czyli groch z kapustą.
Nie wiem ciągle  czemu, ale powiedzenie "groch z kapustą" ma znaczenie
pejoratywne.
A tak naprawdę to całkiem niezłe jedzenie, choć może  trudno je nazwać
dietetycznym. Kiedyś jadłam w ramach kolacji wigilijnej.

Okazuje się, że znów przesunęła się data naszego wyjazdu. Jeszcze miesiąc
tu pobędziemy, a tak dokładnie to pokoczujemy kręcąc się pośród już
zapakowanej części pudeł. Delikatnie rzecz ujmując chyba zacznę brać  Kalms
by swe skołatane nerwy nieco ukoić.
Kolejny raz trzeba było odwoływać transport, zmienić termin od którego
będzie wolne mieszkanie, zmienić też rezerwację hotelu, bo ostatnią noc
spędzimy w hotelu - jakoś nie bawi mnie spanie na karimacie.
Nie bawiło mnie w młodości a na starość tym bardziej nie bawi.
"Na pociechę" - moja córka też ma z tego powodu problem, bo zamówione
meble już są gotowe i wylądują w jej mieszkaniu. Producent w drodze  łaski
może je przechować najwyżej 10 dni. A to za mało.
Tyle w temacie przeprowadzki.

Przy okazji wyszło na wierzch, że nasz fiskus to ma w nosie  fakt, że
my wynajmując mieszkanie w innym mieście ponosimy koszty, więc rzecz
biorąc na logikę, zysk który uzyskamy odnajmując komuś  swoje obecne
mieszkanie powinien być pomniejszony o koszty wynajęcia innego mieszkania.
 Otóż nic z tego -fiskusa nie obchodzi, że  my będziemy dla siebie gdzieś tam
wynajmować  mieszkanie- nasza strata, nasza sprawa.
Dla fiskusa ważne by ściągnąć z nas raz na kwartał 8,5% ceny za którą my
odnajmiemy komuś mieszkanie.

Wreszcie  pojęłam sens wcześniejszej emerytury - nie łudzcie się, że to z troski
o ludzi, a o kobiety zwłaszcza. To wstęp do umieszczenia kobiet z powrotem
w domu- niech siedzą w domu  zgodnie z przykazaniami boskimi, niech
służą mężowi, rodzą dzieci a nie pyskują. Program edukacji zmierza do tego,
by przypadkiem któreś z bachorów nie posiadło zbyt dużo rzetelnej wiedzy.
To ma być katolicka młodzież,  z której sobie wychowają nowe, ultra
katolickie społeczeństwo, w którym rola kobiety sprowadzi się do przedmiotu,
a nie podmiotu.
A tak  na końcu- jestem zbulwersowana "nowym" kierunkiem- jeżeli prawo
czegoś zabrania, to zamiast zastanowić się dlaczego, należy podjąć kroki by to
prawo zmienić. Jakieś działanie jest niezgodne z Konstytucją?- nie ma sprawy-
 wystarczy po prostu zmienić  Konstytucję.
I opadła szatka rycerza z p.prezydenta odsłaniając nagą prawdę, która i tak
prześwitywała spod rycerskich szatek.

Podobno będzie jeszcze kilka dni niemal ładnych. I takich słonecznych dni
życzę wszystkim, którzy zostali poszkodowani przez te cholerne  deszcze.
Tym nieposzkodowanym też życzę słoneczka.

wtorek, 19 września 2017

Atrakcje przy.....

.....pakowaniu.
Wczoraj życie mnie zmusiło do przejrzenia dokładnie stosu kartek, karteczek
i karteluszków z moimi różnymi  notatkami.
Czegoż tam nie było !  Na przykład tajemnicze  numery telefonów - sam numer
telefonu i zero informacji czyj to numer. Kretyństwo, prawda?
Mnóstwo przeróżnych przepisów na ciasta, ciastka i ciasteczka i nie mogę się
oprzeć wrażeniu, że żadnego z tych przepisów raczej nie  wykorzystałam, bo
wszystkie z  epoki "kamiennej",  gdy jeszcze konsumowałam gluten.
Pełno adresów internetowych z różnych branż. Cała masa szkiców biżutków,
 z których większości nigdy nie zrobiłam, bo nie wpadłam na to jak to
wszystko razem posplatać by "miało ręce i nogi" i odpowiedni wygląd.
I wpadła mi kartka z tytułem "remanent w lodówce".  Był to przepis, który
natychmiast wykorzystałam:
Składniki:
dowolna ilość kaszy gryczanej ugotowanej na sypko,
dynia, ok. 30-40 dag,
groszek cukrowy, może być mrożony,
1 duża pierś z kurczaka (filet),
sól, curry,kurkuma,  cynamon, ziele angielskie.
Wykonanie:
kroimy w kostkę obraną dynię i wrzucamy ją do garnka z gotującą się
wodą, dodajemy curry,kurkumę, ziele  angielskie, cynamon.Nakrywamy.
Filet kurczaka kroimy na kawałki i wrzucamy do gotującej się dyni.
Po 5 minutach solimy do smaku. Po 15 minutach dodajemy do gara
dowolną ilość zielonego  groszku. Ja dodałam mrożony. Dalej gotujemy.
Próbujemy czy wszystkie składniki są odpowiedniej miękkości, w razie
potrzeby dodajemy jeszcze przypraw, zgodnie z naszymi  upodobaniami.
Na głęboką patelnię typu wok dajemy łyżkę oleju kokosowego, wrzucamy
kaszę, nakrywamy pokrywką.
Gdy kasza już jest gorąca przekładamy do niej zawartość naszego garnka,
wszystko razem mieszamy, trzymamy jeszcze ze 3 minuty na ogniu, 
przekładamy do miseczek i życząc stołownikom smacznego stawiamy na
stole.
W charakterze surówki zrobiłam mizerię.
Wrażenia smakowe mego męża: "jaka smaczna dziś ta marchewka!"
Bo on nie lubi marchewki w postaci "na gorąco".
Tyle tylko, że tam wcale nie było marchewki.
Dziś mam  w planie urzędowanie w piwnicy. Trzymajcie kciuki.

sobota, 16 września 2017

A tu.....

.......widok z mojej loggii.
Dwa tygodnie wcześniej rosło tu całkiem sporo olszówek, zwanych też
w niektórych regionach "krowiakami".
Jakoś zupełnie nie miałam czasu ich "obfocić", no ale te muchomory zmusiły
mnie do przerwania  pakowania, naładowania baterii aparatu i "obfocenia".
Przyznacie, że taki widok 6 km od ścisłego  centrum stolicy może szokować:





Po lewej stronie jest widoczny pień lipy. Te wątłe krzaczki to resztki
żywopłotu z dzikiej róży.
Miłego weekendu!!!! Zimno, ale nie pada!!!!

czwartek, 14 września 2017

Filozoficzne rozważania.....

.....czyli życie jest jak puzzle.
Tyle tylko, że czasami jest niczym zle, lub niestarannie wycięte puzzle i ciężko je
ułożyć.
Ale nigdzie nie jest powiedziane, że zawsze trafimy na dobrze wykonany komplet
kartoników do układania.
Właśnie trafiłam na  takie  wybrakowane pudełko - zmienił mi się nieco termin
wyjazdu.
Niby nic, a przesunięcie terminu wywołało burzę w szklance wody mego ślubnego,
czyli musiałam wysłuchać o milion słów za wiele, choć ta zmiana terminu nie ma
ze mną nic wspólnego.
Zwłoka jest wywołana urlopem jakiejś urzędniczki, która nie ma zastępstwa i
jeden ze świstków nadal nie jest zarejestrowany, tam, nie u nas.
                                                           *****
Dziś maklerka przysłała pierwszą z osób, które zajmują się wynajmem lub
sprzedażą mieszkań. Na jutro już się zapowiedziała następna.
I, tylko się nie śmiejcie, dopiero teraz dotarło do mnie, że raczej szybko, a tak
naprawdę wcale, tu nie wrócimy.
Pomyślałam, że szkoda, że nie mogę się tam teleportować razem z całym
mieszkaniem. Byłoby to prostsze i mniej absorbujące.
Co prawda istniałoby niebezpieczeństwo, że w trakcie teleportacji komuś
mogłyby puścić nerwy i zestrzeliłby nasze M3 wraz z  zawartością.
                                                          *****
Nadal zajmuję się sortowaniem typu "wziąć czy się tego pozbyć", zostawić
czy może wymienić na nowszy model? Biorąc pod uwagę fakt, że dochody
będziemy mieć krajowe, a wydatki w walucie, to rozsądek podpowiada, by
sporo rzeczy  nowych kupić przed wyjazdem. Ale ilekroć podpytuję córę to
zawsze słyszę, że "przecież nie jedziesz do dziczy, tu kupisz". No jasne, do
dziczy nie, ale do strefy euro.
To kolejna zle przycięta układanka.
                                                           *****
Dwa tygodnie temu jedna z moich koleżanek wraz z córką, zięciem i wnuczką,
pomimo padającego co chwilę deszczu postanowili pójść do lasu, bo mała nigdy
nie była w prawdziwym lesie- tam gdzie mieszkają są tylko lasy prywatne i
wstęp do nich jest wzbroniony.
Nie pętali się po żadnych chaszczach, grzybów nie zbierali, tylko wędrowali
szeroką, leśną ścieżką.
Następnego dnia wyjechali do swego wielce cywilizowanego kraju. Wczoraj
koleżanka  dzwoni do mnie zaczynając od  słów: słuchaj, mamy kłopot- po
przyjezdzie ja znalazłam u siebie z boku kolana przyssanego kleszcza, a
drugiego jej córka znalazła przyssanego do skóry we włosach małej.
Moja koleżanka dostała od razu sporą dawkę antybiotyku, bo dookoła tego
ugryzienia już był odczyn zapalny, a ona czuła się jakby miała początki grypy,
małej na razie nie podano antybiotyku, bo w tamtym kraju nie dają dzieciom
antybiotyków "bez powodu". Za 6 tygodni przebadają małej krew w kierunku
boreliozy i dopiero wtedy, w razie potrzeby podadzą antybiotyk.
Co zabawniejsze koleżanka była w tym lesie w spodniach i tenisówkach.
Mój ślubny zapowiedział mi, że mam się wyzbyć planów "wyskoczenia do
lasu" na grzyby.
                                                           *****
"No i to na tyle"  - jak mawiał klasyk gatunku zwanego satyrą.






niedziela, 10 września 2017

Niedziela

Już drugi dzień bez deszczu! I nawet słońce świeci!
A więc można posłuchać zespołu "Poparzeni Kawą Trzy"







Miłej niedzieli ;)

środa, 6 września 2017

Wyraznie jest......

......coraz lepiej.
Zwłaszcza w działaniach instytucji zwanej Pocztą Polską.
Na moje oko wracają czasy, gdy poczta była miejscem, w którym spędzało się
godzinę, a czasem dwie stojąc do okienka pocztowego.
Pamiętam z dzieciństwa,  że najgorsze dla mnie były owe wyprawy na pocztę-
nie dość, że najbliższy urząd  pocztowy był niemal 2 km od domu i trzeba było
do niego przewlec się na własnych nogach, to zawsze był tam dziki, wściekły
tłum.
No ale były to czasy powojenne, stolica pomału dzwigała się z gruzów i każdy
jakoś starał się  zrozumieć sytuację i nie narzekać.
W początkach lat 70 ub. wieku, nadal wyprawa na pocztę  spełniała rolę
czyśćca, zawsze trzeba było stać w  długiej kolejce.
I chyba  miałam jakiegoś pecha do tej instytucji, bo znów miałam do poczty
daleko i znów trzeba było godzinami sterczeć w kolejkach.
W pewnej chwili, na początku lat 80-tych doczekałam się poczty zaledwie ok.
700 m od  domu- poczta  miała nawet dość przestronną salę obsługi i  jakieś
ławeczki  dla wątlejszych klientów, bo nadal trzeba było sterczeć w kolejkach.
Poczta  Polska zaczęła się cywilizować- w ramach owej cywilizacji urzędników
zaczęły wspomagać w  pracy komputery, więc kolejki się  znacznie wydłużyły.
Wyraznie komputery wcale nie przyspieszyły tempa  obsługi, wręcz  spowolniły.
Wreszcie nastąpił przełom-  można było wpłaty regulować nie ruszając się
z domu, wystarczyło mieć komputer, internet i konto internetowe w dowolnym
banku.
Niestety tak się jakoś dziwnie  składa, że paczki ani listu poleconego  ani też
zakupu  znaczka pocztowego nie można dokonać przy pomocy komputera
domowego i trzeba iść na pocztę by....znowu stać w kolejce, jak kiedyś.
"Sala obsługi" na moim osiedlu przypomina połączenie zakrystii z kioskiem
typu   " tu kupisz szwarc, mydło i powidło".
Główne miejsce na ścianie zajmuje - nie, nie  nasze godło,czyli Orzeł Biały, ale
krzyż papieski. Godło jest mało widoczne, na bocznej ścianie. Wszędzie dookoła
leżą przeróżne książki kucharskie z przepisami różnych sióstr zakonnych oraz
cała gama lektur typu jak trafić do Boga i iść z Nim pod rękę przez życie.
Poza tym można tu zakupić każdą  ilość prasy super prawicowej i katolickiej.
Takich "paskudztw" jak "Polityka", " Newsweek" lub "Gazeta Wyborcza" nie
ma. Dodatkowo można kupić przeróżne drobiazgi oraz wyjątkowo brzydkie
kartki pocztowe na każdą okazję -  ślub,  komunia, urodziny, imieniny.
Listonosze awansowali na domokrążców - za każdym razem gdy muszą coś
dostarczyć adresatowi do domu, mają obowiązek coś mu sprzedać - czasem
jest to jakaś pośledniejszego  gatunku karma dla psa lub kota.
W związku z nowymi obowiązkami listonosze zostali wyposażeni  w wózki
zakupowe na kółkach, by wozić w nich - nie, nie przesyłki adresatom, ale
właśnie owe towary na sprzedaż. Bo poczta ma na siebie zarabiać, zdobywać
 klientów.Chyba ktoś w tym kraju nie wie, że nigdzie na  świecie poczta  nie
jest instytucją dochodową i wymaga finansowego wsparcia od państwa.
Adresatowi aktualny listonosz dostarczy  do skrzynki cieniutki list, ale już
nie przesyłkę poleconą, która się do skrzynki nie  zmieści.
Bo skrzynki pocztowe w budynkach mieszkalnych nie strawią przesyłki grubszej
niż 2 cm i większej niż  format A-4.
I wtedy w skrzynce  na listy znajdujemy tylko awizo- minęły czasy, gdy taką
przesyłkę poleconą dostawał adresat do domu.
I tymi "domokrążcami" są  listonosze będący na etacie Poczty Polskiej.
Oprócz tego Poczta Polska ma podpisane umowy z firmami które zajmują się
dostarczaniem  do domów różnych innych przesyłek, zwanych potocznie
paczkami. Na szczęście pracownicy tych firm nie oferują niczego do
sprzedaży - tylko i wyłącznie dostarczają paczki.
Wczoraj musiałam właśnie pomykać na pocztę po niewymiarową przesyłkę
poleconą. w postaci pudełka 5 x 15 cm.
No cóż, życie nie jest jednak romansem;)

niedziela, 3 września 2017

L'Hernione



Ta piękna, trójmasztowa fregata to wierna replika wybudowanej w 1780 r
fregaty francuskiej, której dano imię Hermiona.
Na tej fregacie w 1780 roku La Fayette wraz z oddziałem francuskich
żołnierzy popłynął do Bostonu, by wziąć udział w walce o niepodległość
Stanów Zjednoczonych. W Stanach walczył dwa lata, dowodził armią
w stanie Wirginia  i awansował na stopień generała.
Fregata szczęśliwie pokonała drogę powrotną  do Francji i zawinęła do
portu przywożąc bohatera dwóch kontynentów - Europy i Ameryki.
Niestety w 1793 r. skutkiem zle przeprowadzonego manewru,  zatonęła
u wybrzeży Croisic, departament Loara Atlantycka.
Wrak odnaleziono dopiero w 1984 roku i natychmiast powzięto dość
szaloną myśl, by wykonać wierną replikę tej fregaty i tchnąć w nią  życie.
Oryginalna  fregata została wybudowana w zaledwie 6 miesięcy- był to
czas, gdy szkutnictwo święciło triumfy.
Replikę fregaty budowano natomiast 20 lat, cały czas posługując się
archiwalną dokumentacją statku.
Na podstawie archiwalnej dokumentacji wybierano drzewa, z których
miały powstać elementy fregaty.Musiały to byś stare silne dęby, niektóre
bardzo proste i wysokie, inne z określonymi naturalnymi krzywiznami,
bo tak  twardego drewna nie da się mechanicznie wykrzywić.
Wszystkie elementy powstawały wg starej technologii.Płótno na żagle
i wszelakie liny powstawały tak jak 200 lat wcześniej.
Wymogi bezpieczeństwa wymusiły na konstruktorach pewne odstępstwa-
fregata została wyposażone w silniki i całą potrzebną w nawigacji elektronikę.
Wiosną 2015 roku replika  fregaty L'Hermione wyruszyła w rejs przez Atlantyk
do Ameryki. Załogę stanowiło osiemdziesięciu ochotników, którzy przeszli
odpowiednie przeszkolenie.
Zapewne załoganci oryginalnej  fregaty przewracali się w grobach z oburzenia,
bo załogę stanowiły również kobiety.
Fregata L'Hermione jest statkiem  żaglowym trójmasztowym, najwyższy maszt
ma 54 metry wysokości, długość statku to 65 metrów, a powierzchnia żagli
wynosi 1500 metrów kwadratowych. I wszystkie te żagle są obsługiwane rękami
załogi, co wcale  do lekkich zajęć nie należy. A pływanie pod żaglami ma
to do siebie, że ciągle coś trzeba z tymi żaglami robić- refować je gdy jest zbyt
silny wiatr lub je rozwijać,a wszystko to wdrapując się na reje i to bez względu
na porę i pogodę.


No i wydało się na co dziś "straciłam" dwie godziny- obejrzałam z wielką
przyjemnością dwuodcinkowy film o powstawaniu repliki fregaty  oraz o
jej rejsie do Ameryki. Film wyemitował kanał Planete+





piątek, 1 września 2017

Podsłuchane w sklepie

Mamo, czy ja muszę iść w poniedziałek do szkoły?
Musisz!
Ale ja nie chcę!
Wydaje ci się, że nie chcesz. Chcesz, chcesz.
Nie chcę, bo znów będzie mnie pani wyrzucać z klasy.
Nie będzie, jeśli będziesz  w szkole grzeczny.
Nieprawda, ona mnie zawsze wyrzuca, zawsze, nawet gdy się nie patrzy na nas,
bo stoi do nas tyłem. Mamo, proszę cię, ja chcę wrócić do starej szkoły.
Nie ma mowy, teraz mieszkamy tu i do tej szkoły musisz chodzić.
Ale ja tu nie mam fajnych kolegów i ta pani jest niedobra.
Pani jest dobra, tylko ty jesteś niegrzeczny. Koniec dyskusji!
Dialog się toczył za moimi plecami, gdy stałam przy stoisku z wędlinami.
Gdy odeszłam obejrzałam się za siebie.
Do szkoły nie  chciał iść mały człowiek, taka namiastka mężczyzny.
Mała chudzina  z rozpaczą w oczach i ustami wygiętymi w podkówkę.
No cóż, przecież to tylko dziecko! Marudzi!
Rzuciłam okiem na mamę -na głowie miała coś w rodzaju stapirowanego
osełedca, na sobie mini bluzkę i mini spódniczkę , nogi obute w niebotycznej
wysokości czarne szpilki, których obcas był przezroczysty. Oko zmalowane jak
na sylwestrowy wieczór. Zerknęłam na zegarek- była godzina 11,00 przed
południem.

środa, 30 sierpnia 2017

To już jesień

Dziś "odkryłam", że odleciały jerzyki, czyli już jesień bliziutko. Zrobiło się na
osiedlu dziwnie  cicho, nie słychać pisków jerzyków.
Bociany zbierają się  na łąkach i wiecują, młodziaki wciąż jeszcze ćwiczą swe
skrzydła, nerwowo podskakując, tak jak to robiły przedtem stojąc na swym
gniezdzie.
Kolejny znak, że już jesień to powrót gigant korków na pobliskiej trasie .
Nie da się ukryć, że gdyby wszyscy kierowcy przestrzegali przepisów to
nie tworzyłyby się  korki. Prawko robiłam strasznie dawno i wtedy nas
uczono, że nie wolno wjeżdżać na skrzyżowanie, jeśli widać, że nie będzie go
jak opuścić. Teraz każdy się pcha i ciągle na skrzyżowaniu tworzą się korki.
Nie wiem, może się przepisy zmieniły a ja hołduję starym zasadom?

A my kupiliśmy już pudła wszelakiego rodzaju, tudzież przeróżne worki,
torby, folię "bąbelkową", taśmy i mnóstwo innych różności.
Odkryliśmy po prostu świetną firmę, która ma wszystko co do pakowania
różnych rzeczy jest potrzebne. Dla nas najważniejsze, że to wszystko nam
przywiozą do domu. Można zamówić wszystko na internecie, można również
pojechać do nich, spokojnie poradzić się co kupić, zapłacić kartą lub gotówką,
zamówić transport, a przedtem wszystko obejrzeć i "pomacać".
Chodziłam wczoraj po tej firmie i nie mogłam się nadziwić ileż to naprawdę
fajnych rzeczy mają- są nawet nieduże wózki transportowe i z trudem udało
mi się wytłumaczyć swojemu mężowi, że nam taki wózek "na plaster".
Było też sporo kartonów ozdobnych i tym razem musiałam sama sobie
wyperswadować  ich zakup.
Firmę można odnalezć na www.neopak.pl, a mieszczą się na  ul.Leonidasa 53.
Reklamuję ich, bo uważam, że dziś, w czasach totalnej niesolidności, warto
polecać dobre, uczciwe firmy. Transport zakupionych towarów wraz z ich
wniesieniem to raptem 20 zł.
Poprzednim razem, gdy się pakowaliśmy z okazji remontu mieszkania, to
kupowałam kartony w jednym z marketów i niestety nie były wcale mocne,
ale za to drogie.

Odszedł mój ulubiony dziennikarz, pan Grzegorz Miecugow.
Dziennikarz, który nigdy w trakcie wywiadu nie przerywał swemu rozmówcy,
nie narzucał mu swego punktu widzenia, słuchał tego, co rozmówca miał do
powiedzenia.A do  tego wszystkiego miał duże poczucie  humoru.
To niesprawiedliwe, że przegrał z chorobą.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Migawka

Biorę w sklepie  do ręki słoik , czytam etykietkę:
"Krem orzechowy, 100% orzechów".
W następnej linijce:
"Produkt może zawierać orzechy".
Na samym dole, super drobnym  drukiem jest informacja, że zawiera też cukier.
Odstawiam na półkę i skręcam się ze śmiechu - rewelka,  w życiu bym nie
wpadła na to, że krem orzechowy może zawierać orzechy!
Zauważyłam, że czytanie etykietek na produktach spożywczych może
dostarczyć wielu wrażeń i pomóc w odchudzaniu. Apetyt znika.
Zastanawiam się jak wygląda  u nas życie tych, co mają przeróżne
alergie pokarmowe, a jest tych alergii sporo.
Ja  mam ograniczenie dotyczące tylko glutenu i często nie bardzo wiem
co kupić, bo gluten jest niemal we wszystkim. I nie mam alergii na gluten,
tylko złą tolerancję, więc jak mi  się trafi coś z niedużą ilością glutenu to nie
muszę wzywać pogotowia z powodu wstrząsu anafilaktycznego.
I tak czytam te etykiety i czytam i zastanawiam się po jaką nagłą śmierć
w wędlinie jest białko sojowe, skrobia pszeniczna, cukier i cała gama
wielce tajemniczych  "stabilizatorów"?
A dziwię się dlatego, że w okresie stanu wojennego sama w domu robiłam
kiełbasę i  w żadnym przepisie nie było wśród składników białka sojowego
lub jakiejkolwiek skrobi.
Wiem, wydziwiam, taka widać moja uroda.

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Chyba jesień blisko......

.....więc postanowiłam nabyć kurtkę softshell.
Jest  z natury lekka  ale i ochrania przed wiatrem i nie  za dużym deszczem.
Taka w sam raz do samochodu.  Przy okazji miałam w tym samym miejscu
zrobić zakupy żywnościowe, ale wpierw pojechać do  OBI, by dokupić
kilka niezbędnych przed wyjazdem drobiazgów.
Ale nie ma lekko- dojazd do OBI "normalną" trasą był niestety niemożliwy-
ulica wyraznie na najbliższym odcinku w remoncie.
Wpadliśmy do sklepu, w którym niedawno niechcący były przypadkiem
dżinsy w sam  raz dla mnie.
Dziś były też i kurtki softshell. Wyciągnęłam spod stosu rozmiarów XS
jedną w bardziej stosownym rozmiarze, przymierzyłam. Nawet mi się
podobała - z kapturem. dwubarwna, karczek przedłużony popielaty, dół
czarny. Objętościowo  ok, tylko rękawy z 15 cm za długie.
Pestka- pomyślałam- nie problem skrócić, cena zachęcająca. Kupiłam.
Do OBI nie dojechaliśmy, bo zaczęła nadpływać nad Ursynów paskudna,
burzowa chmura, widać było, że niedaleko już pada.
Prędko w bryczkę i  do domu. Dojechaliśmy równo z niewielkim gradem.
Dobrze, że od samochodu jest tylko kilka kroków do domu.
Po rozpakowaniu zakupów, mój mąż mnie poinformował, że moja kurtka
jest kurtką męską, bo tak stoi na paragonie. Na metce przy kurtce był
tylko literkowy rozmiar, bez podania płci przyszłego użytkownika.
Na dodatek była razem z damskimi innymi ciuchami.
Na wszelki wypadek kazałam by ją zmierzył - dla niego dobra, rękawy
w sam raz, w ramionach też (dla mnie była ciut za duża).
Oczywiście dostałam ataku śmiechu, ślubny jakby mniej był radosny, bo
on już ma tego typu kurtkę, której nie nosi, bo ona ma czerwone lamówki
przy kieszeniach i czerwone suwaki.
Wyciągnęłam więc ją z szafy i...zmierzyłam. Rozmiar - jak dla mnie, ale
nie ma kaptura, rękawy ciutkę tylko  za długie.
Tym sposobem mój ma kurtkę  w kolorach, które wielbi, a ja wzięłam jego,
wiszącą  już od roku w szafie.
                                            *****
No a skoro idzie jesień, pomału zaczynają dojrzewać orzechy i mam dla
 lubiących orzechy i oryginalne dania....
.......przepis na zupę indiańską z orzechów laskowych.
Jest świetna na chłodniejsze, deszczowe dni, zawiera dużą ilość wit E,
żelazo, cynk, potas i miedz , usuwa zmęczenie.
Składniki:
680 gramów pokruszonych orzechów laskowych,
6 szklanek bulionu, może być gotowy w butelce (Krakus),
6 cebulek dymki razem ze szczypiorem, posiekane
1 łyżka soli kamiennej (kłodawska, niejodowana),**
3 łyżki posiekanej natki pietruszki,
szczypta czarnego,świeżo zmielonego pieprzu.
Wykonanie:
Zasadniczo zupa robi się sama- składniki łączymy z bulionem i
gotujemy pod przykryciem przez 1,5 godziny na malutkim ogniu, niech 
pomału  parkocze. W tym czasie możemy przygotować grzanki.
Ugotowaną zupę dokładnie miksujemy na krem. Podajemy gorącą
wraz z grzankami.
** ja daję mniej soli,(łyżeczkę) bo mój cierpi na niewydolność nerek.
I proponuję by dać mniej, spróbować i ewentualnie potem ją dosolić. 
                                           *****
Zaczyna mi się lekki kołowrót- wreszcie znam datę wyjazdu i teraz jest 
kilka pilnych spraw do załatwienia i .....pomału zaczynam się pakować.
Będzie się działo ! Mam nadzieję, że farba ze ścian nie odleci gdy
będę rzucać o nie niecenzuralnymi słowami.:)
 
 

czwartek, 17 sierpnia 2017

Dla Pantery

Panterko, to jest właśnie to zdjęcie z Getyngi. A ten jedyny człowieczek
to starszy z Krasnali, który tam trenował  "bieg swobodny przed siebie".
Ale na zawołanie nawet się zatrzymywał. Był grzecznym dzieckiem.


wtorek, 15 sierpnia 2017

O rzeczach różnych....

czyli kolejny mix.
Nadal stoję w rozkroku- pozycja mało efektowna i mało wygodna. Okazuje się,
że w każdym kraju króluje biurokracja. Wszystko musi nabrać mocy urzędowej,
a każdy urzędnik wyznaje zasadę, że pośpiech jest wskazany tylko przy łapaniu
pcheł.
Pogodowe zawirowania mnie  z lekka przerażają ale jakoś nie dziwią - klimat
się zmienia dość szybko, cała Europa "stepowieje".
Wytniemy planowo jeszcze kilka dużych lasów, zlikwidujemy pod inwestycje
wszystkie leśne obszary wokół miast, (które nazywane są ich płucami ),
wybetonujemy calutką Wisłę od żródeł  do Bałtyku, osuszymy wszelkie bagna
i będziemy przodować w tym procesie stepowienia.  To chyba jedyna nasza
szansa na sukces w skali międzynarodowej.
W sieci krążą jakieś mrożące krew w żyłach "przepowiednie" dotyczące dnia
23 września tego roku, możliwości sposobu mającej nastąpić zagłady jest kilka,
można wybierać pomiędzy spadającą na Ziemię asteroidą, inwazją Obcych a
wybuchem kilku superwulkanów ziemskich.
Zastanawiam się co  naród ostatnio spożywa, że takie myśli przelatują mu
w poprzek mózgu i lądują w sieci.
                                                       *****
Krasnale wraz z rodzicami powrócili z wakacji, które w tym roku spędzali na
Sardynii. Bardzo się tam podobało i dzieciom i dorosłym. Córka  zaczyna
podejrzewać, że starszy  Krasnal zaczyna mutować w kierunku delfina- prawie
nie  wychodził z wody i bardzo dużo czasu spędzał na nurkowaniu.
Młodszy z kolei nauczył się właśnie tu nurkowania. Woda w morzu była
niesamowicie ciepła, zresztą temperatura powietrza oscylowała też raczej
w rejestrze wysokich temperatur. Raz tylko zrobili wycieczkę w głąb wyspy,
ale temperatura +45 stopni w cieniu zraziła ich do następnych wycieczek.
Mieszkali w miejscu. gdzie na długości 5 km były tylko dwa hotele.
Nie było żadnych tłumów na plaży cały czas nad plażowiczami czuwali
ratownicy. Krasnale się z lekka "ucywilizowali", każdego wieczoru lądowali
na dziecięcej dyskotece prowadzonej przez "specjalistę", poza tym
dzieciakami opiekowało się kilka młodych dziewczyn.
Krasnale nauczyły się jednej piosenki po włosku.
Młodzi wszyscy operowali głównie angielskim, nie było problemu
z porozumiewaniem się.
W tym czasie "starzy" Krasnali wraz z rodzicami innych bąbli odpoczywali
na wielkim tarasie w pobliżu basenu.
Wśród wczasowiczów przeważali Włosi.
To co uderzyło moich, to fakt,  że wszędzie było bardzo, bardzo czysto,
wczasowicze  sami bardzo uważali nad utrzymaniem czystości i porządku ,
nikomu nie przeszkadzało, że do najbliższego kosza na śmiecie trzeba było
dojść około 50 metrów.
Od dziś Młodszy Krasnal idzie do  szkolnej świetlicy, by poznać swoich
przyszłych kolegów, szkołę, wychowawców.
Bardzo jest przejęty, ale w pozytywny sposób, bo ostatni rok w przedszkolu

intensywnie ich przygotowywano do życia szkolnego.
Starszy Krasnal zmienia szkołę, ostatnie dwie klasy podstawówki będzie
kontynuował w gimnazjum wg rozszerzonego programu.
Moi zastanawiają się nad ponowną wyprawą na Sardynię ale w nieco innej
porze- może na święta wielkanocne i tym razem w okolice górskie. Tam
są całkiem niezłe góry,najwyższe szczyty dochodzą do ponad 1800 metrów.
                                                           *****
 A poza tym- nic na działkach się nie dzieje;)
Zaczynam pomału się żegnać ze znajomymi, nawet z tymi, którzy na mój
widok wymownie stukają się w głowę.
I sprawdzam co jeszcze powinnam w wyposażeniu domowym wymienić
i zakupić tu, bo jakby na to nie patrzeć będę dostawała pieniądze stąd, a
wydawała je tam, po kursie nabycia euro. A ten nie wygląda zachęcająco.
No cóż, znów się nieco spózniłam z decyzjami;))



poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Mix

Po raz kolejny przekonałam się, że wzajemne sympatie  blogowe, przeniesione
w świat realny - sprawdzają się.
Po kilku latach znajomości blogowej, wreszcie udało mi się poznać "Iw-nową"
w realu.
Jest  właśnie taka jak na  swym blogu - zorganizowana, myśląca i bardzo,
bardzo miła.
Zawsze nam coś stawało na przeszkodzie by się spotkać, a teraz wreszcie się
udało!
Byłam nawet nieco stremowana, bo odkąd szykuję się do wyjazdu mieszkanie
moje nie grzeszy porządkiem, a zresztą tak naprawdę jestem bałaganiarą i
często utrzymanie ładu jakoś mi nie wychodzi.
Mam nadzieję, że w sytuacji, gdy będę mieszkać na trasie zawodowych
wędrówek Iw, będziemy się częściej spotykać.
Wiecie co - Iw jest taką młodą kobietą z której każda mama musi być dumna.
A do tego wszystkiego jest miła i "ciepła".
I (jak to mówią faceci) - prawdziwa "lasencja"- ładna buzia, świetna figura.
Wpadła chyba mojemu w oko, bo jakimś cudem natychmiast zapamiętał
Jej imię!!!
                                            ******
                               
Snuję się po domu niczym przysłowiowy Marek po  piekle. Oglądam
"dobytek" i czaszkuję intensywnie co zabrać a z czym się definitywnie
rozstać. Na razie nabyłam dwie  nowe, sympatyczne patelnie na
kuchenkę indukcyjną i dokonałam epokowego wręcz odkrycia- mam od
roku  aż trzy garnki nadające się  "na indukcję"!
Po raz pierwszy przyjrzałam się dokładnie znaczkom wyrytym na ich dnie
i rewelka- nadają się!
A kupiłam je ponad rok temu, kierując się tylko i wyłącznie tym, by
posiadały bardzo grube dno.
Wygląda na to, że garnków mi nie zabraknie, bo producent płyty
indukcyjnej dodaje do kuchenki też  ze  3  garnki. Obym tylko zawsze
miała co w te  garnki włożyć;)
Na razie wiem jak będzie umeblowany pokój ślubnego- po prostu tak
samo jak teraz, bo zabiera wszystkie swoje meble.
Jeden problem będzie z głowy.
Umeblowanie kuchni też już jest mi znane. Martwi mnie przedpokój -
jest diablo wąski i na dodatek jest w nim...kaloryfer. Przedpokój jest
w tym mieszkaniu długą, wąską kichą, co przy jego wysokości ponad
trzy metry nie robi najlepszego wrażenia. Przydałby się pawlacz.
Przecież trzeba gdzieś trzymać dodatkową pościel i "niesezonową"
w danym momencie odzież.
Denerwuje mnie to, że nadal nie bardzo wiem  co z pozostałymi
meblami, podejrzewam, że pierwsze tygodnie będę spędzała w średnio
miłym towarzystwie pudeł zamiast mebli.
Miałam zamiar kupić meble u nas, ale  moje przytomne dziecię
zwróciło mi uwagę, że jeśli kupię je "w paczkach", a potem, w czasie
montażu okaże się, że czegoś brakuje lub jest uszkodzone, to będzie
problem z reklamacją. Więc lepiej to samo kupić już na miejscu.
Czeka nas trochę "latania" w tym tygodniu, więc mam nadzieję, że upały
wreszcie się skończą.
Ze smutkiem zauważam, że z roku na rok coraz gorzej znoszę upały.
Niedługo będę śpiewać   "to idzie starość, starość, starość i śpiewa"-
zupełnie jak w pewnej marszowej piosence rodem z PRL- tyle tylko,
że wtedy było: "to idzie  młodość, młodość i śpiewa radośnie"...
                                         ******
Na kanale Planete+ udało mi się dziś obejrzeć  całość , czyli trzy
odcinki filmu dokumentalnego "Krew i złoto-jak powstała Hiszpania".
Jeżeli kiedyś wpadnie Wam w oko ten tytuł to gorąco polecam. Film
zrobiony niezwykle starannie, dużo ciekawych wiadomości od zarania
dziejów, czyli od czasu podboju tych terenów przez Rzymian aż do
czasów obecnych. Naprawdę warto obejrzeć, bo po pierwsze nikt z nas
nie wyniósł takich wiadomości ze szkoły, a poza tym historia innych
krajów pomaga nam w rozszyfrowywaniu naszej własnej historii,
znajdywaniu wielu analogii.
A potem jeszcze na tym samym kanale obejrzałam kolejny odcinek
cyklu "Magia przyrody", czyli odkryłam kolejne cuda  Francji - bo
Francja to nie tylko Paryż, Luwr, i zamki nad Loarą.Śledzę ten cykl
z zapartym tchem i zachwycam się estuarium Sekwany, bretońskimi
wysepkami, wysepkami na  Kanale La Manche, i pejzażami nad
tym kanałem. A dziś był odcinek o Kraju Basków.
Jednym słowem zrobiłam sobie kilka godzin przed telewizorem, ale
czuję się rozgrzeszona- cały czas "dziabałam na drutach" i jakimś
cudem nie ominęłam żadnego oczka.
Zdolniacha ze mnie, no nie???;)))))))
W nagrodę za poczytanie posłuchajcie ulubionej mojej muzyki;)



czwartek, 3 sierpnia 2017

Dziś mój kolejny....

 ......bardzo lubiany przeze mnie malarz.
                                                    Autoportret  1873 r

"Dzieła malarza powiedzą o człowieku więcej, niż wszystko to, 
  co mogliby napisać dziennikarze." 

"Malarstwo, sztuka w ogóle, urzekają mnie. To istota mojego życia.
Reszta jest dla mnie niczym."

"Praca jest wspaniałym regulatorem zdrowia psychicznego i
fizycznego. Zapominam o wszelkich smutkach, bólach i
zgorzknieniach, nie zdaję sobie z nich sprawy , kiedy jestem
pochłonięty radością pracy."

"Szczęśliwi ci, którzy widzą piękno w miejscach zwykłych, tam gdzie
inni niczego nie widzą!
Wszystko jest piękne,wystarczy tylko umieć dobrze spojrzeć.

Te wszystkie mądre słowa napisał Camille Pissarro.
Urodził się 10 lipca 1830 roku na wyspie Saint-Thomas, dzisiejszych
Amerykańskich Wyspach Dziewiczych, wówczas zwanych duńskimi
Antylami.
Ojciec Pissarra pochodził z Bordeaux a na wyspie zamieszkał w 1824
roku, gdzie otworzył dobrze prosperujący sklep z pieczywem.
Camille, gdy ukończył 12 lat  został wysłany do szkoły we Francji.
Przez pięć lat mieszkał w Passy, niedaleko Paryża. 
Od najmłodszych lat Camille przejawiał zamiłowanie do rysunku i
podczas tego pięcioletniego pobytu  każdą wolną chwilę spędzał 
w Luwrze.
Po zakończeniu nauki wrócił na wyspę i zaczął pracować w sklepie
swych rodziców. 
W każdej wolnej chwili zapełniał szkicami wszystkie  zeszyty, czerpiąc
natchnienie z otaczającego go świata. 
Były to rysunki egzotycznych roślin, sceny z życia portu, wyspiarskie
krajobrazy.
W tym okresie spotyka Fritza Melbye'a, duńskiego pejzażystę i w jego
towarzystwie maluje pierwsze obrazy. 
W kilka miesięcy pózniej razem uciekają do Caracas. Pissarro nie jest
w najmniejszym stopniu zainteresowany prowadzeniem sklepu.
Po powrocie z Wenezueli z wielkim trudem udaje mu się przekonać
ojca, że zupełnie nie nadaje się do prowadzenia interesów i handlu.
W 1855 roku wyjeżdża do Paryża, by podjąć studia malarskie.
Akurat w tym czasie w Paryżu odbywa się Wystawa Światowa  i
Camille w czasie jej zwiedzania zapoznaje się z dziełami malarzy
 nieco starszego pokolenia: Corota, Milleta,Daubigny'ego, Delacroix,
Ingresa. Zachwycają go dzieła Couberta .
Uczęszcza do kilku szkół naraz. 
Najbardziej jest zainteresowany twórczością Corota, uznając tego malarza
za swego mistrza. Aż do roku 1865 pokazywał mu wszystkie swoje obrazy 
i analizował szczegółowo wszystkie jego uwagi. 
W Academie Suisse Pissarro spotyka przyszłych impresjonistów: wpierw
Moneta, potem Cezanne'a , Renoira i Sisleya.
W 1859 roku organizowany przez państwo Salon przyjmuje do wystawienia
pierwsze jego prace.
W tym też okresie zawiązuje się jego wieloletnia  przyjazń z malarzem
amatorem Ludovicem Piette, która przetrwała do ostatnich dni życia .
Piette wielokrotnie pomagał  mu, między innymi udzielając gościny w swej
posiadłości w Montfoucault na zachodzie Francji.
Rok pózniej Pissarro poznaje Julię Vellay, urodzoną w Burgundii, osiem
lat od siebie młodszą. Są parą, na świat przychodzą dzieci , ale ślub z Julią
nastąpi dopiero w 1871 roku, podczas ich londyńskiego wygnania. 
Od chwili narodzin pierwszego dziecka, przez całe następne lata będą ich
prześladować nieustające kłopoty finansowe.
Malarstwo Pissarra rozwija się, wyzwala się spod wpływów Corota , ale
to wszystko nie przekłada się na sprzedaż obrazów, choć aż do 1870 roku
Pissarro regularnie wystawia swe prace w oficjalnych Salonach. 
Często w ramach ratowania domowego budżetu Pissarro maluje
ozdobne wachlarze.
Od 1869 roku Pissarro staje się prawdziwym impresjonistą.  Wzrasta jego 
wrażliwość na światło, kolor, zmiany krajobrazu zależne od pory dnia.
Zaczyna malować w nieco mniejszych formatach, stosuje jaśniejsze kolory, 
ale jego przywiązanie do przemyślanych kompozycji obrazu wyniesione 
od Corota sprawia, że jego impresjonizm pozostaje oryginalny.
Podczas wojny francusko-pruskiej Pisarro wraz z rodziną wyjeżdża do
Londynu. W Londynie  spotyka Moneta, z którym  razem zwiedzają 
muzea, zachwycają się malarstwem Turnera i Constabla i poznaje tam
marszanda Durand-Ruela, który przez wiele lat wspierał impresjonistów. 
W czerwcu 1871 roku Pissarro wraca do Francji. Jego dom i duża część
obrazów uległy zniszczeniu, więc przenoszą się do Pontoise.
Następne  3 lata przynoszą nieco oddechu - po raz pierwszy jego obrazy
znajdują nabywców i kłopoty materialne maleją.
Jest rok 1874 - Pissarro wraz z Monetem organizują pierwszą wystawę
impresjonistów.
To niedobry dla Pissarra rok -  jego  dziewięcioletnia córeczka Jeanne umiera, 
a wystawa impresjonistów zostaje zlekceważona, wyśmiana przez krytyków.
Po raz pierwszy Pissarro zaczyna wątpić w swój talent i w słuszność
wybranej przez siebie techniki. 
Ale pomimo tylu przeciwności jego talent, jakby na przekór, rozwija się
nadal. Poszukuje nowych kierunków rozwoju, na jego obrazach zaczynają
ukazywać się postacie ludzi. Zmienia się też faktura jego płócien , farbę
kładzie nieco inaczej niż w technice impresjonistycznej. Maluje, jak kiedyś,
szerokimi pociągnięciami pędzla, zaczyna również pracować z pastelami,
zgłębia też świat sztuki grawerskiej. 
Ale to wszystko nie zmienia jego sytuacji finansowej, zwłaszcza, że na świat 
przychodzi kolejne, piąte  dziecko- Ludovic-Rodolph.
Żona Pissarra zarzuca mu lekkomyślność i egoizm. 
Czwarta wystawa impresjonistów w 1879 roku nieco poprawia  sytuację
finansową malarza- jego obrazy sprzedają się, ale nie osiągają zbyt wysokich 
cen .
Wkrótce następuje kryzys giełdowy, który marchanda  Durand- Ruela 
doprowadza niemal do bankructwa. Odczują to wszyscy impresjoniści,
którym dotychczas pomagał.
Kolejne dotkliwe kłopoty finansowe znów spychają Pissarra  w otchłań
wielkiego zwątpienia.  Zaczyna, podobnie jak inni malarze, próbować wyjść 
ze ścisłych ram impresjonizmu.
Podczas ostatniej, ósmej już wystawy impresjonistów w 1866r swoje obrazy
wystawia w oddzielnej sali, obok neoimpresjonistów -Seurata i Signac'a.
Obrazy neoimpresjonistów nie przypadają jednak nikomu do gustu, są
mocno krytykowane , nawet przyjazny Durand-Ruel nie kupuje ani jednego.
Pod koniec 1880 roku Pissarro zrywa  tym kierunkiem, chociaz trzeba
przyznać, że przygoda z neoimpresjonizmem znów nauczyła go pewnych
nowych rzeczy- łatwości i swobody w wyborze tematów i ich stylu. I od tej
chwili jego obrazy zaczynają się regularnie  sprzedawać.
                                        Wyspa Lacroix,efekt mgły, rok 1888

Od 1889 roku malarz zaczyna cierpieć na chroniczne zapalenie oka,
które uniemożliwia mu pracę w plenerze.
W trosce o wzrok buduje pracownię w ogrodzie swojego ostatniego
domu w Eragny-sur-Epte w Normandii.
Od tej pory pracuje patrząc na świat z okien atelier. By rozszerzyć tematykę
obrazów regularnie podróżuje - maluje widoki z okien hoteli i z okien
mieszkań.
Bywa często w Rouen, Hawrze, Paryżu.
                                          Most Królewski, Paryż 1903 rok.

Wreszcie malarstwo Pissarra cieszy się pełnym uznaniem , jego obrazy są
wystawiane w Europie i USA.
Na kilka lat przed śmiercią jego obrazy osiągają nawet bardzo wysokie
ceny. 
13 listopada 1903 roku, umiera w Paryżu z powodu sepsy.
Jest pochowany na cmentarzu  Pere Lachaise .

 "Pracuj, szukaj i nie zważaj na nic innego; reszta przyjdzie sama.
Potrzeba ci jednak wytrwałości, siły i nieskrępowanych doznań,
wolnych od wszystkiego, co nie jest własnym przeżyciem"