drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 27 maja 2017

Mix

Dawno nie pisałam o Krasnalach. Okazuje się, że starszy Krasnal bierze udział
w wykładach z  matematyki, które odbywają się na Uniwersytecie.
Są to wykłady dla dzieci uzdolnionych matematycznie, chodzące do klas IV-VI.
Krasnal właśnie kończy teraz IV klasę, a w styczniu skończył aż 8 lat.
Powiem Wam szczerze - mnie to jakoś przerasta, wszelkie cyferki zawsze były dla
mnie zmorą i czarną magią.
A Jemu  się to bardzo podoba, bo muszą się dzieciaki niezle "nagłówkować".
Opieka jest jeden do jednego, na każdego malca przypada 1 student matematyki.
Boję się, że się skompromituję swą "niewiedzą matematyczną".
Młodszy Krasnal kończy przedszkole. Na zakończenie mają ciekawą imprezę -
będą miały "noc w przedszkolu". Córka mówiła, że mały cały w skowronkach i
w ogóle wszystkie dzieciaki są ponoć zachwycone.
Tak nawiasem to bardzo fajne  to jego przedszkole, bo tam dzieci biorą żywy
udział w działalności przedszkola. Nie są "obsługiwane", same zawsze nakrywają
do posiłków, potem odnoszą brudne naczynia do zmywarki.
Jeżeli któryś z wychowawców musi iść po jakieś zakupy, zawsze znajduje się jakiś
ochotnik i baaardzo często jest nim nasz młodszy Krasnal.
                                                           ****
Mieszkanie, a właściwie cały budynek wciąż się jeszcze remontuje. A jak się
skończy  remont to zaczną się odbiory techniczne i różne inne formalności. I nadal
nie wiem, kiedy się będziemy przemieszczać za miedzę. Jedno jest pewne- mebli
nie bierzemy.
Na razie nadal  robię niespiesznie remanenty.
Muszę zupełnie wyłączyć  sentymentalną  stronę mojej psychiki. Na szczęście do
wielce sentymentalnych istot nie należę.
Poza tym analizuję stan posiadania i kombinuję co powinnam jeszcze  wymienić
na nowe, bym nie musiała tam na starcie wydawać forsy. Dość, że będę musiała
tam nabyć nowe meble. Będzie okazja do minimalistycznego umeblowania.
Nie mam tylko pojęcia jak mój biedny pan małżonek  przeżyje "minimalistyczny
wystrój wnętrza".
I tu przypomina mi się, że  moja  Babcia  zawsze mi tłumaczyła, że jedyne
nowości, które mężczyzni bez oporu popierają to.....nowa kobieta w ich życiu;)
                                                           ****
Nie będę ukrywać, zniesmaczyły mnie i wielce zasmuciły ostatnie wybryki naszych
pisuarów. Nie rozumiem też dlaczego zarówno pan prezydent  jak i pani premier
ciągle do nas wrzeszczą, a nie mówią. Ilekroć patrzę na p. prezydenta gdy tak
wykrzykuje a na dodatek wymachuje rękami to  zastanawiam się co spożył przed
tym występem, zwłaszcza, że ma w trakcie wykrzykiwania  jakieś napady śmiechu.
A jedna z pań posłanek ma wyraznie napady kompulsywnego jedzenia. Jak tak
dalej będzie jeść to się biedula w krześle poselskim nie zmieści.
A właściwie to  zapewne powinnam  wszystkim pisuarom serdecznie podziękować -
dzięki nim nie będę tęskniła za swoim miastem.

Życzę Wam milutkiej, słonecznej niedzieli;)







poniedziałek, 22 maja 2017

Co za rok!

Odszedł dziś naprawdę wielki talent, czyli Zbigniew Wodecki.
Człowiek nie tylko wielce utalentowany ale i wszechstronnie muzycznie
wykształcony.




Uzmysłowiłam sobie, że miałam wiele szczęścia, że po operacji  wszczepienia
zastawki aortalnej i bypassów mój ślubny nadal żyje, chociaż po tamtej
operacji od grudnia do kwietnia pałętał się po różnych szpitalach i było wiele
dni, w których oboje traciliśmy nadzieję.


piątek, 19 maja 2017

Wczoraj.......

.......walczyłam dzielnie ze slajdami.
Pamiętacie  jeszcze coś takiego jak slajdy?
W czasach "neolitu fotografii" dotarły do Polski slajdy, czyli diapozytywy
fotograficzne. Zyskały wielką popularność, gdyż były w eksploatacji
znacznie tańsze od kolorowych  odbitek na papierze fotograficznym.
Co prawda były dość kłopotliwe gdy się chciało  je obejrzeć, bo potrzebny
był do tego rzutnik i ekran na który "rzucało się" obraz  albo specjalna
przeglądarka z  lekko powiększającym, podświetlanym ekranikiem.
Ponieważ pomyślnie ukończyłam walkę ze zdjęciami "zwykłymi" i nic mi
się już nie pałęta luzem w pudełkach a wszystko jest poukładane przykładnie
w  albumach, nadeszła pora na slajdy.
Przy okazji  odkryłam, że rzutnik (produkcji radzieckiej) gdzieś zniknął,
więc byłam skazana na małą przeglądarkę.
Pojechałam ostro po bandzie i z siedmiu pudełek mieszczących każde po 75
ramek ze  slajdami pozostało jedno a i to nie do końca  pełne.
Naoglądałam się zdjęć na tej przeglądareczce  tzw. "do wypęku".
Pierwsze z nich były z 1972 roku, a więc  niezły  kawałek historii, ostatnie
były z początku 1981 roku.
Najwięcej było zdjęć naszej córki - począwszy od 4 dnia życia. Wiecie sami
jak to jest- w pewnych okolicznościach każdy rzut oka na dziecko prowokuje
nas do utrwalenia tego widoku. Zostawiłam "aż" 15 slajdów- od mego zdjęcia
zrobionego na kilkanaście godzin przed rozwiązaniem do 5 roku życia dziecka.
Przy okazji pooglądałam siebie gdy byłam... jasną blondynką, a właściwie
srebrną blondynką. Nieco szokujące wrażenie, nawet dla mnie.
Resztę klisz pocięłam starannie. I dziś  bolą mnie paluszki;)

Przed chwilą zapowiedzieli, że takie temperaturki jak dziś będą tylko do środy-
potem będzie stopniowe ochłodzenie i pogorszenie pogody.
A więc korzystajcie z pogody, odpoczywajcie lub szalejcie w ogródku kopiąc,
sadząc, grabiąc i......pieląc grządki .
A ja zajmę się znów remanentami- tym razem w książkach.
A potem.... wreszcie "podziabię" w koralikach. Mam kilka rozgrzebanych prac i
przyzwoitość wymaga bym je skończyła.
Włączę Mozarta i może jakieś natchnienie na mnie  spłynie;)
Miłego  Wszystkim;)



wtorek, 16 maja 2017

Przepis na ............

..............spietruszony weekend.
Nie wiem jak u  Was, ale w stolicy w sobotę było całkiem ładnie.
Zasadniczo mnie jest najzupełniej obojętne jaki to dzień tygodnia i zapewne
gdyby nie kontakt z komputerem nie wiedziałabym jaka data. Ale gdy spojrzę
na datę, a potem na stojący obok kalendarz to wiem jaki to dzień tygodnia.
Proste, prawda?
A więc w trakcie konsumowania śniadania  "posiadłam wiedzę" jaki to dzień
tygodnia, a była to sobota.
Ledwo zdążyłam zakończyć "posiad śniadaniowo-komputerowy" gdy mój
ślubny  rzucił hasło: jedziemy do MM na Szyszkową.To ten sklep nie dla
idiotów.
Bo ta nasza drukarka już pada, raz już była naprawiana, teraz ledwo drukuje,
kupimy teraz "urządzenie wielofunkcyjne", zawyrokował.
Z lekka mnie zatrzęsło ze śmiechu , bo skoro drukuje się coś  średnio przeciętnie
raz na miesiąc a skanuje jeszcze rzadziej, to po jakie licho nam  laserówka mono
ze skanerem? Owszem, nowa drukarka laserowa jak najbardziej wskazana, ale
raczej taka mała, mieszcząca się na stoliku komputerowym razem z monitorem.
Pomijam już fakt, że zobaczyłam w wyobrazni jak ulatują w siną dal moje plany
dotyczące zakupu kilku nowych szmatek.
No ale nie ma gdzie tego urządzenia  postawić- zaczęłam delikatnie protestować.
I jest ono nie tylko duże ale i drogie.
Ślubny wpierw usiłował mnie przekonać, że urządzenie zmieści się na naszym
mebelku komputerowym, w końcu doszedł do wniosku, że nie ma problemu,
dokupi się jakiś kontenerek pod ową machinę. Przed wyjściem   przytomnie
wrzuciłam hasło "kontenerki biurowe" w internet i znalazłam, że owe cuda
bywają  w sklepie meblowym przy tejże  ulicy Szyszkowej.
Zakup machiny do drukowania i skanowania przeleciał niczym burza, pudło
o wadze 9,5 kg zaniosłam dzielnie do samochodu (bo mój nadal nie może dzwigać)
i poszliśmy szukać kontenerka. Trafiliśmy do działu "meble  biurowe", obeszliśmy
całość rozglądając się bacznie za takim meblem,ale nigdzie go nie było.
Pośrodku tego działu  stało biurko z komputerem, a przy biurku drzemał jakiś
hipopotam- sorry, naprawdę  facet tak wyglądał.
Zapytany o ów mebelek odrzekł, że nie ma. No więc mój mu tłumaczy, że właśnie
przed niecałą godziną był na stanie tegoż działu, właśnie w tym sklepie.
Ale facet twierdzi, że to niemożliwe. Ponieważ  bałam się, że za chwilę powiem
coś niemiłego, powędrowałam piętro niżej do tak zwanych mebli do pokoi typu
młodzieżowego.
I BINGO! Były kontenerki i nawet udało się znalezć odpowiedni w kolorze i
w pożądanych wymiarach. A hipopotam miał na imię  Maciek i był znany
już z tego, że nawet jeśli nawet coś stało na widoku to i tak wg niego tego mebla
nie było, bo nie miał ochoty wypisać paragonu.
Kontenerek można było "od ręki" odebrać w magazynie wraz z bonifikatą 10%.
Paczka  ważyła 16 kg, ale na szczęście wstawiono ją nam do samochodu.
Pod domem wytaszczyłam machinę (dobrze że nie mam wysoko do  domu),
a  paczkę  z kontenerkiem rozparcelowałam  na 3 siatki i pomału dotargałam do
mieszkania.
Ledwie zdążyłam wypić jakąś herbatę, gdy mąż poczuł zew do złożenia kontenerka.
Ludzie, dawno nie widziałam takiej instrukcji obrazkowej. Omal mi się mózg
nie zlasował gdy przyszło do konfrontacji rysunku z konkretnymi częściami.
Kontenerek mały, ale niestety musiałam się włączyć w jego składanie
Obiad jedliśmy około osiemnastej, ale kontenerek był złożony.
Następnego dnia udawałam, że mnie nie ma, bo doszłam do wniosku, że co za
dużo to niezdrowo. Chciał machinę, to niech ją podłącza. Ograniczyłam się
tylko do wypakowania  z pudła i ustawienia jej na kontenerku.
Pasowali do siebie idealnie!
 No i zaczęło się. Skanowanie udało się idealnie. Mąż piał z zachwytu. Potem
 zaczęły się schody- instrukcję chyba pisał debil albo tłumacz  był "nie teges".
Obrazki w instrukcji też jakoś nie odpowiadały temu, co mieliśmy przed sobą.
Drukarka wciągała papier, który pośrodku  coś zgniatało .
Ale w instrukcji nie było słowa na temat dostania się do jej wnętrzności by
zajrzeć co tam w środku przeszkadza.
Stary się załamał i zarządził, że w poniedziałek  jedziemy znów do MM.
Znów targałam te 9,5 kg w jedną i drugą stronę.
Pojechaliśmy- pan w serwisie wsadził grabę w miejsce nie opisane w instrukcji,
wyciągnął jakieś plastikowe badziewie, które blokowało papier, a o którym nie
było  ani słowa,  ani nie było ujęte na rysunku.
Wróciliśmy do domu- chłopina znów zaczął się znęcać nad ustrojstwem.
No dobra,  wgrałam mu instrukcję sama, bo bałam się, że gdy on będzie wgrywał
to mi coś przypadkiem skasuje.
I zaczęło się- mojemu coś się przyśniło, że to drukarka bezprzewodowa, bo nie
było do niej kabla USB łączącego ją z kompem.
Jedyny kabel USB tego typu został zdany wraz ze zużytą drukarką.
Przez godzinę słuchałam różnych komentarzy, a w końcu poradziłam (o czym
trzeszczałam już wcześniej), żeby zadzwonić do naszego  znajomego pana speca,
z prośbą o pomoc. Przyjechał za dwie godziny.
Okazało się, że to nie jest drukarka bezprzewodowa, co udowodnił mojemu-
dobrze,  że on miał przy sobie  kabel USB.
No i dziś HOSANNA - zakupiliśmy kabel USB i wszystko działa.
Ale weekend miałam  spietruszony.

piątek, 12 maja 2017

ChAD.....

...czyli choroba afektywna dwubiegunowa.
To bardzo,bardzo rozpowszechniona choroba typu psychiatrycznego.
Na świecie jest zdiagnozowanych ponad 30 mln osób z tym schorzeniem.
I chociaż od dawna  wielu lekarzy stara się rozwikłać zagadkę   jakie są
przyczyny tej choroby do końca ich poznania wciąż jest daleko.
Choroba jest uciążliwa, rujnuje życie osoby na nią cierpiącej oraz jej
najbliższego otoczenia.
Chory na ChAD żyje  w naprzemiennym ciągu euforii, przypływu energii,
skrajnego optymizmu  i totalnych załamań nastroju, depresji, zniechęcenia
do życia a nawet prób samobójczych.
Generalnie wiadomo, że przyczyną   mogą być zaburzenia na osi
hormonalnej podwzgórze-przysadka mózgowa- nadnercza  oraz podłoże
genetyczne. W wielu przypadkach  choroba ta występuje "rodzinnie".
Mam znajomą, której ojciec na to cierpiał. Ona i jej brat bardzo wcześnie
uciekli z rodzinnego domu, trudy życia  z człowiekiem chorym, na ChAD
pozostawiając matce.
Od chwili zaburzeń około menopauzalnych choroba zaczęła się pomału
ujawniać u tej mojej znajomej.
Zaczęło się od dość długo trwających nastrojów  depresyjnych, nie było
stanów euforycznych lub wybitnej nagłej poprawy nastroju.Lekarz zapisał
antydepresanty. Po pewnym czasie jednak choroba zmieniła swe oblicze,
teraz ma typowe objawy ChAD. I wierzcie mi - trudno z nią wytrzymać
nawet wtedy, gdy się nie jest z nią 24 godziny na dobę pod jednym dachem.
Jej dorosła córka, w wieku 26-27 lat odkryła  u siebie, że coraz częściej ma
szalenie zmienne  nastroje- stany załamania na przemian z niczym nie
uzasadnionymi stanami niepomiernej radości i chęci do działania.
Dziewczę natychmiast udało się do lekarza  psychiatry, zaczęło paść się
lekami i od kilku lat jej stan się nie pogarsza. Choroba jest wprawdzie jak
na razie nieuleczalna, ale wcześnie wykryta jest  mocno wyciszona i daje
możliwość funkcjonowania we względnej normalności.
Piszę  "we względnej" bo stałe branie leków jest jednak niezbyt komfortowe.
Badania nad tą chorobą nadal trwają i być może za jakiś czas  uda się
dokładnie ustalić wpływ ilości poszczególnych hormonów na działanie
naszych neuroprzekazników w mózgu i być może powstaną metody
regulowania stopnia ich wydzielania przez gruczoły hormonalne.

Czy wiecie, że Wojciech Młynarski też chorował na ChAD?


.



czwartek, 11 maja 2017

Nic ciekawego

Właśne wróciłam z walki z wiatrakami, tzn. z walki z gołębiami.
Znów się to skrzydlate tałatajstwo rozmnożyło na osiedlu. Z miesiąc temu
sąsiadka zadzwoniła do mnie z informacją, że na loggii nad moją, chyba
rozgościły się gołębie, bo ciągle tam wlatują i pewnie mają młode.
O......, przeklęłam szpetnie ,wzięłam klucze od tegoż mieszkania i pognałam
piętro wyżej. Tak się niestety lub stety składa, że mam klucze od tego
mieszkania.
Gdy wtargnęłam na loggię wpierw dał nogę samiec, a samica dzielnie trwała
na gniezdzie. Ponieważ pomachałam w jej stronę rękami, zerwała się w końcu
z gniazda. Gniazdo było wielkości 3 litrowego garnka, bardzo starannie
uplecione z patyczków, a w nim leżały dwa jajka i jak na  mój gust to całkiem
spore. Obok gniazda, w bardzo dziwnej pozie leżał gołąb- wyglądał na
martwego. Klasnęłam w ręce, ptaszysko ani drgnęło.  Na  lipie stojącej tuż obok
budynku  siedziały przepłoszone gołębie, wlepiając we mnie oczy.
Nie jestem miłośniczką gołębi , no ale  nie będę im dewastować gniazda.
Pomijam już fakt, że nie miałam przy sobie rękawic ochronnych i czegoś w co
mogłabym cały majdan spakować i wynieść na śmietnik.
Postanowiłam, że za jakiś czas uprzątnę pozostałości i pomyślę o jakiejś
ochronie, by ptaszydła nie wlatywały.
No ale  wiecie jak to jest- co z oczu to z pamięci. Tydzień temu widząc gołębia
lecącego  wyrażnie w stronę loggii powyżej, czym prędzej zatelefonowałam do
ADM z prośbą o pomoc w usunięciu intruzów.
Przysłano człowieka, poszłam z nim do tego mieszkania, otworzyłam loggię i
zdębiałam -  gniazdo zniknęło, przypuszczalnie zdechły gołąb również,
a w dwóch przeciwległych kątach balkonu, tuż przy balustradzie leżały "zawiązki"
następnych gniazd. Podłoga loggii i parapety okienne były równo "obrobione".
Człowiek z ADM zebrał  z podłogi  guano i "materiał budowlany" skrzydlatych.
A ja, wczoraj i dziś czyściłam parapety  i zabezpieczałam kratę loggii, by nie
zamarzyło się następnym gołębiom znalezienie tu swego locum.
Ale w dalszym ciągu nie mogę odgadnąć co się stało  z tym gniazdem i tym
wyraznie padłym gołębiem. Sąsiad , którego loggia ma wspólną ścianę z tą loggią,
nie ma kota ani innego drapieżnego zwierzaka.
Krata na tej loggii była zamknięta na kłódkę, więc nie mógł dostać się tam jakiś
człowiek z zewnątrz. Klucze od mieszkania mam ja i właścicielka w Niemczech.
Macie jakiś pomysł? Bo ja nie.

sobota, 6 maja 2017

Ciągle jestem......

......choć może nie za bardzo to widać.
Uwikłałam się w....porządki. Porządki w dokumentach (niszczarka pomału
zaczyna się  buntować), porządki w tysiącach zdjęć i ręce mnie bolą od ich
darcia.
Nie mogę pojąć po co robiliśmy zdjęcia  niemal minuta po minucie wędrując
np. na Granaty czy też inny szczyt. Albo ulicami zwiedzanych miast.
Bo gdybyśmy kręcili film, to może byłby to większy sens. A tak mamy
furę zdjęć z cyklu "Lenin w czapce i bez czapki". Najłatwiej byłoby mi
segregować  zdjęcia kierując się tylko jednym kryterium- zostawiam tylko
te, na których nikt na mój widok nie dostaje zawału ,no ale wtedy może
ocalałyby ze 4 zdjęcia a i to raczej z okresu mej wczesnej młodości.
Potem wpadłam na pomysł, że najlepiej w pierwszej kolejności podzielić
zdjęcia  rocznikami. Pomysł dobry, ale nie na wszystkich są  daty, a mnie już
lekuchno skleroza przyćmiewa, więc to strasznie długo trwało.
A cośmy się z moim osobistym nasprzeczali przy tym- głowa mała.
Potem podzieliłam zdjęcia wg miejsc, które przedstawiają i zaczęłam
"redukcję wyrazów podobnych". Niezle poszło mi darcie, ale rozbolała mnie
ręka, więc musiałam przerwać ten trans.
W ramach regeneracji ręki zaczęłam zapełniać albumy i jak na razie mam
zapełnione 3  albumy po 200 zdjęć każdy.
Masakrą  jest opisywanie zdjęć, zajmuje  sporo czasu.
Czy ktoś z Was też ma miliony zdjęć??? I jak sobie z nimi radzicie?
W różnych dziwnych dokumentach już raz  robiliśmy remanent i po kilku
latach znów się tego nazbierało.
Poza tym szczerze mówiąc likwidowanie mieszkania wcale fajne nie jest.
Co chwilę muszę się zastanawiac co zostawić, co wyrzucić lub przekazać
w tzw. dobre ręce.
W ramach odpoczynku od tematu "zmieniam miejsce  zamieszkania i
przewracam sobie życie do góry nogami" piszę na drugim blogu pewną
prawdziwą historię i to też powód dla którego tu mnie nieco nie ma.
W numerze "Polityki" wydanym przed długim weekendem jest wspaniały
felieton mego ulubionego filozofa, pana  J.Hartmana.
To "Modlitwa niewierzącego". Przeczytajcie , naprawdę warto.
Miłej niedzieli wszystkim życzę - słonecznej i cieplutkiej;)

piątek, 28 kwietnia 2017

Czasami dobrze jest.......

......oderwać się od przytłaczającej nas rzeczywistości.
Dookoła, niemal w każdym zakątku naszej Ziemi plenią się różne
konflikty - i to niestety najczęściej na tle religijnym. Jakby tak zebrać
razem "do kupy" wszystkich "prawdziwych i jedynych bogów" to
z całą pewnością można by z nich utworzyć jakieś nowe  państwo.
Jakąś  "bożydarię" czy  coś w tym rodzaju.


Nie wiem czy już wiecie, że w lutym tego roku Amerykańska
Agencja Kosmiczna NASA i Europejskie Obserwatorium Południowe
podały do wiadomości, że namierzono siedem nowych planet.
Jak na odległości w Kosmosie, znajdują się one  bardzo blisko naszego
Układu Słonecznego - zaledwie o 40 lat świetlnych. Jak na kosmiczne
odległości to zaledwie rzut beretem.
Owe nasze sąsiadki są podobne do naszej Ziemi-  mają zbliżoną masę,
krążą wokół swojej gwiazdy w odległościach, które sugerują, że być
 może istnieje na nich życie.
Wypatrzył je teleskop Trappist-1 i ich układowi nadano nazwę tegoż
teleskopu. Nie jakiegoś mniej lub  bardziej świętego  więc od razu widać,
że nie było w tym zespole żadnego naszego rodaka;)
Tych siedem obiektów orbituje wokół  swego słońca w takiej odległości
jak Merkury od naszego Słońca. Ponadto są planetami skalistymi, podobnie
jak Mars i Ziemia. Długość ich roku jest zróżnicowana i trwa od 1,5
do 12,4 dnia ziemskiego.. Jedna ich strona jest stale jasna.
Istnieje przypuszczenie, że gwiazda wokół której krążą jest ultrachłonnym
karłem, o temperaturze powierzchni o wiele niższej niż temperatura
powierzchni naszego Słońca.
NASA już przygotowuje się do dalszych obserwacji, które umożliwi nowy,
Kosmiczny Teleskop Jamesa Webba, który zostanie wyniesiony na orbitę
w końcu 2018 roku.
Naukowcy będą poszukiwać na planetach  układu  Trappist-1 śladów
chemicznych wody, metanu, tlenu, ozonu i innych  składników atmosfery.
Będą też analizować temperaturę i ciśnienie na powierzchni egzoplanet,**
czyli najważniejsze elementy konieczne do powstania na planetach nowego
życia.
Bo wbrew pozorom Ziemia wcale nie jest tworem wyjątkowym a życie
w Kosmosie jest zapewne  bardziej powszechne niż nam się to wydaje.
Bo to, że czegoś nie widzimy nie jest dowodem, że tego nie ma;)
________
** egzoplanety - planety znajdujące się poza  naszym Układem Słonecznym.


                      A to jest struktura Drogi Mlecznej

                   To też Droga Mleczna, ale w bardziej romantycznym ujęciu;)




środa, 26 kwietnia 2017

Pośmieliśmy się? A więc......

....nadszedł czas powagi.
Nie prowadzę bloga "politycznego", no ale czasami nasi wspaniali politycy
i bieżące wydarzenia zmuszają mnie  do napisania kilku niemiłych słów.
Zauważyłam pewną zależność- im większą broszkę ma pani premier tym
większe  bzdury wyplata swym monotonnym głosuniem.
Przyszło mi do głowy, że w tej ozdobie kryje się jakiś mini głośnik  i bez
przerwy podpowiada co  pani premier  ma zapodać "suwerenowi".
Zastanawiam się, jak można tym monotonnym głosem wciskać Europie,
że Polska  to kraj, który przestrzega  zasad - nie bardzo tylko wiem o jakie
to zasady biega.
Z pewnością nie o zasady demokracji -TK właściwie ma już tylko samą nazwę      
i nie obroni Konstytucji, niezawisłość sądów wisi na cienkiej nitce, prokuratura
już podporządkowana ministrowi sprawiedliwości a obronność  kraju idzie się
paść na łąkę i wąchać kwiatki.
Szukam tych zasad, z przestrzegania których pani premier jest tak dumna
i podejrzewam, że główną zasadą jest wieczne kłamstwo, na które złapało
się mnóstwo osób i oddało swe głosy na rządzącą obecnie partię.
W czasie gdy pani premier tak bardzo chwali owe zasady, których  Polska
czuje się ostoją, codziennie niemal dowiadujemy się , że kolejne  bardzo
małe dziecko  zostało pobite lub wręcz zabite. Bo uświadamianie młodzieży
jest "be", antykoncepcja  jest jeszcze gorsza , a  aborcja nawet jeśli jeszcze
jest gdzieniegdzie możliwa, to tak naprawdę jest niedostępna, bo to jest
najgorsze zło. Najważniejsze jest to życie poczęte, nieważne czy z gwałtu
zbiorowego czy kazirodczego czy też poczęte w pijanym widzie. Kobieta
ma rodzić i trzymać dziób  na kłódkę. Nie trudno więc wysnuć wniosek, że
rozwalenie niemowlęciu główki i spowodowanie jego śmierci jest wg
rządzących mniejszym złem niz antykoncepcja lub aborcja płodu.
Mogłabym właściwie wypiąć się na to wszystko bo jestem stara, nie mam tu
dzieci i jak większość bloggerów stwierdzić, że szkoda nerwów, jakoś się
to wszystko przeczeka.
Ale tak naprawdę wściekłość mnie ogarnia bo to mój kraj, tu się urodziłam,
przeżyłam komunę, nauczyłam się funkcjonować po okresie transformacji
a oni spychają teraz Polskę na margines, marnując to wszystko co dotąd
osiągnęliśmy i jeszcze  cofają kraj do średniowiecza.
Miłego nowego tygodnia wszystkim życzę;)

sobota, 22 kwietnia 2017

Pośmiejmy się trochę

Nadszedł czas  różnego rodzaju egzaminów i testów- mam wrażenie, że
gimnazjaliści już coś pisali, za niedługo matury, więc zaglądnijmy do prac
napisanych w poprzednich latach:

Aleksander Głowacki to panieńskie nazwisko Bolesława Prusa.

Antygona czuła miłość do brata i dlatego go zakopała mimo zakazu króla.

Antygona pochowała brata, splunęła moralnie na króla i powiesiła się.

Baryka zakopał precjoza wraz z żoną i synkiem.

Beniowski zabił 6 kozaków. Jeden z nich umarł, a inni uciekli.

Biesiadowali przy suto zastawionych stolcach. 

Bił swoją żonę, z którą miał dzieci przy pomocy sznurka.

Bohaterów "Krzyżaków" dzielimy na  historycznych i erotycznych.

Była to wyspa położona daleko od morza. 

Chłopi chodzili po polu pionowo i poziomo.

Chłop  pańszczyzniany chodził przygarbiony, bo mieszkanie było ciasne.

Chory więzień nie dość, że nie był leczony, musiał niekiedy umierać.

Czytałem sztuki  Szekspira. Dwie  zapamiętałem: Romeo i Julia. 

Do ludności w Balladach Mickiewicza zaliczamy nie tylko pojawienie się
rusałki, ale również jęki chłopa pod jaworem.

Dobrze rozwijający się  przemysł chemiczny przerabia węgiel na sól kamienną.

Dr Judym do szkoły chodził  w ciotki szpilkach.

Dulska była powodem ciąży Hanki.

Edward III  nie mógł zostać królem Francji, bo jego matka nie była mężczyzną.

Faraonowi wmurowano do grobowca jego najlepszą żonę.

Gerwazy wyciągnął szablę i strzelił.

Góral ma na głowie kapelusz, spodnie i kierpce.

Grając na fortepianie koń przeleciał koło okna.

Pogłaskał konia po głowie i cicho zarżał. 

Uśmiałam się setnie ale zaraz potem zrobiło mi się smutno. Nawet bardzo smutno.


 

wtorek, 18 kwietnia 2017

Coś jakby po świętach

            Dziękuję Wszystkim za życzenia, mam nadzieję, że się spełnią!!!

Jak wiecie wszelakie święta to dla mnie dzień jak co dzień.  Pogoda tym razem
doszła do tego samego wniosku, więc bez wyrzutów sumienia przesiedziałam
te dwa dni nie wychodząc z domu.
Dziś poranny widok z okna zniesmaczył mnie doszczętnie- na trawnikach i
krzewach beztrosko polegiwał śnieg.
Od razu przypomniał mi mój mąż jedną z naszych  podróży w kwietniu do
Zakopanego -gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy świeciło słońce i zapowiadało się,
że będzie to słoneczny, wiosenny pobyt.
Było już tak ciepło i wiosennie, że w ostatniej chwili mąż postanowił, że nie
wezmie nart- ani swoich ani dziecka.
Do samego Krakowa droga była super- słonko świeciło, dookoła zielono, nawet
korków nie było.
W Krakowie zajechaliśmy do zaprzyjaznionej restauracji, niespiesznie zjedliśmy
super obiad zakończony kawą i domowym ciastem.
Nim dotarliśmy do granic Krakowa, na niebo nadpłynęły diablo ciemne chmury
i zaczął z nich padać....śnieg i to bardzo intensywnie.
Był mokry, ciężki i wszystko zalepiał, łącznie ze znakami drogowymi.
Wycieraczki bardzo ciężko pracowały.
No i zaczęło się - przed podjazdem na Obidową staliśmy w korku ponad godzinę.
Przed nami  sznur samochodów, za nami także, zero informacji, dookoła biało
a śnieg chyba zarabiał na jakąś premię - cały czas sypał.
Gdy wreszcie pomalutku ruszyliśmy okazało się, że po obu stronach szosy
leżały poprzewracane samochody. Niektóre na dachu, inne  na boku.
Że leżały te, które zjeżdżały w stronę Krakowa to mnie nie dziwiło, ale dlaczego
leżały również te wjeżdżające pod górę???
Na ogół pod  górę nikt zbyt szybko nie jezdzi, w przeciwieństwie do tych co
radośnie szpulują z góry.
W pensjonacie  wszyscy orzekli, że przywiezliśmy ze sobą zimę. Śnieg utrzymał
się jeszcze 10 dni, co wprawiło mego ślubnego w zły humor - nie miał ze
sobą sprzętu narciarskiego. Wszystko - kombinezon, buty, narty  zostało w domu.
Ale ja byłam zadowolona- chociaż raz nie musiałam lepić z dziecięciem bałwana.
W każdej z Reglowych Dolinek, oprócz Olczyskiej, stało ich wspólne dzieło -
duży bałwan z marchewkowym nosem.

W przedświąteczną  środę złożyłam wniosek na nowy paszport. Nie było żadnej
kolejki, pełny Wersal i kultura. I nawet udało się pobrać odciski moich palców.
A dziś ta sztuka (pobrania odcisków palców) nie powiodła się u mego męża-
urzędniczka  orzekła, że nie ma to większego znaczenia, zamiast zaszyfrowanych
odcisków palców będzie informacja, że nie dało się ich pobrać.
Czuję się w obowiązku zachwycić się Urzędem Gminy Ursynów- bardzo dobra
organizacja, dobra informacja  i duży parking, na którym zawsze można znależć
miejsce.

W dalszym ciągu nie mam  jeszcze nowego mieszkania za miedzą i czekam na
wieści. Zupełnie jakbym czekała na Godota;)

                         To nie Tatry, ale Alpy. Też ładne, prawda?

czwartek, 13 kwietnia 2017

Wielkanoc


                Wszystkim bez  wyjątku
niezależnie od tego czy świętują czy też nie
       życzę radości i wytchnienia od trosk
            w gronie  miłych sercu ludzi 
 

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

I jeszcze nieco "staroci"

 prababcia
pradziadek

A to moi pradziadkowie, rodzice  babci, która mnie wychowała.
Sprowadzili na świat jedenaścioro dzieci,  do wieku dorosłego wyżyło sześcioro.
Trzy córki i  trzech synów. I wszystkie dzieci otrzymały wykształcenie - chłopcy
wyższe, dziewczyny oczywiście niższe.
Dwie ukończyły Szkołę Handlową, a trzecia  Seminarium Nauczycielskie.
Pradziadek był sporo starszy od prababci i był wdowcem. W posagu wniósł do
związku córkę.
Na zdjęciu poniżej, zrobionym w 1890 roku jest ojciec mojej prababci z jednym
z synów.
Zdjęcie jest już mocno "sfatygowane" no ale jakby na to nie patrzeć
to ma już 127 lat.
Mam  w albumie znacznie więcej  zdjęć rodziny babci niż dziadka  a do
tego nie mam zupełnie zdjęć  rodziny mojej mamy.
Tak to jest gdy małżeństwo się rozpada w krótkim czasie po ślubie,
a dziecko trafia do rodziny jednego z rodziców ( w tym wypadku do
rodziny ojca).
Gdy jeszcze byłam dzieckiem bardzo lubiłam  babcine opowiadania
o jej dzieciństwie, o Lwowie w ktorym się urodziła i wychowała i za
którym bardzo tęskniła gdy w 1930 roku przeprowadziła się z mężem
i dwójką dzieci do Warszawy.
Przeżyła ogromnie fakt, gdy w  dowodzie osobistym jako miejsce
urodzenia wpisano  jej ...ZSRR.
Śmiałam się kiedyś, że gdyby nie wybuch pierwszej wojny światowej
zapewne moi dziadkowie wcale by się nie spotkali.
Bo dziadek przed wybuchem I wojny światowej mieszkał i pracował
w Wiedniu, a w chwili wybuchu wojny jego firma wraz z pracownikami
została przeniesiona do Lwowa, do macierzystej  centrali.
A w tej centrali pracowała wtedy moja babcia. Ślub  brali w czasie wojny.
I było mało odświętnie, bo nie było wesela ani pięknej ślubnej sukni.
I chyba jakieś fatum wisiało nad  rodziną- moi rodzice też pobierali się
w czasie wojny i mama była w granatowym kostiumie i wesela też nie
było.
A ja podtrzymałam tradycję- ślub brałam w białym kostiumie, a wesela
też nie było, bo byłam w tym czasie w żałobie po śmierci  dziadka.
Na szczęście wojny wtedy nie było tylko zwyczajny PRL.

Stare zdjęcia

Zajrzałam na blog Stokrotki, a tam zdjęcie z 1917 roku.
I pytanie, czy ma ktoś takie stareńkie zdjęcia.
Mam takie stareńkie zdjęcia, a niektóre nawet jeszcze starsze.
To zdjęcie poniżej jest z 1916 roku. Są na nim moi dziadkowie,
którzy mnie wychowali.
Zdjęcie zrobione w marcu 1916 roku we Lwowie. I jest to zdjęcie ślubne.
 To jest zdjęcie  mojej babci prawdopodobnie z 1908 roku
I zdjęcie mego dziadka  z okresu studiów w Wiedniu, zapewne
 z 1909 lub 1910 roku.
Mam w swych zbiorach jeszcze starsze zdjęcia- są to zdjęcia rodziców
tej pary, czyli moich pradziadków. Niestety nie wiem dokładnie z jakiego są
okresu.
Jest też sporo zdjęć opisanych enigmatycznie, np. Józef z synami, ale nie
mam bladego pojęcia kim był ów Józef ani jak mieli na imię jego synowie.
I nie ma już w rodzinie nikogo, kto mógłby mi to powiedzieć.
Dwie wojny światowe skutecznie zniszczyły wiele dokumentów i zdjęć
rodzinnych.
Gdy w 1945 roku dziadkowie powrócili do Warszawy znalezli w swym
mieszkaniu, na podłodze, wiele nadpalonych zdjęć rodzinnych. Żałowali, że
nie wzięli ich ze sobą na tułaczkę, gdy ich wypędzono  z miasta po upadku
Powstania, ale wtedy wolno było wziąć ze sobą zaledwie 1 walizkę, więc  nikt
z wypędzanych nie myślał o zabraniu ze sobą albumów ze zdjęciami.
Nie wiedzieli nawet czy ocalą własne życie, czy dojdą  spokojnie do granic
miasta i dokąd zostaną wywiezieni.

niedziela, 9 kwietnia 2017

To i owo....

....czyli mix o niczym.
Odkryłam  "nową" mąkę bezglutenową. I jest to mąka konopna.
Nie wiem jaki jest stan Waszej wiedzy na temat konopi, ale przekonałam się,
że naprawdę wiele osób nie ma pojęcia o tym, że są dwa rodzaje konopi-
konopie indyjskie i konopie siewne.
Konopie indyjskie to jak powszechnie wiadomo " są be", bo z ich liści jest
"produkowana" marihuana  oraz sałatki powodujące u konsumentów wielce
dobry humor.
A konopie siewne, choć  wygląd ich liści jest podobny do liści konopi
indyjskich nic a nic nie mają z nimi wspólnego. Z nasion konopi siewnych
można otrzymać bezglutenową mąkę i takąż kaszę, poza tym produkuje się
olej konopny, który doskonale pomaga  skórze, poza tym otrzymuje się również
włókno, z którego powstają mocne sznury.
Mąka konopna jest dość ciemna, pozbawiona glutenu i skrobi oraz tłuszczów
nasyconych, za to jest mieszanką łatwo przyswajalnych białek, korzystnych dla
naszego organizmu,ponadto ma w odpowiednich proporcjach kwasy omega 3 i
omega 6, cenne witaminy i 9 niezbędnych  aminokwasów EAA, których nasz
organizm nie jest w stanie wyprodukować.
Dodatkowo mąka konopna dodaje energii, przyspiesza nasz metabolizm,
redukuje poziom cholesterolu LDL, obniża cisnienie krwi, zmniejsza stany
zapalne stawów.
Wczoraj, w pobliskim  "spożywczaku" kupiłam torebkę tej mąki.
Wygląda może nieciekawie, w niczym nie przypomina mąki pszennej lub żytniej.
Postanowiłam zrobić z niej  najprostsze pod słońcem placki.
Do pół szklanki mąki dodałam jedno duże jajko, połówkę bardzo dojrzałego,
rozgniecionego banana, łyżkę kakao i wszystko razem dokładnie wymieszałam.
Usmażyłam na oleju kokosowym małe placuszki, które  nakładałam na patelnię
łyżką stołową.  Usmażone placuszki potraktowałam drugą połówką banana
zmiksowaną razem z łyżeczką mleka kokosowego.
Całe szykowanie i smażenie zabrało mi chyba aż 20 minut.
Ale jedzenie trwało bardzo szybko - żałowałam, że nie zrobiłam ich więcej.

A dziś zrobiłam na obiad schab karkowy pieczony ( a właściwie duszony)
w winie czerwonym, półsłodkim.
Ponad tydzień temu kupiłam niesłychanie chudy schab karkowy, potraktowałam
go mielonym cynamonem , odrobiną  mielonego gozdzika i ziołami prowansalskimi.
Zawinęłam w pergamin, następnie w  folię aluminiową i wsadziłam do zamrażalnika.
Rozmrażałam potem w lodówce na najniższej półce, nie odwijając z folii.
Rozmrażał  się biedak 24 godziny. Dziś rano odwinęłam z tych "powijaków",
umieściłam w żaroodpornym naczyniu, nalałam dużo czerwonego, półsłodkiego
wina, nakryłam pokrywką i wstawiłam do piekarnika na 150 stopni.
Po 1,5 godziny wyłączyłam piekarnik i pozostawiłam w nim jeszcze mięso.
Wiecie co, tak dobrego mięsa już dawno nie jadłam.
Było mięciutkie i bardzo,  bardzo soczyste.

Jutro pokombinuję co by jeszcze "wymodzić " z mąki konopnej.Może jakiś chlebek?
A może połączę mąkę konopną i orzechową i zrobię kolejne, nowe placuszki?
Bo gotowych "bezglutenowców" mam dość i tych krajowych i tych z importu.


niedziela, 2 kwietnia 2017

Piątkowy wieczór......

.....spędziłam na oglądaniu filmów dokumentalnych .
Zaczęłam od obejrzenia filmu produkcji francuskiej "Sąd nad Eichmannem".
Film o tyle ciekawy, że nie był sprawozdaniem z tego procesu, ale przedstawiał
rozterki moralne żydowskich filozofów, przedstawicieli świata nauki oraz
ówczesnej elity władzy.
Zastanawiano się, czy Eichmann powinien  być sądzony  w Izraelu, choć to
właśnie ludzie narodowości żydowskiej najbardziej ucierpieli z powodu
holocaustu.
Jeszcze nim zapadł jakikolwiek wyrok, trwały  gorące dyskusje jaka kara
byłaby dla niego adekwatna - czy powinna to być kara dożywocia, czy jednak
kara śmierci, tak samo  jak dla innych zbrodniarzy wojennych sądzonych
podczas procesu w Norymberdze.
Sąd skazał Eichmanna na karę śmierci - wyrok wykonano, zwłoki skremowano,
 prochy wrzucono do morza poza granicą wód terytorialnych Izraela.
Wykonanie wyroku wcale nie zakończyło dyskusji  co było dla mnie sporym
zaskoczeniem.

Ten wieczór kanał Planete +  wyraznie poświęcił Żydom. Następne trzy filmy,
które obejrzałam  nosiły tytuł  "Historia Żydów".
Przed laty zakupiłam wielkie tomisko, formatem  niestety  zbliżone do A4,
liczące niemal 1000 stron  i przyznam się szczerze, że nie przebrnęłam przez
owe dzieło. Było tyle szczegółów, że wciąż się gubiłam pośród zmiennych granic
terytoriów, plemion, sojuszy, walk, wędrówek.
W końcu z  przykrością odstawiłam  wielką księgę na półkę - poddałam się.
 Za to te trzy odcinki tego filmu obejrzałam z wielkim zaciekawieniem. Każdy
z godzinnych odcinków był zrobiony niezwykle starannie, z dużą kulturą, bez
emfazy.
Moje zainteresowanie tym narodem wzięło się głównie stąd, że bratowa mojej
babci, tej która mnie wychowała, była  Żydówką.
Nie znałam jej zupełnie, widziałam ją tylko na kilku zdjęciach, ale się bardzo
wiele o niej nasłuchałam.
Owa znienawidzona przez moją babcię osoba była rentgenologiem,jej rodzice
byli ludzmi wykształconymi, kulturalnymi, przestrzegającymi swej wiary.
Ze zdjęć spoglądała na mnie ładna kobieta , ciemnowłosa, zgrabna, o bardzo
smutnym spojrzeniu. Gdy związała się z bratem mojej  babci została wykluczona
ze swej dotychczasowej społeczności  - małżeństwo z człowiekiem innej wiary
było sprawą nie do wybaczenia, jej rodzice wyrzekli się jej, dla nich ona
po prostu umarła.
Co gorsze rodzina jej męża przyjęła ją bardzo chłodno, chociaż przeszła na
katolicyzm i ksiądz udzielił młodym ślubu kościelnego, a dzieci  urodzone
z tego związku były wychowywane w wierze katolickiej.
W czasie okupacji hitlerowskiej, gdy w miejscowości, w której mieszkali miało
powstać getto  żydowskie, komendant gestapo doradził bratu mojej babci, by ten
"wyekspediował" na ten czas gdzieś swą żonę, bo ktoś zgłosił, że jest Żydówką,
a jej katolicyzm to tylko rzecz nabyta. Komendant był pacjentem mego
wujecznego dziadka, który go operował.
Mój "wujeczny dziadek" niewiele myśląc wyekspediował żonę do swej siostry
mieszkającej w Warszawie. W dwa miesiące pózniej w budynku, w którym
mieszkała moja babcia, parter  trzypiętrowego domu  zajęli Niemcy -
powstał tam sztab wojska.
Sytuacja była nieco beznadziejna - na parterze niemiecki sztab, a na trzecim
piętrze uwięziona Żydówka.
Obecność sztabu sprawiła, że budynek nie był nękany nagłymi wizytami
gestapo a w okresie powstania nie  był wypalony- przetrwał w całości aż do
końca, gdy po upadku powstania cała ludność była wysiedlana z miasta.
Zawsze mnie śmieszyło, że moja  babcia, taka zawzięta antysemitka, musiała
przechować swą bratową- Żydówkę.
Problem  antysemityzmu w jakimś sensie  zawsze mnie dotykał - trafiłam
do szkoły podstawowej TPD (Towarzystwo Przyjaciół Dzieci)  bo była to
jedyna szkoła w okolicy, która przyjmowała dzieci od 6 roku życia, a  już od
ponad roku umiałam czytać i pisać i okropnie się nudziłam w domu.
Po pierwszej wywiadówce moja babcia "zaczęła włosy rwać z głowy" - co to
za okropna szkoła, 3/4 uczniów to Żydzi.
Zupełnie nie rozumiałam o co chodzi - dla mnie były to dzieci takie same jak
ja. Nie interesowało mnie  czy też chodzą do kościoła na  religię czy też nie.
Nie interesowało mnie czy poszczą w piątki czy też nie. I żadne z dzieci nie
było tym zainteresowane.
Wszyscy byliśmy przez nauczycieli traktowani tak samo a klasa bardzo szybko
się zżyła.
 I jak w każdej klasie- jedni się uczyli lepiej, inni gorzej, ale tworzyliśmy bardzo
zgraną grupę.
Przeżyliśmy ogromny szok gdy nagle kilkoro z naszej klasy, tak z dnia na dzień,
przestało chodzić do szkoły, bo wraz z rodzicami musieli opuścić Polskę.
Niektórym udało się przetrwać do końca roku szkolnego, ale po wakacjach już
ich nie było w Polsce. Klasa zmniejszyła się niemal o połowę.
Chyba  nigdy nie  zapomnę listu, który napisała do mnie  Józia- "nawet nie wiesz
jakie masz szczęście, że nie jesteś Żydówką"- to były pierwsze jego słowa.
Przeczytałam ten list w klasie na głos (za zgodą naszej wychowawczyni)- wpierw
zaległa ciężka cisza, potem część  z nas zaczęła płakać, zapewne jednak nie ze
szczęścia.
Zawsze mnie dziwi, nawet teraz, gdy już jestem stara, dlaczego czyjaś
odmienność wywołuje w ludziach niechęć i agresję, a nie zaciekawienie i chęć
zrozumienia owej odmienności oraz jej zaakceptowanie.




czwartek, 30 marca 2017

Jak to jest.....

....że w mitach i legendach na całym świecie występują giganci i potop?
Te mity powstawały w bardzo, bardzo odległych czasach, a opowiadały o
czasach jeszcze bardziej odległych, wręcz o początku świata.

Wg mitologii inkaskiej czterej bracia, giganci należący do rasy Ayar-aucca
podtrzymywali niebiosa i jednocześnie rządzili rasą ludzką.
Ale ludzie stawali się z czasem coraz bardziej nieposłuszni i niewdzięczni,
więc bracia zdecydowali się opuścić niebiosa na Ziemię i zatopić ją w morzu.
Skutek był taki, że nastąpił wszechświatowy potop, powodując niemal
całkowitą zagładę ludzkości.

W odległej od krainy Inków Irlandii też spotkamy mit o gigantycznych
ludziach nazywanych Fermorami, którzy mieszkali na morzu. Zaraz po
Wielkim Potopie ich przywódca, Balor, wyprowadził ich na wybrzeże
irlandzkie i oni stali się rdzennymi mieszkańcami tej wyspy.

W Anatolii, około 2000  roku przed nowa erą,gdy Hetyci pokonali dominującą
wówczas tam rasę Hurytów, rozprzestrzenili mit o Alalu- gigantycznym
bogu, pierwszym królu niebios, który żył na wyspie na Oceanie Zachodnim.
Ocean Zachodni to  dawna nazwa Atlantyku.

Plemię Kai z Nowej Gwinei wspomina rasę półbogów, gigantów, zwanych
Ne-Mu.  To oni rządzili Ziemią przed Potopem.Byli wyżsi i silniejsi od innych,
nauczyli przodków Kai podstaw rolnictwa i budowania domów.
Ale Wielki Potop starł ich z powierzchni Ziemi a ich ciała zamieniły się
w wielkie kamienne bloki.

Rdzenni mieszkańcy wysp Fidżi wierzą, że kraj ich przodków, Burutu, zatonął
bardzo, bardzo dawno  w wodach Pacyfiku gdy na  Ziemię spadły niebiosa,
a ogień i woda zmieszały się z sobą i w ten sposób powstały wyspy Samoa.
Ci, którzy przeżyli kataklizm, znani jako Hiti, byli rasą gigantów, dziećmi
Atlantydy.

Arabski mit opowiada z kolei o rasie gigantów zwanych Adytami, którzy byli
wspaniałymi architektami i budowniczymi.
Arabowie zamieszkujący Bliski Wschód od samych początków swej historii
pisanej wszystkie wielkie  budowle przypisywali tym gigantom z czasów
starożytnych.

Dwa najstarsze i wielce poważane  święte teksty hinduskie opowiadają
o wodnych gigantach, Daitya, potomstwie boga Wisznu.
Wg Wisznu Purany (jedna z tych świętych ksiąg) wodni giganci rezydowali
w Tripurze- Potrójnym Mieście, które było na zatopionej wyspie za nieprzebytym
Oceanem Zachodnim.

Żeby Was tak całkiem nie zanudzić wyliczanką opowiem Wam o gigancie
chińskim, Pangu.
Chińczycy uważają, że na początku cały kosmos był uwięziony w jednym
jaju. Wewnątrz niego panował okropny chaos, nie było granicy między niebem
a ziemią, nie  było  słońca, księżyca oraz gwiazd i panowała ciemność.
Z tego chaosu wyłoniła się pierwsza istota - gigant Pangu, który postanowił
uporządkować panujący chaos.
Pierwszym jego działaniem było rozbicie skorupy jaja.
Lżejsza jej część  (jang) uniosła się w  górę i stała się niebem, zaś cięższa jej
część  (jin) opadła w dół i stała się ziemią.
Pangu stał na Ziemi nieprzerwanie  przez 18000 lat, pilnując by nie spadły na
nią niebiosa i podpierał  je własnym czołem.
W końcu Pangu położył się i usnął. Niestety podczas tego snu umarł. Głowa
Pangu i jego brwi przemieniły się w planety i gwiazdy. Jego lewe oko stało
się słońcem a prawe- księżycem. Z ciała Pangu powstała gleba a z krwi- rzeki
i oceany. Zęby i kości stały się skałami, minerałami i drogimi kamieniami.
Z oddechu Pangu powstały chmury i wiatr a głos zmienił się w grzmoty i
błyskawice, zaś pot w deszcz i rosę.
Z włosów na ciele Pangu powstały drzewa, rośliny i kwiaty, a pasożyty na jego
skórze zmieniły się w ryby i inne zwierzęta.

Wszystkie mity i legendy zawsze zawierały w sobie  dużo prawdy, która nie
zawsze pasowała współczesnym historykom, lub wręcz zaprzeczała odkryciom
i wnioskom dawniejszych archeologów i badaczy.
Ale o tym napiszę innym razem. Bo jednak giganci  żyli kiedyś na Ziemi.

poniedziałek, 27 marca 2017

Coraz lepiej, coraz lepiej

Włączam dziś telewizornię, patrzę i myślę - ki diabeł, czyżby powrócił  poseł
Gabriel Janowski?
 Patrzę na tę zaróżowioną buzkę, okrągłe, lekko nieprzytomne oczęta, słucham
co wyplata i dotarło do mnie, że to nie p.Gabriel  Janowski po  leczeniu dotarł,
ale to nowy kandydat na leczenie psychiatryczne, w osobie  jednego
z ministrów dobrej zmiany.
Właściwie to może powinnam napisać list dziękczynny, bo każde wystąpienie
oficjeli z tego ugrupowania sprawia, że mija mi strach przed przeprowadzką,
mało tego, zaczynam się martwić, że wciąż tu jeszcze jestem.
I czasami rozbawiają  mnie wręcz do łez, np. projektem wybudowania nowego
super lotniska i super stacji kolejowej pomiędzy Łodzią a stolicą. A stolica
miałaby sięgać od Bugu po Odrę i od Bałtyku do Tatr, z małym marginesem
dookoła tego tworu.
Margines potrzebny do tego, żeby można była wmówić  ludziom, że jest tzw.
demokracja.
Rozumiem, że grypa przenosi się metodą kropelkową i łatwo się nią zarazić, ale
nie podejrzewałam, że tak samo rozprzestrzenia się  głupota.
Jak dotąd była to cecha osobnicza, wrodzona lub wynikająca z braku
wykształcenia, no a teraz okazuje się należeć do chorób zakażnych.
Ciekawa  jestem jak się przenosi- czy jest  jak żółtaczka pokarmowa lub salmonella
czy też jest chorobą brudnych rąk lub brudnych strzykawek?

Bardzo mi się podoba wynik referendum przeprowadzonego w podwarszawskim
Legionowie- otóż  mieszkańcy tej miłej acz niewielkiej miejscowości wcale  nie
życzą sobie  przyłączenia do rozdętego miasta stołecznego. I chwała im za to,
95% mieszkańców wypowiedziało się przeciw temu projektowi.
A pani minister od unicestwiania szkolnictwa wyraziła dzis nadzieję, że ogólnopolski
strajk nauczycieli nie odbędzie się.
Nie podzielam tych jej  nadziei, nawet w Rosji opozycja w 80 miastach podniosła
głowę i ludzie wyszli na ulice miast protestując przeciwko skorumpowanej władzy.

Zaczynam wierzyć, że wiosna jednak do stolicy  pomału dociera- żywopłoty na
naszym osiedlu mają już 3 milimetrowe pączki, prawie listki.
I nawet słońce dziś świeciło i nie zamarzłam wędrując Ursynowem- tam zawsze
jest straszny wygwizdów.
Miłego tygodnia dla Was!

sobota, 25 marca 2017

No nie wiem.....

......a tego czego nie wiem jest coraz więcej.
Może po prostu pomału głupieję. Zaczynam z wolna robić remanenty, bo
przecież w lecie mamy się przeprowadzić.
Pierwszy efekt remanentu ? Natknęłam się na  włóczkę tzw. "skarpetkową",
czyli 75% wełny i 25% poliamidu. I....zabrałam się  do dziergania tzw.
wdzianka-otulacza. Idzie  szybko,  grube druty, fason prosty bo wdzianko
 powstaje  z odpowiednio zszytego prostokąta. I właściwie nie jest to taki
wielce durny pomysł, ale w związku z tym przerwałam dzierganie dla siebie
ażurowej bluzki.
Wiem, pisałam ,że nigdy więcej nie tknę ażuru, ale właśnie przez ten remanent
natknęłam się na włóczkę bawełnę z  akrylem, 50/50%  i na naprawdę łatwy
wzór  ażurowych paseczków. Zrobiłam próbkę i..... "zaskoczyłam"- mam już
zrobiony tył i spory kawałek przodu. I właśnie gdy usiłowałam  "wymajaczyć"
jaki zrobić dekolt, to znalazłam tę skarpetkową włóczkę i jak na złość trafiłam
na blog Anny. Ania właśnie udziergała takie wdzianko. No i zaraz rączki
zaczęły mnie swędzieć i zaczęłam dziergać.

Jak na razie  to remanent robię  tylko w drobiazgach, bo naprawdę są kłopoty
ze znalezieniem mieszkania akurat w tej okolicy, która nam wszystkim pasuje.
Gdybyśmy chcieli mieszkanie takie około 100 metrów lub więcej- nie byłoby
problemu. Takich powierzchni tam nie brakuje. No ale po co nam  taki metraż?
Nie  zamierzam jezdzić po domu na wrotkach.
Trochę się już oswoiłam z myślą o przeprowadzce - gdy o tym  myślę już mi
serce nie skacze do gardła i tętno nie usiłuje dogonić rakiety kosmicznej.

Kwiecień to miesiąc, w którym zmienia mi się cyferka w metryce. Kiedyś bardzo
mnie to cieszyło- teraz raczej budzi zdziwienie i smutek, że tak szybko mija
życie. Jesteśmy tu tylko chwilę i chyba nie zawsze potrafimy to dobrze
wykorzystać. No ale jak na razie to jeszcze mamy marzec.

Czekam z utęsknieniem na prawdziwą wiosnę, z zielonymi krzewami, kwitnącymi
drzewami owocowymi i całym tym wiosennym szaleństwem zieleni i kolorów.
A tymczasem marzec zgodnie idzie z przysłowiem- miesza się wciąż pogoda. a to
co widać na termometrze   "w użyciu" wypada jakoś blado - termometr pokazuje
+10, ale jakoś trudno poczuć to  ciepło będąc na ulicy.

Życzę  wszystkim miłego, słonecznego weekendu;)

poniedziałek, 20 marca 2017

Kto chce niech czyta

Zapewne nie jest to ciekawostka dla wszystkich, ale w moim odczuciu rzecz jest
ciekawa.
Nie wiem czy wiecie, ale  w stratosferze uczeni zainstalowali specjalne pułapki
magnetyczne i  na początku 2015 roku w taką magnetyczną pułapkę wpadły
 bardzo niezwykłe kuleczki ze zdecydowanie niezwykłą zawartością - była to
galaretowata substancja organiczna zawierająca DNA.
I żeby było jeszcze dziwniej, ta substancja  to był mały, żywy stworek.
Oczywiście  kuleczki, stanowiące opakowanie galaretowatych stworków i owe
stworki są  bardzo skrupulatnie badane.
Badania prowadzi i nadzoruje prof. Milton Wainwright z University of
Buckingham .
W trakcie badań okazało się, że konfiguracja DNA tajemniczych stworków na
 naszej planecie nie występuje.
Obejrzawszy wyniki badań owej przedziwnej, nieznanej   konfiguracji DNA
 profesor wykrzyknął: "Wow, to wydaje się być niesamowite!"
Jak zapewne większość z moich "czytaczy" wie, DNA są to kwasy nukleinowe,
czyli wielkocząsteczkowe organiczne  związki chemiczne, pełniące rolę nośnika
informacji genetycznej w żywych organizmach.
Są one bardzo trwałą instrukcją/planem budowy i fizjologii każdego żywego
organizmu. To z nich wychodzą sekwencje wszystkich rozkazów na etapie 
rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego ( rozwoju rodowego i osobniczego),
czyli przemian anatomicznych i fizjologicznych określonego osobnika od
momentu poczęcia aż do śmierci.
Badanie  kuleczki,(sferuli) stanowiącej "opakowanie" stworka wykazało, że posiada
ona idealnie kulisty kształt i wszelkie cechy produktu sztucznie wytworzonego.
Jest wytworzona z kompozytów wieloskładnikowych, w sposób zapewniający jej
ochronę przed promieniowaniem kosmicznym oraz bezpieczny przelot przez
gęstą atmosferę naszej planety.
Zewnętrzna powłoka składa się z kilku pierwiastków  kosmogenicznych, czyli
metali ziem rzadkich, występujących w niezwykle małych ilościach. Jednym
z tych składników okazał się  pierwiastek Dysproz, który na Ziemi stosowany
jest tylko w reaktorach jądrowych.
Na temat samej sferuli i jej zawartości nie podano zbyt wiele informacji, nie
mniej w informacji przekazanej mediom jednoznacznie użyto sformułowania, że
zawartość tej dziwnej kuleczki to żywe zwierzątko wyposażone w specyficzną
informację genetyczną, czyli taką z zakodowaną sekwencją poleceń.
Tyle tylko, że ten kosmiczny przybysz nie ma żadnych odpowiedników ani też
powiązań genetycznych ze znanymi ziemskiej nauce  zwierzętami.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt badawczy są przekonani, że właśnie
otrzymali  pozytywną odpowiedz czy rzeczywiście istnieje gdzieś w Kosmosie
życie.
 Oczywiście jak na razie brak jest odpowiedzi na wiele innych pytań , ponieważ
zupełnie nie wiadomo z którego miejsca w Kosmosie przysłano nam tę dziwną
przesyłkę i dlaczego.
Burza mózgów trwa a pytań jest coraz więcej.
Chcą nas wykończyć bo Ziemi grozi przeludnienie czy może tylko ulepszyć???
Uczeni mają problem, a ja, idiotka, przejmuję się, że się  mam  gdzieś-tam
przeprowadzić.

sobota, 18 marca 2017

Piotrowy Tron

Okładkę ostatniego dwutygodnika FORUM zdobi zdjęcie papieża Franciszka.
Nad zdjęciem tytuł: "Wojna w Watykanie. Kto poluje na Franciszka?
Jedno jest pewne- z pewnością nikt z wiernych- ci darzą go szacunkiem .
Więc kto? - odpowiedz jest niezmiernie prosta.
W chwili gdy tylko papież Franciszek podjął pierwsze próby wprowadzenia
Kościoła katolickiego w XXI wiek, zreformowania jego władz, przelania części
kompetencji  na terenowych biskupów, napotkał silny opór watykańskiego
establishmentu.
No bo jak - nagle Kościół ma być ubogi? Jak to - uporządkować finanse?
Zlikwidować część intratnych urzędów w kurii? A do tego jeszcze kajać się
i przyznawać do błędów? - niedoczekanie.
Udzielać Komunii rozwodnikom?- zgroza.
Nawet jeśli ponownie wstąpili w związek małżeński, a Kościół unieważnił
za opłatą ich dotychczasowe małżeństwo.
Przyjąć do grona wiernych homoseksualistę, który przyznaje się do swej
orientacji? - mowy nie ma. Przecież on nie ma prawa poszukiwać Boga!
A że wśród duchownych takowych nie brak? A kto nam coś udowodni?
I  w ogóle po co powołać trybunał, przed którym stawaliby biskupi
ukrywający przypadki molestowania  seksualnego dzieci?

Niedawno przeczytałam, w ramach pogłębiania swej wiedzy, książkę
Johna Hogue "Ostatni papież".
To książka o przeszłości, terazniejszości a może i przyszłości Kościoła
rzymskokatolickiego.
Lektura wielce pouczająca, chwilami można się pośmiać, ale ogólnie parę
łez uronić nad naiwnością "ciemnego ludu".
Poznajemy tu  pontyfikaty 111 urzędujących dotychczas papieży.
Aktualnie urzędujący papież Franciszek jest 112.
A teraz ciekawostka - w 1139 roku irlandzki biskup Malachiasz wygłosił
w Rzymie proroctwa dotyczące losów kolejnych papieży aż do chwili
Sądu Ostatecznego, który ma nastąpić na początku III tysiąclecia.
Manuskrypt zawierający sto jedenaście łacińskich sentencji spoczywał
ukryty w Watykanie.
W 1595 roku  manuskrypt został potępiony przez władze kościelne, chociaż
bardzo celnie opisywał charaktery, losy papieży i wydarzenia związane z ich
pontyfikatami od XII wieku aż po dzień dzisiejszy.
A wg tych przepowiedni pontyfikat obecnego papieża ma być ostatnim.
Jak się okazuje, to aż  90% przepowiedni irlandzkiego biskupa spełniło się.
Książka "Ostatni papież" została napisana w 1998 roku. W 2016 roku
autor uzupełnił ją rozdziałami opisującymi pontyfikaty Benedykta XVI
 i Franciszka. I właśnie  to wydanie nabyłam.
Poza tym znajdziecie  tu dokładny, zgodny z historią, niekoniecznie zgodny
z tym, czego nauczyliście się na religii, opis początków chrześcijaństwa.
Chyba nie odmówię sobie przyjemności i w następnej notce napiszę o kilku
wyjątkowo "radosnych" papieżach, znacznie mniej  znanych niż Borgia, ale 
mających równie ciekawe pomysły.

czwartek, 16 marca 2017

Znowu......





Odchodzi moje pokolenie. Pokolenie poetów a nie tekściarzy, pokolenie
piosenkarzy a nie wyjców bez dykcji.
Posłuchajcie tekstów. Piosenki Wojtka Młynarskiego zawsze były podsumowaniem
rzeczywistości, która nas otaczała.
Jego odejście to ogromna strata, a dla mnie wielki smutek.

sobota, 11 marca 2017

Wiszę.....

.... a tego stanu nie lubię.
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji,  a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy  za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych  kilka
wariantów i możliwych  scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym  mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to  aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla  niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka  na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie  z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam.  Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na  stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać  tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję  swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
Miłej niedzieli wszystkim życzę;>)




czwartek, 9 marca 2017

Dzieci in vitro?

Bardzo, bardzo dawno temu, mniej więcej około 550 roku przed nową erą
w Persji zaistniał kult Mitry.
Według wyznawców Mitra był bogiem w ludzkiej postaci. Był przedstawiany
jako młody mężczyzna i kojarzony z kultem Słońca- nosił miano Boga Słońca
oraz Słońca Niezwyciężonego.
Mitra narodził się ponoć z dziewiczej matki.
Gdy Mitra zabił mitycznego, świętego byka został wyniesiony do godności
rzecznika gatunku ludzkiego u bogów na wysokości.
Wyznawcy tego kultu odbywali swe nabożeństwa najczęściej w jaskiniach, lub
innych świętych miejscach  śpiewając hymny, mamrocząc różne zaklęcia, jedząc
 mięso świętych zwierząt i pijąc ich krew.
Uczestnictwo w tych wspólnych modłach miało zapewnić życie  wieczne
w postaci natychmiastowego przejścia po śmierci na łono Mitry, by czekać
w szczęściu i spokoju na dzień sądu.
Dzień sądu miał nastąpić w chwili końca świata, a wtedy wszyscy zmarli mieli
zostać  wezwani z grobów na sąd ostateczny.
Nikczemni mieli  wtedy zostać unicestwieni w ogniu, a ci prawi rządzić wspólnie
z Mitrą.
Początkowo była to religia tylko dla mężczyzn i miała siedem różnych klas,
do których wierni byli kolejno wprowadzani. Po jakimś czasie żony i córki
wyznawców Mitry były przyjmowane do świątyń Wielkiej Matki, które
przylegały do świątyń Mitry.
Kult kobiet był mieszanką obrządku Mitry i frygijskiego kultu Kybele, matki
Attisa.
Przy wejściu do świątyń czciciele Mitry maczali  zawsze palce w wodzie
święconej.
Kult Mitry przetrwał do końca imperium rzymskiego.

Mitra wcale a wcale nie był pierwszym dzieckiem poczętym bez udziału
mężczyzny.
W XIII wieku przed nową erą, w ten nietypowy sposób przyszedł na ziemski
świat bóg Attis. Urodził się  mniej więcej na terenie dzisiejszej Turcji.
I, co ciekawe- urodził się 25 grudnia. Attis był zarówno ojcem jak i synem
świętym.
Attis był również nazywany zbawicielem, a umarł ukrzyżowany na drzewie
by odkupić grzechy ludzi.
Został pogrzebany, a trzy dni póżniej jego kapłani znalezli pusty grób - bo
Attis zmartwychwstał  i to w dniu 25 marca.
Ceremonia inicjacyjna jego wyznawców polegała na symbolicznym chrzcie
we krwi, która  zmywała winy za popełnione grzechy i po nim byli
nazywani "nowo narodzonymi".
Praktykowali również zwyczaj dzielenia się świętym chlebem,który był
symbolem ciała zbawiciela.
Niewiele wiemy o  szczegółach tego kultu, ale wiadomo, że jego kapłani i
wszyscy mężczyzni służący w jego świątyniach musieli być- wykastrowani.
A Kybele, matka Attisa, zwana Matką Bogów, pomimo urodzenia jeszcze
kilku bogów nadal pozostała dziewicą.

Czytam o tych  przedchrześcijańskich  kultach czytam i nie jest dla mnie
odkryciem, że znam te historie z zupełnie innego kultu, ale  nagle  pojęłam
skąd niechęć i opór naszych władz do in vitro.
Bo jasno z tego wynika, że   poczęcie  in vitro =  bogowie.
I kto wie, może któreś z dzieci  poczętych  in vitro spełniłoby to równanie
i z czasem, przyjrzawszy się pewnemu ugrupowaniu wysłałoby całą tę
rujnującą kraj partię w niebyt?

wtorek, 7 marca 2017

Wena wzięła sobie urlop...

.... i nie zostawiła, niestety,  zastępstwa.
Przy okazji zabrała mi pomysły na gotowanie.
Podłamana przejrzałam stos  kartek i w godzinę powstał dziś obiad.
Oczywiście bezglutenowy, no ale nie ogłosiłam tego podając danie na stół.
Z rozpaczy zrobiłam dziś "kolorowy ryż".
Składniki:
ryż basmati, ( po 3 łyżki stołowe suchego ryżu na osobę)
4 grube plastry pieczonej karkówki,pokrojone w  cienkie paseczki
 łyżka stołowa oleju kokosowego, 
2 garście mrożonej włoszczyzny,
sok z kiszonych buraków.
sól, czosnek granulowany, 1 łyżka stołowa sosu sojowego ciemnego.
Wykonanie:
1. Mierzymy objętość  ryżu, by wiedzieć ile należy do niego dodać "płynu".
2. Podsmażamy ryż na łyżce oleju kokosowego cały czas mieszając.
3. Dodajemy wody- dwa razy tyle ile wynosiła objętość ryżu i gotujemy
    na tzw. wolnym ogniu.Gdy ryż już parkocze dodajemy jeszcze jedną
    ilość płynu, tym razem w postaci soku z buraków, mrożoną włoszczyznę,
    oraz mięso. i sos sojowy.
4. Teraz solimy do smaku, dodajemy czosnek granulowany.
Nie zapominamy o wymieszaniu wszystkiego widelcem.
Gdy już nie widać na powierzchni ryżu płynu, wyłączamy gaz, nakrywamy
garnek pokrywką i całość okrywamy czule ręcznikiem frotowym, zostawiając
na wyłączonym palniku, na którym się gotował.
Mniej więcej po  pół godzinie otulania ryż jest już gotowy do podania. Jeżeli
chcemy podać go pózniej to wrzucamy na patelnię  i podgrzewamy go na oleju
kokosowym.

Kupiłam mąkę z ciecierzycy i zrobiłam z niej racuszki- niestety smaczne a do
tego zdrowe, bezglutenowe, bez cukru.
Zniknęły z  talerzy zbyt szybko.
Z mąki ciecierzycowej, mleka kokosowego, 2 jajek,1/2 łyżeczki sody
czyszczonej, dwóch garści rodzynek ,2 łyżek mielonych orzechów włoskich 
i 5 kropli stewii w płynie oraz szczypty soli zrobiłam ciasto jak na  "normalne"
racuszki, które  smażyłam na oleju kokosowym na rumiano.
Mogą robić za niedzielne śniadanie albo lunch.
Proporcji nie podaję, bo takie rzeczy jak naleśniki lub racuszki robię "na oko".
Smaczne  są zarówno na ciepło jak i na zimno.

Następne jakie zrobię będą z mąki arachidowej i jaglanej i będą zamiast chleba,
którego jakoś nie chce mi się ostatnio piec.

Poszukiwania odpowiedniego mieszkania nadal trwają.




środa, 1 marca 2017

Będzie długie, ale wytrzymajcie, poczytajcie

Tekst powstał po przeczytaniu artykułu napisanego przez p. doktora Włodzimierza
Borzęckiego.
Wpierw nieco statystyki na temat stanu zdrowia Polaków.
Polska ma najwyższy w Europie wskaznik umieralności na choroby serca i krążenia.
Nadciśnienie ma 7 milionów ludzi, co prowadzi do udarów mózgu i zawałów.
W Polsce 40% mężczyzn nie dożywa 70 roku życia. W tej grupie 40% zgonów jest
spowodowanych chorobami układu krążenia, nowotworami złośliwymi 30%, a 10%
 nagłymi wypadkami.
Mamy najwyższy w Europie przyrost zawałów mięśnia sercowego i raka płuc.
Co dziewiąty Polak jest niepełnosprawny,czyli jest to około 4,5 miliona osób.
Na choroby zwyrodnieniowe stawów cierpi około 20% ludności (8 mln osób).
Na cukrzycę  choruje ok. 3 mln. osób, drugie tyle nie wie, że ją ma.
Nadwagę ma 50% Polek i 62 % Polaków.
Odsetek 11-latków z nadwagą okazuje się być najwyższy na świecie.
Na celiaklię choruje co setna osoba w Polsce, co trzeci Polak w mieście i co
dziewiąty na wsi jest dotknięty jakąś alergią.
Około 6 milionów Polaków ma problemy z tarczycą, a ponad 4 miliony chore nerki.
Nosicielami wirusowego zapalenia wątroby jest 2% Polaków, u około 1/5 polskich
uczniów stwierdzono dysleksję.
Polacy wypalają 100 miliardów papierosów rocznie co kosztuje 2 miliardy dolarów.
Pali połowa mężczyzn i 1/3 kobiet.
40% lekarzy pali nałogowo!!!
Na przewlekłą obturacyjną chorobę płuc choruje 2 miliony osób. Jest to choroba
nieuleczalna.
I wreszcie - odnieśliśmy sukces:
9 litrów czystego spirytusu rocznie przypada na głowę statystycznego Polaka -
w tym uwzględnione  są również  dzieci od chwili przyjścia na świat.
Ponad 2 miliony Polaków jest uzależnionych od alkoholu.

Dlaczego tak ponuro to wszystko wygląda?- odpowiedz jest prosta.
Wiedza i świadomość prozdrowotna obywateli naszego kraju oscyluje około zera.
                                                          ******
No dobrze, nie napiszę, że u nas jest najgorzej bo na przykład w USA zgony ludzi
spowodowane przez lekarzy w wyniku błędów diagnostycznych i terapeutycznych
to 120 tysięcy przypadków rocznie.
Około 125 tysięcy Amerykanów umiera w następstwie  ubocznych skutków
działania  leków. W Polsce nie prowadzi się wcale  takich statystyk.
A u każdego piętnastotysięcznego pacjenta chirurgii w USA następują powikłania
z powodu pozostawienia w ich ciele narzędzia chirurgicznego lub gazy czy też
chusty chirurgicznej.
I co roku 90 tysięcy osób w USA umiera z powodu zakażeń szpitalnych.
Ogólnie też wiadomo, że wiele chorób powstaje w wyniku stosowania leków
przeciwbólowych i przeciwzapalnych, które powodują  między innymi chorobę
refluksową (70% przypadków), krwawienia z  żołądka, chorobę Crohna oraz
uszkodzenie nerek i wątroby.
W USA przyznano, że lekarze są trzecią, najczęstszą przyczyną zgonów  po
nowotworach i chorobach serca .

Zle się czujemy, więc nim się nawet przez chwilę zastanowimy co może być
tego przyczyną, pędzimy do lekarza, który najczęściej nie jest w stanie wydać
 prawidłowej diagnozy, mimo wielu nowoczesnych urządzeń. Generalnie
skuteczność  leczenia sięga 40%.

Ale dzięki owym nowoczesnym urządzeniom i diagnozie lekarskiej zasilamy
permanentnie  kieszeń (chyba  bezdenną) koncernów farmaceutycznych.
Badania wykazały, że przemysł farmaceutyczny wydaje na marketing około
około jednej trzeciej swoich przychodów, a wielu lekarzy ma bliskie
powiązania z koncernami produkującymi leki.
Telewizyjne reklamy w większości dotyczą leków - na katar, grypę, zaparcia
i na biegunki, na uspokojenie i na pobudzenie, na włosy, ich  wzmocnienie,
pogrubienie itp oraz na uzyskanie promiennej cery i dobrego humoru.

Okazuje się, że koncerny farmaceutyczne wymusiły na WHO obniżenie normy
na poziom cholesterolu w krwi- z 250 na 200, tylko po to, by lekarze ordynowali
pacjentom śmiertelnie niebezpieczne dla zdrowia statyny.
Warto poczytać książkę prof.dr hab.Waltera Hartenbacha  "Mity o cholesterolu".
Wyczytacie tam, że cholesterol nie ma nic wspólnego z rozwojem miażdżycy i
zawałem serca. Ta  prowadzona przez przemysł farmaceutyczny kampania
dezinformacyjna przenika na wskroś całe społeczeństwo oraz praktykę
lekarską. Jeszcze żaden chirurg czyszczący tętnice zapchane blaszkami
miażdżycowymi nie znalazł tam ani miligrama cholesterolu, ale znajdują tam
wapń, który trafia tam omyłkowo, zamiast do kości.
Tymczasem cholesterol jest niezbędny dla życia. Jednocześnie zataja się  dużą
liczbę zgonów z powodu zwyrodnień nowotworowych na skutek redukcji
lekami (statynami) stężenia cholesterolu w krwi.
Duże koncerny farmaceutyczne nie  wahają się  przekupywać profesorów
medycyny, zachęcając ich do prowadzenia  fałszywych badań oraz organizowania
konferencji z udziałem dziennikarzy, by całą rzecz uwiarygodnić.
A testowanie nowych leków odbywa się coraz częściej niskim kosztem
w Bangladeszu, Indiach, Pakistanie lub..... w więzieniach, o czym nikt nie wie.
Nie da się ukryć, że w sytuacji gdy lekarz medycyny konwencjonalnej traktuje
każdego pacjenta jak składankę z klocków Lego i może mu poświęcić 15 do 20
minut na przeprowadzenie wycinkowego wywiadu nt. jego dolegliwości a reszta
jest ustalana w oparciu o wyniki badań "mechaniczno-elektronicznych"  raczej
rzadko można znależć prawdziwą przyczynę dolegliwości, które nas trapią.
Organizm człowieka to  bardzo skomplikowana maszyneria i wielka fabryka
chemiczna w jednym obudowaniu i  warto poświęcić  mu nieco swej uwagi nawet
gdy się nie jest ani lekarzem medycyny konwencjonalnej ani alternatywnej.
I do tego wszystkich namawiam - wsłuchujcie  się w siebie, w to co mówi wasz
organizm i stosujcie profilaktykę.
 I częściej korzystajcie  z pomocy wykwalifikowanych naturoterapeutów.


wtorek, 28 lutego 2017

Trochę, ale tylko trochę.......

.......odetchnęłam.
Głębszy oddech związany jest z dzisiejszą wizytą mego ślubnego u chirurga.
Ta tak niepokojąca mnie opuchlizna to...krwiak. A krwiak miał prawo powstać,
bo operacja była przeprowadzona pod osłoną środka rozrzedzającego krew, czyli
heparyny.
Okazjonalnie dowiedziałam się, że krwiak w swej pierwotnej formie jest twardy,
krystaliczny i  dopiero w kilka tygodni pózniej zaczyna przechodzić w stan
płynny i wówczas zostaje "spunktowany", czyli usunięty przy pomocy punkcji.
W związku z tym za dwa tygodnie następna wizyta , czyli ściąganie krwiaka.
Przynajmniej z jedną sprawą mam spokój.
Druga, czyli zmiana miejsca zamieszkania nieco mnie przyprawia o szybsze
bicie serca, lub zamieranie tętna, w zależności od tego o czym myślę.
Podobno nie przesadza się starych drzew, a my mamy się przesadzić i to
wiele kilometrów stąd.
Jestem mentalnie na miejscu zięcia nielubiącego swych teściów, który obserwuje
jak spadają oni w przepaść jego nowiutkim, wypasionym mercedesem, czyli  -
mam mieszane uczucia.
Przerażenie miesza mi się z entuzjazmem i mózg mi się lasuje od nadmiaru
związanych z tym problemów.
A jest ich sporo, począwszy od  lokalizacji, bo jest ona tu punktem kluczowym.
Ma to być bardzo bliziutko  moich Krasnali, czyli w miejscu, w którym w ogóle
trudno o mieszkanie, zwłaszcza  w granicach 64 m kw., do tego usytuowane albo
na parterze  a jeśli na piętrze, to wtedy konieczna jest winda.
"Drobiazgi" typu zorganizowanie przeprowadzki, likwidacja majątku ruchomego,
wynajęcie warszawskiego mieszkania - wydają się być  przy tym pierwszym
problemie pestką.
Nie mniej wszystko razem przyprawia mnie o permanentny stres, prawie nie śpię
i chodzę skołowana.
Że nie znam języka? - pestka, będę chodziła z rozmówkami pod pachą. Nie znając
ani słowa po węgiersku dogadywałam się przecież w Budapeszcie z Klarą, u której
mieszkałam 3 tygodnie.
Słownik , rozmówki i szybkie przewracanie kartek były podstawą  mej egzystencji.
Tyle tylko, że miałam wtedy znacznie mniej lat.


wtorek, 21 lutego 2017

Życie nie jest niestety.......

.......romansem.
A szkoda. Brzydko mówiąc zaczynam "się nie wyrabiać".  Muszę bardzo szybko
opanować bardzo obcy dla mnie język, czyli niemiecki.Nie dość, że szybko to i
tanio, bo moja emerycka kieszeń nadmiarem gotówki nie grzeszy. Może ktoś zna
jakiś patent?
Poza tym nagle nazbierało się wiele spraw tzw. administracyjnych  do rozwiązania
w trybie pilnym.
A na dodatek okazuje się, że im człowiek starszy tym trudniej o szybki i pełny
powrót do zdrowia.Ślubnemu wydawało się, że po tej re-operacji przepukliny
będzie  tak jak za pierwszym razem ale wiadomo- "nic dwa  razy się nie zdarza".
Od tamtej operacji minęło 8 lat a w międzyczasie była poważna operacja
kardiologiczna i związany z nią przymus stosowania stale warfaryny,co komplikuje
każdy jeden zabieg chirurgiczny.Wprawdzie w okresie przed opercyjnym, w trakcie
i po nim zamienia się warfarynę na heparynę to i tak krwawienia wewnętrzne
niestety są.Nie wykluczam, że za tydzień może się okazać konieczny powrót pod
skalpel.
Reasumując- będę rzadko bywała i bardzo rzadko pisała na bloggerze. Gdy mi się
nieco sytuacja rozjaśni, przejaśni i wyklaruje - przyrzekam, że wrócę i wszystko
jaśniej wyłożę.

środa, 15 lutego 2017

Reminescencje po Walentynkach.

Nie jestem wrogiem Walentynek jako takich, ale jak już zapewne wszyscy
tu bywający wiedzą, jestem wrogiem wszelakich "świąt na gwizdek".
A oto nieco inne spojrzenie na Walentynki, niemal statystyczne.

15% Amerykanek odpowiednio wcześnie zamawia bukiety z czerwonych róż
i wysyła je sobie do pracy, ku zazdrości koleżanek. Wszak  nic nie sprawia
człowiekowi takiej frajdy  jak zazdrość bliznich.

Statystycznie kobiety z okazji Walentynek wydają o 20% mniej gotówki niż
mężczyzni. Po prostu kobiety kupują prezenty przemyślane a nie w pośpiechu,
na ostatnią chwilę.

Firma Durex szacuje, że w dzień  św.Walentego sprzedaje się o25% więcej
prezerwatyw niż w inne dni.

Za to producenci testów ciążowych notują wyrażny wzrost sprzedaży testów
w marcu.

Adresatami "walentynek" bywają nie tylko ludzie - wiele osób kupuje  "walentynkę"
dla swego ukochanego zwierzaka.

Z obserwacji statystyków wychodzi, że najwięcej "walentynek" dostają:
nauczyciele,  dzieci i mamy, najmniej - ukochane, ukochani.

Najwięcej kartek "walentynkowych" wysyłają kobiety- aż 85%.
Meżczyzni częściej kupują kwiaty.

I coś z historii:
W starożytnym Rzymie w tym dniu obchodzono święto urodzaju oraz przyrzeczeń
małżeńskich.
Od roku 900 stare, pogańskie święto z 14 lutego zmieniono na święto obietnic
miłości, któremu patronuje święty Walenty.
Jeśli poszperacie w różnych książkach to się dowiecie, że większość świąt
kościelnych przypada na dawne święta pogańskie, a pierwsze kościoły powstały
w miejscach,  w których kiedyś gromadzili się poganie czcząc pogańskie bóstwa.

Najwięcej legend o świętym Walentym pochodzi z XIV wieku z Anglii i Francji.
Dzień św. Walentego łączono z romantyczną miłością, gdyż wierzono, że w tym
właśnie dniu ptactwo łączy się w pary.

I ciekawostka:
14 lutego w Japonii to mężczyzni są obdarowywani czekoladkami i innymi
łakociami.
I wcale nie jest to wyrazem miłości- czekoladkę można dać szefowi lub koledze.
Z tego też powodu owe słodkości dzielą się na "giri-choko"- to słodkości
dawane osobom, z którymi nie łączy nas uczucie.
Tym, których  kochamy należy dać "honmei-choko", czyli ciastko w kształcie serca
z czekoladowym nadzieniem.
I najważniejsze- powinno ono być wykonane własnoręcznie przez ofiarodawczynię,
co oznacza prawdziwe uczucie.
A japońskie kobiety mogą się spodziewać rewanżu 14 marca - jest to White Day.
Do dobrego tonu należy by walentynkowy prezent dla kobiety był dwa razy
droższy od tego, który mężczyzna otrzymał od kobiety.







poniedziałek, 13 lutego 2017

"Człowiek nie prosię i.....

.....zje wszystko".
Tak jeden z  naszych znajomych zareagował na widok ryby na talerzu.
Tylko skąd ja miałam wiedzieć, że facet ryb nie jada? Nie mam zwyczaju
przepytywać wszystkich swoich znajomych co jedzą, a czego nie jedzą.
A zrobiłam pieczonego łososia.  Polecam Wam, bo to całkiem jadalne jest.

Składniki:
pół tuszki łososia dług. ok 30cm,
2 duże, dokładnie wyszorowane pomarańcze, nawet jeśli są "bio",
2 łyżeczki miodu,
sól, pieprz, musztarda,
białe wino -150 ml,
roztopione masło - 50 ml,
wywar warzywny- 200ml,
pęczek koperku

Wykonanie:
Nagrzać piekarnik do 190 stopni.
Umyte pomarańcze pokroić w cienkie plastry, połową wyłożyć spód naczynia,
w którym będziemy zapiekać.Umyć łososia, osuszyć papierowym ręcznikiem,
usunąć znalezione ości, ułożyć go na plastrach pomarańczy.
Posiekać koperek, wymieszać  z masłem, doprawić  solą , pieprzem, musztardą
i posmarować tą miksturą łososia.
Na rybie ułożyć pozostałe plastry pomarańczy, polać wszystko warzywnym
wywarem, wstawić do piekarnika.
Piec 20 minut w temp. 190 stopni, bez przykrycia.
Po upieczeniu wyjąć z piekarnika, łyżką wybrać wywar z pieczenia i połączyć
go z miodem i winem (wino wlać tuż przed zagotowaniem), krótko zagotować.
Do powstałego sosu dodać zagęstnik,  doprawić ewentualnie do smaku.
Łososia polać sosem i pod przykryciem podgrzać w piekarniku przed podaniem.

A  tym co ryb nie jedzą, można dać muffinki wytrawne- dobre i na ciepło i na
zimno.

Składniki:
130 gramów mąki,
10 dag sera pleśniowego,
100 ml śmietany,
3 jajka,
2 łyżeczki proszku do pieczenia,
4 dag zielonych oliwek,
pieprz i sól.

Wykonanie:
Odkroić skórkę z sera, pokroić go w kostkę, odstawić na godzinę.
Pokroić oliwki na małe kawałki.
Mąkę wymieszać z proszkiem do pieczenia.
Po godzinie dodać do sera śmietanę i wymieszać razem na gładką masę.
Teraz dodać jajka i znów starannie wymieszać.
Na końcu dodać mąkę wymieszaną z proszkiem i podziabane oliwki i
wymieszać.
Nakładać do 3/4 wysokości muffinkowych foremek.Wstawić do nagrzanego
piekarnika i piec w 200 stopniach 20 do 25 minut.
Smacznego!!!!


















niedziela, 12 lutego 2017

I znów pożegnanie

Kolejne pożegnanie, tym razem Krysi Sienkiewicz.
Uwielbiałam Ją, mogłam "na okrągło" słuchać piosenek które śpiewała
I chodzić po dwa razy na spektakle, w których grała.
I znów odszedł kawałek mojej młodości. Smutno.

piątek, 10 lutego 2017

post niesponsorowany.....

.....i nie jest to lokowanie produktu.
Przed  chwilą przywiozłam ze szpitala mojego męża, który  miał re-operację
przepukliny.
Tym razem leżał w szpitalu niepublicznym, ale całe leczenie i pobyt
w placówce były na koszt NFZ.
Ślubny zachwycony bo: lekarze i pielęgniarki kulturalni, uprzejmi, przemili.
Pielęgniarki dostępne na każde zawołanie - zawsze miłe, uśmiechnięte,
pomagają we wszystkim.
Druga sprawa- pełna profesjonalność, stały kontakt lekarza prowadzącego
z pacjentem, pacjent  otrzymuje odpowiedzi na wszystkie swoje pytania,
zawsze jest informowany jaki lek mu podają i dlaczego, otrzymuje również
szczegółowe wytyczne dotyczące  dalszego postępowania w pierwszych
dniach po wyjściu ze szpitala.
Czystość - to coś co widać już od samego wejścia do budynku.
Powiem więcej- czystość, przestrzeń i dobra organizacja.
Mój twierdzi, że szpital ma świetny catering, wszystko czyste, świeże,
apetycznie pachnące.
Leżał w pokoju dotychczas dwuosobowym, obecnie dostawiono do każdego
trzecie łóżko, bo zwiększono ilość pacjentów NFZ.
Pomimo tego "dołóżkowania" pokój jest przestronny, łóżka wygodne, sterowane
elektronicznie. Łazienka nieduża, ale świetnie zaprojektowana pod względem
funkcjonalności.
A  chirurga, który go operował mój mąż niemal uwielbia. Jeszcze trochę, a
będę zazdrosna;)
Co do samej operacji - no cóż, była nieco skomplikowana, ale mimo wszystko
się udało.
Pierwszą kontrolę po wyjściu ze szpitala mamy już we wtorek, jeszcze przed
usunięciem szwów.
I krótki instruktaż jak trafić do prywatnego szpitala na koszt NFZ - trzeba po
prostu zainwestować w prywatną wizytę u lekarza-specjalisty  który jest
lekarzem w danej niepublicznej placówce medycznej posiadającej szpital.
Mój był w szpitalu firmy Medicover. Prywatnie, dzień pobytu na chirurgii
ogólnej to 1300 zł + koszty dodatkowe wynikające z przebiegu operacji.
Pacjenci, niezależnie od tego, czy są pacjentami prywatnymi czy też  z NFZ
są traktowani tak samo. Jedyna różnica polega na tym, że pacjent z NFZ musi
sobie przynieść z domu własny ręcznik i szlafrok, a pacjent prywatny dostaje
te elementy ze szpitala.