drewniana rzezba

drewniana rzezba

środa, 14 sierpnia 2019

A życie....

......toczy się dalej.
Jesteście wszyscy cudowni, że czytacie nadal mój blog, który stał się
nagle dziennikiem zrozpaczonej wdowy.
Od dawna oboje wiedzieliśmy, że nie jesteśmy młodzi i że mamy nikłą
szansę by jednocześnie, w sposób naturalny przenieść się w inny wymiar,
ale co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć tego.
Rozum to jedno, a uczucia jakoś z nim nie współgrają.
Dziś byłam z córką na cmentarzu by wybrać  miejsce na grób urnowy.
Miłe dla mnie zaskoczenie, bo zajął się nami pan administrator, który
mówil po polsku. Przepraszał,  że może mieć "zacięcia" ale jest tu
od dziecka a ma 50 lat i chwilami może mu brakować słów.
Było do wyboru kilka miejsc, wybrałam takie by było niedaleko od
wejścia, częściowo zacienione.
Każda taka "kwatera" jest na 4 urny i wykupuje się  ją na 20 lat.
Po tym czasie można oczywiście przedłużyć czas jej użytkowania. Za
te dwadzieścia lat płaci się 800€, za przedłużenie już tylko 400€.
Poza tym byłam dziś u ortopedy bo boli mnie nadal krętarz duży.
Tu też miałam szczęście, lekarz to Polak. Fajny, kompetentny, uprzejmy.
Potwierdziły się dwa moje podejrzenia- pierwsze, że oprócz tego złamania
główki (a tak dokładnie pęknięcia) oberwał krętarz duży i dwa stawy
krzyżowo -biodrowe. Dostałam skierowanie na fizjoterapię i jeśli mi się
po tym nie poprawi to mam się za  dwa tygodnie pokazać.
Przy okazji zadziwiłam pana doktora poziomem swej wiedzy z  zakresu
ortopedii i rehabilitacji.
Aż się zapytał skąd tyle o tym wiem, a gdy wymieniłam żródło- nie był
zdziwiony tylko powiedział - dobra robota.
No cóż, jak się jest pokraką i miało do czynienia z kilkoma ortopedami,
w tym z jednym o zacięciu pedagogicznym, to się dużo o tym wie.
Jutro poszukam w okolicy  fizjoterapii gdzieś niedaleko domu, żeby tam
docierać piechotką a nie jechać  metrem.


wtorek, 13 sierpnia 2019

Wracam na trochę.....

....żeby po prostu nie  zwariować.
Pogrzeb będzie dopiero 12 września. Pewnie jesteście tym zaskoczeni - ja
też byłam. Ale ponieważ mój mąż umarł w  domu, a my chcemy by był
poddany kremacji, musi być wpierw  wykonana autopsja, choć wg opinii
lekarza, śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych.
Gdybyśmy zdecydowali się na pogrzeb tradycyjny to nie byłoby tego cyrku,
bo gdyby nagle ktoś z rodziny oskarżył mnie, że to np. ja go otrułam, to w
przypadku tradycyjnego pochówku zawsze jeszcze można przebadać
szczątki- po kremacji nie ma niestety co przebadać. A w Berlinie  brak jest
niestety ludzi do pracy i o ile w innych częściach tego państwa  procedura
zamyka się w dwa tygodnie to w Berlinie trwa to  cztery tygodnie.
Inna ciekawostka - do kremacji klient musi być odpowiednio ubrany i ma
być w odpowiedniej trumnie- wszystko ma być łatwopalne i ekologiczne.
Te akcesoria się samemu wybiera w zakładzie pogrzebowym-wybrałyśmy.
Zapewne stracę resztkę swojej dalszej rodziny, bo zdecydowałyśmy się
na pogrzeb świecki - oboje  z mężem od lat byliśmy z dala od kościoła,
 co zresztą zgłosiliśmy tu z okazji zameldowania i jest zapisane w naszych
dokumentach. A druga sprawa- nie będziemy spoczywać w "ziemi ojczystej,
skąd nasz ród"i to moją daleką rodzinę mierzi.
No cóż- utrwali się  w resztkach rodziny opinia o mnie jako o wariatce.
Taka  dziwna rzecz- nasz pierwszy wspólny spacer tu po okolicy zaprowadził
nas na pobliski  nieduży miejski cmentarz, który bardzo nam się spodobał-
zero wyścigu pomników który wyższy i okazalszy, w ogóle mało pomników,
ale wszystkie groby zadbane i cały cmentarz przestronny, czyściutki, zadbany,
wygodne alejki, dużo pięknej zieleni.
No i blisko miejsca , w którym mieszkamy. Krążyliśmy z mężem po tym
cmentarzu rozmawiając, że będzie nam tu miło spoczywać. I szkoda, że nie
za jednym zamachem.
Czuję się jakby mnie rozjechał walec drogowy wyciskając ze mnie przy
okazji wszystkie łzy. Nie mogę jeść, wszystko staje mi w gardle, nie mogę
spać, zasypiam po tabletkach raptem na 4 godziny, nie mogę nawet płakać.
Dziękuję Wam Wszystkim za słowa współczucia - bardzo dziękuję.

sobota, 10 sierpnia 2019

***

Dziś w nocy w czasie snu umarł mój mąż.
Był naprawde wspaniałym człowiekiem.
Zazdroszczę Mu takiego odejścia.
Trochę mnie tu nie będzie, ale pewnie wrócę.

piątek, 9 sierpnia 2019

Serce mi się ściska....

gdy  patrzę na okoliczne drzewa.
W ubiegłym roku było więcej gałęzi, w tym drzewo jakby wyłysiało,
z balkonu widzę, że niektóre gałęzie wręcz się poodłamywały.
To jeszcze stosunkowo młode dęby czerwone i one gorzej znoszą suszę
niż stare drzewa.

A tu już starsze drzewa i część ich liści wyraźnie schnie. Zresztą pod
drzewami  leży już sporo uschniętych liści.
















Krasnale już od poniedziałku są w szkole.  Starszy od następnego tygodnia
będzie raz w tygodniu uczęszczał na zajęcia  matematyczne na Uniwersytet.
Ciekawe czy z tej racji zrezygnuje z chóru, bo jak na razie to próby chóru
i ta matematyka wypadają w ten sam dzień.  Gdy mi dziecko o tym mówiło
to miało minę taką jakby dostało najcudowniejszą, wyśnioną zabawkę i
bardzo mocno przyciskał do swej chudziutkiej klatki piersiowej konspekt
który od nich dostał.
No tak - zero, albo mniej niż  zero moich genów;)
Czy wiecie, że dziś jest Światowy Dzień Miłośników Książek?
Book Lowers Day jest dniem powiększania swoich zbiorów książek oraz
dniem obdarowywania się  książkami.
Badania prowadzone przez psychologów wykazały, że czytanie pomaga
zmniejszyć stres, stymuluje umysł, poprawia pamięć, pomaga lepiej spać.
Czytanie pozytywnie wpływa na cały rozwój człowieka.
Uczy myślenia, pobudza wyobraźnię, rozwija umiejętność wysławiania się,
wyrabia cierpliwość a ponadto ci co dużo czytają są bardziej empatyczni
i mają więcej zrozumienia dla innych.
No to ja dziś wieczorem wreszcie będę mogła poczytać książkę napisaną
przez pewną uzdolnioną Stokrotkę.
 















czwartek, 8 sierpnia 2019

Gdyby mi ktoś.....

........w tamtym dniu powiedział,
że z tym chłopakiem spędzę całe swe dorosłe życie, zapewne  wzięłabym go
za wariata.
Byłam więcej niż pewna, że jak  znakomita większość mej bliższej i dalszej
rodziny wyjdę za mąż i.....zaraz wrócę.
Zwłaszcza, że nie byliśmy "przymusowymi ochotnikami" bo żaden "wcześniak"
nie był w drodze  a  ślub był głównie  wynikiem braku czasu  na spotkania.
Wykombinowaliśmy sobie, że jak weźmiemy ślub  to silą rzeczy będziemy się
mogli widywać codziennie. Powalająca logika, prawda?
To zdjęcie jest zrobione równo 55 lat temu, przed mokotowskim Urzędem
Stanu Cywilnego, już po króciutkiej ceremonii podpisania aktu ślubu.
Nawet nam Marsza Weselnego nie odegrali, bo właśnie była żałoba po  zgonie
niejakiego Aleksandra Zawadzkiego.
To było przed południem, tego samego dnia był (ze względów rodzinnych,
o czym proboszcz został przez nas poinformowany) ślub kościelny o godzinie
18,00, a o 21,00 zmordowani upałem zajęliśmy miejsca w pociągu do  Zakopanego.
I wiecie co? -  rzeczywiście ślub kosztował  "co łaska", mało tego, proboszcz nam
powiedział, że nawet tego  "co  łaska" nie musimy dawać. Bo udzielenie ślubu
jest jego obowiązkiem, a wystrój kościoła jest taki sam dla wszystkich.
A jeśli komuś jest zbyt skromnie, to przecież może sobie udekorować na swój
koszt, według własnego upodobania.
Kochanka mego wujka odśpiewała nam  "Ave Maria, " jedna z nieznanych mi
ciotek oświadczyła, że ostatni raz widziała mnie gdy miałam 2 lata, teściowa
zganiła mnie, że "niewiadomopoco?" miałam na głowie kapelusz i nie było
widać mojej twarzy. Zupełnie jakby było co oglądać;)
Oczywiście ślub  kościelny brałam w tym samym kostiumie co cywilny, a
kapelusz był jego uzupełnieniem.
Jak się domyślacie wesela też nie było.I ślubnych zdjęć u fotografa też nie,
bo oboje nie lubimy się uwieczniać na zdjęciach.
I to byłoby na tyle, jak mówił klasyk.





sobota, 3 sierpnia 2019

Czas.......

.........jakoś mi się zatrzymał w miejscu.
A może raczej to ja  utknęłam w jednym miejscu i nie mam ochoty ruszyć się
z miejsca.
Miałam, powinnam była, wybrać się do Słubic i.... NIC.
Planowałam  zwiedzić tyle miejsc i....NIC - upał mnie pokonał.
Powinnam była zrobić bardzo wiele rzeczy, ale już sama myśl o tych różnych
"powinnam" odbierała mi chęć do życia. Zrobienie zakupów w pobliskim
sklepie, wyjście na spacer, nawet ugotowanie obiadu, co zwykle zajmuje mi nie
więcej niż pół godziny - było problemem. I nadal na nic nie mam chęci, jestem
totalnie na NIE.
Od poniedziałku  dzieciaki już idą do szkoły. Starszy Krasnal bardzo urósł w te
wakacje, a że jest bardzo szczupły wygląda jak - patyczak.
Trochę się snuli po Alpach, potem robili razem z rodzicami kurs  żeglarski na
Elbie, dużo jeździli pociągami włoskimi i zwiedzali Włochy , zahaczyli nawet
o San Marino, w końcu hardkorowo,  z powodu upałów, wracali do Berlina.

Znalazłam filmik o Berlinie z 1900 roku
To rok, w którym wybudowano kamienicę, w której aktualnie mieszkam.

I dla równowagi- filmik o Warszawie, której też już nie ma, tej z 1938 roku



Dwa miasta o tragicznej historii, które powinny o niej pamiętać i w zarodku
tępić wszystko i wszystkich z wypaczonym pojęciem patriotyzmu.
Znalazłam też dwa filmiki  jak oba miasta wyglądały w 1945 roku
Warszawa:

i Berlin:

Moja  dalsza tzw. rodzina nie może się nadziwić, że moja córka wyszła za mąż
za Niemca i że my przenieśliśmy się do Niemiec. Bo oni wiele lat temu zabronili
jednej z córek wyjść za obcokrajowca, Duńczyka. Wyszła za Polaka , z pełnym
błogosławieństwem rodziców, lecz małżeństwo rozleciało się.
 Ale w wieku lat 70 spotkała swą dawną miłość, pobrali się i są razem.
Lubię Berlin, polubiłam to miasto od pierwszego wejrzenia- jest to miasto
bardzo wieloetniczne, w którym spotyka się różne kolory skóry. Bardzo lubię
patrzeć w Volksparku na  dzieciaczki- maluszkom naprawdę nie przeszkadza
żaden kolor skóry - tulą się do siebie zgodnie maluszki czarne,  żółte, brązowe,
białe, wszyściutkie uśmiechnięte, radosne.
Wierzcie mi - one naprawdę wszystkie tak samo reagują, kolor skóry nie ma
tu żadnego znaczenia. Tak samo radośnie  się  śmieją jak i tak  samo żałośnie
płaczą.
Zastanawiam się chwilami, kto i dlaczego mąci ludziom w głowach nakręcając
spiralę nacjonalizmu- nie tylko w Polsce ale i w Europie.

czwartek, 25 lipca 2019

Chyba dopada mnie.....

......jakieś wakacyjne totalne zniechęcenie.
Nie chce mi się pisać,  generalnie nic mi się  nie chce.
Najchętniej to wzięłabym coś na pospanie i pospała  snem  mało przytomnym
dni kilka. Ale nie mam czego wziąć.
A więc macie szansę trochę ode mnie odpocząć, czego Wam wręcz zazdroszczę.
Zostawiam Was z kilkoma filmikami:

i żeby  nieco ochłodzić atmosferę- w tym samym wykonaniu - Zima:


I coś  bardziej rozrywkowego, czyli Tres Lagrimas:

i  tango Flamenco, z ulubieńcem Alenki, Gavito:

Hauser solo:

Hauser w duecie z Lolą:

Koniecznie obejrzyjcie wszystko na YT. kilkając na  napis You Tube.
Do poczytania!

niedziela, 21 lipca 2019

I trochę muzyki

Dziś moje dwie ulubione piosenkarki -  Marie Laforet- dziś zapewne
już dawno zapomniana śpiewająca aktorka z Francji, urodzona w 1939roku.
W 1959 roku wygrała konkurs piosenkarski, w nagrodę  partnerowała
Alainowi Delon  w głośnym wówczas filmie "W pełni słońca".






 A druga moja ulubiona piosenkarka to Caro Emerald , której piosenki już tu
prezentowałam;




Miłego  nowego tygodnia dla Was Wszystkich!!!






sobota, 20 lipca 2019

Dziwne, ale......

........jeszcze  żyję.
Jak większość z Was  wie, jestem dziwadłem. Wielkim dziwadłem, takim
wielce nieprzewidywalnym. A poza tym wielce wkurzonym, bo od wczoraj
Google "przestało synchronizować   zdjęcia", czyli to co trafiało mi
automatycznie ze smartfona na "zdjęcia  Google" i miałam to już w kompie-
przestało trafiać. Podobno dotychczasowy tryb był mało intuicyjny. Ale dla
mnie był wielce wygodny i prosty.
Pogoń Google za "intuicyjnością" zrobiła  mnie osobiście "kuku". Aż się
zaczynam zastanawiać jakie jest  znaczenie  słowa "intuicyjność" zdaniem
informatyków - od dawna usiłuję to rozgryźć- bez powodzenia.
Poza tym - jak wiecie byłam wczoraj na imprezie - i to nie był dobry pomysł,
bo ja nie lubię  tłumów, festynów, jarmarków, odpustów.
A to właśnie była taka impreza - jedynym jasnym punktem było miejsce, czyli
mój ulubiony Ogród Botaniczny. Ale po kolei:
Na szczęście, wyjątkowo przytomnie, zrezygnowaliśmy z jazdy samochodem
i  pojechaliśmy autobusem. Nawet nie było tłoku, od nas to raptem  jest tylko
osiem przystanków, a do autobusu mamy ze 250 metrów.
Dojeżdżając rozglądaliśmy się dokładnie - nigdzie nie było nawet odrobiny
miejsca  na zaparkowanie choćby smarta, a więc  nasz wybór był wielce
słuszny.
Do innego niż zawsze wejścia  ogrodowego zmierzał tłum ludzi.
Część tak jak my z wykupionymi już biletami, niektórzy  dodatkowo stali  przy
kasach. Te wcześniej wykupione bilety były po 35,20€, te nabywane na miejscu
były o 4€ droższe. Dostaliśmy plan gdzie co się będzie  działo. I zaraz potem
przeszliśmy przez stanowisko, na którym sprawdzano nam torebki, plecaki itp.
I zaraz na wstępie, w okolicy budynków  szklarni, które potem będą grały główną
rolę poczułam, że to nie za bardzo mój klimat:
Ta zielona siatka z czerwoną tabliczką, po lewej stronie zdjęcia, skrywa
toczące się na terenie ogrodu prace czyli wykopy z gigantycznymi rurami.
Prace nieomal przecinają ogród na pół, na razie oszczędzając część środkową
przed szklarniami.



Na każdym większym trawniku królowały  rozstawione stoły, stoliki, ławy,
leżaki, namioty z  przeróżnym jedzeniem i napitkiem.
I tak w całym ogrodzie. Do tego, w jednej z głównych alei , gęsto stały obok
siebie  budki z  "wyżerką i napitkiem" rodem z różnych stron świata, bo jak
wiadomo, Berlin jest międzynarodowym miastem. Pomiędzy budkami były
miejsca do konsumpcji na stojąco lub siedząco.
W alejce kłębił się tłum ludzi, niemal wszystkie budki miały powodzenie.
Oprócz tych budek gastronomicznych były również budki z etniczną odzieżą,
w jednym widziałam b. ładne hinduskie szale (chyba ze sztucznego jedwabiu),
w innej królowały b. dziwne, aczkolwiek zabawne, żakiety nepalskie, kilka
budek  oferowało kapelusze  letnie, w jednej malowano henną wzory na
dłoniach, ze dwie prezentowały jakieś ozdobne  aniołki .
Były też trupy artystów wędrujące po całym ogrodzie. I te ich wszystkie
występy wywołały w  nas pewien smutek i....jakiś niesmak.  Bo były to
aż nazbyt widoczne chałtury- przechodzeni  artyści w mocno przechodzonych
strojach.
Może przesadzam, ale osobiście mnie nie bawią ani występy mimów, ani występ
pani kręcącej naraz 3 kółkami  hula hop, ani pan żonglujący piłkami tenisowymi
ani też clowni.
A wszystko w oparach  smażonych , gotowanych lub grillowanych dań. W wielu
miejscach między drzewami snuł się całkiem gęsty  dym.

Ten dziwnie odziany człowiek w cylindrze to "Pan Czekolada", budzący
wielkie zainteresowanie wśród dzieci, który właśnie wyruszył tą zatłoczoną
alejką.
W tym całym  chaosie trafiłam jednak na miłą chwilę, krótki występ pana
Jean Ghazala, saksofonisty. Grał świetnie, miło było posłuchać kilku
jazzowych kawałków.
Pogoda się "rozbujała" i było nie tylko gorąco ale i niestety duszno, pomimo
otaczającej nas zieleni, która nikogo  nie interesowała.
Nie da się ukryć, że największe zainteresowanie budziła strona gastronomiczna
tej imprezy - wszyscy dookoła coś przeżuwali.
Jedno co trzeba bezstronnie przyznać- organizatorzy zadbali o dostateczną ilość
koszy na odpadki, o ustawienie kilku dużych kontenerów ze strefą łazienkową,
wszystkie budki/kioski były czyste, nowe, rodem z jednej wytwórni.
Nie byliśmy jedynymi  osobami które  opuściły  dość wcześnie to  mało ciekawe
miejsce nie doczekawszy do godziny 22,00 gdy miały rozbłysnąć światłami
wszystkie szklarnie.
Zdecydowanie wolę Ogród Botaniczny w zwykły dzień, gdy przychodzą osoby
zainteresowane przyrodą a nie wyżerką.
No i znów się okazało, ŻE JESTEM DZIWNA


czwartek, 18 lipca 2019

Dobra rada.....

...... dla kobiet.

Jeżeli szukasz KOGOŚ kto:
- nigdy nie dotyka pilota, nie wrzeszczy podczas meczu,  przytula się do  ciebie
  gdy oglądasz romantyczny film;
-przyjdzie do twego łózka tylko po to by ci ogrzać zimne stopy i kogo możesz
  wypchnąć z łóżka gdy chrapie;
-kto nigdy nie krytykuje tego co robisz;
-kto słucha cię tak, jakby każde twe słowo było warte wysłuchania ;
-kto kocha cię bezwarunkowo i całkowicie to:
                            KONIECZNIE KUP PSA





Ale jeśli wolisz KOGOŚ kto:
- nie przyjdzie na twe wołanie;
-nie wraca na noc do domu lub wraca do niego tylko po to by zjeść i się
  wyspać;
-i zachowuje się tak, jakby sensem twego istnienia było zapewnienie mu
  szczęścia  to:
                             KUP KOTA  



lub :                           WYJDŹ  ZA  MĄŻ



I to byłoby na tyle, jak mawiał Klasyk;)

                        A taki był mój piesio w 2008 roku:



P.S.
Zdjęcia  1 i 2 z sieci;)


środa, 17 lipca 2019

Nicnierobienie, czyli.......

....to co najbardziej lubię robić.
Czasem mam wrażenie, że wierszyk zaczynający się słowami  "na tapczanie
siedzi leń, nic nie robi cały dzień"..... jest właśnie o mnie.
A  produkt końcowy mojego nicnierobienia wygląda czasem tak:
albo jest w innym kolorku




czasem w zupełnie innym kształcie:



lub jest naszyjnikiem "magicznym" bo jest  z "księżycowego kamienia":


 Ale wszystko to jest właśnie moje nicnierobienie. Nazwę nadała temu
moja znajoma, której pasją  życiową było wieczne sprzątanie i pucowanie
w domu wszystkiego. A musicie wiedzieć, że w domu była tylko ona i
jej mąż, brudzące dzieci były dorosłe i mieszkały  we własnych domach,
brudzący ukochany pies przeniósł  się za Tęczowy Most, goście, którzy
ewentualnie mogliby coś zabrudzić lub zaśmiecić bywali bardzo rzadko,
średnio przeciętnie ze  trzy razy w roku.
Wyobrażam sobie, jak ją musiał denerwować i zapewne gorszyć fakt, że
nawet przy psie sprzątałam raz na tydzień (pies miał myte łapki  po
każdym spacerze, a w deszczowy dzień  to i brzuszek  miał starannie umyty)
a gdy też się wybrał za Tęczowy Most to sprzątałam raz  na  dwa tygodnie.
Wpadła do mnie kiedys dość niespodziewanie i zastała mnie gdy buszowałam
w koralikach, zastanawiając się co by sobie ponawlekać - spojrzała na
porozstawiane różne pudełka i pudełeczka i stwierdziła: "no tak, ty jak zwykle
nic nie robisz." No i stąd wziął się termin "nicnierobienie".
To moje złamanie nieco mnie wytrąciło z owego "nicnierobienia" bo to
wymaga dość długiego przesiadywania, a dla stawów biodrowych siedzenie
ponoć jest zabójcze. I trochę w tym prawdy jest. Po dwóch, trzech godzinach
siedzenia  mam problem z wykonaniem pierwszych kilkunastu kroków.
Ale postanowiłam wrócić mimo wszystko do tego "nicnierobienia", bo mam
sporo rozpoczętych i niedokończonych projektów.
Zdjęcia kiepskie,  robione  telefonem a słońce znów strajkuje, widać bardzo
zmęczyło się świeceniem gdy byłam na spacerze.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Nic, albo.....

....jeszcze mniej niż nic się nie dzieje.
Podobno pogoda jest zawsze, ale jeśli idzie o mnie, to mogłaby być nieco
lepsza, bo jeśli muszę zakładać  polarową bluzę żeby nie zmarznąć, to tak
jakby to była  wiosna a nie lato. Słońce strajkuje, wiatr wieje, niebo jakieś
takie szare. 
Mam tylko cichutką nadzieję, że w najbliższy piątek będzie cieplej, bo spory
kawałek nocy z piątku na sobotę mam spędzić pod gołym niebem, o tu:

czyli w Ogrodzie Botanicznym.
Dwie kolejne noce w roku (czasem w czerwcu, czasem w lipcu)  berliński
Ogród Botaniczny zamienia się w miejsce zaczarowane, gdzie króluje światło
i dźwięk. Podobno jest to najładniejsza  plenerowa impreza w Berlinie.
Z okazji  swoich urodzin jako prezent  urodzinowy dostałam 2 bilety na tę
właśnie imprezę. Nie mam pojęcia jaki będzie program, ale z tego co o tej
imprezie słyszałam i czytałam to jest "bajecznie". Pożyjemy - zobaczymy.
Zaczyna się to w piątek o godz. 18,00 i trwa do godz. 2,00 w nocy. Mam
nadzieję, że pogoda dopisze, nie będzie  deszczowo ani zimno i wszystko
Wam potem opiszę. Ale zdjęć nie obiecuję. A to zdjęcie wzięłam z sieci.

sobota, 13 lipca 2019

Sobota.....

.......słońce świeci, temperatura przyjazna, trochę ponad 20 stopni, a ja na dziś
przygotowałam muzykę lekką, łatwą i przyjemną.


 A poniżej ciekawostka  tak wyglądały wspólne początki mojej ulubionej
pary argentyńskiej:




A tak tańczą w tym roku:

Miłego, pogodnego weekendu dla Was;)

piątek, 12 lipca 2019

Świergotliwe ociupeństwo

No i znów będzie o niczym.
Jak zapewne wiecie  mam tu pod domem drzewa, co wygląda z mego balkonu
o tak:
Już od kilku dni, ilekroć jestem na balkonie słyszę dziwne ptasie trele
płynące z okolicy tego właśnie drzewa.
I dopiero wczoraj udało mi się zobaczyć małego solistę - jest wielkości
wróbla, tylko ma nieco dłuższy ogonek, na  łebku ma czerwoną "czapeczkę",
jasne "policzki", brzuszek kremowo -beżowy, skrzydełka w czarne i białe
poprzeczne paski a jego piosenka nie jest zbyt skomplikowana, ot kilka lub
kilkanaście piskliwych dźwięków ki-ki-ki-ki, szybko po sobie  następujących.
Małe to, ruchliwe, ale głosik ma dość mocny.
To po prostu dzięciołek. Samczyki mają czapeczki czerwone, samiczki- czarne.
I chyba mają tu swoją dziuplę, co może oznaczać, że to drzewo ma nieco już
spróchniałe drewno, bo dzięciołki robią dziuple tylko w spróchniałym drewnie,
mają wszak dość słabe dzióbki w porównaniu do dziobów swych  większych
kuzynów. Na ogół  pracowicie "wykuwają" dla siebie nawet trzy dziuple, jedną
lęgową, a dwie do noclegów.
Nie udało mi się tych maleństw sfotografować, bo strasznie ruchliwe te
ptaszyny, więc  wyszukałam ich fotki w necie i na stronie pani Haliny Kubiak
znalazłam portret pana dzięciołka:
zdjęcie ze strony www.halinakubiak.pl
Jeżeli lubicie zdjęcia ptaków  i nie tylko, zajrzyjcie na tę stronę koniecznie.

W czasie mojej ostatniej zimy  w Warszawie, do mojej ptasiej stołówki
przylatywała pani dzięciołkowa i pamiętam ile się naszukałam w książce by
dowiedzieć się co to za ptaszyna nawiedziła karmnik.
Tu od razu wiedziałam, że to dzięciołek, dzięki tej czerwonej czapeczce.
A na naszym podwórku urzęduje para drozdów, z wielką powagą spacerują
wzdłuż płotu obrośniętego winobluszczem i chyba mają niezłą wyżerkę,
bo jakieś coraz grubsze są. Tu w ogóle ptaki mają się świetnie, bo jest
dużo drzew i krzewów, wróbli obu gatunków multum. Podobnie jest z kosami,
śmiejemy się, że kos to ptak miejski. Za to nie ma, przynajmniej w mojej
dzielnicy, gołębi skalnych i srok. Jest kilka par gołębi leśnych i kilka par
synogarlic. I.....nie ma bezpańskich kotów tudzież psów.
Uwielbiam Berlin, naprawdę.




czwartek, 11 lipca 2019

Wczorajsze atrakcje

Narzekałam, że nic się u mnie nie dzieje i .......zaraz zostałam ukarana.
Ci co bywają u mnie od początku mego blogowania, zapewne pamiętają, że
mój ślubny, 10 lat temu, miał wielkie szanse przenieść się w "lepszy wymiar"
w związku z powikłaniami po implancie zastawki aortalnej serca i baypasach.
W 2009 r od końca grudnia do Wielkanocy 2010 r wszystko "wisiało na włosku"
 i zżerało moje nerwy. To pewnie  dlatego wredna jestem;)
No ale  do brzegu- siedzę wczoraj wieczorem przy kompie, słucham muzyki
i nagle, poprzez muzykę, słyszę ryk dobiegający z łazienki: "Czy możesz mi
pomóc?"
Wpadam do łazienki i widzę: mąż siedzi na stołku przy umywalce i trzyma
w niej zakrwawioną rękę. Pierwsze co pomyślałam: "cholera, rękę sobie
uciął", ale następny rzut oka uświadomił mi, że on jedną nogę trzyma w misce
z wodą pełną krwi, a lewą nogę w powietrzu  nad tą miską i z tej nogi, z okolicy
kostki od strony zewnętrznej,  ciurkiem leci krew.
Zdębiałam i grzecznie pytam co sobie zrobił, że mu ta krew tak leci. Chłop
przysięga, że nic, właśnie zdjął skarpetkę i chciał sobie  nóżęta wymoczyć
w specjalnej soli do stóp, włożył do miski prawą  stopę i gdy tylko  zsunął
skarpetę z drugiej stopy ze zdumieniem odkrył, że nagle zaczął krwawić z tej
lewej, jeszcze nie zamoczonej stopy.
A trzeba  Wam wiedzieć, że on od czasu operacji bierze środki rozrzedzające
krew, bo mu wstawili zastawkę  metalową i trzeba rozrzedzać krew, by nie
powstał na zastawce skrzep. Zastawka biologiczna tego nie wymaga.
No niemal mnie zatkało, ale całkiem dzielnie wyciągnęłam materiały do
opatrzenia, przyłożyłam jałowy gazik, który natychmiast przesiąkł na  amen,
potem jeszcze dwa, potem kłąb waty, wszystko razem zabandażowałam mocno,
doprowadziłam go do stanu takiego by przeszedł do pokoju, kazałam się
położyć,  nogi w górę i okład z lodu na  tę nogę powyżej dziury, z której tak
ciekło. Siedzę i dumam co się stało i co dalej robić. Zmierzyłam mu ciśnienie
ze dwa razy, wpierw było jak na niego b. wysokie bo "aż" 130/65a zwykle ma
105/65, potem wróciło do jego normy. No tak kombinuję jak  koń pod górę,
 co dalej robić. Po godzinie postanowiłam zajrzeć co pod tym opatrunkiem.
Jeszcze krwawiło, dziurka była malutka, założyłam kolejny opatrunek i
dalej dumam. Z tego wszystkiego zatelefonowałam do córki, która  aktualnie
jest te 800 km od  Berlina, a ona stwierdziła, że trzeba koniecznie jednak
wezwać pogotowie. No to wezwaliśmy, chociaż ja jestem wrogiem pogotowia,
niezależnie od tego, w którym kraju. Nawet szybko przyjechali (karetka
straży pożarnej), zachwycili się jak fachowo ma założony opatrunek, ja ich
połączyłam z córką, pogadali i wzięli mi chłopa do karetki, informując mnie,
że jadą z nim  do szpitala klinicznego. O godz. 23,30  dzwoni mój  mąż i mnie
informuje, że nie krwawi, ślad po tym jest jak po ukłuciu igłą i jest "strupeczek",
zakleili mu to plastrem i wysyłają go do  domu i ma sobie  znaleźć sam taxi
i wracać do domu. I za niecałe pół godziny rzeczywiście dotarł do domu.
Nie badali go, nawet ciśnienia nie zmierzyli. Trochę mnie to zdziwiło, bo facet
ma 78 wiosen, omawiając  "przypadek" córka podała, że jest na  lekach które
rozrzedzają krew, więc powinni byli zrobić mu badanie na poziom INR, czyli
krzepliwości krwi, a wypuścili go w nocy, samego. Badanie INR nie jest
skomplikowane, bada się tak jak poziom cukru u cukrzyka, aparacikiem.
No cóż, moja awersja do interwencji pogotowia tylko się wzmogła.
Tu też brakuje lekarzy, a na "SORach" królują młodzi, niezbyt doświadczeni
lekarze.
 Na razie jest cisza i spokój, tylko ja wrzeszczę co chwila, by nie siedział
z nogami na podłodze a trzymał  je na poziomie własnego  siedzenia.
Po powrocie męża  musiałam odreagować całe zajście i poszłam spać około
2,30 w nocy.
Lato dziś wróciło, o czym uprzejmie donoszę, słońce pracuje, już jest  
dwadzieścia trzy w cieniu.

środa, 10 lipca 2019

O niczym....

......bo najbardziej lubię pisać o niczym.
Bo tak naprawdę to nic ciekawego ani niezwykłego nie dzieje się u mnie.
Nawet pogoda porzuciła swe ekstremalne wyskoki i w mieście nad Szprewą
pogoda oscyluje pomiędzy 15 a 18 stopni w cieniu, słońce świeci niezbyt
nachalnie, deszcz zaszczycił miasto ze dwa dni temu, ale padał bez przesady.
Krasnale z rodzicami wybyły na wakacje,  nam przybyła obsługa kwiatków
na ich balkonie i opróżnianie skrzynki na listy.
Wpadliśmy wczoraj  w głęboki namysł co zrobić, żeby się nie zatęsknić za
dziećmi.
Pierwsze co wymyśliłam- zakiszę ogórki, bo roboty niewiele, a wszyscy je lubią.
Zakupilam ogórki , koper, czosnek - zakisiłam. Jutro kupię następną partię.
Przypomniało mi się, że przecież potrzebuję narzutę na  łóżko, bo to co mam
zupełnie nie odpowiada mi kolorystycznie -  super wściekła zieleń.
No to pomarudziłam nadając tekst, że jeszcze jeden dzień tej zieleni na mym 
łóżku a oszaleję. Potem kusiłam, że może uda nam się kupić jakąś  fajną
letnią kurtkę/bluzę dla  ślubnego a i może jakieś fajne letnie  buty?
I moja rybka połknęła  haczyk- 3 stacje  metrem i Karstadt- czyli kilometry
sklepu. A ja przecież mam dużo chodzić, ale nigdzie nie jest powiedziane, że
tylko po parku.
W całym Karstadzie "letnie przeceny" bo przecież jesień tuż za progiem, czyli
potrzebne jest miejsce na nowe kolekcje.
Zamiast typowej narzuty kupiłam  dralonowo-bawełniany koc, "letni", bo ten
bawełniany skład zaliczał go do letnich kocyków i zamiast 30€ zapłaciliśmy
19,95€.
Potem zaczęło się namawianie  ślubnego na letnią bluzę. Cena "wywoławcza"
po pierwszej letniej przecenie była coś około 35€, przy kasie okazało się, że
zapłaciliśmy  tylko 25€, dzięki czemu udało mi się namówić  męża na zakup
jeszcze dwóch nowych letnich koszulek polo ( to jest jego ulubiony fason),
za które  też zapłaciliśmy mniej niż głosiła metka. Z tej radości dał się nawet
namówić na ekskluzywne wkładki do butów, które wcale nie były tanie, ale
jakoś tego nie zauważył;)
Tym sposobem całość zakupów zamknęła się w sumie poniżej 100€.
Znacie powiedzenie nie ma róży bez kolców?  Sprawdziło się - stan euforii
zakupami został wyciszony  wpierw pół godzinnym oczekiwaniem na  metro,
potem informacją ( gdy tłum na peronie już  bardzo zgęstniał), że niestety, za
co bardzo przepraszają, z przyczyn technicznych pociągu nie będzie, ale
"na powierzchni" będzie wkrótce podstawiony autobus zastępczy, piętrowy.
Tłum, nawet nie złorzecząc, udał się  do autobusu, a mnie się przypomniało,
że to tylko 3,25  km do nas do domu i już raz wędrowałam tak od  domu, w tę
stronę. Bohatersko ruszyłam , ale po kilometrze załamałam się, zwłaszcza,
że dotarliśmy do postoju  taksówek, a moje biodro już miało dość, bo przecież
nałaziłam się już po  Karstadzie i nastałam pół  godziny na peronie.
No i przez tę  taksówkę koszt wyprawy wzrósł aż do 102 €;)
A ja, jako wyjątkowo wredna baba, " zapomniałam" zakupić sznurowadła do
swoich butków, więc następna wizyta w Karstadzie obowiązkowa - damskie
ciuszki też były mocno przecenione, ale przezornie nie byłam na piętrze  na
którym  one są. Ale teraz przez nie przelecę;)))
I jak znam swego męża i życie, to nie ja będę inicjatorką zakupów dla mnie.
A "kocykowa"  narzuta wygląda tak:
                                         


niedziela, 7 lipca 2019

Ciekawostka....

....czyli  najdłużej trwające badanie w dziedzinie psychologii, test Granta
i Gluecka z Uniwersytetu Harwarda.
W badaniach  wzięło udział 456  ubogich mężczyzn, dorastających w Bostonie
w latach 1939 -2014  oraz 268 mężczyzn, absolwentów Harwardu z roczników
1939 - 1944.
Badani byli oceniani co najmniej raz na dwa lata z pomocą kwestionariuszy,
informacji pochodzących od lekarzy i poprzez osobiste wywiady.
Zbierano dane na temat ich zdrowia  fizycznego, psychicznego, zadowolenia
z kariery zawodowej, jakości pożycia małżeńskiego oraz samopoczucia na
emeryturze.
Celem badań było określenie czynników, które mogą wpływać na zdrowe
i szczęśliwe starzenie się.
Najważniejsza informacja- tym co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi i zdrowsi
są dobre relacje z innymi ludźmi.
Osoby samotne dużo wcześniej zaczynały chorować i umierały w stosunkowo
młodym wieku.
Okazuje się, że jeśli ma się przy sobie kogoś na kim można polegać, witalność
i zdrowie towarzyszy nam o wiele dłużej.
Przy okazji dokonano zaskakującego  odkrycia - sympatie polityczne mają
wpływ na jakość życia seksualnego.
Mężczyźni o poglądach liberalnych byli dłużej aktywni seksualnie, konserwatyści
rezygnowali z seksu nawet kilkanaście lat wcześniej.
Dobre związki badanych mężczyzn z ich matkami też  miały wpływ na ich życie-
ta grupa lepiej zarabiała, rzadziej zapadała na demencję, bardziej przykładała
się do wykonywania obowiązków zawodowych.
Pozytywne relacje z ojcem wpływały z kolei na lepsze radzenie sobie z lękami
oraz....docenianie wolnego czasu.
Może się mylę, ale  mam wrażenie, że panowie Grant i Glueck z Harwardu
niewiele nowego wnieśli do nauki tym badaniem.
Dla mnie te wyniki nie były żadnym zaskoczeniem, A dla Was?

piątek, 5 lipca 2019

Wreszcie mi się udało....

....klapnąć , więc jest muzyka   na weekend.
Całkiem świeżutkie nagranie mojego ulubionego duetu wiolonczelowego:


I tylko  nieco starsze nagranie   Luki Sulica:


No i dla tych co chcą się nauczyć tańczyć tango:


Zrobiłam ogólnodostępną listę lekcji tanga, demonstrowaną przez tę moją
ulubioną parę.
Jeżeli kogoś interesuje, to proszę w wyszukiwarkę You Tube wpisać:
"Play Lista Suarez,Achaval, work, Anna K.,"
wtedy na to  traficie. No i trzeba koniecznie wpisać  to "Anna K."
bo nie ja jedna układałam Play Listę z udziałem tych  tancerzy.
Tych lekcji nagrałam chyba 71.
 Miłego weekendu Wszystkim, słonka  bez upału ;))


czwartek, 4 lipca 2019

W głowie mi huczy....

....bowiem spędziłam 1,5 godziny w kinie.
W charakterze opieki nad Krasnalami. Film był w technice 3D, animowany.
Plus polegał na tym, że bardzo wygodne były fotele - aż się zastanowiłam
czy nie dałoby się takiego zainstalować u mnie w pokoju.
 Okazuje się, że dzieciaki po raz pierwszy zdecydowały się na obraz w 3D,
dotychczas wolały zwykłe filmy.
Był tylko jeden duuuuży minus - decybele. Ja, która od jakiegoś czasu mam
olbrzymi niedosłuch  jednego ucha- siedziałam ogłuszona. Następnym razem
wezmę ze soba stopery. No a gdy dźwięk podkreślał dramaturgię tego co
się działo na ekranie - regularnie podskakiwał i drżał ów wygodny kinowy
fotel.
Widzów na sali było tak  pomiędzy 10 a 15 osób. Tu chyba też obowiązuje
zasada, że jak jest na sali  sześć osób to już można wyświetlać film.
Podobno dzieci już widziały pierwszą część, teraz  była część druga.
W kinie było "tylko" siedem sal kinowych i chyba w jednej z nich wyświetlali
 film o zdobywaniu Mont Everestu i też w technice 3D i kto wie czy nie będę
musiała na niego pójść, jeśli mój były wspinacz zassał, że jest tam grany.
Przezornie mu nic o tym nie wspomniałam, bo wredna przecież jestem, ale
powstrzymałam się gdy przyszło mi na myśl jaki będzie huk schodzącej
lawiny śnieżnej lub to wycie  wiatru, który tam wciąż wieje.
Na szczęście nie jest daleko, 2 przystanki metrem + 500m per pedes, bilety
oczywiście kupić można elektronicznie.
Dzieciaki przed seansem zaopatrzyły się w olbrzymią torebkę popcornu na
słodko, której zawartość wmiotły. W ogóle  miałam wrażenie, że większość
przyszła do kina głównie by się posilić - widocznie oglądanie bez ruszania
jamą gębową możliwe nie jest ;)
W poniedziałek  "moi" wyjeżdżają na trzy tygodnie, a my sobie pojeździmy
po Berlinie. Więc będą zdjęcia, oczywiście "domów" nie odpuszczę.

A na osłodę nieco już wyrośnięci The  Shedows:



Ależ to były prywatki!
Oczywiście posłuchajcie tego na YT.




wtorek, 2 lipca 2019

Czy wiecie , że....

....organizacja WWF czyli  Światowy Fundusz na rzecz Przyrody monitoruje
od 1970 roku stan przyrody?
Ostatni raport WWF może przyprawić każdego myślącego człowieka o
prawdziwy niepokój.
Okazuje się że od 1970 roku wyginęło bezpowrotnie 60 % ssaków, ptaków,
ryb i gadów na naszym globie.
Przyczyną jest bezmyślna działalność ludzi, degradacja siedlisk, nadmierna
eksploatacja dzikiej przyrody.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gatunki wymierają od 100 do 1000 razy
szybciej niż przewidywano.
Tracimy bioróżnorodność w tempie obserwowanym w czasie masowych
wyginięć.
A Międzynarodowy Zespół  do Zmian Klimatu przy ONZ ogłosił, że na
zatrzymanie wzrostu temperatury na naszej  planecie  zostało nam tylko 12 lat.
Na razie na początku maja  brytyjski Parlament ogłosił klimatyczny stan
wyjątkowy.
Corocznie do Wszechoceanu wpływa OSIEM MILIONÓW TON plastiku.
Na Oceanie  Spokojnym największa "plama" odpadów plastikowych  jest
większa od powierzchni FRANCJI, NIEMIEC i HISZPANII  razem wziętych
i wciąż się poszerza.
W wirze prądów morskich pomiędzy Hawajami a Kalifornią powstała wyspa
zawierająca ok. 1,8 tryliona kawałków plastiku, co stanowi poważne zagrożenie
dla życia morskich zwierząt, bo małe kawałeczki rozkładającego się pod
wpływem słońca i wody morskiej plastiku stają się pokarmem dla nich, co
również zagraża życiu ludzi konsumujących wiele stworzeń morskich.
I ta "wyspa" jest dwa razy większa od stanu TEKSAS.
Na Wyspach Marshalla ustawowo  wprowadzono zakaz używania produktów
jednorazowego użytku produkowanych z tworzyw sztucznych.
Nie ma tu worków plastikowych, toreb, styropianowych pojemników,
talerzy, kubków plastikowych oraz jednorazowych plastikowych sztućców.
I coś mi się widzi, że wszystkie rządy czekają chyba na jakiś  cud, bo tak
naprawdę nie ma żadnych  wspólnych skoordynowanych działań by
ratować ziemskie oceany i ich faunę i florę.


Na poprawę nastroju posłuchajcie muzyki, lekkiej, łatwej i przyjemnej.
Miłego dla Was;))))


poniedziałek, 1 lipca 2019

Wczorajszy dzień......

.....dał mi do wiwatu.
Już od świtu było wrednie, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jestem
w......szklarni. I to takiej mocno nagrzanej i wilgotnej.
Oczywiście grzecznie siedzieliśmy w domu, w którym temperatura była
dość stała, czyli 27,8 stopnia, od świtu do nocy.
I jedyne co mogłam robić  to było NIC, a tak dokładnie to sobie ułożyłam
na YT własne Play  Listy, co mi szczęśliwie jakoś nieźle poszło.
Z tego wszystkiego już nie  wstawiłam na blog "mojej muzyki", co dziś
nadrabiam.
Dziś Il  VOLO:



Wybrałam same oficjalne  video clipy, bo ich jakość  jest zdecydowanie lepsza
niż filmiki z koncertów.
No i nie może obejść się  bez tanga- moi ulubieńcy właśnie kończą wizytę
w Washingtonie.


sobota, 29 czerwca 2019

I znów sobota.....

Czas jakoś mi śmiga, ani się obejrzałam a tydzień minął.
Cały tydzień Krasnale miały "warsztaty w ZOO", nawet w najbardziej
upalny dzień, kiedy to temperatura miała być +40 stopni, ale łaskawie
zatrzymała się na 35 stopniach.  Dzieci   były codziennie wiezione do
ZOO na godz. 9,00 i do 13,00 brały udział w "życiu codziennym zwierząt".
Wczoraj,  po ostatnim dniu zajęć  zjechali do nas.  Bardzo się dzieciom te
zajęcia podobały a najbardziej  fakt, że karmili makaki. Karmili  i inne
zwierzaki, no ale makaki były najfajniejsze.
 Następny tydzień jeszcze siedzą w domu, więc pewnie będziemy musieli
gdzieś się z nimi wybierać. Potem wyjeżdżają z rodzicami a my już sobie
planujemy co będziemy zwiedzać w Berlinie.
A tymczasem  trochę muzyki i tańca- no wiem, monotematyczna jestem, ale
jako ktoś nie chce to nie musi ani słuchać ani oglądać;)


I coś spokojniejszego, bo już 25 stopni w cieniu:


Tu wywiad z moją ulubioną argentyńską parą, Roxaną Suarez i Sebastianem
Achaval

I ich "reklamowy spot",
Obydwie pozycje dedykuję Alence.

I dla równowagi trochę znów do posłuchania:


Miłego weekendu! Wszystkim !!!

środa, 26 czerwca 2019

Post dla tych, co..........

.........nie , nie dla tych co na morzu, ale dla tych którzy będą w Wenecji.


W Wenecji byłam niestety tylko 2 razy a to stanowczo za mało. Bo Wenecja
to nie tylko Plac Św. Marka, Wybrzeże Słowiańskie, Pałac Dożów czy też
Most Rialto.
Odnoszę wrażenie, że niewiele osób było gdzieś dalej, poza tym ściśle
turystycznym miejscem. Tak naprawdę to powinno się tam być z tydzień i
codziennie gdzieś wędrować po mieście.
Po drugiej stronie Canale Grande stoi Pałac o bardzo złej sławie, choć niewątpliwie
jest bardzo ładny.
Jest to pałac, który stoi na miejscu ossuarium, miejscu pochówku Templariuszy.
Giovanni Dario, który wsławił się wynegocjowaniem dobrych warunków pokoju
z Turkami, w 1486 roku otrzymaną za swe starania dyplomatyczne  nagrodę
postanowił przeznaczyć na przebudowanie stojącego w tym miejscu pałacu na
swoją rezydencję. Projekt i  nadzór nad budową objął czołowy przedstawiciel
Renesansu  włoskiego , Pietro Lombardo.  Dostęp do  pałacu jest tylko od strony
kanału. Ciekawostką jest inskrypcja, którą opatrzono pałac. Z liter można ułożyć
dwa napisy:
1. Geniuszowi miasta, Dariuszowi.
2. Doprowadzę do ruiny każdego mieszkańca.
Trochę dziwne, prawda?
Zaczęło się wszystko od ślubu Marietty, córki Giovanniego Dario z synem ich
sąsiada, Vinzenzio Barbaro.
Podobno córka została do tego związku zmuszona, nad czym cały czas bolała.
No ale kto się wtedy pytał dziewczyny? Ślub odbył się w 1492 roku.
W rok po ślubie córki Dario stracił cały majątek i popełnił samobójstwo.
A w kilka dni później teścia Marietty znaleziono w  przypałacowym ogrodzie
martwego, ślady świadczyły, że  został zamordowany.
W 1515 roku w jednym z zamkniętych pomieszczeń pałacu znaleziono martwą
Mariettę. Nie wiadomo było- czy sama się zamknęła i zagłodziła czy też może
zamknął ją tam jej mąż, osobnik wielce porywczy. Nic nie zyskiwał na jej śmierci,
bowiem Marietta wcześniej sporządziła testament, wg którego pałac miał zostać
wynajęty ambasadorom tureckim.
W 1664 roku zginął ostatni  potomek rodu Barbaro, Giacomo,syn Marietty
i Vinzenzia. Zginął co prawda nie w pałacu, a na Krecie, gdzie przebywał
w charakterze gubernatora.
W sześć lat później pałac nabył bogaty Armeńczyk Arbit Abdol, handlujący
diamentami i rubinami. Organizował wciąż wystawne przyjęcia na które
przybywały bogate Wenecjanki, ale stracił cały majątek i zmarł na atak serca.
Następnym właścicielem posiadłości został Rawdon Brown. Też długo nie
nacieszył się pałacem, zbankrutował i popełnił samobójstwo.
Francuski poeta-symbolista- Henrie de Regnier wprowadził się w 1899 roku do
pałacu. Narzekał na obecność duchów, nocami gorączkował i majaczył o
zamaskowanej kobiecie z portretu pędzla  Pietra Longhi, wiszącego obok portretu
sułtana Mehmeda II Zdobywcy, który namalował Gentile Bellini.
Tą tajemniczą damą była Maria de Riva, która w czasach Casanovy poszukiwała
w różnych bibliotekach książek o czarnej magii, za co została uwięziona.
Umordowany gorączką i majakami Regnier opuścił Wenecję i wrócił do Paryża.
W 1950 roku właścicielem pałacu stał się Amerykanin Charles Briggs, którego
współlokator i kochanek z nieznanego powodu popełnił samobójstwo. Zrozpaczony
Briggs wyjechał do Meksyku, gdzie został zamordowany w swoim pokoju w hotelu.
Następny właściciel, Filippo della Lanza, też homoseksualista, został zabity przez
swego partnera (cios w głowę  statuetką z brązu)któremu nie wiadomo jakim
cudem udało się  uciec przed wymiarem sprawiedliwości.
W 1964 roku. świetny tenor Mario del Monaco zapragnął nabyć ten pałac, ale gdy
jechał do Wenecji by sfinalizować umowę - miał wypadek samochodowy, który
uznał za przestrogę i do transakcji nie doszło.
W 1979 roku Kit Lambert. menager zespołu The Who,wraz z jego członkami 
organizował w pałacu "orgietki" a narkotyki i alkohol były na porządku dziennym.
Pewnej nocy będąc na głodzie narkotykowym wybrał się "po towar", wrócił do
domu i...tu zaczyna się zagadka co naprawdę spowodowało śmierć Lamberta -
przedawkowanie czy bójka w czasie której zleciał ze schodów.
W 1981 roku,  pałac nabył Fabrizzio Ferrari. I zaraz potem na jaw wyszły
wszystkie jego ciemne interesy i Ferrari się wyprowadził.
Ostatnim  właścicielem był pod koniec lat 80-tych biznesmen Raul Gardini, ale
klątwa nadal działała. Na początku lat 90-tych ujawniono aferę korupcyjną ,
w którą Gardini był porządnie zamieszany, więc szybko wybrał honorowe
rozwiązanie- śmierć.
Jak widać nie wszystko co piękne to dobre.
Podobno za 1 osobo/dobę w pałacu należy uiścić kwotę 269 zł.
Jest ktoś chętny???
                                             
A tu dodatek- Pałac Dario  pędzla  C.Moneta



wtorek, 25 czerwca 2019

Wspominkowo, wakacyjnie

Niestety nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, że jest upał, w związku z czym
robię NIC a spacer ograniczyłam do wyjścia na loggię o 7,30 rano by podlać
kwiatki nim słońce je  zaatakuje.
Komentarz Asmo pod moim poprzednim postem przywołał w mej pamięci
 mój pierwszy "dorosły"  pobyt w Jastarni.
Do tejże Jastarni zjeżdżałam na prawie każde  wakacje od dziecka, ale zawsze
byłam pod opieką  babci, która zastępowała mi  matkę i nazywałam ją mamą.
Właśnie ukończyłam 16 lat i siostra mego ojca stwierdziła, że jestem niemal
dorosła, więc mogę w lipcu pojechać do tejże Jastarni ze swymi młodszymi
braćmi ciotecznymi,  jako ich opiekunka. Jeden miał 10 lat, drugi 8.
Wyjeżdżając z Warszawy zostałam wyposażona w wielce nobliwy,wełniany,
w kolorze błękitnym, jednoczęściowy kostium kąpielowy.
Wyglądałam w nim niewątpliwe wielce przyzwoicie, zwłaszcza , że nie
eksponował kształtów mego ciała i czułam się w nim jak w worku. Gdy już
pokonałam odległość Warszawa - Gdynia gdzie  stale mieszkała ciotka,
u niej w domu zaczął się przegląd mojej  garderoby, bo nieco przeraziła ją
wielkość mojej walizki.
W czasie przeglądu, który był "redukcją  wyrazów podobnych" wyszła
sprawa owego worka, tzn. kostiumu kąpielowego.
Cioteczka załamała ręce - w czymś takim absolutnie nie mogę być na plaży,
bo zaczną mnie oglądać jak dziwoląga!  Problem był w tym, że następnego
dnia rano odpływałam razem z dziećmi do Jastarni , a sklepy były już
zamknięte. Cioteczka pogrzebała więc w swej przepastnej szafie i znalazła
kupon kretonu w obłędnej czerwieni, na której były wydrukowane różnego
kształtu amfory i dzbanki w kolorze....złotym.
Wcisnęła mi ten materiał do walizki, dodała igły, nici i jakieś tasiemki i kazała,
bym zaraz po przypłynięciu do Jastarni zajęła się uszyciem sobie bikini, bo
młoda jestem a ten worek, który babcia mi dała to kompromitacja.
Wytłumaczyła, że mam po prostu wykroić 2 trójkąty, jeden nieco większy na
tył  majtek, drugi nieco mniejszy na  przód, po bokach  będą wiązane.
Z jednej strony mam to wiązanie  przeszyć na stałe, z drugiej będę sobie
wiązać doraźnie. Stanik  to miał być pasek szerokości ok. 20 cm, pośrodku
zmarszczony, z tyłu paska miałam zrobić dwa tuneliki by w nie wciągnąć
tasiemkę do zawiązywania stanika.
Szyłam cały dzień (ręcznie) i spory kawałek  nocy, już się rozwidniało gdy
się położyłam spać ale bikini było uszyte.
Jakimś cudem bikini nawet  dobrze na mnie leżało a ja z ulgą stwierdziłam,
że całkiem  fajnie w nim wyglądam.
I tak sobie  cały lipiec  plażowałam, pilnując dzieciaków i sama się rządząc. 
1 sierpnia o świcie, czyli o 6 rano zjechała pociągiem babcia.
Zaczęło się niefartownie bo zaspaliśmy i nie było nas  na dworcu w Jastarni.
Zaraz po śniadaniu, które zjedliśmy w mlecznym barze, pognałam z dziećmi
na plażę, babcia miała do nas dołączyć później.
Babcia nie przepadała wcale za wakacjami nad morzem, bo jak to nad morzem-
przeważnie wiał wiatr, a wiatr źle na nią wpływał.
Stojąc obok naszego wspaniałego grajdoła (który chronił nas od wiatru)
widziałam jak idzie od przejścia brzegiem plaży i wysłałam dzieciaki na jej
 spotkanie. Przyprowadzili babcię, ta  spojrzała  na mnie i wrzasnęła:
"natychmiast masz to zdjąć z siebie! I ubrać przyzwoity kostium!"
Mama, ale jak to zdejmę to będę goła, całkiem. A tamten kostium ciocia mi
zabrała i wyrzuciła.
Babcia, obrażona na  świat i ludzi zdjęła sweter i usiadła na kocu w grajdole.
Po kilkunastu minutach powiedziałam- zobacz wszystkie kobiety są w takich
kostiumach, te stare też (pewnie tak około czterdziestki były).
Babciunia rozejrzała się - rzeczywiście dookoła siedziały, leżały , stały, same
nieprzyzwoicie  przyodziane kobiety.
A dzieciaki wcale nie były zachwycone, bo:
skończyło się  jedzenie bułek  na plaży i siedzenie na niej do godz. 16,00 oraz
obiady w knajpie, nad którą mieszkaliśmy; skończyło się również jedzenie na
plaży gotowanego bobu ( bo nie wiadomo w jakich warunkach był gotowany),
obiad był po bożemu, czyli w największy upał o godz. 13,00 i skończyło się
pływanie po zatoce  kajakiem w każde popołudnie.
Mnie było wtedy lepiej o tyle, że nie musiałam pilnować  dzieciaków, mogłam
wreszcie pograć  na plaży w siatkówkę a  wieczorem wyskoczyć na tańce, lub
z nowo poznanymi ludźmi popływać  kajakiem jako pasażer a nie jako siła
napędowa.
Niestety czasy się baaardzo zmieniły a Jastarnia przestała być fajną rybacko-
wczasową mieściną a jest pseudo kurortem.

poniedziałek, 24 czerwca 2019

Można i tak.....

......tańczyć tango,

oraz tango-vals.

Jak widać rosną nowe  kadry w tangu argentyńskim. Te dwa filmiki to z tzw.
warsztatów, na    pokazach wyglada to nieco inaczej
Ale jeszcze im daleko do mojej ulubionej pary  Achaval/ Suarez:


 Oczywiście oglądajcie to po "kliknięciu " na You  Tube

I specjalnie dla Alenki  -Carlos Gavito, zwany "Carlito",  (1942 - 2005)



sobota, 22 czerwca 2019

Sobota, czyli.........

.........siedzę i słucham muzyki.
Za oknem słońce, a ja już po spacerze, zła jak osa, bo wybrałam się w do sklepu
z azjatycką żywnością, przelazłam się tam w słońcu, spociłam jak mysz w połogu,
a sklep dziś czynny dopiero po południu, więc  niczego nie kupiłam, bo byłam tam
około godz. 11,00. Niby niewiele dziś tego upału, tylko 25 w cieniu,  ale droga
była głównie w słońcu.
No więc na pocieszenie posłuchałam:
                                           Hausera i Kseni Sidorowej
                                     Duetu 2 Cellos i Zucchero w piosence Baila Morena
Prześmieszną wersję Bolera Ravela w wersji Franka Zappy
I Pata Metheny w piosence And I Love Her

I jak zwykle - kliknijcie na wersję   You Tube.
Miłego  weekendu Wszystkim;)

piątek, 21 czerwca 2019

Muszę do siebie dojść.......

.......ale droga jakby daleka;)
W ramach dzisiejszego "dyżuru" byłam z dziećmi w "Botaniku". Żeby było
zabawniej to w szklarni było chłodniej niż na  zewnątrz. Jedynym gorącym
pomieszczeniem była szklarnia z Królową Wiktorią, więc stałam w holu  a
Krasnale były wewnątrz:
czyli  mam zdjęcia Krasnali w "akwarium"
Potem pokrążyliśmy po niemal chłodnej dżungli amazońskiej, gdzie chłodził
nieco wodospad i leniwie pływały "taaaakie ryby"








i spokojnie rosły różne  dziwne roślinki:























Po wyjściu ze szklarni spędziliśmy troszkę czasu w kawiarni pod parasolem,
lustrując okolicę:






No ale lody się skończyły i trzeba było ruszyć w  obchód:

































Nie mam  bladego pojęcia co to za roślinka, ale ogromnie mi się spodobały jej
 owoce?  nasiona?
Ciężko się teraz wędruje po  Botaniku, ponieważ  przez środek ogrodu są
kładzione jakieś super rury, jedna o średnicy 1 metra, druga znacznie cieńsza,
więc wiele miejsc jest niedostępnych.
Dziwię się tylko, że ani o euro nie staniał wstęp do ogrodu. 
Na 19 lipca mamy bilety na imprezę "Noc w Ogrodzie Botanicznym".
Nałaziłam się  dziś po ogrodzie niemiłosiernie, potem w domu dzieci nakarmiłam,
ale nie dane mi było odpocząć, bo córka zaprosiła dziś nas na kolację do greckiej
restauracji - mamy ją co prawda zaledwie 50 m od  domu, ale dziś byliśmy tam
po raz pierwszy. I pełne zaskoczenie- pyszne greckie jedzenie, siedzieliśmy na
werandzie, wiaterek nas lekko chłodził.  Ciekawy sposób podawania -wpierw
wchodzą na stół przekąski, a tyle tego, że ja już na gorąco nic nie wzięłam.
Ślubny zażyczył sobie na gorąco gyros i gdy kelner postawił przed nim talerz
wielkości półmiska z furą mięsa to mi pozazdrościł, że poprzestałam  tylko
na przekąskach. Na koniec dzieci dostały jakies zabawne greckie cukierki,
a dorośli po........małym kieliszku wódki- panowie anyżówkę, a  my amaretto.
A  że dziś w kilku dzielnicach jest dzień muzyki, to jeszcze nas zaciągnięto
na Bundes  Platz, gdzie grał jakiś zespół, wyraźnie starszych panów.
Po 10 minutach stania miałam naprawdę dość i pomaszerowaliśmy do domu.



wtorek, 18 czerwca 2019

Zalatany człowiek taki...

....bo koniec roku szkolnego.
Dziś , jutro i pojutrze  będę "zalatana", więc niczego nie napiszę. I kto wie czy
tak nie będzie aż do 8 lipca. A do tego jest znów upał.
Na pociechę :


i jeszcze tegoroczny Salon Tango w Buenos Aires


I oczywiście   ...oglądajcie to na YT, najlepiej na pełnym ekranie.
No to do poczytania;)

niedziela, 16 czerwca 2019

Tango, tylko tango

Wczoraj wieczorem zrobiłam sobie sesję tanga. Pokręciłam się po pokoju
w rytmie tanga, bo to bardzo dobre ćwiczenie dla mojego ciągle jeszcze
nieco niepełnosprawnego biodra.
Doszłam do wniosku, że najpiękniejsze tanga powstawały w okresie tuż
przed, w czasie  i zaraz po II wojnie światowej.
A więc znów porcja muzyki, tym razem "bezobrazkowa"



Miłego  słuchania i przebierania nogami w rytmie tanga