drewniana rzezba

drewniana rzezba

środa, 11 grudnia 2019

O niczym......

......bo dzień jak co dzień i  nic się nie dzieje.





Nie mogłam się wczoraj opanować i musiałam sfotografować  ten kwitnący,
po raz drugi w tym roku, krzew. Nie mam nawet bladego pojęcia co to
za krzew. Nie mniej fajnie te  kwiatki wyglądają na tle zaschniętych liści.

Nabyłam wczoraj choinkę - zaraz po świętach wyląduje w skrzynce  za oknem
z północnej strony budynku.
A mieszkające z nią  kalanchoe zamieszka w mojej sypialni - mam jeszcze jedno
wolne miejsce na kwietniku.



Bombki przeleżą do następnego roku w pudełku.

Z rzeczy śmieszno-dziwnych  to robię "bigos"  na  spotkanie różnych kultur
i obyczajów. Wczoraj zaczęłam jego pichcenie,  ma być gotowy na 17 b.m.
Zasadniczy nośnik smaku, czyli kapusta kiszona będzie "bez zmian", ale nie
może być w nim....wieprzowiny w jakiejkolwiek postaci, a więc będzie w nim
mięso wołowe i dwa rodzaje drobiowego. Nie  będzie również kiełbasy i zamiast
niej będzie....kurczak wędzony.
Na szczęście bez zmian będą  suszone prawdziwki  i śliwki, dodam też trochę
słodkiej  kapusty. Tę noc spędziłam w oparach "bigosowych", teraz gar  stoi na
balkonie.
A na oknie  balkonowym uparcie kwitną pelargonie.

Gdy siedzę przy kompie co jakiś czas spoglądam w okno i  choć niemal
jest połowa grudnia pelargonie nadal kwitną. Nawet lepiej niż latem.


A dla tych, którzy  nie mieli okazji zobaczyć i usłyszeć:
 
Miłych dni dla Was!

sobota, 7 grudnia 2019

Dziwny grudzień


Kto widział w Europie by w grudniu kwitły nadal pelargonie albo po raz
drugi zakwitały niektóre krzewy?
Jest +8 stopni, właśnie przestał padać deszcz i nawet słońce nieśmiało
wyjrzało zza chmur  na całe 6 minut.
Wczoraj, po raz pierwszy w swym dorosłym życiu, nie znalazłam żadnego
prezentu od Mikołaja. I po raz pierwszy nie szukałam czegoś, o czym
wiedziałam, że się spodoba memu mężowi. Jakoś oboje  bardzo dbaliśmy
o to, by zachować jak najdłużej to dziecko w sobie.
Krasnale rosną i w tym roku nie było już chowania po całym mieszkaniu
słodyczy na każdy dzień adwentu. Tym razem wisi w salonie  na drzwiach
kalendarz adwentowy, który  zrobiłam z 7 lat  temu. To 24 kieszonki na
słodycze, każda kieszonka ozdobiona  haftem. Patrzę na to ze zdumieniem,
że jeszcze tak niedawno byłam aż taka pracowita.
Z tego zdumienia   zrobiłam zdjęcie:

A tak wygląda na zbliżeniu:

I żeby było   śmieszniej, to wszystko jest szyte  ręcznie a nie na maszynie, bo
jakoś nigdy z maszyną do szycia nie polubiłyśmy się.
Pracy było sporo, bo kieszonki są zrobione z cienkiego ciemnozielonego filcu,
każda ma  naszyty inny haft. Haftować zaczęłam późną  wiosną i z trudem
zdążyłam na czas. Każdy pas z 6 haftami jest naszyty na czerwone płótno
a kieszonki powstały przez odpowiednie wymodelowanie tegoż płótna.
Na górze kalendarza jest "tunelik" na patyk i troczek do zawieszania.
Jak widać kalendarz może być do wielokrotnego użytku.
A poniżej kilka bombek dla pierwszego z Krasnali, gdy musiały być bezpieczne
i przetrzymać branie ich przez maluszka do rączek.
Są z plastiku, dekorowane od wewnątrz techniką decoupage. Polecam, choć
strasznie długo się je robi, bo to technika przy której pośpiech nie jest wskazany.
Ale przy małych dzieciach - jak znalazł.






A pod bombkami zabawki choinkowe, które dziecko mogło wziąć do rączki i
baaaardzo dokładnie obejrzeć. Nie były duże a mimo tego długo się je robiło,
choć najwyżej miały długość 12 cm. I jedynie zdjęcia po nich pozostały.
Zdarzyło mi się również zrobić dla Krasnali takie zawieszki choinkowe-
Mikołaje są haftowane  na kanwie plastikowej.



 I być może, że jeszcze gdzieś są wśród bardzo licznych pudełek z zabawkami
choinkowymi.
A w tym roku - najchętniej zakopałabym się w niedźwiedziej gawrze i
przespała tegoroczne święta i Sylwestra.
Miłego  weekendu Wszystkim.
P.S.
Zdjęcia powiększamy kliknięciem;)



środa, 4 grudnia 2019

To jest .......

......post na wyrost;)
Już się zaczął grudzień i nim się obejrzymy  dopadnie nas ostatni dzień tego roku
hukiem petard, chwilą zadumy jak nam minął rok  bieżący i wielu z nas wkroczy
w Nowy Rok tanecznym krokiem.
O północy popłynie rzeka dobrych życzeń i struga przyrzeczeń jacy to będziemy
w następnym roku mądrzy, dobrzy, piękni, sprawni i super pod każdym względem.
Co prawda jak co roku większość postanowień rozpłynie się nie wiadomo gdzie
i dlaczego, choć było w nas tyle dobrych chęci.
A potem zacznie  się karnawał a więc może warto trochę poćwiczyć najpiękniejszy
z tańców towarzyskich, czyli tango?
Aby ułatwić niektórym  to zadanie podrzucam filmik z lekcji prowadzonej przez
Roxanę Suarez i Sebastiana Achavala.
Spróbujcie - to wcale nie jest trudne - ogladajcie koniecznie na YT przynajmniej
w wersji kinowej,  ale lepiej na całym ekranie:



Aby  Was zachęcić  dodaję jeszcze jeden filmik:


I - Miłego  dla Was.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

A jednak wyszłam......

..... w niedzielę z domu.
I pojechałam z rodziną na jeden z Bożonarodzeniowych Jarmarków. Tym razem
zaliczyłam jarmark na terenie pod zamkiem Charlottenburg.
Na początek zachwycił mnie widok  "zimowej" róży w jednym z przydomowych
ogródków- dość rzadko 1 grudnia widzi się różę w ogrodzie:
Przy okazji zobaczyłam, że nie tylko ja mam pelargonie wielce odporne na
jesienne  chłody.
A potem była podróż na teren Zamku Charlottenburg - wpierw metrem kilka
przystanków, potem jeszcze autobusem, bo ten zespół pałacowo- parkowy mieści
się w dzielnicy Charlotennburg.
Z daleka wyglądało to  tak:
Pełniutki autobus  przegubowy wypluł swą zawartość i tłumek ludzi a wraz
z nimi  my też podążyliśmy "ku światłu".
Główny budynek pałacu zmieniał co jakiś czas oświetlenie




Przyznam się szczerze, że nie mam nawet bladego pojęcia który to
z Hohenzollernów jest uwieczniony na tym konnym pomniku.

Jarmark zajmował olbrzymi teren, był ogrodzony, w wielu miejscach
dookoła tego terenu stały policyjne  samochody. Coś jednak dotarło do władz i
wzmożono ochronę takich imprez.
Ludzi było mnóstwo, robienie zdjęć było mocno utrudnione, bo co chwilę ktoś mi
właził w obiektyw i masę zdjęć musiałam usunąć.
Krążenie po  jarmarku rozpoczęliśmy od.......konsumpcji - dorośli od wypicia po
kubku "grzańca", dzieci- od  wciągnięcia sprawnie po naleśniku z marcepanem.
Z tym grzańcem to był dobry pomysł, bo ciepło to jednak nie było. No i milej
wszystko wygląda gdy miłe ciepło krąży po całym ciele.
Myślę, że znacznie  łatwiej byłoby opowiedzieć czego tam nie było niż wyliczyć
wszystko to co można było kupić.
Mam wrażenie, że można tu było kupić spożywcze wyroby  regionalne z całych
Niemiec oraz z państw sąsiadujących. I choć to nie był Plac Pigalle udało nam się
kupić pyszne pieczone  kasztany, pożarte przez dwie osoby  bezglutenowe, czyli
córkę i mnie.
Po terenie  przechadzały się dostojnie ....anioły, co uwieczniłam:
robiąc konkurencję aniołom stojącym i świecącym:






Podziwialiśmy stoisko, z wyrobami z drewna:

Wszystko jest zrobione z drewnianych  cieniuteńkich  "płytek", a to coś poniżej
ma wbudowany mechanizm, rozkłada  się i zamyka- samo.

A potem w nieziemskim tłoku wróciliśmy do centrum, czyli w okolice Ogrodu
Zoologicznego, by przejść się  po drugim jarmarku, całkiem niedużym,
w porównaniu do pierwszego:






Niestety fotka szopki jest nieco zamazana, bo ona  cały czas się  obracała.
A potem przeszliśmy się jeszcze rozświetlonym "Kudamamem" czyli
"Groblą Elektorską",  główną ulicą Berlina Zachodniego.

Z  "wyprawy" mam  pamiątkę, która mnie kosztowała 3 €, czyli mały, 200ml
kufelek na grzańca:
Na kufelku jest uwieczniony Zamek Charlottenburg oraz jego pierwsi
właściciele.
Historię kompleksu pałacowo-parkowego Charlottenburg możecie znaleźć
w sieci - nie piszę o tym  nie z wrodzonego lenistwa, ale dlatego, że niewiele
osób to naprawdę interesuje a nie chcę nikogo na siłę historią Berlina
uszczęśliwiać.
Miłego tygodnia Wszystkim życzę;)

























niedziela, 1 grudnia 2019

Za oknem......

.....ponuro, ale przynajmniej nie pada.
Jest +6 stopni i patrzę w okno zastanawiając się czy naprawdę mam ochotę
wyjść dziś z domu.
Za oknem nagie gałęzie drzew kreślą abstrakcyjne wzory na tle muru.
A w sypialni wabi mnie wygodny fotel, stolik i krąg światła, bo
wreszcie dotarła do mnie lampa.
Nie wiem jeszcze  co zwycięży - tzw. "zdrowy rozsądek" czyli wyjście
z domu i krążenie po okolicy czy  fotel, kocyk i lektura.
Na dziś mam dość specyficzną lekturę - przejrzenie różnych dokumentów
rodzinnych, z których dość jasno wynika, że jestem swego rodzaju "kundlem".
Bo okazało się, moi "pra,pra,pra" dotarli do Polski w XVI stuleciu. Jedni
dotarli ze Szwajcarii, inni z kolei z  Holandii, ale tych co byli "od zawsze" na
ziemiach polskich też nie brakowało.
Wychowywałam się u rodziców swego ojca i od dziecka słyszałam wciąż
zachwyty nad dwoma odległymi od Warszawy miastami: Wiedniem i Lwowem.
Rodzina mego dziadka przywędrowała z Holandii w XVI w (po kądzieli)
 i osiadła w okolicy Poznania, z czasem osiedlając się w Żninie .
Z kolei męska część rodziny babci, a tak dokładnie jeden z potomków wielce
zubożałej ongiś bogatej rodziny, w poszukiwaniu lepszych warunków życia dotarł
do Polski, a jego brat, a może bracia, zatrzymali się na dzisiejszej Słowacji.
Babcia i dziadek urodzili się jeszcze w okresie zaborów, babcia pod zaborem
austriackim, dziadek pod pruskim. Teraz może nam się nie kojarzy, ale to było
tak, jakby mieszkali w dwóch różnych krajach.
Babcia od chwili urodzenia była  cały czas we  Lwowie, a dziadek został przez
swych rodziców wysłany do Wiednia na studia "handlowe"- dziś to ekonomia.
Po ukończeniu studiów podjął pracę w instytucji austriackiej, której centrala
miała siedzibę we Lwowie. I tuż przed wybuchem I wojny światowej część
pracowników została wyekspediowana  do Lwowa.
Podobno miłość nie wybiera czasu, w którym dopada ludzi - dziadkowie
brali ślub w 1916 roku we  Lwowie, w którym  panował wielki głód, mowy
nie było o ślubnej sukni i weselu  i o tym by na ślubie była rodzina dziadka.
I tradycję brania ślubu nie w sukni ślubnej przełamała w mojej rodzinie
dopiero moja córka.
W 1929 roku dziadek otrzymał bardzo ciekawą propozycję pracy w Warszawie
więc się z dziećmi przeprowadzili do Warszawy.
I calutkie dzieciństwo, aż do swego zamążpójścia, słuchałam opowieści babci
o Lwowie i opowieści dziadka o Wiedniu.
I jakoś nigdy nie zapragnęłam pojechać ani do Wiednia  ani do Lwowa - nie
chciałam konfrontacji tego co o nich słyszałam z rzeczywistością. Wiem,
wiem, mam świra.






wtorek, 26 listopada 2019

Wieniec adwentowy

Od pierwszego grudnia w wielu oknach berlińskich domów staną adwentowe
świeczniki, stroiki,  zawisną adwentowe wieńce.
Zwyczaj  adwentowych wieńców zapoczątkował w połowie XIX niemiecki
pastor J.H. Wichern. Spłótł wieniec o średnicy 2 metrów. Były w nim zielone
gałązki i stały 24 świeczki - po jednej na każdy dzień adwentu.
W krótkim czasie w wielu krajach Europy chrześcijanie zaczęli tworzyć
adwentowe wieńce. Do  Polski tradycja dotarła w 1925 roku.
Co prawda zrezygnowano z ustawiania 24 świec, pozostawiono jedynie 4, po
jednej na każdą niedzielę  adwentu.
Wieniec adwentowy ma własną symbolikę - ma kształt koła, który symbolizuje
wieczność, nie ma bowiem początku ni końca.
Zielone  gałązki symbolizują ciągłe odradzanie się życia.
Dawniej miało znaczenie  z jakich gałązek  był upleciony i tak:
gałązki laurowe były symbolem zwycięstwa nad cierpieniem,
gałązki ostrokrzewu symbolizowały nieśmiertelność,  sosnowe - płodność,
a gałązki cedrowe - niezniszczalność, uzdrowienie.
Każda ze świec wieńca adwentowego miała  inne znaczenie - w pierwszą
niedzielę adwentu była zapalana biała świeca- świeca pokoju, w drugą niedzielę
zapalano świecę niebieską lub fioletową oznaczającą wiarę.
W trzecią niedzielę zapalano świecę różową symbolizującą miłość, w czwartą
niedzielę była zapalana świeca  niebieska - świeca  nadziei i aniołów.
Czasem była też zapalana w wigilijny wieczór piąta świeca - w kolorze złotym.
A dziś- no cóż pełna komercja . Adwentowych  wieńców multum, przeważają
świeczki czerwone, wieńce są plecione z gałązek jodłowych, błyszczą złocenia.
Podejrzewam, że już nikt się nie interesuje symboliką tych wieńców, no może
tylko  tacy porąbani ateiści jak ja. Bo ja chcę wiedzieć w co nie wierzę.
A tak przy okazji - choinka  bożonarodzeniowa też ma niemieckie korzenie.
Ale ten mój ateizm nie zabrania mi co roku ubierać choinkę i zachwycać się jej
świeżym  aromatem,  nie  broni też robienia  nowych ozdób, ani składania
życzeń - wszak dobrych życzeń nigdy za wiele, nawet gdy są one u mnie
związane z zupełnie  innym, ongiś pogańskim świętem,  a nie z narodzeniem
się Jezusa, które miało miejsce w zupełnie innym miesiącu.
 W tym roku zrobiłam dla siebie  malutki wianuszek adwentowy - taki aby
nie zrobił krzywdy  żadnemu z  drzew lub krzewów. Nie ma w nim żywych
gałązek, bazę pomalowałam na zielono, dałam świeczki i zebrane ubiegłej
jesieni szyszki. I  bez szwanku przetrwa do następnego roku.
A wygląda tak:
                           
A na drzwiach wejściowych powieszę  swojej roboty haft, o taki:
Jak zwykle zdjęcia można powiększyć kliknięciem.





niedziela, 24 listopada 2019

Jest jedno takie miejsce......

.....w Berlinie, w którym czuję się tak jakbym wcale nie wyjechała z Polski.
Tym miejscem jest przychodnia lekarska, w której przyjmują dwaj  polscy
lekarze rodzinni i jeden rosyjsko-języczny, z tym, że nie mam nawet bladego
pojęcia  z której dawnej republiki ZSRR jest rodem. Zresztą to jest nieistotne.
W tej przychodni jest zawsze tłum ludzi, wyznaczona godzina wizyty nie ma
najmniejszego znaczenia, bo zawsze się trafi jakaś znajoma osoba którejś z pań
recepcjonistek i wciśnie się do lekarza bez kolejki.
I co z tego, że byłam w piątek zapisana na godz. 11,00? A no nic, do lekarza
weszłam dopiero godzinę później.
Gdy zmarł w sierpniu mój mąż, odwołałam zaraz naszą wizytę, informując
recepcję, że mąż umarł a ja na  razie nie choruję. Ale ta wiadomość nie dotarła
do  lekarza  i gdy weszłam pan doktor był wielce zdziwiony, że przyszłam sama,
wszak zawsze przychodziliśmy razem. Bardzo się pan doktor zmartwił , nawet
zaszkliły mu się oczy (nic dziwnego, jest tylko 6 lat młodszy od zmarłego) i
szybko zabrał się za badanie mojej osoby.
Po wysłuchaniu pracy serca natychmiast zarządził by mi zrobiono EKG.
I to nie był dobry pomysł, bo niemal goła musiałam poleżeć ze 20 minut nim
pani pielęgniarka rozplątała wszystkie  kable w ustrojstwie, a w gabinecie było
całkiem chłodno. Nawet się bardzo martwiła, że się przeziebię no i.....miała
rację. Mam katar. Na domiar złego serce "nie pracuje  pełną mocą" jak ocenił
pan doktor i zlecił mi całą "furę" badań krwi. Tak na moje rozeznanie to mi
w piątek pobiorą z 10 fiolek krwi a z głodu to pewnie padnę, bo mam być na
godzinę 10,30, więc znając życie wszystko się przeciągnie co najmniej godzinę.
No właśnie, zupełnie jakbym była w Polsce w przychodni NFZ, bo jakimś
cudem w tych prywatnych to zawsze można było być przyjętym punktualnie,
najwyżej z 5 minutowym "poślizgiem".
 No i po co ja tam poszłam? Tabletek "na uspokojenie" nie dostałam bo serce
 jakieś podejrzane, załapałam katar, ale dowiedziałam się, że na cmentarzu, na
którym  spoczywa urna z prochami  mego męża jest też pochowana....Marlena
Dietrich.
 A więc dziś, skoro świeciło słońce i było aż +8 stopni ciepła potuptałam na
ten cmentarz, ale ...... nie szukałam grobu Marleny, bo wiał dość  zimny wiatr.
 "Odlistniłam" tylko nieco kwaterę, włożyłam nowe światełko do latarenki
i wyniosłam się do domu.
Nie wiem, może jestem jakaś upośledzona umysłowo, ale cmentarz nie jest
dla mnie miejscem w którym mam ochotę, czy też czuję potrzebę  myślenia
o swoich zmarłych. A myślę o nich często, przy różnych okazjach, ale nie
na cmentarzu.
A jak to jest u Was z tym myśleniem o tych  co odeszli ?










środa, 20 listopada 2019

Nic na to nie poradzę......

........ale lubię Berlin.
Nawet ten jesienny, teraz coraz częściej mokry, rozmazany, z liśćmi
rozpaćkanymi na chodnikach  i jezdniach.
Podoba mi się stara zabudowa Berlina, bo są tu podwórka. Kiedyś  każda
kamienica miała budynek główny i tzw. oficyny - najczęściej kamienice były
budowane na planie litery C lub L. Mieszkania w części  reprezentacyjnej, tej
od ulicy były droższe, w oficynach tańsze. Teraz też tak jest. Np. w  "mojej"
kamienicy mieszkania w oficynach są tańsze , już choćby dlatego, że tam
nie ma windy a  w części mieszkań wszystkie pomieszczenia "wychodzą" na
jedną  stronę. W moim mieszkaniu jeden pokój ma  balkon i okna od strony
ulicy, drugi pokój, łazienka i kuchnia  mają okna od strony podwórka.
Z kuchni i sypialni (łazienka ma szyby matowe) widzę brzozy - dla mnie są
piękne jak rok długi:

Podwórka między domami z reguły nie są wielkie, ale za to zawsze
są na nich drzewa.





 Na tym drzewie to siedzi gołąb leśny. No cóż, ten akurat wybrał na swe
siedlisko miejskie podwórko. Mieszka tu już od kilku lat.


A na koniec "zasuszony symbol jesieni", czyli kasztanowiec w roli
kwiatka, oraz miejski, jesienny dywan


Miłego dla Was  wszystkich.
P.S.
Zdjęcia powiększamy "kliknięciem"


poniedziałek, 18 listopada 2019

Jestem genialna.....

......jako  gospodyni.
Dziś wieczorem otworzyłam lodówkę i poza  bardzo jasnym światłem znalazłam
w niej:
1/4 słoika dżemu morelowego, 2 plasterki  topionego sera do tostów, resztkę
klarowanego masła, garstkę ugotowanego ryżu basmati i jajka. Jajka od tzw.
szczęśliwych kur, hodowanych na wolnym wybiegu.
Oooo, ucieszyłam się jak głupia - to ja sobie zrobię  jajka. Umyłam je starannie
i stwierdziłam, że  je ugotuję, tzw. "na twardo". Nalałam wody, włożyłam  jajka,
włączyłam kuchenkę   i pożeglowałam do pokoju by napisać list do koleżanki...
Gdy już skończyłam pisanie przypomniało mi się, że przecież zaparzyłam sobie
herbatę wcześniej, więc powlokłam się do kuchni.
I .....zobaczyłam jajka w suchutkim garnku na włączonej kuchence indukcyjnej.
Dno garnka  miało taki niemiły kolor, z lekka brązowawy.
Znaczy,  co upiekłam sobie  jajka w garnku- pomyślałam całkiem spokojnie.
Garnek powędrował do zlewu, zalałam go gorącą wodą potem chłodniejszą i
sprawdziłam jak wyglądają jajka upieczone w garnku.
Nie liczcie na rewelacje - wyglądały normalnie, smakowały jak  to jaja gotowane
na twardo, tyle tylko, że wokół żółtka była delikatna zielona obwódka i białko
było baaardzo twarde. Ale je zjadłam,  tylko z solą,  bez pieczywa.
Jak widać moje zainteresowanie jedzeniem spadło niemal do zera. Jeszcze trochę
a zacznę się odżywiać samym powietrzem i wodą. Są nawet ludzie, którzy tak
żyją od lat. Też bym tak chciała. O ile mniej wydatków i pracy w domu. Muszę
poszukać literatury na ten temat.
Garnek się jednak domył, widocznie  jest z dobrej gatunkowo stali nierdzewnej.
Fajnie mi się tydzień zaczął - ciekawe jaki jeszcze numer wywinę w tym
tygodniu.

niedziela, 17 listopada 2019

Znów niedziela ?


Zaczynam podejrzewać, że moje pelargonie to jakaś zimowa odmiana.
Kwitną lepiej niż latem, mają jeszcze  bardzo dużo pączków. A może to
jakieś mutanty, które nie lubią słońca i upałów?
Doznałam wczoraj lekkiego szoku -muszę kupić zwyczajną, prostą jak  budowa
cepa, komórkę.
 I..........nie było, a spojrzenia którymi obrzucili  mnie w kolejnych "salonach"
sprzedawcy  mówiły wyraźnie, że mam niedorozwój umysłowy. Już kilka lat
wcześniej, gdy poszukiwałam baterii do swej ukochanej komórki typu Samsung
C3050, to jeden ze sprzedawców mnie poinformował, że takie komórki to są już
od dawna w..."murzynii". Niestety nie znam kraju o nazwie "murzynia", na mapie
też go nie znalazłam.
Na szczęście udało mi się kupić worki do odkurzacza, bo jest nowy i tutejszy.
I jeszcze coś mi się udało kupić- cieplusi płaszcz, leciuteńki, który daje się zwinąć
w rulonik  o średnicy 12 cm i długości 29cm. Czyli wreszcie  "upolowałam"  tzw.
"płaszcz z  workiem" a do tego w normalnym kolorze a nie w neonowej żółci.
Rozstanę się wreszcie z płaszczami, w których ostatnio topiłam się, odkąd gdzieś
zgubiłam 15 kg żywej wagi.
 Nie zazdrośćcie- chudnięcie to zmarszczki i wydatki
na nowe ubrania. Musiałam też dokupić dżinsy odpowiednio mniejsze, a wczoraj
jeszcze  się zrujnowałam na dwie nowe bluzeczki .
Od pewnego czasu  prześladuje mnie napis "Wypróbuj nowego  bloggera", więc
mam pytanie- wypróbował ktoś z Was tego "Nowego Bloggera"?  Lepszy czy
nadal działa zasada   "lepiej jest wrogiem dobrego"? Napiszcie  coś o tym.
No i wreszcie doczekałam się nowych filmików Roxany i Sebastiana, tym razem
z Mallorca Tango Festival 2019.
Oto i one:



Wiem, tylko ja mam świra na punkcie tańca, ale mnie to nie  boli;)))

piątek, 15 listopada 2019

Nic, a może nawet.......

.....mniej niż  nic się u mnie nie dzieje.
Po prostu  dzień jak co dzień, dzień podobny do dnia, tydzień do tygodnia.
Lampa wciąż jeszcze nie dotarła, pewnie się dopiero produkuje.
Ale dotarł stolik o nazwie  mandala, oto on:
Poza tym  skończyłam grzebanie w dokumentach i tak się nawet
sprężyłam, że uporządkowałam  książki, a tak dokładniej ulubione książki
mego męża. I teraz mam je w pokoju dziennym. Jest tu duży zbiór książek
o tematyce górskiej, bo On kochał góry, był wspinaczem.
Co prawda porzucił czynną wspinaczkę dla mnie, ale góry pozostały Jego
miłością. Jeździliśmy w Tatry dwa razy w roku, poznałam ludzi gór, czyli
tych przewodników tatrzańskich u których od 11 roku życia uczył się
obcowania z górami.  Zostałam zaakceptowana przez Staszka z Lasa, przez
Józefa  Wawrytkę choć byłam prawdziwą ceperką i nie chodziłam z liną.
Przy okazji porządkowania odkryłam, że przybyło cichcem sporo nowych
książek z różnych wypraw górskich. Będę miała co czytać.
Jestem pewna, że gdyby mój mąż nie brał kilka razy udziału w akcji znoszenia
z gór tych, którym wspinaczka nie wyszła, zapewne nie zrezygnowałby dla
mnie  ze wspinania się.
A w ramach odpoczynku posłuchałam dziś Hausera:

Miłego  weekendu dla Was;)))

poniedziałek, 11 listopada 2019

To tylko......

.......6 minut i 27 sekund.
Zaczyna się nowy tydzień- wyhamujcie nieco, wieczny pęd marnuje nam
życie, nie pozwala dostrzec jego uroków.
Posłuchajcie duetu  Hausera i Ceku, posłuchajcie Adagio z Concierto de
Aranjuez.
To koncert dobry  i na smutek i na radosne chwile, taki moment
zadumy, króciutka medytacja, złapanie oddechu i perspektywy.
A ja dalej się mebluję, urządzam swój "buduar". Doszły trzy nowe elementy.
Wczoraj była tu "niedziela handlowa", otwarte były sklepy, ale nie wszystkie,
te, których personel się na to zgodził. Odwiedziłam  więc sklep IKEI. Zawsze
mnie  rozśmiesza widok ludzi testujących łóżka, fotele, krzesła czy też kanapy.
Niektórzy są tu wręcz zadomowieni, siedzą lub leżą i.....czytają książki.
 A ja wczoraj poszukiwałam małego fotela, który miał spełniać kilka moich
warunków - miał być mały, wygodny do siadania, siedzenia w nim oraz do
wstawania, bo od czasu mej kontuzji  biodra - te parametry nabrały znaczenia.
No i znalazłam, po przymierzeniu się do co najmniej dwudziestu modeli,
a ten wybrany przeze mnie prezentuje się tak :




 A to co widzicie na ścianie to "obraz" utworzony  z fototapety. Gdy z tego
pokoju wywędrowały ponure regały, ściana w kilku miejscach była nieco
"nieświeża". Malowanie pokoju o ścianach wysokości 3,5 metra zajęłoby
sporo czasu, więc wszystkie  "niedoskonałości" są zakryte tym "obrazem".
U dołu zięć zrobił ledowe podświetlenie.
Poza tym zamiast dostawianego z boku nocnego stolika mam zrobiony
"nocny zagłówek" z półkami na  książki lub jakieś drobiazgi.
Takie rozwiązanie wymusza poniekąd  kształt pokoju, który jest dość wąski,
za to długi. A wygląda to tak:

Przybył też mebelek zwany "kwietnikiem"
Jak na razie króluje tu tylko jeden scindapsus, ale postaram się o jakieś
towarzystwo dla niego.
Jeszcze tylko dojdzie mały, okrągły stoliczek i lampa stojąca i będzie
koniec meblowania. Oba elementy już zamówione i chyba są już w drodze.
I.....dobrego nowego tygodnia  Wszystkim życzę.

czwartek, 7 listopada 2019

Jestem zabójczo zdolna

Wpadłam kilka dni temu na pomysł, że powinnam sobie ugotować zupę, bo coś
jakby się jesień uparła by tu się rozgościć.
Rzut oka w lodówkę , w której odkąd nie ma męża z reguły króluje światło i
grecki  jogurt, pieczarki, marchew, ziemniaki i coś na kształt włoszczyzny.
I bulion, z kurczaka. A więc  do garnka powędrowało 60 dag pieczarek, resztę
składników "wkroiłam" na oko. Gdy się wszystko ugotowało zmiksowałam
całość "na  gładko", na wypadek gdyby młodszy Krasnal zechciał zjeść zupę.
Ale akurat młodszy nie chciał, bo zjadł przyzwoicie obiad w szkole, starszy
zup nie jada i została  mi zupa "na zaś".
Gęsta, mocno pieczarkowa, ciemno brązowa, bo to były brązowe pieczarki.
Wczoraj mi się przypomniało, że mam jeszcze zupę, więc ją postawiłam na
kuchence, żeby się odgrzała, bo była  długo w lodówce.
A że  jakoś ostatnio nie mam serca do gotowania, to zapomniałam by ją wpierw
porządnie zamieszać, postawiłam  na kuchence i spłynęłam do pokoju.
I wiecie co ? - najzwyczajniej w świecie przypaliłam zupę, która była szalenie
gęsta.  Gdybym ją porządnie zamieszała to pewnie by się nie przypaliła.
W ramach sprawdzania co kryje w swych szufladach zamrażarka, odkryłam
"alaskańskiego łososia", oczywiście zamrożonego.  A więc na weekend zrobię
 pieczonego łososia. Jeszcze ważny, więc trzeba go zużyć.
Do zrobienia go potrzeba:
lekko rozmrożonego łososia,
2 pomarańcze, bio, wyszorowane,
pęczek koperku,
2 łyżeczki miodu,
sól, pieprz i łyżkę musztardy
100 ml białego wina. 50 ml topionego masła, szklanka wywaru warzywnego
zagęstnik do sosu
i....naczynie żaroodporne.
Pomarańcze kroimy w cienkie plastry, połową wykładamy dno naczynia
Koperek drobno siekamy, mieszamy z masłem, solą i musztardą.
Układamy łososia na pomarańczach, smarujemy  masłem z dodatkami,
układamy na nim pozostałe plastry pomarańczy, polewamy delikatnie wywarem
z warzyw.
Wstawiamy do piekarnika  nagrzanego do 190 stopni i pieczemy 20 minut.
Wyłączamy piekarnik. Z naczynia wybieramy starannie wywar z pieczenia,
łączymy go z miodem i winem i krótko zagotowujemy.
Do tak powstałego sosu dodajemy zagęstnik, w razie potrzeby dosmaczamy.
Polewamy sosem łososia, nakrywamy naczynie i podgrzewamy łososia
w piekarniku.
Kiedyś go już robiłam i był całkiem jadalny, choć ja ryb nie lubię.
Mam nadzieję, że Wam będzie smakował ten łosoś w pomarańczach.


wtorek, 5 listopada 2019

Dzień bez tanga.....

....to dzień stracony;))
Dopiero teraz znalazłam filmik z moimi ulubieńcami, którzy w maju
tańczyli na Meetingu w Casercie.
Caserta to miasto i gmina w Kampanii. Caserta  słynie  z pięknego, olbrzymiego
pałacu, który ma 1200 pokoi, cztery dziedzińce i został zbudowany na wzór
Wersalu w czasach panowania dynastii Burbonów. Pospacerować można po
parku, prześlicznym i olbrzymim, którego powierzchnia to 1200 hektarów.
Prawdę mówiąc to nie wyobrażam sobie bym przedreptała na własnych nogach
taką odległość. W 1996 roku cały kompleks  pałacowy został wpisany na listę
światowego dziedzictwa UNESCO.
I właśnie w Casercie Roxana Suarez i Sebastian Achaval tak tańczyli:



A tak tańczyli w Bari w czasie Tango Congress



Bari jest stolicą regionu Apulia, to region w którym  spędzają swe wakacje
Włosi zajadając się ryżem z ziemniakami i omułkami, focaccią z ziemniakami
oliwkami i ziołami, oraz cebulowym ciastem.
To jeden z biedniejszych regionów, atrakcji mało, ale ludzie sympatyczni.
I Bari ma bardzo ładną  starówkę.
A ja nadal porządkuję, segreguję, układam, czytam i drę na kawałki.
A dziś byłam u akustyka, ponownie  miałam badanie słuchu i w pierwszej
kolejności będę miała uzupełnienie w tym gorzej słyszącym uchu. Dziś
zrobiono  "odlew"  wnętrza mego ucha, bo będzie to aparat dopasowany  do
moich potrzeb. Moja dopłata do "interesu" wyniesie 20 €, resztę pokryje  Kasa
Chorych. Dla mnie idealne jest to, że nie muszę nigdzie "latać i załatwiać",
oni sami wszystko z Kasą Chorych załatwią.
Przy okazji nie mogli się nadziwić, że w Polsce odmówiono mi aparatu
słuchowego twierdząc, że to nic nie pomoże.
Tu twierdzą, że należy jak najwcześniej dawać aparat słuchowy by nerwy były
cały czas pobudzane do pracy dźwiękami a nie wyłączały się z ich braku.
I nie będzie to wcale niewidoczny aparat. Te niewidoczne nie są dla każdego, bo
nie każdy ma odpowiednio długi przewód słuchowy w uchu a do tego mało
uszkodzony słuch.
A teraz pieśćcie oczy i uszy, oglądając filmy na You Tube i dając przynajmniej
tryb kinowy lub cały ekran.
Miłego tygodnia Wszystkim;)

niedziela, 3 listopada 2019

Się dzieje.....

.....ino iskry lecą dookoła.
A optycznie wygląda to tak:







Nagle 20 metrów kwadratowych zostało zarzucone zawartością  trzech
regałów przywiezionych  2 lata temu z Warszawy. Demontaż ich na
pojedyncze deski był miły niczym koszmar nocny. Chyba przez całe życie
nie nawyciągałam się tylu gwoździ co  dziś. I jeszcze  nigdy nie brałam
czynnego udziału w dewastowaniu mebli. Udało się wszystko wyprowadzić
z mieszkania nim przyjechały paczki z nowymi meblami.
Po jakimś czasie w pustym pokoju, który będzie moją sypialnią zaczął się
montaż łóżka -  ja się tylko przyglądałam, bo zajmowałam  się głównie
unicestwianiem opakowań z mebli  - bo nie można wrzucać do pojemnika
całych opakowań, one muszą być w niedużych kawałkach. A ja ostatnio mam
wprawę w rozkawałkowywaniu papierów.
Gdy zajrzałam po raz pierwszy zobaczyłam to :




a w jakiś czas potem, wcale nie krótki było tak:
Okazuje się, że mam dwa łóżka, choć byłam pewna, że kupuje się jedno.
No i coś, co jest praktyczne, czyli dwie  szuflady.
Mnóstwo czasu  kosztował demontaż  i ponowny  montaż szafy, która teraz
będzie w sypialni. I całkiem sporo  czasu  zeszło przy montażu komódki-
 jednej z dwóch.
W tak zwanym "międzyczasie"  byliśmy na koncercie  uczniów szkoły
muzycznej, do której chodzi starszy Krasnal. Starszy błysnął, bo wykonał
swoją własną kompozycję ( co było nawet napisane w programie koncertu),
niestety nie załapałam się na program, bo przyczłapaliśmy dość późno.
Oprócz własnego utworu zagrał jeszcze  jakieś boogie. On bardzo lubi grę
na fortepianie, twierdzi, że go gra relaksuje.
 W tej chwili moja sypialnia ma zmontowane  łóżko, komódkę i
szafę ubraniową.
Druga komódka będzie  zmontowana jutro, resztę wyposażenia jeszcze
trzeba dokupić, czyli stolik, lampę stojącą, fotel. Ale do fotela to się wpierw
muszę przymierzyć, nie da się  kupić go z katalogu.
Mam jeszcze do "ogarnięcia", czyli przejrzenia i wyselekcjonowania  całą
masę rzeczy, które mieszkały przedtem w regałach.
Najbliższe dwa tygodnie będę miała co robić- to pewne.