drewniana rzezba

drewniana rzezba

środa, 16 października 2019

I koniec .....

....złotej, ciepłej jesieni?
Wczoraj rano za  moim oknem było tak:


a dziś wieje i pada , więc siedzę w domu i buszuję w You Tube.
Oczywiście w poszukiwaniu nowych filmów z moją ulubioną parą argentyńską.
W trakcie poszukiwań znalazłam  Roxanę Suarez tańczącą z innym tancerzem-
Javierem Rodrigezem:
Wszystko mnie w tym tańcu zachwyca.
A oprócz tego dotarły filmiki z  ostatniego XVII Taipei Tango Festival:


I jak zwykle - oglądajcie na YT i koniecznie na "całym ekranie."

poniedziałek, 14 października 2019

Dziś jest........

.........Dzień Nauczyciela.
Wiem, to tzw.  "święto na gwizdek", bo kiedyś takich dni pracowników różnych
resortów było na pęczki.
Do szkoły to chodziłam  niemal w  "starożytności", większość nauczycieli zlała
się w mej pamięci w jedną całość  "grupy dręczącej uczniów".
Nie mniej do dzis pamietam swoją wychowawczynię z klas I -III w szkole
podstawowej. To dzięki niej do dziś nie robię błędów  ortograficznych oraz
gramatycznych,  nauczyła mnie pisania wszystkiego tak, by czytajacy nie musiał
się głowić nad tym co ja chciałam powiedzieć.
Gdy chodziłam do podstawówki było nas w klasie 45 do 50 łebków, małych
paskudnych rozrabiaków. Ale nie przypominam sobie, by "nasza pani" na nas
krzyczała. I nigdy  żadnego dziecka nie pociągnęła za ucho, nie trzepnęła po
rękach, nie wystawiła za drzwi klasy lub odesłała do kąta.
To była nauczycielka  z powołania - kochała wszystkie dzieci i lubiła je uczyć.
Pani Janino - była pani dla nas jak  troskliwa matka i teraz za to publicznie
dziękuję.
Szkoda tylko, że w swej karierze uczniowskiej tak mało spotkałam nauczycieli
podobnych do pani.
A wszystkim blogującym nauczycielkom i nauczycielom życzę, by po latach  tej
naprawdę ciężkiej pracy ktoś z bardzo dorosłych  byłych uczniów wspominał ich
z rozrzewnieniem.












niedziela, 13 października 2019

Mix


Okno jest moje, widok za nim ogólnodostępny a bystry obserwator to
kotka mojej przyjaciółki.

Tu kombinuje jakby wskoczyć na mocno zabałaganioną szafkę

A tu wyraźnie ćwiczy mięśnie brzuszka.

Wybory.
Otóż uprzejmie Wam donoszę (warto zapamiętać ten zwrot, bo być może ,
że nastąpi era częstego używania go , gdy wybory wygra jedynie  słuszna partia),
że dziś razem z przyjaciółką wzięłyśmy udział w wyborach do Parlamentu RP.


Na zdjęciu to tylko fragment kolejki oczekujących by wziąć udział w tych
wyborach. Stałyśmy w tej kolejce niemal półtorej godziny, a sam proces
zagłosowania zabrał nam raptem pewnie mniej 10 minut.
Pogoda  nam dziś sprawiła niespodziankę - nagle, po kilku całkiem
chłodnych dniach temperatura podskoczyło do 24 stopni , a słońce szalało.
Trochę  nas to stanie w kolejce wykończyło, bo w poprzednie dni sporo
chodziłyśmy po mieście.
Niestety teraz zaczęło się chmurzyć i chyba będzie coś padać...

A tu moja ulubiona para, w Regensburgu

.Tym razem tańczą mało znane tango.

No cóż, pogoda się jednak zbiesiła, pada.
Zostawiam Was z Roxaną i Sebastianem, a sama ide z moimi do Greka
na kolację.





czwartek, 3 października 2019

To je ono!

Jakby ktoś nie wiedział, to na wiolonczeli gra Stjepan Hauser

 A tu wersja druga, ze słowami, dla tych co lubią i potrafią śpiewać:


Tę piosenkę słyszę średnio/przeciętnie  ze 20 razy dziennie, bo jedna
z berlińskich radiostacji która mi służy za kurtynę  dźwiękową i zarazem  ma
mnie osłuchać  z językiem niemieckim ma  ją  "na stanie" i ostro eksploatuje.

Pogoda u mnie nie zachwyca, deszczy i wieje na przemian, temperatura  też
nie rozpieszcza, raptem jest 12 stopni ciepła.
Jak na dzień świateczny, bo to kolejna rocznica  Zjednoczenia Niemiec, to
jest dość marnie. A berlińskie dzieciaki już od jutra mają ferie wykopkowe.
Ciekawa jestem czy jeszcze gdzieś na polach ktoś wykopuje ręcznie  ziemniaki.
A  ja znowu buszuję w różnych papierach. I czasem dokonuję zadziwiających
odkryć. Np. zapomniałam, że to warszawskie mieszkanie jest....tylko moje, bo
je wykupiłam ze  Spółdzielni Mieszkaniowej.
Rozstałam się  też już z rzeczami osobistymi mego męża - poszły w tzw. dobre
ręce, co mi ulżyło, bo perspektywa wywożenia tego gdzieś na "przemiał"
napawała mnie smutkiem i niesmakiem, zwłaszcza, że były to rzeczy niemal
nowe.
Co jakiś czas idąc ulicą widuję w otwartych pudłach używane rzeczy już
nieprzydatne ich właścicielom - czasem są to książki,  czasem ubrania lub
zabawki , niekiedy jakaś elektronika. Okazuje się, że proces przystosowania
rzeczy osobistych do ponownego użytku jest tak drogi, że wręcz nikomu się
nie opłaca- takie rzeczy  należy wszak wyprać, wydezyfenkować, wyprasować-
a tu ciągle  brak ludzi do pracy.




niedziela, 29 września 2019

A moja ulubiona para.....

......czyli Roxana Suarez i Sebastian Achaval
tak tańczyli wczoraj w Sztokholmie:








Oczywiście polecam obejrzenie na YT w  trybie kinowym lub na pełnym ekranie.
Niestety jak na razie nikt nie udostępnił  filmów z ich występów w Taipei, co
mnie nieco dziwi.


środa, 25 września 2019

Jest mi źle.......

.......choć bardzo się staram wrócić do normalności.
Ale  być może trzeba sobie jednak brutalnie powiedzieć, że lepiej nie będzie, bo
moja druga połowa zniknęła i nigdy już jej nie będzie. I nic ani nikt tego nie
zmieni.
Muszę zacząć postępowanie spadkowe - jestem zaskoczona ilością dokumentów
które muszę zgromadzić.
A do tego ja w Berlinie a dokumenty w różnych instytucjach w Warszawie.
Zaczynam się pomału przekopywać przez papierzyska, które pozostawił mąż.
Ponieważ był wielce skrupulatnym człowiekiem to może uda mi się nie robić
wycieczki do Warszawy. Średnio/przeciętnie po 10 minutach przeglądania
tonę we łzach bo powracają wspomnienia.
Co dziwne to nawet te wesołe nie wywołują uśmiechu a doprowadzają do łez.
Papierologia stosowana zawsze się w Polsce miała świetnie, na wszystko
zawsze potrzebny był papierek i obowiązkowo pieczątka.
Bez papierka i pieczątki człowiek nie istniał.
Aż zaczynam się zastanawiać co było gdy goła małpa mieszkała w jaskiniach.
Nie było papierków, nie było pieczątek, a gołe małpy były. Dziwne, prawda?
W ramach odskoczni od papierów zerknęłam dziś na You Tube i wpadł mi
w oko i ucho ten filmik:

Jak widać tango jest dobre do tańczenia nawet w dość zaawansowanej ciąży.
Właściwie  to się głupio dziwię - znałam taką, która calutką ciążę jeździła
konno i skakała przez przeszkody, przestała na 2 tygodnie przed porodem.






piątek, 20 września 2019

Dzień podobny do dnia.....

.....tydzień do tygodnia.
Więc sięgnęłam do swojej play listy i popatrzyłam na swą ulubioną
parę argentyńską - Roxanę Suarez i Sebastiana Achavala.




Od wczoraj tango argentyńskie króluje w Taipei, w końcu miesiąca będzie  ich
gościł Sztokholm, w październiku Regensburg, Bazylea,  Majorka i Bari,
a w listopadzie  Miami  i Los Angeles.
Już  się  nastawiam na nowe doznania artystyczne, mam nadzieję, że nowe
ich filmy trafią wkrótce do sieci.
Poza tym u mnie jak w tytule posta. Na razie usiłuję nauczyć dzieci by jadły
zupy. Starszy wczoraj  wzgardził moją grzybową, ale młodszy stwierdził, że
mógłby taką zupę jadać  codziennie. No to dziś starszy ma placki kartoflane
z musem jabłkowym, który muszę zaraz iść kupić.
Dzięki temu, że dla nich gotuję to i sama jem obiady, bo tylko dla siebie to
z całą pewnością bym nie gotowała.
Proponuje byście oglądali te filmiki na You Tube- wystarczy jedno klikniecie.

poniedziałek, 16 września 2019

U mnie standard.......

......czyli bez zmian.
Jeżeli w ogóle się coś dzieje to tylko same "zagwozdki".
Jest wielce prawdopodobne, że będę musiała  jednak pojechać do Warszawy, choć
tak naprawdę wcale mnie to nie cieszy. Bo coś mi się widzi, że pewnych spraw
nie da się załatwić  zdalnie.
U mnie nic się  nie dzieje a tymczasem największy radioteleskop świata znów
zarejestrował sygnały z Kosmosu:

I  jestem dziwnie pewna, że większość z Was powie : "no i co z tego?"
Jak na razie to zapewne  nic, ale szukam po prostu sposobu by nie myśleć
w kółko o tym co mam tu i teraz. Teorii na temat pochodzenia tych sygnałów
jest kilka, ale tak naprawdę nic nie wiadomo skąd się biorą. Wszystko co o nich
naukowcy mówią to tylko przypuszczenia, czysta teoria.
Obejrzawszy ten film zaczynam podejrzewać, że rzeczywiście  zima tego roku
może być dość wczesna, bo  już wygląda tu bardzo jesiennie. Chodniki zasłane
rano dość dużą ilością brązowych liści, przy każdym powiewie wiatru dęby na
mojej ulicy sypią żołędziami. A i temperatury nie rozpieszczają, zwłaszcza rano
i wieczorem.
Przede mną tzw. "ferie wykopkowe"czyli relikt minionej epoki, gdy dzieci były
zwalniane na dwa tygodnie ze szkoły i jechały do domów rodzinnych by pomóc
rodzinie w wykopkach ziemniaków.
Bardzo te ferie wykopkowe wszystkim rodzicom nie pasują, bo jeśli oboje rodzice
pracują to mają kłopot co zrobić z dzieckiem- urlopy już wykorzystane z okazji
wakacji, ofert na przechowanie dziecka mało no i oczywiście to wszystko niestety
kosztuje.
A do mnie na ten czas przyjedzie przyjaciółka i mam nadzieję, że się nie rozmyśli.
Już sobie wyobrażam  jak się nagadamy, pewnie  będzie  się trzeba ratować
koglem moglem by się pozbyć chrypki.

sobota, 14 września 2019

Księżyc Żniwiarzy

Tej minionej nocy była tzw. Pełnia Księżyca Żniwiarzy.
Kto to zjawisko przegapił następne będzie mógł obejrzeć dopiero 13 sierpnia
2049 roku.
Poprzednie miało miejsce 13 października 2000 roku, ale  mnie jakoś umknęło.
A następnego to już z całą pewnością nie doczekam.
I rzeczywiście była to bardzo jasna noc, taka, która dawniej umożliwiała zbieranie
nocą plonów z pola. Tyle tylko, że w tym roku już plony zebrane i nawet pola
zaorane.
Usiłowałam sfotografować to zjawisko, ale okazało się, że wysiadła mi  bateria
w aparacie, a smartfon jakoś słabo się spisał i zdjęcie było marne, więc  je
skasowałam.
Ale posiedziałam nieco  na balkonie w świetle Księżyca, nie doczekałam
jednak do godziny 4 nad ranem, gdy miało być najjaśniej.
"Odpadłam" mniej więcej około  godz.2,00. Ale i tak była to jednak bardzo,
bardzo jasna noc.
Czytam teraz Olgi Tokarczuk "Prawiek i inne czasy". Przyznaję się bez bicia-
to pierwsza książka Tokarczuk, którą czytam. I jak dla mnie- nieco męczący styl
narracji, ale w sumie pomimo różnych zawirowań w moim życiu przeczytałam
w trzy wieczory i tylu nieco zarwanych nocy.
I przeczytałam też książkę Emilii Smechowski "My, super imigranci". Autorka
urodziła się w Polsce, w dzieciństwie wraz z rodzicami i siostrą wyemigrowała
do Niemiec. Oczywiście nielegalnie. Czytając  te książkę zastanawiałam się
czy ona i ja mieszkałyśmy w tym samym kraju. Bo tak na zdrowy  chłopski
rozum rzecz biorąc Warszawę i Wejherowo nie dzieliły tysiące kilometrów
ale tylko 415 km. Jak Wam wpadnie  w ręce - przeczytajcie.
Poza tym wreszcie (po latach) przeczytałam z wielką przyjemnością Llosy
" Ciotka Julia i skryba".
A wszystko przez to, że nie  doczytałam jej do końca przed laty, a nie chciałam
jej zabierać z Berlina do Warszawy.
A że mi ostatnio źle, to chyba znów wyciągnę z półki Grahama Greena by
zanurzyć się w jego powieści  "Podróże z moją ciotką". To książka do której
co jakiś czas wracam. Drugą taką książka do której co jakis czas wracam jest
G.G, Marqueza  "Miłość w  czasach zarazy".
Miłego weekendu Wszystkim życzę!

piątek, 13 września 2019

A więc.....

.......pogrzeb się odbył.
Siedziałam w cmentarnej kaplicy, słuchałam muzyki, wpatrywałam się przez
łzy w portret mego męża, w stojącą w objęciach kwiatów urnę z Jego prochami
i nadal miałam poczucie zadziwienia i nierealności tego co się dzieje.
Niewiele więcej realności było w miejscu gdzie  miała  spocząć urna.
Oczywiście nikt z nas nie powiedział nawet słowa, nie bardzo się daje mówić
gdy dławi nas płacz.
 A teraz pewne ciekawostki : okazuje się, że na tym cmentarzu pogrzeby są
tylko dwa razy w tygodniu, w poniedziałki i czwartki. Po prostu tylko w te dni
jest obecny administrator tego  cmentarza. Przyczyna dość prosta, żeby nie
powiedzieć, że dość zabawna-  brak ludzi do pracy. Ten pan administrator  ma
pod swą opieką aż dwa cmentarze.
Gdy my przebywaliśmy w kaplicy już gromadzili się przed nią następni
żałobnicy. Z tego też względu odtworzono tylko pierwszy utwór muzyczny.
Przytomnie zrobiłam zdjęcia dla tej rodziny której było do Berlina za daleko
jak i tej, której było za drogo i wczoraj je wyekspediowałam pocztą mailową.

Z pozytywów - do cmentarza docieram piechotką w ciągu 15 minut.
Teraz pozostaje sprawa udekorowania grobu i zamówienie kamienia z informacją
kto tu spoczywa. Nie przewidujemy żadnych pomników i wcale nie dlatego
że to ogromny koszt- po prostu obie z córką lubimy prostotę. A dekoracją będzie
misa z kwiatami stojąca w miejscu, w którym jest urna z prochami  mego męża.
Nie wiem czy wiecie, ale tu są wyznaczone tradycją miejsca pochówku małżeństw
w grobie.
Są chowani tak, jakby  ona szła nadal z mężem pod rękę, czyli z jego prawej strony.
I wcale nie jest mi lepiej po tym pogrzebie i chyba nigdy lepiej nie będzie.

Chcę tu podziękować wszystkim, którzy mi cały czas przesyłali i nadal przesyłają
dobre myśli  i tym utrzymują mnie "w pionie".
Dziękuję z całego serca,  JESTEŚCIE CUDOWNI!!!!


środa, 11 września 2019

Porcja muzyki.....

......tym razem na smutną okoliczność.





Na jutrzejsze pożegnanie, czyli pogrzeb, wybrałam tę właśnie muzykę.
Będzie nas, żegnających, raptem 8 osób. Z rodziny męża nie będzie
nikogo - dla jednych za daleko (dla tych z Holandii) , dla drugich za drogo-
tak twierdzą Ci z Polski. Ale - jak mnie  zapewnili- na ten dzień i godzinę
zamawiają mszę. Jeśli idzie o mnie to mi to obojętne.
Będzie to dla  nas nowe doświadczenie, bo całe pożegnanie, sposób w jaki się
odbędzie zależy tylko i wyłącznie od nas. 
Nie ma tu  żadnego "mistrza ceremonii", z polskim językiem zwłaszcza.
Mam nadzieję, że sprostam zadaniu, że sklecę kilka logicznych zdań, wszak od
rana będę się pasła walerianą i melisą.
Posłuchamy pięknej muzyki, każde z nas coś o naszym Zmarłym powie, potem
złożymy urnę  w grobie - urnowym.
Wiem- dla niektórych to dziwny pogrzeb, hardcorowy  niemal, ale ja mam
zwyczaj szanowania czyjegoś życzenia wypowiedzianego  jeszcze za  życia.
Wiem, ja  po prostu mam świra.


niedziela, 1 września 2019

W ramach powrotu do......

.....normalności.
Dzieci wymyśliły, że trzeba matkę tak zmęczyć, żeby nie miała sił płakać, więc
na mijający właśnie weekend wypożyczyły duży, wygodny samochód na  7 osób
i w szóstkę - dwie teściowe, dwa Krasnale i ich rodzice pojechaliśmy  do Worlitz.
W Worlitz jest 21 hektarowy kompleks parkowo pałacowy, założony w II połowie
XVIII wieku przez księcia Leopolda III  Friedricha Franza.
Klasycystyczne budowle kompleksu oraz park w stylu angielskim są na liście
obiektów chronionych UNESCO.
I wszystko byłoby super, gdyby nie +33 na termometrze. Poza tym  wszędzie
susza i to dotkliwa- wstrząsnął mną widok wyschniętego pola słoneczników -
rośliny  były wysokości ok.60-70 cm, doszczętnie zasuszone.
Ten kompleks pałacowo-parkowy składa się z kilku wysp i wysepek, ma sporo
kanałów i dotychczas sporą atrakcją było pływanie po całym terenie łodziami -
teraz we wszystkich kanałach  brakuje  tak z 1,5 metra wody, kanały już nie
żeglowne, kursuje tylko jeden prom.
Dostałam nieźle w kość przez ten upał, bo w cieniu wcale nie było lepiej.
Oczywiście porobiłam trochę zdjęć:






























I jeszcze taka śmieszna  brama lącząca dwie części parku. Wewnątrz
są dwie ławki, zapraszające do odpoczynku.



Wracając wpadliśmy do Poczdamu i w holenderskiej dzielnicy
zjedliśmy obiado-kolację. To bardzo ładna dzielnica,  tu jedna z uliczek:
 




A tu zagadka - może ktoś wie co to za kwiaty?




A tu też one, w porównaniu do  wielkości damskiej dłoni:

Dziś też byliśmy w plenerze- tym razem nieco bliżej  w Werder nad Havelą.
Na szczęście już nie było +33 ale tylko +29 stopni i był wiatr.
Najstarsza  część miasteczka leży na wyspie.

Główny rynek a na nim drzewo, które było posadzone w 1880 roku. Jest
bardzo troskliwie pielęgnowane.


Te małe domki są urocze. Uliczki nie wiedzą co to asfalt lub płyty
chodnikowe.










Widok z ulicy Kościelnej na kościół i plecy części mojej wycieczki.
Oni się gapili na kościół a my z zięciem pstrykaliśmy fotki.



I stary wiatrak, który można było zwiedzać , oczywiście za opłatą. W oknie na
górze Krasnale. Ja rozpłaszczyłam się na ławce, nie marząc by tam wejść.
Wracaliśmy boczną, regionalną drogą, która jest na tyle blisko Haveli, że
ciągle nam migała poza drzewami.
Werder jest wybitnie wypoczynkowym miejscem.
Mnóstwo tu różnych hoteli i pensjonatów, pełno kawiarenek, spora marina
i bez trudu można tu spędzić całkiem udany urlop. Jest też  dużo dobrych tras
rowerowych. Ruch na Haveli całkiem spory, bez przerwy przepływają różnej
klasy i wielkości jednostki pływające. Można też wypożyczyć pływające
mieszkanie i podobno sporo osób tak robi.
Oczywiście  wracaliśmy przez Poczdam i jestem Poczdamem oczarowana.
Ogromnie się rozbudował, jest nawet sporo nowiutkich, wielorodzinnych
kamienic nad samym brzegiem  rzeki, których jeszcze w ub. roku nie było.
Jeśli idzie o zmęczenie mnie - udało się - ledwie zipię.










sobota, 24 sierpnia 2019

Podobno.......

........ czas goi wszystkie rany.
Ale jakoś w to nie wierzę- mam raczej wrażenie, że są takie rany, które się nijak
nie zagoją.  I chyba w dużym stopniu zależy to od wieku właściciela tej rany.
A może to wynika z faktu, że tyle lat dzieliłam swe życie z drugim człowiekiem,
że bardzo wcześnie słowo  "ja" zastąpiłam słowem "my" bo jakimś cudem
tworzyliśmy jedność?
Staram się, bardzo się staram pozbierać, ale jakoś nie umiem, nie udaje mi się.
I nie łudzę się - lepiej nie będzie, bo czas już tu niczego nie zmieni.
Mam kilka koleżanek, których mężowie po ponad czterdziestu latach wspólnej
drogi przenieśli się w inny wymiar. Od tych smutnych wydarzeń minęły lata,
a ich ból wcale nie mijał i nadal trwa, tak samo dotkliwy.

W ramach  powrotu do normalności  byłam wczoraj na  pierwszej rehabilitacji.
Dziwny kraj - jednego dnia zostałam zapisana a następnego już miałam zabieg
fizjoterapii.
A do gabinetu fizjoterapii mam do przejścia ze 350 metrów od  domu.
Zabiegi będą wykonywane co 3 dni.
Moje kłopoty językowe rozwiązuje aplikacja SayHi w naszych smartfonach -
pani prowadzącej terapię i moim.
Miłe zaskoczenie - pani fizjoterapeutka ogromnie miła, empatyczna i dobrze wie
co ma robić. W pierwszej kolejności zabrała się za mięsień lewego uda bo po tym
wypadku jednak się nieco  przykurczył. Niestety rozluźnienie go jest dość
bolesnym zabiegiem. Następne tortury mam we wtorek przed południem.
Od kilku dni mamy naprawdę ładną, letnią aurę.
Wczoraj wieczorem pszłam z dziećmi i wnukami na spacer- o 8 wieczorem
było jeszcze + 27 stopni. Obejrzałam kino "Eva", które jest w tym samym
miejscu od 100 lat. I zjedliśmy lody w jednej z pierwszych berlińskich
lodziarni. Osoby na diecie  bezglutenowej dostają lody w kubeczkach, bo jak
wiadomo wafle zawierają gluten. I wcale z tego powodu nie są droższe.






środa, 14 sierpnia 2019

A życie....

......toczy się dalej.
Jesteście wszyscy cudowni, że czytacie nadal mój blog, który stał się
nagle dziennikiem zrozpaczonej wdowy.
Od dawna oboje wiedzieliśmy, że nie jesteśmy młodzi i że mamy nikłą
szansę by jednocześnie, w sposób naturalny przenieść się w inny wymiar,
ale co innego wiedzieć, a co innego doświadczyć tego.
Rozum to jedno, a uczucia jakoś z nim nie współgrają.
Dziś byłam z córką na cmentarzu by wybrać  miejsce na grób urnowy.
Miłe dla mnie zaskoczenie, bo zajął się nami pan administrator, który
mówil po polsku. Przepraszał,  że może mieć "zacięcia" ale jest tu
od dziecka a ma 50 lat i chwilami może mu brakować słów.
Było do wyboru kilka miejsc, wybrałam takie by było niedaleko od
wejścia, częściowo zacienione.
Każda taka "kwatera" jest na 4 urny i wykupuje się  ją na 20 lat.
Po tym czasie można oczywiście przedłużyć czas jej użytkowania. Za
te dwadzieścia lat płaci się 800€, za przedłużenie już tylko 400€.
Poza tym byłam dziś u ortopedy bo boli mnie nadal krętarz duży.
Tu też miałam szczęście, lekarz to Polak. Fajny, kompetentny, uprzejmy.
Potwierdziły się dwa moje podejrzenia- pierwsze, że oprócz tego złamania
główki (a tak dokładnie pęknięcia) oberwał krętarz duży i dwa stawy
krzyżowo -biodrowe. Dostałam skierowanie na fizjoterapię i jeśli mi się
po tym nie poprawi to mam się za  dwa tygodnie pokazać.
Przy okazji zadziwiłam pana doktora poziomem swej wiedzy z  zakresu
ortopedii i rehabilitacji.
Aż się zapytał skąd tyle o tym wiem, a gdy wymieniłam żródło- nie był
zdziwiony tylko powiedział - dobra robota.
No cóż, jak się jest pokraką i miało do czynienia z kilkoma ortopedami,
w tym z jednym o zacięciu pedagogicznym, to się dużo o tym wie.
Jutro poszukam w okolicy  fizjoterapii gdzieś niedaleko domu, żeby tam
docierać piechotką a nie jechać  metrem.


wtorek, 13 sierpnia 2019

Wracam na trochę.....

....żeby po prostu nie  zwariować.
Pogrzeb będzie dopiero 12 września. Pewnie jesteście tym zaskoczeni - ja
też byłam. Ale ponieważ mój mąż umarł w  domu, a my chcemy by był
poddany kremacji, musi być wpierw  wykonana autopsja, choć wg opinii
lekarza, śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych.
Gdybyśmy zdecydowali się na pogrzeb tradycyjny to nie byłoby tego cyrku,
bo gdyby nagle ktoś z rodziny oskarżył mnie, że to np. ja go otrułam, to w
przypadku tradycyjnego pochówku zawsze jeszcze można przebadać
szczątki- po kremacji nie ma niestety co przebadać. A w Berlinie  brak jest
niestety ludzi do pracy i o ile w innych częściach tego państwa  procedura
zamyka się w dwa tygodnie to w Berlinie trwa to  cztery tygodnie.
Inna ciekawostka - do kremacji klient musi być odpowiednio ubrany i ma
być w odpowiedniej trumnie- wszystko ma być łatwopalne i ekologiczne.
Te akcesoria się samemu wybiera w zakładzie pogrzebowym-wybrałyśmy.
Zapewne stracę resztkę swojej dalszej rodziny, bo zdecydowałyśmy się
na pogrzeb świecki - oboje  z mężem od lat byliśmy z dala od kościoła,
 co zresztą zgłosiliśmy tu z okazji zameldowania i jest zapisane w naszych
dokumentach. A druga sprawa- nie będziemy spoczywać w "ziemi ojczystej,
skąd nasz ród"i to moją daleką rodzinę mierzi.
No cóż- utrwali się  w resztkach rodziny opinia o mnie jako o wariatce.
Taka  dziwna rzecz- nasz pierwszy wspólny spacer tu po okolicy zaprowadził
nas na pobliski  nieduży miejski cmentarz, który bardzo nam się spodobał-
zero wyścigu pomników który wyższy i okazalszy, w ogóle mało pomników,
ale wszystkie groby zadbane i cały cmentarz przestronny, czyściutki, zadbany,
wygodne alejki, dużo pięknej zieleni.
No i blisko miejsca , w którym mieszkamy. Krążyliśmy z mężem po tym
cmentarzu rozmawiając, że będzie nam tu miło spoczywać. I szkoda, że nie
za jednym zamachem.
Czuję się jakby mnie rozjechał walec drogowy wyciskając ze mnie przy
okazji wszystkie łzy. Nie mogę jeść, wszystko staje mi w gardle, nie mogę
spać, zasypiam po tabletkach raptem na 4 godziny, nie mogę nawet płakać.
Dziękuję Wam Wszystkim za słowa współczucia - bardzo dziękuję.

sobota, 10 sierpnia 2019

***

Dziś w nocy w czasie snu umarł mój mąż.
Był naprawde wspaniałym człowiekiem.
Zazdroszczę Mu takiego odejścia.
Trochę mnie tu nie będzie, ale pewnie wrócę.

piątek, 9 sierpnia 2019

Serce mi się ściska....

gdy  patrzę na okoliczne drzewa.
W ubiegłym roku było więcej gałęzi, w tym drzewo jakby wyłysiało,
z balkonu widzę, że niektóre gałęzie wręcz się poodłamywały.
To jeszcze stosunkowo młode dęby czerwone i one gorzej znoszą suszę
niż stare drzewa.

A tu już starsze drzewa i część ich liści wyraźnie schnie. Zresztą pod
drzewami  leży już sporo uschniętych liści.
















Krasnale już od poniedziałku są w szkole.  Starszy od następnego tygodnia
będzie raz w tygodniu uczęszczał na zajęcia  matematyczne na Uniwersytet.
Ciekawe czy z tej racji zrezygnuje z chóru, bo jak na razie to próby chóru
i ta matematyka wypadają w ten sam dzień.  Gdy mi dziecko o tym mówiło
to miało minę taką jakby dostało najcudowniejszą, wyśnioną zabawkę i
bardzo mocno przyciskał do swej chudziutkiej klatki piersiowej konspekt
który od nich dostał.
No tak - zero, albo mniej niż  zero moich genów;)
Czy wiecie, że dziś jest Światowy Dzień Miłośników Książek?
Book Lowers Day jest dniem powiększania swoich zbiorów książek oraz
dniem obdarowywania się  książkami.
Badania prowadzone przez psychologów wykazały, że czytanie pomaga
zmniejszyć stres, stymuluje umysł, poprawia pamięć, pomaga lepiej spać.
Czytanie pozytywnie wpływa na cały rozwój człowieka.
Uczy myślenia, pobudza wyobraźnię, rozwija umiejętność wysławiania się,
wyrabia cierpliwość a ponadto ci co dużo czytają są bardziej empatyczni
i mają więcej zrozumienia dla innych.
No to ja dziś wieczorem wreszcie będę mogła poczytać książkę napisaną
przez pewną uzdolnioną Stokrotkę.
 















czwartek, 8 sierpnia 2019

Gdyby mi ktoś.....

........w tamtym dniu powiedział,
że z tym chłopakiem spędzę całe swe dorosłe życie, zapewne  wzięłabym go
za wariata.
Byłam więcej niż pewna, że jak  znakomita większość mej bliższej i dalszej
rodziny wyjdę za mąż i.....zaraz wrócę.
Zwłaszcza, że nie byliśmy "przymusowymi ochotnikami" bo żaden "wcześniak"
nie był w drodze  a  ślub był głównie  wynikiem braku czasu  na spotkania.
Wykombinowaliśmy sobie, że jak weźmiemy ślub  to silą rzeczy będziemy się
mogli widywać codziennie. Powalająca logika, prawda?
To zdjęcie jest zrobione równo 55 lat temu, przed mokotowskim Urzędem
Stanu Cywilnego, już po króciutkiej ceremonii podpisania aktu ślubu.
Nawet nam Marsza Weselnego nie odegrali, bo właśnie była żałoba po  zgonie
niejakiego Aleksandra Zawadzkiego.
To było przed południem, tego samego dnia był (ze względów rodzinnych,
o czym proboszcz został przez nas poinformowany) ślub kościelny o godzinie
18,00, a o 21,00 zmordowani upałem zajęliśmy miejsca w pociągu do  Zakopanego.
I wiecie co? -  rzeczywiście ślub kosztował  "co łaska", mało tego, proboszcz nam
powiedział, że nawet tego  "co  łaska" nie musimy dawać. Bo udzielenie ślubu
jest jego obowiązkiem, a wystrój kościoła jest taki sam dla wszystkich.
A jeśli komuś jest zbyt skromnie, to przecież może sobie udekorować na swój
koszt, według własnego upodobania.
Kochanka mego wujka odśpiewała nam  "Ave Maria, " jedna z nieznanych mi
ciotek oświadczyła, że ostatni raz widziała mnie gdy miałam 2 lata, teściowa
zganiła mnie, że "niewiadomopoco?" miałam na głowie kapelusz i nie było
widać mojej twarzy. Zupełnie jakby było co oglądać;)
Oczywiście ślub  kościelny brałam w tym samym kostiumie co cywilny, a
kapelusz był jego uzupełnieniem.
Jak się domyślacie wesela też nie było.I ślubnych zdjęć u fotografa też nie,
bo oboje nie lubimy się uwieczniać na zdjęciach.
I to byłoby na tyle, jak mówił klasyk.





sobota, 3 sierpnia 2019

Czas.......

.........jakoś mi się zatrzymał w miejscu.
A może raczej to ja  utknęłam w jednym miejscu i nie mam ochoty ruszyć się
z miejsca.
Miałam, powinnam była, wybrać się do Słubic i.... NIC.
Planowałam  zwiedzić tyle miejsc i....NIC - upał mnie pokonał.
Powinnam była zrobić bardzo wiele rzeczy, ale już sama myśl o tych różnych
"powinnam" odbierała mi chęć do życia. Zrobienie zakupów w pobliskim
sklepie, wyjście na spacer, nawet ugotowanie obiadu, co zwykle zajmuje mi nie
więcej niż pół godziny - było problemem. I nadal na nic nie mam chęci, jestem
totalnie na NIE.
Od poniedziałku  dzieciaki już idą do szkoły. Starszy Krasnal bardzo urósł w te
wakacje, a że jest bardzo szczupły wygląda jak - patyczak.
Trochę się snuli po Alpach, potem robili razem z rodzicami kurs  żeglarski na
Elbie, dużo jeździli pociągami włoskimi i zwiedzali Włochy , zahaczyli nawet
o San Marino, w końcu hardkorowo,  z powodu upałów, wracali do Berlina.

Znalazłam filmik o Berlinie z 1900 roku
To rok, w którym wybudowano kamienicę, w której aktualnie mieszkam.

I dla równowagi- filmik o Warszawie, której też już nie ma, tej z 1938 roku



Dwa miasta o tragicznej historii, które powinny o niej pamiętać i w zarodku
tępić wszystko i wszystkich z wypaczonym pojęciem patriotyzmu.
Znalazłam też dwa filmiki  jak oba miasta wyglądały w 1945 roku
Warszawa:

i Berlin:

Moja  dalsza tzw. rodzina nie może się nadziwić, że moja córka wyszła za mąż
za Niemca i że my przenieśliśmy się do Niemiec. Bo oni wiele lat temu zabronili
jednej z córek wyjść za obcokrajowca, Duńczyka. Wyszła za Polaka , z pełnym
błogosławieństwem rodziców, lecz małżeństwo rozleciało się.
 Ale w wieku lat 70 spotkała swą dawną miłość, pobrali się i są razem.
Lubię Berlin, polubiłam to miasto od pierwszego wejrzenia- jest to miasto
bardzo wieloetniczne, w którym spotyka się różne kolory skóry. Bardzo lubię
patrzeć w Volksparku na  dzieciaczki- maluszkom naprawdę nie przeszkadza
żaden kolor skóry - tulą się do siebie zgodnie maluszki czarne,  żółte, brązowe,
białe, wszyściutkie uśmiechnięte, radosne.
Wierzcie mi - one naprawdę wszystkie tak samo reagują, kolor skóry nie ma
tu żadnego znaczenia. Tak samo radośnie  się  śmieją jak i tak  samo żałośnie
płaczą.
Zastanawiam się chwilami, kto i dlaczego mąci ludziom w głowach nakręcając
spiralę nacjonalizmu- nie tylko w Polsce ale i w Europie.

czwartek, 25 lipca 2019

Chyba dopada mnie.....

......jakieś wakacyjne totalne zniechęcenie.
Nie chce mi się pisać,  generalnie nic mi się  nie chce.
Najchętniej to wzięłabym coś na pospanie i pospała  snem  mało przytomnym
dni kilka. Ale nie mam czego wziąć.
A więc macie szansę trochę ode mnie odpocząć, czego Wam wręcz zazdroszczę.
Zostawiam Was z kilkoma filmikami:

i żeby  nieco ochłodzić atmosferę- w tym samym wykonaniu - Zima:


I coś  bardziej rozrywkowego, czyli Tres Lagrimas:

i  tango Flamenco, z ulubieńcem Alenki, Gavito:

Hauser solo:

Hauser w duecie z Lolą:

Koniecznie obejrzyjcie wszystko na YT. kilkając na  napis You Tube.
Do poczytania!

niedziela, 21 lipca 2019

I trochę muzyki

Dziś moje dwie ulubione piosenkarki -  Marie Laforet- dziś zapewne
już dawno zapomniana śpiewająca aktorka z Francji, urodzona w 1939roku.
W 1959 roku wygrała konkurs piosenkarski, w nagrodę  partnerowała
Alainowi Delon  w głośnym wówczas filmie "W pełni słońca".






 A druga moja ulubiona piosenkarka to Caro Emerald , której piosenki już tu
prezentowałam;




Miłego  nowego tygodnia dla Was Wszystkich!!!






sobota, 20 lipca 2019

Dziwne, ale......

........jeszcze  żyję.
Jak większość z Was  wie, jestem dziwadłem. Wielkim dziwadłem, takim
wielce nieprzewidywalnym. A poza tym wielce wkurzonym, bo od wczoraj
Google "przestało synchronizować   zdjęcia", czyli to co trafiało mi
automatycznie ze smartfona na "zdjęcia  Google" i miałam to już w kompie-
przestało trafiać. Podobno dotychczasowy tryb był mało intuicyjny. Ale dla
mnie był wielce wygodny i prosty.
Pogoń Google za "intuicyjnością" zrobiła  mnie osobiście "kuku". Aż się
zaczynam zastanawiać jakie jest  znaczenie  słowa "intuicyjność" zdaniem
informatyków - od dawna usiłuję to rozgryźć- bez powodzenia.
Poza tym - jak wiecie byłam wczoraj na imprezie - i to nie był dobry pomysł,
bo ja nie lubię  tłumów, festynów, jarmarków, odpustów.
A to właśnie była taka impreza - jedynym jasnym punktem było miejsce, czyli
mój ulubiony Ogród Botaniczny. Ale po kolei:
Na szczęście, wyjątkowo przytomnie, zrezygnowaliśmy z jazdy samochodem
i  pojechaliśmy autobusem. Nawet nie było tłoku, od nas to raptem  jest tylko
osiem przystanków, a do autobusu mamy ze 250 metrów.
Dojeżdżając rozglądaliśmy się dokładnie - nigdzie nie było nawet odrobiny
miejsca  na zaparkowanie choćby smarta, a więc  nasz wybór był wielce
słuszny.
Do innego niż zawsze wejścia  ogrodowego zmierzał tłum ludzi.
Część tak jak my z wykupionymi już biletami, niektórzy  dodatkowo stali  przy
kasach. Te wcześniej wykupione bilety były po 35,20€, te nabywane na miejscu
były o 4€ droższe. Dostaliśmy plan gdzie co się będzie  działo. I zaraz potem
przeszliśmy przez stanowisko, na którym sprawdzano nam torebki, plecaki itp.
I zaraz na wstępie, w okolicy budynków  szklarni, które potem będą grały główną
rolę poczułam, że to nie za bardzo mój klimat:
Ta zielona siatka z czerwoną tabliczką, po lewej stronie zdjęcia, skrywa
toczące się na terenie ogrodu prace czyli wykopy z gigantycznymi rurami.
Prace nieomal przecinają ogród na pół, na razie oszczędzając część środkową
przed szklarniami.



Na każdym większym trawniku królowały  rozstawione stoły, stoliki, ławy,
leżaki, namioty z  przeróżnym jedzeniem i napitkiem.
I tak w całym ogrodzie. Do tego, w jednej z głównych alei , gęsto stały obok
siebie  budki z  "wyżerką i napitkiem" rodem z różnych stron świata, bo jak
wiadomo, Berlin jest międzynarodowym miastem. Pomiędzy budkami były
miejsca do konsumpcji na stojąco lub siedząco.
W alejce kłębił się tłum ludzi, niemal wszystkie budki miały powodzenie.
Oprócz tych budek gastronomicznych były również budki z etniczną odzieżą,
w jednym widziałam b. ładne hinduskie szale (chyba ze sztucznego jedwabiu),
w innej królowały b. dziwne, aczkolwiek zabawne, żakiety nepalskie, kilka
budek  oferowało kapelusze  letnie, w jednej malowano henną wzory na
dłoniach, ze dwie prezentowały jakieś ozdobne  aniołki .
Były też trupy artystów wędrujące po całym ogrodzie. I te ich wszystkie
występy wywołały w  nas pewien smutek i....jakiś niesmak.  Bo były to
aż nazbyt widoczne chałtury- przechodzeni  artyści w mocno przechodzonych
strojach.
Może przesadzam, ale osobiście mnie nie bawią ani występy mimów, ani występ
pani kręcącej naraz 3 kółkami  hula hop, ani pan żonglujący piłkami tenisowymi
ani też clowni.
A wszystko w oparach  smażonych , gotowanych lub grillowanych dań. W wielu
miejscach między drzewami snuł się całkiem gęsty  dym.

Ten dziwnie odziany człowiek w cylindrze to "Pan Czekolada", budzący
wielkie zainteresowanie wśród dzieci, który właśnie wyruszył tą zatłoczoną
alejką.
W tym całym  chaosie trafiłam jednak na miłą chwilę, krótki występ pana
Jean Ghazala, saksofonisty. Grał świetnie, miło było posłuchać kilku
jazzowych kawałków.
Pogoda się "rozbujała" i było nie tylko gorąco ale i niestety duszno, pomimo
otaczającej nas zieleni, która nikogo  nie interesowała.
Nie da się ukryć, że największe zainteresowanie budziła strona gastronomiczna
tej imprezy - wszyscy dookoła coś przeżuwali.
Jedno co trzeba bezstronnie przyznać- organizatorzy zadbali o dostateczną ilość
koszy na odpadki, o ustawienie kilku dużych kontenerów ze strefą łazienkową,
wszystkie budki/kioski były czyste, nowe, rodem z jednej wytwórni.
Nie byliśmy jedynymi  osobami które  opuściły  dość wcześnie to  mało ciekawe
miejsce nie doczekawszy do godziny 22,00 gdy miały rozbłysnąć światłami
wszystkie szklarnie.
Zdecydowanie wolę Ogród Botaniczny w zwykły dzień, gdy przychodzą osoby
zainteresowane przyrodą a nie wyżerką.
No i znów się okazało, ŻE JESTEM DZIWNA


czwartek, 18 lipca 2019

Dobra rada.....

...... dla kobiet.

Jeżeli szukasz KOGOŚ kto:
- nigdy nie dotyka pilota, nie wrzeszczy podczas meczu,  przytula się do  ciebie
  gdy oglądasz romantyczny film;
-przyjdzie do twego łózka tylko po to by ci ogrzać zimne stopy i kogo możesz
  wypchnąć z łóżka gdy chrapie;
-kto nigdy nie krytykuje tego co robisz;
-kto słucha cię tak, jakby każde twe słowo było warte wysłuchania ;
-kto kocha cię bezwarunkowo i całkowicie to:
                            KONIECZNIE KUP PSA





Ale jeśli wolisz KOGOŚ kto:
- nie przyjdzie na twe wołanie;
-nie wraca na noc do domu lub wraca do niego tylko po to by zjeść i się
  wyspać;
-i zachowuje się tak, jakby sensem twego istnienia było zapewnienie mu
  szczęścia  to:
                             KUP KOTA  



lub :                           WYJDŹ  ZA  MĄŻ



I to byłoby na tyle, jak mawiał Klasyk;)

                        A taki był mój piesio w 2008 roku:



P.S.
Zdjęcia  1 i 2 z sieci;)


środa, 17 lipca 2019

Nicnierobienie, czyli.......

....to co najbardziej lubię robić.
Czasem mam wrażenie, że wierszyk zaczynający się słowami  "na tapczanie
siedzi leń, nic nie robi cały dzień"..... jest właśnie o mnie.
A  produkt końcowy mojego nicnierobienia wygląda czasem tak:
albo jest w innym kolorku




czasem w zupełnie innym kształcie:



lub jest naszyjnikiem "magicznym" bo jest  z "księżycowego kamienia":


 Ale wszystko to jest właśnie moje nicnierobienie. Nazwę nadała temu
moja znajoma, której pasją  życiową było wieczne sprzątanie i pucowanie
w domu wszystkiego. A musicie wiedzieć, że w domu była tylko ona i
jej mąż, brudzące dzieci były dorosłe i mieszkały  we własnych domach,
brudzący ukochany pies przeniósł  się za Tęczowy Most, goście, którzy
ewentualnie mogliby coś zabrudzić lub zaśmiecić bywali bardzo rzadko,
średnio przeciętnie ze  trzy razy w roku.
Wyobrażam sobie, jak ją musiał denerwować i zapewne gorszyć fakt, że
nawet przy psie sprzątałam raz na tydzień (pies miał myte łapki  po
każdym spacerze, a w deszczowy dzień  to i brzuszek  miał starannie umyty)
a gdy też się wybrał za Tęczowy Most to sprzątałam raz  na  dwa tygodnie.
Wpadła do mnie kiedys dość niespodziewanie i zastała mnie gdy buszowałam
w koralikach, zastanawiając się co by sobie ponawlekać - spojrzała na
porozstawiane różne pudełka i pudełeczka i stwierdziła: "no tak, ty jak zwykle
nic nie robisz." No i stąd wziął się termin "nicnierobienie".
To moje złamanie nieco mnie wytrąciło z owego "nicnierobienia" bo to
wymaga dość długiego przesiadywania, a dla stawów biodrowych siedzenie
ponoć jest zabójcze. I trochę w tym prawdy jest. Po dwóch, trzech godzinach
siedzenia  mam problem z wykonaniem pierwszych kilkunastu kroków.
Ale postanowiłam wrócić mimo wszystko do tego "nicnierobienia", bo mam
sporo rozpoczętych i niedokończonych projektów.
Zdjęcia kiepskie,  robione  telefonem a słońce znów strajkuje, widać bardzo
zmęczyło się świeceniem gdy byłam na spacerze.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Nic, albo.....

....jeszcze mniej niż nic się nie dzieje.
Podobno pogoda jest zawsze, ale jeśli idzie o mnie, to mogłaby być nieco
lepsza, bo jeśli muszę zakładać  polarową bluzę żeby nie zmarznąć, to tak
jakby to była  wiosna a nie lato. Słońce strajkuje, wiatr wieje, niebo jakieś
takie szare. 
Mam tylko cichutką nadzieję, że w najbliższy piątek będzie cieplej, bo spory
kawałek nocy z piątku na sobotę mam spędzić pod gołym niebem, o tu:

czyli w Ogrodzie Botanicznym.
Dwie kolejne noce w roku (czasem w czerwcu, czasem w lipcu)  berliński
Ogród Botaniczny zamienia się w miejsce zaczarowane, gdzie króluje światło
i dźwięk. Podobno jest to najładniejsza  plenerowa impreza w Berlinie.
Z okazji  swoich urodzin jako prezent  urodzinowy dostałam 2 bilety na tę
właśnie imprezę. Nie mam pojęcia jaki będzie program, ale z tego co o tej
imprezie słyszałam i czytałam to jest "bajecznie". Pożyjemy - zobaczymy.
Zaczyna się to w piątek o godz. 18,00 i trwa do godz. 2,00 w nocy. Mam
nadzieję, że pogoda dopisze, nie będzie  deszczowo ani zimno i wszystko
Wam potem opiszę. Ale zdjęć nie obiecuję. A to zdjęcie wzięłam z sieci.

sobota, 13 lipca 2019

Sobota.....

.......słońce świeci, temperatura przyjazna, trochę ponad 20 stopni, a ja na dziś
przygotowałam muzykę lekką, łatwą i przyjemną.


 A poniżej ciekawostka  tak wyglądały wspólne początki mojej ulubionej
pary argentyńskiej:




A tak tańczą w tym roku:

Miłego, pogodnego weekendu dla Was;)

piątek, 12 lipca 2019

Świergotliwe ociupeństwo

No i znów będzie o niczym.
Jak zapewne wiecie  mam tu pod domem drzewa, co wygląda z mego balkonu
o tak:
Już od kilku dni, ilekroć jestem na balkonie słyszę dziwne ptasie trele
płynące z okolicy tego właśnie drzewa.
I dopiero wczoraj udało mi się zobaczyć małego solistę - jest wielkości
wróbla, tylko ma nieco dłuższy ogonek, na  łebku ma czerwoną "czapeczkę",
jasne "policzki", brzuszek kremowo -beżowy, skrzydełka w czarne i białe
poprzeczne paski a jego piosenka nie jest zbyt skomplikowana, ot kilka lub
kilkanaście piskliwych dźwięków ki-ki-ki-ki, szybko po sobie  następujących.
Małe to, ruchliwe, ale głosik ma dość mocny.
To po prostu dzięciołek. Samczyki mają czapeczki czerwone, samiczki- czarne.
I chyba mają tu swoją dziuplę, co może oznaczać, że to drzewo ma nieco już
spróchniałe drewno, bo dzięciołki robią dziuple tylko w spróchniałym drewnie,
mają wszak dość słabe dzióbki w porównaniu do dziobów swych  większych
kuzynów. Na ogół  pracowicie "wykuwają" dla siebie nawet trzy dziuple, jedną
lęgową, a dwie do noclegów.
Nie udało mi się tych maleństw sfotografować, bo strasznie ruchliwe te
ptaszyny, więc  wyszukałam ich fotki w necie i na stronie pani Haliny Kubiak
znalazłam portret pana dzięciołka:
zdjęcie ze strony www.halinakubiak.pl
Jeżeli lubicie zdjęcia ptaków  i nie tylko, zajrzyjcie na tę stronę koniecznie.

W czasie mojej ostatniej zimy  w Warszawie, do mojej ptasiej stołówki
przylatywała pani dzięciołkowa i pamiętam ile się naszukałam w książce by
dowiedzieć się co to za ptaszyna nawiedziła karmnik.
Tu od razu wiedziałam, że to dzięciołek, dzięki tej czerwonej czapeczce.
A na naszym podwórku urzęduje para drozdów, z wielką powagą spacerują
wzdłuż płotu obrośniętego winobluszczem i chyba mają niezłą wyżerkę,
bo jakieś coraz grubsze są. Tu w ogóle ptaki mają się świetnie, bo jest
dużo drzew i krzewów, wróbli obu gatunków multum. Podobnie jest z kosami,
śmiejemy się, że kos to ptak miejski. Za to nie ma, przynajmniej w mojej
dzielnicy, gołębi skalnych i srok. Jest kilka par gołębi leśnych i kilka par
synogarlic. I.....nie ma bezpańskich kotów tudzież psów.
Uwielbiam Berlin, naprawdę.




czwartek, 11 lipca 2019

Wczorajsze atrakcje

Narzekałam, że nic się u mnie nie dzieje i .......zaraz zostałam ukarana.
Ci co bywają u mnie od początku mego blogowania, zapewne pamiętają, że
mój ślubny, 10 lat temu, miał wielkie szanse przenieść się w "lepszy wymiar"
w związku z powikłaniami po implancie zastawki aortalnej serca i baypasach.
W 2009 r od końca grudnia do Wielkanocy 2010 r wszystko "wisiało na włosku"
 i zżerało moje nerwy. To pewnie  dlatego wredna jestem;)
No ale  do brzegu- siedzę wczoraj wieczorem przy kompie, słucham muzyki
i nagle, poprzez muzykę, słyszę ryk dobiegający z łazienki: "Czy możesz mi
pomóc?"
Wpadam do łazienki i widzę: mąż siedzi na stołku przy umywalce i trzyma
w niej zakrwawioną rękę. Pierwsze co pomyślałam: "cholera, rękę sobie
uciął", ale następny rzut oka uświadomił mi, że on jedną nogę trzyma w misce
z wodą pełną krwi, a lewą nogę w powietrzu  nad tą miską i z tej nogi, z okolicy
kostki od strony zewnętrznej,  ciurkiem leci krew.
Zdębiałam i grzecznie pytam co sobie zrobił, że mu ta krew tak leci. Chłop
przysięga, że nic, właśnie zdjął skarpetkę i chciał sobie  nóżęta wymoczyć
w specjalnej soli do stóp, włożył do miski prawą  stopę i gdy tylko  zsunął
skarpetę z drugiej stopy ze zdumieniem odkrył, że nagle zaczął krwawić z tej
lewej, jeszcze nie zamoczonej stopy.
A trzeba  Wam wiedzieć, że on od czasu operacji bierze środki rozrzedzające
krew, bo mu wstawili zastawkę  metalową i trzeba rozrzedzać krew, by nie
powstał na zastawce skrzep. Zastawka biologiczna tego nie wymaga.
No niemal mnie zatkało, ale całkiem dzielnie wyciągnęłam materiały do
opatrzenia, przyłożyłam jałowy gazik, który natychmiast przesiąkł na  amen,
potem jeszcze dwa, potem kłąb waty, wszystko razem zabandażowałam mocno,
doprowadziłam go do stanu takiego by przeszedł do pokoju, kazałam się
położyć,  nogi w górę i okład z lodu na  tę nogę powyżej dziury, z której tak
ciekło. Siedzę i dumam co się stało i co dalej robić. Zmierzyłam mu ciśnienie
ze dwa razy, wpierw było jak na niego b. wysokie bo "aż" 130/65a zwykle ma
105/65, potem wróciło do jego normy. No tak kombinuję jak  koń pod górę,
 co dalej robić. Po godzinie postanowiłam zajrzeć co pod tym opatrunkiem.
Jeszcze krwawiło, dziurka była malutka, założyłam kolejny opatrunek i
dalej dumam. Z tego wszystkiego zatelefonowałam do córki, która  aktualnie
jest te 800 km od  Berlina, a ona stwierdziła, że trzeba koniecznie jednak
wezwać pogotowie. No to wezwaliśmy, chociaż ja jestem wrogiem pogotowia,
niezależnie od tego, w którym kraju. Nawet szybko przyjechali (karetka
straży pożarnej), zachwycili się jak fachowo ma założony opatrunek, ja ich
połączyłam z córką, pogadali i wzięli mi chłopa do karetki, informując mnie,
że jadą z nim  do szpitala klinicznego. O godz. 23,30  dzwoni mój  mąż i mnie
informuje, że nie krwawi, ślad po tym jest jak po ukłuciu igłą i jest "strupeczek",
zakleili mu to plastrem i wysyłają go do  domu i ma sobie  znaleźć sam taxi
i wracać do domu. I za niecałe pół godziny rzeczywiście dotarł do domu.
Nie badali go, nawet ciśnienia nie zmierzyli. Trochę mnie to zdziwiło, bo facet
ma 78 wiosen, omawiając  "przypadek" córka podała, że jest na  lekach które
rozrzedzają krew, więc powinni byli zrobić mu badanie na poziom INR, czyli
krzepliwości krwi, a wypuścili go w nocy, samego. Badanie INR nie jest
skomplikowane, bada się tak jak poziom cukru u cukrzyka, aparacikiem.
No cóż, moja awersja do interwencji pogotowia tylko się wzmogła.
Tu też brakuje lekarzy, a na "SORach" królują młodzi, niezbyt doświadczeni
lekarze.
 Na razie jest cisza i spokój, tylko ja wrzeszczę co chwila, by nie siedział
z nogami na podłodze a trzymał  je na poziomie własnego  siedzenia.
Po powrocie męża  musiałam odreagować całe zajście i poszłam spać około
2,30 w nocy.
Lato dziś wróciło, o czym uprzejmie donoszę, słońce pracuje, już jest  
dwadzieścia trzy w cieniu.

środa, 10 lipca 2019

O niczym....

......bo najbardziej lubię pisać o niczym.
Bo tak naprawdę to nic ciekawego ani niezwykłego nie dzieje się u mnie.
Nawet pogoda porzuciła swe ekstremalne wyskoki i w mieście nad Szprewą
pogoda oscyluje pomiędzy 15 a 18 stopni w cieniu, słońce świeci niezbyt
nachalnie, deszcz zaszczycił miasto ze dwa dni temu, ale padał bez przesady.
Krasnale z rodzicami wybyły na wakacje,  nam przybyła obsługa kwiatków
na ich balkonie i opróżnianie skrzynki na listy.
Wpadliśmy wczoraj  w głęboki namysł co zrobić, żeby się nie zatęsknić za
dziećmi.
Pierwsze co wymyśliłam- zakiszę ogórki, bo roboty niewiele, a wszyscy je lubią.
Zakupilam ogórki , koper, czosnek - zakisiłam. Jutro kupię następną partię.
Przypomniało mi się, że przecież potrzebuję narzutę na  łóżko, bo to co mam
zupełnie nie odpowiada mi kolorystycznie -  super wściekła zieleń.
No to pomarudziłam nadając tekst, że jeszcze jeden dzień tej zieleni na mym 
łóżku a oszaleję. Potem kusiłam, że może uda nam się kupić jakąś  fajną
letnią kurtkę/bluzę dla  ślubnego a i może jakieś fajne letnie  buty?
I moja rybka połknęła  haczyk- 3 stacje  metrem i Karstadt- czyli kilometry
sklepu. A ja przecież mam dużo chodzić, ale nigdzie nie jest powiedziane, że
tylko po parku.
W całym Karstadzie "letnie przeceny" bo przecież jesień tuż za progiem, czyli
potrzebne jest miejsce na nowe kolekcje.
Zamiast typowej narzuty kupiłam  dralonowo-bawełniany koc, "letni", bo ten
bawełniany skład zaliczał go do letnich kocyków i zamiast 30€ zapłaciliśmy
19,95€.
Potem zaczęło się namawianie  ślubnego na letnią bluzę. Cena "wywoławcza"
po pierwszej letniej przecenie była coś około 35€, przy kasie okazało się, że
zapłaciliśmy  tylko 25€, dzięki czemu udało mi się namówić  męża na zakup
jeszcze dwóch nowych letnich koszulek polo ( to jest jego ulubiony fason),
za które  też zapłaciliśmy mniej niż głosiła metka. Z tej radości dał się nawet
namówić na ekskluzywne wkładki do butów, które wcale nie były tanie, ale
jakoś tego nie zauważył;)
Tym sposobem całość zakupów zamknęła się w sumie poniżej 100€.
Znacie powiedzenie nie ma róży bez kolców?  Sprawdziło się - stan euforii
zakupami został wyciszony  wpierw pół godzinnym oczekiwaniem na  metro,
potem informacją ( gdy tłum na peronie już  bardzo zgęstniał), że niestety, za
co bardzo przepraszają, z przyczyn technicznych pociągu nie będzie, ale
"na powierzchni" będzie wkrótce podstawiony autobus zastępczy, piętrowy.
Tłum, nawet nie złorzecząc, udał się  do autobusu, a mnie się przypomniało,
że to tylko 3,25  km do nas do domu i już raz wędrowałam tak od  domu, w tę
stronę. Bohatersko ruszyłam , ale po kilometrze załamałam się, zwłaszcza,
że dotarliśmy do postoju  taksówek, a moje biodro już miało dość, bo przecież
nałaziłam się już po  Karstadzie i nastałam pół  godziny na peronie.
No i przez tę  taksówkę koszt wyprawy wzrósł aż do 102 €;)
A ja, jako wyjątkowo wredna baba, " zapomniałam" zakupić sznurowadła do
swoich butków, więc następna wizyta w Karstadzie obowiązkowa - damskie
ciuszki też były mocno przecenione, ale przezornie nie byłam na piętrze  na
którym  one są. Ale teraz przez nie przelecę;)))
I jak znam swego męża i życie, to nie ja będę inicjatorką zakupów dla mnie.
A "kocykowa"  narzuta wygląda tak:
                                         


niedziela, 7 lipca 2019

Ciekawostka....

....czyli  najdłużej trwające badanie w dziedzinie psychologii, test Granta
i Gluecka z Uniwersytetu Harwarda.
W badaniach  wzięło udział 456  ubogich mężczyzn, dorastających w Bostonie
w latach 1939 -2014  oraz 268 mężczyzn, absolwentów Harwardu z roczników
1939 - 1944.
Badani byli oceniani co najmniej raz na dwa lata z pomocą kwestionariuszy,
informacji pochodzących od lekarzy i poprzez osobiste wywiady.
Zbierano dane na temat ich zdrowia  fizycznego, psychicznego, zadowolenia
z kariery zawodowej, jakości pożycia małżeńskiego oraz samopoczucia na
emeryturze.
Celem badań było określenie czynników, które mogą wpływać na zdrowe
i szczęśliwe starzenie się.
Najważniejsza informacja- tym co sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi i zdrowsi
są dobre relacje z innymi ludźmi.
Osoby samotne dużo wcześniej zaczynały chorować i umierały w stosunkowo
młodym wieku.
Okazuje się, że jeśli ma się przy sobie kogoś na kim można polegać, witalność
i zdrowie towarzyszy nam o wiele dłużej.
Przy okazji dokonano zaskakującego  odkrycia - sympatie polityczne mają
wpływ na jakość życia seksualnego.
Mężczyźni o poglądach liberalnych byli dłużej aktywni seksualnie, konserwatyści
rezygnowali z seksu nawet kilkanaście lat wcześniej.
Dobre związki badanych mężczyzn z ich matkami też  miały wpływ na ich życie-
ta grupa lepiej zarabiała, rzadziej zapadała na demencję, bardziej przykładała
się do wykonywania obowiązków zawodowych.
Pozytywne relacje z ojcem wpływały z kolei na lepsze radzenie sobie z lękami
oraz....docenianie wolnego czasu.
Może się mylę, ale  mam wrażenie, że panowie Grant i Glueck z Harwardu
niewiele nowego wnieśli do nauki tym badaniem.
Dla mnie te wyniki nie były żadnym zaskoczeniem, A dla Was?

piątek, 5 lipca 2019

Wreszcie mi się udało....

....klapnąć , więc jest muzyka   na weekend.
Całkiem świeżutkie nagranie mojego ulubionego duetu wiolonczelowego:


I tylko  nieco starsze nagranie   Luki Sulica:


No i dla tych co chcą się nauczyć tańczyć tango:


Zrobiłam ogólnodostępną listę lekcji tanga, demonstrowaną przez tę moją
ulubioną parę.
Jeżeli kogoś interesuje, to proszę w wyszukiwarkę You Tube wpisać:
"Play Lista Suarez,Achaval, work, Anna K.,"
wtedy na to  traficie. No i trzeba koniecznie wpisać  to "Anna K."
bo nie ja jedna układałam Play Listę z udziałem tych  tancerzy.
Tych lekcji nagrałam chyba 71.
 Miłego weekendu Wszystkim, słonka  bez upału ;))


czwartek, 4 lipca 2019

W głowie mi huczy....

....bowiem spędziłam 1,5 godziny w kinie.
W charakterze opieki nad Krasnalami. Film był w technice 3D, animowany.
Plus polegał na tym, że bardzo wygodne były fotele - aż się zastanowiłam
czy nie dałoby się takiego zainstalować u mnie w pokoju.
 Okazuje się, że dzieciaki po raz pierwszy zdecydowały się na obraz w 3D,
dotychczas wolały zwykłe filmy.
Był tylko jeden duuuuży minus - decybele. Ja, która od jakiegoś czasu mam
olbrzymi niedosłuch  jednego ucha- siedziałam ogłuszona. Następnym razem
wezmę ze soba stopery. No a gdy dźwięk podkreślał dramaturgię tego co
się działo na ekranie - regularnie podskakiwał i drżał ów wygodny kinowy
fotel.
Widzów na sali było tak  pomiędzy 10 a 15 osób. Tu chyba też obowiązuje
zasada, że jak jest na sali  sześć osób to już można wyświetlać film.
Podobno dzieci już widziały pierwszą część, teraz  była część druga.
W kinie było "tylko" siedem sal kinowych i chyba w jednej z nich wyświetlali
 film o zdobywaniu Mont Everestu i też w technice 3D i kto wie czy nie będę
musiała na niego pójść, jeśli mój były wspinacz zassał, że jest tam grany.
Przezornie mu nic o tym nie wspomniałam, bo wredna przecież jestem, ale
powstrzymałam się gdy przyszło mi na myśl jaki będzie huk schodzącej
lawiny śnieżnej lub to wycie  wiatru, który tam wciąż wieje.
Na szczęście nie jest daleko, 2 przystanki metrem + 500m per pedes, bilety
oczywiście kupić można elektronicznie.
Dzieciaki przed seansem zaopatrzyły się w olbrzymią torebkę popcornu na
słodko, której zawartość wmiotły. W ogóle  miałam wrażenie, że większość
przyszła do kina głównie by się posilić - widocznie oglądanie bez ruszania
jamą gębową możliwe nie jest ;)
W poniedziałek  "moi" wyjeżdżają na trzy tygodnie, a my sobie pojeździmy
po Berlinie. Więc będą zdjęcia, oczywiście "domów" nie odpuszczę.

A na osłodę nieco już wyrośnięci The  Shedows:



Ależ to były prywatki!
Oczywiście posłuchajcie tego na YT.




wtorek, 2 lipca 2019

Czy wiecie , że....

....organizacja WWF czyli  Światowy Fundusz na rzecz Przyrody monitoruje
od 1970 roku stan przyrody?
Ostatni raport WWF może przyprawić każdego myślącego człowieka o
prawdziwy niepokój.
Okazuje się że od 1970 roku wyginęło bezpowrotnie 60 % ssaków, ptaków,
ryb i gadów na naszym globie.
Przyczyną jest bezmyślna działalność ludzi, degradacja siedlisk, nadmierna
eksploatacja dzikiej przyrody.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że gatunki wymierają od 100 do 1000 razy
szybciej niż przewidywano.
Tracimy bioróżnorodność w tempie obserwowanym w czasie masowych
wyginięć.
A Międzynarodowy Zespół  do Zmian Klimatu przy ONZ ogłosił, że na
zatrzymanie wzrostu temperatury na naszej  planecie  zostało nam tylko 12 lat.
Na razie na początku maja  brytyjski Parlament ogłosił klimatyczny stan
wyjątkowy.
Corocznie do Wszechoceanu wpływa OSIEM MILIONÓW TON plastiku.
Na Oceanie  Spokojnym największa "plama" odpadów plastikowych  jest
większa od powierzchni FRANCJI, NIEMIEC i HISZPANII  razem wziętych
i wciąż się poszerza.
W wirze prądów morskich pomiędzy Hawajami a Kalifornią powstała wyspa
zawierająca ok. 1,8 tryliona kawałków plastiku, co stanowi poważne zagrożenie
dla życia morskich zwierząt, bo małe kawałeczki rozkładającego się pod
wpływem słońca i wody morskiej plastiku stają się pokarmem dla nich, co
również zagraża życiu ludzi konsumujących wiele stworzeń morskich.
I ta "wyspa" jest dwa razy większa od stanu TEKSAS.
Na Wyspach Marshalla ustawowo  wprowadzono zakaz używania produktów
jednorazowego użytku produkowanych z tworzyw sztucznych.
Nie ma tu worków plastikowych, toreb, styropianowych pojemników,
talerzy, kubków plastikowych oraz jednorazowych plastikowych sztućców.
I coś mi się widzi, że wszystkie rządy czekają chyba na jakiś  cud, bo tak
naprawdę nie ma żadnych  wspólnych skoordynowanych działań by
ratować ziemskie oceany i ich faunę i florę.


Na poprawę nastroju posłuchajcie muzyki, lekkiej, łatwej i przyjemnej.
Miłego dla Was;))))