drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Mix

Czas upałów umilałam sobie wyrabianiem resztek bawełnianej włóczki, bowiem
postanowiłam nie gromadzić  żadnych resztek.
Kiedyś zrobiłam dla  młodszego Krasnala szalik w kształcie liska, o taki:


Został mi jeden motek tej bawełny i kompletny brak  pomysłu co z niego
zrobić.
Z tego absolutnego braku pomysłu zrodził się mały futerał na klucze:


Powstał  na bazie kanwy plastikowej wyszytej jednym ze ściegów gobelinowych.
Jest lekki, cienki, zapinany na zatrzask.
Tyle tylko, że nadal miałam resztkę tej bawełny, w tym dziwnym wszak kolorze.
Doszłam do wniosku, że mogę zrobić małą serwetkę, która  rozjaśni mój ponury
stół w kolorze wenge. Taki mały, kolorowy akcent. Mały, bo większego pewnie by
moje oczy nie wytrzymały:

Serwetka ma 26 cm średnicy i tak się prezentuje.

Serwetkę zrobiłam a ta piekielna pomarańczowa  bawełna nadal jest, więc
z rozpaczy zrobiłam jeszcze dwie, jednakowe serwetki.
Też mają średnicę 26 cm tylko  wzór jest inny:


Zrobiłam zdjęcie jeszcze przed zblokowaniem więc się nie prezentuje
najlepiej.
Ta bawełenka jest jakoś piekielnie wydajna- jeszcze mi jej trochę zostało,
więc dziś doszłam do wniosku,że zrobię  z niej....motylka. Jak zrobię- pokażę.
Doszłam również do wniosku, że jestem kompletną debilką - pozbyłam się,
z okazji przeprowadzki, trzech  zrobionych przeze mnie szydełkowych
obrusów. Byłam całą tą przeprowadzką tak zestresowana, że nie  wpadło
mi do głowy, że z prostokątnych obrusów robionych techniką patchworku
bez trudu można przecież zrobić obrus kwadratowy. No cóż, głupich nikt
nie sieje, sami się rodzą. I żyją z tą swą wrodzoną głupotą, jak widać.
Dobrze, że mam  zdjęcie jednego z nich, to chociaż sobie wzór  pojedynczego
kwadratu odtworzę:



Nie pozostaje mi nic innego jak "przepatrzeć" zapasy i wziąć  się do roboty.
Powinnam jeszcze mieć nieco kordonku w kolorze ecru.
Tylko muszę go....odnalezć;)))





niedziela, 12 sierpnia 2018

Zmarzłam dziś.....

......siedząc na Stadionie Olimpijskim.
Dostaliśmy od dzieci bardzo miły prezent- bilety na Mistrzostwa Europy,
rozgrywane na Stadionie Olimpijskim w Berlinie.
Ten Stadion Olimpijski ma już całkiem długą historię - pierwszy obiekt, dzieło
niemieckiego architekta Ottona Marcha miał gościć  Igrzyska Olimpijskie
w 1916 roku, niestety wybuch I wojny światowej pokrzyżował te plany.
Z inspiracji A. Hitlera, w 1934r rozpoczęto przebudowę tego obiektu. Prace
projektowe wykonał i nadzorował syn Ottona Marcha, Werner.
Stadion otrzymał solidną, masywną bryłę i w 1936 roku odbyły się na nim
XI Igrzyska Olimpijskie.
To na tym  stadionie, po raz pierwszy w  historii nowożytnych Olimpiad
znicz Olimpijski zapalono od ognia przyniesionego z Grecji.
Ponadto były to pierwsze Igrzyska Olimpijskie transmitowane w telewizji -
obraz przesyłano kablem do 13 odbiorników w mieście.
Polacy na tej  Olimpiadzie zdobyli sześć medali, po trzy -srebrne i brązowe.
Podczas II wojny światowej stadion niewiele ucierpiał. Po jej zakończeniu
służył jako główna kwatera brytyjskich wojsk okupacyjnych.
Stadion był jeszcze dwukrotnie przebudowywany, ale jego główną  bryłę
pozostawiono, zmieniając całkowicie jego wnętrze i dodając zadaszenie
nad trybunami.
Stadion  może pomieścić 74 228 widzów i jest drugim co do wielkości
niemieckim stadionem, przegrywa tylko ze stadionem w Dortmundzie.
A dziś było nas na stadionie 60500 osób.
Ponieważ miejsca mieliśmy dość wysoko wzięliśmy z sobą dwie lornetki, co
było bardzo dobrym posunięciem.

Wchodzących  wita taka brama. Oczywiście zdjęcie zrobione  od strony
stadionu, bo chciałam złapać na niej resztki słońca.
Na stadion wpuszczano już od godziny 18,00, sprawdzano skrupulatnie
wszystkie torby i plecaki. Nie wolno na stadion wnosić żadnych butelek
z jakimkolwiek płynem, dezodorantów i innych kosmetyków w  butelkach
też nie.
Napoje  sprzedawane na terenie wokół stadionu są wlewane do plastikowych
kubków, do których jest doliczana  kaucja, na tyle duża, że potem stoi kolejka
do   ich oddania.

Tak właśnie wygląda  stadion z zewnątrz. Ta głowa na pierwszym planie
należy do mojej własnej córki.
Trochę upiorne dla mego męża było wchodzenie w środku na trybunę-
schody wysokie i dość stromo w górę. Mnie to one dały do wiwatu dopiero
przy schodzeniu - moje kolana nienawidzą po prostu schodów.

Tu rzut oka z mego miejsca w lewo

a tu rzut oka w prawo. Na tym  białym kawałku stadionowej murawy było
stanowisko do skoku wzwyż.
Mistrzem Europy został  Mateusz Przybyłko, Niemiec.
Śmiałyśmy się  z córką, że ma chłopak typowe niemieckie nazwisko.
Bardzo gorąco dopingował nasz sektor trybun skoczków wzywż - wpierw
wszyscy klaskali rytmicznie, powoli, "dopingowo", szybciej gdy skoczek już
biegł , na chwilę oklaski  przycichały i jeśli udało mu się daną wysokość
zaliczyć wybuchał dziki krzyk radości, a jeśli nie -w przestrzeń stadionu leciał
zbiorowy jęk zawodu.
Niestety nasz zawodnik zajął dopiero 7 miejsce, ale jak pocieszałyśmy
się z córką, w finale było przecież aż 12 zawodników.
Troszkę obie z córką zachrypłyśmy po biegach indywidualnych i sztafecie
 naszych pań biegających dystans 400 metrów.
Spisały się w obu tych konkurencjach świetnie, znów mamy dwa złote medale.
Wszystko było pięknie, ale po raz pierwszy tego lata najzwyczajniej w świecie
zmarzłam.  Dobrze, że choć w ostatniej chwili wzięłam sweter, ale i tak było
mi zimno.Na  tych wyższych kondygnacjach był jakiś  przeciąg, hulał wiatr.
Bardziej ode mnie przezorni siedzieli opatuleni kurtkami, np.mój ślubny.
Powrót do domu odbył się zupełnie  bezboleśnie - były podstawione dodatkowe
pociągi  szybkiej kolejki miejskiej i w domu byliśmy jeszcze przed godz.23,00.
Co by nie powiedzieć- nie ma to jak metro + szybka kolej miejska!
A tak na koniec - podobało mi się, ale nie da się ukryć, że oglądając transmisję
widzi się w sumie więcej- tu niektóre konkurencje umykały- np. rzut dyskiem
pań - po prostu odbywały się w drugim końcu stadionu.Poza tym równolegle
odbywa się kilka konkurencji i nie sposób oglądać  każdą z nich.
Dobrze zrobiona transmisja telewizyjna daje pełniejszy obraz wydarzeń,
choć  fajnie jest pokrzyczeć z tłumem z radości lub pojęczeć z zawodu.











niedziela, 5 sierpnia 2018

Spójrzcie......

....na to zdjęcie i na dzisiejszą datę.

Czy to normalne by 5 sierpnia były już na drzewie żółte liście????
Kilka dni temu na brzozach, które widzę z kuchennego okna też dojrzałam kilka
gałązek z żółtymi liśćmi.
Na ulicy, którą codziennie  chodzę, rosną dęby burgundzkie- na potęgę zrzucają
zielone jeszcze  żołędzie.
Moim pięknym begoniom też to słońce i permanentny upał nie wyszły na
zdrowie - przedwczoraj się z nimi rozstałam.  Aksamitki, podobno wyjątkowo
odporne i wręcz kochające słońce, dziś się ze mną pożegnają. Wyglądają żałośnie,
listki im zbrązowiały, poschły, a przecież dwa razy dziennie były podlewane - rano
i wieczorem. A teraz tak się prezentują:


A zupełnie niedawno wyglądały tak:


Na naszym podwórku  rośnie jakaś odmiana śliwki. Zrzuciła już prawie
wszystkie owoce. I wszystko razem wygląda to nieco przygnębiająco.
Ceny rodzimych owoców już poszybowały w górę. Podejrzewam, że zimą
będziemy jeść jabłka rodem z Chile. I paradoksalnie, te importowane będą tańsze
od miejscowych, których albo nie będzie albo będą wściekle drogie.
Śmiałam się kiedyś gdy wyczytałam, że Europa stepowieje - a to właśnie tak
pewnie będzie.
Miłego, nowego tygodnia;)


czwartek, 2 sierpnia 2018

Wczoraj był.......

....termin wizyty mego ślubnego w przyszpitalnej przychodni kardiologicznej.
Nie obyło się bez porównań  Warszawa- Berlin.
Byliśmy zapisani na godz. 8,30 , co oznaczało, że o tej godzinie zaczynają się
przyjęcia pacjentów.
Ten szpital, Charite', to szpital Uniwersytecki. Mamy do niego całkiem blisko,
dobry dojazd samochodem i jest parking. Płatny 2€, niezależnie od czasu
parkowania.
Żeby było ciekawiej, to wejście jest jedno i dla pacjentów skierowanych do
szpitala jak i tych co są przywożeni karetką i dla tych co idą na wizytę
w przychodni.
Wejście jedno, ale tłoku nie było i ani pół pacjenta "karetkowego".
Poczekalnia duża, bardzo duża, z  automatami z piciem wszelakim, oprócz tego
darmowa woda mineralna.
Przyszliśmy, urwaliśmy sobie numerek z rolki "numerkowej" i po jakimś niezbyt
długim czasie  został mój ślubny wywołany, tym numerkiem właśnie.
Na dzień dobry "kawałek" personelu recepcji wykonał mojemu zwykłe EKG i
dopiero wtedy został wpuszczony do gabinetu.
Lekarka młodziutka (w porównaniu choćby do mnie) a już z doktoratem!
Po krótkim odpytaniu zrobiła mojemu Echo serca. Była niezmiernie dociekliwa,
przestudiowała jego calutką dokumentację medyczną, przejrzała wszystkie leki,
zapisała mu dwa nowe, wytłumaczyła, że osoba po bypassie nie może mieć
poziomu cholesterolu LDL powyżej 70, a jego arcy niskie ciśnienie jest bardzo
pożądanym zjawiskiem bo ma przecież implantowaną zastawkę aortalną.
Następnie wysłała go do wykonania EKG wysiłkowego. Miał to zrobić kolega
po fachu , ale gdzieś przepadł i po godzinie pani doktor sama wykonała mojemu
to badanie. Wyniki badań trafią same do naszego lekarza prowadzącego,a drugi
komplet  wraz z terminem następnego  badania przyślą nam pocztą do domu.
W skrócie- cud, miód i orzeszki!!!!
Podobno Warszawa ma i tak o niebo lepszą służbę zdrowia niż reszta kraju,
ale nawet w Instytucie Kardiologii, w przychodni kardiologicznej, lekarz który
przyjmuje pacjenta nie zhańbi się osobistym wykonaniem Echa serca lub czymś
tak wulgarnym jak EKG wysiłkowe i pacjent, nawet jak się ledwie  turla to musi
kursować po różnych gabinetach, bo Echo jest na  piętrze w innym zupełnie
skrzydle i do przejścia jest z pół kilometra no i kolejka pod gabinetem.
Poza tym w Warszawie na wizytę u kardiologa NFZ czeka się średnio pół roku,
kardiolog zaś jest wyposażony co najwyżej w ciśnieniomierz a na echo serca
ostatnio czekało się tylko 2 miesiące, na Holtera 6 miesięcy.
My chodziliśmy do kardiologa prywatnie- ale on też był wyposażony tylko
i wyłącznie w prywatny ciśnieniomierz, więc wszystkie badania były
wykonywane  w prywatnej przychodni.
I wiecie co?  Tu nie wożą  pacjentów szpitalnych na  badania  EKG nagich
do pasa, niezależnie od ich płci,  co było standardem np.  w szpitalu MSW,
uważanym za baaardzo dobry. Też tam leżałam i to aż dwa razy.
I to byłoby na tyle,  jak mawiał klasyk.

                             A tak wygląda aparat do badania Echa serca

poniedziałek, 30 lipca 2018

Migawki z telewizora

 Z lekka się zadziwiłam , bo zupełnie niechcący zrobiło mi się kilka zdjęć podczas
oglądania ostatniego, 21 etapu Tour de France.
Oglądanie przeze mnie niemal rok w  rok tego wyścigu jest  podobno
potwierdzeniem moich zaburzeń umysłowych. bo ja nawet nie jeżdżę na rowerze,
mało tego, w młodości obchodziłam rower z daleka.
Tak naprawdę to jako osoba  zupełnie  nie posiadająca ducha walki i rywalizacji
zawsze dziwie  się po cichutku co to za frajda zarzynać się na tym rowerze, jadąc
bez względu na pogodę, dzień w dzień po blisko 200 km dziennie.
Oglądam ten  wielki  Tour głównie z powodu widoków, bo Francja to wielce
malowniczy kraj.
No a wyścig to taki mały dodatek - oczywiście  cieszę się, gdy któryś z naszych
chłopaków dobrze wypada w tej dziwnej pracy - bo tak właśnie Michał
Kwiatkowski traktuje swój udział w wyścigach kolarskich. I bardzo się smucę
gdy są kraksy. Wtedy odżywa we mnie "serce wiecznej matki" i złość, że dla
większej widowiskowości całego wyścigu są wprowadzane dziwne trasy.
Poza tymi walorami wzrokowymi mam zawsze przyjemność ze słuchania
prowadzących transmisję  panów redaktorów, a zwłaszcza Jarońskiego i
Wyrzykowskiego. Do tego dochodzi były już kolarz p.Darek Baranowski.
Mam nadzieję, że rozpoznajecie którego miasta  fragmenty są na zdjęciach. 
_____________________________
Zdjęcia powiększamy "kliknięciem"


















                                                                                                                                                                             


sobota, 28 lipca 2018

6.Kto chce niech czyta ..... O monetach


Jak powszechnie wiadomo monetami zajmuje się numizmatyka.
Na podstawie numizmatycznych znalezisk łatwo jest datować odsłonięte warstwy
archeologiczne na terenie wykopalisk.
Monety wybite w twardym metalu  informują  o miejscu i czasie z którego
pochodzą, ponadto dają możliwość prześledzenia dziejów handlu pomiędzy
różnym narodami oraz kontaktów międzykulturowych.
Prawo do bicia monet stało się jednym z wyznaczników suwerenności politycznej.
W samej starożytnej Grecji było czynnych 1500 mennic.
Moneta to łaciński wyraz  oznaczający.....mennicę, czyli miejsce gdzie były
wytwarzane monety.
Najstarszą monetą świata jest STATER o wartości dwóch drachm (niektóre zródła
podają, że wartości 4 drachm) wykonany z elektrum, czyli stopu srebra i złota,
w królestwie Lidii  na wyspie Egina.
Pierwsze monety miały stempel z emblematem morskiego żółwia.
Podobizny władców trafiły na monety dopiero w czasach hellenistycznych.

Tak właśnie wyglądały monety bite z elektrum.
A poniżej jeszcze starsze monety - były to kulki elektrum, na których
specjalnym stemplem wybijano pożądany emblemat.
Myślę, że nikt się nie spodziewał , że lidyjski STATER znajdzie "potomków"
w monetach Rzymu, chrześcijańskiej Europy a obecnie we wszystkich
krajach świata.


A tu, żeby nie było tak poważnie i niemal naukowo rzut oka na moje
podwórko:

Te fragmenty konstrukcji szklano-metalowej z lewego boku to nasza winda.
Podwórko tonie cały dzień w cieniu i gdy umęczona krótkim wypadem
wracam do domu staję tu nim się wpasuję do dusznej windy.
Jest upał,  nie wiem po co. Pod naszymi dębami leżą opadłe zielone żołędzie.
Miłego weekendu;)


______________________
obrazki powiększamy "kliknięciem".


środa, 25 lipca 2018

5.Kto chce niech czyta...... Śmierć cesarza Napoleona.

W 1821 roku, na Wyspie  św. Heleny, gdzie cesarz przebywał na wygnaniu,zapadł
na jakąś tajemniczą chorobę. Nie był jeszcze stary,  miał 51 lat.
Gdy pomimo bardzo troskliwej opieki cesarz  zmarł, wykonano zaraz pierwszą
sekcję zwłok, która wykazała, że cesarz chorował na raka jelit.
Gdy ciało cesarza w 1840 roku powróciło do Francji, gdzie miało ponownie
zostać pochowane, drugi raz  wykonano badanie zmarłego i w cebulkach
włosowych cesarza wykryto ślady arszeniku, co wskazywało, że ktoś cesarza
systematycznie podkarmiał arszenikiem.
Pomimo wielu podejrzeń nie  znaleziono jednak konkretnego truciciela.
Minęło 100 lat od śmierci cesarza i  znalazł się jednak winowajca - była nim
metoda utrwalania kolorów tkanin.
Szczegółowe badania wnętrz domu, w którym Napoleon mieszkał na Wyspie
św. Heleny ujawniły, że tkaniny, którymi były pokryte ściany  w  domu, w którym
 mieszkał,  zawierały duże ilości związków arszeniku.
Nie było to nic dziwnego, bo w XIX wieku do utrwalania barw tkanin zawsze
używano związków zawierających arszenik.
Przy okazji wykryto "przestępcę" - ściany w domu cesarza wyłożono tkaninami,
na polecenia dostojnego mieszkańca.
Wdychane przez całą dobę wydzielające się z wiszących tkanin trujące związki
 przyprawiły w efekcie Napoleona o śmierć.
Niewątpliwie cesarz był śmiertelną ofiarą zatrucia środowiska.
A tak na marginesie - pamiętacie meble, z których wydzielał się trujący związek
formaldehyd?
                                    Cesarz  Napoleon Bonaparte


___________
zdjęcie  z internetu

poniedziałek, 23 lipca 2018

4. Kto chce niech czyta ....Dawne przysmaki

Dziś coś dla ciała, czyli co przetrwało w przepisach od wieków.
1. Gotowany koper morski:
Koper morski zbieramy w lipcu lub sierpniu podczas odpływu. Bezpośrednio po
zebraniu starannie myjemy, związujemy w pęczki. Gotujemy w niewielkiej ilości
nie osolonej wody od 6 do 10 minut. Odcedzamy.
Usuwamy nitki którymi był związany.
Podajemy polany roztopionym masłem.
Jemy chwytając palcami pojedyncze łodyżki i delikatnie zdejmujemy zębami
miękkie części kopru ze zdrewniałego rdzenia.
Nie mam nawet bladego pojęcia jaki to ma smak a na zdjęciu w internecie,
zebrany, przygotowany do gotowania  koper morski wygląda tak:
Na zdjęciu zrobionym pod  wodą zaś tak:


2.Szpik kostny
Szpik kostny był przysmakiem znanym jeszcze w epoce kamiennej i kości
szpikowe były w cenie.
Dziś do przyrządzenia tego przysmaku potrzebujemy:
225  gramów kości szpikowych,
mąkę ,  sól  i grzanki
Kości należy oskrobać, umyć, następnie każdą z nich przepiłować na dwa kawałki.
Z mąki i wody zagnieść twarde ciasto, cienko rozwałkować i starannie  zalepić
obydwa końce kości by w czasie ich gotowania nie wypłynął szpik.
Teraz należy owinąć kości płótnem oprószonym mąką, ustawić je pionowo
w głębokim garnku z wrzącą wodą. Gotować na  małym ogniu ok. 2 godzin.
Po ugotowaniu odwinąć płótno, usunąć ciasto, każdą kość owinąć papierową
serwetką i podać gościom z grzankami.
Poniżej już pocięte surowe kości szpikowe.


3.Virpa
Do sporządzenia virpy potrzebujemy:
duuuży kamienny gar o pojemności 10 litrów
450 gramów płatków owsianych
1,5 kg płatków pszenicznych,
9 litrów wody.
W pierwszym etapie w kamiennym garze zalewamy płatki 8 litrami
letniej wody i odstawiamy na 5 do 8 dni, by sfermentowały. Gdy płyn
w naczyniu zrobi się przezroczysty zlewamy go z wierzchu- mamy
teraz orzezwiający napój zwany swats.
To co pozostało w naczyniu zalewamy litrem wody ( to ten 9 litr) - teraz
w garnku powinniśmy otrzymać płyn o konsystencji gęstej śmietany.
Mieszamy i zawartość przelewamy do innego naczynia  przez sito
wyłożone rzadkim płótnem.
Odcedzony płyn zawiera wszystkie odżywcze składniki tej wielce
oryginalnej owsianki, więc go możemy  wypijać.

Jestem niezmiernie wdzięczna losowi, że nie żyłam w tamtych czasach.
Ale jeśli ktoś z Was wykorzysta któryś przepis to mam prośbę -napiszcie
czy to aby jest  jadalne.










niedziela, 22 lipca 2018

Leniwa niedziela

Udało mi się dziś znależć platan klonolistny w trakcie zrzucania kory

A to malwa sudańska, czyli hibiskus, rosnący całkiem niedaleko mego
domu, na jednym z trawników.


To też malwa sudańska, rosnąca na następnym trawniku przy tej samej
ulicy
 W poprzednim miejscu zamieszkania usiłowałam takowy krzew wyhodować
na loggii. Niestety przemarzł gdy nastały pierwsze przymrozki.
Tu chyba jednak jest łagodniejszy klimat, te krzewy spędziły zimę bez żadnej
osłony.



sobota, 21 lipca 2018

Znów mi odbiło

Może powinnam się nieco leczyć.
Pojechałam na zakupy żywnościowe i musiałam wpaść na to:
Najlepsze, że tak naprawdę nie wiem co to jest - stało to sobie cichutko
pośród  całej zgrai kolczastych   okrągłych i podłużnych  kaktusów,
w pudełku opatrzonym napisem "KAKTUSY".
I oczywiście nie było ani skrawka etykietki na  tej doniczce.
Straciłam ze 2 godziny ganiając po internecie i mam podejrzenie, że to jest
tzw. "aloes humilis", czyli aloes niski.
No i mam prośbę - jeśli ktoś wie co to jest- niech napisze.
A niebo nad Berlinem tak w tej chwili wygląda:
 A tyle ulicy widzę gdy spojrzę wieczorem z balkonu w dół.

 Miłej niedzieli dla Was;)

3. Kto chce niech czyta.....Thron

Prekursorem krzesła był tron. Było to siedziszcze dość obszerne,
opatrzone  wysokim oparciem i poręczami, zdobione rzeżbami a z czasem
drogimi kamieniami, wyściełane szlachetnymi futrami i bogatymi tkaninami.
Kto i kiedy wymyślił oraz wykonał ów przedmiot tak naprawdę nie wiadomo.
Nie mniej był to sprzęt przeznaczony tylko dla władców, z czasem  też dla
wysokich rangą kapłanów.
Umożliwiał on przyjęcie swobodnej a jednocześnie pełnej godności
pozycji, wynosząc siedzącego ponad wszystkich, którzy stali u jego stóp.
Bo władcy słuchało się stojąc w pewnym pełnym czci oddaleniu.

Z królewskich pałaców, jako oznaka władzy,  tron najwcześniej trafił do Stolicy
Apostolskiej oraz biskupstw jako  Cathedra, a następnie na uniwersytety jako
katedra profesorska.

Nie wiadomo również kto zrobił pierwsze krzesło, podobne  do tych, które
dziś posiadamy.
Wiadomo za to, że pierwsi zaczęli używać krzeseł zakonnicy w swych celach -
widać ktoś odkrył, że wygodniej czytać w pozycji siedzącej niż stojąc przy
jakimś pulpicie.
A jako mebel do siedzenia krzesło rozpoczęło swą karierę dopiero w XVI wieku.
Oczywiście nie było wtedy standardowym wyposażeniem domów, taki luksus
miały tylko bardzo zamożne domy.
Szkoły i biura zostały wyposażone w krzesła dopiero pod koniec XIX wieku.
Dręczy kogoś pytanie  na czym siedziano gdy nie było krzeseł?
No cóż możliwości było sporo- bezpośrednio na podłożu, czasem na ławach,
zydlach, ściętych i wysuszonych pniakach, rozłożonych matach.

Nawet najdroższe i najpiękniejsze krzesło ma poważną  wadę - nie odpowiada
wymogom ludzkiej anatomii.
Siedzeniem, które odpowiada tym wymogom jest końskie siodło, bo znaczna
część wagi jeżdzca jest przenoszona na strzemiona, co pozwala zachować
naturalne  wygięcie kręgosłupa.
A krzesło wymaga ustawienia górnej części nóg pod katem prostym do tułowia
co poważnie zakłóca stan równowagi szkieletu.
Mamy wtedy unieruchomioną miednicę a stawy biodrowe i okolice lędzwiowe są
sztucznie obciążone. To z tego nabawiamy się dokuczliwych bóli pleców i
stawów biodrowych. Wiercąc się na krzesłach, przyjmując bardzo dziwne pozycje,
dzieci podświadomie dążą do przyjęcia prawidłowej dla szkieletu pozycji.

tron hiszpańskiego króla Karola III

                                                      sala tronowa w Korei Południowej


czwartek, 19 lipca 2018

2. Kto chce niech czyta.... Alpy w pigułce

Zapewne każdy wie, że Alpy są najwyższym łańcuchem górskim Europy. Długi to
łańcuch, bo od  Morza Śródziemnego w okolicach Savony  aż po dolinę Dunaju
w okolicy Wiednia. Jego długość to 1200km, szerokość od 150 do 250 kilometrów
a powierzchnia  to 220 tysięcy kilometrów kwadratowych.
Skoro już znamy wizytówkę Alp, możemy  się trochę zająć ich historią.
Wydawać się to może dziwne, ale wysoko położone alpejskie doliny były
miejscem bardzo wczesnego osadnictwa. Zapewniały swym mieszkańcom dużo
słońca, słodkiej wody, materiału budowlanego i opału a ich odosobnienie
gwarantowało bezpieczeństwo.
W dolinie Taminy (Szwajcaria), w jaskini Drachemloch, która jest na wysokości
2445metrów, odnaleziono ślady palenisk, które są datowane na epokę między
lodowcową, a ślady wypasu bydła pochodzą sprzed 12 000 lat.
W średniowieczu wiele społeczności rejonu Alp wypracowało sobie niezależność.
52 komuny Briancon uzyskały Kartę Swobód w 1343 roku i zachowały swą
niezależność aż do czasu rewolucji francuskiej.
Wiele miejsc w Alpach uniknęło ścisłej kontroli władców z powodu braku dróg.
Np. Barcelonette, do której drogę wybudowano dopiero w 1883roku. Wcześniej
można tam było dotrzeć po 15 godzinach spędzonych w siodle na....mule.
Wsie okręgu Gorges du Verdon połączenie ze światem zewnętrznym uzyskały
dopiero w 1947 roku.
Najniższa przełęcz Alp  zachodnich nadal nie posiada całorocznej czynnej drogi,
która  łączyłaby obie strony.
W Alpach wiele dróg powstało w celach strategicznych, np. najwyżej położona
droga w Europie na przełęczy Col du Galibier (3242m), wybudowana w latach
30-tych XIX wieku jako część francuskiej przygranicznej linii obronnej.
Po II wojnie światowej Alpy zaczęły przeżywać masowe najazdy turystów -
narciarzy zwłaszcza.
Najkrótszym przejściem przez  Alpy jest przełęcz  św. Gotarda- leży na wysokości
2108m i jest konkurencyjna dla innych dróg położonych na wyższych przełęczach.
W 1822 roku otwarto linię kolejową przez przełęcz św. Gotarda. Trasa prowadzi
systemem tuneli, w tym przez tunel spiralny, w którym pociąg nabiera wysokości.
W 1980 roku uruchomiono obok tunelu kolejowego tunel dla samochodów.
Jego długość wynosi 16,5 km, ma 6  pasm jezdni i czynny jest cały rok, bez
względu na pogodę.

I znów kilka zdjęć, na zachętę, by obejrzeć Alpy w naturze



                                                   A tu zdjęcie Salzburga na tle Alp
Dla mnie jest to prześliczne miasto.Polecam, mimo tego, że w każdym
niemal sklepiku z pamiątkami królują czekoladki z profilem Mozarta.

środa, 18 lipca 2018

Znielubicie mnie......

......bo czytam teraz dzieło pana Normana Davies'a  "Europa". I dłuugo będę to
czytać, bo książka swym formatem i grubością mogłaby służyć za narzędzie
zbrodni. Jedno przyłożenie nią komuś w głowę z całą pewnością skróciłoby na
zawsze jego żywot.
Format z gatunku złośliwych, nie da się jej czytać w łóżku.
A znielubicie mnie za to, że postanowiłam dzielić się z Wami jej treścią- nie tą
główną, chronologicznie ujętą  historią Europy, ale tematami uzupełniającymi,
dotyczącymi różnych dziedzin życia ówczesnej ale i w pewnym sensie Europy
współczesnej. Bo wiadomo - historia kołem się toczy.
I będę te notki zamieszczać pod hasłem "kto chce niech czyta ..." a w miejscu
kropek napiszę o czym dana notka będzie. Tym sposobem ci, których to nie
interesuje nie stracą czasu na czytanie moich wypocin.
Lojalnie uprzedzam, że dzieło Davies'a ma ponad 1000 stron. A więc:

1.Kto chce niech czyta... o klimatologii historycznej.
Wiadomości na temat tego jaki kiedyś był klimat na interesującym nas terenie
czerpiemy z dwóch żródeł:  zapisów dokonanych przez ludzi oraz z zapisów
zachowanych przez samą przyrodę.
Te pierwsze to różnego rodzaju pamiętniki, dzienniki, kalendarze pogody
prowadzone przez różnych zarządców majątków, handlarzy zbożem, hodowców
winnic oraz opowieści wielu podróżników.
Przyroda, nie licząc na ludzką inwencję, sama  zapisywała dane pogodowe-
w słojach drzew, skamielinach, różnych osadach, stalaktytach , stalagmitach
i lodowcach.
Np.roczne warstwy osadów na dnie olbrzymiego słonego jeziora na Krymie
skatalogowano wstecz aż do roku 2294 p.n.e             
Obliczono, że niektóre gigantyczne stalagmity z jaskini Aven d' Orgnac w Jurze
we Francji, mają ponad 7000 lat. A różnice gęstości zawartych w nich złóż
kalcytu są odbiciem poziomów opadu deszczu w poszczególnych epokach.
Ruch lodowców też jest istotnym żródłem informacji klimatycznych- w okresach
zimnych lodowiec posuwa się naprzód, natomiast w okresach stosunkowo ciepłej
pogody cofa się. Ruchy lodowców były często odnotowywane również w starych
księgach podatkowych, bowiem zdarzały się tak długie i chłodne okresy, że
posuwający się do przodu lodowiec niszczył doszczętnie całe wioski. Lata 1599
do 1770 ,  w których lodowce schodziły bardzo nisko uznaje się dziś za  "małą
epokę lodowcową w Europie". Niestety od roku 1850 lodowce zaczęły się cofać
 i to zjawisko trwa do dziś, stopniowo się nasilając.
W latach trzydziestych XVI wieku wybryki pogodowe  można też odczytać na
słojach drzew w Niemczech, jak i w notatkach hodowców winogron we Francji i
Szwajcarii.
Najzimniejszy sezon w  europejskich  winnicach przypadł na rok 1816, kiedy to
zbiór zniszczonych pogodą winogron rozpoczął się dopiero 1 listopada.
Podobno Mary Shelley, która spędzała wakacje w tym okresie w Szwajcarii,
z powodu bardzo złej pogody nie mogła nawet wychodzić z domu na spacery.
I zapewne w tym właśnie okresie napisała Frankensteina, który został wydany
w 1818 roku.


A to jesienne widoczki z Alp, w których zimą coraz mniej prawdziwego
śniegu, a dla turystów naśnieża się stoki by mieli gdzie szlusować.
A tak na marginesie- to proces bardzo niszczący glebę.

** powiększ zdjęcie "kliknięciem" kursora w obrazek.







wtorek, 17 lipca 2018

"Moje" drzewa

Są upały, więc nie tylko my cierpimy - drzewa również.  Zauważyłam,
że niektórym drzewom  w mojej okolicy pęka  kora. Ponieważ proces zaczął
się od dołu, pomyślałam, że jacyś miejscowi chuligani zajęli się zdzieraniem
kory z drzew. Ale gdy któregoś dnia zerknęłam na górne partie tych drzew to
oniemiałam - na wysoko rosnących gałęziach i pniu też potrzaskała kora i
nawet już miejscami odpadła.  Oczywiście z miejsca  dopadłam Google i po
kilku minutach się uspokoiłam- te  drzewa z odpadającą korą to platany
klonolistne. Ten  na zdjęciu dość dokładnie zgubił korę i teraz prezentuje
swe jaśniutkie gałęzie pozbawione kory.**
Tak w ogóle to gapa jestem, bo jeszcze jesienią zaliczyłam te drzewa do
platanów, bo miały "łaciatą" korę. Gdy wyrosły im wiosną nowe liście,
 uznałam, że głupia jestem, bo te liście wskazują raczej na klon. No a teraz
już nie  wytrzymałam- musiałam sprawdzić co to za drzewa.
No nic- potwierdza się stare powiedzenie, że do  końca życia się czegoś nowego
uczymy.
** kliknijcie w zdjęcie - na powiększonym  lepiej te nowa korę widać.

niedziela, 15 lipca 2018

Mix

Kto przeczyta  doceni dni, w których nie piszę;)
Moi jak na razie są w Karyntii, czyli tam gdzie można korzystać z wycieczek
w malownicze Alpy i moczyć kupry w ciepłych jeziorach, które miejscowi
nazywaja wannami, bo temperatura wody to 26 -28 stopni a na plaży zamiast
piachu króluje trawa. Takich "jezior kąpielowych" jest w Karyntii siedem.
Po tygodniu pojadą dalej.
A ja - robię nic.
Trochę oglądam Tour de France, bo w trakcie dłubię szydełkiem kamizelkę
dla siebie.
 Już trzeci dzień piszę list - "ręcznie" i z przerażeniem odkrywam, że coraz mi
trudniej pisać.  Chyba jednak za bardzo przyzwyczaiłam się  do klawiatury.
Coś mi się wydaje, że skończy się tym, że będzie to jednak list "drukowany"-
to ma  i dobre strony, przynajmniej będzie czytelny. Napiszę na kompie i
wydrukuję. Że nie elegancko? Ojej, nie moja wina ,że adresatka dopomina
się o listy a nie posiada komputera  tylko dlatego, że nie chce go mieć.
Tego to ja  akurat nie rozumiem bo jakoś nie wyobrażam sobie życia  bez kompa.
Mieszkamy tu już całe 9 miesięcy i cały czas z zaciekawieniem obserwuję
naszych Krasnali. Chłopców dzieli różnica 2 lat i 40 dni. Wychowywani byli tak
samo, ale bardzo się między sobą różnią. Wcale nie są do siebie podobni pod
względem wyglądu.
Starszy jest zawsze z głową w chmurach, śmiejemy się z córką, że prowadzi
"odrębny żywot równoległy". Jak już wiecie jest bardzo zdolny, jest najmłodszym
uczniem klasy V podstawówki (w styczniu ukończył 9 lat), a zdaniem nauczycieli
poziomem inteligencji przerasta  dzieci ze swojej klasy tak o 3 lata.
Tę piątą i szóstą klasę Starszy robi w gimnazjum, czyli ma nieco rozszerzony
program. Córka nie chciała zapisać go do szkoły dla bardzo zdolnych dzieci,
ale nawet nie dopytywałam się dlaczego.
Młodszy Krasnal od pierwszych dni życia był zapatrzony w starszego  brata- to
za nim wodził wciąż oczkami jak słonecznik za Słońcem.
Młodszy trafił do szkoły w wieku 6 lat, bardzo dobrze sobie radzi w szkole, ale
na szczęście nie wyprzedza  klasy tak jak było ze Starszym. Tu szkoła bacznie
obserwuje dzieciaki, wyłapuje te zdolniejsze, przesuwa bez problemu wyżej
ale jednocześnie nie ma kłopotu z powtarzaniem klasy- tu respektują tempo
w jakim dziecko przyswaja sobie nowe wiadomości. Pozostanie na drugi rok
w tej samej klasie to żaden wstyd. Niewątpliwie duży wpływ na takie ustawienie
szkoły ma fakt, że bardzo wiele dzieci jest z innych narodowości. W klasach
1 - 3 wiele lekcji jest łączonych, a dzieci z klasy 3 są nauczone by opiekować się
wszystkimi "pierwszakami". I opiekują się bardzo troskliwie - pilnują by nowi
trafiali do swojej klasy, by zjadali obiad na stołówce, a gdy pierwszak kończy
lekcje dopilnowują by zabrał wszystkie swoje rzeczy.
Oba Krasnale są kochane, ale Młodszy jest bardziej "życiowo nastawiony"-
zawsze pomoże w domu, lubi brać udział w zakupach, a pieczenie ciastek to dla
niego super zabawa.
Młodszy ma przyjaciółkę i ostatnio wreszcie się ośmielił, by ją zaprosić do domu.
I chyba nie zgadniecie co robili - zgodnie powyjmowali ze zmywarki stos naczyń,
poustawiali je na miejsca a następnie razem usmażyli dla wszystkich naleśniki.
Starszy jest na etapie nierozmawiania z dziewczynami - żaden z kolegów nie
zadaje się z dziewczynami. "Z nimi się nie rozmawia" - tak poinformował swą
mamę, gdy go zapytała jakie są jego koleżanki.
Starszy ma dwóch bliskich kolegów, z którymi się odwiedzają - tamci też
tacy nieco odlotowi- czasami bawią się w opracowywanie sposobu uczenia
dzieci nowych wzorów i obliczeń matematycznych -rzecz dotyczy głównie
logistyki tego zagadnienia...Wymiękam gdy coś takiego słyszę.
Bycie  babcią to fajna sprawa, zwłaszcza gdy  mam Krasnali na wyciągnięcie
ręki.
A poza tym - poza tym jest mi tu jakoś dobrze.I niech tak trwa.
Miłego nowego tygodnia dla Was!
                                  A na YT znalazłam takie  filmiki o  Karyntii


środa, 11 lipca 2018

Dziś nam.....

...odbiło.
I tak , jak to mówią, ni z gruchy ni z pietruchy, pojechaliśmy dziś do...Słubic.
To zaledwie 105 km od naszego domu.
Droga prosta, choć chwilami spowolniona do 60 km/godz. bo są niektóre odcinki
autostrady w remoncie.
A wszystko przez to, że doszłam do  genialnego wniosku, że muszę się ostrzyc
bo jeszcze trochę  a  jakiś ptaszor uwije sobie gniazdo  w mych włosach.
Już od pewnego czasu podglądam tutejsze fryzjerki, jako że mam na swojej ulicy
przynajmniej trzy zakłady/salony fryzjerskie i dwa gdy się wybieram do sklepu
spożywczego. Pierwsze co mnie zniechęca do wizyty , to fakt, że siedzi się
"na widoku" i każdy może się poprzyglądać mojej facjacie gdy mnie fryzjer
strzyże.Mnie to akurat przeszkadza, bo z mokrymi kudłami wyglądam jak kot
pers ze zmoczonym futrem, albo i gorzej.
Mój mąż, który już wcześniej doszedł do wniosku, że czas się ostrzyc, miesiąc
temu został przymuszony do roli testera.
Po pierwszym tygodniu zaczęły ukazywać się niedoróby, bo pani fryzjerka
operowała tylko i jedynie maszynką (podobną moja znajoma strzygła swego psa).
Nawet przez moment nie użyła nożyczek. No więc podglądałam te fryzjerki,
czekałam zaczajona aż klientki wyjdą i za każdym razem coraz mniej miałam
ochotę na to strzyżenie.
Tutejsze fryzjerki wyraznie czują wstręt do nożyczek i chyba znają tylko jeden
 "sznyt". I ten sznyt, niezależnie od płci, kosztuje od 16 do 25 €, a obejmuje
tylko i wyłącznie strzyżenie maszynką, bez układania fryzury i bez mycia włosów.
I tak jakoś wczoraj stwierdziliśmy, że może lepiej pojechać do Słubic, bo tam
też  fryzjerów multum, ale chodzi fama, że świetnie strzygą, super farbują a
do tego wspaniale rozjaśniają na blond, który nie przypomina jajecznicy lub
omletu. To akurat mnie  nie dotyczy, mam siwe włosy.
Ponieważ nie lubię myć włosów u fryzjera umyłam je dziś rano i wyruszyliśmy
w drogę.
Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu i wpierw odwiedziliśmy aptekę,
potem kilka sklepów- wszędzie letnia przecena. I tym sposobem nabyłam
markowy kapelusz od słońca  za 35,-złotych, mój mąż pantofle domowe włoskie
za 65 zł (takie same widziałam w Warszawie za nieco ponad 100 zł), leki bez
recepty też tańsze niż w Warszawie, zakupiłam zamykane na klamry słoiki
szklane wecki, za 3 zł sztuka, 4 pary skarpetek  bawełnianych damskich za
niecałe  6 złotych i wcale nie są chińskie, w sklepie z odżywkami dla
sportowców glukozaminę na 150 dni i wreszcie wylądowaliśmy w całkiem
miłym saloniku fryzjerskim.
Czysto, przytulnie, wygodne fotele , dwie młode fryzjerki. Umówiliśmy się,
że przyjdziemy za pół godziny i oboje będziemy jednocześnie strzyżeni.
Okazało się, że obie panie są Ukrainkami i naprawdę świetnie wyszkolonymi.
Już od chwili gdy "moja" zaczęła mi rozdzielać włosy do strzyżenia, wiedziałam,
że trafiłam w dobre i fachowe ręce. Calutkie  strzyżenie było "nożyczkowe" i
mam tak ostrzyżone włosy, że wystarczy, że potrząsnę głową a włosy układają
się tak jak mi to odpowiada. Maria strzygła mnie całe 45 minut.
Byłam tak zadowolona, że poprosiłam o jej  imię i wizytówkę, bo tu jest więcej
fryzjerek, a będę chciała tu przyjechać za dwa miesiące właśnie do niej.
 Mąż też został świetnie ostrzyżony przez tę drugą fryzjerkę..
Najbardziej podoba mi się w Słubicach, że w ciągu pół godziny można załatwić
niemal wszystko- odległości są małe, jak się śmiałam 5 kroków  w lewo, tyle
samo w prawo, 3 do tyłu i załatwiliśmy wszystko co nam było do szczęścia
potrzebne, nawet zdążyliśmy wypić  kawę  espresso i zjeść kawał sernika.
Po powrocie do domu (w sumie całość zabrała nam  niecałe 5 godzin) mój
mąż, który nie wiem dlaczego nigdy nie kończył ekonomii a elektronikę,
starannie policzył wszystkie nasze wydatki, łącznie z przejazdem i stwierdził,
że  "jesteśmy do przodu", czyli wyjazd był wielce opłacalny.
Mieliśmy również szczęście do pogody - w godzinę po naszym powrocie spadł
rzęsisty deszcz i nawet trochę grzmiało.
A jutro- no nie wiem jeszcze co nam strzeli go głowy. Wg prognozy ma być upalnie.

wtorek, 10 lipca 2018

Wspominkowo

Był rok 1973, lipiec. I w tymże czasie otrzymaliśmy klucze do swego własnego
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z  kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra  szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od  urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było  w odrębnym pomieszczeniu..
 Pokoje  na osiedlu były wykończone  dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
 ścianach całkiem ładne "jugolskie"  tapety i płytki PCV na podłodze, inne  miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo  starannie wysprzątane, okna  lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył  wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze  złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed  drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu  przenieść  kuchenką
gazową  i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam  faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie  własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić,  nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez  ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie  bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota  "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.




                                   Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach


i muchomory z trawnika, gdzie przedtem hulały "burze  piaskowe"



środa, 4 lipca 2018

U mnie jak na....

....działkach- nic się nie dzieje.
No może tylko to, że dziś  jakoś upalnie jest.Słońce świeci uparcie i grzeje.
Gdy mój osobisty przedstawiciel mocnej płci był ostatnim razem u naszego
pana doktora POZ (podstawowej opieki zdrowotnej) w maju, to dostał
skierowanie do trzech specjalistów- kardiologa, pulmonologa i okulisty.
Oczywiście zapisalismy sie telefonicznie, a skierowanie dostarcza się w dniu
wizyty.
Tu jest nieco śmiesznie z tymi skierowaniami- skierowanie jest ważne  kwartał,
więc czasami się zdarza, że trzeba je przedłużyć, ale to nie problem.
 I już dwie wizyty mamy za sobą - pulmonolog okazał się być czeskiego rodu,
więc nawet bez problemu rozczytał się w polskich dokumentach.
Najważniejsze, że na miejscu były wykonane podstawowe badania  i zmieniono
mojemu chłopu leki. Teraz  ma tak dobrane, że bierze tylko 1, dwa razy dziennie
 (dotychczas 4 razy dziennie, dwa różne leki) i przestał się zanosić kaszelkiem.
I już ma wyznaczony termin następnej wizyty, za 2.5 miesiąca.
I ciekawostka- wszystkie swe uwagi na temat zdrowia i leków pan dr.pulmonolog
przekazał "od ręki", mailowo, do lekarza kierującego.
A dziś byliśmy u okulisty - dostał skierowanie do szpitala na operację zaćmy.
Będziemy się starać by był to szpital odległy od nas o ok.700m, bo jest tu ponoć
najlepszy oddział okulistyczny. I może uda się tę zaćmę usunąć jeszcze w sierpniu.
A tak przy okazji nie mógł się tutejszy okulista nadziwić, że po zoperowaniu
pierwszego oka nie dobrano mojemu właściwych okularów, tylko pozostawiono te
sprzed operacji. A przecież był operowany wtedy prywatnie, za pieniądze.
No i 1 sierpnia ma mój jeszcze wizytę  u kardiologa w klinice specjalizującej
się w zastawkach sercowych. Ciekawa jestem  jak ocenią jego stan zdrowia i czy
pozostawią te leki które ma, czy dostanie inne. Mam tylko nadzieję, że jego
implantowana zastawka  nadal jest dobra.
Wczoraj miałam zwariowany dzień, bo starszy Krasnal miał pływanie w akwenie
naturalnym. Co prawda jakoś  odnalezlismy jezioro w którym mial pływać, tylko
córka nie podała drobnego szczegółu- w którym miejscu na tym jeziorze będą
pływać. A tam jest kilka miejsc do tego się nadających. I bez nudystów;))
No ale w końcu, niemal po 20 minutach, znależliśmy to miejsce- nie byliśmy
w tym szukaniu osamotnieni, bo i inne dziecię też szukało wraz z mamą tego
miejsca  zbiórki.
Dziś było tu zakończenie roku szkolnego- Młodszy  Krasnal dostał w ramach
nagrody  czerwoną gerberę z doczepionym karnetem pochwalnym.
Starszy oscyluje ze stopniami od 1 do 3 w skali 6 stopniowej, z tym,że 1 to tak
jak u nas 6. Trochę  się w tych ocenach trudno połapać, bo on ma tzw. "bloki"
i  ocena  łączna jest np. za blok chemia, biologia, fizyka no ale z matematyki
to oczywiście ma 1, z muzyki i języka ojczystego również. Z WF, ktorego
zdecydowanie nie lubi ( w coś tam grają) ma tylko 3.
W poniedziałek wyjeżdżają - będę miała wakacje - całe 3 tygodnie.
Chyba pozwiedzam nieco Berlin.

środa, 27 czerwca 2018

Koszmarki dla Stokrotki

Te koszmarki dla  Stokrotki to wieżowce.
Nie wiem czy jest jakaś metropolia, która nie zafundowała swoim mieszkańcom
wieżowców ze szkła, stali i betonu. Wieżowce takie to rodzaj wizytówki.
Patrząc na  historię budownictwa wszelakiego, można się pokusić o stwierdzenie,
że ludzie zawsze starali się wznosić jak najwyższe budowle - na początku, gdy
jeszcze nie imponowały wysokością to budowano je na wzniesieniach i były
to zamki obronne, potem usiłowano głosić chwałę bożą właśnie w drodze
budowania wysokich kościołów. Coś ludzi ciągnie w niebo;)
Zmiany techniczne i technologiczne w dziedzinie materiałów budowlanych
sprawiły, że i domy mieszkalne stawały się coraz wyższe, miasta rosły nie tylko
powierzchniowo ale i w zakresie wysokości.
A tak na zdrowy chłopski rozum rzecz ujmując, duże miasto, rozległe, stwarza
wiele problemów - dostarczenie miastu wody, różnego rodzaju energii, dróg
i całej listy innych, niezbędnych do życia rzeczy.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że miasto powinno piąć się w górę -zamiast pięciu
budynków obok siebie można postawić jeden, ale b. wysoki. I tak się zaczęło
budowanie wieżowców i wyścig  kto wybuduje wyższy wieżowiec, ładniejszy
o lepszych parametrach i walorach  użytkowych dla mieszkańców.
Jeśli idzie o stronę finansową zagadnienia, to budowa wieżowców wcale nie jest
tanim przedsięwzięciem, bo wraz z wysokością budynku wzrastają koszty systemu
dostarczenia w górę wszystkich potrzebnych a wręcz niezbędnych mediów, oraz
różnego rodzaju zabezpieczeń, aby wieżowiec nie stał się dla jego użytkowników
niebezpieczną dla życia pułapką.
Jest wiele miejsc na świecie, gdzie każdy metr kwadratowy powierzchni jest na
wagę złota. Do takich miejsc należy Singapur, miasto- państwo usytuowane na
wysepce wielkości 576 km kwadratowych , leżącej 137 km od równika, blisko
południowego krańca Półwyspu Malajskiego, z którym jest połączony groblą
i mostem. Do Singapuru należy też 60 mikroskopijnych wysepek, z których
większość jest otoczonych rafą koralową.
Miałam tę frajdę, że tam byłam wiele lat temu i to całe 2 tygodnie. Były to czasy
gdy w PRL-u królowały puste  półki a do wieżowców w Warszawie należał
PKiN oraz hotel Warszawa i smętne mrówkowce na kilku osiedlach.
I, przyznam się bez bicia, tamte "prawdziwe" wieżowce, oczarowały mnie- bo
nigdy takich w naturze nie widziałam. Wszystko lśniło, błyszczało, budynki
 miały różne kształty a nie były tylko  prostopadłościanami.


Tak się dziś prezentuje singapurskie centrum biznesowe, wtedy wieżowców
 było  znacznie mniej. Poza tym część z nich została przebudowana od
podstaw. Na tym zdjęciu doskonale widać różnicę pomiędzy starą a obecną
zabudową  miasta. Wbrew pozorom te czerwone daszki nie należą do psich
bud, ale to zwyczajne, domy mieszkalne. Co prawda tych "normalnych" domów
też jest nieco mniej, bo są systematycznie rozbierane w ich miejsce buduje się
mieszkalne wieżowce.
I na pożegnanie widok biznesowego centrum Singapuru z lotu ptaka.
Na pierwszym planie ten  "biały patyk  z daszkiem" to trzy hotele połączone
wspólnym dachem-tarasem.
To była daleka wycieczka w poszukiwaniu "koszmarków". Czas zajrzeć nieco
bliżej.
Mam to szczęście, że mieszkam w starej berlińskiej dzielnicy, wśród budynków
zbudowanych na samym  początku XX wieku. I blisko mnie, w zasięgu wzroku
nie ma ani pół wieżowca.
Ale  one są tak  ze 3, 4 przystanki jazdy metrem ode mnie.
Największe ich skupisko jest na Placu Poczdamskim. Kiedyś  był to największy
węzeł komunikacyjny w Berlinie i najruchliwszy  plac w Europie.
Aż nastał rok 1961, w którym Berlin został podzielony murem a Plac Poczdamski
stał się martwą strefą śmierci.
Gdy tylko nastapiło zjednoczenie Niemiec a Wielki Niedzwiedż z podkulonym
ogonem zabrał swe szmatki,  lalki i wrócił do siebie, na dotychczas okupowanym
terenie pełna  para ruszyły prace budowlane. Miejsca do budowania było sporo,
bo część budynków mieszkalnych  z wielkiej płyty  nadawała się tylko do
rozbiórki.
Teraz na Placu Poczdamskim nie  brak wieżowców:





Jest tu teraz duże centrum biznesowe.
I nawet ja, nie przepadająca za wieżowcami znalazłam tu dla siebie  całkiem
miłe miejsce: jest ukryte pod tą wielką parasolką,
a wieczorem wygląda tak:

To jest "podwórko" kompleksu  "sony Center". Co roku w lutym, przez dwa
tygodnie odbywa się tu  Festiwal Filmowy Berlinale.
Podwórko jest utworzone przez siedem przeszklonych wieżowców stojących
w kręgu.
Upamiętnieniem tych tragicznych lat gdy Niemcy były krajem podzielonym,
jest stała wystawa-ściana  z fragmentami Muru Berlińskiego.
 Znalazłam jeszcze jeden berliński wieżowiec , w moim odczuciu zupełnie nie
pasujący do tego co tu stoi, czyli Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma.
Mnie ten budynek kojarzy się z ....olbrzymim silosem na zboże.


Szukając zdjęć do tej notki znalazłam również i takie- budynek który stoi
w dawniej wschodniej części Berlina, zaprojektowany przez Gehry'ego:

Podoba mi się, jest po prostu zabawny i będę się musiała któregoś dnia tam
wybrać.
A na zakończenie - warszawskie  wieżowce nocą.


Jak widać Pałacu Kultury i Nauki nie da się za nimi ukryć, nadal jest
najwyższym budynkiem Warszawy.
Nie jestem pewna, czy wszystkie wieżowce są koszmarkami, ale jednego to
jestem pewna- z całą pewnością nie chciałabym w takim wieżowcu mieszkać.
_________________
Wszystkie zdjęcia są  z internetu.