drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 23 lipca 2017

Zwierzęta i my

W sierpniu minie 7 lat od odejścia mego piesa za Tęczowy Most.
Co dziwniejsze nadal tęsknię za nim, tylko za nim i ani mi w głowie brać
następnego psa, zwłaszcza teraz, gdy zmieniam miejsce zamieszkania.
Ale to nie  znaczy, że zerwałam z tej racji kontakty z wetem. Tak się składa,
że przychodnia weterynaryjna jest blisko mego  domu i często obok niej
przechodzę.
I jeśli  pan wet akurat ma wolną chwilę i stoi na zewnątrz, wygrzewając się
na słońcu, to zawsze sobie ucinamy miłą pogawędkę.
Pan wet, żeby było ciekawiej, jest wrogiem trzymania w domu psów przez
ludzi, których w domu nie ma niemal cały dzień.
Wg niego jest to szczyt egoizmu, bo jak się jest cały dzień poza domem to
pies, który jest przecież zwierzęciem stadnym, straszliwie  cierpi a na dodatek
głupieje.
Bo tak naprawdę, wzięcie do domu psa, gdy się jest cały dzień poza domem,
 jest korzystne tylko dla nas, nie dla psa.
No tak, ja wzięłam psa wtedy, gdy byłam "kobietą udomowioną" i nasz pies
nigdy nie  zostawał sam w domu.
Miał zawsze dwa spacery długie, takie półtora- do dwóch godzin i dwa krótkie.
Poza tym zawsze wszędzie ze mną jezdził, jeśli nie było nikogo w domu.
Na wszystkie  urlopy i krajowe i zagraniczne też jezdził z nami.
To był pies-turysta, zjechał z nami kawałek UE. W obiektach zabytkowych albo
był noszony na  rękach, albo zwiedzaliśmy obiekty "na zmianę".
Tym sposobem  zwiedziliśmy Kolonię, Bonn, Dusseldorf, Akwizgran.
Wizyta w  kolońskiej katedrze tak go znudziła, że spokojnie zasnął na rękach
mego zięcia.
Dwa tygodnie temu, gdy przechodziłam obok lecznicy, znajomy wet stał przy
drzwiach lecznicy a obok niego leżał przepiękny seter irlandzki.
Pomyślałam, że to pies któregoś z pacjentów.
Podeszłam,  a wet się pyta-  a nie wzięłaby pani tego psa? Jest bardzo grzeczny,
dobrze ułożony i ładny, prawda?
Ładny, to prawda, ale ja zmieniam miasto i mieszkanie, będę mieszkać wysoko
i nie mogę wziąć psa - odpowiedziałam. A co to za pies, skąd się tu wziął?
On został porzucony - małżeństwo się rozeszło, sprzedało dom i zostawili psa
w ogrodzie. Po dwóch dniach sąsiedzi mnie wezwali, bo bali się sami go stamtąd
wyprowadzić. No ale już mam jednego psa w domu i boję się, że ten  nowy
nie  zostanie zaakceptowany ani przez Fredka ani przez moją żonę.
Na razie  trzymam go na obserwacji,  zostawiłem na drzwiach domu wiadomość,
że pies jest u mnie w lecznicy i że proszę o kontakt ale odzewu nie ma.
Wczoraj zajrzałam do lecznicy  i dowiedziałam się , że ponieważ nie było nikogo
chętnego na psa, pan wet zabrał psa do domu.
Fredek, który jest dość krnąbrnym west highland white terierem, nowego
zaakceptował,  bo nowy jest wprawdzie duży, ale bardzo spokojny.
A żona? - zapytałam. Żona ze mną nie rozmawia, mamy ciche dni. Ale córka jest
zachwycona.
A królik?-  królik to pestka, siedzi w klatce w pokoju córki, a klatka stoi na regale.
Tylko martwi mnie, że żona ze mną nie rozmawia.
Tak to jest gdy się ma męża weterynarza -zwierzyniec domowy zapewniony.
A mnie się bardzo zachciało śmiać, bo Fredka kupiła żona  pana weta, nie
uzgadniając z nim tego zakupu.
Potem córka przyniosła króliczka, rzekomo na przechowanie, na kilka dni.
No a setera  przyprowadził wet, też bez uzgodnienia z domownikami.
To coś jakby remis w rodzinie, więc skąd te ciche dni???

wtorek, 18 lipca 2017

Takie sobie.......

.......przemyślenia.
Podpadnę Wam wszystkim, bo wiem, że nie lubicie gdy piszę coś,  nawet niewiele,
zbliżonego do tematów politycznych.
Trudno, muszę, bo inaczej się uduszę;)
Jeśli oglądacie tylko produkt  zwany kurwizją , to z pewnością nie jesteście
zestresowani - przecież jest pięknie, radośnie, rośniemy w siłę i dostatek.
Już raz tak  rośliśmy, o czym pokolenie 40-latków nie pamięta.
Osobiście mam jakieś skrzywienie psychiczne i owej kurskiej wizji nie oglądam,
podobnie  jak nie oglądam i nie słucham toruńskich produktów medialnych pana
Rydzyka.
Wyznaję zasadę, że jeżeli  ktoś musi westchnąć do swego  boga, to może to
zrobić udając się do kościoła lub pomodlić się w  zaciszu własnego domu.
Narzekamy, że pisuary wygrali wybory. No ale przecież ktoś tych ludzi wszak
wybrał.
Wybrali ci, którzy po pierwsze raczyli w ogóle ruszyć tyłki na wybory, a poza tym
zostali oczarowani wizją państwa, którego obraz roztaczali przed nimi wierni
wyznawcy p.p.Rydzyka i Kaczyńskiego. Ta para oszołomów roztaczała przed
swoim elektoratem wizję państwa opiekuńczego, pochylającego się nad każdym
swym wyborcą i zdejmującego z niego obowiązek samodzielnego dbania o swe
życiowe interesy.
Nie da się ukryć- samodzielność  wymaga znacznie więcej wysiłku niż posłuszne
wypełnianie poleceń, wspomagane datkami opiekuńczego państwa.
W niedzielę były w stolicy dwie potężne demonstracje - pod Sejmem i pod Sądem
Najwyższym. Obie pod hasłem obrony niezawisłości sądów i trójpodziału władzy,
co jest gwarancją utrzymania  w kraju systemu demokratycznego.
Równolegle odbyły się pod tymi samymi hasłami demonstracje w Krakowie i
Szczecinie. Jak na okres wakacyjny i dość niemiłą pogodę (gorąco i duszno)
ludzi było sporo.
Zrobiło mi się smutno, bo  do walki o demokrację muszą dziś stawać ci, którzy już
raz o nią walczyli.
                                                             *****
Wczoraj polską publikę zelektryzowała wizyta brytyjskiej pary książęcej wraz
z nieletnim przychówkiem.
Naród wyrażał żywe zainteresowanie parą książęcą, atrakcja jak  rzadko.
Oglądając potem wywiady z tymi, którzy "byli i oglądali i pieli z zachwytu"
skonfrontowałam ten wywiad z poprzednio oglądanym wywiadem
przeprowadzonym wśród rodaków wypoczywających nad polskim  morzem-
pytani o najnowsze i ważne dla nas wszystkich krajowe wydarzenia polityczne
odpowiadali : nie wiem, nie znam,  nie interesuję się polityką wcale.
I jakoś nie mogę się nadziwić, że kogoś interesuje sukienka i uczesanie księżnej
Kate, czyli rzeczy, które nie mają żadnego znaczenia dla naszego dalszego życia
w Polsce, a poczynania rządu, które systematycznie niszczą kraj nikogo nie
interesują.
To naprawdę dziwne i smutne.
                                                              *****
Ciekawa jestem kiedy ludzie się ockną. Zapewne zgodnie ze starym przysłowiem:
"mądry Polak po szkodzie", czyli gdy już będzie za pózno.
Może wtedy gdy paszporty wrócą do składnic paszportowych i na każdy wyjazd
trzeba będzie, jak kiedyś, godzinami stać by złożyć wniosek na otrzymanie
paszportu na wyjazd?
A może ockną się  dopiero wtedy, gdy nas wyproszą z UE bo nie spełniamy już
standardów państwa demokratycznego i będziemy szwendać się od ambasady do
ambasady żebrząc o wizę?
A wtedy , gdy się już naród ocknie będzie mógł sobie zaśpiewać piosenkę:
"miałeś chamie złoty róg".
Wiem , urlop rozleniwia tak bardzo, że wydaje się nam, że nasz wątły głos niczego
nie zmieni, ale wiele tych "wątłych glosów" składa się zawsze w chór- pamietajcie
o tym. Warto.


piątek, 14 lipca 2017

Mix, bo dawno nie było

Przedwczoraj o mały włos nie zostałam zeżarta przez komary. Gdy  około południa
wysiedliśmy  pod domem z samochodu, rzucił się na  nas rój głodnych komarzyc.
Właściwie nic dziwnego- przedtem wciąż padało ale  było ciepło, więc się 
paskudztwo wylęgło w niesamowitej ilości. Przejście kilku kroków od bryczki do
budynku było gehenną. Ostatni raz takie ilości komarów spotkałam gdy letnim,
 póznym wieczorem płynęliśmy  Wisłą wzdłuż zarośniętego krzaczorami brzegu.
Ale takich ilości, w biały dzień, w mieście, około południa, jeszcze nie widziałam.
Przeżyłam, jak widać- tak  gnałam do domu jak jeszcze nigdy.
                                                              ***** 
A dziś poniosło nas do Janek, do sklepu IKEA . Straszliwie się nałaziłam, jak
zwykle w tym sklepie. Chciałam  tylko zobaczyć  dział z tekstyliami oraz meblowy.
Ale nie ma lekko  - nim się doczłapałam do zasłon i firanek to już mnie nogi bolały.
Znalazłam w naturze to, co wpierw widziałam on line i okazało się, że nie bez
powodu zachwyciłam się tymi zasłonami.
Są to tzw. zasłony zaciemniające , bardzo dobrze się układają, przemiłe w dotyku,
mają  fakturę skórki brzoskwini.   
A co najważniejsze, to mają pożądaną przez mnie wysokość 3 metrów i są gotowe
do powieszenia. I nawet znalazłam takiej też długości firankę- mięciutką, dobrze
się układającą. I też już gotową do powieszenia. Muszę zawsze teraz pamiętać, że
moje nowe mieszkanie  ma 360 cm wysokości.
                                                               *****
 A potem było dużo smiechu. W drodze powrotnej wpadliśmy po dżinsy  dla mego
ślubnego.
Ponieważ mój mąż nadal ma sylwetkę "młodzieżowca" odwiedziliśmy sklep
R......d.  Ja to w  ich rozmiarówkę raczej się nie łapię, ale on - tak.
Sklep z bliżej mi nie znanych względów urządzony w stylu  " właśnie nam wysiadło
oświetlenie", lub "gdy ciemniej to przyjemniej".
Niemal wszędzie leżały męskie szorty lub  bermudy i wszystkie mocno podarte
i artystycznie postrzępione.
Nie postrzępione były tylko  bermudy z tkaniny dresowej.
Sunąc w tych ciemnościach zauważyłam,że z boku wiszą  długie spodnie. Owszem,
były długie, nawet dżinsy, ale straszliwie podarte, postrzępione i artystycznie
poprzecierane.
Podeszliśmy do lady, przy której uwijał się, tokując do jakiejś panienki, młodzian
z ogoloną na "zero" połówką głowy.
Druga połowa głowy miała nieco dłuższe włosy (ze 3 cm) i kończyła  się na całym
czubku głowy czymś w rodzaju starannie wyżelowanego parkaniku.
Pokonując zdumienie , ale wpatrując się w ten cud sztuki fryzjerskiej, zapytałam,
czy bywają jeszcze dżinsy bez dziur i strzępów.  Młodzian obrzucił mnie mocno
zgorszonym spojrzeniem, myśląc  zapewne- "taka stara a tak głupia" i z dumą mi
wyjaśnił, że u nich są tylko modne spodnie.
Trąciliśmy się z mężem łokciami, zrobiliśmy zgodnie  w tył  zwrot i dusząc się ze
śmiechu wymaszerowaliśmy z tego sklepu.
 Za to w innym sklepie  udało nam się kupić takie  zwykłe, całe dżinsy , bez dziur
i strzępów i nawet  bez wytartego koloru. Jako towar obecnie  niemodny były one
 niemal o połowę tańsze od tych dziurawych. No normalnie dom wariatów.
                                                            
Miłego Wszystkim;)


poniedziałek, 10 lipca 2017

N i e s p o d z i a n k a....

Muszę was zmartwić - przeprowadzamy się  dopiero we wrześniu bo:
a) wykonanie i montaż mebli kuchennych potrwa 8 tygodni,
b) łazienka ma być przerobiona, tzn. zamiast wanny ma być duuża,
    wygodna kabina prysznicowa, taka długości i szerokości wanny,
c) nie jest jeszcze zrobiona podłoga na balkonie, która co prawda nie będzie
    kryta terakotą, ale pokrywana jakąś powłoką kauczukową,
d) podłogi w mieszkaniu są już  położone, ale jeszcze trzeba je czymś pokryć, 
     jakimś nietrującym lakierem,
e) klatka schodowa budynku też jeszcze nie jest wykończona. Trzeba jeszcze
     zmienić poręcze, poprawić niektóre stopnie i na całych schodach ułożyć
     chodnik dywanowy. To bardzo praktyczne, bo nim się człowiek przeczłapie
     do mieszkania to mu się buty osuszą w razie deszczu lub śniegu,
f) widziałam na podesłanych zdjęciach że na zewnątrz budynku są jeszcze
     rusztowania i jeszcze  wykończają elewację,
 g) po raz pierwszy będę miała drzwi wejściowe do mieszkania tak ozdobne-
    w górnej partii drzwi  są  szybki. Szkoda, że nie kolorowe.
Na razie więcej liter alfabetu nie jest zaangażowanych w przeszkody do
wyjazdu w  sierpniu. Dobrze, że jeszcze nie  zapakowałam koralików!!!!!

Właśnie zaczął padać deszcz z burzą w tle, więc  coś na pocieszenie:



piątek, 7 lipca 2017

Możecie się pośmiać

Wyniosło  nas dziś na zakupy, głownie  tego, co akurat nie jest niezbędne.
Po drodze wpadłam do niedawno otwartego  popularnego marketu, gdzie
zawsze są niskie ceny.
 Kupiłam  fajną owocową herbatę, urodziwe, jednakowiutkie pieczarki, nieco
warzyw i ekologiczne banany, bo miały niebywale atrakcyjną  cenę.
Potem kierując się inną alejką w stronę kas, mój ślubny przystanął przy stoisku
z ciuchami.
Właśnie kilka dni wcześniej  doszedł do wniosku, że poszukuje nowych
letnich spodni,więc jego wzrok padł na z lekka wytarte dżinsy.
Przezornie zwróciłam jego uwagę, że te dżinsy to takie modne, bo mają
firmowe "przetarcia", ale mój na nie popatrzył, odczytał całkiem przytomnie
obwód pasa i  wrzucił je  do koszyka.
W tym sklepie nie ma żadnej przymierzalni, ale w ciągu 7 dni można towar
bez problemu zwrócić.
Ale rozmiary mają nie przekłamane i jeszcze niczego nigdy nie zwracałam.
Kupił, przyjechaliśmy do domu, ślubny owe  dżinsy zmierzył i oczywiście
okazało się, że są za luzne w tzw. partiach tyłkowo - brzusznych.
Odszukał kwitek z kasy, potem spodnie złożył , spojrzał na paragon i mówi:
"słuchaj, na paragonie jest napisane, że to są spodnie damskie."
Akurat byłam zajęta pichceniem, więc nie zareagowałam, tylko miauknęłam,
że oddamy je w poniedziałek do sklepu.
Po niemal godzinie dotarło do mnie, że mój użył nazwy "spodnie damskie".
Obejrzałam te spodnie i... na foto- metce faktycznie jest sfotografowana
kobieta  w owych dżinsach.
A tak dokładnie to tylko fragment kobiety od talii w dół.
Niewiele myśląc przymierzyłam je i....bingo! Mój rozmiar! Dusząc się ze
śmiechu pokazałam się mężowi.
Popatrzył i stwierdził- "od razu wiedziałem, że coś z nimi nie tak w tyłku!"
No ale dla  ciebie są dobre i wiesz? wreszcie  ci dżinsy nie będą wisieć
tu i ówdzie. No fakt, ostatnio wiszą i nawet przymierzyłam się do
kupienia o numer mniejszych.
I w ten oto prosty sposób stałam się właścicielką modnych dżinsów.
A że wyglądają na stare? To co, ja też młoda nie jestem;)))
I kwestia  spodni dla ślubnego nadal aktualna, nie ma lekko.
Teraz co na  nie spojrzę to strasznie mi się chce  śmiać.
Od dziś będę kupować tylko ekologiczne banany- mają zupełnie inny smak.
 Bardzo zbliżony do takich malutkich, malezyjskich, które kiedyś jadłam
w Singapurze.
Są bardziej aromatyczne i nie takie suche jak te  zrywane w stanie zielonym.
Życzę Wam  miłego, słonecznego weekendu










środa, 5 lipca 2017

Dobra zmiana.......

......w pewnym  szpitalu.
Wyszłam  z domu tuż po 9,00, by dwoma autobusami pokonać drobne 6 km,
dzielące mnie od przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Nie wzięłam samochodu, bo w tych godzinach znalezienie miejsca na ich
parkingu jest cudem.
Gdy zdyszana dotarłam pod gabinet okazało się, że endokrynologia po raz
kolejny została przeniesiona w inne miejsce. To już piąta zmiana lokalizacji
tegoż gabinetu. Szybko obliczyłam średnią arytmetyczną - wypadło, że co
osiem miesięcy gabinet  jest przenoszony w inne miejsce- zapewne lepsze,
zdaniem zarządzających.
Z lekka  zaklęłam, pomaszerowałam przez zatłoczony korytarz wzdłuż
gabinetów rtg, rezonansu, tomografii komputerowej, gipsiarni, chirurgii.
Z przykrością zauważyłam, że znów ktoś zapomina, że pacjent stary i chory
nadal jeszcze jest człowiekiem i powinien być traktowany z  szacunkiem, a
oczywiście nie jest.
Nie wiem co za debil wymyślił, by szpitalni pacjenci oczekiwali na swych
łóżkach przed gabinetami (wyżej wymienionymi) razem z pacjentami
" z miasta". Na łóżkach leżą starzy, często mało przytomni chorzy- najczęściej
sami, nie wiedząc po co tu są, bo salowe, które pacjenta przywiozły z oddziału
ustawiają łóżko z pacjentem "w kolejce" i gdzieś znikają.
Ci "z miasta" przypatrują się im ze zdziwieniem lub odrazą - no cóż widok
półnagiej starej, potarganej kobiety nie jest miły dla oka i nie każdemu
wtedy przychodzi na myśl, że zapewne będąc w jej wieku i stanie  raczej nie
będzie wyglądał lepiej.
Nagminne jest wożenie pacjentów nagich do pasa, bo mają poprzylepiane
elektrody- zupełnie tak, jakby nakrycie starej , chorej kobiety chociażby
wiskozowym jednorazowym prześcieradłem przerastało możliwości szpitala.
Gdy bywałam dzień w dzień na kardiologii zachowawczej (było to osiem lat
temu) interweniowałam  i nawet pomogło, niestety w nawyk nie weszło.
Pani doktor, u której dziś byłam , przy każdej wizycie stara się wrzucić mi
między wierszami, że jest wszechstronnie wykształcona i raczej się tu marnuje.
Naiwna  kobieta  dwa lata temu usiłowała mnie też przekonać, że gdy wygrają
pisuary sytuacja w lecznictwie ulegnie znacznej poprawie.
Dziś ową  Wszechstronnie Wykształconą poinformowałam, że wyjeżdżam,
bo mój mało inteligentny mózg nie jest w stanie ogarnąć tych wszystkich dobrych
zmian i w związku z tym proszę o wydanie mi, dla mego przyszłego lekarza
karty informacyjnej, w języku niemieckim lub angielskim, lub..... po łacinie.
Pani łypnęła na mnie spod oka, coś  chwilę pisała, następnie podała mi złożoną
 na cztery części kartę, podała rękę i życzyła dobrego zdrowia.
Ta wszechstronnie  wykształcona osoba napisała wszystko po polsku.
I niech mi ktoś powie na czym polega jej wszechstronność, skoro nawet nie
wpisała łacińskiej nazwy???? Przecież tego uczą się studenci medycyny!
Dumając nad pojęciem "wszechstronnego wykształcenia" postawiłam sobie
taksówkę i w 10 minut byłam w domu.
I dobrze, bo już była godzina 13,00.

wtorek, 4 lipca 2017

Cesarzowa Elżbieta- cz.III, ostatnia

Całkowicie zdesperowana Elżbieta oświadczyła cesarzowi, że spędzenie
kolejnej zimy w Wiedniu ją zabije, poza tym jej lekarz, specjalista od
chorób płucnych doradza by cesarzowa przeniosła się w cieplejsze miejsce,
o łagodniejszym klimacie.
Na podstawie opowieści swego  szwagra, Maksymiliana, na miejsce pobytu
wybrała Maderę.Było to dostatecznie daleko od Austrii i wiadomo było, że
z całą pewnością cesarz tam jej nie odwiedzi.Ten ostatni fakt wielce Sissi
radował - nie tęskniła już do obecności cesarza.
Udało się jej również pozostawić w Wiedniu swą pierwszą damę dworu-
zgodnie  z życzeniem  cesarzowej miała się opiekować dziećmi, które
tym razem nie towarzyszyły matce.
Sissi osobiście wytypowała osoby, które miały jej towarzyszyć w podróży
i na Maderze. Brytyjska Królowa Wiktoria, przejęta stanem zdrowia Sissi,
zaoferowała jej do dyspozycji swój komfortowy jacht, który  cumował
w Antwerpii.
Cesarz towarzyszył żonie aż do Bambergu, gdzie zmartwiony i nieco
urażony chłodno się z nią pożegnał.
Następnego dnia Sissi wraz ze swą świtą, ogromnym bagażem i ulubionymi
zwierzętami wsiadła na pokład królewskiego jachtu.
W Zatoce Biskajskiej  trafili na burzę, wszyscy ogromnie cierpieli z powodu
choroby morskiej ale ta słabiutka i delikatna  cesarzowa najlepiej zniosła
podróż.
Na Maderze prowadziła spokojne, samotne życie, a wieści które z
Madery docierały na cesarski dwór były skrajnie różne- jedni twierdzili, że
cesarzowa nadal zle się czuje i męczy ją uporczywy kaszel, inni z kolei
donosili, że cesarzowa wygląda znacznie lepiej i młodziej.
Sissi bardzo tęskniła  za dziećmi ale myśl o powrocie na wiedeński dwór
pełen plotek i spotkanie z teściową napawało ją niepokojem.
W końcu w kwietniu 1861 roku powzięła myśl o powrocie.Był to bardzo
niespieszny powrót jachtem  królowej Wiktorii .
Zawadziła o Kadyks, potem incognito zwiedziła Sewillę, obejrzała corridę,
następnie kontynuowano podróż przez Gibraltar aż do Majorki, a stamtąd
 na  Korfu. Wyspa zachwyciła Sissi niezmiernie i zapragnęła zwiedzić
jeszcze Wyspy Jońskie, ale stęskniony i zniecierpliwiony cesarz wyjechał
po nią aż do Triestu.
Po sześciu miesiącach rozłąki powitanie było okraszone  łzami obojga i
bardzo serdeczne.
Po kilku dniach pobytu w Wiedniu stan zdrowia Sissi  gwałtownie uległ
pogorszeniu- wrócił uporczywy kaszel, napady gorączki , płacz z byle
powodu, zły nastrój.
Opiekujący się cesarzową lekarz Skoda stwierdził "galopujące  suchoty" i
doradził cesarzowi by małżonkę na okres  zimy wysłał na Korfu.
Sissi zabrała z Wiednia ponad trzydziestoosobową świtę łącznie z lekarzem.
Mieszkała w domu na skraju wsi  a łagodny klimat i całkowity spokój
przywracał jej stopniowo zdrowie.
W pierwszych dniach pazdziernika cesarz wybrał się osobiście na Korfu, by
zobaczyć jak się czuje cesarzowa. Tym razem nie było czułego powitania,
wizyta miała charakter inspekcji. Sissi skarżyła się mężowi, że bardzo
tęskni  za dziećmi ale bardzo boi się wrócić do Wiednia by znów się nie
pogorszyło jej zdrowie.
W końcu wspólnie  ustalili, że Sissi przeniesie się do Wenecji i przyjadą
do niej dzieci, by spędzić z matką kilka miesięcy.
Na Korfu i w Wenecji Sissi spędziła rok, ale nadal myśl o powrocie do
Wiednia napawała ją strachem, więc w drodze do Wiednia zahaczyła
jeszcze o swe rodzinne strony.
Wiedeńskie towarzystwo było wielce zgorszone  prostotą i swobodą życia
w rodzinnym domu cesarzowej.
W połowie  sierpnia 1862 roku cesarzowa musiała jednak wrócić do
Wiednia, bo zbliżały się 32 urodziny cesarza.
Oddalenie od męża i całego dworu wzmocniło Sissi psychicznie- teraz
potrafiła już stawiać cesarzowi swoje warunki. Zamieszkała w pałacu
Schoenbrunn, zażądała by uszanowano jej samotność podczas spacerów
i konnych przejażdżek, zwolniła z urzędu swą pierwszą damę dworu i
oświadczyła cesarzowi, że w oficjalnych uroczystościach będzie brała
udział tylko wtedy, gdy będzie to niezbędne.
Poza tym zażądała by to ona decydowała  o tym kto i czego będzie
uczył ich dzieci, a nie teściowa.
Cesarz, który nadal kochał swoją szaloną Sissi zgadzał się na wszystko,
byleby tylko  nie zostawiała go samego.
Sissi dość pózno odkryła, że jest piękną kobietą, ale swą urodę pielęgnowała
głównie dla samej siebie. W wieku 25 lat martwiła się bardzo upływem czasu,
który mógł zniszczyć jej urodę.
Urodę traktowała jako swą niezbywalną własność, denerwowały ją zachwycone
spojrzenia  obcych.
W 1867r Franciszek Józef przywrócił wreszcie Węgrom konstytucję oraz
przyznał przywileje niezależnego królestwa  w ramach imperium.
Ósmego czerwca Franciszek Józef i Elżbieta  Bawarska zostali koronowani na
króla i królową Węgier.
Sissi, jako gorąca orędowniczka spraw węgierskich czuła się wielce zadowolona.
W dziesięć miesięcy pózniej na świat przyszło czwarte dziecko, Maria Waleria.
Dziewczynka urodziła się w Budzie. Po raz pierwszy cesarzowa mogła sama
zajmować się dzieckiem i poznać prawdziwe oblicze macierzyństwa.
Sissi  bardzo wiele czasu spędzała teraz  na zamku Godollo, który para  cesarska
otrzymała  od Węgier w podzięce za konstytucję i przywileje.
Tu cesarzowa zorganizowała sobie życie "po swojemu", miała własny dwór.
W Wiedniu bywała sporadycznie, pozostałą dwójką dzieci zajmował się
cesarz. W maju 1872 r zmarła arcyksiężna  Zofia .
Na wieść, że teściowa jest w bliska śmierci Sissi przyjechała z Węgier i do
samego końca czuwała przy umierającej.
Dwór wiedeński, podobnie jak i cesarz, miał nadzieję, że teraz Sissi będzie
więcej czasu spędzać w Wiedniu, ale Sissi nadal stroniła od Hoffburgu,
w którym wciąż obowiązywała sztywna etykieta  i w którym szeptano po
kątach, że odeszła z tego świata cesarzowa Austrii.
Ulubionym miejscem pobytu Sissi stał się teraz zamek Godollo. Do Wiednia
przyjeżdżała tylko na specjalne okazje, jak urodziny lub ceremonie religijne.
Gdy Sissi ukończyła 35 lat jej nieco dziwne zachowanie pogłębiło się.
Nie chciała by ktokolwiek był świadkiem zmierzchu jej urody.
Choć nadal była piękną kobietą, zaczęła ukrywać swą twarz pod  gęstym
błękitnym  woalem, ukrywać się pod białą parasolką i w miejscach
publicznych kryć się za skórzanym, czarnym wachlarzem.
W 1874 roku, jej siostra Maria, była królowa Obojga Sycylii, zaprosiła
Sissi do swego myśliwskiego pałacyku w Anglii, gdzie  zajmowała się
głównie  zabawami arystokracji i końmi.
Sissi zakochała się w angielskich polowaniach na lisa.W ciągu następnych
dziesięciu lat odgrywała przed światem rolę "królowej amazonki", wydając
krocie na zakup bardzo drogich koni i braniu udziału w najbardziej znanych
polowaniach.
W kwietniu 1879 roku para cesarska obchodziła  swe srebrne gody. Z tej
okazji pozowali do oficjalnego portretu. I był to ostatni ich wspólny
portret.
Franciszek Józef w niczym nie przypominał siebie  sprzed lat, a stojąca obok
Sissi wprawdzie nadal zachowała swą urodę i figurę ale jej smutna, poważna
twarz świadczyła, że nie czuła się szczęśliwa.
Dla nikogo na dworze nie było tajemnicą, że małżonkowie nie dzielą ze sobą
sypialni i żyją w wielkim oddaleniu. Ale Franciszek nadal był zakochany
 w swej żonie i nie potrafił jej niczego odmówić.
Sissi, by rozweselić samotną egzystencję cesarza zgodziła się, żeby aktorka
Katharina Schratt, dwadzieścia trzy lata młodsza od cesarza została jego oficjalną
metresą.
Rok 1886 bardzo niepokoił cesarzową. Intuicyjnie wyczuwała, że spadną na
nią jakieś  nieszczęścia lub umrze.
Przeczucia zaczęły się spełniać. Jej ukochany krewniak, Ludwik II Bawarski
( zwany Ludwikiem Szalonym) został znaleziony martwy w jeziorze Starnberg.
W trzy lata pózniej, 30 stycznia dosięgnęła cesarzową straszliwa wiadomość-
jej jedyny syn, Rudolf, popełnił samobójstwo w swym pałacyku myśliwskim
w Mayerling. Obok niego znaleziono zwłoki jego kochanki, siedemnastoletniej
Marii Vetsery, węgierskiej arystokratki, z którą miał gorący romans.
 Rudolf miał trzydzieści lat i był żonaty, z rozsądku, z belgijską księżniczką
Stefanią.
Cesarzowa po śmierci syna rozdała swe ubrania i wspaniałe klejnoty pomiędzy
swe córki i najwierniejsze damy.
Od tej pory nosiła tylko stroje żałobne, a twarz chowała za czarnym wachlarzem.
Nigdy nie pozwoliła się sfotografować ani sportretować.
Po ślubie swej najmłodszej córki Marii Walerii  stwierdziła, że czuje się zwolniona
ze wszelkich obowiązków i zacznie  swój " lot mewy".
Zakupiła statek parowy "Miramar" i pływała właściwie  zupełnie bez celu,
losowo wybierając kierunek.
Sześćdziesięcioletnia Elżbieta przemierzała świat dręczona żalem, nie mogąc
nigdzie znalezć ukojenia.
Podróżowała pociągami z ponad 60 kuframi, apteczką z lekami, kataplazmami,
flaszeczką morfiny i strzykawką do kokainy.
Była w Portugalii, Maroku, Algierii, na Malcie, w Grecji, Irlandii, Turcji, Egipcie,
Hiszpanii.
Na Korfu kazała wybudować spaniałą willę Achilleon. Był to jej okres pasji
greckiej, studiowała grekę i tłumaczyła na ten język dzieła Szekspira i
Schopenhauera, sama też sporo pisała.
W 1890 roku zebrała swoje dzieła w dwóch tomach, które trzymała w kufrze
i poleciła by w 1950 roku zostały one przekazane prezydentowi Konfederacji
Helweckiej i opublikowane, co zostało uczynione.
Ostatnie lata spędziła w  Szwajcarii spoglądając na swe umiłowane Alpy.
Nie mogła już wędrować i jej główną rozrywką było kupowanie zabawek dla
swych licznych wnucząt.
Nie bywała już w Wiedniu, ale prowadziła z Franciszkiem czułą korespondencję.
Rano 10 września 1898 roku cesarzowa wraz ze swą damą dworu szły do
przystani nad Jeziorem Genewskim. Miały wsiąść na statek płynący do
Montreux. Już były na przystani gdy nagle jakiś mężczyzna rzucił się na
Elżbietę i wbił jej ostry pilnik na wysokości serca.
Sisi upadła, ale natychmiast się podniosła, nie zdając sobie  sprawy  z tego, że
została ranna.
Panie przeszły jeszcze około 100 metrów  i wsiadły na statek.
Już na pokładzie cesarzowa  upadła, a osoby, które udzielały  jej pomocy
szybko skonstatowały, że cesarzowa nie żyje.
                                                      K O N I E C