drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 18 sierpnia 2018

O niczym, czyli.....

takie sobie  blablanie.
Powszechnie  wiadomo, że blablanie koi duszę. Jak już zauważyliście znów
jestem na etapie  "nicnierobienia" czyli szydełkowania.
Faza szydełkowania następuje u mnie gdy jestem zmuszona do zachowania
trzezwości umysłu i nie popadania w stan wewnętrznego dygotu. Pewnie  Was
dziwi, dlaczego akurat szydełkowanie mi w tym czasie pomaga - to proste, bo
żeby dobrze wykonać dany wzór trzeba cały czas skrupulatnie liczyć oczka
i słupki, bo inaczej  wzór nie wyjdzie.
A życie wciąż mi dostarcza nowych wrażeń powodujących we mnie
wewnętrzny  dygot.
Zaczęło się od przeczytania dwóch ostatnich numerów tygodnika "Polityka".
Co prawda już 10 miesięcy nie mieszkam w kraju nad Wisłą, ale nadal to
wszystko co się tam dzieje jakoś mnie rani , smuci, denerwuje. Może to
dziwne, a może nie. Czytałam i....byłam bliska płaczu.
Poza tym w czasie ostatniej wizyty u kardiologa, mąż dostał lek po którym
niestety poczuł się gorzej, drastycznie spadło mu tętno poniżej 50, więc
ten lek odstawiliśmy, zwłaszcza, że lekarka miauknęła, że gdyby się zle
po nim poczuł, to ma go odstawić. Tyle tylko, że mój mąż brał go tydzień,
zle się czuł i nic nie mówił. Dopiero gdy tętno spadło poniżej 50 to się
mnie zapytał, czy to dobrze, że jest tak niskie.
Jego niemal zerową aktywność w domu   tłumaczyłam sobie upałami, sama
się czułam niczym ryba wyjęta z wody, więc się go nie czepiałam, że cały
dzień spędza drzemiąc przed telewizorkiem. Dotarło do mnie, już po czasie,
że znów się otarłam o wdowieństwo.
W poniedziałek zaczyna się tu nowy rok szkolny. Dziś i jutro ostatnie pływanie
starszego Krasnala na otwartym  akwenie. Po rozpoczęciu roku szkolnego
zajęcia w klubie pływackim będą już na basenie.
Podobno  urodzaj  jabłek w tym roku, a ja mam tu jabłka rodem z Chile.
A czasem z Macedonii. I te z Macedonii są droższe niż te z Chile.
Wyglądają zupełnie jak polskie, smakują jak dawno już zapomniana odmiana-
zwana koksą. W ogóle to czegoś tu nie mogę pojąć- rodzime warzywa i owoce 
są droższe niż te z importu. Pewnie znów nie ma kto ich zbierać.
W Polsce dziwiłam się,  dlaczego banany z naklejką "bio" są tańsze niż te
"zwykłe".
Tu też, tak jest, ale tu to się z tego cieszę, bo to  podstawa mej bezglutenowej
egzystencji - robię z nich ciastka,  racuszki, różne desery, wcinam na surowo,
piekę z nich chleb.
I chyba znalazłam wyjaśnienie - one po prostu  są zrywane gdy są już bardziej
dojrzałe i nie trafiają tu w stanie  kompletnej zieloności i szybko robią się
przejrzałe, więc niższa cena sprzyja szybkiemu pozbywaniu się ich z półek
sklepowych. A do wszelakiego przetworzenia właśnie takie są świetne.
Do wypieków z bananami wcale nie muszę dodawać cukru.
Musimy dać samochód na przegląd i wymianę oleju i filtrów i przejrzenia
przednich półosi - te ostatnie zlecono na przeglądzie dopuszczającym  go
do ruchu.
Słyszałam dość niepokojącą wiadomość- nie będzie w tym roku jesieni,
do samej zimy będzie takie męczące lato i ....susza. Czyżby się miał spełnić
czarny sen Edgara Cayce'ego  dotyczący XXI stulecia? Według Cayce'ego
w  naszym stuleciu ma nastąpić wiele niepokojących i grożnych dla Ziemi
zjawisk. Bo w historii Wszechświata, podobnie jak w  historii ludzkości
istnieją nawracające dość regularnie różne cykle.
Co pięćset lat następuje przesunięcie się osi Ziemi. I niestety, choć jest to
proces powolny, nie jest jednak procesem płynnym, łagodnym i ma
 pewne "tąpnięcia" w czasie których nastepują gwałtowne ruchy skorupy
ziemskiej, zmienia się linia brzegowa kontynentów, woda pochłania ląd,
zmieniają się również warunki klimatyczne. Podobno uwagę współczesnych
zwraca wzrastająca  na świecie liczba trzęsień  ziemi. 
No ale w kraju, w którym  białe  róże są symbolem nienawiści, konstytucja
nic nie znaczącym dokumentem i tak nikt nie wierzy w coś takiego jak
globalna katastrofa spowodowana przesunięciem się osi Ziemi.
Bo nawet jeśli coś się zdarzy to przecież nie Polsce, a wszystkim innym, bo my,
Polacy, przecież jesteśmy chronieni przez NMP i Chrystusa  Króla.
Poczytajcie kiedyś wypociny obecnych polskich jasnowidzów - nie bardzo
wiadomo czy się śmiać czy raczej płakać.
Wszyscy dookoła polegną  a Polska będzie potęgą i żadne zniszczenia jej nie
dosięgną. Ani te z Kosmosu ani od sąsiadów. I - uwaga!!! Rosja będzie nam
przyjacielem.

A na zakończenie krótki filmik Polsatu nt. Edgara Caycy'ego.

Nie wiem skąd Caycy czerpał wiedzę, ale wypróbowałam na sobie
kilka jego kuracji - z powodzeniem.
No to wracam do szydełkowania;)
Miłej niedzieli dla Was;-))))

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Mix

Czas upałów umilałam sobie wyrabianiem resztek bawełnianej włóczki, bowiem
postanowiłam nie gromadzić  żadnych resztek.
Kiedyś zrobiłam dla  młodszego Krasnala szalik w kształcie liska, o taki:


Został mi jeden motek tej bawełny i kompletny brak  pomysłu co z niego
zrobić.
Z tego absolutnego braku pomysłu zrodził się mały futerał na klucze:


Powstał  na bazie kanwy plastikowej wyszytej jednym ze ściegów gobelinowych.
Jest lekki, cienki, zapinany na zatrzask.
Tyle tylko, że nadal miałam resztkę tej bawełny, w tym dziwnym wszak kolorze.
Doszłam do wniosku, że mogę zrobić małą serwetkę, która  rozjaśni mój ponury
stół w kolorze wenge. Taki mały, kolorowy akcent. Mały, bo większego pewnie by
moje oczy nie wytrzymały:

Serwetka ma 26 cm średnicy i tak się prezentuje.

Serwetkę zrobiłam a ta piekielna pomarańczowa  bawełna nadal jest, więc
z rozpaczy zrobiłam jeszcze dwie, jednakowe serwetki.
Też mają średnicę 26 cm tylko  wzór jest inny:


Zrobiłam zdjęcie jeszcze przed zblokowaniem więc się nie prezentuje
najlepiej.
Ta bawełenka jest jakoś piekielnie wydajna- jeszcze mi jej trochę zostało,
więc dziś doszłam do wniosku,że zrobię  z niej....motylka. Jak zrobię- pokażę.
Doszłam również do wniosku, że jestem kompletną debilką - pozbyłam się,
z okazji przeprowadzki, trzech  zrobionych przeze mnie szydełkowych
obrusów. Byłam całą tą przeprowadzką tak zestresowana, że nie  wpadło
mi do głowy, że z prostokątnych obrusów robionych techniką patchworku
bez trudu można przecież zrobić obrus kwadratowy. No cóż, głupich nikt
nie sieje, sami się rodzą. I żyją z tą swą wrodzoną głupotą, jak widać.
Dobrze, że mam  zdjęcie jednego z nich, to chociaż sobie wzór  pojedynczego
kwadratu odtworzę:



Nie pozostaje mi nic innego jak "przepatrzeć" zapasy i wziąć  się do roboty.
Powinnam jeszcze mieć nieco kordonku w kolorze ecru.
Tylko muszę go....odnalezć;)))





niedziela, 12 sierpnia 2018

Zmarzłam dziś.....

......siedząc na Stadionie Olimpijskim.
Dostaliśmy od dzieci bardzo miły prezent- bilety na Mistrzostwa Europy,
rozgrywane na Stadionie Olimpijskim w Berlinie.
Ten Stadion Olimpijski ma już całkiem długą historię - pierwszy obiekt, dzieło
niemieckiego architekta Ottona Marcha miał gościć  Igrzyska Olimpijskie
w 1916 roku, niestety wybuch I wojny światowej pokrzyżował te plany.
Z inspiracji A. Hitlera, w 1934r rozpoczęto przebudowę tego obiektu. Prace
projektowe wykonał i nadzorował syn Ottona Marcha, Werner.
Stadion otrzymał solidną, masywną bryłę i w 1936 roku odbyły się na nim
XI Igrzyska Olimpijskie.
To na tym  stadionie, po raz pierwszy w  historii nowożytnych Olimpiad
znicz Olimpijski zapalono od ognia przyniesionego z Grecji.
Ponadto były to pierwsze Igrzyska Olimpijskie transmitowane w telewizji -
obraz przesyłano kablem do 13 odbiorników w mieście.
Polacy na tej  Olimpiadzie zdobyli sześć medali, po trzy -srebrne i brązowe.
Podczas II wojny światowej stadion niewiele ucierpiał. Po jej zakończeniu
służył jako główna kwatera brytyjskich wojsk okupacyjnych.
Stadion był jeszcze dwukrotnie przebudowywany, ale jego główną  bryłę
pozostawiono, zmieniając całkowicie jego wnętrze i dodając zadaszenie
nad trybunami.
Stadion  może pomieścić 74 228 widzów i jest drugim co do wielkości
niemieckim stadionem, przegrywa tylko ze stadionem w Dortmundzie.
A dziś było nas na stadionie 60500 osób.
Ponieważ miejsca mieliśmy dość wysoko wzięliśmy z sobą dwie lornetki, co
było bardzo dobrym posunięciem.

Wchodzących  wita taka brama. Oczywiście zdjęcie zrobione  od strony
stadionu, bo chciałam złapać na niej resztki słońca.
Na stadion wpuszczano już od godziny 18,00, sprawdzano skrupulatnie
wszystkie torby i plecaki. Nie wolno na stadion wnosić żadnych butelek
z jakimkolwiek płynem, dezodorantów i innych kosmetyków w  butelkach
też nie.
Napoje  sprzedawane na terenie wokół stadionu są wlewane do plastikowych
kubków, do których jest doliczana  kaucja, na tyle duża, że potem stoi kolejka
do   ich oddania.

Tak właśnie wygląda  stadion z zewnątrz. Ta głowa na pierwszym planie
należy do mojej własnej córki.
Trochę upiorne dla mego męża było wchodzenie w środku na trybunę-
schody wysokie i dość stromo w górę. Mnie to one dały do wiwatu dopiero
przy schodzeniu - moje kolana nienawidzą po prostu schodów.

Tu rzut oka z mego miejsca w lewo

a tu rzut oka w prawo. Na tym  białym kawałku stadionowej murawy było
stanowisko do skoku wzwyż.
Mistrzem Europy został  Mateusz Przybyłko, Niemiec.
Śmiałyśmy się  z córką, że ma chłopak typowe niemieckie nazwisko.
Bardzo gorąco dopingował nasz sektor trybun skoczków wzywż - wpierw
wszyscy klaskali rytmicznie, powoli, "dopingowo", szybciej gdy skoczek już
biegł , na chwilę oklaski  przycichały i jeśli udało mu się daną wysokość
zaliczyć wybuchał dziki krzyk radości, a jeśli nie -w przestrzeń stadionu leciał
zbiorowy jęk zawodu.
Niestety nasz zawodnik zajął dopiero 7 miejsce, ale jak pocieszałyśmy
się z córką, w finale było przecież aż 12 zawodników.
Troszkę obie z córką zachrypłyśmy po biegach indywidualnych i sztafecie
 naszych pań biegających dystans 400 metrów.
Spisały się w obu tych konkurencjach świetnie, znów mamy dwa złote medale.
Wszystko było pięknie, ale po raz pierwszy tego lata najzwyczajniej w świecie
zmarzłam.  Dobrze, że choć w ostatniej chwili wzięłam sweter, ale i tak było
mi zimno.Na  tych wyższych kondygnacjach był jakiś  przeciąg, hulał wiatr.
Bardziej ode mnie przezorni siedzieli opatuleni kurtkami, np.mój ślubny.
Powrót do domu odbył się zupełnie  bezboleśnie - były podstawione dodatkowe
pociągi  szybkiej kolejki miejskiej i w domu byliśmy jeszcze przed godz.23,00.
Co by nie powiedzieć- nie ma to jak metro + szybka kolej miejska!
A tak na koniec - podobało mi się, ale nie da się ukryć, że oglądając transmisję
widzi się w sumie więcej- tu niektóre konkurencje umykały- np. rzut dyskiem
pań - po prostu odbywały się w drugim końcu stadionu.Poza tym równolegle
odbywa się kilka konkurencji i nie sposób oglądać  każdą z nich.
Dobrze zrobiona transmisja telewizyjna daje pełniejszy obraz wydarzeń,
choć  fajnie jest pokrzyczeć z tłumem z radości lub pojęczeć z zawodu.











niedziela, 5 sierpnia 2018

Spójrzcie......

....na to zdjęcie i na dzisiejszą datę.

Czy to normalne by 5 sierpnia były już na drzewie żółte liście????
Kilka dni temu na brzozach, które widzę z kuchennego okna też dojrzałam kilka
gałązek z żółtymi liśćmi.
Na ulicy, którą codziennie  chodzę, rosną dęby burgundzkie- na potęgę zrzucają
zielone jeszcze  żołędzie.
Moim pięknym begoniom też to słońce i permanentny upał nie wyszły na
zdrowie - przedwczoraj się z nimi rozstałam.  Aksamitki, podobno wyjątkowo
odporne i wręcz kochające słońce, dziś się ze mną pożegnają. Wyglądają żałośnie,
listki im zbrązowiały, poschły, a przecież dwa razy dziennie były podlewane - rano
i wieczorem. A teraz tak się prezentują:


A zupełnie niedawno wyglądały tak:


Na naszym podwórku  rośnie jakaś odmiana śliwki. Zrzuciła już prawie
wszystkie owoce. I wszystko razem wygląda to nieco przygnębiająco.
Ceny rodzimych owoców już poszybowały w górę. Podejrzewam, że zimą
będziemy jeść jabłka rodem z Chile. I paradoksalnie, te importowane będą tańsze
od miejscowych, których albo nie będzie albo będą wściekle drogie.
Śmiałam się kiedyś gdy wyczytałam, że Europa stepowieje - a to właśnie tak
pewnie będzie.
Miłego, nowego tygodnia;)


czwartek, 2 sierpnia 2018

Wczoraj był.......

....termin wizyty mego ślubnego w przyszpitalnej przychodni kardiologicznej.
Nie obyło się bez porównań  Warszawa- Berlin.
Byliśmy zapisani na godz. 8,30 , co oznaczało, że o tej godzinie zaczynają się
przyjęcia pacjentów.
Ten szpital, Charite', to szpital Uniwersytecki. Mamy do niego całkiem blisko,
dobry dojazd samochodem i jest parking. Płatny 2€, niezależnie od czasu
parkowania.
Żeby było ciekawiej, to wejście jest jedno i dla pacjentów skierowanych do
szpitala jak i tych co są przywożeni karetką i dla tych co idą na wizytę
w przychodni.
Wejście jedno, ale tłoku nie było i ani pół pacjenta "karetkowego".
Poczekalnia duża, bardzo duża, z  automatami z piciem wszelakim, oprócz tego
darmowa woda mineralna.
Przyszliśmy, urwaliśmy sobie numerek z rolki "numerkowej" i po jakimś niezbyt
długim czasie  został mój ślubny wywołany, tym numerkiem właśnie.
Na dzień dobry "kawałek" personelu recepcji wykonał mojemu zwykłe EKG i
dopiero wtedy został wpuszczony do gabinetu.
Lekarka młodziutka (w porównaniu choćby do mnie) a już z doktoratem!
Po krótkim odpytaniu zrobiła mojemu Echo serca. Była niezmiernie dociekliwa,
przestudiowała jego calutką dokumentację medyczną, przejrzała wszystkie leki,
zapisała mu dwa nowe, wytłumaczyła, że osoba po bypassie nie może mieć
poziomu cholesterolu LDL powyżej 70, a jego arcy niskie ciśnienie jest bardzo
pożądanym zjawiskiem bo ma przecież implantowaną zastawkę aortalną.
Następnie wysłała go do wykonania EKG wysiłkowego. Miał to zrobić kolega
po fachu , ale gdzieś przepadł i po godzinie pani doktor sama wykonała mojemu
to badanie. Wyniki badań trafią same do naszego lekarza prowadzącego,a drugi
komplet  wraz z terminem następnego  badania przyślą nam pocztą do domu.
W skrócie- cud, miód i orzeszki!!!!
Podobno Warszawa ma i tak o niebo lepszą służbę zdrowia niż reszta kraju,
ale nawet w Instytucie Kardiologii, w przychodni kardiologicznej, lekarz który
przyjmuje pacjenta nie zhańbi się osobistym wykonaniem Echa serca lub czymś
tak wulgarnym jak EKG wysiłkowe i pacjent, nawet jak się ledwie  turla to musi
kursować po różnych gabinetach, bo Echo jest na  piętrze w innym zupełnie
skrzydle i do przejścia jest z pół kilometra no i kolejka pod gabinetem.
Poza tym w Warszawie na wizytę u kardiologa NFZ czeka się średnio pół roku,
kardiolog zaś jest wyposażony co najwyżej w ciśnieniomierz a na echo serca
ostatnio czekało się tylko 2 miesiące, na Holtera 6 miesięcy.
My chodziliśmy do kardiologa prywatnie- ale on też był wyposażony tylko
i wyłącznie w prywatny ciśnieniomierz, więc wszystkie badania były
wykonywane  w prywatnej przychodni.
I wiecie co?  Tu nie wożą  pacjentów szpitalnych na  badania  EKG nagich
do pasa, niezależnie od ich płci,  co było standardem np.  w szpitalu MSW,
uważanym za baaardzo dobry. Też tam leżałam i to aż dwa razy.
I to byłoby na tyle,  jak mawiał klasyk.

                             A tak wygląda aparat do badania Echa serca

poniedziałek, 30 lipca 2018

Migawki z telewizora

 Z lekka się zadziwiłam , bo zupełnie niechcący zrobiło mi się kilka zdjęć podczas
oglądania ostatniego, 21 etapu Tour de France.
Oglądanie przeze mnie niemal rok w  rok tego wyścigu jest  podobno
potwierdzeniem moich zaburzeń umysłowych. bo ja nawet nie jeżdżę na rowerze,
mało tego, w młodości obchodziłam rower z daleka.
Tak naprawdę to jako osoba  zupełnie  nie posiadająca ducha walki i rywalizacji
zawsze dziwie  się po cichutku co to za frajda zarzynać się na tym rowerze, jadąc
bez względu na pogodę, dzień w dzień po blisko 200 km dziennie.
Oglądam ten  wielki  Tour głównie z powodu widoków, bo Francja to wielce
malowniczy kraj.
No a wyścig to taki mały dodatek - oczywiście  cieszę się, gdy któryś z naszych
chłopaków dobrze wypada w tej dziwnej pracy - bo tak właśnie Michał
Kwiatkowski traktuje swój udział w wyścigach kolarskich. I bardzo się smucę
gdy są kraksy. Wtedy odżywa we mnie "serce wiecznej matki" i złość, że dla
większej widowiskowości całego wyścigu są wprowadzane dziwne trasy.
Poza tymi walorami wzrokowymi mam zawsze przyjemność ze słuchania
prowadzących transmisję  panów redaktorów, a zwłaszcza Jarońskiego i
Wyrzykowskiego. Do tego dochodzi były już kolarz p.Darek Baranowski.
Mam nadzieję, że rozpoznajecie którego miasta  fragmenty są na zdjęciach. 
_____________________________
Zdjęcia powiększamy "kliknięciem"


















                                                                                                                                                                             


sobota, 28 lipca 2018

6.Kto chce niech czyta ..... O monetach


Jak powszechnie wiadomo monetami zajmuje się numizmatyka.
Na podstawie numizmatycznych znalezisk łatwo jest datować odsłonięte warstwy
archeologiczne na terenie wykopalisk.
Monety wybite w twardym metalu  informują  o miejscu i czasie z którego
pochodzą, ponadto dają możliwość prześledzenia dziejów handlu pomiędzy
różnym narodami oraz kontaktów międzykulturowych.
Prawo do bicia monet stało się jednym z wyznaczników suwerenności politycznej.
W samej starożytnej Grecji było czynnych 1500 mennic.
Moneta to łaciński wyraz  oznaczający.....mennicę, czyli miejsce gdzie były
wytwarzane monety.
Najstarszą monetą świata jest STATER o wartości dwóch drachm (niektóre zródła
podają, że wartości 4 drachm) wykonany z elektrum, czyli stopu srebra i złota,
w królestwie Lidii  na wyspie Egina.
Pierwsze monety miały stempel z emblematem morskiego żółwia.
Podobizny władców trafiły na monety dopiero w czasach hellenistycznych.

Tak właśnie wyglądały monety bite z elektrum.
A poniżej jeszcze starsze monety - były to kulki elektrum, na których
specjalnym stemplem wybijano pożądany emblemat.
Myślę, że nikt się nie spodziewał , że lidyjski STATER znajdzie "potomków"
w monetach Rzymu, chrześcijańskiej Europy a obecnie we wszystkich
krajach świata.


A tu, żeby nie było tak poważnie i niemal naukowo rzut oka na moje
podwórko:

Te fragmenty konstrukcji szklano-metalowej z lewego boku to nasza winda.
Podwórko tonie cały dzień w cieniu i gdy umęczona krótkim wypadem
wracam do domu staję tu nim się wpasuję do dusznej windy.
Jest upał,  nie wiem po co. Pod naszymi dębami leżą opadłe zielone żołędzie.
Miłego weekendu;)


______________________
obrazki powiększamy "kliknięciem".