drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 19 listopada 2017

Zaganiany człowiek taki.....

Tyle mi się ostatnio w życiu pozmieniało, że dopiero dziś, czytając post Stokrotki,
dotarło do mnie, że 14 listopada 2008 roku napisałam pierwszy swój post na blogu
"Procontra-anabell".
A potem już poszło i to tak intensywnie, że po jakimś czasie powstał ten blog,
a poprzedni "ożywa" od czasu do czasu, gdy mnie wezmie na folgowanie swym
grafomańskim pomysłom.
To nie żeglowanie niezbędne jest - to pisanie bloga rzeczą niezbędną jest,czego
starożytni nie  wiedzieli.
Dziękuję wszystkim, którzy nadal ze mną  wytrzymują, a wiem, że to niełatwa
sprawa , bo nie jestem najmilszą Bufką pod Słońcem (parafrazując Lato
Muminków).
I proszę, bądzcie ze mną dalej,będę się starała nie zanudzać Was swoimi nie
zawsze  ciekawymi problemami.

sobota, 18 listopada 2017

Nowe doświadczenie......

....czyli wizyta na poczcie.
Musimy sobie założyć konto w banku. Przysięgam,  nie mam bladego pojęcia
co to za bank, ale nasze dzieci są jego klientami, więc niejako automatycznie
my mamy również nimi zostać.
Córka wręczyła nam kilka kartek do wypełnienia i stwierdziła, że teraz musimy
udać się na pocztę, bo na poczcie urzędniczka potwierdzi naszą tożsamość na
podstawie naszych dokumentów tożsamości, czyli paszportów i polskich
dowodów osobistych. W pierwszej chwili pomyślałam, że córka  mówi coś do
mnie w języku swej obecnej ojczyzny, bo zupełnie nie załapałam o co idzie.
Bo na zdrowy polski rozum, co "pani z okienka pocztowego" ma do mojej
tożsamości?
Otóż ma - pracownik poczty jest Urzędnikiem Państwowym i ma dostęp do
danych osobowych mieszkańców UE.
Więc dziś, przed końcem urzędowania pobliskiej placówki pocztowej,
wraz z córką podreptaliśmy na pocztę.
Lokal nieduży, ale jasno, czysto, dwa okienka czynne i ...uwaga- ani jednej
książki z przepisami  kulinarnymi sióstr zakonnych, żadnych pism niemal
świętych, mało tego - ani jednego krzyża, medalika itp.
Gdyby nie spora ilość na regałach wszystkiego co jest przydatne do wysłania
listu, kartki okolicznościowej lub paczki, nie odgadłabym, po doświadczeniach
z bywania w polskich placówkach pocztowych, że jestem na poczcie.
Pani z okienka wzięła ode mnie wypełnione papierki, paszport, zerknęła na
mnie i stwierdziła, że muszę zdjąć czapkę i okulary, bo może wtedy będę
bardziej podobna do  osoby, której zdjęcie figuruje w paszporcie. No ale jak
większość z Was wie, zdjęcie w paszporcie może przedstawiać dowolną
osobę i z zasady nie jesteśmy na nim do siebie zupełnie podobni.
Widząc, że pani się wyraznie biedzi nad rozwikłaniem zagadki czy  ja i ta na
zdjęciu w paszporcie to ta sama osoba, dodatkowo podałam swój dowód
osobisty. Tym razem buzia pani z okienka rozjaśniła się uśmiechem i
radośnie wprowadziła moje dane z dowodu osobistego do systemu.
Po chwili uśmiech jakby się zmniejszył i pani poinformowała moją córkę, że
w systemie nie występuje literka  " ę" , więc musi napisać "e", bez "tego czegoś".
W końcu jakoś pogodziła się z tym faktem i na specjalnym druku musiałam
się podpisać, tak jak w swoim dowodzie, a pani wykazała się zdolnościami
grafologicznymi i uznała wreszcie, że ja - to ja.
Odetchnęłam.
Z mężem było jeszcze zabawniej - wprawdzie pani natychmiast go rozpoznała
na zdjęciu w dowodzie osobistym, ale system wykazał, że jego dowód
osobisty jest przeterminowany. Pani jednak się tylko roześmiała, bo obydwa
nasze dowody osobiste były wydane w tym samym roku, datę ich wystawienia
dzieliło raptem 30 dni.
Pani zgarnęła wszystkie papiórki, które  mieliśmy złożyć w  banku i z miłym
uśmiechem nas pożegnała, życząc miłego popołudnia.
Gdy wyszliśmy z poczty mąż zapytał się córki a co z tymi papierami , które
mamy złożyć w banku?
Papiery przecież wyśle poczta do tego  banku, wyjaśniła mu córka.
Chłopina z wrażenie zaniemówił. No cóż, strasznie dziwna  poczta, prawda?
I nawet grosza za te trudy od nas nie wzięli!
Poza tym okazało się, że w środę bładząc po ulicach Berlina w sumie mieliśmy
wielkie szczęście,bo niemal  natychmiast po naszym przejezdzie tymi ulicami
nastąpiła super awaria wodociągu i olbrzymia rura arterii wodociągowej pękła
i zalała te ulice we Wschodnim Berlinie, którymi wcześniej błądziliśmy.
To coś jakby z cyklu "głupi to ma szczęście";)
A potem piekłam z wnuczkami muffinki. Oni są niesamowici! Jedynym moim
wkładem w trud pieczenia było nałożenie ciasta do foremek, żeby w każdej
foremce była taka sama ilość ciasta. Starszy  (lat 8) oczywiście sam nastawił
piecyk na właściwą temperaturę i poinformował mnie, że piecyk da sygnał
dzwiękowy gdy minie właściwy czas. Potem już tylko wyjęłam z piecyka
gorącą blachę, córka pomadzgała muffinki cytrynową polewą i dzieciaki
w ramach "przekąski" przed obiadem dostały dyspensę na zjedzenie po
jednej muffince.
Wygląda na to , że co tydzień coś się tu będzie piekło;)
Miłej  niedzieli dla Was;)



środa, 15 listopada 2017

Przymusowa wycieczka

Stare przysłowie mówi, że kto nie ma w głowie to ma w nogach.
No i to prawda, choć może nie zawsze skutki naszej bezmyślności obciążają
nasze nogi - często naszą kieszeń.
Wszystkie problemy związane z przeprowadzką tak mnie zmordowały, że
pod koniec zamieniłam się w swoisty automat do składania i pakowania rzeczy
w pudła i ustawiania ich w piramidki. I chyba z tego zmęczenia fizycznego
ogarnęła mnie "jasna pomroczność" i zupełnie zapomniałam o takim
"drobiazgu" jak sprawdzenie, czy mam roaming.
O tym, że go nie posiadam przekonałam się dojeżdżając do Berlina - wybrałam
numer komórki mej córki, a tu wyskoczył, niczym diabeł z pudełka, komunikat:
"MOŻLIWE TYLKO POŁĄCZENIE ALARMOWE NA NR 112".
Zatkało mnie, ale jak ta durna baba wzięłam do ręki komórkę męża i po chwili
na jej ekranie pojawił się taki sam napis jak przedtem u mnie.
 W tym momencie rzuciłam w przestrzeń samochodu mocno niecenzuralne
słowo,  ale jeszcze nie wpadłam w panikę.
No cóż, przyjedziemy, na zaprzyjaznionym kompie zaloguję się do naszego
operatora i sprawę załatwię, bo bez  tych czynnych komórek nie mogliśmy
się zalogować w naszym banku.
Nic z tego, więc teraz, ku przestrodze innych ogłaszam- jeżeli ktoś z Was ma
komórkę  obsługiwaną przez NJUMOBILE to niech przed wyjazdem do któregoś
z krajów UE sprawdzi, czy ma włączony roaming. Jeśli nie to niech natychmiast
to wykona, bo po przekroczeniu  polskiej granicy już sprawa się rypła - nie da się
tej sprawy naprawić poza granicami Polski.
I takim oto sposobem dziś musieliśmy pojechać z Berlina na wycieczkę do Słubic.
Z pomocą pracownika salonu ORANGE łączność została przywrócona.
Przygnębiające wrażenie zrobił na mnie Frankfurt nad Odrą. Pomijam już fakt, że
oznakowanie dróg w tym rejonie  było tak tragiczne, że niemal godzinę straciliśmy
by z przedmieść dotrzeć na most nad Odrą.
Ale prawdziwy koszmar ścignął nas dopiero w drodze powrotnej.
Wracaliśmy jakąś  podrzędną szosą , nie autostradą, co właściwie nam się podobało.
Droga prowadziła wzdłuż wielce malowniczych lasów ubranych w  kolorowe
liście, były po drodze jakieś  jeziorka, mijaliśmy różne miejscowości a ruch był
niewielki.
I tak  majacząc o tym jaka ładna jest ta droga, dojechaliśmy pod Berlin- tu
zaczęły się  tzw. schody-  strumienie samochodów,  utknęliśmy w kilku korkach
i mąż zdał sobie sprawę, że ta droga nie jest dla nas dobra.
Skręciliśmy w pewnym miejscu w lewo i wylądowaliśmy w jakiejś zapyziałej
części dawnego Berlina Wschodniego.
Oczywiście nie mieliśmy pojęcia jak się z tego miejsca wydostać i znależć drogę
do domu.
Żeby było zabawniej, świeżo zakupiony plan Berlina spoczywał grzecznie w domu.
W końcu życie zmusiło nas do skorzystania ze smartfona i wykorzystania go
jako nawigacji. Trochę postaliśmy w korkach, potem wyjechaliśmy na autostradę,
co wydało mi się  czystym nonsensem, potem skierował nas głos na drugą
autostradę, potem na kolejną i wreszcie z ulgą stwierdziliśmy, że jesteśmy na tej
autostradzie, którą trzy tygodnie wcześniej dotarliśmy do celu.
Ucieszyliśmy się niepomiernie, że wreszcie wiemy gdzie jesteśmy.
I stał się nawet cud nad Szprewą - znalezliśmy miejsce do  zaparkowania,
zaledwie kilka kamienic dalej od naszej.



wtorek, 14 listopada 2017

Do trzech razy sztuka

I tkwi w tym jakaś prawda.
 Dziś był trzeci termin, w którym miał być uruchomiony  w moim nowym
miejscu zamieszkania  internet i  jak niniejszym widać- stało się.
Na nowe miejsce dotarliśmy całkiem cało i zdrowo.
Z tym "zdrowo" to może lekka przesada, bo jednak pakowanie i ustawianie
pudeł w stosy dało mi niezle w kość.
Po nocy spędzonej w hotelu wyruszyliśmy w porannej mgle do Berlina.
Na autostradzie spory ruch był właściwie tylko od W-wy do Strykowa, potem
było już dużo luzniej.
Strasznie  nudno jedzie się autostradą, nie ma zupełnie na czym oka zawiesić.
Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się, że panowie od przeprowadzki już wszystko
poustawiali a  córka zdążyła nas  niemal całkiem rozpakować.
Przeprowadzkarze wyruszyli z W-wy o 5 rano, my znacznie pózniej, gdy już było
widno.
Mieszkanie mamy teraz większe od warszawskiego niemal o 20 m kwadratowych.
Mieszkamy w starej, mieszczańskiej dzielnicy, wokoło same ładne stare kamienice.
Nasza też jest mocno przedwojenna, większość tych domów powstała w latach
1920-1925. Jakimś cudem wiele domów przetrwało naloty dywanowe aliantów, od
kilkunastu lat są systematycznie rewitalizowane.
Mieszkamy na trzecim pietrze, na szczęście w ramach rewitalizacji dobudowano
w budynku windę. Czuję się chwilami jak  krasnoludek, bo mieszkanie ma ponad 3
metry wysokosci, a ja do wysokich kobiet nie należę.
Na szczęście córka zamawiając kuchnię brała pod  uwagę mój wzrost "nikczemny"
i mogę dosięgnąć do wyższej pólki w szafce kuchennej.
Mieszkanie jest usytuowane  na linii północ-południe, mój pokój jest od południa,
męża pokój, kuchnia i łazienka (z oknem) - od północy.
Jak zapewne pamiętacie lubię Berlin i polubilam to miasto już od pierwszej w nim
wizyty.
A teraz kilka "ciekawostek" - nim rzucicie kamykiem w rodzimą administrację i
działanie różnych firm, poczytajcie:
zgodnie z przepisami każdy, kto  zdecydował się zamieszkać w tym mieście ma
obowiązek zameldować się w odpowiednim organie meldunkowym w ciągu  dwóch
tygodni od dnia przybycia, a więc tak naprawdę powinniśmy już być zameldowani.
Ale najbliższy wolny termin w urzędzie to......pierwszy grudnia.
Druga sprawa - módlcie się, żeby wszystkie polskie firmy kurierskie nadal działały
tak jak działają-  od dwóch tygodni pewna duża firma kurierska działająca na tym
terenie nie dostarcza mi paczki- ostatnio okazało się, że tak naprawdę to nie
wiadomo nawet gdzie  jest ta przesyłka, jako że pan kurier trzy razy wpisał do
systemu, że nie zdążył paczki dostarczyć, ale po tym trzecim razie paczka gdzieś
zniknęła- nie ma jej w systemie, nie ma jej w magazynie, nie mam jej również ja.
Paczka się rozpłynęła, a zawierała części szafki z  szufladkami czyli ścianki,
półki i szufladki w częściach, do samodzielnego złożenia.
No i internet - pierwszy termin opiewał dzień 3 listopada, ten termin został
odwołany, bo pan technik zaniemógł,  w następnym podanym  terminie tuż przed
godziną 18-tą zawiadomiono nas, że pan technik nie przybędzie i dziś od rana mój
kochany mąż wściekał się, że dziś też pewnie nic z tego nie będzie.
No ale pan technik przybył, sprawdził, że w gniazdku jest to co powinno być,
reszta czynności przypadła w udziale zięciowi.
Gdy zamawialiśmy przed kilku laty internet w warszawskiej placówce UPC, pan
technik  sam wszystko nam instalował i spędził u nas ładne kilka godzin,
dodatkowo obdarowując nas kablami. Tu nic z tych rzeczy.
Czeka mnie jeszcze jedna frajda - zamiana w łazience wanny na kabinę.
I to już zapewne w następnym tygodniu.
W Warszawie mieszkałam na tzw. "zielonym osiedlu" i codziennie mogłam
zmiatać z loggii tony pyłu. Tu mieszkam nad dość ruchliwą ulicą i nie mam na
balkonie i na oknach nawet 1/10 tego pyłu, co w Warszawie. Mało tego - przestały
mi dokuczać wiecznie zapchane zatoki, a mój mąż, który cierpi na POChP, oddycha
bez trudu i przestał wyglądać jak ryba wyciągnięta z wody na piasek.
A ja doszłam do wniosku, że odległość od epicentrum przykrych wydarzeń ma
swoje bardzo dobre strony - nie oglądam polskiej telewizji i nie zamierzam tego
robić chociaż córka  nam zakupiła coś co się nazywa POLBOX i od dziś można tam
coś oglądać.
I podobno na kompie też mogę to oglądać.
No ale na kompie to ograniczę się do tego co i przedtem, czyli do oglądania Planet+.
Z rzeczy, które mnie nieco martwią to jest notoryczny brak miejsc do parkowania.
Za każdym razem gdy gdzieś  wyjeżdżamy samochodem , wracając musimy
polować na jakieś miejsce.
Gdy wracamy wieczorem do domu, np. od córki (mieszkamy 450m od niej)  to
aż nam szczęki opadają na widok samochodów parkujących na łuku jezdni.
Ale jedno zauważyłam - tu są bardzo uprzejmi kierowcy.
Nie ma problemu z włączeniem się do ruchu, nie trąbią nerwowo gdy ktoś musi
na jezdni manewrować. I większość jezdzi zgodnie z przepisami, czyli 50km/h
po mieście. Pomijam już fakt, że w wielu miejscach ową zawrotną szybkość trzeba
zmniejszać do 30 km/h  (przy przystankach autobusowych i koło szkół).
Piekielnie droga jest komunikacja miejska. Roczny bilet na wszystkie linie kosztuje
700euro.
Co mnie z lekka zdumiało - panie, którym włos posiwiał lub zrezygnował z trwania
na głowie-  bez żadnego mrugnięcia okiem paradują z siwizną lub łysiną.
A propos włosów - mam na głowie włosy o długości 3 lub 4 cm- to w ramach
wyrównywania tego co mi przed wyjazdem fryzjerka "urządziła na głowie".
I chodzę spokojnie z tymi "kłaczkami" do pobliskiego sklepu wypatrując pilnie
swego bezglutenowego pożywienia.
Co do cen - niewątpliwie żywność jest droższa, ale ceny nie powalają na kolana.
A ja zakochałam się w elektrycznej kuchence indukcyjnej. Super sprawa.
Jeszcze nigdy tak mało czasu nie spędzałam przy garach.
Druga moja miłość i to zupełnie  niespodziewana - zmywarka.
Trzecia miłość - całkowity brak  "mechacizny" na podłodze. Mamy w pokojach
i przedpokoju przedwojenne deski, w kuchni i łazience kafelki.
Przelot po podłodze odkurzaczem i mopem co drugi dzień i wszystko lśni.
I nowość dla mnie  -"obżeniono" mnie  ze smartfonem.Podobno to intuicyjnie
się  obsługuje. No nie wiem, moze w podróży zagubiłam intuicję, bo chwilami
 nie wiem co mam robić.
A teraz  pędzę poczytać Wasze blogi. I może uda mi się zgrać z aparatu zdjęcia.



                                         




wtorek, 17 października 2017

I wreszcie.......

....przestanę Was mordować tym swoim pakowaniem.
Już zupełnie nie mam  jak się poruszać po swoim pokoju, ciągle siadam jak
nie na nożu roboczym to na nożyczkach lub taśmie do oklejania pudeł.
Do tego wszystkiego ślubnemu zrobił się wylew w gałce ocznej, więc
dodatkowo muszę starego chłopa pilnować żeby nie pochylał głowy w dół
no i żeby nie podnosił więcej niż 2 kg. I jeszcze pilnować żeby mu 4  razy
na dobę zakraplać oko, bo sam nie potrafi .
Ale już widać światełko w tunelu i mam nadzieję, że wyjście nie jest
zakratowane.
Na poprawę nadwątlonego humoru dostałam zdjęcie dziś zainstalowanej
w nowym miejscu kuchni.







Kolorystycznie prawdziwsze jest drugie zdjęcie.

Niniejszym więc ogłaszam przerwę i słowo daję, że wrócę do blogowania, tyle
 tylko, że nie  wiem kiedy będę miała tam internet.
Mam nadzieję, że w ciągu miesiąca zdołam się zameldować, otworzyć konto
w banku i podpiąć do jakiegoś operatora załapując się na internet, telefon
stacjonarny i to coś co się maca palcem, i czego nie lubię, czyli smartfon.
Optymiści twierdzą, że to wszystko zajmie mi miesiąc, pesymiści zaś sądzą,
że z półtora miesiąca.
Nie mam pojęcia jak to będzie, poza tym mam na to zerowy wpływ.
No i mam  nadzieję, że mój stacjonarny kompik zniesie dzielnie podróż.
Trzymajcie  za mnie kciuki i proszę -nie wykreślajcie mnie ze swoich  blogów.
Do poczytania moi Kochani;)

sobota, 14 października 2017

Słucham i słucham i......

.......nie mogę jednego pojąć.
Otóż nie mogę pojąć w czym gorsi są od pracowników handlu pracownicy
elektrowni,  strażacy, lekarze, pracownicy wodociągów, elektrowni , gazowni,
kolejarze, kierowcy autobusów czy też  prowadzący tramwaje oraz piloci
i służby naziemne..
Nie mogę również znieść mazgajstwa opozycji - przecież to oni, w odpowiedzi
na nowe, genialne przepisy dotyczące handlu w niedzielę powinni  natychmiast
wziąć w obronę tych wszystkich pracowników, którzy  pracują również
w niedzielę.
Pomyślcie jak byłoby super - jeden dzień w tygodniu cała Polska wracałaby
zgodnie do okresu....no chyba średniowiecza.
Nie byłoby w całym kraju energii - zero internetu, zero TV, po zachodzie Słońca
królowałaby wszechwładnie ciemność. Nie oszukujmy się świeczkami nie da się
oświetlić ulic. W miastach mieszkańcy wieżowców wspinali by się po omacku
do swych mieszkań. by otworzywszy drzwi metodą macania wymacać najbliżej
stojącą świeczkę i zapałki.
Wyobrazcie sobie taką niedzielę: budzicie się rano i....w kranie nie ma żadnej
wody, ani ciepłej ani zimnej bo pracownicy elektrowni i elektrociepłowni oraz
"wodkaniarze", podobnie jak wy i handel mają dzień wolny od pracy.
Mycie w misce z zimną wodą, którą przezornie zgromadziliście jeszcze w sobotę.
A jeśli tej wody nie zgromadziliście to figa- ani się umyć ani polać tego co
pozostaje w misce klozetowej po wydalaniu.
Śniadanie - kawa lub herbata z termosu, jedzenie wyciągnięte z  rozmrożonej
lodówki.
W perspektywie macie  obiad w postaci kanapek popity wodą mineralną
lub coca colą. Kolacji już nie musicie jeść, tak będzie zdrowiej.
Kino - odpada, bileterzy, pracownicy kas i operator- mają wszak wolne.
Można za to iść do kościoła. Będzie nastrojowo, bo będą się palić świece.
A potem -no potem można pospacerować- nie wstępując po drodze do żadnej
lodziarni lub kawiarni - wszak nie ma prądu bo elektrownia nie pracuje, a
pracownicy tych placówek też mają wolne. Kioski ruchu, też nieczynne.
W mieście miło i przestronnie- nie hałasują tramwaje i autobusy, metro też nie
pracuje.
Kto ma jeszcze paliwo w baku pakuje się z  rodziną do samochodu i...na każdym
skrzyżowaniu armagedon- sygnalizacja świetlna nie działa.
W końcu dociera do  was, że wyjazd samochodem niczego nie zmieni - w całym
kraju, w  każdym aspekcie życia miasta lub wsi wszyscy mają wreszcie wolne
w niedzielę. Żadnych dyżurów w służbach miejskich.
Co pozostaje? Uważać by przypadkiem w niedzielę nie zachorować- lekarz
to też człowiek i w niedzielę nie pracuje.
Podoba  się Wam taki projekt?
Mnie  bardzo bo będzie wtedy wreszcie sprawiedliwie.
Miłej niedzieli Wszystkim życzę.

czwartek, 12 października 2017

Już za chwileczkę, już za momencik

Muszę się bardziej zmobilizować, bo ostatnio coś zbyt wolno mi idzie pakowanie.
Na dodatek okazało się, że jest  jeszcze kilka spraw do załatwienia w ZUSie i
NFZecie.
A wczoraj życie zmusiło mnie do odwiedzenia  okulistki. Oczywiście na koszt
własny, bo enefzetowska okulistka to mogłaby mi zajrzeć do oczu w styczniu.
Od kilku miesięcy puchną mi górne powieki- nie boli to, nie dokucza w sensie
fizycznym ale jakoś mało ładnie to wygląda.
Byłam u "rodzinnego", ale on tyle wie  na ten temat co i ja, więc zapisał mi jakieś
antybiotykowe kropelki. Pomogło niczym umarłemu kadzidło, powiedziałabym
nawet, że się pogorszyło.
Bo teraz to mi   oczy wciąż łzawią, co jest dość denerwujące.
Pani okulistka zajrzała mi głęboko w te oczy, wspólnie wykluczyłyśmy kilka
przyczyn, wśród nich i tło alergiczne, w końcu stwierdziła, że być może jest to
wynik którejś z chorób, na którą choruję ale jej nie wymieniłam.
Więc się przyznałam cichutko,że jestem posiadaczką Hashimoto - twarz pani
okulistki aż pojaśniała z radochy-  no właśnie, "to je ono!", jak mawiają bracia
Czesi. Bo przy Hashimoto cechą charakterystyczną jest tzw. "obrzęk śluzowaty,
ujawniający się w różnych miejscach.
I że powinnam z tym iść do endokrynolożki, bo pewnie mam znów zbyt  niską
dawkę hormonu.
I wiecie co? pani okulistka zaimponowała mi wiedzą nt. Hashimoto .
Wiedziała nawet to, że powinnam koniecznie brać selen, o czym moja pani endo
nie miała bladego pojęcia i na  moje pytanie  czy mam brać selen stwierdziła,
że pierwsze słyszy by selen coś w tym pomagał i żebym nie brała. No to
odstawiłam selen i jak widać nie był to dobry pomysł.
Porozmawiałam sobie przy okazji o swoim  wyjezdzie. Pani okulistka wyraziła
wysoki poziom entuzjazmu i stwierdziła, że w mojej sytuacji też by to zrobiła.
Przy okazji mi powiedziała, że przeglądając jeden z podręczników swej
wnuczki, która jest uczennicą trzeciej klasy szkoły podstawowej, omal nie zeszła
na zawał - odniosła wrażenie,że podręcznik redagował jakiś zakamuflowany
dżihadysta, bo wszystko sprowadza się w nim do rozbudzenia w dzieciach  super
nienawiści do wszystkich innych, czyli "obcych".
Niemcy- wrogowie bo napadli Polskę i zniszczyli, Rosjanie- wrogowie bo też
 napadli na Polskę a jeszcze wcześniej ją rozebrali.
Najwyższym szczęściem i dowodem patriotyzmu to zginąć młodo w obronie Polski.
No nic  dodać, nic ująć!
I jakby w uzupełnieniu tych "patriotycznych wytycznych", wpadł mi dziś w oko
pewien samochód, który na klapie bagażnika miał taki oto napis:
"Śmierć wrogom  Ojczyzny". Poniżej była powstańcza  kotwica.
Pomijam już drobny fakt, że kierowca popruwał ok. 90km/ godzinę,  jechał po
chamsku, ciągle komuś zajeżdżając drogę a wszystko to miało miejsce na
Ursynowie.
                                                     *****
Jak już wyżej wspomniałam  trochę się  jeszcze nazbierało spraw do załatwienia
i dziś, z duszą na ramieniu, pomaszerowaliśmy do ZUS, lękając się tłumu
klientów i tego, że sprawy nie da się  szybko wyjaśnić.
A sprawa jest nieco "skomplikowana", bo ostatni pracodawca mego męża przepadł
w niewiadomym kierunku i nie raczył przedtem wyrejestrować mego męża z ZUS.
Przez ostatnie półtora roku pracy męża w tej firmie facet nie płacił za niego składek,
a potem cichcem zamknął firmę na zawsze.
Podobno pojechał do WB tam kręcić swe dziwne interesy.
A dopóki mąż nie będzie wyrejestrowany z ZUS to NFZ nie wyda zgody na to by
był objęty państwową opieką lekarską poza Polską.
I tu pełne zaskoczenie- ludzi było tyle co kot napłakał, a pani urzędniczka , gdy
dowiedziała się, że wyjeżdżamy za kilka dni wyrejestrowała mego męża
 w trybie "z urzędu" i dała odpowiednie pismo do NFZ, które jutro tam dostarczę.
Niewiele brakowało bym uściskała  tę panią z radości, ale ograniczyłam się
tylko do wielkich, wielkich podziękowań i zachwytów nad sprawnością
działanie firmy zwanej ZUS.
Tym sposobem załatwiliśmy to wszystko w ciągu 25 minut.
                                                   *****
No to wracam do pakowania, które już mi nosem wychodzi.