drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 25 września 2016

To już było......

.....czyli deja vu.
Podobno każdemu, przynajmniej raz w życiu zdarza się zjawisko deja vu.
I dotyczy różnych sytuacji - nagle zostajemy zaskoczeni, tym, że :
wiemy co za moment nastąpi, chociaz nigdy tu nie byliśmy lub wcale nie  znamy
naszego rozmówcy.
Co ciekawe - znacznie częściej  deja vu przydarza się osobom młodym i wtedy
częściej dotyczy miejsca, w którym się znalezliśmy, a w którym tak naprawdę
jesteśmy pierwszy raz.
U osób dorosłych deja  vu to częściej nagłe uświadomienie sobie, że wiemy
co za chwilę powie nasz rozmówca , wiemy również co my na to odpowiemy,
bo ta scena staje nam nagle w wyobrazni.
Zjawisko deja vu to nic nowego, znane jest od starożytności.
Zajmował się nim już Platon, żyjący w latach 427 -347 przed naszą erą i tak
o tym napisał:
..."albośmy wiedzę o tych rzeczach przynieśli na świat i posiadamy ją wszyscy
przez całe życie, albo jest to przypominanie sobie tego, co niegdyś oglądała nasza
dusza, kiedy z bogiem wędrowała i nie patrzyła nawet na to, co my dziś
rzeczywistością nazywamy, kiedy wychylała głowę w sferę bytu istotnego".
Platon, podobnie jak Sokrates uważał, że dusza ludzka jest nieśmiertelna, a my
po śmierci powracamy do życia (byt istotny) w nowym ciele.
Poglądy te potępiał teolog chrześcijański Augustyn z Hippony, (żyjący w latach
354 - 430) twierdząc, że zjawisko deja vu wywołują "złe i kłamliwe duchy"
zakłócające nasze postrzeganie świata i wiodące nas do postradania zmysłów.
Z czasem zjawiskiem tym zaczęli się interesować lekarze.
Termin  "deja vu" ( co brzmi po polsku deża wi)  na określenie tego zjawiska
wprowadził F.L. Arnaud w 1896 r na spotkaniu Towarzystwa Medyczno-
Psychologicznego w Paryżu.
Kilka lat wcześniej  (1844r) zjawisko to usiłował wyjaśnić inny lekarz, Arthur
Ladbroke  Wigan, lansując koncepcję podwójnego mózgu, całkiem zabawną -
wg jego teorii gdy jeden z mózgów pracował, drugi spał, a deja vu następowało
wtedy gdy zamieniały się czynnością i wspomnienia z obu mózgów nakładały się
 na siebie.
Problemem zjawiska deja vu zajmowało się b. wielu lekarzy i dochodzili do
bardzo dziwnych wniosków - aż do połowy XX wieku  panowało przekonanie,
że zjawisko deja vu występuje u epileptyków lub osób cierpiących na psychozy.
Współcześni neurolodzy na całym świecie nadal badają to zjawisko i każdy
wysnuwa inne wnioski.
Być może, że najbliżsi prawdy są ci, co twierdzą, że deja vu to docieranie do
świadomości informacji, które nieświadomie rejestrujemy.
Podświadomość bowiem archiwizuje wszystkie informacje jakie zbiera i
przetwarza  nasz mózg a gdy okoliczność, w której się znalezliśmy jest podobna
do tej skatalogowanej w podświadomości, mózg nakłada je na siebie tworząc
wrażenie jej powtórnego przeżywania.
Parapsycholodzy i ezoterycy uważają natomiast,że wszystko już było, albo w tym
albo w poprzednim życiu, bo..... jakim cudem rozpoznajemy miejsce, w którym
jednak jesteśmy naprawdę po raz pierwszy?
Jest jeszcze  jedna teoria - wg niektórych naukowców deja vu może być
dowodem na istnienie  światów równoległych, czyli multiuniwersum.
To wcale nie jest nowa koncepcja, od wieków jest znana w filozofii Wschodu,
a na długo przed Eisteinem ezoterycy wiedzieli, że czas i przestrzeń nie istnieją,
co Einstein potwierdził swą teorią względności.
Napiszcie proszę, czy zdarzało się Wam, lub nadal zdarza zjawisko deja vu?
Bo mnie się zdarzało i jest to naprawdę niesamowite uczucie gdy wiesz,
co zaraz powie osoba  którą właśnie spotkałaś.
Równie  niesamowite jak to, że właśnie telefonuje do nas osoba, o której przed
momentem pomyśleliśmy.
A o światach równoległych- może napiszę, nie wiem tylko czy nie pomrzecie
z nudów w trakcie czytania.

sobota, 24 września 2016

Pozytywnie....

.... przebiegła wizyta w prywatnym szpitalu Medicover.
I choć to była wizyta płacona z puli NFZ, czuliśmy się  wreszcie miłymi
i pożądanymi gośćmi,  a nie balastem.
Lekarz bardzo się spodobał mojemu mężowi - bardzo dokładnie go zbadał,
wyjaśnił co podejrzewa, opowiedział  jak najprawdopodobniej przebiegnie
operacja, podał też jej ewentualne warianty.
Potem zajrzał w komputer i  stwierdził, że operacja odbędzie się 23 stycznia
2017 roku.
Do szpitala ma się mój mąż zgłosić dzień wcześniej, do godz.20,00.
Następnie zapisał jakie badania są potrzebne, oraz poprosił o dostarczenie
opinii od kardiologa oraz pulmonologa , a wszystko to ma mój mąż dostarczyć
w grudniu  na umówioną wizytę u anestezjologa.
Niezależnie od tego, czy jest się pacjentem prywatnym czy też z NFZ pokoje
są jedno i dwuosobowe.
Różnica polega na tym, że pacjent NFZ ma ze sobą wziąć oprócz bielizny
nocnej również szlafrok i ręcznik. Pacjenci prywatni szlafrok i ręcznik dostają
"z urzędu".
Go gabinetu lekarskiego mąż wszedł aż  całe 4 minuty po wyznaczonej godzinie
11,40, bo jak powiedział p. doktor, wynikło małe opóznienie, za które męża
przeprosił.

A teraz dość chyba ważna informacja:
niemal wszystkie prywatne placówki medyczne mają podpisane kontrakty na
 świadczenie usług medycznych dla NFZ.
Bo rzeczywistość wygląda tak, że gdyby nie te kontrakty z NFZ, prywatne
placówki u nas nie miałyby płynności finansowej.
I jeżeli w waszym mieście jest  tzw. niepubliczna placówka medyczna,
przychodnia lub też szpital, warto w nich skorzystać z wizyt lekarskich lub
zabiegów.
Lekarza pierwszego kontaktu i kilku specjalistów mam właśnie  w takiej
placówce już od kilku lat i jestem  zadowolona.
Do placówek prowadzonych przez NFZ idę tylko wtedy, gdy nie ma lekarza
potrzebnej mi specjalności  w "mojej" placówce.
Wszystkie te niepubliczne placówki są bardzo dobrze  zorganizowane,
zatrudniają naprawdę dobrych lekarzy, mają dobry, nowy sprzęt, jest czysto
i sympatycznie.
A pacjent nie jest traktowany  jak niepotrzebny balast.
Odetchnęłam  , a poza tym nawet gdyby mój mąż był pacjentem "prywatnym"
operacja odbyłaby się niewiele wcześniej. A że się jeszcze będzie musiał jakiś
czas oszczędzać to drobiazg, wytrzyma.

środa, 21 września 2016

Prywaty ciąg dalszy.....

Byłam wczoraj u swojej pani endokrynolog, by obejrzała wynik USG.
Pokonanie odległości 6 km dzielących mnie od przyszpitalnej przychodni
zajęło mi blisko godzinę, w tym czekanie na komunikację  -  raptem 7 minut.
Nic to, jak mawiała pewna Basia, dotarłam w okolice gabinetu, gdzie było
mikro i przykro. Mikro było zwłaszcza powietrza, bo w  Polsce wentylacja
pomieszczeń to rzecz nieznana. Miejsc do złożenia odwłoka też było mikro,
bo ktoś nie przewidział, że do lekarzy będą kolejki ludzi niezbyt zdrowych
a na dodatek niezbyt młodych.
Dopytałam się tylko czy aby pani endo jest i przyjmuje, ustaliłam z grubsza
kto przede mną jest zapisany i zaczęłam podpierać ścianę.
Pacjent, który właśnie opuścił gabinet lekarski, oznajmił, że następnego
pacjenta pani "doktor"  sama poprosi.
Pacjentki , bo głównie kobiety chorują na różne zaburzenia endokrynologiczne,
wpierw spojrzały po sobie,  szukając na twarzach innych wyrazu zdegustowania,
a potem każda zerknęła na zegarek. W korytarzu, który tu "robi za poczekalnię"
atmosfera zaczęła gęstnieć. Po dwudziestu minutach panie zaczęły snuć domysły
jak długo jeszcze wszyscy będziemy czekać i co jest przyczyną, że lekarka nie
przyjmuje. W tzw. międzyczasie dotarły pacjentki, które miały być przyjęte
pomiędzy pacjentami z tzw. "regularnego" zapisu.
Wreszcie drzwi gabinetu uchyliły się i p. doktor z telefonikiem przy uchu
zaprosiła kolejną pacjentkę.Przy okazji obrzuciła spojrzeniem tłumek pod
drzwiami. Pacjentka nie  zajęła pani doktor zbyt wiele czasu i opuszczając już
gabinet poinformowała, że pani doktor otrzymała b. pilny telefon i że musi
porozmawiać. Znów minęło około 10 minut, gdy wreszcie zaczęła przyjmować
kolejne pacjentki.
Gdy nadeszła moja kolej, wprawiłam panią doktor w nieliche zdumienie,
zadając jej pytania, na które ja nie znam odpowiedzi. Podobno jeszcze żadna
pacjentka nie zadała jej takiego pytania.
A pytania moje być może były głupie,ale dla mnie dość istotne.
I wreszcie  dowiedziałam się, że  przytarczyczki nie mogą  zostać uszkodzone
przez przeciwciała niszczące tarczycę. Oczywiście gdy już łaskawie całkiem ją
zniszczą, nie znajdując swego żywiciela przestaną się namnażać i z czasem
po prostu zanikną. Trwa to długo, czasem wiele lat, ale one nie wywołują  w
organizmie żadnych szkód.
Oczywiście  zdarza się, że przytarczyczki mogą ulec uszkodzeniu, ale głównie
podczas operacji usuwania tarczycy, bo znajdują się bardzo blisko płatów
tarczycy,a tam jest baaardzo ciasno. Coś o tym wiem z autopsji, bo mnie
w trakcie  operacji usuwania lewego płata tarczycy usunęli dwie znajdujące się
po tej stronie przytarczyczki i przecięli nerw lewej struny głosowej.
Co do moich resztek tarczycy to są jeszcze na tyle duże, że wciąż jeszcze mają 
guzki i są nadal w stanie  zapalnym i marzeniem pani endo jest by jak
najprędzej ta tarczyca mi zanikła.
Pocieszającym objawem jest fakt, że węzły chłonne są niepowiększone i nie jest
wzmożone  unaczynienie krwionośne tej okolicy.
Nie mniej  dostałam skierowanie na badanie poziomu kalcytoniny i oby był
bardzo niski.
A w najbliższy piątek dalszy ciąg medycznego maratonu, z mężem w roli głównej.


sobota, 17 września 2016

Trochę prywaty

W czwartek miałam robione USG tarczycy. Oczywiście były "cyrki" z zapisem  na
owo badanie, królowały terminy na przyszły rok, no ale jakimś  cudem zapisując
się w marcu, załapałam się na ten wrześniowy czwartek.
Pojechałam pełna złych przeczuć, pewna, że będzie tłum pod drzwiami, z trudem
wgramoliłam się na V piętro (jedna winda i tłum chętnych) i gdy pół żywa
dotarłam pod gabinet - oniemiałam. Puściutko, ani pół pacjenta, krzesełka puste.
Poczułam się nieswojo- w pierwszej chwili pomyślałam, że może pomyliłam piętra.
Nieśmiało uchyliłam piekielnie ciężkie drzwi gabinetu - w gabinecie p.  lekarka
przeglądała jakieś  papierki i zaraz mnie przyjęła. I czegoś tu nie rozumiem - skoro
są takie  kłopoty z zapisem to dlaczego było tak pusto? Przecież w takiej sytuacji
na wejście do gabinetu powinno oczekiwać  choć z 5 osób.
Badanie wykazało, że  moje przeciwciała tarczycowe  bardzo pracowicie niszczą
moją tarczycę, jeszcze trochę i zupełnie jej nie będzie.
Normalny płat  zdrowej tarczycy jest długości 50 -60 mm, szerokości 20 -25 mm
oraz grubości 15 -20 mm,
a moje płaty- lewy: dł.=1mm, szer.0,8=mm, gr.=1,8mm
                  prawy:       2,2mm       2,0mm           4,5 mm
Ciekawa jestem kiedy mi całkiem  zaniknie.
Niestety przeciwciała tarczycowe wcale wtedy nie zanikają, ciekawa jestem co
wtedy niszczą. Niestety encyklopedia medyczna nic na ten temat nie podaje.
Muszę się we wtorek zapytać o to p. endokrynolożkę.
                                                               
                                                                *****
Chyba powinnam  napisać pismo dziękczynne do p.minister szkolnictwa - dzięki
jej ? (ten znak zapytania to nie literówka) planom przeróbki  polskiej edukacji
pomału znika moja tęsknota za córką i jej dziećmi - zamiast tęsknić zaczynam się
ogromnie cieszyć, że ich tu nie ma. Być może, że  zwariowałam, wszystko
przecież jest możliwe.
Za tydzień będę wiedziała  czy operacja mego męża będzie na koszt NFZ czy też
na nasz własny.
Podobno pogoda ma się  zmienić - oczywiście na gorszą.
Szkoda - ostatnie dni były naprawdę bardzo ładne.
Miłego weekendu wszystkim życzę;)


środa, 14 września 2016

Mix

Nie ukrywam - jestem  nałogowcem. Nałogowo czytam, nie tylko książki,
czasopisma także. Regularnie dwa tygodniki - "Polityka" i "Newsweek".
Czytam i jednocześnie dołuję się oraz podbudowuję. Brzmi to dziwnie, ale tak
właśnie jest. W poniedziałki pedzę do kiosku po Newsweek, w środę po
Politykę.
Dołuję się, bo tym co nam zafundowała część społeczeństwa  trudno się nie
dołować, a podbudowuje mnie to, że nie ja jedna  jestem zdołowana i opinię na
ten temat , podobną do mojej lub wręcz taką samą, mają osoby znacznie
mądrzejsze niż ja.
Ale właściwie dziś chcę Was nieco ponudzić.
Otóż aktualny Newsweek przypomniał, że w tym roku mija 500 lat od śmierci
Hieronima Boscha.
Nie napiszę tu tego, co o jego twórczości napisał Newsweek, napiszę tylko to co
wiem i co ja myślę o jego twórczości.
Bo co napisał Newsweek, możecie sami poczytać. 
Jeśli idzie o życie tego malarza, to tak naprawdę nie wiadomo kiedy dokładnie się
urodził i z tego powodu obchodzimy rocznicę jego śmierci.
Wiadomo natomiast, że urodził się około 1460 roku w małym miasteczku
Hertogenbosch, leżącym około 80 km na południe od Amsterdamu, nad rzeką
Dommel. Najprawdopodobniej  nigdy tego miasteczka nie opuścił.
Pozostawił po sobie około czterdziestu obrazów, które są rozproszone po różnych
zbiorach, najwięcej chyba jest ich w Madrycie i Lizbonie.
Wydaje mi się, że malarstwo Boscha jest dość trudne w odbiorze dla kogoś, kto
nie za bardzo interesuje się sztuką.
Nie jest łatwo nawet zaklasyfikować je do którejś z przyjętych kategorii malarstwa.
Niewątpliwie malarstwo Boscha jest powiązane z symboliką póznego średniowiecza.
Sowa, która jest obecna w  wielu jego obrazach jest symbolem ludzkiego
zaślepienia - wszak sowa nie widzi w dzień, jest ptakiem nocy, diabła  i grzechu.
Dziurawy gliniany dzban wiszący na sęku drzewa to też symbol szatana, podobnie
jak nietoperz, kot, ropucha, ale są one przedstawione w postaci hybrydowej,łączone
z innymi, dziwnymi kształtami.
Dla mnie jego obrazy to świat koszmarnych  snów, halucynacji wywołanych gorączką.
Bo grzybków halucynogennych chyba nie używał.
Analizatorzy jego malarstwa dopatrzyli się  w jego dziełach wpływu pism
Ruysbroecka, belgijskiego kanonika, autora wielu pism mistycznych.
Odnajdują tu również  świat ludowych przysłów flamandzkich,magii i alchemii.
Zwiedzając w Wenecji  Pałac Dożów miałam okazję zobaczyć dwa obrazy - "Wejście
do Empireum" i "Potępieńcy". I tak jakoś mnie to malarstwo zainteresowało, że zaraz
po powrocie do  kraju, zakupiłam album z jego malarstwem.
Niestety była dostępna tylko niemiecka wersja, więc więcej się naoglądałam niż
naczytałam.
Jeżeli uda się Wam gdzieś obejrzec te obrazy Boscha, zwróćcie uwagę na bardzo
dziwne kadrowanie - tu wszystkie namalowane postacie unoszą się w jakiś sposób
nad ziemią, są mocno odrealnione- dotyczy to nie tylko ludzi ale i wszystkich
 dziwnych stworów i hybryd. I cały czas mamy wrażenie, że wszystko oglądamy
lecąc nad tą dziwną ziemią, zaludnioną dziwnymi, surrealnymi stworami.
Obrazy Boscha zbierał hiszpański król Filip II.  Jeden z hiszpańskich mnichów,
Józef de Siguenza, po obejrzeniu ich na początku XVII wieku, bardzo nowocześnie
odczytał sztukę Boscha, mówiąc, że "Bosch ośmielił się namalować ludzi takimi,
jakimi są wewnątrz swej duszy".
Bosch nie miał uczniów, nie mniej jego obrazy były wiele razy powielane przez
nieznanych kopistów oraz naśladowane.
Bosch uważany jest współcześnie za prekursora surrealizmu, tyle tylko, że jego
malarstwo było odzwierciedleniem duszy człowieka, jej mrocznej strony i bardzo
skomplikowanej natury.
I wolę jego obrazy niż surrealistyczne popisy malarskie współczesnych surrealistów.
Jeśli się mocno wynudziliście- przepraszam.
Mam cichutką nadzieję, że  nie ja jedna jestem wciąż pod wrażeniem Boscha.


sobota, 10 września 2016

Tak oto wygląda ......

........jedna z najładniejszych i największych ciem, która żyje na afrykańskim
drzewie życia noszącym nazwę marula.




Obejrzałam dziś na Animal Planet kawałek filmu o afrykańskich drzewach
życia. Jednym  z nich jest  marula, z którego owoców korzysta wiele zwierząt-
od  małych gryzoni  do  słoni włącznie. I na tym drzewie bytują samice
najpiękniejszych ciem - czyli  Pawice Księżycowe.
Wiosną drzewo  marula wpierw zaczyna kwitnąć - nie są to jakieś oszałamiające
kwiaty. Są nieduże, nie wabią jakimś ponętnym miodowym aromatem.
Gdy zaczynają na drzewie pojawiać się liście, ożywają przyczepione do pnia
drzewa  kokony.
To całkiem zabawnie wygląda, bo nagle kokon dostaje drgawek i po pewnym
czasie zaczyna się z niego wysuwać "coś", co  rośnie niemal na naszych oczach.
Po chwili już można się zorientować, że to właśnie jakaś gąsienica, która latem
usadowiła się na pniu moruli i otoczyła kokonem, właśnie się przepoczwarzyła
w bardzo pięknego, całkiem sporego motyla, którego rozpiętość skrzydełek wynosi
od 190 do 222 milimetrów.
Kolor tego zdjęcia nie oddaje urody owego owada, filmowa ćma była bardziej
seledynowa.
Wzór na jej skrzydełkach odstrasza potencjalnych napastników.
Wydłużone końcówki skrzydełek wraz tymi  okrągłymi wzorami przypominają
głowę sowy.
Dość długo trwa nim całkiem "pulchna" ćma wyschnie i napompuje swe skrzydełka.
Z chwilą gdy już wyschnie, samiczka jest gotowa do spełnienia swej życiowej roli.
Zaczyna wydzielać feromony, które zwabiają do niej samców.
Dość osobliwie wygląda życie tych owadów - samiec po zapłodnieniu samicy
kończy swe krótkie życie. Samica żyje około 10 dni, podczas których składa
miliony jajeczek w wybranych przez siebie miejscach, na spodniej  stronie liści.
 Przez cały ten czas pani ćma nic nie je, odżywia się zapasami zgromadzonymi
w swym organizmie  w okresie, gdy była gąsienicą. Gdy jajeczka są już złożone,
a zapasy pokarmowe się skończą- ginie.
Ale zadanie zachowania  gatunku zostało wykonane.
I tak jakoś mi przyszło do głowy, że chyba o takiej biologii oraz roli kobiet marzą
posłowie polskiej prawicy.
Ciekawe tylko, czy marzy im się również życie samców tej ćmy.





czwartek, 8 września 2016

Kilka słów o.......

....miedzi.
Nasi przodkowie, ci bardzo dawni i ci, którzy odeszli stosunkowo niedawno, żyli
w zgodzie naturą. Bacznie obserwowali otaczającą ich przyrodę i wyciągali różne
wnioski.
Czy widział ktoś z  Was wyposażenie kuchni  sprzed wielu, wielu  lat?
W bogatszych domach w kuchni królowały miedziane patelnie i rondle, miedziane
dzbanki, duże miedziane chochle, a w tych najbogatszych domach blaty były
pokryte miedzią.
Według  wierzeń ludowych miedz była "dobra na wszystko" - miedziane płytki
rozwieszone w oborze chroniły mleczność krów oraz jakość mleka.
Ale przyszedł czas, że "ludzie zmądrzeli"  i wprowadzili do użytku różne nowe
"wynalazki"- np. garnki aluminiowe. Niewątpliwie wymagały mniejszego nakładu
pracy przy utrzymaniu czystości, były o niebo lżejsze no i tańsze.
Ale nie każda dobra zmiana jest naprawdę dobra.
Miedz pomału odchodziła w zapomnienie jako metal "użytkowy", stała się
natomiast materiałem do wyrobu ozdób - dla ubogich.
Żadna szanująca się kobieta w mieście nie nosiła oczywiście biżuterii zrobionej
z miedzi lub tombaku, czyli stopu  zawierającego 80% miedzi i 20% cynku.
Ozdoby  miedziane były dla "pospólstwa", ludziom  o wyższym statusie
społecznym i materialnym wypadało nosić ozdoby ze srebra, złota lub platyny.

Pierwszy raz o ochronnych właściwościach miedzi dowiedziałam się od pewnej
starej Cyganki, gdy w czasie wagarów włóczyłam się po Łazienkach Królewskich.
Nie da się ukryć, dość często nawiewałam ze szkoły, która miała "paskudną
lokalizację", bardzo blisko  Łazienek. W budynku, w którym było moje liceum,
przed II wojną światową też była szkoła i do niej uczęszczał mój ojciec - i też
więcej czasu spędzał w Łazienkach niż w szkole. Ale genu wagarów jeszcze nie
odkryto;)
Cyganka koniecznie chciała mi powróżyć a ja chciałam się dowiedzieć jak można
żyć stale przemieszczając się z miejsca na miejsce, jak można żyć bez łazienki,
toalety, ciepłej wody i praktycznie bez domu, jak można w takich warunkach
wychowywać dzieci?
Chyba  byłam pierwszą osobą, która wypytywała ją o takie  sprawy.
I wtedy  powiedziała mi, że wszystkie Cyganki noszą miedzianą biżuterię - to
naszyjniki z małych miedzianych krążków. I że te właśnie krążki chronią ich
zdrowie.
I oczywiście nie uwierzyłam, powszechnie było wiadome, że Cyganki "cyganią",
czyli mówią nieprawdę.
Ale wtedy kupiłam od niej jej  miedzianą bransoletkę, wykonaną z prostego,
2 mm paska blaszki miedzianej,  uniwersalną w rozmiarze, tzw. otwartą.
A ponieważ brudziła koszmarnie, wylądowała z czasem... w koszu.
W wiele lat pózniej, firma Neutrogena wypuściła na rynek   krem z miedzią.
Wtedy przewertowałam kilka artykułów na temat "miedz a zdrowie człowieka".
Na podstawie różnych badań udowodniono, że miedz ma silne właściwości
bakteriobójcze. W ciągu piętnastu minut na powierzchni pokrytej miedzią ginęły
drobnoustroje chorobotwórcze, w tym również gronkowiec złocisty.
Kilka szpitali amerykańskich i angielskich podjęło wówczas badania nad
wykorzystaniem tego faktu do pozbycia się groznych  zakażeń
wewnątrzszpitalnych, które są zmorą szpitali.
W jednej z przychodni przyszpitalnych pewne elementy krzeseł pokryto miedzią
i uzyskano 70% redukcję szkodliwych mikroorganizmów.
 Prowadzone  badania wykazały też, że miedz stymuluje pracę serca oraz
powoduje zmniejszenie dolegliwości  bólowych w stanach zapalnych stawów,
w tym zmniejsza lub całkowicie eliminuje bóle kręgosłupa.
Ale nie spodziewajcie się, że którykolwiek lekarz doradzi Wam żebyście
zakupili w charakterze leku bransoletkę i pierścionek z miedzi oraz stosowali
go zamiast NLP (niesterydowego leku przeciwzapalnego) czyli  olfenu,
ibuprofenu i innych, rujnujących wątrobę i nerki, ale przynoszących
farmaceutycznym koncernom kokosowe zyski.
                                       A mój pierścionek miedziany tak oto się prezentuje