.........ale przeżyłam.
Mam na myśli "Noc Sylwestrową". W tym roku okoliczne patafiaństwo postanowiło wyżywać się na ulicy przy której mieszkam. Co gorliwsi i bardziej spragnieni huku i smrodu zaczęli przed zapadnięciem zmroku, no ale widocznie efekt był zbyt nikły i nie było żadnego "odzewu", więc naiwnie pomyślałam, że może miasto wyznaczyło jakiś teren na owe szaleństwa.
Oczywiście takie myślenie to z mojej strony czysta naiwność i głupota. Jakoś nie pomyślałam, że przecież najfajniej jest stanąć w bramie budynku w którym się mieszka i stamtąd wypuszczać huczące fajerwerki. Drugim takim miejscem jest balkon ewentualnie nawet własne okno.
Ogólnie rzecz ujmując miałam wrażenie , że jestem na najprawdziwszej wojnie i trwa wielogodzinny ostrzał z karabinów maszynowych typu RKM. Cała ulica była spowita dość gęstym, wolno rozchodzącym się dymem, niektóre fajerwerki wzlatywały wysoko ponad pięciopiętrowe kamienice ulicy. Te pięciopiętrowe przedwojenne kamienice są znacznie wyższe niż obecne pięciopiętrowe budynki, bo kiedyś piętra miały wysokość 4 metrów. Około 5 rano odpalili "coś" - piszę coś bo nie mam pojęcia co to było - a efekt był zbliżony do wybuchu bomby - ogromny głuchy huk i będąc na trzecim piętrze starego, solidnie zbudowanego przedwojennego budynku odczułam jak on zadrżał.
To było odpalenie czegoś na pożegnanie i na mojej ulicy uspokoiło się. Dochodziły jeszcze odgłosy ze sąsiednich ulic. Nie wiem co to było, że aż się duży budynek zatrząsł, ale gdy dziś wyszłam z domu około godziny 11,00 ulice były już czyste. Tylko pogoda była kiepska, bo śnieg z deszczem padał.
I tak wygląda dziś u mnie - trochę mi się aparat w ręce przekrzywił, pewnie od widoku tego zacinającego skośnie opadu.
No to......... SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU - Wszystkim życzę!
