drewniana rzezba

drewniana rzezba

wtorek, 10 lipca 2018

Wspominkowo

Był rok 1973, lipiec. I w tymże czasie otrzymaliśmy klucze do swego własnego
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z  kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra  szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od  urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było  w odrębnym pomieszczeniu..
 Pokoje  na osiedlu były wykończone  dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
 ścianach całkiem ładne "jugolskie"  tapety i płytki PCV na podłodze, inne  miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo  starannie wysprzątane, okna  lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył  wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze  złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed  drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu  przenieść  kuchenką
gazową  i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam  faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie  własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić,  nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez  ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie  bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota  "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.




                                   Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach


i muchomory z trawnika, gdzie przedtem hulały "burze  piaskowe"



9 komentarzy:

  1. Moje wspomnienia są podobne i w dodatku nasze mieszkanie przydzielono nam dzięki temu, że ktoś zrezygnował, a ja trzymałam rękę na pulsie.
    te przerwy miedzy szafkami itp. to podobno specjalnie takie robili, bo zaraz po wręczeniu kluczy chodzili po osiedlu fachowcy i dorabiali poprawkami :-(
    Czekając długo na swoje M byliśmy oczywiście wniebowzięci, dopiero po czasie wychodziły różne usterki, nie mówiąc o tym, że pracując , ledwo mieliśmy kasę na życie i czynsz, resztę musieli pomóc rodzice...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te mieszkania były tak niestety głupawo zaprojektowane - w sklepach z meblami kuchennymi były szafki stojące, kuchenne, właśnie "trzydziestki". Ponieważ jeszcze przed otrzymaniem mieszkania chodziliśmy po sklepach meblowych oglądając co można kupić, to strasznie się dziwiłam tym wąskim szafkom- dopiero widok tej kuchni uświadomił mi, że wnętrza były projektowane pod meble. Nam to nikt niestety nie pomagał, to raczej my musieliśmy pomagać. A meble do tzw. "dużego pokoju" kupiliśmy kilka miesięcy przed otrzymaniem kluczy- wpierw za drobną opłatą "leżakowały w sklepie, potem u mojej babci.Nam najbardziej to pomógł zakład pracy mego męża, bo dostaliśmy pożyczkę mieszkaniową, która była nieoprocentowana.

      Usuń
  2. Skąd ja to znam? ;) Może w odróżnieniu od Ciebie pamiętam nowe mieszkanie w blokowisku za czasów Gomułki (1958). Było przestronne, kuchnia duża i z oknem (okna nie było w łazience). Jedynym jego mankamentem było niedogrzanie w zimie. Za to „moje” (1979) remontowaliśmy trzy lata.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te warszawskie 2 pokojowe były z tzw."ciemną kuchnią", czyli kuchnia miała okno na pokój.Całe wielkie osiedla, np, śródmiejskie "Za Żelazną Bramą" miały taki wynalazek. To na Stegnach wyremontowaliśmy generalnie, łącznie z wymianą elektryki (bo wszystkie przewody były ...aluminiowe) dopiero w 2014 roku.Ale się działo wtedy przez 7 tygodni. Niezapomniana historia;)

      Usuń
  3. Chyba kazdy z nas ma podobne wspomnienia mieszkaniowe, moje jednak dotycza mieszkania rodzicow, bo swojego doczekalam sie, kiedy maz byl juz w Niemczech i przecieral szlaki. A ze w miedzyczasie urodzilo nam sie drugie dziecko, wykorzystalam odmowe na zmiane M. Kiedy juz bylismy w Niemczech oboje, dostalismy powiadomienie o kolejnym mieszkaniu. Znow wiec odmowilismy, ale szkoda bylo tej premii, bo w miedzyczasie byla ta denominacja i oszczednosci na ksiazeczce mieszkaniowej drastycznie zmalaly. Scedowalam je na rodzicow i za to wykupili swoje mieszkanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czekaliśmy spokojnie 9 lat, dziecka na szczęście nie mieliśmy, bo z powodów zdrowotnych miałam "szlaban" na tę rozrywkę, więc jakoś ten czas przemieszkaliśmy w wynajętych pokojach.

      Usuń
  4. Ja tam tęsknię za Warszawą nawet po tygodniu. :) Ale może jakbym miał kiedyś możliwość wyjazdu poza nią na rok czy dłużej, wtedy by mi to przeszło.

    Mi się wydaje, że przeżywał raczej obniżkę poselskiej pensji lub podobne egzystencjalne problemy.

    Rymanów kojarzy mi się dobrze szczególnie przez tamtejszą knajpkę ,,Piccolo" i księgarnie. :)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, tak kiedys bylo w Polsce i z mieszkaniami.
    Pamietam radosc gdy wreszcie otrzymalismy swoje wlasne a w dodatku wydawalo mi sie zupelnie "pojemne", cale 48 m kw.
    Gdy zdarzylo mi sie odwiedzic Polske i to mieszkanie to nie moglam oczom uwierzyc - niskie, male, ciasne. Dla porownania - moj garaz ma taka powierzchnie.
    Prawda jest ze czlowiek bardzo latwo przyzwyczaja sie do lepszego.
    Coz - taki wtedy byl system i nie mielismy na to wplywu.
    Mocno pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jakoś tak jest, że najbardziej pamięta się to pierwsze mieszkanie, gdzie weszło się jako do swojej pierwszej własności. Teraz na te wspomnienia nałożyły się u mnie wspomnienia pierwszego wejścia do mojego nowego mieszkania w Warszawie i tuż za tym nowego w BHV. Mam ochotę urządzić się tutaj chociaż częściowo tak dobrze, jak już mam w Warszawie, bo tu będę spędzać zdecydowanie więcej czasu z uwagi na pracę. Na razie każdy pobyt w Warszawie traktuję poniekąd jak urlop. No może zacznę tak traktować, jak wreszcie kicia dojdzie do siebie, ale z tej strony już widać horyzont. :)

    OdpowiedzUsuń