Zostałam dziś doprowadzona do lekarki, bo wczoraj najzwyczajniej w świecie padłam tak dokładnie, że wpierw doglądał mnie mój kochany zięć, a potem córka. Nie mam nawet bladego pojęcia czemu nagle dostałam tak koszmarnych zawrotów głowy, że nie byłam w stanie przejść dwóch kroków, które dzieliły mnie od kanapy. Siedziałam na krześle z zamkniętymi oczami i trzymałam się stolika komputerowego, oczy miałam zamknięte, bo każde ich otwarcie powodowało szalony dyskomfort i mdłości.No ale może nic dziwnego bo jest najzwyczajniej w świecie upał i podobno wiele osób w moim wieku padło martwym trupem na ulicy. W tej chwili jest 28 stopni a godzina już 21,30.
Dostałam recepty na leki, które biorę notorycznie, pobrano mi krew i zrobiono EKG - oczywiście wynik będzie za kilka dni, opisany przez kardiologa. Poza tym dostałam skierowanie na Rtg tego odcinka kręgosłupa, który mnie ewidentnie boli. No i mam "zakaz opuszczania koszar" gdy temperatura przekracza 25 stopni. I dostałam nakaz wypijania 1,5 litra wody i to nie bardzo zimnej ale takiej o temperaturze pokojowej albo wręcz ciepłej, ale z dodatkiem szczypty prawdziwej soli morskiej. Bo taka ciepła woda znacznie lepiej i szybciej nawadnia cały organizm . Bo, jak prześledzili dietetycy, to woda dopiero wtedy jest przesyłana z żołądka dalej gdy osiągnie temperaturę wnętrza ciała. No i ma to być sól morska a nie sól jodowana. Wypróbowałam - tej szczypty soli morskiej w szklance wody wcale się nie czuje. Gdy byłam kiedyś we Włoszech nie mogłam się nadziwić, że w upał podano na stół gorącą herbatę i wszyscy ją pili gdy była jeszcze ciepła. Ja poczekałam aż będzie letnia i dopiero później ktoś mi wytłumaczył, dlaczego należy pić herbatę o temperaturze ponad 36 stopni C.
Muszę to napisać - jeśli ktoś z Was narzeka na ZUS to muszę Wam powiedzieć, że wyczyny ZUSu to mały Pikuś przy tym co tu wyczynia AOK. Otóż owa wspaniała Kasa Chorych rozsyłała do swoich podopiecznych druczki do wypełnienia, by sprawdzić czy dana osoba jeszcze przebywa w tym niemieckim raju. Ja takiego druczka nie dostałam, więc nie wypełniłam i wyleciałam z systemu opieki medycznej AOK. Dość szybko się o tym dowiedziałam, że wyleciałam z systemu, bo zamarzyło mi się wybrać do okulisty i... odbiłam się od ściany. Zameldowałam się po raz drugi w biurze meldunkowym a polski NFZ przesłał do niemieckiego AOK elektronicznie druczek informujący,że ja nadal mieszkam w Berlinie i było to 23 maja. I.....AOK to olała. Napisałam z pomocą córki pismo do AOK, że ja nadal mieszkam w Berlinie i dodałyśmy info,że zgłosimy sprawę do sądu, że przez ich indolencję zostałam pozbawiona opieki medycznej. No i AOK przejrzała na oczy, wystawiła mi dokument, że nadal jestem pod ich opieką medyczną i że nową legitymację medyczną otrzymam pocztą. I dziś zamiast wkładać u lekarki kartę w czytnik, dałam im list -zaświadczenie,że nadal mam opiekę medyczną. I tak coraz więcej mitów o tym jaki to raj ten niemiecki kraj - zwyczajnie upada. Terminy wizyt do przeróżnych specjalistów coraz odleglejsze, załapać się na rehabilitację równie trudno jak w Warszawie. I wszędzie słychać, że brak jest rąk do pracy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz