drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 15 kwietnia 2019

Moje nowe odkrycie....

......czyli George Ezra, rocznik 1993, 185 cm wzrostu,
 pierwszy mini album wydany w roku 2013, na portalu VEVO
Jest wokalistą i autorem tekstów.



Przy tym Paradise całkiem dobrze nam się wczoraj tańczyło




 Młodzieniec ma również, oprócz dwojga  imion,  nazwisko - Barnett,
ale na scenie posługuje się tylko  dwoma imionami.

sobota, 13 kwietnia 2019

Trzynastego......


......wszystko zdarzyć się może.

I wiele, bardzo wiele lat temu  zdarzyło się - zmarznięty  bocian pomylił
drogę i wrzucił mnie do Warszawy.
Do dziś nie wiem dlaczego nie na Sechele, od biedy mógł na Capri.
Od wnuczków dostałam taką oto kartę urodzinową
 oraz coś o co będę musiała dbać:

a od ich rodziców 2 bilety wstępu na imprezę lipcową "Noc w Ogrodzie
Botanicznym".
Poza tym zabroniono mi cokolwiek szykować, bo to oni nas zaprosili
do siebie na urodzinowy tort (bezglutenowy), z wnukami tańczyłam
"makarenę" i kilka innych  "zakręconych" kawałków, a potem graliśmy
w planszową grę "podróże po Europie".
Obie z córką ograłyśmy męską część graczy. Górą baby.
Miłej niedzieli Wszystkim;))


czwartek, 11 kwietnia 2019

Naszło mnie....

....zapewne z powodu strajku nauczycieli.
Zresztą nie tylko mnie "naszło", mego męża również. Zaczęliśmy
wspominać jak to bywało w naszych szkołach, bo oboje jesteśmy
produktem szkolnictwa PRL-u.
Nie każdy wie, ale nawet wtedy były różne  szkoły podstawowe,
nawet szkoły prywatne.
Do takiej prywatnej szkoły zaczął chodzić mój mąż (jest ode mnie
2 lata starszy). Była to szkoła, w której językiem wykładowym
był język francuski. Nawet sobie nie wyobrażacie jak tam było
cicho na przerwach, bo na przerwach także należało używać tego
języka. A zapisano go do tej szkoły dlatego, że szkoły państwowe
nie przyjmowały do szkoły sześciolatków.
Ale  po ukończeniu I klasy w tej "francuskiej szkole" bez problemu
został przyjęty do szkoły państwowej.Chodziliśmy do różnych szkół.
Ja też poszłam do szkoły mając lat sześć, ale mnie matka zapisała
do szkoły należącej do Towarzystwa Przyjaciół Dzieci (TPD), która
była szkołą na wskroś  świecką, czyli nie uczono w niej religii.
Ale nikomu to nie przeszkadzało i dzieci chodziły na religię  do
swych parafii. Nikt nie zabraniał.
Budynek w którym mieściła się moja szkoła "przygarnął" aż trzy
szkoły: szkołę TPD i dwie szkoły państwowe.
Przed wojną mieściła się  w tym budynku tylko jedna szkoła, więc
była jedna sala gimnastyczna i po jednej pracowni fizycznej,
chemicznej i biologicznej.
Sali gimnastycznej nie  widziałam  aż do piątej klasy włącznie.
Tych pracowni również nie. Dzieci uczyły się na trzy zmiany, WF
był na szkolnym korytarzu, obowiązywała na nim grobowa cisza,
bo w klasach  w tym czasie toczyły się lekcje.
Boiska szkolnego nie było, czasami w ramach WF graliśmy na
podwórku w "dwa ognie", co z reguły kończyło się kilkoma
stłuczonymi kolanami i skręconymi na wystających kamieniach
stawami skokowymi.
Ale przez pierwsze 4 lata (tyle wtedy trwało nauczanie początkowe)
mieliśmy jedną wychowawczynię.
Nie wiem jak to było, ale wówczas nie było żadnych dyslektyków
czy też  dysgrafików.
Codziennie  każde dziecko w klasie pierwszej musiało czytać na głos.
Nawet chrypka nie była przeszkodą, nie było "zmiłuj".
I każdy w zeszycie "do polskiego" musiał, chciał czy nie, rysować
szlaczki . Szlaczki były oceniane oddzielnie. Więc zdarzały się piątki
za szlaczki i znacznie gorsze  stopnie za resztę tego co na stronie.
Nie uczono nas kaligrafii. Ale staranność pisma też była oceniana.
A te szlaczki miały za zadanie usprawnić nasze ręce, wyrobić ich
precyzję.
Bardzo wcześnie nasza pani zaczęła nas uczyć ortografii.
Do dziś pamiętam, jak nam tłumaczyła dlaczego "rzeka" pisana jest
przez "rz" a nie " przez "ż " .
Poza tym uczyła nas uważnego słuchania tekstu, nie wyrywania
jednego wyrazu z całego tekstu, bo w polskim języku jest wiele
wyrazów tak samo brzmiących, a zupełnie inaczej pisanych,
zależnie od ich znaczenia.
Po prostu musieliśmy uważnie słuchać by wiedzieć jak dany wyraz
napisać poprawnie.
Od drugiej klasy dzień bez kartkówki typu dyktando był dniem
straconym. Czasem było to zaledwie kilka zdań, ale w wiele lat
później pojęłam, że dzięki tym kartkówkom do dziś nie mam
problemów z ortografią.
Już wtedy uwielbiałam pisać wypracowania, wszystko jedno
na jaki temat.
Czytać umiałam nim  poszłam do szkoły i to  wcale nie było
dobre, bo się straszliwie nudziłam  w szkole, gdy moje koleżanki
a zwłaszcza koledzy sylabizowali z trudem wyrazy.
Ale pani i na to znalazła metodę - musiałam się wpatrywać w tekst,
bo w każdej chwili mogłam być wywołana, by czytać dalej.
Byliśmy bardzo przywiązani do naszej pani, a byliśmy wtedy jej
ostatnią klasą. Gdy nas  doprowadziła do klasy piątej odeszła ze
szkoły.
Piąta klasa była dla nas szokiem- nowa wychowawczyni, nowe
przedmioty, nowi nauczyciele.
Nie zawsze mili i wyrozumiali  ale nigdy nikt na nas ręki nie
podniósł ani nie krzyczał, choć my często byliśmy  okropni.
Bo byliśmy naprawdę zgraną klasą, jeden za wszystkich, wszyscy
za jednego
Ale szóstą i siódmą klasę robiliśmy już w zupełnie nowym budynku-
był bardzo duży, miał dwie sale gimnastyczne, wszystkie pracownie
i jeden mały feler ( dla mnie)- nowy budynek  stał nieomal na
przeciwko kamienicy w której mieszkałam. Skończyły się długie
powroty ze szkoły i pokonywanie odległości 1,5 km w ciągu dwóch
godzin. Rekord wyniósł 4 godziny. Ale była wtedy w domu  awantura!
Gdy moja córka poszła do szkoły to co chwilę przecierałam oczy ze
zdumienia- primo  był to rok wyżu demograficznego, klas pierwszych
było chyba siedem i to 30 osobowych. Oczywiście szkoła musiała
pracować na zmiany. WF - na korytarzu, raz na jakiś czas na sali
gimnastycznej. Przez osiem  las nauki córka miał osiem polonistek.
Każda z pań miała jakąś inną wizję stylu nauczania. Postrachem
dzieci w szkole była "pani od muzyki", która potrafiła przyłożyć
dziecku dziennikiem w głowę i bez przerwy na dzieci wrzeszczała.
I skargi rodziców na jej zachowanie nie odnosiły żadnych skutków.
Bo prowadziła chór, który zajmował na konkurach międzyszkolnych
dobre miejsca.
A moje dziecko, gdy już jako osoba dorosła przechodziła koło swej
byłej podstawówki mijała ją szybko, bo wciąż się jej bała.
I tak sobie myślę, że  z jednej strony strajk nauczycieli  jest zasadny,
z drugiej, że  nie powinien dotyczyć tylko i wyłącznie strony
finansowej, ale całości, począwszy od  sposobu kształcenia kadry
przyszłych nauczycieli, bo chyba jednak popełniono jakieś błędy,
na tyle duże, że dziś prestiż  tego zawodu nie istnieje.
Bo każdy nauczyciel,  czy tego chce, czy nie, nie tylko uczy dzieci
jest w jakimś stopniu wychowawcą- jego podejście do wykonywanego
zawodu, jego podejście do dzieci, jego zachowanie ma na nie wpływ.
A może ja się mylę? Nie wiem.


poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Czasem....

..... warto spojrzeć w górę.
Czekałam dziś na starszego Krasnala i błądziłam wzrokiem po
okolicznych domach.
Krasnal chodzi do szkoły, która jest w bardzo ładnej, willowej
dzielnicy. Przeważają tu bardzo rozległe wille . No i musiałam,
musiałam pokazać Wam takie dwa zdjęcia:
 

Czyż te wieżyczki nie są piękne?

Dziś jest +20, słońce świeci obłędnie, a ptaki wyśpiewują hymn o wiośnie.
Zapomniałam Wam napisać, że dostałam z Kasy Chorych  (AOK) rachunek
za swój pobyt w szpitalu, po 10 Euro za każdą dobę. A dób spędziłam
tam osiemnaście. Do tego muszę doliczyć zniżkowy koszt trzech patentów
ułatwiających życie kalece i razem mój wypadek kosztował mnie 230€.
Tak dla wyjaśnienia- doba liczy się od północy do północy.
W Polsce należy mieć zdrowie, żeby chorować, tu trzeba mieć forsę żeby
chorować.
Okulary ( w sensie soczewek) są gratis tylko dla dzieci i dla osób które
mają mniej niż 30% widzenia.
Oprawki oczywiście są zawsze  płatne.
Oczywiście  Kas Chorych jest tu do licha i trochę i obowiązuje zasada, że każdy
kto dobrze zarabia należy do Kasy, w której składki są wyższe.




niedziela, 7 kwietnia 2019

Leniwa niedziela

Pogoda nieprzyzwoicie ładna, +18 na termometrze, słońce od rana
ma dyżur, choć we wczorajszych zapowiedziach meteo wyczytałam,
że dziś będzie duże zachmurzenie i tylko czasami słońce.
Jak na razie to chmur nie ma. I niech tak trwa!!!!
Dziś w Berlinie biegają,  jest  "półmaraton". Nawet się zastanawiałam,
czy aby nie pojechać do centrum i kibicować, ale gdy pomyślałam o
pokonywaniu schodów do metra to mi chęć przeszła.
Zamiast kibicować poszłam na spacer popatrzeć na okoliczne domy,
bo fotek tych co niedaleko są ode mnie jakoś nie robiłam.
Zajrzałam też do ulubionej młodziutkiej magnolii, która wygląda dziś
tak:

A poniżej tzw. "czynszówka", czyli dom budowany z myślą
o wynajmowaniu mieszkań:
 A tu zachwyciła mnie ta nadbudówka:
Nie wiem co prawda jak się tam mieszka, ale z zewnątrz wygląda
ciekawie.
A tu zdjęcie tej samej magnolii ale z 2 kwietnia tego roku.
Pięć dni a jaka różnica!
No to ja się zabiorę do maratonu  koralikowego.
Miłego niedzielnego popołudnia Wszystkim;)


                                        

















czwartek, 4 kwietnia 2019

Pierwsza w tym roku wizyta......

.......zaliczona.
Co należy zrobić  gdy za oknem świeci obłędne słońce i jest +16 stopni ciepła?
Należy czym prędzej  udać się do Ogrodu Botanicznego by posłuchać śpiewu
ptaków i popatrzeć co już kwitnie.
nie wiem co to kwitnie, może jakaś  odmiana magnolii





a to kaktusy, które przezimowały pod śniegiem











                             
 



kępa  anemonów



nie wiem co  






i świeżo założony klomb stokrotek
 Magnolie ciągle jeszcze w pąkach ale już wyglądają pięknie. Trochę się
zdziwiłam, że jeszcze nie rozkwitły, bo niedaleko mojego domu młode
drzewka magnolii już  rozkwitły. Podejrzewam, że po prostu tu,  między
domami jest znacznie cieplej.
A tak przy okazji wyczytałam w ogłoszeniach, że 11 i 12 maja będzie
wystawa BONSAI.  Jeżeli tylko nie zapomnę - pojadę, bo to ciekawa
wystawa.
Ptaszydła  śpiewały cały czas jak nakręcone, ale widziałam tylko jednego
kosa i jakies szare maleństwo, chyba mniejsze od  wróbla, które  całkiem
głośno się produkowało.
Trochę dziwnie wygląda ogród gdy większość bardzo starych drzew jest
pozbawiona liści i stanowi tło dla  różnych odmian  "iglaków". Przy okazji
zobaczyłam, że na wielu drzewach są  zainstalowane budki lęgowe które
latem, gdy drzewa mają liście, są niewidoczne.

środa, 3 kwietnia 2019

Dla siebie zrobiłam

Pierwsze koraliki w tym roku - ściubiłam, ściubiłam, ale w końcu
zrobiłam. Są tak leciutkie,  że zupełnie ich nie czuję na szyi.
Trochę się "narobiłam", bo oprawianie tych małych  kamyków w małe
koraliki było chwilami męczące.
Mam "w zanadrzu"  kilka projektów, ale jakoś czasu mi ostatnio brak,
bo okazuje się, że najmniej służy mi siedzenie. Kilka razy w ciągu dnia
muszę poćwiczyć , potem trochę odpocząć, muszę wyjść na spacer więc
łączę zakupy ze spacerem, w garnkach też muszę  pomerdać bo samo się
nie zrobi.
A propos garnków- zrobiłam dziś "potrawkę z kurczaka", czyli:
pokroiłam biust kurczaka na małe kawałki, kostka cm na cm, dodałam
do mięsa 3 starte na drobnej tarce marchewki, 2 starte jabłka, łyżkę
stołową słodkiej wędzonej papryki, odrobinę soli, 2 jajka i łyżkę mąki
kokosowej.
Wszystko razem dokładnie wymieszałam i gdy już nie można było
rozpoznać części składowych - wrzuciłam wszystko na patelnię, na
której rozpuściłam masło klarowane. Piętnaście minut smażenia i
obiad był gotowy. Wyszło super.
 A moje nowe koraliki wyglądają tak:


Byłam dziś w swojej przychodni lekarskiej, bo przecież rozpoczął się nowy
kwartał, więc musiałam odnowić posiadane skierowania do specjalistów.
Tym razem ruszyliśmy nie samochodem a metrem i to był dobry pomysł,
bo za Chiny  Ludowe nie byłoby gdzie zaparkować.
Szalenie się zmęczyłam, bo metro = schody i nieco tych schodów w górę i
w dół  musiałam pokonać. Najbardziej ubawiłam się na jednej ze stacji,
na której schody ruchome jeżdżą tylko w dół, a w górę należy je pokonywać
 per pedes. Mąż mnie cały czas pocieszał, że tu metro jest dość płytko pod
ziemią, nie to co w Moskwie, gdzie gdy stanie się na górze to niemal końca
schodów nie widać. Na szczęście tam byłam tylko jeden raz.