drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 24 sierpnia 2026

Niby nic......

                .......a ja się cieszę.

Byłam dziś w tej przychodni neurochirurgicznej. Najbardziej  podobało mi się zdjęcie mojego kręgosłupa powiększone do rozmiaru  1,5 x 1,5m . Tym razem przyjęła nas  pani doktor, pokazała nam  który to z kręgów jest w tej  chwili "chory"  - na  moje  "niemedyczne oko" to jest on  jakby nieco większy od innych, jakby  spuchnięty, a na  dodatek czymś  białym wypełniony w środku. Z kolei w innym kręgu była dobrze  widoczna dość  nieduża biała "kulka" i jak nam powiedziała  pani doktor w tym kręgu zebrał  się płyn, ale jest go niedużo i on  się  sam wchłonie. Więc na  szczęście  nie  będzie żadnego wstrzykiwania do kręgów jakiegoś  ortopedycznego cementu,  ani też ściągania  płynów, to wszystko się  samo wygoi, wystarczy kolejna  rehabilitacja, na którą oczywiście pani  doktor  wypisała  skierowanie. Bo, jak ponoć  widać,   mam nadal mimo wieku zdrowe  kości, co nawet wyszło na  rezonansie magnetycznym. Tyle  tylko, że z powodu bólu mam kifozę, czyli problem z dobrym  wyprostowaniem  się  w pozycji stojącej.  Bo kręgosłup ma taki  zwyczaj, by przyjmować  takie ustawienia kręgów, które chronią przed  bólem. Ale to  wszystko jest jeszcze do naprawienia, tyle tylko, że  wymaga  pracy i nieco bólu.

Do przychodni podwiózł nas  mój zięć  samochodem,  ale potem już wracałyśmy autobusem. Rollator się pięknie złożył, więc  nie było problemu z wejściem  do autobusu, a w ogóle to bardzo  się to urządzenie  sprawdza w eksploatacji.

Dziś córka już przesłała  do przychodni fizjoterapii skierowanie, pewnie jutro lub najdalej pojutrze  przyjdzie zawiadomienie  kiedy będę  miała następną  turę rehabilitacji.

Miłego Wszystkim!!! 

sobota, 15 sierpnia 2026

Hmmm......

 .........odnoszę nieodparte  wrażenie, że czas coraz  szybciej przesuwa  się do przodu, a ja jakoś nie  za bardzo  prę  do przodu i trwam w miejscu.

Tak z ręką  na  sercu - bo podobno tylko wtedy  mówi się prawdę - to mnie  się już coraz  mniej  chce przeć do przodu - to ani chybi wina  mojej metryki. Poza  tym po ostatnim padnięciu na oba kolana i uszkodzeniu  sobie  przy tej okazji 4 i 5 kręgu lędźwiowego ( nie  jakoś  tragicznie  a tylko trochę) to nawet dreptanie z rollatorem nie uwalnia mnie od  bólu krzyżowej części kręgosłupa. Przypominam- padanie na kolana, zwłaszcza  gwałtowne i nie  zaplanowane szkodzi naszemu kręgosłupowi bardziej  niż kolanom. Po tym  upadku miałam tylko niedużego siniaka  na jednym  z kolan, ale zrobił  się "odprysk" kawałka  kości w jednym  z kręgów części lędźwiowej mego kręgosłupa. 

Z przykrością  zanotowałam sobie fakt, że to już druga  moja poważna kontuzja odkąd  mieszkam w Berlinie. Poprzednia była w zimie 2019 roku i wtedy złamałam sobie główkę kości udowej sprawdzając twardość  parkietu, a tak długo się  wtedy zbierałam do lekarza, że kość  sama  zaczęła  się  zrastać, więc wtedy zadecydowano, że  tylko poleżę  w szpitalu i nie  będą  mnie operować. Czyli było zgodnie  z powiedzeniem, że pośpiech jest  wskazany tylko przy łapaniu  pcheł. 

Tym razem  jakoś szybko zostałam  doprowadzona  do lekarza i  niestety z uwagi na to nawet  niewielkie, ale jednak uszkodzenie  2 kręgów muszę znowu iść na spotkanie  z panem neurochirurgiem i pokazać mu wynik rezonansu magnetycznego. Ciekawa jestem co wymyśli - tak po cichu mam nadzieję, że może  nie  zechce  mi wpuszczać  do tych dwóch nadwyrężonych kręgów jakiegoś "cementu ortopedycznego". Ale nie  wykluczam takiej  możliwości, zwłaszcza ,że nadal każda zmiana pozycji  w trakcie  nocy "owocuje" bólem i budzi  mnie. No i  nadal boli mnie gdy mam do przejścia  więcej  niż 300 metrów.  Ale  muszę też przyznać, że chodzenie  z rollatorem  sprawia, że jednak  część mego ciężaru ciała w pewien sposób przenosi  się na rollator i dziś zaczął  mnie  boleć kręgosłup  gdy już wracałam ze  sklepu, a więc jednak ów  sprzęt pomaga  również  w czasie  chodzenia a nie  tylko daje  możliwość "klapnięcia" w dowolnej  chwili na  siedzisku..A w tej chwili mam za oknem sypialni, w cieniu, bo to północna  strona  budynku równiutkie 34  stopnie ciepła. Zgłupieć przyjdzie od tego gorąca. 

W tym sezonie całkowicie odpuściłam sobie troskę o balkon - bo nie  dość, że jest od  rana  do późnego popołudnia wystawiony  na  działanie  słońca, to na  dodatek ulica przy której  mieszkam nagle  zrobiła  się wciąż  zapchana  samochodami, bo od kilku lat trwa bezustannie budowa berlińskiej obwodnicy - to chyba  ktoś  jakiś zły  czar rzucił na tę inwestycję, bo ona  zaczęła  się się jeszcze przed moim zamieszkaniem w Berlinie, czyli przed  2017 rokiem i ciągle trwa i końca prac jakoś nie widać. Gdy tu zamieszkaliśmy to nawet  można  było spokojnie posiedzieć na  balkonie, a teraz nagle pod  balkonem ( a mieszkam na wysokości 5 piętra  współczesnego bloku rodem z wielkiej płyty, czyli na  3 piętrze  budynku z roku 1900 zbudowanego z prawdziwej  cegły) i mam od  rana do późnego wieczora  ruch, bo ci co normalnie ominęliby szosą Berlin bo jadą dalej, teraz  wjeżdżają  na  zjazd  z  szosy prowadzący do "mojej" ulicy i jadą nią omijając korki na  szosie spowodowane budową tej nieszczęsnej obwodnicy. Na szczęście kłębią się tu tylko samochody osobowe a  nie ciężarówki lub długodystansowe  autokary. Ale byłam kilka  dni temu u mojej  córki na balkonie i się pozachwycałam  jej kwiatkami ale jej balkon nie jest wystawiony niemal  cały  dzień na działanie słońca.

I tak naprawdę to na  moim balkonie to jedynie "wyrabiają" pelargonie , ale one  jakoś  mi się  znudziły, więc w  tym  sezonie nie mam żadnych skrzynek z kwiatkami. I.....choć to  zapewne  nie  świadczy o  mnie najlepiej -  wcale  a  wcale  mi to  nie przeszkadza. Gdy zachce mi się oglądać kwiatki to się wybiorę te 1250 m od  domu do.....parku i tam popatrzę na  kwiatki. 

Miłego  weekendu Wszystkim  życzę. 

 

sobota, 8 sierpnia 2026

Dziś.....

.........mijają  62 lata od dnia  mojego  ślubu, a pojutrze minie  już 7 lat odkąd  zostałam  wdową. 

Dzień  naszego  ślubu był   też okazją by  po 20 latach spotkali  się na  naszym  ślubie moi rodzice. Bo ich związek trwał aż całe  2 lata! Rozeszli się gdy miałam..... rok życia  za sobą.  Oboje  przybyli na nasz ślub bez  swych aktualnych  "drugich połówek",  z tego co widziałam to nie  wiem czy nawet  zamienili  ze  sobą dwa  zdania. 

Mnie  to  akurat  było  zupełnie obojętne  czy będą  ze sobą  rozmawiać czy też nie.   A po ceremonii  w Urzędzie  Stanu  Cywilnego oboje   zostali jednak u nas  na obiedzie -  wesela  nie  było, bo ja, mój ojciec i moja  babcia, która  mnie  wychowała,  byliśmy w żałobie, po śmierci mojego dziadka, który  wszak był tatą  mojego ojca. 

Większość  moich  znajomych  nie  mogła pojąć, że pobieramy  się w trakcie  żałoby, ale tak  się  złożyło, że  ani ja, ani mój  mąż  nie byliśmy entuzjastami przyjęć  weselnych i doszliśmy  do odkrywczego  wniosku, że ślub cywilny zrobimy o 10 rano, ślub kościelny o godzinie  18,00, wesela nie będzie bo wszak jest żałoba w  rodzinie  a zamiast  niego tylko rodzinny obiad, a o godzinie  21,00 wsiądziemy do pociągu  i pomkniemy nim do.... Zakopanego. 

No i  wszystko odbyło  się  zgodnie  z planem, niestety był tego  dnia obrzydliwy upał, a my cieszyliśmy  się, że na szczęście udało  się  nam uniknąć  frajdy  zwanej  weselem.  Gdy się żegnaliśmy  z rodziną moja matka  szepnęła mi do ucha, że strasznie  się  mój ojciec roztył , ojciec z kolei zauważył że  moja  matka  wyraźnie zbrzydła, więc oboje  zapędziłam by razem zebrali wszystkie  kwiaty, którymi nas obdarowano i  zawieźli je razem na  cmentarz i złożyli na  grobie  dziadka. Oboje  spojrzeli się na mnie  tak, jakbym ich mało  wybrednie a mocno obraźliwie znieważyła, babcia wysłała mego ojca  po słoiki do piwnicy bo przecież  trzeba  było zapewnić  kwiatom wodę  na  cmentarzu i zapewniła oboje, że z nimi na cmentarz  pojedzie bo przecież bez  niej  by na  właściwy  grób nie trafili. Tym sposobem my mieliśmy święty  spokój i nim oni wrócili z cmentarza zdążyliśmy  wszystko po tym rodzinnym obiedzie posprzątać, pozmywać i minęliśmy się z moim ojcem i babcią już na ulicy, gdy wsiadaliśmy  do  samochodu brata  mego  męża, który nas odwoził  na  dworzec. Wielu moim koleżankom bardzo  spodobał  się pomysł obiadu rodzinnego zamiast wesela a ich rodzicom  zwłaszcza. 

A ja tak naprawdę  byłam tylko jeden  jedyny raz  na  weselu i to jeszcze  gdy byłam nastolatką. Byłam wtedy na  wakacjach w Szczyrku i załapałam się  na kawałek  wesela, ale po mniej niż dwóch godzinach zmyłam  się  stamtąd  bo..... jak dla mnie  to było tam  za dużo pijanych i stanowczo  za głośno.

U mnie   znowu zapowiada  się jutro upalny dzień , bo 32 stopnie ciepełka to już jednak upał. 

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

U mnie dziś prawie jak....

 ....... w powojennych  audycjach  Radia Wolna  Europa, czyli "wieści dobre i  złe - ale zawsze prawdziwe".

Podejrzewam, że niewiele osób tu  zaglądających wie  o  co chodzi. Wprawdzie  byłam wtedy jeszcze prawdziwym małolatem,  ale  dobrze pamiętam ten charakterystyczny dźwięk "bum bum bum " i męski głos  mówiący "Tu Radio   Londyn, wiadomości  dobre i  złe  ale  zawsze prawdziwe" i zaraz   potem mój osobisty  dziadek mi przypominał, żebym się czasem nie  wygadała  w szkole, że u moim  domu  słucha  się zakazanych  wiadomości emitowanych przez  "Radio Londyn"  i  "Radio Wolna  Europa".

Może  zacznę od  tych złych  wiadomości - miałam  dziś zrobiony rezonans magnetyczny. Pełny luz, dla  mnie  zero problemu bo nie mam klaustrofobii, a na  dodatek "ustrojstwo" wydawało mi polecenia w języku polskim. Jak dla  mnie  to tylko zbyt głośno pracowało, ale  reszta to "luzik". I w kwadrans  po  zakończeniu "seansu"  otrzymałam  wynik badania. No nie jest fajnie, bo jednak  ten ból to nie  moja  histeria, ale fakt, że ma  z czego boleć. Mam wynik w  dwóch językach, niemieckim i polskim. Wyszło na badaniu, że boli mnie i od  starej i od  nowej kontuzji. 

Teraz  trzeba  złapać termin do tego lekarza ortopedy który mnie na owe  badania  skierował. Jedno, co mnie  akurat bardzo pocieszyło- przyczyną bólu nie  są stawy krzyżowo biodrowe ale uszkodzenie kręgów lędźwiowych, jedno uszkodzenie jest stare, ale  drugie  jest świeżutkie i nawet  zaczyna  wstępować w fazę  "samogojenia  się". Pocieszająca  wiadomość to taka, że można  to poprawić "faszerując" te nieco uszkodzone kręgi specjalnym  "cementem", co wzmocni owe kręgi i jednocześnie uwolni mnie od  bólu. A co będzie  zrobione?  Nie  wiem- to zależy tylko i  wyłącznie od pana ortopedy. A tak  w ogóle - to wszystko jest wynikiem mojej metryki. 

Ale jak wyczytałyśmy  obie  z córką to takie łatanie kręgów jest dość powszechne, zapobiega  dalszej degradacji tych kręgów i uwalnia od  bólu. No i  wreszcie  dotarło do mojej osobistej  córki,  że ból który odczuwam to nie moja histeria  a moja przygarbiona postawa i niemożność  wyprostowania  się w odcinku "krzyża" nie wynika  z mego wrodzonego lub  lenistwa  lub  niechlujstwa ale  tylko i wyłącznie z powodu bólu.

Jutro mam kolejny  dzień  rehabilitacji i córka  postanowiła przesłać do nich mailem wynik tego rezonansu. Bo może  wtedy nieco  zmienią  działania w  zakresie  rehabilitacji.

A wczoraj  wieczorem miałam z okna  taki widok:


Jakby to ktoś  namalował to zaraz  by się  dowiedział, że to "kiczowaty obraz". A te kolory  wcale  nie  są przekłamane.

No to po tych medycznych  atrakcjach  zaraz  się wezmę  za niemiecki, chociaż- wierzcie  mi -  najchętniej bym  się katapultowała przez okno bo składnia  niemieckich  zdań przyprawia  mnie o mdłości.

Miłego WSZYSTKIM!!!!!