drewniana rzezba

drewniana rzezba
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berlin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Berlin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 listopada 2021

Rozpoczął się Adwent

 

Taki kalendarz adwentowy dostałam wczoraj od dzieci. To "herbaciany" kalendarz, każda z 24 herbatek jest inna. Na opakowaniu każdej z nich podana jest temperatura wody, którą herbatę należy zalać oraz  czas parzenia. Dziś rozpoczęłam od herbatki "China Milky Oolong", którą  zalewa się wodą o temp. 75-80 stopni C i parzy się ją od 1 do 3 minut. Trochę masakra dla mnie, bo zwykle zapominam o tym, że sobie zrobiłam herbatę i każda dojrzewa  zawsze baaaardzo długo. Zwykle  za długo.

I uświadomiłam sobie, że czas jakoś szalenie szybko mija i w tym roku będziemy obchodzić już trzecie święta  BN bez obecności mego męża. A świadomość tego boli tak samo jak w 2019 roku. I po raz drugi nie przyjedzie do nas teściowa mojej córki i zapewne  znów będą święta przy Skype.

Na dziś jest zwołane pilne posiedzenie  grupy państw G-7. Ministrowie zdrowia  Francji, Japonii, Niemiec, USA, Wielkiej Brytanii, Włoch i Kanady będą  naradzali się nad przedsięwzięciem wspólnych działań w związku z nowym , ujawnionym wariantem koronowirusa covid-19, nazwanym Omikron. Wspólnie będą się zastanawiać jakie przedsięwziąć obostrzenia, żeby się paskudztwo nie rozprzestrzeniało po świecie.

Wiadomo już jakie są jego pierwsze objawy, są to : zmęczenie, ból głowy, drapanie w gardle, objawy lekkiego przeziębienia.   No i jest równie  zakaźny ów Omikron jak i mutant Delta, choć zdaniem pani dr Angelique Coetzee z RPA, która pierwsza go odkryła u swojego pacjenta,  jest raczej mniej  groźny w  sensie powikłań. Pani dr Coetzee przez ostatnie 8 tygodni już nie miała wśród swoich pacjentów ani jednego przypadku covid-19 i dopiero 22.XI trafił się pacjent uskarżający się właśnie na  zmęczenie, ból głowy itp. objawy. U niego i jego najbliższej rodziny wykryto koronawirusa i poddano próbkę sekwencjonowaniu. No cóż, powiedziałabym, że miłość koronawirusa covidu do ludzi jest naprawdę ogromna.

Wczoraj była pierwsza niedziela Adwentu. Co prawda  trudno by było naszą rodzinę  zaliczyć do osób przypisanych do jakiejś określonej religii, ale pewne tradycje podtrzymujemy, bo się nam podobają. Na przykład dekorowanie mieszkania wieńcem adwentowym, spotkanie rodzinne na wspólnym obiedzie lub obiado-kolacji w pierwszą niedzielę  Adwentu. Tu mam prośbę - oszczędźcie mi czytania uwag w rodzaju, że nie rozumiecie po co my to robimy - ja się  nie  wkręcam  z uwagami na temat po co chrzcicie  dzieci, posyłacie je do komunii itp., po co spotykacie się całą familią przy stole z 13 daniami bożonarodzeniowymi, bo uważam, że macie do takiego działania prawo, to  Wasza sprawa, nie moja. I tak z ręką na sercu, ani mnie to grzeje ani ziębi.


 A tak się prezentuje mój adwentowy "wieniec". Gdy odnajdę gdzie upchnęłam malutkie  bombki to je jeszcze doczepię. Podejrzewam, gdzie są, ale musiałabym się po nie  bardzo mocno schylać, a to mi jakoś szkodzi na kręgosłup. Chyba  się postarzał bardziej niż moja psyche. Poczekam aż wpadnie któryś  z chłopców.

Nie wiem czy Was to zaciekawi, ale dodam jeszcze kilka słów na temat  wieńca adwentowego. Okrągły kształt symbolizuje nieskończoność, gałązki wiecznie  zielonych iglaków są symbolem życia i wspólnoty, 4  świeczki zapalane w kolejne  niedziele symbolizują zbliżanie się do prawdziwej światłości, czyli do  dnia narodzin Jezusa. Nie szkodzi, że wcale nie narodził się tego właśnie dnia- badania  twierdzą, że nastąpiło to kilka miesięcy wcześniej, zapewne w sierpniu. Pierwsza  świeca symbolizuje nadzieję, druga pokój, trzecia radość, a  czwarta- miłość.

Historia  wieńca adwentowego nie jest długa- po raz pierwszy powstał w 1839 roku. Johann Hinrich Wicherna, niemiecki pastor i teolog, prowadził w Hamburgu świetlicę dla sierot. Chcąc umilić dzieciom czas oczekiwania na Boże Narodzenie zawiesił w świetlicy duże koło ,  w którym osadził 24 świece i każdego dnia zapalał wraz z dziećmi 1 kolejną świecę i przy zapalonych świecach wspólnie odmawiali modlitwy. Z czasem zamiast 24 świec zostały 4, symbolizując niedziele poprzedzające Boże Narodzenie. W niektórych regionach każda ze świec ma inny kolor, ale teraz  najczęściej wszystkie są jednego koloru, białe lub czerwone, a wieniec udekorowany jest również szyszkami, bombkami i  maleńkimi świecidełkami.


 A dziś trochę "christmasowej muzyki" w  wersji  jazzowej. Jazz też jest dobry na wszystko, zupełnie jak muzyka Mozarta.

Dobrego nowego tygodnia Wszystkim.





środa, 24 listopada 2021

Od dziś w Niemczech......

                                  ........transport publiczny nie jest  dostępny  dla wszystkich.  Ale restrykcje nie skończą się tylko na transporcie. Od dziś, transport publiczny, czyli -pociągi dalekobieżne, regionalne i podmiejskie, metro, autobusy oraz tramwaje będą dostępne tylko dla osób z certyfikatem szczepienia przeciw covid-19 lub aktualnym negatywnym wynikiem testu PCR, który jest ważny 72 godziny. Kontrole będą prowadzone w  trakcie  jazdy pojazdu, nie  w trakcie wsiadania do środka lokomocji.  Za nie posiadanie certyfikatu (ważny jest tylko razem z dowodem osobistym lub paszportem) grożą dotkliwe mandaty. Poza tym  rozważana jest opcja, by każda osoba niezaszczepiona, która  zachoruje na covid 19 i będzie  musiała być hospitalizowana, ponosiła z własnej kieszeni koszty  swego leczenia. Takie rozwiązanie, czyli pokrywania kosztów leczenia  covidu-19 z własnej kieszeni osób dotąd nie zaszczepionych wprowadza Singapur od 8 grudnia. Aktualnie tutaj  szaleje w ramach 4 fali pandemii covidowy mutant, czyli wariant Delta, który jest bardziej zaraźliwy od podstawowego wirusa.

Mnie osobiście podoba się takie rozwiązanie, bo chcę się czuć  bezpiecznie wsiadając do metra lub autobusu lub zamierzając spędzić kilka godzin w pociągu  na dalszej trasie. I tak mam szczęście, że mieszkam w dzielnicy,  której mieszkańcy karnie  drepczą  w maseczkach w sklepach i właściwie od chwili pandemii  poza swoją dzielnicą bywam sporadycznie, a do policzenia ilości  jazdy metrem wystarczą mi palce u rąk.  "Pan od  osuszania" też był zamaseczkowany, chociaż  tak jak  i my  z zięciem- zaszczepiony.

A na osłodę tych wiadomości posłuchajcie i pokołyszcie  się przy kompie do tych rytmów:


I mimo  wszystko - MIŁEGO  DNIA!!!!!

wtorek, 23 listopada 2021

Najbliższe trzy tygodnie.....

                                                   ..... spędzę w tym miłym towarzystwie:

Dziś przyszedł pan specjalista od osuszania zalanych mieszkań.  W pierwszej kolejności poza kolejnością wybił elegancką dziurę w suficie  mojej łazienki i wyglądało to tak:



A teraz, czyli w niecałą godzinę później wygląda  tak:


I najbliższe trzy tygodnie spędzę w takim  modelu  łazienki. W suficie jest wybita elegancka  dziurka, w niej  tkwi,  jak widać na załączonym obrazku, plastikowa rura. Pomiary wykazały, że  wilgotność  tego, co leży na moim suficie = 63%, czyli o 3 % przekracza dopuszczalną wilgotność. Takie samo urządzenie  znajduje  się w łazience sąsiadów. U nich musieli odbić płytkę w podłodze łazienki. I będą te urządzenia pracowały u nas 24 godziny na dobę przez trzy tygodnie. Do naszych obowiązków należy codzienne usuwanie wody z pojemnika znajdującego się w tej większej żółtej skrzynce. Urządzenie jest prądożerne, ale  przy wtyczce do gniazdka jest licznik, który wskazuje ilość pobranego prądu przez to urządzenie. Pieniądze za tę ilość pobranego prądu zostaną nam zwrócone z ubezpieczenia. Ustrojstwo niestety nie jest całkiem  cichutkie, ale i tak mam przykazane, że  drzwi i okno w łazience mają być cały czas  zamknięte. I wszystkie koszty związane z tym "wydarzeniem" będą pokryte z ubezpieczenia.   W sypialni nieco słychać szum pracującego urządzenia, ale nie tak , żeby zbytnio dokuczało. W drugim pokoju już nic nie słychać, bo jest po przeciwnej stronie mieszkania niż łazienka. A poza tym ja tak późno chodzę spać , że ciągle jestem niedospana i mnie byle co  nie budzi. No i mogę w razie czego spać w pokoju dziennym  na  rozkładanej sofie. Albo się przenieść do mieszkania  córki. Ale osobiście nie widzę takiej potrzeby. A poza tym bardzo się cieszę, że chyba  nie będę musiała mieć zdejmowanego tego sufitu w łazience, dziurę po osuszeniu załatają i odmalują sufit.  Oczywiście  cały czas towarzyszył mi zięć i bardzo się ucieszyliśmy z faktu, że po wybiciu dziury w suficie  nie popłynęła z niego woda.  Tu "wyszły plusy"  mojego późnego chodzenia  spać - po prostu trafiłam na sam  początek "potopu". Gdybym,  jak wszyscy normalni ludzie, położyła się spać ok. godziny 22,00 to przez całą noc woda cicho i spokojnie zalałaby mi  mieszkanie.   Na  zakończenie pracy pan sprawnie   mi pozamiatał podłogę, śmiecie  zabierając do "służbowego worka".

Pogoda u mnie kiepściunia, co jakiś czas coś mży, niebo w kolorze  ołowiu a temperatura to raptem +6.

Z dobrych wiadomości - Niemcy najprawdopodobniej pójdą w ślady Austrii i szczepienia p. covid będą obowiązkowe. Nic dziwnego, w Bawarii szpitale muszą ewakuować  chorych, bo braknie miejsc. Tu są kolejki do trzeciego szczepienia - dobrze, że mam je już za sobą, córka i zięć także. To trzecie szczepienie  miałam w komfortowych warunkach, zero tłoku, zero czekania.

A do posłuchania to może coś rozrywkowego? Np. Paganini? Dawno nie było;)


Miłego Wszystkim!



sobota, 20 listopada 2021

Dodatkowe weekendowe atrakcje dla mnie

  Może nie wszyscy jeszcze wiedzą, ale jestem tak  zwany "nocny Marek" i najchętniej chodzę  spać około północy, a często i później. No ale skoro nie mam  teraz  żadnych obowiązków, mieszkam sama, więc   "wolność Tomku w  swoim  domku" - robię co chcę i kiedy chcę.

No i........wchodzę około  północy do łazienki, o godzinie 23,45 (z  wczoraj na dziś) i pierwsze co do mnie  dociera wzrokowo to fakt, że  o krok od drzwi  na podłodze i na półce obok pralki jest wyraźnie  mokro. Zamarłam na moment i pomyślałam, że pewnie padł zawór od rurki doprowadzającej wodę do pralki, bo jak zawsze nie jest ów kran zakręcony, córka mnie pouczyła, że nie ma potrzeby go zakręcać, no chyba, że akurat wyjeżdżam z domu gdzieś poza  Berlin. Nerwowo, z brzydkim  słowem na ustach  schyliłam się  by  ów zawór zakręcić i w tej chwili  poczułam, że mi coś kapnęło na głowę. Wystraszona spojrzałam w górę i........zobaczyłam, że z sufitu, a tak dokładnie z miejsca , w którym jest umieszczona jedna z  lampek sufitowych kapie woda. W związku z tym szybko podstawiłam w to miejsce  miskę i rozejrzałam się już uważniej po suficie - w kilku miejscach był wyraźnie  mokry, a gdy tak się rozglądałam  woda zaczęła kapać i z kolejnego  gniazdka następnej  ledówki, więc w to drugie miejsce podstawiłam  wiaderko, takie  malutkie, 5 litrowe.  Byłam już w stroju nocnym, czyli uroczej piżamce  ozdobionej podobizną Mikołaja  i popadłam w namysł co robić. Do sąsiadów  piętro wyżej to nie mam po co iść,  bo niemiecki to w dalszym ciągu jest dla mnie  równie zrozumiały jak chiński czy też  japoński, więc spojrzałam na zegarek i uprzytomniłam sobie, że dopiero co minęła północ, więc jest szansa, że moi jeszcze nie śpią, bo oni też raczej takie  "nocne  Marki", więc czym prędzej podzieliłam się z nimi radosną nowiną. 

Dotarli do mnie w 15 minut później- jednak  dzieli nasze domy te 450 metrów odległości. Zięć bohatersko poszedł do sąsiadów mieszkających nade mną i dość długo go nie było. Okazało się, że  sąsiedzi już spali, więc  trochę trwało nim się obudzili, ubrali, potem w trójkę  szukali miejsca skąd ta woda  cieknie, ale go nie znaleźli. Widać z tego, że awaria nastąpiła pomiędzy piętrami. Potem sąsiedzi przyszli do mojego mieszkania, ze strachem obejrzeli  "pobojowisko" w  łazience, ale uprzednio zakręcili wodę w  swoim mieszkaniu. Po długich dociekaniach wyszło na to, że  w jednym miejscu deski podłogowe  w ich w kuchni sprawiają  wrażenie wilgotnych, ale woda  nie stoi.  Córka roztoczyła przede mną przerażający  obraz przyszłych wydarzeń, czyli "będzie piekło i szatany", bo będzie  trzeba  zapewne rozkuwać ściany, więc chyba będę zmuszona na czas remontu przenieść się do nich.  

I w tej chwili  wspomniałam niemal z rozrzewnieniem o moim warszawskim betonowym mieszkaniu, w którym ktoś wszystkie rury umieścił w  specjalnym szybie, do którego był swobodny dostęp z każdej kuchni w bloku i znalezienie  uszkodzonej rury  nie wymagało rozkuwania ścian. No ale blok na moim warszawskim osiedlu był oddany do użytku w 1973 roku,  a kamienica, w której mieszkam w Berlinie była budowana  w pierwszych latach dwudziestego wieku. Poza tym, o czym nie wiedzieliśmy, nie wszystkie mieszkania w  czasie  rewitalizacji budynku były przebudowywane. To mieszkanie nad nami nie było przeprojektowane i ma nawet nieco inny rozkład niż  moje - co prawda  te rury to  akurat są pomiędzy ścianami łazienki i kuchni.

Właśnie przed chwilą zatelefonowała do mnie córka i stwierdziła, że "jak amen w pacierzu" czeka mnie  atrakcja w postaci  zdjęcia w mojej łazience sufitu, bo to jest tzw.  "podwieszany sufit", w następnej kolejności  suszenie  tej przestrzeni pomiędzy podłogą sąsiadów a moim sufitem podwieszanym i najbliższe 3 miesiące będę miała same atrakcje a do tego będzie jeszcze  (jak zawsze i wszędzie) kontredans z ubezpieczeniem , bo jak zawsze trzeba ustalać z czyjego ubezpieczenia co będzie płacone, czyli co będzie płacone z ubezpieczenia  kamienicy, co z ubezpieczenia właściciela  mieszkania a co z mojego, czyli najemcy.  No i pocieszyła mnie, że ich własne mieszkanie spółdzielcze w Monachium, w budynku oddanym do użytku w pierwszej dekadzie  dwutysięcznego roku, też przeżyło tajemniczy wyciek wody i dłuugo trwało nim znaleziono  miejsce  awarii a kwestia  kosztów ubezpieczenia  ciągnęła się ze trzy lata.  Jak na razie to najgorzej mają sąsiedzi nade mną, bo mają zakręconą wodę u siebie. I dziś  podobno  odkryli miejsce, w którym zaczęła przeciekać rura. Na razie i tak trzeba  ze wszystkim  zaczekać do poniedziałku.

Nie wiem na ile to pomaga, ale na wszelki wypadek potrzymajcie za mnie  kciuki bym to wszystko zniosła  "po japońsku", czyli jako/tako.

piątek, 19 listopada 2021

Piątkowe wiadomości......

                                                   .......nie zawsze zabawne   ale niestety  życie nie jest wcale  zabawne. 

Zacznę może od czegoś, co mnie osobiście jak na razie mało obeszło - jak wiecie  niedawno były tu wybory parlamentarne i   "naród  wybrał - naród ma". Otóż trzy  frakcje polityczne: SPD, Zieloni i FDP zastanawiają się nad........ kwestią legalizacji konopi indyjskich, które  będą mogły służyć w celach rekreacyjnych.  

Jak dla mnie zastanawiająca jest argumentacja - ktoś policzył i stwierdził, że legalizacja owe roślinki, której portret wam prezentuję:

pozwoli budżetowi zaoszczędzić 1,3 miliarda  Euro rocznie na pracy policyjnej i sądowej, a ponadto pozwoli na utworzenie dziesiątków  tysięcy  miejsc pracy. Przyznam się, że z lekka mnie wbiło w mój komputerowy  fotelik i szczęka mi z lekka opadła. I pomyślałam, że te nowe miejsca pracy to pewnie powstaną w celu  wyprowadzania  młodych ludzi z nałogu uzależnienia od  "maryśki". A wyprowadzanie ludzi z nałogów to praca  długofalowa i zatrudnieni przy tym długo będą mieli mnóstwo pracy.

Jak na dziś, to niemal każdy Land ma  swoje przepisy na ten temat - ogólnie  bazowy przepis głosi, że posiadanie na własny użytek do 6 gram marihuany jest tylko wykroczeniem, a ponad 6 gram - przestępstwem. Ale  (wszystko co ludzkie ma swoje "ALE"), np. w Berlinie  tolerowane jest do 15 gram owej używki, a w Bremie, (jest wydzielonym  landem, jak Berlin), Nadrenii Północnej Westfalii, Nadrenii Palatynacie limit wynosi 10 gramów, w pozostałych  Krajach Związkowych- 6 gramów.

Druga wiadomość - połączy Polskę i Niemcy kolejny most linii kolejowej nad Odrą. Do użytku będzie oddany pod koniec 2022roku,  zastosowana będzie unikatowa technologia z "wieszakami" wykonanymi z włókna węglowego. Mostem będzie pociąg mógł jechać z prędkością 120 km/h. 16.XI b.m. położono  kamień węgielny pod budowę mostu. Pociąg  będzie  kursował na trasie Berlin-Muncheberg-Kostrzyń.

A poza tym - poza tym kiepsko, czwarta  fala pandemii, czyli wariant "Delta" koronawirusa covid-19 atakuje i to dość  gwałtownie. Ponieważ w 8 powiatach niemieckich  tygodniowa liczba zachorowań na 100 tysięcy  mieszkańców sięgnęła już nawet nieco ponad 1000 osób zaczyna obowiązywać zasada 3G w pracy i transporcie publicznym - 3G oznacza:  geimpft, genesen, getestet  -  czyli zaszczepieni, ozdrowieńcy po  wyleczeniu covidu, przetestowani z wynikiem negatywnym. 

Obowiązkowe szczepienia będą musieli przejść wszyscy pracownicy szpitali, placówek opiekuńczych i mobilnych służb opieki. W domach seniora i opieki - pracownicy i osoby odwiedzające pensjonariuszy będą codziennie testowani. Ponieważ jest tak wiele zachorowań pracodawcy  muszą gdzie tylko się da umożliwić swym pracownikom pracę  zdalną. Pomoc finansowa dla przedsiębiorstw  zostaje przedłużona  o dalsze 3 miesiące.

Trzecia dawka  szczepionki, zgodnie z zaleceniami "Stiko" (ośrodek zajmujący się dopuszczaniem i stosowaniem  szczepionek w Niemczech) ma być już dla wszystkich osób powyżej 18 roku życia - zalecenie to ma być wprowadzone  ze skutkiem natychmiastowym w Badenii Wirtembergii.

Ponieważ aktualnie najwięcej  zachorowań jest w Bawarii  wprowadzono tam  godzinę policyjną w gastronomii - restauracje, bary, kluby będą zamknięte od godziny 22,00.  W placówkach gastronomicznych  "obłożenie sali" nie  może przekraczać 25%.  Obostrzenia dotyczą też spotkań osób z  dwóch różnych gospodarstw - spotkać się może tylko 5 osób, jeżeli w tym gronie będą osoby niezaszczepione.  Zasady 2G i 2G+ obowiązują u fryzjera, uczelniach, centrach edukacji dla dorosłych.  Na imprezach sportowych i kulturalnych może  być zajęte tylko 25% miejsc, obowiązuje  zasada 2G+.    W powiatach,  w których poziom  tygodniowy zachorowań przekroczy 1000 wszystko będzie  zamknięte oprócz żłobków, przedszkoli i sklepów.  A w sklepie ilość klientów nie może przekroczyć  1 osoby na 20 metrów kwadratowych sprzedaży.

Niewesoło jest też w Austrii. Rząd austriacki chce od 1 lutego 2022r wprowadzić przymusowe szczepienia całej populacji. Odmówienie szczepienia spowoduje  karę w postaci wysokiej grzywny lub nawet  więzienia. Od przyszłego tygodnia w Austrii ma być całkowity  lockdown, przestaną być uznawane szybkie  testy antygenowe, obowiązywać będą testy PCR. 

A do posłuchania  coś starego:


Miłego weekendu Wszystkim;)

                                                                                                                                                                    

 

wtorek, 16 listopada 2021

Byłam wczoraj w.........

 ......... niestety nie  w operze ani nie w  filharmonii.

Byłam w konsulacie RP. Październik to miesiąc, w którym ZUS żąda dowodu, że emeryt, któremu jeszcze łaskawie wypłacają emeryturę  - żyje. Aby to udowodnić należy wypełnić  przysłany przez ZUS  druczek, a podpis na nim złożyć wobec urzędnika mającego prawo do potwierdzania podpisu.  Uznawane jest potwierdzenie  albo p. Konsula RP lub urzędnika  z ratusza  dzielnicy, w której się mieszka. I do jednego miejsca i do drugiego  mam porównywalną odległość  ok. 6 kilometrów, ale  do  polskiego konsulatu nie muszę się umawiać w tej akurat sprawie mailowo na konkretną datę i godzinę   a w urzędzie  miejskim najbliższy wolny termin był na połowę grudnia, a ja muszę odesłać druk do  ZUS-u w ciągu 1 miesiąca.

Ostatnio jakoś pogorszyło mi się zdróweńko, zwłaszcza pod względem ortopedycznym. Nie da się ukryć, że dość sporo miałam  w życiu różnych kontuzji i teraz  wszystko zaczyna  intensywnie się odzywać a ja bardzo nie lubię  funkcjonować na środkach przeciwbólowych, które  do najzdrowszych  tabletek nie należą.

Konsulat RP jest czynny 4 dni w tygodniu od godz.9,00 do 14,00, jeden dzień w tygodniu od 13,00 do 18,00. I z tego co wiem, to w dzień gdy jest czynny od godziny 13,00 są  tłumy interesantów, natomiast w pozostałe dni jest spokojnie. A że czas nieco naglił, zdecydowałam się wczoraj na  wyprawę po stwierdzenie wiarygodności  mojego podpisu.  

Gdy zajechałam taksóweczką pod Konsulat  lekuchno poczułam chęć zawrócenia - pod bramą ogrodzenia Konsulatu stało ze 6 osób, co oznacza ni mniej ni więcej dość długie czekanie, nawet jeśli nie wszyscy potrzebują stwierdzenia  wiarygodności podpisu.  Po kilku dzwonkach z budynku wyszedł z grobową miną pan strażnik - 195 cm wzrostu, mars na  obliczu i ani chybi trzycyfrowy wynik na  wadze.

Obrzucił grupkę interesantów wzrokiem i zapytał niemal uprzejmie pierwszego z brzegu  interesanta  " a pan po co tu przyszedł?" Wysłuchawszy jednym uchem o co petentowi biega, pokazał mu, że  "ooo, tu na  tej tablicy ma  pan wszystko napisane, a jeśli pan zgubił wszystkie dokumenty w  kwietniu a dopiero teraz przychodzi w sprawie nowych, to musi się pan wpierw telefonicznie umówić na jakiś termin. Ale ja nie mam telefonu - stwierdził ze smutkiem petent.  Cerber warknął - "ale pewnie ma ktoś ze znajomych, to od niego pan zadzwoni do konsulatu i umówi się na  jakiś termin". I to było najzwyklejsze  spławienie człowieka, bo dodzwonienie  się do tutejszego konsulatu  graniczy z cudem - po prostu nikt  nie odbiera telefonu. Gdy powiedziałam cerberowi, że ja tylko po potwierdzenie  autentyczności mego podpisu przyszłam, doszedł do wniosku, że wpuści mnie zaraz, gdy tylko wyjdzie któryś z interesantów, bo wewnątrz może przebywać tylko 5 interesantów. I rzeczywiście, gdy chwilę później wyszedł jakiś pan z dzieckiem, zostałam  wpuszczona przez  bramę, sprawdzono mi zawartość torebki i przeszłam jeszcze przez bramkę kontrolną, a następnie pan mnie poprosił bym uważnie schodziła po schodach do piwnicy, w której  urzędują pracownicy "bezpośredniego kontaktu" z petentem. 

Nie da się ukryć, że Konsulat RP ma naprawdę kiepskie  warunki do pracy. Osoby mające  bezpośredni kontakt z interesantami wciąż wędrują pomiędzy  pomieszczeniem piwnicznym, w którym są przyjmowani interesanci  a resztą pomieszczeń Konsulatu, czyli  muszą z tej  piwnicy wyjść  na górę, często przejść przez podwórze do innego budynku. I tak naprawdę wszystko ogromnie długo trwa. Konsulat ma wspólną posesję z ambasadą  RP i obie placówki mieszczą się w bardzo ładnej i drogiej dzielnicy Grunewald.


 

Na górnym zdjęciu jest widoczny  budynek naszej  ambasady, poniżej miejsce,  w którym kiedyś była nasza ambasada , na Unter den Linden, w centrum miasta. Jak niemal wszystkie ważne budynki w okresie NRD była budowana z użyciem azbestu, więc podobnie jak inne  budynki została rozebrana  doszczętnie. Nowy budynek ma kosztować 60 mln €. I będzie  stał w tym miejscu, gdzie był stary. Nie mam nawet bladego pojęcia  kiedy on powstanie. Projekt znalazłam na YT, wiem , że sam projekt powstał w 2012r i w  dopiero w 2020 r podpisano umowę na jego wykonanie.


Dla mnie lokalizacja jest o niebo lepsza, bo będę tam mogła dojechać  dwiema liniami metra, bo wreszcie oddano w tym roku nową linię  metra pod Unter den Linden. Tyle tylko, że  każda budowa ileś  lat trwa i być może już będę na pozycji bohatera nowelki  pt. "Jaś nie doczekał". Nie feler, inni będą mieli lepszy dojazd.

Wczoraj wyczytałam, że brytyjska firma  Emergex rozpoczyna  badania kliniczne nowej szczepionki p.Covid 19, która będzie w postaci ... plastra. Szczepionka ma zapewnić ochronę na dziesięciolecia, dzięki wykorzystaniu limfocytów T do zabijania zakażonych komórek. Wiadomość podał brytyjski dziennik The Guardian.Wstępne wyniki są spodziewane w czerwcu 2022r, a sam preparat  może być dostępny od 2025 roku. I, co dość  ważne- nie będzie wymagał przechowywania w bardzo niskich temperaturach jak obecna szczepionka Pfizera, może być kilka miesięcy przechowywany w temperaturze pokojowej. Co prawda niektórzy naukowcy powątpiewają czy limfocyty T "same z siebie" rozpoznają zakażone komórki, no ale bądźmy dobrej myśli, zawsze  można jeszcze połączyć  dwie różnie działające szczepionki.  Poza tym  ta sama firma rozpoczyna  badania nad szczepionką przeciw dendze, którą wg WHO jest zagrożona połowa ludzkości, a na którą wciąż nie ma szczepionki.

No to pozostało mi już tylko odstanie w kolejce by nadać list polecony do ZUS-u, więc idę  to  zrobić. Nie powiem, żeby pogoda mnie  zachwycała, no ale nie pada, jest +7 i jakoś tak szaro.

 I dla osłody dnia:


Miłego dla Was



 

czwartek, 11 listopada 2021

Dzień jak co dzień.....

                                ......choć to w Polsce Dzień Niepodległości.

Odnoszę  nieodparte  wrażenie, że polski naród nałogowo wpada swymi wyborami co i rusz w tarapaty.

Przed momentem obejrzałam  na FB filmowy reportaż z dnia poprzedniego, dotyczący akcji protestacyjnej. Cieszy mnie, że wreszcie do akcji dołączają młodzi ludzie, a nie tylko moje pokolenie, które przeprowadziło transformację  gospodarczą i polityczną w Polsce. Zapewne część z Was oglądała tę akcję na FB, ale być może  że nie, więc słów kilka napiszę o tym. 

Wczoraj, o godz. 23,30 grupka nieliczna patriotów (tych prawdziwych  a nie  niejakiego Bąkiewicza) na górze fasady Galerii Kordegarda, która jest usytuowana  na przeciwko Pałacu Prezydenckiego, wywiesiła dwa banery: jeden z banerów miał napis: "Kaczyński rękoma Glińskiego finansuje faszystów Bąkiewicza",  a drugi głosił: "Dość faszyzmu pod płaszczem patriotyzmu". Czyli oba banery głosiły samą prawdę.  Przed Pałacem zgromadziła się naprawdę niewielka grupa młodych ludzi, dwóch osobników płci męskiej weszło po rozkładanej drabinie  na dach budynku Galerii i zainstalowało banery, do drabiny wciągniętej na dach przymocowali naszą flagę narodową i w pewnym momencie któraś z osób przebywających na dachu zapaliła świece dymne emitujące nasze barwy narodowe.

I zaraz potem zaczęła pojawiać się policja- wpierw jeden samochodzik osobowy, potem dwa kolejne, w końcu  przyjechały trzy  tak  zwane "suki" (uważam tę nazwę za obraźliwą dla psich samiczek) i na samym końcu trzy samochody straży pożarnej i samochód strażacki z podnośnikiem. Z jednego z samochodów wyciągnięto węże by zapewne polewać pożar, którego nie było. Policja  wpierw oczyściła "przedpole", czyli usunęła osoby zgromadzone po obu stronach ulicy  z miejsca równego długości  dziedzińca Pałacu, następnie "na raty" wzniesiono w koszu policjantów wyposażonych w sprzęt "wysokogórski". Na dachu przebywały w sumie 4 osoby protestujące, które zostały zatrzymane, wbrew temu, że wpierw policja  zapewniała, że tylko zostaną spisane a nie będą zabrane na komisariat. Banery zostały zdjęte, nieznany natomiast jest los drabiny oraz  naszej flagi narodowej.

Miałam dziś jechać do naszej  ambasady by mi poświadczyli mój podpis na druku ZUSowskim, ale zrezygnowałam. Nie wiem czy i tam  nie spotkałabym osób protestujących i moja wyprawa spełzła by na niczym.  Zrobię to jutro. No a skoro jesteśmy przy banerach:      jak widzicie na zdjęciu jest Brama Brandenburska, a na dole baner z podziękowaniami dla polskiego rządu za ochronę dla Niemiec. Nie mam  nawet bladego pojęcia kto ten baner, dwujęzyczny,  wczoraj rozpiął. Niemcy dobrze wiedzą, co się dzieje na granicy polsko-białoruskiej i zdają sobie sprawę, że trzeba Polsce w tym przypadku pomóc. Pozostaje tylko pytanie, na które nie znam odpowiedzi- czy ten obecny rząd jest przytomnym partnerem do jakichkolwiek rozmów.

Zdjęcie nie najlepsze, za co przepraszam, ale robiłam je smartfonem z.....gazety.

I jeszcze coś - tu szaleje  covid, a tak dokładnie  jego zmutowana wersja delta. I teraz czymś ucieszę gorących przeciwników szczepień - ci co są już całkowicie  zaszczepieni albo nie chorują  wcale albo bardzo lekko, bo mają multum różnych  dotąd nie ujawniających się chorób. A ci zaszczepieni, którzy nie  chorują mogą być "bezobjawowi" i przekazują wiruska innym, sami nie chorując.  Stało się źle, bo w wielu landach ci zaszczepieni przestali zupełnie przestrzegać zasady noszenia masek tam, gdzie jest bliski kontakt z innymi.  

Nie wiem jak w Polsce, ale tu cały czas pisali, że pomimo szczepienia nadal mamy zachowywać wyższy poziom  higieny i w przestrzeni zamkniętej nadal używać masek i zachowywać odstępy. W tej chwili była pani Kanclerz, która teraz , do czasu uformowania się nowego rządu pełni nadal ten obowiązek, zwołuje na najbliższe dni posiedzenie wszystkich premierów Landów by podjąć kroki ochronne. Ale za wszelką cenę chcą utrzymać dzieci w szkołach. No cóż, życie nie jest jednak romansem.

No to tyle z okazji Dnia Niepodległości- na szczęście słonecznego, choć jest raptem 5 stopni ciepła.


wtorek, 9 listopada 2021

Już o tym wspominałam....

 ......ale ponieważ  w dalszym ciągu sporo osób przyjeżdża do Niemiec  samochodami to przypominam: w tych dniach wchodzi w Niemczech w życie  nowy taryfikator  mandatów za wykroczenia drogowe.

1. -   za parkowanie w miejscach objętych zakazem  zatrzymywania się  kierowca  zapłaci 55€ , zamiast dotychczasowych 15€.

2.-  przekroczenie szybkości w terenie zabudowanym o 16 do 20 km /godz. pozbawi kierowcę 70 € 

3. -jazda w terenie, na którym jest ograniczenie prędkości do 50km/godz  z prędkością    powyżej 90 km od teraz kosztuje  400€ a nie  200€  jak dotychczas.

4. - zaparkowanie na miejscu dla inwalidy - 55€ z kieszeni, dotychczas stawka była 35€

5.- zaparkowanie w miejscu dla  pojazdów uprzywilejowanych - 100€.

6.- nowość- parkowanie na miejscach przeznaczonych dla samochodów elektrycznych oraz samochodów z car-sharingu pozbawi winnego  55€.

7.- nie utworzenie korytarza  ratunkowego lub jazda nim to od 200 do 300 €

8.- blokowanie ścieżek rowerowych oraz parkowanie na chodniku kosztuje 100€ - dotychczas kara była 25€.

9.- jazda na tzw. "ryczącym silniku" to wydatek 100€.

I jeszcze jedno przypomnienie- jeśli w czasie pobytu w Niemczech trafi Wam się mandat i nie uregulujecie go, to jest więcej niż pewne, że gdy przyjedziecie do Niemiec następnym razem a  trafi się Wam po drodze kontrola policji, to będziecie musieli natychmiast tę zaległość uregulować, a jeśli nie  będziecie mogli tego zrobić to zgarną  Was do więzienia. Fama głosi , że są lepsze  od polskich.

Poza tym uprzedzam - radary czuwają i robią naprawdę świetne zdjęcia. O wiele lepsze niż fotograf w  Polsce do Dowodów Osobistych.Tu  szosy bywają patrolowane również dronami, bo wciąż jest mało ludzi w policji.  I nie wystraszcie się prostokątnych słupów pomalowanych na  ciemnoniebieski kolor ze sporą ilością małych okieneczek-  urządzenia w nich umieszczone testują  ruch samochodów ciężarowych, jego natężenie. Radary mają gustowny szary kolorek.   Korytarze ratunkowe są we wszystkich tunelach, więc miejcie oczy otwarte i nie  skaczcie z radości, że "środkowy pas jest pusty"- to jest właśnie pas dla ratowników. Ostatnio widzieliśmy jak jakiś debil radośnie nim popruwał  wzbudzając uśmiechy politowania innych kierowców wlokących się  nieco przeciążonym pasem.  Na wysokości Berlina część autostrad "robi" za miejską obwodnicę, która wciąż jest w stanie  budowania się i w związku z tym szybkość jest tu ograniczona do 80, a miejscami do  120 km na godzinę. 

"I to byłoby na tyle", jak mawiał klasyk w "60 minutach na godzinę."


niedziela, 7 listopada 2021

Wczorajszy wieczór......

                                        ...... spędziłam w Filharmonii Berlińskiej, która w trakcie przerwy w koncercie

wyglądała tak:

 a  od strony ulicy prezentuje się tak:

Wszystkie miejsca były na widowni zajęte, czyli 2 215 miejsc i.......uwaga moi Rodacy - wszyscy słuchacze, co do jednego, siedzieli cały czas w maseczkach i to bez względu na wiek.

Architektem głównej sali koncertowej był Hans Schauron, urodzony w Bremie, który swe dzieciństwo spędził w  Bremerhaven, mieście  nie za wielkim, ale  za to związanym  mocno ze statkami. 

Zanim Schauron przystąpił do projektowania, bardzo bystro obserwował ludzi słuchających muzyki poza salami koncertowymi. Zauważył, że najczęściej ludzie umieszczają muzykę w kręgu , słuchacze otaczają śpiewającego lub grającego na jakimś instrumencie  artystę, zanikają podziały na  "lepszych i gorszych", nie tworzą  żadnych barier. I te obserwacje zastosował w swym projekcie. Nie ma  tu  żadnej bariery oddzielającej wyraźnie orkiestrę od widowni. 

W pierwszym momencie projekt został  bardzo skrytykowany, ale bardzo spodobał się ówczesnemu dyrygentowi, Herbertowi von Karajanowi. Podobno  Karajan napisał nawet  list do władz Berlina, że jeżeli Filharmonia nie  będzie wybudowana wg tego wspaniałego projektu Schaurona, to on natychmiast porzuci orkiestrę filharmonii berlińskiej. Złośliwi twierdzili, że Karajan był dość samolubnym typem lubiącym mocno brylować i dlatego tak  bardzo popierał projekt, bo wtedy byłby w centrum zainteresowania.

Sufit głównej sali koncertowej jest  na wysokości ponad 20 metrów. Gdy stanie się pośrodku miejsca dla orkiestry, przy odrobinie  wyobraźni można się  poczuć jak w dolinie otoczonej wzgórzami o różnej wysokości.  Te wszystkie zwisające z sufitu "akcesoria" mają  znaczenie dla akustyki sali. Co ciekawe, właściwie  wszystko co się tu znajduje jest podporządkowane akustyce- nawet rozmiar oparć foteli, który jest zależny od ich usytuowania na sali. Na dole  sali są one  niższe, na samej górze dużo wyższe.  W transmisji dźwięków  biorą udział nawet obudowy reflektorów nad sceną, pełniąc też i drugą funkcję - ozdobną. Niewątpliwą  ciekawostką jest fakt, że bez potrzeby  opuszczania widowni można swobodnie przemieszczać się pomiędzy sektorami. Umożliwiają to liczne schody z metalowymi poręczami, co niektórzy kojarzą z wpływem na Schaurona jego dzieciństwa spędzonego w mieście,  w którym królowały statki.

Z uwagi na 4 falę pandemii musieliśmy siedzieć w maskach ( nie wiem jak będę żyła bez maski), widzowie zostali podzieleni  na różne  grupy , by przy szatni nie było w tym samym czasie zbyt wielu osób na raz. Przy wejściu sprawdzano nam świadectwa szczepień  skanerami  oraz  dowody osobiste.

Samym koncertem byłam ciutkę rozczarowana- najwięcej   było takiego prawdziwego flamenco, tanga były "cieniutkie", no bo co to za tango gdy gra tylko pianista, kontrabasista, bandoneonista, 2 gitary i perkusista. Takie prawdziwe tango wymaga jednak orkiestry, w której są też i skrzypce. Poza tym para taneczna nie błyszczała. No ale ja jestem rozbestwiona.  Miałam  nadzieję, że zagrają "Libertango"  Piazzolli, z solówką  bandoneonu:

Moim koncert się podobał, Młodszy cały czas  "pracował" rękami - wszak on  uczy się  nadal gry na gitarze.

Lubię bywać w berlińskiej  Filharmonii - spędziłam już tu kilka miłych koncertów noworocznych, w których brał udział mój starszy wnuczek, gdy śpiewał w Mozartowskim Berlińskim Chórze Dziecięcym.

Teraz  bardzo chcemy "upolować" bilety na koncert przy świecach. Tym bardziej, że w programie ma być Vivaldi i jego  "Cztery Pory Roku". Może być trudno, bo sala jest nieduża.     




czwartek, 28 października 2021

Chyba pomału ......

                              ..... zaczynam wpadać w otępienie  zimowe.

Mało piszę, bo mi szkodzi pozycja siedząca, to raz, a dwa- muszę sobie wymodzić coś na tzw. głowę, bo zima idzie,  co oznacza, że sobie  dziabię szydełkiem czapeczkę. Ale mi jakoś  słabo idzie, dawno nic nie  "heklowałam". Więc dzielę czas pomiędzy siedzeniem przy kompie lub  dłubaniu czapeczki.

Poza tym w najbliższą niedzielę idę  się po raz trzeci szczepić p. covid 19.  I idę to zrobić w dobrym towarzystwie, czyli w towarzystwie własnego zięcia, który z kolei przyjmie  drugą, inną szczepionkę, tym razem  Pfizera, bo poprzednio szczepił się szczepionką J &J. Niestety siedmiodniowy wskaźnik zachorowalności wzrósł z 80,4  (w poprzednim tygodniu) na 118 dziś. Ten wskaźnik to jest ilość zachorowań na 100 tysięcy mieszkańców.  No i lepiej żebym nie zachorowała, bo brak jest pielęgniarek a na każdych dwóch pacjentów OIOM-u potrzeba aż trzech pielęgniarek. Czyli wg statystyki na jednego pacjenta covidowego potrzeba półtorej pielęgniarki.

Znów śniło mi się, że jadę samochodem z Monachium w stronę Alp, znów zamierało mi serce na widok startujących paralotniarzy i czułam ten nieco groźny oddech gór. Wiem, wiem, mamy w Polsce Tatry, ale nic im nie ujmując w porównaniu z Alpami to miniatura gór.  Alpy mają 1200 km długości, 150 - 250 km szerokości i powierzchnię 220 tysięcy  km kwadratowych. Ciągną się od Morza Śródziemnego po Dolinę Dunaju w okolicy Wiednia. Wiele wysoko położonych dolin alpejskich było miejscem wczesnego osadnictwa i prymitywnego rolnictwa. Miejsca te były  bardzo nasłonecznione, miały dużo słodkiej, czystej wody, opału i materiału budowlanego a ich odosobnienie  zapewniało osiedlającym się tam ludziom bezpieczeństwo.   W Szwajcarii, w jaskini Drachenloch, położonej na wysokości 2445m nad poziomem morza, odnaleziono ślady palenisk, które są  datowane na epokę międzylodowcową, a ślady wypasu bydła, wg  archeologów pochodzą sprzed 12000 lat.

W Alpach nadmorskich i Haupte-Provance osady były zawieszone na niezdobytych skałach co skutecznie broniło osadników przed bandytami, najeźdźcami a  z czasem przed poborcami podatków.

W czasach  Średniowiecza  wiele społeczności rejonu Alp wypracowało sobie  niezależność. 52 Komuny Briancon uzyskały kartę swobód już w 1343 roku i zachowało swą samorządność aż do czasu rewolucji francuskiej.

Wiele miejsc uniknęło ścisłej kontroli władców z powodu braku  dogodnej łączności.  Np. do Barcelonette drogę wybudowano  dopiero w 1883 roku - do tego czasu można tu było dotrzeć tylko po 15 godzinach jazdy na mule. A wsie w okręgu Gorges du Verdon dostąpiły połączenia ze światem zewnętrznym dopiero w...1947roku.

Wiele dróg w Alpach powstało w celach czysto strategicznych, np. najwyżej położona droga w Europie na przełęczy Col du Galibier, 3242 km nad poziomem morza, wybudowana w latach trzydziestych XIX wieku jako część francuskiej przygranicznej linii obronnej.

Najkrótszym przejściem przez Alpy jest przełęcz Św. Gotarda. Leży na wysokości 2108 m i jest konkurencją dla innych dróg na przełęczach wyżej położonych. W 1882 roku otwarto linię kolejową przełęczą św. Gotarda. Trasa prowadzi przez system tuneli, w tym również przez tunel spiralny. W 1980r uruchomiono obok tunelu kolejowego tunel dla samochodów- jego długość to 16,5 km, ma 6 "nitek" i ma tę zaletę, że jest czynny okrągły rok, bez względu na pogodę.




Dołączam kilka filmików z YT, jako że własnych nie mam, a zdjęcia , które miałam w dalszym ciągu tkwią na dysku zepsutego starego kompa.




 

A poza tym już czekam na ten wieczór listopadowy w Filharmonii- flamenco i tango - "to je ono" jak mawiają bracia Czesi.

                                 


środa, 20 października 2021

Mix, czyli jak zwykle.......

                                      .......niemal "groch z kapustą".

A na początek muszę Wam pokazać obraz, w którym się zakochałam od pierwszego spojrzenia:

Namalowała go moja  "Bratnia Duszyczka", czyli  Joanna Rodowicz. I wiedząc, że zawsze czekam na to co namaluje przysłała mi jego zdjęcie i jeszcze dwóch obrazów:       poniżej Saksofonistka

            I w deszczu może być kolorowo.

Joasiu, jest mi smutno, bo sobie uświadomiłam, że ostatni raz widziałyśmy się  cztery lata temu.

No tak, 17 tego miesiąca stuknęło mi 4 lata od chwili zamieszkania w Berlinie. Czas zleciał szybko, choć jak wiecie nie zawsze było fajnie i wesoło.

A więcej obrazów Joanny możecie  zobaczyć np. tu:  www.joannaart.eu

A dziś u mnie rano wyglądało całkiem jesiennie:

I nawet było niemal ciepło, bo 16 stopni. Ale  gdy właśnie "dojrzałam" do wyjścia z domu - zaczął padać deszcz.

Budynek po drugiej stronie ulicy przyodziany w  rusztowania i pokrowce ochronne -przechodzi lifting- na razie z miesiąc urzędowali na dachu, teraz biorą  się za  renowację elewacji.

Wyczytałam wczoraj, że jeżeli sytuacja epidemiologiczna w Niemczech nadal będzie tak dobra jak teraz, to dzień 30 listopada będzie ostatnim dniem "stanu wyjątkowego", co oznacza, że wreszcie będą normalnie otwarte muzea i galerie. Ale kilka linijek dalej wyczytałam już mniej radosne  wieści z dnia dzisiejszego, że w Wielkiej Brytanii  wariant Delta ujawnił się u iluś osób w nowej postaci, czyli wariant Delta  Covid-19 raczył zmutować. Zwariować można ze szczęścia!  W kilka godzin później już pozbawiono ludzi złudzeń, twierdząc, że nadal będą obowiązywały maseczki w publicznych miejscach  o zamkniętej przestrzeni i wymagane świadectwa szczepień lub negatywne testy.

Wczoraj w swym pobliskim sklepie doznałam  lekkiego wstrząsu - ponieważ tu prasa podaje komunikaty, co wkrótce zdrożeje, przezorni i oszczędni ruszyli do boju. Ma zdrożeć papier, więc była pusta półka z papierem toaletowym, ale udało mi się  załapać na ostatnie dwie rolki ręcznika  kuchennego, który był celem mojej wizyty w tej części sklepu. Brakowało też papieru do pieczenia, takiego w  arkuszach no ale były aż dwa opakowania takiego w rolce, więc sobie jedną zafundowałam. Ponieważ jesień to u mnie zaczynają gościć ciasteczka owsiane lub inne wypieki bezglutenowe,  znurkowałam  w poszukiwaniu odpowiednich  składników- duże opakowania czekolady do wypieków już wyparowały, rodzynki  nasączone rumem też  przetrzebione, mielone orzechy, migdały i tp.- wyparowały.

Na dzisiejszą noc i na jutro  przewidywane są w Niemczech bardzo silne wichury i obfite opady deszczu. Z tego powodu mogą być duże utrudnienia w ruchu kolejowym i lotniczym zwłaszcza we Frankfurcie nad Menem, Kolonii, Bonn. A najbliższy weekend będzie kiepściuni- temperatury nie przekroczą 10 stopni Celsjusza.

Polak potrafi- w poniedziałek na autostradzie A4 w Niemczech 22-letni nasz rodak wjechał na autostradę "pod prąd", zderzył się z kilkoma pojazdami a w końcu rozbił się o barierki. Jego Opel-Corsa niemal  całkowicie  był zgnieciony, on sam i towarzyszący mu pies ulegli bardzo rozległym  i ciężkim obrażeniom. Kierowcę helikopterem zabrano do szpitala, wstępne badanie wykazało, że był pod wpływem narkotyków. A pies, który w chwili przybycia  policji był już konający, został po prostu zastrzelony. Autostrada A4 była  całkowicie wyłączona z ruchu w obu kierunkach przez kilka godzin.

23 b.m. ma wejść  na niemieckie  ekrany film Wojtka Smarzowskiego "Wesele". Wg reżysera film ma  być o manipulowaniu emocjami i ostrzeżeniem przed mową nienawiści. Tylko nie wiem, czy kina będą czynne.

I coś co mnie nieco bulwersuje- 96-letnia  sekretarka obozu koncentracyjnego Stutthof, która kilka dni temu uciekła, została w ciągu jednego dnia  złapana i doprowadzona przed sąd i osądzona za współudział w zabójstwach więźniów.  Śmieszy mnie to - bo od końca wojny minęło 76 lat, więc nie rozumiem, czemu nikt nie wpadł wcześniej na to by karać za współudział.

I ostatnia  radosna wiadomość- nie będzie w Niemczech ograniczenia szybkości do 130 km/h na odcinkach dotychczas nie objętych ograniczeniem szybkości. Temat był aktualny na czas wyborów. No i coś do posłuchania, czyli Mozart dobry na wszystko

Miłego Wszystkim!




 



poniedziałek, 11 października 2021

Muszę .......

                     .......Wam coś pokazać.

Przed Muzeum Tempel, w bawarskiej  miejscowości  Etsdorf, pewien artysta, p. Wilhelm Koch, by uczcić szesnastoletnie rządy  odchodzącej właśnie pani Kanclerz Angeli Merkel, wykonał taki oto pomnik:


Złota w kolorze  pani Angela, siedząca na złotym koniu, oboje  wpatrzeni na wschód, w  stronę wschodzącego słońca.

Pomnik jest wykonany z lekkiego betonu pochodzącego z recyklingu, wykonany w technice 3D. Przez  sześć miesięcy będzie własnością Muzeum a potem trafi .........na sprzedaż.

No więc jeśli ktoś z Was ma jakąś  niewielką posiadłość może wystartować by się na ten pomniczek załapać.

Mnie to się on nawet podoba, poza tym jakoś przez te 16 lat polubiłam  panią Angelę Merkel i smutno mi, że już odchodzi. No ale ja nie mam żadnej posiadłości więc nie miałabym gdzie tego postawić.

Miłego nowego tygodnia dla Was! I może teraz  trochę jazzu?

                      




niedziela, 10 października 2021

Wczorajszy wieczór........

                                      .........spędziłam od godz. 19,00 do 22,30 w tym budynku:

 
czyli byłam w Staatsoper Berlin.  Jak sami widzicie, budynek ładny, ale nie powala swą wielkością.
Opera w Warszawie jest znacznie większym budynkiem.

A tu kilka zdjęć zrobionych  zaraz po wejściu  do środka :






 Kamień węgielny pod budowę gmachu  wmurowano we wrześniu 1741 roku, a już w grudniu 1742 roku nastąpiło otwarcie opery i sezon  rozpoczęto wystawieniem opery "Cezar i Kleopatra." W swej historii budynek "przeżył" kilka pożarów. Ale największe  zniszczenia nastąpiły w czasie II wojny światowej a w wyniku podziału Niemiec i Berlina, Opera Narodowa  znalazła się w Berlinie Wschodnim i miała nazwę  Deutsche  Staatsoper Berlin. Odbudowa  po wojnie trwała do 1955 roku.    Po zburzeniu Muru Berlińskiego budynek powrócił do swej starej  nazwy - Staatsoper Berlin.  Sala widowiskowa jest mniejsza niż w budynku  warszawskiego Teatru Wielkiego Opery i Baletu. Niewątpliwym  plusem jest baaardzo duży  podziemny parking (oczywiście płatny), bo jak już nie jeden raz pisałam- parkingów w Berlinie  brakuje. A podłogi na tym parkingu to chyba nie tylko myją ale i  froterują- jest czysto i przestronnie.

Ceny biletów są zróżnicowane - uzależnione od tego kto występuje. I zupełnie jak w Warszawie - za oglądanie artystów wielkich i z "importu" bilety są znacznie  droższe. Najlepsze miejsca kosztują po  200€ , ale są też  miejsca po 30€, z których niewiele widać i są określane jako "miejsca do słuchania".  Poza tym jest też system różnych zniżek, ale nie napiszę Wam jakich - wiem tylko, że są zniżki dla dzieci. Nad sceną, w dwóch miejscach jest wyświetlana w dwóch językach - niemieckim i angielskim -treść tego co śpiewają postacie na scenie.

Wczoraj oglądałam Mozartowską operę "Cosi fan tutte". I, tak z ręką na sercu, mam nieco mieszane uczucia. Muzyka- jak zwykle- Mozart to jednak zawsze muzyka jest piękna. Co do obsady - głosy świetne, optycznie - wszyscy wysoce estetyczni, pasujący do swych ról, nikt nie  zatłuszczony i nie  miał wyglądu zniszczonego życiem  emeryta.  Jedno co mnie nieco zaskoczyło - niewiele to miało wspólnego z librettem klasycznej opery Mozarta- treść była po prostu wielce współczesna, kostiumy zupełnie  współczesne,  nawet nieco golizny na scenie, łącznie ze strojem typu toples. Jak mi wytłumaczyła córka, to wiele oper jest teraz w ten sposób wystawianych, żeby przybliżyć  świat dawnej opery do współczesności. No i zabawne - dzięki temu, że napisy były w dwóch językach orientowałam się "co jest grane".

Publiczność nagrodziła artystów nieustającymi przez 15 minut brawami. Nasz młodszy, który już w trakcie przerwy umierał z głodu, gdy w trakcie końcowych braw córka mu powiedziała, że może już wyjdziemy bo on taki głodny -stwierdził: "nie, aplauz ma pierwszeństwo przed głodem". A on jeszcze młodziak, w lutym skończył 10 lat.

Artyści byli najwyraźniej szczęśliwi, że wreszcie mogą występować a publiczność też stęskniona. Co prawda widząc te dzikie tłumy w bufecie zastanawiałam się czego byli bardziej stęsknieni - bycia w tłumie  jako takim czy widowiska.

Oczywiście przy wejściu sprawdzano nasze paszporty covidowe i dokumenty tożsamości. Potem, już na sali wyświetlono komunikat, że gdy zacznie się przedstawienie będzie można zdjąć maseczki, co oczywiście uczyniło 99,9% widzów. Oczywiście po skończonym przedstawieniu maseczki znów pojawiły się  na wszystkich buźkach.

Z tego wszystkiego poszłam spać około 2 w nocy, bo  musiałam po powrocie zjeść kolację i nieco po niej odczekać  ze  spaniem.

A teraz  w rodzinie 2 tygodnie ferii wykopkowych, wkurzających większość rodziców.

Przede mną jeszcze jedno "wyjście "- koncert w Filharmonii- już się nie mogę  doczekać, jakoś strasznie daleko do tego listopada.


 


sobota, 9 października 2021

Chciałabym, naprawdę chciałabym......

                                                      ........napisać coś miłego, zabawnego, pozytywnego, ale nie da się.

Bo życie jakieś mało zabawne  jest. I nie tylko dlatego, że już  dawno mi minęła  młodość, że zmienił mi się w 2019 roku stan cywilny i nie dlatego, że wciąż coś mnie boli. 

Stosunkowo mało mnie dotknie nowy niemiecki cennik za wykroczenia drogowe, bo pozbyłam się swego samochodu i jest już przerejestrowany na moją córkę. Ale podam Wam tę nowość, bo może komuś zachce się przyjechać do Niemiec samochodem, taki skrócony cennik "przestępstw" drogowych. 

A więc:  jazda pasem awaryjnym będzie teraz  kosztować 200 do 300 €, parkowanie na ścieżkach rowerowych i chodnikach -  100€, jazda z tzw. "ryczącym silnikiem"  - 100€, zajęcie miejsca dla inwalidy i dla służb  uprzywilejowanych - 55€, przekroczenie szybkości w miejscach, gdzie jest ona ograniczona do 50 km/h i jazda w takim  terenie z prędkością 90 km/h pozbawi winnego 400€, przekroczenie prędkości o16-20 km/h w terenie  zabudowanym pozbawi nas 70€. Jednym słowem trzeba się poruszać  tylko z dozwoloną w  danym terenie prędkością i przestrzegać wszelakich  zakazów i nakazów.

Ale to nie koniec mało fajnych wiadomości- rosną tu ceny - niemal wszystkiego. Rosną ceny pszenicy, bo susza nie sprzyjała rolnictwu, ucierpieli  tacy światowi producenci pszenicy jak Kanada i Rosja. Wzrosły też ceny celulozy, co odbije się na....cenie papieru toaletowego - wzrosną o 10%. Wzrosną też ceny napojów bezalkoholowych w szklanych butelkach o 3 do 4 %, ale Coca Cola będzie droższa o 7%. I dobrze, nie piję. 

Firma Henkel już informuje, że jej produkty: Persil, Pril, Bref, Somat&Co zdrożeją o 12,5%. Są to wszystko co prawda ceny dla sklepów, no ale nie wiadomo jak różne  "sieciówki" i dyskonty poradzą sobie z tymi podwyżkami cen, bo wszak ceny  paliwa też skoczyły w górę.

Zostałam  zaskoczona wiadomością, że 30 lat  temu z inicjatywy Niemiec , na tyłach  warszawskiej fabryki Wedla, pomiędzy północnym brzegiem  Jeziorka Kamionkowskiego a aleją Emila Wedla powstały Ogrody Niemieckie i zawarte  zostało  Braterstwo Warszawy i Berlina. I teraz, w 30 rocznicę zawarcia owego braterstwa, burmistrz Berlina  zasadził w owym Ogrodzie  pamiątkowe drzewko.  Zapewne zdziwicie się, że jako warszawianka mieszkająca w tym mieście od urodzenia nic o tym "Braterstwie Warszawy i Berlina"  nie wiedziałam, ale  te Ogrody Niemieckie są usytuowane na praskim brzegu Warszawy, na którym bywałam tylko i wyłącznie wtedy, gdy  musiałam a i to najczęściej bywałam tylko w ZOO, które jest blisko  brzegu Wisły.

A pan Wedel był potomkiem niemieckiego imigranta, Karola Wedla, który w 1851 roku przyjechał do Warszawy i przy ulicy Miodowej założył swą pierwszą małą cukiernię wraz z niedużą  manufakturą.

W r. 1874 Emil, syn Karola,  dostał od ojca sklep i manufakturę w prezencie ślubnym.  Z kolei syn Emila Wedla - Jan przeniósł produkcję do nowego miejsca, na Pragę, na ul. Zamoyskiego, na której firma istnieje do dziś. A jeśli będziecie w Warszawie - koniecznie  wpadnijcie na ul. Szpitalną - tam jest sklep firmowy Wedla i......pijalnia czekolady, gdzie spędziłam bardzo, bardzo wiele  miłych chwil. I nie jeden raz, w czasach słusznie minionych, stałam w olbrzymiej kolejce by kupić Ptasie Mleczko  i Mieszankę Wedlowską.  A wiecie, że Ptasie Mleczko jest produkowane  już od 1936 roku?

Jeśli kogoś interesuje  dokładniejsza historia Fabryki Wedla- znajdziecie ją w internecie,  tutaj.

U mnie piękna pogoda, tyle tylko, że mało ciepła- raptem 9 stopni ciepła. Ojej, zachciało mi się ..... czekolady. Nie mam pitnej to schrupię ze dwie kostki gorzkiej, 85% kakao. I niestety nie wedlowskiej a importowanej z Madagaskaru. I posłucham nieco muzyki:


Miłego weekendu Wszystkim!!!


czwartek, 7 października 2021

Ogarnęło mnie......

                               .....lenistwo. 

I to totalne, tak totalne lenistwo, że nic mi się nie chce  robić. Siedzę i słucham starej płyty , o tej:


I po raz kolejny zachwycam się tekstami Mogielnickiego i Zeliszewskiego i  muzyką Romualda Lipko. I przykro mi, że już nic nie skomponuje.

A pogodę za oknem mam prześliczną, 16 stopni w cieniu, zero wiatru a słońce szaleje.  Słońce będzie podobno tu do niedzieli włącznie, potem już niestety słotna  jesień  zapuka do drzwi. A w Alpach już może spaść śnieg i zrobić się całkiem zimno. No ale ode mnie do Alp jest jednak  daleko.

Pracownicy budowlani w Niemczech  grożą strajkiem ogólnokrajowym - żądają podwyżki płac o 5,3 %,  zwiększenia kwot na pokrycie przejazdów do i z placów budowy  (niektórzy mają naprawdę daleko do swojego miejsca pracy), wyrównania płac pracowników  zatrudnionych na terenach  byłego NRD do poziomu  wynagrodzeń pracowników zatrudnionych w krajach  związkowych. W budownictwie  zatrudnionych jest około 900 tysięcy pracowników. Poprzedni strajk "budowlańców" był w 2002 roku.

Niestety od  stycznia nowego roku 2022 wzrosną tu opłaty pocztowe na wszystkie listy i przesyłki. Poprzednia podwyżka taryf pocztowych była w 2019 roku. Chyba mnie to nie zrujnuje, zwykłych listów  nie piszę. No i szykują się też inne podwyżki.

Mamy tu temat tabu- czyli problem napływu nielegalnych imigrantów, który trwa od  lata tego roku- przybywają tu Mołdawianie i mieszkańcy Bliskiego Wschodu. Komentatorzy twierdzą, że  to jest jeden ze sposobów Białorusi by wymóc na UE by zniosła sankcje wobec Białorusi. Krytykowany jest niemiecki rząd, że się tą sprawą nie zajmuje i nie przejmuje i że nawet w czasie  akcji przedwyborczych nikt tego tematu nie poruszał. Nieomal pochwalono Polskę za to co robi w tej materii. A tu rząd nadal jest zajęty swymi narodzinami - czyli kto z kim się zwiąże i na jakich warunkach by utrzymać się u władzy.

No cóż, nic nie boli tak jak życie, choć pogodny weekend jeszcze przed nami.


czwartek, 30 września 2021

Zanudzę Was i mnie zapewne.....

                                                    .....znielubicie. 

Ale pomimo tych obaw- zaryzykuję - podobno tylko nieboszczycy nie ryzykują, a ja jeszcze  w tym gronie nie jestem. Wiem, miałam nie  zaglądać do prasy, ale wiecie jak to jest z nawykami - zupełnie tak samo jak z paleniem, piciem i obżeraniem się. Wiemy, że to szkodliwe,  ale zaglądanie  do prasy jakoś mi nie przeszło- może właśnie dlatego, że nie oglądam zupełnie TV.   Ale tu przynajmniej nie zaglądam do polskiej prasy, tylko do niemieckiej.

Może zacznę tak nieco rozrywkowo - w pewnym Domu Seniora w Krumbach (Bawaria) jedna z pensjonariuszek hodowała na swym balkonie  roślinkę, której wygląd  zaniepokoił personel. Ową roślinką, wielce zieloną i liściastą były... konopie indyjskie. Właścicielka owej roślinki, pani w wieku 91 lat,  nie wiedziała co to za roślinka, nie umiała też powiedzieć  skąd wzięła nasionka i była bardzo zasmucona, że jej ową roślinkę zabrano i że zostanie ona zniszczona. Nazwa "konopie indyjskie" nic a nic jej nie mówiła. Od razu przypomniał mi się film o jakiejś  francuskiej babci, która hodowała taką roślinkę i jej posiekane listki dodawała do sałatki  warzywnej - a tę sałatkę  uwielbiał jej nastoletni wnuk. Z całego filmu zapamiętałam tylko tę sałatkę - dziwne, prawda?

A w  środę wieczorem, czyli 29.b.m. Kilonię nawiedziło najprawdziwsze tornado. Spacerujący molem turyści zostali zaatakowani latającymi przedmiotami, niektórzy porwani  wiatrem powpadali do morza, 4 osoby zostały niestety ciężko ranne. Dekarze będą mieli w mieście mnóstwo pracy, bo  jest sporo pozrywanych dachów.

Jeśli ktoś z Was ma zamiar kupić  Opla, to być może poczeka  na wymarzony model, bo fabryka w Eisenach, z powodu braku półprzewodników wstrzymuje  produkcję  aut do końca tego roku.  Pandemia poprzerywała tzw.  łańcuchy dostaw, cały przemysł elektroniczny czeka na półprzewodniki i inne elektroniczne "duperele" no i te nieszczęsne auta też czekają. Pracownicy  Opla "pójdą na tzw. wynagrodzenie postojowe". Właściwie to wszystkie  fabryki samochodowe produkują samochody, które czekają na różne  brakujące podzespoły. I każdy teraz drży, by mu się nie zepsuł któryś  ze sprzętów AGD, bo może być kiepsko z nabyciem  nowego egzemplarza laptopa, odkurzacza czy też smartfona. Tak to jest gdy się produkcję różnych podzespołów  umieszcza daleko od głównego wytwórcy tylko   dlatego, że jest dużo wyższy zysk.

I tak ogólnie - zaczyna się regres w produkcji samolotów Boening 747. Wielkie Jambo Jety pójdą już w odstawkę. A Airbus, którego sprzedano zaledwie 250 sztuk,  z końcem tego roku zaprzestanie je produkować.

A Wielka Brytania,  radośnie wychodząca nie tak dawno z Unii Europejskiej,  zaczyna odczuwać coraz  boleśniej skutki tego kroku- brakuje  benzyny, tworzą się kolejki pod stacjami benzynowymi (znam to, przeżyłam w Polsce, kiedyś z dzieckiem w samochodzie stałam 7 godzin w kolejce do stacji), brakuje towarów w supermarketach, brakuje 100 tysięcy kierowców ciężarówek, są kłopoty z transportem towarów spożywczych, zwłaszcza tych z krótkim terminem przydatności do spożycia. I po raz pierwszy Wielka Brytania wypadła z listy 10 najważniejszych partnerów handlowych Niemiec. I to są, moi kochani, skutki brexitu!!!!!  I choć partia rządząca w Polsce głośno mówi, że polexit to nie jest jej plan, ale niestety do niego zmierza swym postępowaniem.

No i raczej w całej Europie szalenie mają skoczyć w górę ceny gazu ziemnego i energii. A meteorolodzy przewidują, że ta  zima będzie zimna tak,  jak to zima być powinna. No to chyba muszę wreszcie zrobić sweter, który zaczęłam dłubać w ub. roku. Z  założenia ma  być cienki, ciepły i długi. Ciekawe czy mi się to uda.

A skutki ogólnoświatowej pandemii też dają  wszystkim  "popalić "- chiński deweloperski gigant Evergrande, mający 305 miliardów dolarów  zobowiązań,  poinformował swych inwestorów, że może nie być w stanie ich spłacić - kurs akcji tej firmy spadł od stycznia aż o 80% i jest obawa, że może nastąpić efekt domina. 

I na koniec miły akcent - Niemcy czczą 100-lecie urodzin  Stanisława Lema.  A urodził się 12 lub 13 września 1921 roku. Nie wiedziałam dotąd, że tak bardzo lubili twórczość  Lema i niemal wszystkie  napisane przez niego książki są przetłumaczone na język niemiecki.

Ostatnia wiadomość - niestety wzrasta w Niemczech dobowa liczba  zachorowań na covid-19, co gorsze- wzrasta niestety i śmiertelność.  Ma wejść również nowy przepis- w każdej samochodowej apteczce mają być dwie maseczki FFP2 oraz ma wzrosnąć wysokość mandatów za nieprzestrzeganie przepisów drogowych. 

Na ten sam pomysł wpadli również w Polsce- podobno mandaty mają być jeszcze przed końcem tego roku w wysokości od 1000 do 5000 złotych - no trzeba przecież jakoś podreperować  budżet na te 500+ i inne plusy i dodatki. Bo wiecie - ci co są adresatami owych "plusów" zupełnie nie kojarzą, że pieniądze które dostają to zrzutka  całego społeczeństwa, bo żadne  państwo nie ma własnych pieniędzy.

A na weekend do posłuchania:



Miłego weekendu Wszystkim!!!!


środa, 29 września 2021

Pamiętacie film o Greku Zorbie?

 Przeglądając dziś prasę niemiecką dopiero teraz wyczytałam wiadomość, że 2 września tego roku zmarł  w Atenach Mikis Theodorakis- miał 96 lat.  Był kompozytorem i politykiem.

Skomponował muzykę do pięciu oper, ośmiu baletów, komponował muzykę kameralną,  utwory symfoniczne, kantaty i oratoria . Był  również kompozytorem ponad 100 piosenek, komponował też muzykę filmową, hymny, między innymi hymn na rozpoczęcie Olimpiady w Grecji.

Theodorakis nie dzielił  muzyki na poważną i rozrywkową- wg Niego muzyka  mogła być tylko dobra lub niestety zła.

Znalazłam na YT "Złotą kolekcję" muzyki Theodorakisa, więc posłuchajcie:


 Smutno mi, znów odszedł ktoś, z kim mi się kojarzy moja młodość.


poniedziałek, 27 września 2021

Zupełnie nie zaplanowany.......

                                                   ..........wypad do parku. 

Tak się  jakoś składa, że jesteśmy rodziną, która hołduje  planowaniu. Na ten weekend  nie mieliśmy nic zaplanowanego w sensie wypadu poza domowe pielesze, więc spędziłam leniwe przedpołudnie  i gdy  szykowałam dla siebie lunch  zatelefonowała do mnie córka, że właśnie wpadli na pomysł, by pojechać do parku, w którym jeszcze nigdy nie byli, choć mieszkają w Berlinie już 8 lat. 

Bo park jest daleko, bo dojazd komunikacją miejską mówiąc wytwornie  uciążliwy bo trzeba się ze 3 razy przesiadać a poza tym pogoda się zrobiła  piękna, ma być 25 stopni ciepełka, więc może bym z nimi tam samochodem pojechała. I jeśli tak, to  za godzinę po mnie podjadą. I choć mój stary hyundai getz nie jest wytwornym samochodem, to na jeżdżenie po Berlinie i okolicach zupełnie wystarcza i ma  "getzunio" jedną zaletę- jest po prostu nieduży i zaparkuje  tam, gdzie się żadna "porządna, markowa bryka" się nie zmieści, co w pełni docenia mój  zięć. Wnuki mniej. Poza tym  getz jest samochodem bezawaryjnym.

Wrzuciłam na swój wewnętrzny ruszt lunch i pojechaliśmy. Tak naprawdę to myślałam, że jesteśmy już dawno poza Berlinem, bo bardzo długo jechaliśmy kawałkiem autostrady ale to było tylko moje  złudzenie. Wpierw krążyliśmy długo i namiętnie by znaleźć jakieś miejsce do zaparkowania, bo jak to w Berlinie- znalezienie miejsca na  parkingu przypomina szukanie złotych samorodków w dopływach Wisły lub Odry- notoryczny brak takowych. Udało się na trzecim parkingu - było  właśnie  jedno, takie nieduże miejsce, w które  jadący przed nami  "prawdziwy samochód", czyli duże BMW, nawet nie usiłował wjechać, tylko na moment kierowca zwolnił i pojechał dalej.

Park  ma  bardzo dziwny kształt, bo jest "obudowany" dokładnie ogródkami działkowymi, cmentarzem i  osiedlem. Kiedyś , w latach osiemdziesiątych, urządzono w tym miejscu wystawę ogrodniczą i park jest właśnie na jej  miejscu. Niewątpliwą atrakcją jest jeziorko.  Jedną z  zatoczek jeziorka zajmują miłośnicy pływających modeli. Z przyjemnością  posiedziałam na brzegu oglądając jak się chłopcy w wieku 50+ pięknie  bawią pływającymi  modelami:





Siedziałam, przyglądałam się modelom, ludziom i słuchałam muzyki country, która dobiegała z pobliskiej estrady na drugim brzegu zatoczki , którą przemierzały wzdłuż i wszerz pływające modele. Pływała też jedna kaczka, łyska, na której pływajace modele nie robiły żadnego wrażenia, ale z daleka marnie się prezentowała w smartfonie, więc nie mam jej portretu.

Potem poszliśmy obejrzeć różne rośliny  dekoracyjne - fotki poniżej.


Nie mam zupełnie pojęcia dlaczego ktoś ochrzcił te maluteńkie kwiatki  "Czajkowski"



                       Zwróćcie , proszę, uwagę na nazwę tych białych róż- jest na  tabliczce.


A to jedna z dwóch fontann - ta  jest co prawda nieczynna, ale jest dobrze oświetlona.Ta, która była czynna - była w głębokim cieniu i fotka nie udała mi się.


                          Te róże mnie zachwyciły - one mają złociste płatki pod spodem 


                             I dawno nie widziałam tak równiusieńko uformowanego żywopłotu


                                                 Kwitnąca trawa też mi się bardzo podobała.





I moje ulubione  drzewko - klon japoński w dwóch wersjach - młodszej, wyglądającej  jak krzew i starszej- już uformowane drzewo.

I jeszcze tylko:

  rzut oka na "filary" mostu przerzuconego nad zatoczką jeziorka, oraz dwa zerknięcia na  jeziorko. 

 

                             Ta dziwna budowla po drugiej stronie jeziorka to restauracja


A i jeszcze coś- kiedyś po terenie parku kursowała mini kolejka wąskotorowa, niestety część szyn uległa uszkodzeniu, a teraz już nikt nie produkuje takich mini szyn do mini kolejki. A szkoda.

W drodze do domu wstąpiliśmy na super-hiper lody w Steglitz - wybrałam dla siebie marcepanowe i czekoladowe z kawą. Mogłabym je  zjadać codziennie. Pal nędza ewentualne przytycie!

Jak na moje ostatnie  dolegliwości to strasznie  się złaziłam po tym parku i z trudem wygramoliłam się pod swoim domem z samochodu. Ale warto było! I pogoda była super i park naprawdę piękny.

Miłego nowego tygodnia  dla Was, może wraz z taką muzyką w tle: