Siedzimy dziś w domku, na dworze zimny hula wiatr i w pewnej chwili dzwoni
dzwonek u drzwi.
Ponieważ akurat coś pisałam, to mój mąż poszedł otworzyć drzwi. Myślałam,że
może córce zmieniło się coś w popołudniowych planach, ale słyszę, że mój coś
komuś tłumaczy w obcym języku, czyli po angielsku.
Okazało się, że przydreptała przesympatyczna sąsiadka która mieszka pod nami.
Przyszła, z dzieckiem na ręku, żeby nas przeprosić, bo dziecko w nocy bardzo
głośno płakało bo jest chore , ma zatkany nosek a do tego kaszel i długo nie
dawało zapewne nam spać swym płaczem. Więc ona przyszła nas przeprosić
i w ramach przeprosin mały Oskarek przyniósł nam pudełko pralinek.
No normalnie wcięło nas- no fakt, mały płakał, ale nas tym płaczem nie obudził,
bo płakał jeszcze przed północą a my jeszcze nie spaliśmy.
Tłumaczyliśmy tej młodej osobie, że nic nam jego płacz nie przeszkadzał,
życzyliśmy maluszkowi zdrowia i naprawdę byliśmy wręcz zażenowani taką
reakcją tej młodej mamy. Chłopczyk nie ma jeszcze dwóch lat, jest ślicznym
blondynkiem i bardzo ładnie się uśmiechał i pokiwał nam rączką na pożegnanie.
No i jak nie lubić Niemców.?
A popołudniową porą wylądowałam dziś na wyprzedaży, w bardzo dużym
i znanym domu towarowym "Karstadt" na Ku'damm.
Ku'damm to skrót od nazwy historycznej ulicy Kurfurstendamm. która powstała
na grobli w roku 1542 jako konna droga łącząca zamek w Berlinie z zamkiem
w Grunewaldzie.
W okresie powojennym była największą ulicą handlową Berlina Zachodniego.
Pięter w owym sklepie jest pięć, po brzegi wypchanych towarem. Ludzi było sporo,
bo nadal jeszcze trwają wyprzedaże.
Gorąco było niemożebnie, przetuptałyśmy z córką zaledwie dwa piętra i gdy już
byłam gotowa poddać się i odpuścić sobie te zakupy, córa wypatrzyła dla mnie
płaszczyk wiosenno-jesienny. Wełna, kolor stalowy , wykończenia beżowe, fason
prosty, z kapturem. No i mój nowy rozmiar. Przeceniony został ze 129 euro na
89,99, ale córka miała bony Karstadt'u, więc cena końcowa wyniosła 71,20 euro.
Wracałam z city sama i nawet wykupiłam bilet do metra on line.
Gdy dotarłam w 20 minut pózniej do domu, już miałam mail od firmy poprzez którą
wykupiłam bilet- dziękowali, że raczyłam go kupić i informowali, że w ciągu
dwóch dni zabiorą z mego konta bankowego należną za niego kwotę w wys, 2,80 euro.
Zimno się u nas zrobiło, no ale w końcu to zima a nie lato.
Miłej niedzieli Wszystkim!
drewniana rzezba
sobota, 13 stycznia 2018
piątek, 12 stycznia 2018
Chyba dostanę......
.....zmarszczek mimicznych.
I to mnie martwi, bo będę wyglądała jak wymięta ircha, której nic już nie jest
w stanie wyprostować. Mam taką w samochodzie.
Wydawało mi się, że już tyle w życiu widziałam, słyszałam i przeżyłam, że już
niewiele mnie zdziwi .
Chwilami przypomina mi się pewne zdanie:
"Fantazjo, a wisz? życia nie przejaskrawisz!"
Pierwszym moim zadziwieniem, związanym z miejscem zamieszkania była
szybkość, z jaką NFZ ścignął mnie adresowo w Niemczech, gdy ja jeszcze
przebywałam w Polsce. Oczywiście zaraz potem ścignęli mnie telefonicznie
w Polsce.
Działali tak skutecznie, że tutejsza Kasa Chorych zarejestrowała nas już 1.XII,
czyli w dniu, w którym zostaliśmy tu zameldowani.
I od tego dnia niemal codziennie dociera do nas jakaś korespondencja.
Prawdę mówiąc to mieszkając w Polsce bardzo rzadko dostawałam jakieś
"urzędowe" pisma. Tu niemal codziennie skrzynka pełna korespondencji.
I tak niezle, bo większość dołącza do swych pism kopertę z opłaconym porto.
Odnoszę wrażenie, że dzień, w którym nie znajdę w swej skrzynce pocztowej
jakiegoś urzędowego listu będzie dniem straconym.
Wygląda na to, że trzeba będzie pozakładać jakieś teczki na te papierzyska.
Mają tu jakieś wyolbrzymione procedury i ostatnio dostałam z Kasy Chorych
dwa pisma w pomylonej kolejności. Wpierw dostałam druk z numerem
ewidencyjnym i druczkiem, na którym miałam nakleić swe zdjęcie a dzień
pózniej zawiadomienie, że mi już od 1 grudnia przyznano nr ewidencyjny
i że dostanę druczek na którym mam nakleić zdjęcie.
Jak już sobie odszyfrowałam to pierwsze, które miałam dostać pózniej, co
zabrało mi zaledwie 2 godziny bo było stosunkowo mało tekstu i wysłałam
druczek ze zdjęciem ( na którym nikt mnie nie pozna, to pewne) to wracając
do domu zajrzałam do skrzynki i było już następne pismo, to które powinnam
dostać wcześniej, więc znów na stół słownik i kartka , ołówek w garść i znów
żmudne tłumaczenie.
Ale już tak się wytresowałam, że za każdym razem gdy wracam do domu
zaglądam do skrzynki. Dziś z kolei zaszczycił mnie listem dostawca internetu,
TV i obsługi telefonu stacjonarnego, oraz bank.
Bank - to cała zabawa. Od kilku lat byłam klientką dwóch różnych banków
z obsługą internetową i wydawało mi się, że wszędzie będzie to równie
proste, łatwe i przyjemne. Ale akurat w tym banku ani jeden z podanych
w poprzednim zdaniu przymiotników nie jest adekwatny do sytuacji.
Jakoś nic tu nie jest logiczne ani proste. Czuję się chwilami jakbym miała
demencję a nie tylko trudności językowe.
Rzecz w tym, że jak się jest posiadaczem demencji to się o tym nie wie.
Konto bankowe to podstawa egzystencji, bo operatorzy komórkowi
i internetowi sami sobie pobierają z konta klienta pieniądze. Nie masz konta-
nie masz smartfona i telewizorni.
A dziś zadziwiła mnie uprzejmość- piątek, więc w pobliskiej sieciówce
sporo klientów, czynna tylko jedna kasa. Stanęłam grzecznie z koszykiem ,
w którym miałam słownie trzy produkty, za mocno starszą panią, która miała
wypchany po brzegi wózek zakupowy. W pewnej chwili otwarto drugą kasę-
pani za mną szybko tam podeszła, ta pani z wyładowanym wózkiem zaczęła się
cofać, więc się usuwam i chcę ją przepuścić, a ta nie, popycha mnie do kasy
pokazując palcem na mój niemal pusty koszyk i na swój załadowany po brzegi
wózek.
Jeszcze mnie nikt nigdy w kraju nadwiślańskim nie przepuścił w kolejce do
kasy, nawet gdy miałam do zapłacenia tylko jedną rzecz. A ta pani była dużo
ode mnie starsza i na siłaczkę nie wyglądała.
Co jeszcze mnie zadziwia i powoduje lekki wytrzeszcz oczu? Parkowanie!
Parkowanie na odstępy 10 cm zderzak od zderzaka i parkowanie na łukach.
Zadziwiają mnie również wąziuteńkie uliczki, dwukierunkowe, po obu stronach
jezdni zastawione samochodami. Środkiem może przejechać tylko jeden samochód
a i to bardzo ostrożnie, jeżeli to np. jakiś suv. Nie mogę pojąć, dlaczego takie
uliczki nie są jednokierunkowe. Już raz wpakowaliśmy się w taką uliczkę i
sterczeliśmy na niej 45 minut- ani w przód, ani w tył. Na szczęście tych jadących
z przeciwka było mniej, jakoś się "skrzyknęli" i wycofali, a nasz "sznureczek"
pomału pojechał do przodu. I co mnie w tym wszystkim zadziwiło- nie było
żadnej awantury, szaleństwa klaksonów, nikt nikomu nie pokazywał , że coś
z pomyślunkiem ma nietęgo.
Pewnie co kraj to obyczaj
I to mnie martwi, bo będę wyglądała jak wymięta ircha, której nic już nie jest
w stanie wyprostować. Mam taką w samochodzie.
Wydawało mi się, że już tyle w życiu widziałam, słyszałam i przeżyłam, że już
niewiele mnie zdziwi .
Chwilami przypomina mi się pewne zdanie:
"Fantazjo, a wisz? życia nie przejaskrawisz!"
Pierwszym moim zadziwieniem, związanym z miejscem zamieszkania była
szybkość, z jaką NFZ ścignął mnie adresowo w Niemczech, gdy ja jeszcze
przebywałam w Polsce. Oczywiście zaraz potem ścignęli mnie telefonicznie
w Polsce.
Działali tak skutecznie, że tutejsza Kasa Chorych zarejestrowała nas już 1.XII,
czyli w dniu, w którym zostaliśmy tu zameldowani.
I od tego dnia niemal codziennie dociera do nas jakaś korespondencja.
Prawdę mówiąc to mieszkając w Polsce bardzo rzadko dostawałam jakieś
"urzędowe" pisma. Tu niemal codziennie skrzynka pełna korespondencji.
I tak niezle, bo większość dołącza do swych pism kopertę z opłaconym porto.
Odnoszę wrażenie, że dzień, w którym nie znajdę w swej skrzynce pocztowej
jakiegoś urzędowego listu będzie dniem straconym.
Wygląda na to, że trzeba będzie pozakładać jakieś teczki na te papierzyska.
Mają tu jakieś wyolbrzymione procedury i ostatnio dostałam z Kasy Chorych
dwa pisma w pomylonej kolejności. Wpierw dostałam druk z numerem
ewidencyjnym i druczkiem, na którym miałam nakleić swe zdjęcie a dzień
pózniej zawiadomienie, że mi już od 1 grudnia przyznano nr ewidencyjny
i że dostanę druczek na którym mam nakleić zdjęcie.
Jak już sobie odszyfrowałam to pierwsze, które miałam dostać pózniej, co
zabrało mi zaledwie 2 godziny bo było stosunkowo mało tekstu i wysłałam
druczek ze zdjęciem ( na którym nikt mnie nie pozna, to pewne) to wracając
do domu zajrzałam do skrzynki i było już następne pismo, to które powinnam
dostać wcześniej, więc znów na stół słownik i kartka , ołówek w garść i znów
żmudne tłumaczenie.
Ale już tak się wytresowałam, że za każdym razem gdy wracam do domu
zaglądam do skrzynki. Dziś z kolei zaszczycił mnie listem dostawca internetu,
TV i obsługi telefonu stacjonarnego, oraz bank.
Bank - to cała zabawa. Od kilku lat byłam klientką dwóch różnych banków
z obsługą internetową i wydawało mi się, że wszędzie będzie to równie
proste, łatwe i przyjemne. Ale akurat w tym banku ani jeden z podanych
w poprzednim zdaniu przymiotników nie jest adekwatny do sytuacji.
Jakoś nic tu nie jest logiczne ani proste. Czuję się chwilami jakbym miała
demencję a nie tylko trudności językowe.
Rzecz w tym, że jak się jest posiadaczem demencji to się o tym nie wie.
Konto bankowe to podstawa egzystencji, bo operatorzy komórkowi
i internetowi sami sobie pobierają z konta klienta pieniądze. Nie masz konta-
nie masz smartfona i telewizorni.
A dziś zadziwiła mnie uprzejmość- piątek, więc w pobliskiej sieciówce
sporo klientów, czynna tylko jedna kasa. Stanęłam grzecznie z koszykiem ,
w którym miałam słownie trzy produkty, za mocno starszą panią, która miała
wypchany po brzegi wózek zakupowy. W pewnej chwili otwarto drugą kasę-
pani za mną szybko tam podeszła, ta pani z wyładowanym wózkiem zaczęła się
cofać, więc się usuwam i chcę ją przepuścić, a ta nie, popycha mnie do kasy
pokazując palcem na mój niemal pusty koszyk i na swój załadowany po brzegi
wózek.
Jeszcze mnie nikt nigdy w kraju nadwiślańskim nie przepuścił w kolejce do
kasy, nawet gdy miałam do zapłacenia tylko jedną rzecz. A ta pani była dużo
ode mnie starsza i na siłaczkę nie wyglądała.
Co jeszcze mnie zadziwia i powoduje lekki wytrzeszcz oczu? Parkowanie!
Parkowanie na odstępy 10 cm zderzak od zderzaka i parkowanie na łukach.
Zadziwiają mnie również wąziuteńkie uliczki, dwukierunkowe, po obu stronach
jezdni zastawione samochodami. Środkiem może przejechać tylko jeden samochód
a i to bardzo ostrożnie, jeżeli to np. jakiś suv. Nie mogę pojąć, dlaczego takie
uliczki nie są jednokierunkowe. Już raz wpakowaliśmy się w taką uliczkę i
sterczeliśmy na niej 45 minut- ani w przód, ani w tył. Na szczęście tych jadących
z przeciwka było mniej, jakoś się "skrzyknęli" i wycofali, a nasz "sznureczek"
pomału pojechał do przodu. I co mnie w tym wszystkim zadziwiło- nie było
żadnej awantury, szaleństwa klaksonów, nikt nikomu nie pokazywał , że coś
z pomyślunkiem ma nietęgo.
Pewnie co kraj to obyczaj
poniedziałek, 8 stycznia 2018
Odważyłam się dziś.....
...i pojechałam w City metrem.
Tego jechania było raptem trzy przystanki, ale ja generalnie boję
się metra.
W Warszawie jechałam metrem tylko dwa razy, a wcześniej chyba
tyle samo razy w Moskwie. W Moskwie już sam zjazd na peron
metra mnie wystraszył- u nich metro jest piekielnie głęboko, jak
na mój gust.
A tak poza tym boję się też wind w polskich wieżowcach bo raz,
będąc w Gdańsku, utknęłam wraz z dzieckiem w windzie.
Tu zdrowy rozsądek i brak miejsc parkingowych wziął górę nad
strachem i pojechałam.I nawet trafiłam tam,dokąd zamierzałam.
Pełny sukces.
Skończył się nam toner w drukarce i trzeba było nabyć nowy.
Dziś zrobiło się bardzo chłodno, więc idiotycznie wskoczyłam
w puchówkę.I to był błąd- niestety w sklepach panuje upał,
więc zamiast oblecieć okazjonalnie kilka sklepów ograniczyłam
się do zakupu tonera i ryzy papieru do drukarki. Gdy byłam
na ulicy było mi akurat, no ale w sklepie myślałam, że się
za moment roztopię.Zdjęcie czapki i szalika nic nie pomogło.
Oczywiście jak na złość trafiłam na cudownie zaopatrzony
sklep z materiałami biurowymi. Ceny jak u nas, tyle tylko, że
u nas przy cyferce jest zł, a tu przy tych samych cyferkach
znaczek euro. Przemnażam przez kurs dnia - i odpadam-
kupuję tylko to, co muszę. A tyle rzeczy mi się tam podobało!
Drogo tu, za przejechanie trzech przystanków -tam i z powrotem
zapłaciłam 2,40, czyli jak na nasze to niemal 10 zł.
No a w Warszawie jezdziłam jako leciwa emerytka za darmo.
Tu nie ma darmochy dla emerytów, bo jest ich po prostu zbyt
dużo.Jakieś zniżki mają tylko osoby niepełnosprawne.
Przysłali nam dziś zamówioną mailowo "zieloną plakietkę".
Dzięki jej posiadaniu (sześć euro) będziemy mogli bez strachu
podróżować po Berlinie i okolicach. Bo Berlin ma sporo stref
ekologicznych. I gdy tam człowieka zdybie policja a samochód
nie ma "zielonej plakietki" - płaci się mandat.
Na nas zarobią dwa razy, bo w następnym kwartale musimy
przerejestrować samochód na berlińskie numery, więc trzeba
będzie zaopatrzyć samochód w nową plakietkę, by była zgodna
z berlińskim numerem.
"I to byłoby na tyle" - jak mawiał klasyk.
I na osłodę kilka zdjęć z Berlina .
Dwa ostatnie - Katedra Protestancka w Berlinie
Tego jechania było raptem trzy przystanki, ale ja generalnie boję
się metra.
W Warszawie jechałam metrem tylko dwa razy, a wcześniej chyba
tyle samo razy w Moskwie. W Moskwie już sam zjazd na peron
metra mnie wystraszył- u nich metro jest piekielnie głęboko, jak
na mój gust.
A tak poza tym boję się też wind w polskich wieżowcach bo raz,
będąc w Gdańsku, utknęłam wraz z dzieckiem w windzie.
Tu zdrowy rozsądek i brak miejsc parkingowych wziął górę nad
strachem i pojechałam.I nawet trafiłam tam,dokąd zamierzałam.
Pełny sukces.
Skończył się nam toner w drukarce i trzeba było nabyć nowy.
Dziś zrobiło się bardzo chłodno, więc idiotycznie wskoczyłam
w puchówkę.I to był błąd- niestety w sklepach panuje upał,
więc zamiast oblecieć okazjonalnie kilka sklepów ograniczyłam
się do zakupu tonera i ryzy papieru do drukarki. Gdy byłam
na ulicy było mi akurat, no ale w sklepie myślałam, że się
za moment roztopię.Zdjęcie czapki i szalika nic nie pomogło.
Oczywiście jak na złość trafiłam na cudownie zaopatrzony
sklep z materiałami biurowymi. Ceny jak u nas, tyle tylko, że
u nas przy cyferce jest zł, a tu przy tych samych cyferkach
znaczek euro. Przemnażam przez kurs dnia - i odpadam-
kupuję tylko to, co muszę. A tyle rzeczy mi się tam podobało!
Drogo tu, za przejechanie trzech przystanków -tam i z powrotem
zapłaciłam 2,40, czyli jak na nasze to niemal 10 zł.
No a w Warszawie jezdziłam jako leciwa emerytka za darmo.
Tu nie ma darmochy dla emerytów, bo jest ich po prostu zbyt
dużo.Jakieś zniżki mają tylko osoby niepełnosprawne.
Przysłali nam dziś zamówioną mailowo "zieloną plakietkę".
Dzięki jej posiadaniu (sześć euro) będziemy mogli bez strachu
podróżować po Berlinie i okolicach. Bo Berlin ma sporo stref
ekologicznych. I gdy tam człowieka zdybie policja a samochód
nie ma "zielonej plakietki" - płaci się mandat.
Na nas zarobią dwa razy, bo w następnym kwartale musimy
przerejestrować samochód na berlińskie numery, więc trzeba
będzie zaopatrzyć samochód w nową plakietkę, by była zgodna
z berlińskim numerem.
"I to byłoby na tyle" - jak mawiał klasyk.
I na osłodę kilka zdjęć z Berlina .
Dwa ostatnie - Katedra Protestancka w Berlinie
czwartek, 4 stycznia 2018
Nuuuda, nic a nic....
.....ciekawego.
Zaraz po świętach wygnało nas z domu do ogromnego marketu budowlanego i
do IKEI.
W budowlanym markecie zakupiłam niezwykłej urody taboret łazienkowy, taki
"wodoodporny", "obuty" w gumowe ochraniacze antypoślizgowe, z regulowaną
wysokością siedziska. Takie samiutkie widywałam w Polsce w sklepach ze
sprzętem dla osób niepełnosprawnych, ale ten jest (o dziwo!) tańszy niż
te widziane przeze mnie w Polsce. Wreszcie coś tańsze!
Poza tym bezskutecznie szukaliśmy antypoślizgowych pasków do naszego
brodzika. Co prawda wg producenta płytki położone w naszym brodzku są
antypoślizgowe, ale nie wtedy, gdy cała podłoga jest zalana wodą.
Z tego wszystkiego trzeba było je zamówić na internecie.
W IKEI trafiłam na świetne miseczki porcelanowe, które akurat były na
poświątecznej wyprzedaży. Bardzo praktyczne, bo mają kształt walca.
Wśród mebli królowała śnieżna biel, a zaledwie kilka niedużych mebli było
w bardziej "meblowych" kolorach, o ile kolor popielaty i czarny uznamy za
kolory "meblowe".
Zlazłam się po tych dwóch sklepach niesamowicie- market budowlany ciągnął
się kilometrami, wlekliśmy się tylko po jego obwodzie nawet nie wstępując do
alejek środkowych.
A potem jak zwykle (bo w Warszawie jest tak samo) kolejne kilometry po
całej galerii IKEA.
No a potem już tylko należało trafić na autostradę by nią dojechać do domu.
Wczoraj musiałam uzupełnić zapasy w lodówce. Wyjrzałam przez okno
i z radością odnotowałam,że deszcz już nie pada, chodniki nawet przeschły i
słońce zaczyna wychodzić zza chmur. Potuptaliśmy do "naszego" sklepu,
niespiesznie zrobiliśmy zakupy i w chwili gdy wychodziliśmy ze sklepu
zaczął kropić deszcz. Deszcz nieduży, więc ruszyliśmy w stronę domu.
I to był błąd, bo lekki deszcz zmienił się w okamgnieniu w ulewę a zaraz
potem w solidny grad. Dawno tak nie zmokłam. I wiecie, wcale nie jest miło
gdy przez cienką czapkę wali w głowę grad.
W domu suszenie ciuchów odchodziło przez kilka godzin.
A dziś zachciało mi się nowoczesności, czyli posiadania w smartfonie aplikacji
pozwalającej na kupowanie biletów miejskiej komunikacji tymże ustrojstwem.
To dopiero był głupi pomysł! Bo procedura kupowania biletu jest (jak dla
mnie) cholernie skomplikowana, zwłaszcza, że mam kłopoty z niemieckim.
Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo gdy córka już mi wyjaśniła jak mam
teraz postępować by nabyć bilet wirtualny i spojrzała się na mnie, to czym
prędzej dodała że pierwsze kupowanie biletu "zrobimy razem".
No i wyglada na to, że już niedługo zostaniemy legalnymi członkami tutejszej
Kasy Chorych - dziś dotarły już ostatnie druki, które mamy wypełnić i
opatrzeć je swoimi zdjęciami.
Rozebrałam już choinkę - tu "zużytą" choinkę wystawia się na skraj chodnika
przy jezdni i należy je zostawiać do 10 stycznia- od 10 stycznia miejskie
przedsiębiorstwo oczyszczania miasta będzie je zabierać. Po tym terminie każdy
będzie musiał sam tę choinkę odtransportować na jakieś składowisko.
Tu , w porównaniu z Warszawą to jest mało luksusowo ze śmieciami, zwłaszcza
w dziedzinie "elektrośmieci". Tu każda dzielnica ma jeden punkt zbiórki tych
elektrośmieci i zawsze jest tam spora kolejka do ich zdania. Tak samo jest ze
starymi meblami i innymi sprzętami.
Ostatnio w W-wie elektrośmieci przyjmowały sklepy AGD a wszelkie "odpady
domowe" typu stare meble, mieszkańcy składali w wyodrębnionych altanach,
które były opróżniane co jakiś czas przez miejskie służby porządkowe.
Na moim warszawskim osiedlu praktycznie na każdej ulicy, przy śmietnikach,
były takie altany. Ogrodzone, zadaszone, zamykane na klucz.
Może Was dziś nieco zanudzę tymi zwyczajnymi sprawami, ale trudno.
Gdy się zwierzyłam na łamach bloga, że planujemy wyjazd z Polski, kilka osób
pomyślało i napisało, że zapewne jesteśmy bardzo bogatymi ludzmi i będziemy
żyć głównie z odłożonych "na starość" pieniędzy. Bardzo mnie to rozbawiło, bo
gdybym pokazała tym osobom stan naszego konta to zaraz by się zapytali
czy będziemy tu pracować na swoje utrzymanie.
Żyjemy z naszych emerytur i, co zabawne, wcale a wcale nie wydajemy "na życie"
więcej niż w Polsce. Oczywiście za mieszkanie płacimy więcej niż w Polsce, ale
jeśli idzie o żywność to wydajemy tyle samo co tam.
Różnicę pokrywamy z wynajmu mieszkania w Warszawie.
I żeby nie było niedomówień- wynajmujemy oficjalnie i płacimy od tego podatek.
I właściwie nasz tryb życia wiele się nie zmienił bo pogoda marna i głównie siedzi
się w domu.
Pogoda nadal typu "zgadnij jaka to pora roku", ale wyraznie dzień już dłuższy.
W niedzielę starszy Krasnal ma urodziny - kończy dziewięć lat.
Strasznie się te dzieci starzeją, bo 17 lutego młodszy skończy siedem.
A tu, na osłodę, nieco wieczornego, świątecznego Berlina :
Zaraz po świętach wygnało nas z domu do ogromnego marketu budowlanego i
do IKEI.
W budowlanym markecie zakupiłam niezwykłej urody taboret łazienkowy, taki
"wodoodporny", "obuty" w gumowe ochraniacze antypoślizgowe, z regulowaną
wysokością siedziska. Takie samiutkie widywałam w Polsce w sklepach ze
sprzętem dla osób niepełnosprawnych, ale ten jest (o dziwo!) tańszy niż
te widziane przeze mnie w Polsce. Wreszcie coś tańsze!
Poza tym bezskutecznie szukaliśmy antypoślizgowych pasków do naszego
brodzika. Co prawda wg producenta płytki położone w naszym brodzku są
antypoślizgowe, ale nie wtedy, gdy cała podłoga jest zalana wodą.
Z tego wszystkiego trzeba było je zamówić na internecie.
W IKEI trafiłam na świetne miseczki porcelanowe, które akurat były na
poświątecznej wyprzedaży. Bardzo praktyczne, bo mają kształt walca.
Wśród mebli królowała śnieżna biel, a zaledwie kilka niedużych mebli było
w bardziej "meblowych" kolorach, o ile kolor popielaty i czarny uznamy za
kolory "meblowe".
Zlazłam się po tych dwóch sklepach niesamowicie- market budowlany ciągnął
się kilometrami, wlekliśmy się tylko po jego obwodzie nawet nie wstępując do
alejek środkowych.
A potem jak zwykle (bo w Warszawie jest tak samo) kolejne kilometry po
całej galerii IKEA.
No a potem już tylko należało trafić na autostradę by nią dojechać do domu.
Wczoraj musiałam uzupełnić zapasy w lodówce. Wyjrzałam przez okno
i z radością odnotowałam,że deszcz już nie pada, chodniki nawet przeschły i
słońce zaczyna wychodzić zza chmur. Potuptaliśmy do "naszego" sklepu,
niespiesznie zrobiliśmy zakupy i w chwili gdy wychodziliśmy ze sklepu
zaczął kropić deszcz. Deszcz nieduży, więc ruszyliśmy w stronę domu.
I to był błąd, bo lekki deszcz zmienił się w okamgnieniu w ulewę a zaraz
potem w solidny grad. Dawno tak nie zmokłam. I wiecie, wcale nie jest miło
gdy przez cienką czapkę wali w głowę grad.
W domu suszenie ciuchów odchodziło przez kilka godzin.
A dziś zachciało mi się nowoczesności, czyli posiadania w smartfonie aplikacji
pozwalającej na kupowanie biletów miejskiej komunikacji tymże ustrojstwem.
To dopiero był głupi pomysł! Bo procedura kupowania biletu jest (jak dla
mnie) cholernie skomplikowana, zwłaszcza, że mam kłopoty z niemieckim.
Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo gdy córka już mi wyjaśniła jak mam
teraz postępować by nabyć bilet wirtualny i spojrzała się na mnie, to czym
prędzej dodała że pierwsze kupowanie biletu "zrobimy razem".
No i wyglada na to, że już niedługo zostaniemy legalnymi członkami tutejszej
Kasy Chorych - dziś dotarły już ostatnie druki, które mamy wypełnić i
opatrzeć je swoimi zdjęciami.
Rozebrałam już choinkę - tu "zużytą" choinkę wystawia się na skraj chodnika
przy jezdni i należy je zostawiać do 10 stycznia- od 10 stycznia miejskie
przedsiębiorstwo oczyszczania miasta będzie je zabierać. Po tym terminie każdy
będzie musiał sam tę choinkę odtransportować na jakieś składowisko.
Tu , w porównaniu z Warszawą to jest mało luksusowo ze śmieciami, zwłaszcza
w dziedzinie "elektrośmieci". Tu każda dzielnica ma jeden punkt zbiórki tych
elektrośmieci i zawsze jest tam spora kolejka do ich zdania. Tak samo jest ze
starymi meblami i innymi sprzętami.
Ostatnio w W-wie elektrośmieci przyjmowały sklepy AGD a wszelkie "odpady
domowe" typu stare meble, mieszkańcy składali w wyodrębnionych altanach,
które były opróżniane co jakiś czas przez miejskie służby porządkowe.
Na moim warszawskim osiedlu praktycznie na każdej ulicy, przy śmietnikach,
były takie altany. Ogrodzone, zadaszone, zamykane na klucz.
Może Was dziś nieco zanudzę tymi zwyczajnymi sprawami, ale trudno.
Gdy się zwierzyłam na łamach bloga, że planujemy wyjazd z Polski, kilka osób
pomyślało i napisało, że zapewne jesteśmy bardzo bogatymi ludzmi i będziemy
żyć głównie z odłożonych "na starość" pieniędzy. Bardzo mnie to rozbawiło, bo
gdybym pokazała tym osobom stan naszego konta to zaraz by się zapytali
czy będziemy tu pracować na swoje utrzymanie.
Żyjemy z naszych emerytur i, co zabawne, wcale a wcale nie wydajemy "na życie"
więcej niż w Polsce. Oczywiście za mieszkanie płacimy więcej niż w Polsce, ale
jeśli idzie o żywność to wydajemy tyle samo co tam.
Różnicę pokrywamy z wynajmu mieszkania w Warszawie.
I żeby nie było niedomówień- wynajmujemy oficjalnie i płacimy od tego podatek.
I właściwie nasz tryb życia wiele się nie zmienił bo pogoda marna i głównie siedzi
się w domu.
Pogoda nadal typu "zgadnij jaka to pora roku", ale wyraznie dzień już dłuższy.
W niedzielę starszy Krasnal ma urodziny - kończy dziewięć lat.
Strasznie się te dzieci starzeją, bo 17 lutego młodszy skończy siedem.
A tu, na osłodę, nieco wieczornego, świątecznego Berlina :
poniedziałek, 1 stycznia 2018
No i jest....
...Nowy Rok.
Wkroczył w ogłuszającym huku, w kolorach tęczy. Pierwsi amatorzy huku i smrodu urzędowali już od zmroku.
Byli to głównie tatusiowie z małymi dziećmi.
Prawdziwa kanonada zaczęła się tuż po północy. W ten
wieczór Krasnale po raz pierwszy brały udział w powitaniu
Nowego Roku.
Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy na balkon, podobnie
jak i inni mieszkańcy spędzający ten wieczór w domowych
pieleszach.
Wszyscy składali życzenia swym bliskim i machaliśmy do
sąsiadów bliższych i dalszych, wykrzykując formułkę
noworocznych życzeń.
Niedaleko nas jest ogólnodostępny park i wiele osób
właśnie tam znalazło miejsce na zabawę fajerwerkami.
I myślę, że tej nocy wiele osób przeputało niezłą fortunę,
bo były to dobre jakościowo fajerwerki, lecące wysoko
ponad pięciopiętrowe przedwojenne kamienice,
rozpadając się tworzyły wielokolorowe wzory, czyli
sporo kosztowały.
Około 1,30 postanowiliśmy "zmienić lokal" i ruszyliśmy
z mężem do siebie. Te pół kilometra pokonywaliśmy
przemykając się blisko murów kamienic, bo nadal trwała
kanonanda, wysoko nad nami rozrywały się fajerwerki
obficie siejąc odłamki. W powietrzu roznosił się duszący
dym, na chodnikach i jezdniach poniewierały się stosy
zużytych opakowań.
Z ulgą dotarliśmy do siebie. Na naszej ulicy nie było
wielu amatorów fajerwerków, bo to ulica bardziej
przelotowa. Większość fajerwerkomanów urzędowała
w bocznych uliczkach, którymi nocą mało kto jezdzi,
bo z góry wiadomo, że miejsca do zaparkowania nie
ma a i sama uliczka wąska, bo po obu stronach jezdni
stoją "na gęsto" samochody.
Tu są bardzo odporni ludzie- huk trwał do prawie
trzeciej nad ranem a i o 6,30 rano jeszcze ktoś pozbywał
się resztek fajerwerków.
Jestem śpiąca, przejedzona, bo córka zadbała bardzo o to,
by cały czas coś mnie kusiło na stole i było to dla mnie
dozwolone, czyli bezglutenowe.
Upiekła nawet tort makowy-bezglutenowy, niestety
bardzo smaczny. Pochłonęłam aż dwa kawałki.
Nie wiem jak u Was, ale u mnie o północy było 10
stopni ciepła i bardziej przypominało to wiosenną niż
grudniową noc.
Wkroczył w ogłuszającym huku, w kolorach tęczy. Pierwsi amatorzy huku i smrodu urzędowali już od zmroku.
Byli to głównie tatusiowie z małymi dziećmi.
Prawdziwa kanonada zaczęła się tuż po północy. W ten
wieczór Krasnale po raz pierwszy brały udział w powitaniu
Nowego Roku.
Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy na balkon, podobnie
jak i inni mieszkańcy spędzający ten wieczór w domowych
pieleszach.
Wszyscy składali życzenia swym bliskim i machaliśmy do
sąsiadów bliższych i dalszych, wykrzykując formułkę
noworocznych życzeń.
Niedaleko nas jest ogólnodostępny park i wiele osób
właśnie tam znalazło miejsce na zabawę fajerwerkami.
I myślę, że tej nocy wiele osób przeputało niezłą fortunę,
bo były to dobre jakościowo fajerwerki, lecące wysoko
ponad pięciopiętrowe przedwojenne kamienice,
rozpadając się tworzyły wielokolorowe wzory, czyli
sporo kosztowały.
Około 1,30 postanowiliśmy "zmienić lokal" i ruszyliśmy
z mężem do siebie. Te pół kilometra pokonywaliśmy
przemykając się blisko murów kamienic, bo nadal trwała
kanonanda, wysoko nad nami rozrywały się fajerwerki
obficie siejąc odłamki. W powietrzu roznosił się duszący
dym, na chodnikach i jezdniach poniewierały się stosy
zużytych opakowań.
Z ulgą dotarliśmy do siebie. Na naszej ulicy nie było
wielu amatorów fajerwerków, bo to ulica bardziej
przelotowa. Większość fajerwerkomanów urzędowała
w bocznych uliczkach, którymi nocą mało kto jezdzi,
bo z góry wiadomo, że miejsca do zaparkowania nie
ma a i sama uliczka wąska, bo po obu stronach jezdni
stoją "na gęsto" samochody.
Tu są bardzo odporni ludzie- huk trwał do prawie
trzeciej nad ranem a i o 6,30 rano jeszcze ktoś pozbywał
się resztek fajerwerków.
Jestem śpiąca, przejedzona, bo córka zadbała bardzo o to,
by cały czas coś mnie kusiło na stole i było to dla mnie
dozwolone, czyli bezglutenowe.
Upiekła nawet tort makowy-bezglutenowy, niestety
bardzo smaczny. Pochłonęłam aż dwa kawałki.
Nie wiem jak u Was, ale u mnie o północy było 10
stopni ciepła i bardziej przypominało to wiosenną niż
grudniową noc.
piątek, 29 grudnia 2017
Podobno w ostatnie dni roku...
...należy robić jego podsumowanie.
Ale nie wiem po co. Już dawno przestałam robić jakiekolwiek noworoczne
postanowienia, bo nie przypominam sobie, bym kiedyś któreś postanowienie
zrealizowała.
Nawet sobie nie wyobrażacie ileż to razy sama sobie obiecywałam jak bardzo
zmienię swój tryb życia, ileż to kilogramów zgubię, ile nowych rzeczy się nauczę!
W pewnej chwili oprzytomniałam i przestałam się łudzić - jestem jaka jestem a
jeśli to komuś nie pasuje to nie musi się przecież za mną zadawać, jest dookoła
tyle innych, ciekawszych ode mnie osób płci żeńskiej.
Nie mniej ten rok zapewne zapadnie mi w pamięci, bo podjęliśmy ważną dla
nas decyzję przenosząc się do Niemiec, dopóki jeszcze jest to możliwe, bo
na szczęście funkcjonuje jeszcze przepis o swobodzie przemieszczania się i
mieszkania w dowolnym kraju Unii Europejskiej, o ile jest się mieszkańcem
kraju należącego do UE, a nas JESZCZE z niej nie wysiudali.
Nie ukrywam, że wielu znajomych z trudem powstrzymywało się przed
zrobieniem gestu wskazującego na zły stan naszych umysłów.
Nie da się również ukryć, że w podjęciu tej decyzji pomogła nam dobra zmiana.
Była tak dobra, że aż trudno było z nadmiaru dobra to wszystko unieść. Co jest
w pełni zgodne z przysłowiem, że co za dużo to niezdrowo.
A propos zdrowie- nie było najgorzej, w końcu reoperacja przepukliny mego męża
"poszła jak po maśle", tyle tylko że z okazji przeprowadzki wzrósł mi przekrój
mięśni.
Przecież ktoś te pudła musiał pakować i w słupki ustawiać, a tym kimś byłam ja.
I tu ma rację bytu następne przysłowie-"małżeństwo jest instytucją ze zbyt małą
ilością pracowników".
Prawie nie koralikowałam w tym roku - zdołałam tylko wykończyć pozaczynane
robótki, ale było tego co kot napłakał. Miałam nawet zamiar zlikwidować cały
"koralikowy majdan", ale zrobiło mi się żal.
Wczoraj nawet rozrysowałam jeden projekt i pewnie wkrótce zacznę coś dłubać.
Mam problem z językiem - jakoś mi marnie to idzie. Ale znam kogoś, kto od 20
lat mieszka w tym kraju i jeszcze nie nauczył się niemieckiego- mało tego,
nawet nie usiłuje się nauczyć.
Bo bez trudu można tu leczyć się u polskiego lekarza, zęby plombować
u polskiego dentysty i u polskiej fryzjerki się strzyc.
Sklepy samoobsługowe więc można być niemową, płaci się kartą i przy kasie
wystarczy na powitanie "hallo" i "tschuss" (czius) na pożegnanie i wszystko
gra.
Jak gdzie dojechać można zapytać wujka Google w swoim własnym języku i
będzie to odpowiedz całkiem precyzyjna - wypróbowałam. Do tego warto
"postudiować" plan miasta, w którym znajdzie się również plan metra.
Wiem kochani - to mało ambitne, ale ja raczej już pomału schodzę ze sceny
zwanej życiem i nie mam zamiaru się wysilać - wszak jestem jaka jestem.
Zaczęłam czytać książkę Wohllebena "Duchowe życie zwierząt". Podoba mi
się bo pisana jest z pewnym dystansem, bez ckliwości ale nie tylko z pozycji
"szkiełka i oka" naukowca. Z półki już zerka na mnie druga książka tegoż
autora "Sekretne życie drzew".
W nocy z niedzieli na poniedziałek przybędzie nam wszystkim kolejna
cyferka w życiorysie i jest to ta druga sprawiedliwość istnienia.
Pierwsza z nich to fakt, że nikt z nas nie uniknie odejścia w nicość a druga,
że każdemu co rok przybywa lat.
Jesteśmy tu przez chwilę, nawet gdy w niezłym zdrowiu dożyjemy 100 lat.
Życzę Wszystkim, by ten skok w Nowy Rok
był wielce udany, radosny, bawcie się do
utraty tchu!
Każdemu z Was życzę w tym Nowym Roku
wszelkiej pomyślności, radości, zdrowia,
spokoju i spełnienia marzeń.
Tych szalonych także!!!
zdjęcie "Pixabay".
Ale nie wiem po co. Już dawno przestałam robić jakiekolwiek noworoczne
postanowienia, bo nie przypominam sobie, bym kiedyś któreś postanowienie
zrealizowała.
Nawet sobie nie wyobrażacie ileż to razy sama sobie obiecywałam jak bardzo
zmienię swój tryb życia, ileż to kilogramów zgubię, ile nowych rzeczy się nauczę!
W pewnej chwili oprzytomniałam i przestałam się łudzić - jestem jaka jestem a
jeśli to komuś nie pasuje to nie musi się przecież za mną zadawać, jest dookoła
tyle innych, ciekawszych ode mnie osób płci żeńskiej.
Nie mniej ten rok zapewne zapadnie mi w pamięci, bo podjęliśmy ważną dla
nas decyzję przenosząc się do Niemiec, dopóki jeszcze jest to możliwe, bo
na szczęście funkcjonuje jeszcze przepis o swobodzie przemieszczania się i
mieszkania w dowolnym kraju Unii Europejskiej, o ile jest się mieszkańcem
kraju należącego do UE, a nas JESZCZE z niej nie wysiudali.
Nie ukrywam, że wielu znajomych z trudem powstrzymywało się przed
zrobieniem gestu wskazującego na zły stan naszych umysłów.
Nie da się również ukryć, że w podjęciu tej decyzji pomogła nam dobra zmiana.
Była tak dobra, że aż trudno było z nadmiaru dobra to wszystko unieść. Co jest
w pełni zgodne z przysłowiem, że co za dużo to niezdrowo.
A propos zdrowie- nie było najgorzej, w końcu reoperacja przepukliny mego męża
"poszła jak po maśle", tyle tylko że z okazji przeprowadzki wzrósł mi przekrój
mięśni.
Przecież ktoś te pudła musiał pakować i w słupki ustawiać, a tym kimś byłam ja.
I tu ma rację bytu następne przysłowie-"małżeństwo jest instytucją ze zbyt małą
ilością pracowników".
Prawie nie koralikowałam w tym roku - zdołałam tylko wykończyć pozaczynane
robótki, ale było tego co kot napłakał. Miałam nawet zamiar zlikwidować cały
"koralikowy majdan", ale zrobiło mi się żal.
Wczoraj nawet rozrysowałam jeden projekt i pewnie wkrótce zacznę coś dłubać.
Mam problem z językiem - jakoś mi marnie to idzie. Ale znam kogoś, kto od 20
lat mieszka w tym kraju i jeszcze nie nauczył się niemieckiego- mało tego,
nawet nie usiłuje się nauczyć.
Bo bez trudu można tu leczyć się u polskiego lekarza, zęby plombować
u polskiego dentysty i u polskiej fryzjerki się strzyc.
Sklepy samoobsługowe więc można być niemową, płaci się kartą i przy kasie
wystarczy na powitanie "hallo" i "tschuss" (czius) na pożegnanie i wszystko
gra.
Jak gdzie dojechać można zapytać wujka Google w swoim własnym języku i
będzie to odpowiedz całkiem precyzyjna - wypróbowałam. Do tego warto
"postudiować" plan miasta, w którym znajdzie się również plan metra.
Wiem kochani - to mało ambitne, ale ja raczej już pomału schodzę ze sceny
zwanej życiem i nie mam zamiaru się wysilać - wszak jestem jaka jestem.
Zaczęłam czytać książkę Wohllebena "Duchowe życie zwierząt". Podoba mi
się bo pisana jest z pewnym dystansem, bez ckliwości ale nie tylko z pozycji
"szkiełka i oka" naukowca. Z półki już zerka na mnie druga książka tegoż
autora "Sekretne życie drzew".
W nocy z niedzieli na poniedziałek przybędzie nam wszystkim kolejna
cyferka w życiorysie i jest to ta druga sprawiedliwość istnienia.
Pierwsza z nich to fakt, że nikt z nas nie uniknie odejścia w nicość a druga,
że każdemu co rok przybywa lat.
Jesteśmy tu przez chwilę, nawet gdy w niezłym zdrowiu dożyjemy 100 lat.
Życzę Wszystkim, by ten skok w Nowy Rok
był wielce udany, radosny, bawcie się do
utraty tchu!
Każdemu z Was życzę w tym Nowym Roku
wszelkiej pomyślności, radości, zdrowia,
spokoju i spełnienia marzeń.
Tych szalonych także!!!
zdjęcie "Pixabay".
wtorek, 26 grudnia 2017
Koncert
Wczoraj, o godzinie 16,00 w Sali Muzyki Kameralnej Filharmonii Berlińskiej
odbył się kolejny koncert Berliner Mozart-Kinderchor, do którego należy nasz
starszy Krasnal.
A oto budynek Filharmonii Berlińskiej, oddany do użytku w 1963 roku.
A poniżej Sala Muzyki Kameralnej, w której chór wczoraj koncertował
Ta Sala Muzyki Kameralnej została oddana do użytku w 1987 roku.
Najmłodsi chórzyści to grupa wiekowa od 5 do 9 lat.
Koncert był naprawdę piękny. Widok tych najmłodszych, jest rozbrajający.
Te maluchy najczęściej śpiewają całym ciałem , do rytmu śpiewanego utworu
niektórzy jeszcze ruszają głową, inni rączkami a zdarza się też "tańcząca" do
rytmu nóżka.
Jestem pełna podziwu dla Kierowniczki tego Chóru, która prowadzi go już ponad
dwadzieścia lat. Dwa lata temu byliśmy na występie tego chóru właśnie z okazji
jego dwudziestolecia.
A tym razem był to "zwykły" doroczny koncert Bożonarodzeniowy.
Na takim koncercie występują razem trzy grupy wiekowe tegoż chóru, -"maluchy",
młodzież i młodzi, ale już "dorośli".
Oprócz chóru występowała też Orkiestra Kameralna. Część występów była razem
z orkiestrą, część utworów chór śpiewał a capella.
Koncert był tym razem wzbogacony o bardzo, bardzo długi występ flecistki.
Solistka wykonała brawurowo co najmniej sześć utworów na flet i orkiestrę.
Jej występ ogromnie się wszystkim podobał, publiczność była zachwycona.
Na zakończenie chór odśpiewał jedną z kolęd a jej refren cała sala razem z chórem.
Bardzo mi się ten koncert podobał.
Jedyny mankament- ale tak jest w całym Berlinie- to znalezienie miejsca do
zaparkowania samochodu.
Ale po takim pięknym muzycznym przeżyciu przedreptanie około kilometra do
samochodu nie było wielkim problemem.
I tak przy okazji - w mieście obowiązuje ograniczenie szybkości do 50 km
na godzinę, miejscami do 30. I wystarczy ją przekroczyć o 5 km by zabulić
mandat.
odbył się kolejny koncert Berliner Mozart-Kinderchor, do którego należy nasz
starszy Krasnal.
A oto budynek Filharmonii Berlińskiej, oddany do użytku w 1963 roku.
A poniżej Sala Muzyki Kameralnej, w której chór wczoraj koncertował
Ta Sala Muzyki Kameralnej została oddana do użytku w 1987 roku.
Najmłodsi chórzyści to grupa wiekowa od 5 do 9 lat.
Koncert był naprawdę piękny. Widok tych najmłodszych, jest rozbrajający.
Te maluchy najczęściej śpiewają całym ciałem , do rytmu śpiewanego utworu
niektórzy jeszcze ruszają głową, inni rączkami a zdarza się też "tańcząca" do
rytmu nóżka.
Jestem pełna podziwu dla Kierowniczki tego Chóru, która prowadzi go już ponad
dwadzieścia lat. Dwa lata temu byliśmy na występie tego chóru właśnie z okazji
jego dwudziestolecia.
A tym razem był to "zwykły" doroczny koncert Bożonarodzeniowy.
Na takim koncercie występują razem trzy grupy wiekowe tegoż chóru, -"maluchy",
młodzież i młodzi, ale już "dorośli".
Oprócz chóru występowała też Orkiestra Kameralna. Część występów była razem
z orkiestrą, część utworów chór śpiewał a capella.
Koncert był tym razem wzbogacony o bardzo, bardzo długi występ flecistki.
Solistka wykonała brawurowo co najmniej sześć utworów na flet i orkiestrę.
Jej występ ogromnie się wszystkim podobał, publiczność była zachwycona.
Na zakończenie chór odśpiewał jedną z kolęd a jej refren cała sala razem z chórem.
Bardzo mi się ten koncert podobał.
Jedyny mankament- ale tak jest w całym Berlinie- to znalezienie miejsca do
zaparkowania samochodu.
Ale po takim pięknym muzycznym przeżyciu przedreptanie około kilometra do
samochodu nie było wielkim problemem.
I tak przy okazji - w mieście obowiązuje ograniczenie szybkości do 50 km
na godzinę, miejscami do 30. I wystarczy ją przekroczyć o 5 km by zabulić
mandat.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


