Sadząc po moim minorowym nastroju to idzie jesień.
Oczywiście wszystkiemu winna moja "japońska choroba", na którą
się nie umiera, ale żyć się przez nią często odechciewa.
Śmiejemy się czasem z moją kochaną bratową, może lepiej jest
chorować na "japońską chorobę" niż na "francuską", choć na tę drugą
to chociaż są leki, a nasza jest nieuleczalna. Ale wstyd mniejszy,
jak mówi bratowa.
****
Jestem wciąż na etapie przygotowawczo- rozpoznawczym do
generalnego remontu mieszkania. Rosną mi stosy pisemek
fachowych, katalogów, prospektów i różnych zapisków, czynionych
w trakcie wędrówek po rozmaitych marketach budowlanych.
Zaczynamy również prowadzić rozmowy z ewentualnymi
wykonawcami. A do zrobienia jest sporo: nowy wystrój łazienki,
łącznie z rurami, nowe WC z podwieszaną muszlą i podtynkowym
rezerwuarem i oczywiście z nowymi rurami. Kuchnia też dostąpi
zaszczytu zmiany, doczeka się wreszcie nowej podłogi, nowych rur
i mebli. Oczywiście pokoje też wołają o remont. Poza tym w całym
mieszkaniu trzeba położyć nową instalację elektryczną i wymienić
okna. Na razie robię remanenty, klnąc sama siebie, że tyle dóbr
wszelakich zgromadziłam.
****
Rozmowy z fachowcami dołują mnie kompletnie, bo moja
wizja remontu jakoś dziwnie się różni od ich wizji.
Ja szukam najtańszych, ale dobrych rozwiązań, oni zaś tych
najdroższych.
W sobotę wnerwił mnie pewien fachman, który ma zamiar
wyrównać moje ściany zaopatrując je 10 mm warstwą tynku.
Na moje dictum, że mnie wystarczy obłożenie ścian płytą
gipsowo-kartonową, bo nie mam zamiaru czekać dwa tygodnie aż
mi ta masa tynku wyschnie a do tego płacić za to majątek, pan
oświadczył, że on czegoś takiego nie zrobi, bo to nie fachowe.
No cóż, poszukam następnego.
Na razie wymienię okna. Taki mały krok do przodu.
****
Jedyna pociecha, że na rynku mnóstwo wszelakiego wyposażenia.
W sobotę polecę obejrzeć płytki- ścienne i podłogowe.
drewniana rzezba
poniedziałek, 24 września 2012
czwartek, 20 września 2012
Prościutkie
Obiecałam pewnej miłej osobie, że zrobię dla niej coś prostego i nie
będzie to wisior, oprawiony lub nie.
Myślałam całe dwa dni i wymyśliłam taki komplet.
Kolor jest może nieco przekłamany, ale "persian turkus" jest
bardziej zielony niż niebieski.
Mam nadzieję, że to jest dość proste. W każdym razie nie było
skomplikowane w wykonaniu.
****
Pokazywałam tu już dwukrotnie wisior- kamea na muszli.
Jeden powędrował do mojej córki, drugi zrobiłam dla siebie, ale
już go nie mam. Tak bardzo się komuś spodobał, że nie miałam
sumienia odmówić i go oddałam.
Do trzech razy sztuka - znów kupiłam taką kameę na muszli i
tym razem mam zamiar zrobić naszyjnik techniką haftu koralikowego.
Może gdy się narobię jak niemądra, to tak łatwo się go nie pozbędę.
P.S.
Znów zaczęłam się znęcać nad klawiaturą. Kto ciekawy, niech
zrobi klik
będzie to wisior, oprawiony lub nie.
Myślałam całe dwa dni i wymyśliłam taki komplet.
Kolor jest może nieco przekłamany, ale "persian turkus" jest
bardziej zielony niż niebieski.
Mam nadzieję, że to jest dość proste. W każdym razie nie było
skomplikowane w wykonaniu.
****
Pokazywałam tu już dwukrotnie wisior- kamea na muszli.
Jeden powędrował do mojej córki, drugi zrobiłam dla siebie, ale
już go nie mam. Tak bardzo się komuś spodobał, że nie miałam
sumienia odmówić i go oddałam.
Do trzech razy sztuka - znów kupiłam taką kameę na muszli i
tym razem mam zamiar zrobić naszyjnik techniką haftu koralikowego.
Może gdy się narobię jak niemądra, to tak łatwo się go nie pozbędę.
P.S.
Znów zaczęłam się znęcać nad klawiaturą. Kto ciekawy, niech
zrobi klik
poniedziałek, 17 września 2012
Czas na chutney'e
Chutney to słodko-ostro-lekko kwaśny dodatek do....niemal
wszystkiego. Jest wspaniałym dodatkiem do wszelkich mięs na
gorąco i zimno, do wędlin i serów, a ja mogę go jeść go ze świeżutką,
chrupiącą bagietką i wtedy mi nawet wędlina nie jest potrzebna.
Chutney to kompozycja warzyw i owoców razem duszonych, do
których dodaje się różne przyprawy.
Najczęściej robię chutney na zasadzie - włóż do gara co masz pod ręką,
dodaj cukier ( ja używam brązowego), dodaj cynamon, gozdziki,
łagodne curry, nieco ziela angielskiego, ok. 50 ml octu balsamicznego i
duś wszystko razem z niewielką ilością wody, po 40 minutach duszenia
sprawdz smak, w razie potrzeby dodaj tego, co twoim zdaniem brakuje.
A tak wyglądają moje zestawy chutney'owe:
I.
śliwki , jabłka, gruszki, pomidory,cebula cukrowa, przyprawy
II
jabłka, cebula cukrowa, gotowy przecier pomidorowy, marchew
utarta na grubej tarce , przyprawy
III
jabłka, mango, cebula cukrowa,pomidory lub przecier, rodzynki,
przyprawy.
Nie jestem w stanie podać dokładnej ilości cukru, bo ilość zależy
od upodobania, ale przeciętnie jest to od 200- 300 gram na około
2 do 2,5 kg składników
W przepisach wszyscy używają octu winnego lub jabłkowego, ja
daję balsamiczny, od 50 do 150 ml.
Często dodaję sok z cytryny, bo podkreśla smak.
Obowiązkowo dodaję łagodne curry, od pół do półtorej łyżeczki.
Dodaję też nieco imbiru mielonego, ale z umiarem , najwyżej 1/4
łyżeczki.
Gozdziki i ziele angielskie też musi być stosowane z umiarem, najczęściej
wystarczają 2 ziarna ziela, 2 gozdziki.
Cynamon to na ogół od pół do 2 łyżeczek.
Wody daję najczęściej 1/2 szklanki i pierwsze 40 minut duszę
wszystko razem pod przykryciem, w garnku z grubym dnem.
Po tym czasie odkrywam, próbuję smak, ewentualnie koryguję,
podduszam odkryte, mieszając, by odparować nadmiar płynu.
Śliwki należy odpestkować, jabłka i gruszki obrać, pokroić w grube
kawałki, pomidory pozbawić skóry i pestek, cebulę pokroić w kostkę,
marchew obrać, zetrzeć na tarce z dużymi oczkami.
Gorący chutney nakładamy do umytych i wyparzonych słoików,
zakręcamy, stawiamy je do góry dnem, by się dobrze zamknęły i
zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Wg Brytyjczyków chutney powinien odstać pół roku, ale u mnie
nie ma biedak takich szans.
Zdarzyło mi się, że tak namiętnie próbowałyśmy z koleżanką czy
dobry, że nie za bardzo było co wekować .
Miłego eksperymentowania z chutney'em wszystkim życzę.
wszystkiego. Jest wspaniałym dodatkiem do wszelkich mięs na
gorąco i zimno, do wędlin i serów, a ja mogę go jeść go ze świeżutką,
chrupiącą bagietką i wtedy mi nawet wędlina nie jest potrzebna.
Chutney to kompozycja warzyw i owoców razem duszonych, do
których dodaje się różne przyprawy.
Najczęściej robię chutney na zasadzie - włóż do gara co masz pod ręką,
dodaj cukier ( ja używam brązowego), dodaj cynamon, gozdziki,
łagodne curry, nieco ziela angielskiego, ok. 50 ml octu balsamicznego i
duś wszystko razem z niewielką ilością wody, po 40 minutach duszenia
sprawdz smak, w razie potrzeby dodaj tego, co twoim zdaniem brakuje.
A tak wyglądają moje zestawy chutney'owe:
I.
śliwki , jabłka, gruszki, pomidory,cebula cukrowa, przyprawy
II
jabłka, cebula cukrowa, gotowy przecier pomidorowy, marchew
utarta na grubej tarce , przyprawy
III
jabłka, mango, cebula cukrowa,pomidory lub przecier, rodzynki,
przyprawy.
Nie jestem w stanie podać dokładnej ilości cukru, bo ilość zależy
od upodobania, ale przeciętnie jest to od 200- 300 gram na około
2 do 2,5 kg składników
W przepisach wszyscy używają octu winnego lub jabłkowego, ja
daję balsamiczny, od 50 do 150 ml.
Często dodaję sok z cytryny, bo podkreśla smak.
Obowiązkowo dodaję łagodne curry, od pół do półtorej łyżeczki.
Dodaję też nieco imbiru mielonego, ale z umiarem , najwyżej 1/4
łyżeczki.
Gozdziki i ziele angielskie też musi być stosowane z umiarem, najczęściej
wystarczają 2 ziarna ziela, 2 gozdziki.
Cynamon to na ogół od pół do 2 łyżeczek.
Wody daję najczęściej 1/2 szklanki i pierwsze 40 minut duszę
wszystko razem pod przykryciem, w garnku z grubym dnem.
Po tym czasie odkrywam, próbuję smak, ewentualnie koryguję,
podduszam odkryte, mieszając, by odparować nadmiar płynu.
Śliwki należy odpestkować, jabłka i gruszki obrać, pokroić w grube
kawałki, pomidory pozbawić skóry i pestek, cebulę pokroić w kostkę,
marchew obrać, zetrzeć na tarce z dużymi oczkami.
Gorący chutney nakładamy do umytych i wyparzonych słoików,
zakręcamy, stawiamy je do góry dnem, by się dobrze zamknęły i
zostawiamy do całkowitego ostygnięcia.
Wg Brytyjczyków chutney powinien odstać pół roku, ale u mnie
nie ma biedak takich szans.
Zdarzyło mi się, że tak namiętnie próbowałyśmy z koleżanką czy
dobry, że nie za bardzo było co wekować .
Miłego eksperymentowania z chutney'em wszystkim życzę.
niedziela, 16 września 2012
Zrobiło się, dziś
Jaspis oceaniczny w koralikach toho, na podkładzie i pierwszy raz
zrobione przeze mnie kolczyki-kulki.
Te dwa kolczyki to robiłam strasznie długo, juz byłam skłonna
"odpuścić".
A to agat na woskowanym sznurku , każdy supełek
jest z koralikiem. To taki bardzo codzienny naszyjnik, w sam
raz do bluzki z golfem.
zrobione przeze mnie kolczyki-kulki.
Te dwa kolczyki to robiłam strasznie długo, juz byłam skłonna
"odpuścić".
A to agat na woskowanym sznurku , każdy supełek
jest z koralikiem. To taki bardzo codzienny naszyjnik, w sam
raz do bluzki z golfem.
sobota, 15 września 2012
Zasłyszane
Oczekiwałam na przyjazd autobusu siedząc na przystankowej ławce, gdy
przysiadły na niej dwie młode panie - tak na oko lekko po trzydziestce.
Pani "A" była zapewne pracownicą któregoś z pobliskich biur, która
postanowiła zjeść swe drugie śniadanie w towarzystwie koleżanki.
Troche mnie dziwił fakt, że wybrały na spotkanie przystanek, skoro obok
była mała kafejka. No ale o gustach się nie dyskutuje.
Nie jedząca pani "B" pochyliła się ku jedzącej i zaanonsowała głośnym
szeptem:
"Wyobraz sobie, jestem w ciąży. Właśnie wracam od lekarza".
"Ja cię kręcę! naprawdę?! to niemożliwie fajnie!" wrzasnęła "A",
używając do tego górnego C. "Oj, to naprawdę fajnie, oj, będziesz mamą,
ale fajnie!" - wypiskiwała nadal.
Wiadomość o spodziewanym macierzyństwie zaowocowała energicznym
mieszaniem łyżeczką w trzymanym przez "A" kubku jogurtu z jakimiś
śmieciami w środku. Nerwowo przełknęła ze trzy łyżeczki jogurtu i potem
powiedziała: "ja też mam niespodziankę - tydzień temu odebrałam klucze
od mieszkania. Starzy mi kupili. Nie jest duże, tylko 3 pokoje z kuchnią ,
ale jest pod klucz. Teraz czekam na meble. Tylko proszę Cię, nie mów
nikomu ze znajomych, a zwłaszcza Pawłowi."
Pani "B" wyraznie szczęka opadła ze zdziwienia - "a dlaczego? Pawłowi
też nie? przecież jesteście razem chyba już 4 lata? - dziwiła się głośno.
"A" znów pogrzebała w kubeczku i zaczęła wyjaśniać:
"to jasne jak słońce - mieszkanie zafundowali mi rodzice i nie mam
zamiaru się nim z kimkolwiek dzielić.Jeśli się kiedyś zdecyduję na ślub,
Paweł będzie musiał podpisać intercyzę, że to tylko moja własność,
wyłączona ze wspólnego majątku. Wolę do niego wpadać gdy mam
na to ochotę, niż być z nim stale, codziennie. Dzięki temu nie muszę
robić tego wszystkiego co zwykle robi żona- sama wiesz, pranie,
gotowanie, sprzątanie. Tak jak jest bardzo mi odpowiada".
"A mówiłaś, że kochasz Pawła"- indagowała pani "B" zupełnie
zdezorientowana tymi wiadomościami.
"No bo kocham, ale to nie dowód, że mam być w domu służącą. Jeszcze
by mu się dzieci zachciało!"
Mina pani "A" wyrażała jej pełną niechęć do instytucji małżeństwa.
Spojrzała się na koleżankę i znów zaczęła piszczeć: "no ale fajnie,
że będziesz mamą, będziesz miała dzidziusia, to fajnie".
Nie znam dalszego ciągu rozmowy - nadjechał mój autobus.
I całe szczęście, bo już mnie mdliło od tych fajności i widoku jogurtu
ze śmieciami.
przysiadły na niej dwie młode panie - tak na oko lekko po trzydziestce.
Pani "A" była zapewne pracownicą któregoś z pobliskich biur, która
postanowiła zjeść swe drugie śniadanie w towarzystwie koleżanki.
Troche mnie dziwił fakt, że wybrały na spotkanie przystanek, skoro obok
była mała kafejka. No ale o gustach się nie dyskutuje.
Nie jedząca pani "B" pochyliła się ku jedzącej i zaanonsowała głośnym
szeptem:
"Wyobraz sobie, jestem w ciąży. Właśnie wracam od lekarza".
"Ja cię kręcę! naprawdę?! to niemożliwie fajnie!" wrzasnęła "A",
używając do tego górnego C. "Oj, to naprawdę fajnie, oj, będziesz mamą,
ale fajnie!" - wypiskiwała nadal.
Wiadomość o spodziewanym macierzyństwie zaowocowała energicznym
mieszaniem łyżeczką w trzymanym przez "A" kubku jogurtu z jakimiś
śmieciami w środku. Nerwowo przełknęła ze trzy łyżeczki jogurtu i potem
powiedziała: "ja też mam niespodziankę - tydzień temu odebrałam klucze
od mieszkania. Starzy mi kupili. Nie jest duże, tylko 3 pokoje z kuchnią ,
ale jest pod klucz. Teraz czekam na meble. Tylko proszę Cię, nie mów
nikomu ze znajomych, a zwłaszcza Pawłowi."
Pani "B" wyraznie szczęka opadła ze zdziwienia - "a dlaczego? Pawłowi
też nie? przecież jesteście razem chyba już 4 lata? - dziwiła się głośno.
"A" znów pogrzebała w kubeczku i zaczęła wyjaśniać:
"to jasne jak słońce - mieszkanie zafundowali mi rodzice i nie mam
zamiaru się nim z kimkolwiek dzielić.Jeśli się kiedyś zdecyduję na ślub,
Paweł będzie musiał podpisać intercyzę, że to tylko moja własność,
wyłączona ze wspólnego majątku. Wolę do niego wpadać gdy mam
na to ochotę, niż być z nim stale, codziennie. Dzięki temu nie muszę
robić tego wszystkiego co zwykle robi żona- sama wiesz, pranie,
gotowanie, sprzątanie. Tak jak jest bardzo mi odpowiada".
"A mówiłaś, że kochasz Pawła"- indagowała pani "B" zupełnie
zdezorientowana tymi wiadomościami.
"No bo kocham, ale to nie dowód, że mam być w domu służącą. Jeszcze
by mu się dzieci zachciało!"
Mina pani "A" wyrażała jej pełną niechęć do instytucji małżeństwa.
Spojrzała się na koleżankę i znów zaczęła piszczeć: "no ale fajnie,
że będziesz mamą, będziesz miała dzidziusia, to fajnie".
Nie znam dalszego ciągu rozmowy - nadjechał mój autobus.
I całe szczęście, bo już mnie mdliło od tych fajności i widoku jogurtu
ze śmieciami.
czwartek, 13 września 2012
Mix
Zaniosło mnie wczoraj do jednego z dużych marketów. Jest wszak wrzesień
i niemal każdy market promuje artykuły szkolne.
Z przyjemnością oglądałam przeróżnej maści zeszyty, w kolorowych
okładkach, o różnej ilości kartek i o bardzo dobrej jakości papierze.
Przypomniał mi się czas, gdy sama chodziłam do szkoły - te zeszyty
wszystkie w niebieskich okładkach, polowanie na zeszyty posiadające papier
gładki, bezdrzewny, by było łatwiej na nim pisać stalówką. Pamiętam też
to wybieranie stalówek do piór - sprawdzanie pod światło czy dobrze się
schodzą ich końce. I szukanie takiej obsadki, by była choć trochę inna niż
wszystkie. No cóż, moja zawsze była inna, bo obgryziona. I te piórniki
drewniane - marzeniem był wtedy piórnik "zakopiański".
Pamiętam też "polowania" na papier do okładania książek i zeszytów -
przeważnie był to szary papier "pakowy". Znalezienie ciekawych naklejek
też nie należało do łatwego zadania. Gdy byłam w liceum pokazały się pierwsze
okładki plastikowe .
Gdy moja córka była już uczennicą istniał już import materiałów
papierniczych - były ładne zeszyty, spory wybór papierów i innych akcesoriów,
tylko ceny były czasem jakby nie z tego świata.
Gdy byłyśmy w Singapurze spędziłyśmy kilka godzin w markecie na dwóch
stoiskach - dział papierniczo-piśmienny pochłonąl nas na dwie godziny, a może
nawet dłużej.Te ilości i różnorodność artykułów powodowały zawrót głowy.
Bo na co komu 37 wzorów piórników, do tego we wszystkich możliwych
kolorach? Albo kilkadziesiąt rodzajów gumek, o przeróżnych kształtach,
kolorach, twardości a nawet zapachu?
Gdy dotarłyśmy do kasy, mój biedny mąż postukał mnie wymownie w czoło,
ale bez szemrania uiścił dość spory rachunek.
Drugim działem, który nas unieruchomił na długi czas, był dział zabawek.
Niewątpliwie nie ma u nas takiej różnorodności tych artykułów jaką tam
widziałam, niemniej jest w czym wybierać.
To dobrze, bo chyba milej rozpoczynać rok szkolny kolorowo.
****
Pomału wracam do koralikowania. Postanowiłam zmienić nieco styl
działania i nie rozpoczynać kilka projektów na raz. Bo potem część nie
może się doczekać wykończenia. Ten agat już dawno leżał oprawiony,
a dopiero wczoraj doczekał się "nośnika".
Trochę kiepskie to zdjęcie, ale uwierzcie mi na słowo, że oprawa
i nośnik są w kolorze fioletu o metalicznym połysku.
i niemal każdy market promuje artykuły szkolne.
Z przyjemnością oglądałam przeróżnej maści zeszyty, w kolorowych
okładkach, o różnej ilości kartek i o bardzo dobrej jakości papierze.
Przypomniał mi się czas, gdy sama chodziłam do szkoły - te zeszyty
wszystkie w niebieskich okładkach, polowanie na zeszyty posiadające papier
gładki, bezdrzewny, by było łatwiej na nim pisać stalówką. Pamiętam też
to wybieranie stalówek do piór - sprawdzanie pod światło czy dobrze się
schodzą ich końce. I szukanie takiej obsadki, by była choć trochę inna niż
wszystkie. No cóż, moja zawsze była inna, bo obgryziona. I te piórniki
drewniane - marzeniem był wtedy piórnik "zakopiański".
Pamiętam też "polowania" na papier do okładania książek i zeszytów -
przeważnie był to szary papier "pakowy". Znalezienie ciekawych naklejek
też nie należało do łatwego zadania. Gdy byłam w liceum pokazały się pierwsze
okładki plastikowe .
Gdy moja córka była już uczennicą istniał już import materiałów
papierniczych - były ładne zeszyty, spory wybór papierów i innych akcesoriów,
tylko ceny były czasem jakby nie z tego świata.
Gdy byłyśmy w Singapurze spędziłyśmy kilka godzin w markecie na dwóch
stoiskach - dział papierniczo-piśmienny pochłonąl nas na dwie godziny, a może
nawet dłużej.Te ilości i różnorodność artykułów powodowały zawrót głowy.
Bo na co komu 37 wzorów piórników, do tego we wszystkich możliwych
kolorach? Albo kilkadziesiąt rodzajów gumek, o przeróżnych kształtach,
kolorach, twardości a nawet zapachu?
Gdy dotarłyśmy do kasy, mój biedny mąż postukał mnie wymownie w czoło,
ale bez szemrania uiścił dość spory rachunek.
Drugim działem, który nas unieruchomił na długi czas, był dział zabawek.
Niewątpliwie nie ma u nas takiej różnorodności tych artykułów jaką tam
widziałam, niemniej jest w czym wybierać.
To dobrze, bo chyba milej rozpoczynać rok szkolny kolorowo.
****
Pomału wracam do koralikowania. Postanowiłam zmienić nieco styl
działania i nie rozpoczynać kilka projektów na raz. Bo potem część nie
może się doczekać wykończenia. Ten agat już dawno leżał oprawiony,
a dopiero wczoraj doczekał się "nośnika".
Trochę kiepskie to zdjęcie, ale uwierzcie mi na słowo, że oprawa
i nośnik są w kolorze fioletu o metalicznym połysku.
wtorek, 11 września 2012
Rozleniwiłam się okropnie
Jakoś nie mogę się pozbierać po tym powrocie. Zupełnie nic mi się nie chce.
Przed wyjazdem "zrobił mi się" , oczywiście sam, bałagan w koralikach.
I to tak solidny, że musiałam wczoraj niemal cały dzień segregować moje
"skarby".
Przy okazji okazało się, że mam jeszcze sporo zapasów kamyków. Tylko
muszę się zmobilizować.
Wczoraj około 21,00 dotarło do mnie,że muszę na dziś zrobić taki zwykły,
codzienny komplet i powstał ten wisior z unakitu.
Idąc za ciosem dokończyłam wisior z jaspisu. Jest na podkładzie.
****
A ponieważ nie samymi koralikami człowiek żyje, postanowiłam coś sobie
wymodzić na drutach. Pomysł mam, ale co z niego wyjdzie - nie wiem.
****
Wszystkim mieszkającym w Warszawie i okolicach uprzejmie donoszę, że
od 20 do 29 września będzie w Warszawie XVI Festiwal Nauki. Program
bogaty, jest w czym wybierać, bo będzie aż 800 spotkań.
Mam zamiar wybrać się 23.IX.na spotkanie z naukowcami z Centrum Fizyki
Teoretycznej PAN na wykłady i na warsztaty, na których będzie się
konstruować latające zabawki.
A 28.IX chciałabym spędzić wieczór i pół nocy w Instytucie Biologii
Doświadczalnej PAN - będzie można obejrzeć pod mikroskopem żywe
hodowle komórek nerwowych.
Mam nadzieję, że mi się to wszystko uda.
Przed wyjazdem "zrobił mi się" , oczywiście sam, bałagan w koralikach.
I to tak solidny, że musiałam wczoraj niemal cały dzień segregować moje
"skarby".
Przy okazji okazało się, że mam jeszcze sporo zapasów kamyków. Tylko
muszę się zmobilizować.
Wczoraj około 21,00 dotarło do mnie,że muszę na dziś zrobić taki zwykły,
codzienny komplet i powstał ten wisior z unakitu.
Idąc za ciosem dokończyłam wisior z jaspisu. Jest na podkładzie.
****
A ponieważ nie samymi koralikami człowiek żyje, postanowiłam coś sobie
wymodzić na drutach. Pomysł mam, ale co z niego wyjdzie - nie wiem.
****
Wszystkim mieszkającym w Warszawie i okolicach uprzejmie donoszę, że
od 20 do 29 września będzie w Warszawie XVI Festiwal Nauki. Program
bogaty, jest w czym wybierać, bo będzie aż 800 spotkań.
Mam zamiar wybrać się 23.IX.na spotkanie z naukowcami z Centrum Fizyki
Teoretycznej PAN na wykłady i na warsztaty, na których będzie się
konstruować latające zabawki.
A 28.IX chciałabym spędzić wieczór i pół nocy w Instytucie Biologii
Doświadczalnej PAN - będzie można obejrzeć pod mikroskopem żywe
hodowle komórek nerwowych.
Mam nadzieję, że mi się to wszystko uda.
Subskrybuj:
Posty (Atom)