Jestem leń i to okropny!!! Miałam dziś upiec ciasto, czyli biszkopt bezglutenowy
ze śliwkami.
I.....skończyło się na słowie "miałam". Może jutro upiekę?
Za to dziś stwierdziłam, że bardzo dobrze udała mi się kwaszonka kapuściano-
burakowa. Tym razem buraki starłam na tarce o dużych oczkach.
Teraz, już po ukwaszeniu, nie można odróżnić kapusty od buraków- ani pod
względem smaku ani też wyglądu. Wszystko jest w pięknym, żwawym kolorze
buraczanym a do tego cudownie kwaśne. Powinnam była ze dwa dni krócej
potrzymać słoik w temperaturze pokojowej, a zawartość dużego słoika przełożyć
do kilku mniejszych słoików i schować do lodówki.
Dziś natomiast zakisiłam białą rzodkiew. Ponieważ chciałam by była cieniutko
pokrojona, wpierw nastrugałam długie cienkie paski przy pomocy obieraka
do jabłek, a potem składałam po kilka razem i szatkowałam równo nożem.
To mało męcząca praca i szybko się robi.
Mam zamiar tak samo zrobić z marchwią. Poza tym jutro do tej rzodkwi dołożę
jabłka. Za kilka dni będzie z tego sałatka.
******
Uruchomiłam wczoraj ptasią stołówkę na zewnętrznej stronie kraty balkonowej.
W markecie kupiłam za całe 26 złotych całkiem zgrabny i estetyczny karmnik
dla ptaków. Wczoraj przyleciała tylko jedna sikorka, ale dziś od rana kłębią się
dwa rodzaje sikorek- bogatki i modraszki.
Mają nasypane łuskane ziarna słonecznika oraz pokruszone orzeszki arachidowe.
Ciekawa jestem czy przylecą też wróble. Minionej zimy przylatywała regularnie
para wróbli mazurków. Nieco się różnią wyglądem od wróbla domowego.
Wyszukałam w sieci zdjęcia moich stołowników:
To jest sikora modraszka, z pięknie umalowanym oczkiem. Niestety różnice
pomiędzy samcem a samiczka są dostrzegalne tylko w świetle ultrafioletowym.
W ultrafiolecie głowy samców są bardzo lśniące,a samiczek znacznie bledsze.
Oczywiście większe powodzenie mają panowie, których piórka na łebku mają
intensywniejsze zabarwienie i bardziej lśnią.
Gdy robiono badania genetyczne modraszek okazało się, że czasem nawet jedna
czwarta piskląt nie jest potomstwem opiekującego się gniazdem samca.
A tu samczyk sikory bogatki. Bez trudu, "gołym okiem" można odróżnić samca
od samiczki. Samczyk ma czarny pasek piórek ciągnący się od spodu dzióbka
przez całe podbrzusze aż do ogonka.
Pasek samiczki jest znacznie krótszy i węższy.
Bogatki znoszą od 6 do 11 jaj , najwięcej wśród ptaków wróblowatych. Często
wyprowadzają nawet dwa lęgi.
Gdy w słoneczny styczniowy lub lutowy dzień usłyszycie śpiew ptaka, możecie
być pewni, że to śpiewa samczyk bogatki.
To ptaki, które najwcześniej u nas zaczynają śpiew.
Ten przystojniak to jest wróbel mazurek, 22 gramy żywej wagi.
U mazurków nie występuje dymorfizm płciowy, samiec i samiczka wyglądają
jednakowo.
Ćwierka nieco przyjemniej niż wróbel domowy, jest znacznie cichszy.W okresie
lęgowym od kwietnia do lipca samiczka znosi 2 do 7 jaj, często wyprowadza dwa
a nawet trzy lęgi w roku.
Często zapominamy, że to właśnie mazurek jest naszym rodzimym gatunkiem
wróbla a nie wróbel domowy
A tak się prezentuje wróbel domowy, cięższy od swego kuzyna o całe 8 gramów.
Wróbel domowy przywędrował na nasze ziemie z Półwyspu Arabskiego i Azji
Mniejszej wraz z rozwojem rolnictwa. Sposób, w jaki wróbel domowy buduje
gniazdo jest znamienny dla ptasiego budownictwa ptaków południowych- jest to
gniazdo kuliste, luzno uwite z patyczków, zdzbeł traw i słomy, z otworem
wejściowym położonym z boku i zawsze zamknięte od góry, dla ochrony przed
słońcem. Żaden z naszych rodzimych gatunków nie buduje w ten sposób gniazda.
W ten sposób budują gniazda afrykańskie wikłacze.
Wróble domowe często budują swe gniazda pod bocianim gniazdem.
Wróble domowe uwielbiają się kąpać w wodzie i...w piasku.
Parka wróbli domowych wyprowadza w roku dwa do czterech lęgów, w każdym
lęgu jest od 3 do 5 jaj.
Przy dobrym układzie para wróbli może doczekać się aż 20 potomków.
Spędziłam dziś co najmniej godzinę na przyglądaniu się ptakom.
Będą moimi gośćmi przynajmniej do połowy marca. Tegoroczna wiosna była
dość kiepska i moi stołownicy żerowali aż do maja.
Ubiegłej zimy przylatywał do mnie również dzięciołek. To jakby miniatura
dzięcioła. Niewiele większy od wróbla, głównie dlatego, że ma dłuższy i szerszy
niz wróbel ogon. Na pleckach i barkach ma poprzeczne czarne i białe pasy a
samczyk ma na łebku czerwoną czapeczkę, samiczka natomiast czarną.
Dzięciołkowi chyba spodobało się na naszym osiedlu, bo czasem było słychać
jego stukanie.
Mamy na osiedlu mnóstwo drzew, poza liściastymi są również sosny i świerki.
A wszystko 6 km od ścisłego centrum miasta, w pobliżu trasy przelotowej.
drewniana rzezba
sobota, 15 października 2016
wtorek, 11 października 2016
Tak mi jakoś....
.....smutno.
Odszedł Andrzej Wajda. Kolejna lubiana i ceniona przeze mnie osoba. Nie będę
kadzić, nie wszystkie filmy Wajdy budziły mój podziw.
Ale był mądrym, inteligentnym człowiekiem a nie niewydarzonym celebrytą.
Pogoda też taka bardziej z gatunku sprzyjających depresji. Bez problemu
mogłabym calutki dzień spędzić w pozycji horyzontalnej, czytając i śpiąc na
przemian.
Poza tym wojuję z własnym zębem- nie mam pojęcia co jest grane, co drugi
dzień odwiedzam dentystę, bo boli mnie martwy, ukoronowany przez niego ząb.
Boli mnie drań przy nagryzaniu, a papkami się przecież nie odżywiam.
Nie bardzo rozumiem jak może boleć martwy ząb - a z pewnością był martwy, bo
całą "operację" mocowania w tym zębie sztyftu miałam robioną bez znieczulenia
i nic nie bolało.
Mąż się śmieje, że widocznie "korona" i ja to dwie sprzeczności. Być może. Nie
jestem z rodu królewskiego.
I smutno mi, bo nie pojedziemy na święta do dzieci - podróż dla mego męża nie
jest wskazana, więc się z nimi zobaczymy dopiero na Wielkanoc.
O ile w naszym rodzimym szpitalu psychiatrycznym będzie można mieć paszport
w domu i nie zamkną granic przed mieszkańcami tego psychiatryka.
A że mi smutno to sobie słucham:
I coś bardziej optymistycznego:
Odszedł Andrzej Wajda. Kolejna lubiana i ceniona przeze mnie osoba. Nie będę
kadzić, nie wszystkie filmy Wajdy budziły mój podziw.
Ale był mądrym, inteligentnym człowiekiem a nie niewydarzonym celebrytą.
Pogoda też taka bardziej z gatunku sprzyjających depresji. Bez problemu
mogłabym calutki dzień spędzić w pozycji horyzontalnej, czytając i śpiąc na
przemian.
Poza tym wojuję z własnym zębem- nie mam pojęcia co jest grane, co drugi
dzień odwiedzam dentystę, bo boli mnie martwy, ukoronowany przez niego ząb.
Boli mnie drań przy nagryzaniu, a papkami się przecież nie odżywiam.
Nie bardzo rozumiem jak może boleć martwy ząb - a z pewnością był martwy, bo
całą "operację" mocowania w tym zębie sztyftu miałam robioną bez znieczulenia
i nic nie bolało.
Mąż się śmieje, że widocznie "korona" i ja to dwie sprzeczności. Być może. Nie
jestem z rodu królewskiego.
I smutno mi, bo nie pojedziemy na święta do dzieci - podróż dla mego męża nie
jest wskazana, więc się z nimi zobaczymy dopiero na Wielkanoc.
O ile w naszym rodzimym szpitalu psychiatrycznym będzie można mieć paszport
w domu i nie zamkną granic przed mieszkańcami tego psychiatryka.
A że mi smutno to sobie słucham:
I coś bardziej optymistycznego:
piątek, 7 października 2016
Trzy po trzy, para kaloszy.....
....czyli mix.
Kilka dni temu piałam jaki miałam cudny dzień, bo było super miłe spotkanie
z ulubionymi Dziewczynami, no ale jak to w życiu- hossa trwa krótko, bessa
znacznie dłużej.
Pomijam już kwestię pogody, no bo przecież jesień ma swoje prawa i nikt jej
nie zabroni chłostać nas deszczem i silnym wiatrem i chłodzić.
Nie podlega ustawom- żadnym.
W poniedziałek nawiedziły nas żona i córka zmarłego rok temu przyjaciela.
Odzyskałam przy okazji książki, które Mu pożyczyłam i gdy już po ich
wizycie znalazłam w jednej z nich Jego notatki odnośnie samochodu, zrobiło
mi się strasznie smutno.
Jego makabryczna choroba i odejście były tak niespodziewane, że aż
niewiarygodne. Strasznie kruche to nasze życie!
A one do dziś jakoś nie mogą się uporać ze sprawami, które powinny były
być załatwione jeszcze przed Jego odejściem.
Średniowieczne "memento mori" było całkiem niegłupie, chociaż cel tego
pamiętania był inny.
Środa zaowocowała moim spotkaniem III stopnia z klapą bagażnika naszego
samochodu- deszcz lał, a ona tak jakoś wolno się podnosiła, że palnęłam
częścią nadskroniową głowy w klapę, gdy sięgnęłam po siatki z zakupami.
Strasznie twarda, aż mnie zatkało. Boli do dziś.
Poza tym mam serię wizyt u dentysty- mam "coś" bliżej niesprecyzowanego
w dziąśle, pomiędzy dwoma zębami. Ale nie tylko ja nie wiem co to- dentysta
chyba też nie, na rtg wygląda to jak "bąbelki".
******
Znacie termin "dieta paleo"?. No to okazuje się, że to najlepsza dieta dla
Hashimotowców i że tak naprawdę to ja na niej jestem.
Co prawda moje "Paleo" odbiega nieco od klasyki, ale odżywiam się głównie
proteinami, warzywami i owocami.
Dziś upichciłam "mieszankę warzywną", w skład której wchodziły:
duży bakłażan pokrojony w kostkę, dwie duże pieczarki, też podziabane
w kostkę, ćwiartka niedużej dyni, też pokostkowana, 6 szalotek pokrojonych
w półplasterki, pół słoiczka przecieru pomidorowego mojej ulubionej f-my
Dawtona, 3 łyżki oleju kokosowego i 4 grube plastry mojej roboty klopsa.
Z przypraw dodałam- curry, pieprz ziołowy, czosnek granulowany, kurkumę
sól i duuużo posiekanego koperku.
Rzecz należy zacząć od posiekania szalotek i przesmażeniu ich na oleju, potem
dodać pieczarki, potem resztę warzyw i przyprawy.
W czasie duszenia trzeba jednak dolać nieco wody, najlepiej gorącej. Na końcu
dodajemy mięso.
Oczywiście mięso, które dodamy może być różne - robiłam to również
z parówkami lub uduszonym kurczakiem lub z wędzoną piersią indyka.
Najważniejsze, że proces przygotowania tego dania jest krótki.
W ramach diety Paleo najbardziej niektórych śmieszą moje kanapki - a mnie
takie odpowiadają- kroję jabłko w plastry a na nich układam wędlinę lub
jakiś ser lub pokrojone w plastry jajko na twardo.
Z przekąsek to jadam jabłko pokrojone w kostkę z posiekanymi orzechami
włoskimi.
No i skoro jesteśmy przy kulinariach- ukwasiłam białą kapustę z burakami
startymi na grubej tarce.
Muszę gdzieś "wyczaić" jakąś poręczną małą szatkownicę - krojenie nożem
nawet tylko połowy główki zabawne nie jest.
W słoiku układałam warstwami kapustę, i buraki, soląc każdą warstwę ( niedużo,
tzw. "do smaku") i każdą warstwę ubijałam w słoiku tłuczkiem drewnianym.
Dziś, piątego dnia po zrobieniu, kapusta już nadaje się do jedzenia.
Mam zamiar jeszcze zakwasić jabłka i buraki.
Domowe kiszonki to samo zdrowie a roboty dużo przy tym nie ma.
Miłego weekendu wszystkim, takiego bez deszczu i wiatru;)
Kilka dni temu piałam jaki miałam cudny dzień, bo było super miłe spotkanie
z ulubionymi Dziewczynami, no ale jak to w życiu- hossa trwa krótko, bessa
znacznie dłużej.
Pomijam już kwestię pogody, no bo przecież jesień ma swoje prawa i nikt jej
nie zabroni chłostać nas deszczem i silnym wiatrem i chłodzić.
Nie podlega ustawom- żadnym.
W poniedziałek nawiedziły nas żona i córka zmarłego rok temu przyjaciela.
Odzyskałam przy okazji książki, które Mu pożyczyłam i gdy już po ich
wizycie znalazłam w jednej z nich Jego notatki odnośnie samochodu, zrobiło
mi się strasznie smutno.
Jego makabryczna choroba i odejście były tak niespodziewane, że aż
niewiarygodne. Strasznie kruche to nasze życie!
A one do dziś jakoś nie mogą się uporać ze sprawami, które powinny były
być załatwione jeszcze przed Jego odejściem.
Średniowieczne "memento mori" było całkiem niegłupie, chociaż cel tego
pamiętania był inny.
Środa zaowocowała moim spotkaniem III stopnia z klapą bagażnika naszego
samochodu- deszcz lał, a ona tak jakoś wolno się podnosiła, że palnęłam
częścią nadskroniową głowy w klapę, gdy sięgnęłam po siatki z zakupami.
Strasznie twarda, aż mnie zatkało. Boli do dziś.
Poza tym mam serię wizyt u dentysty- mam "coś" bliżej niesprecyzowanego
w dziąśle, pomiędzy dwoma zębami. Ale nie tylko ja nie wiem co to- dentysta
chyba też nie, na rtg wygląda to jak "bąbelki".
******
Znacie termin "dieta paleo"?. No to okazuje się, że to najlepsza dieta dla
Hashimotowców i że tak naprawdę to ja na niej jestem.
Co prawda moje "Paleo" odbiega nieco od klasyki, ale odżywiam się głównie
proteinami, warzywami i owocami.
Dziś upichciłam "mieszankę warzywną", w skład której wchodziły:
duży bakłażan pokrojony w kostkę, dwie duże pieczarki, też podziabane
w kostkę, ćwiartka niedużej dyni, też pokostkowana, 6 szalotek pokrojonych
w półplasterki, pół słoiczka przecieru pomidorowego mojej ulubionej f-my
Dawtona, 3 łyżki oleju kokosowego i 4 grube plastry mojej roboty klopsa.
Z przypraw dodałam- curry, pieprz ziołowy, czosnek granulowany, kurkumę
sól i duuużo posiekanego koperku.
Rzecz należy zacząć od posiekania szalotek i przesmażeniu ich na oleju, potem
dodać pieczarki, potem resztę warzyw i przyprawy.
W czasie duszenia trzeba jednak dolać nieco wody, najlepiej gorącej. Na końcu
dodajemy mięso.
Oczywiście mięso, które dodamy może być różne - robiłam to również
z parówkami lub uduszonym kurczakiem lub z wędzoną piersią indyka.
Najważniejsze, że proces przygotowania tego dania jest krótki.
W ramach diety Paleo najbardziej niektórych śmieszą moje kanapki - a mnie
takie odpowiadają- kroję jabłko w plastry a na nich układam wędlinę lub
jakiś ser lub pokrojone w plastry jajko na twardo.
Z przekąsek to jadam jabłko pokrojone w kostkę z posiekanymi orzechami
włoskimi.
No i skoro jesteśmy przy kulinariach- ukwasiłam białą kapustę z burakami
startymi na grubej tarce.
Muszę gdzieś "wyczaić" jakąś poręczną małą szatkownicę - krojenie nożem
nawet tylko połowy główki zabawne nie jest.
W słoiku układałam warstwami kapustę, i buraki, soląc każdą warstwę ( niedużo,
tzw. "do smaku") i każdą warstwę ubijałam w słoiku tłuczkiem drewnianym.
Dziś, piątego dnia po zrobieniu, kapusta już nadaje się do jedzenia.
Mam zamiar jeszcze zakwasić jabłka i buraki.
Domowe kiszonki to samo zdrowie a roboty dużo przy tym nie ma.
Miłego weekendu wszystkim, takiego bez deszczu i wiatru;)
piątek, 30 września 2016
Wczoraj miałam .....
.....bardzo miły dzień!
Była ładna pogoda, która umożliwiła nam mini sabat na łonie natury, a tak
konkretnie to w Ogrodzie Botanicznym.
To bardzo miłe miejsce, zaledwie kilkanaście kroków od ruchliwej miejskiej
ulicy, ale siedząc wśród drzew i krzewów wcale się tego ruchu nie widzi
i nie słyszy.
A dwie godziny spędzone wraz z moimi ulubionymi blogerkami były cudowne.
Wieczorem i to póznym zanurzyłam się w lekturze nowej książki Jadzi Śmigiery
(nick Stokrotka).
No i zaczęłam czytać o 23,00 i nie oderwałam się od niej, dopóki nie skończyłam.
Nie wiem, o której wreszcie wyłączyłam światło, ale o 8 rano wstałam mało
przytomna- niemal nie wiedziałam który kapeć lewy, a który prawy.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia Jadzi książka.
Polecam wszystkim, również i tym, którzy nie czytali pierwszej książki.
Autorkę książki możecie znależć TUTAJ.
Pogoda wczesno jesienna i właściwie dobrze,że wieje wiatr, bo jest bardzo ciepło.
Na niebie co prawda pokazały się "zamiotki", co zawsze wróży zmianę pogody,
więc może weekend nie będzie już tak łaskawy pod względem pogody.
*****
Nie jestem już w wieku reprodukcyjnym a córka moja mieszka w normalnym
kraju dostatecznie daleko stąd, ale normalnie włosy mi stają dęba na głowie
gdy widzę i słyszę jak Polskę ogarnia jakiś ciemny amok.
Zastanawiam się co za debil sądzi, że aborcja jest niemal przyjemnością dla
kobiety. Dla każdej jest tragedią i to dużą.
Ale zapobieganie aborcji polega nie na tworzeniu drakońskich, restrykcyjnych
przepisów ale na szerzeniu wśród młodzieży płci obojga oświaty seksualnej oraz
propagowaniu współczesnej, bezpiecznej antykoncepcji.
Nie zostaje mi nic innego jak iść jutro pod sejm i dołączyć do tych wszystkich
kobiet, których grupa szaleńców, a może raczej zboczeńców, chce pozbawić
wszelkich praw do samostanowienia o sobie.
Matki i babcie też powinny jutro iść protestować w obronie swych córek i
wnuczek.
Aż mi się ciśnie pytanie - dlaczego "tylko" pozbawić ich prawa do decydowania
o tym czy i kiedy ma kobieta rodzić oraz pozbawić ją dostępu do antykoncepcji?
Dlaczego tylko tyle??? Może lepiej od razu ustanowić, że kobieta nie jest osobą
wolną a NIEWOLNICĄ, która ma obowiązek tylko i wyłącznie rodzić dzieci i
słuchać się kleru oraz zboczonych właścicieli plemników.
Dziewczyny - wiem, że sobota dniem wolnym od pracy ( dla większości kobiet
pracujących to dzień nadrabiania zaległości domowych) - ale bez względu na
swój wiek brońcie praw polskich kobiet do samostanowienia, dołączcie do protestu.
Jeden protest jutro o godz.13,00 pod Sejmem RP a w poniedziałek Ogólnopolski
Strajk Kobiet.
I tu apel do panów- pokażcie, że jesteście mężczyznami a nie pachołkami
pisowskiego reżimu i wspierającego go kleru, który nie ma bladego pojęcia
o ludzkich uczuciach i potrzebach.
Wesprzyjcie swe kobiety, jeżeli je kochacie.
Była ładna pogoda, która umożliwiła nam mini sabat na łonie natury, a tak
konkretnie to w Ogrodzie Botanicznym.
To bardzo miłe miejsce, zaledwie kilkanaście kroków od ruchliwej miejskiej
ulicy, ale siedząc wśród drzew i krzewów wcale się tego ruchu nie widzi
i nie słyszy.
A dwie godziny spędzone wraz z moimi ulubionymi blogerkami były cudowne.
Wieczorem i to póznym zanurzyłam się w lekturze nowej książki Jadzi Śmigiery
(nick Stokrotka).
No i zaczęłam czytać o 23,00 i nie oderwałam się od niej, dopóki nie skończyłam.
Nie wiem, o której wreszcie wyłączyłam światło, ale o 8 rano wstałam mało
przytomna- niemal nie wiedziałam który kapeć lewy, a który prawy.
Mam nadzieję, że to nie ostatnia Jadzi książka.
Polecam wszystkim, również i tym, którzy nie czytali pierwszej książki.
Autorkę książki możecie znależć TUTAJ.
Pogoda wczesno jesienna i właściwie dobrze,że wieje wiatr, bo jest bardzo ciepło.
Na niebie co prawda pokazały się "zamiotki", co zawsze wróży zmianę pogody,
więc może weekend nie będzie już tak łaskawy pod względem pogody.
*****
Nie jestem już w wieku reprodukcyjnym a córka moja mieszka w normalnym
kraju dostatecznie daleko stąd, ale normalnie włosy mi stają dęba na głowie
gdy widzę i słyszę jak Polskę ogarnia jakiś ciemny amok.
Zastanawiam się co za debil sądzi, że aborcja jest niemal przyjemnością dla
kobiety. Dla każdej jest tragedią i to dużą.
Ale zapobieganie aborcji polega nie na tworzeniu drakońskich, restrykcyjnych
przepisów ale na szerzeniu wśród młodzieży płci obojga oświaty seksualnej oraz
propagowaniu współczesnej, bezpiecznej antykoncepcji.
Nie zostaje mi nic innego jak iść jutro pod sejm i dołączyć do tych wszystkich
kobiet, których grupa szaleńców, a może raczej zboczeńców, chce pozbawić
wszelkich praw do samostanowienia o sobie.
Matki i babcie też powinny jutro iść protestować w obronie swych córek i
wnuczek.
Aż mi się ciśnie pytanie - dlaczego "tylko" pozbawić ich prawa do decydowania
o tym czy i kiedy ma kobieta rodzić oraz pozbawić ją dostępu do antykoncepcji?
Dlaczego tylko tyle??? Może lepiej od razu ustanowić, że kobieta nie jest osobą
wolną a NIEWOLNICĄ, która ma obowiązek tylko i wyłącznie rodzić dzieci i
słuchać się kleru oraz zboczonych właścicieli plemników.
Dziewczyny - wiem, że sobota dniem wolnym od pracy ( dla większości kobiet
pracujących to dzień nadrabiania zaległości domowych) - ale bez względu na
swój wiek brońcie praw polskich kobiet do samostanowienia, dołączcie do protestu.
Jeden protest jutro o godz.13,00 pod Sejmem RP a w poniedziałek Ogólnopolski
Strajk Kobiet.
I tu apel do panów- pokażcie, że jesteście mężczyznami a nie pachołkami
pisowskiego reżimu i wspierającego go kleru, który nie ma bladego pojęcia
o ludzkich uczuciach i potrzebach.
Wesprzyjcie swe kobiety, jeżeli je kochacie.
niedziela, 25 września 2016
To już było......
.....czyli deja vu.
Podobno każdemu, przynajmniej raz w życiu zdarza się zjawisko deja vu.
I dotyczy różnych sytuacji - nagle zostajemy zaskoczeni, tym, że :
wiemy co za moment nastąpi, chociaz nigdy tu nie byliśmy lub wcale nie znamy
naszego rozmówcy.
Co ciekawe - znacznie częściej deja vu przydarza się osobom młodym i wtedy
częściej dotyczy miejsca, w którym się znalezliśmy, a w którym tak naprawdę
jesteśmy pierwszy raz.
U osób dorosłych deja vu to częściej nagłe uświadomienie sobie, że wiemy
co za chwilę powie nasz rozmówca , wiemy również co my na to odpowiemy,
bo ta scena staje nam nagle w wyobrazni.
Zjawisko deja vu to nic nowego, znane jest od starożytności.
Zajmował się nim już Platon, żyjący w latach 427 -347 przed naszą erą i tak
o tym napisał:
..."albośmy wiedzę o tych rzeczach przynieśli na świat i posiadamy ją wszyscy
przez całe życie, albo jest to przypominanie sobie tego, co niegdyś oglądała nasza
dusza, kiedy z bogiem wędrowała i nie patrzyła nawet na to, co my dziś
rzeczywistością nazywamy, kiedy wychylała głowę w sferę bytu istotnego".
Platon, podobnie jak Sokrates uważał, że dusza ludzka jest nieśmiertelna, a my
po śmierci powracamy do życia (byt istotny) w nowym ciele.
Poglądy te potępiał teolog chrześcijański Augustyn z Hippony, (żyjący w latach
354 - 430) twierdząc, że zjawisko deja vu wywołują "złe i kłamliwe duchy"
zakłócające nasze postrzeganie świata i wiodące nas do postradania zmysłów.
Z czasem zjawiskiem tym zaczęli się interesować lekarze.
Termin "deja vu" ( co brzmi po polsku deża wi) na określenie tego zjawiska
wprowadził F.L. Arnaud w 1896 r na spotkaniu Towarzystwa Medyczno-
Psychologicznego w Paryżu.
Kilka lat wcześniej (1844r) zjawisko to usiłował wyjaśnić inny lekarz, Arthur
Ladbroke Wigan, lansując koncepcję podwójnego mózgu, całkiem zabawną -
wg jego teorii gdy jeden z mózgów pracował, drugi spał, a deja vu następowało
wtedy gdy zamieniały się czynnością i wspomnienia z obu mózgów nakładały się
na siebie.
Problemem zjawiska deja vu zajmowało się b. wielu lekarzy i dochodzili do
bardzo dziwnych wniosków - aż do połowy XX wieku panowało przekonanie,
że zjawisko deja vu występuje u epileptyków lub osób cierpiących na psychozy.
Współcześni neurolodzy na całym świecie nadal badają to zjawisko i każdy
wysnuwa inne wnioski.
Być może, że najbliżsi prawdy są ci, co twierdzą, że deja vu to docieranie do
świadomości informacji, które nieświadomie rejestrujemy.
Podświadomość bowiem archiwizuje wszystkie informacje jakie zbiera i
przetwarza nasz mózg a gdy okoliczność, w której się znalezliśmy jest podobna
do tej skatalogowanej w podświadomości, mózg nakłada je na siebie tworząc
wrażenie jej powtórnego przeżywania.
Parapsycholodzy i ezoterycy uważają natomiast,że wszystko już było, albo w tym
albo w poprzednim życiu, bo..... jakim cudem rozpoznajemy miejsce, w którym
jednak jesteśmy naprawdę po raz pierwszy?
Jest jeszcze jedna teoria - wg niektórych naukowców deja vu może być
dowodem na istnienie światów równoległych, czyli multiuniwersum.
To wcale nie jest nowa koncepcja, od wieków jest znana w filozofii Wschodu,
a na długo przed Eisteinem ezoterycy wiedzieli, że czas i przestrzeń nie istnieją,
co Einstein potwierdził swą teorią względności.
Napiszcie proszę, czy zdarzało się Wam, lub nadal zdarza zjawisko deja vu?
Bo mnie się zdarzało i jest to naprawdę niesamowite uczucie gdy wiesz,
co zaraz powie osoba którą właśnie spotkałaś.
Równie niesamowite jak to, że właśnie telefonuje do nas osoba, o której przed
momentem pomyśleliśmy.
A o światach równoległych- może napiszę, nie wiem tylko czy nie pomrzecie
z nudów w trakcie czytania.
Podobno każdemu, przynajmniej raz w życiu zdarza się zjawisko deja vu.
I dotyczy różnych sytuacji - nagle zostajemy zaskoczeni, tym, że :
wiemy co za moment nastąpi, chociaz nigdy tu nie byliśmy lub wcale nie znamy
naszego rozmówcy.
Co ciekawe - znacznie częściej deja vu przydarza się osobom młodym i wtedy
częściej dotyczy miejsca, w którym się znalezliśmy, a w którym tak naprawdę
jesteśmy pierwszy raz.
U osób dorosłych deja vu to częściej nagłe uświadomienie sobie, że wiemy
co za chwilę powie nasz rozmówca , wiemy również co my na to odpowiemy,
bo ta scena staje nam nagle w wyobrazni.
Zjawisko deja vu to nic nowego, znane jest od starożytności.
Zajmował się nim już Platon, żyjący w latach 427 -347 przed naszą erą i tak
o tym napisał:
..."albośmy wiedzę o tych rzeczach przynieśli na świat i posiadamy ją wszyscy
przez całe życie, albo jest to przypominanie sobie tego, co niegdyś oglądała nasza
dusza, kiedy z bogiem wędrowała i nie patrzyła nawet na to, co my dziś
rzeczywistością nazywamy, kiedy wychylała głowę w sferę bytu istotnego".
Platon, podobnie jak Sokrates uważał, że dusza ludzka jest nieśmiertelna, a my
po śmierci powracamy do życia (byt istotny) w nowym ciele.
Poglądy te potępiał teolog chrześcijański Augustyn z Hippony, (żyjący w latach
354 - 430) twierdząc, że zjawisko deja vu wywołują "złe i kłamliwe duchy"
zakłócające nasze postrzeganie świata i wiodące nas do postradania zmysłów.
Z czasem zjawiskiem tym zaczęli się interesować lekarze.
Termin "deja vu" ( co brzmi po polsku deża wi) na określenie tego zjawiska
wprowadził F.L. Arnaud w 1896 r na spotkaniu Towarzystwa Medyczno-
Psychologicznego w Paryżu.
Kilka lat wcześniej (1844r) zjawisko to usiłował wyjaśnić inny lekarz, Arthur
Ladbroke Wigan, lansując koncepcję podwójnego mózgu, całkiem zabawną -
wg jego teorii gdy jeden z mózgów pracował, drugi spał, a deja vu następowało
wtedy gdy zamieniały się czynnością i wspomnienia z obu mózgów nakładały się
na siebie.
Problemem zjawiska deja vu zajmowało się b. wielu lekarzy i dochodzili do
bardzo dziwnych wniosków - aż do połowy XX wieku panowało przekonanie,
że zjawisko deja vu występuje u epileptyków lub osób cierpiących na psychozy.
Współcześni neurolodzy na całym świecie nadal badają to zjawisko i każdy
wysnuwa inne wnioski.
Być może, że najbliżsi prawdy są ci, co twierdzą, że deja vu to docieranie do
świadomości informacji, które nieświadomie rejestrujemy.
Podświadomość bowiem archiwizuje wszystkie informacje jakie zbiera i
przetwarza nasz mózg a gdy okoliczność, w której się znalezliśmy jest podobna
do tej skatalogowanej w podświadomości, mózg nakłada je na siebie tworząc
wrażenie jej powtórnego przeżywania.
Parapsycholodzy i ezoterycy uważają natomiast,że wszystko już było, albo w tym
albo w poprzednim życiu, bo..... jakim cudem rozpoznajemy miejsce, w którym
jednak jesteśmy naprawdę po raz pierwszy?
Jest jeszcze jedna teoria - wg niektórych naukowców deja vu może być
dowodem na istnienie światów równoległych, czyli multiuniwersum.
To wcale nie jest nowa koncepcja, od wieków jest znana w filozofii Wschodu,
a na długo przed Eisteinem ezoterycy wiedzieli, że czas i przestrzeń nie istnieją,
co Einstein potwierdził swą teorią względności.
Napiszcie proszę, czy zdarzało się Wam, lub nadal zdarza zjawisko deja vu?
Bo mnie się zdarzało i jest to naprawdę niesamowite uczucie gdy wiesz,
co zaraz powie osoba którą właśnie spotkałaś.
Równie niesamowite jak to, że właśnie telefonuje do nas osoba, o której przed
momentem pomyśleliśmy.
A o światach równoległych- może napiszę, nie wiem tylko czy nie pomrzecie
z nudów w trakcie czytania.
sobota, 24 września 2016
Pozytywnie....
.... przebiegła wizyta w prywatnym szpitalu Medicover.
I choć to była wizyta płacona z puli NFZ, czuliśmy się wreszcie miłymi
i pożądanymi gośćmi, a nie balastem.
Lekarz bardzo się spodobał mojemu mężowi - bardzo dokładnie go zbadał,
wyjaśnił co podejrzewa, opowiedział jak najprawdopodobniej przebiegnie
operacja, podał też jej ewentualne warianty.
Potem zajrzał w komputer i stwierdził, że operacja odbędzie się 23 stycznia
2017 roku.
Do szpitala ma się mój mąż zgłosić dzień wcześniej, do godz.20,00.
Następnie zapisał jakie badania są potrzebne, oraz poprosił o dostarczenie
opinii od kardiologa oraz pulmonologa , a wszystko to ma mój mąż dostarczyć
w grudniu na umówioną wizytę u anestezjologa.
Niezależnie od tego, czy jest się pacjentem prywatnym czy też z NFZ pokoje
są jedno i dwuosobowe.
Różnica polega na tym, że pacjent NFZ ma ze sobą wziąć oprócz bielizny
nocnej również szlafrok i ręcznik. Pacjenci prywatni szlafrok i ręcznik dostają
"z urzędu".
Do gabinetu lekarskiego mąż wszedł aż całe 4 minuty po wyznaczonej godzinie
11,40, bo jak powiedział p. doktor, wynikło małe opóznienie, za które męża
przeprosił.
A teraz dość chyba ważna informacja:
niemal wszystkie prywatne placówki medyczne mają podpisane kontrakty na
świadczenie usług medycznych dla NFZ.
Bo rzeczywistość wygląda tak, że gdyby nie te kontrakty z NFZ, prywatne
placówki u nas nie miałyby płynności finansowej.
I jeżeli w waszym mieście jest tzw. niepubliczna placówka medyczna,
przychodnia lub też szpital, warto w nich skorzystać z wizyt lekarskich lub
zabiegów.
Lekarza pierwszego kontaktu i kilku specjalistów mam właśnie w takiej
placówce już od kilku lat i jestem zadowolona.
Do placówek prowadzonych przez NFZ idę tylko wtedy, gdy nie ma lekarza
potrzebnej mi specjalności w "mojej" placówce.
Wszystkie te niepubliczne placówki są bardzo dobrze zorganizowane,
zatrudniają naprawdę dobrych lekarzy, mają dobry, nowy sprzęt, jest czysto
i sympatycznie.
A pacjent nie jest traktowany jak niepotrzebny balast.
Odetchnęłam , a poza tym nawet gdyby mój mąż był pacjentem "prywatnym"
operacja odbyłaby się niewiele wcześniej. A że się jeszcze będzie musiał jakiś
czas oszczędzać to drobiazg, wytrzyma.
I choć to była wizyta płacona z puli NFZ, czuliśmy się wreszcie miłymi
i pożądanymi gośćmi, a nie balastem.
Lekarz bardzo się spodobał mojemu mężowi - bardzo dokładnie go zbadał,
wyjaśnił co podejrzewa, opowiedział jak najprawdopodobniej przebiegnie
operacja, podał też jej ewentualne warianty.
Potem zajrzał w komputer i stwierdził, że operacja odbędzie się 23 stycznia
2017 roku.
Do szpitala ma się mój mąż zgłosić dzień wcześniej, do godz.20,00.
Następnie zapisał jakie badania są potrzebne, oraz poprosił o dostarczenie
opinii od kardiologa oraz pulmonologa , a wszystko to ma mój mąż dostarczyć
w grudniu na umówioną wizytę u anestezjologa.
Niezależnie od tego, czy jest się pacjentem prywatnym czy też z NFZ pokoje
są jedno i dwuosobowe.
Różnica polega na tym, że pacjent NFZ ma ze sobą wziąć oprócz bielizny
nocnej również szlafrok i ręcznik. Pacjenci prywatni szlafrok i ręcznik dostają
"z urzędu".
Do gabinetu lekarskiego mąż wszedł aż całe 4 minuty po wyznaczonej godzinie
11,40, bo jak powiedział p. doktor, wynikło małe opóznienie, za które męża
przeprosił.
A teraz dość chyba ważna informacja:
niemal wszystkie prywatne placówki medyczne mają podpisane kontrakty na
świadczenie usług medycznych dla NFZ.
Bo rzeczywistość wygląda tak, że gdyby nie te kontrakty z NFZ, prywatne
placówki u nas nie miałyby płynności finansowej.
I jeżeli w waszym mieście jest tzw. niepubliczna placówka medyczna,
przychodnia lub też szpital, warto w nich skorzystać z wizyt lekarskich lub
zabiegów.
Lekarza pierwszego kontaktu i kilku specjalistów mam właśnie w takiej
placówce już od kilku lat i jestem zadowolona.
Do placówek prowadzonych przez NFZ idę tylko wtedy, gdy nie ma lekarza
potrzebnej mi specjalności w "mojej" placówce.
Wszystkie te niepubliczne placówki są bardzo dobrze zorganizowane,
zatrudniają naprawdę dobrych lekarzy, mają dobry, nowy sprzęt, jest czysto
i sympatycznie.
A pacjent nie jest traktowany jak niepotrzebny balast.
Odetchnęłam , a poza tym nawet gdyby mój mąż był pacjentem "prywatnym"
operacja odbyłaby się niewiele wcześniej. A że się jeszcze będzie musiał jakiś
czas oszczędzać to drobiazg, wytrzyma.
środa, 21 września 2016
Prywaty ciąg dalszy.....
Byłam wczoraj u swojej pani endokrynolog, by obejrzała wynik USG.
Pokonanie odległości 6 km dzielących mnie od przyszpitalnej przychodni
zajęło mi blisko godzinę, w tym czekanie na komunikację - raptem 7 minut.
Nic to, jak mawiała pewna Basia, dotarłam w okolice gabinetu, gdzie było
mikro i przykro. Mikro było zwłaszcza powietrza, bo w Polsce wentylacja
pomieszczeń to rzecz nieznana. Miejsc do złożenia odwłoka też było mikro,
bo ktoś nie przewidział, że do lekarzy będą kolejki ludzi niezbyt zdrowych
a na dodatek niezbyt młodych.
Dopytałam się tylko czy aby pani endo jest i przyjmuje, ustaliłam z grubsza
kto przede mną jest zapisany i zaczęłam podpierać ścianę.
Pacjent, który właśnie opuścił gabinet lekarski, oznajmił, że następnego
pacjenta pani "doktor" sama poprosi.
Pacjentki , bo głównie kobiety chorują na różne zaburzenia endokrynologiczne,
wpierw spojrzały po sobie, szukając na twarzach innych wyrazu zdegustowania,
a potem każda zerknęła na zegarek. W korytarzu, który tu "robi za poczekalnię"
atmosfera zaczęła gęstnieć. Po dwudziestu minutach panie zaczęły snuć domysły
jak długo jeszcze wszyscy będziemy czekać i co jest przyczyną, że lekarka nie
przyjmuje. W tzw. międzyczasie dotarły pacjentki, które miały być przyjęte
pomiędzy pacjentami z tzw. "regularnego" zapisu.
Wreszcie drzwi gabinetu uchyliły się i p. doktor z telefonikiem przy uchu
zaprosiła kolejną pacjentkę.Przy okazji obrzuciła spojrzeniem tłumek pod
drzwiami. Pacjentka nie zajęła pani doktor zbyt wiele czasu i opuszczając już
gabinet poinformowała, że pani doktor otrzymała b. pilny telefon i że musi
porozmawiać. Znów minęło około 10 minut, gdy wreszcie zaczęła przyjmować
kolejne pacjentki.
Gdy nadeszła moja kolej, wprawiłam panią doktor w nieliche zdumienie,
zadając jej pytania, na które ja nie znam odpowiedzi. Podobno jeszcze żadna
pacjentka nie zadała jej takiego pytania.
A pytania moje być może były głupie,ale dla mnie dość istotne.
I wreszcie dowiedziałam się, że przytarczyczki nie mogą zostać uszkodzone
przez przeciwciała niszczące tarczycę. Oczywiście gdy już łaskawie całkiem ją
zniszczą, nie znajdując swego żywiciela przestaną się namnażać i z czasem
po prostu zanikną. Trwa to długo, czasem wiele lat, ale one nie wywołują w
organizmie żadnych szkód.
Oczywiście zdarza się, że przytarczyczki mogą ulec uszkodzeniu, ale głównie
podczas operacji usuwania tarczycy, bo znajdują się bardzo blisko płatów
tarczycy,a tam jest baaardzo ciasno. Coś o tym wiem z autopsji, bo mnie
w trakcie operacji usuwania lewego płata tarczycy usunęli dwie znajdujące się
po tej stronie przytarczyczki i przecięli nerw lewej struny głosowej.
Co do moich resztek tarczycy to są jeszcze na tyle duże, że wciąż jeszcze mają
guzki i są nadal w stanie zapalnym i marzeniem pani endo jest by jak
najprędzej ta tarczyca mi zanikła.
Pocieszającym objawem jest fakt, że węzły chłonne są niepowiększone i nie jest
wzmożone unaczynienie krwionośne tej okolicy.
Nie mniej dostałam skierowanie na badanie poziomu kalcytoniny i oby był
bardzo niski.
A w najbliższy piątek dalszy ciąg medycznego maratonu, z mężem w roli głównej.
Pokonanie odległości 6 km dzielących mnie od przyszpitalnej przychodni
zajęło mi blisko godzinę, w tym czekanie na komunikację - raptem 7 minut.
Nic to, jak mawiała pewna Basia, dotarłam w okolice gabinetu, gdzie było
mikro i przykro. Mikro było zwłaszcza powietrza, bo w Polsce wentylacja
pomieszczeń to rzecz nieznana. Miejsc do złożenia odwłoka też było mikro,
bo ktoś nie przewidział, że do lekarzy będą kolejki ludzi niezbyt zdrowych
a na dodatek niezbyt młodych.
Dopytałam się tylko czy aby pani endo jest i przyjmuje, ustaliłam z grubsza
kto przede mną jest zapisany i zaczęłam podpierać ścianę.
Pacjent, który właśnie opuścił gabinet lekarski, oznajmił, że następnego
pacjenta pani "doktor" sama poprosi.
Pacjentki , bo głównie kobiety chorują na różne zaburzenia endokrynologiczne,
wpierw spojrzały po sobie, szukając na twarzach innych wyrazu zdegustowania,
a potem każda zerknęła na zegarek. W korytarzu, który tu "robi za poczekalnię"
atmosfera zaczęła gęstnieć. Po dwudziestu minutach panie zaczęły snuć domysły
jak długo jeszcze wszyscy będziemy czekać i co jest przyczyną, że lekarka nie
przyjmuje. W tzw. międzyczasie dotarły pacjentki, które miały być przyjęte
pomiędzy pacjentami z tzw. "regularnego" zapisu.
Wreszcie drzwi gabinetu uchyliły się i p. doktor z telefonikiem przy uchu
zaprosiła kolejną pacjentkę.Przy okazji obrzuciła spojrzeniem tłumek pod
drzwiami. Pacjentka nie zajęła pani doktor zbyt wiele czasu i opuszczając już
gabinet poinformowała, że pani doktor otrzymała b. pilny telefon i że musi
porozmawiać. Znów minęło około 10 minut, gdy wreszcie zaczęła przyjmować
kolejne pacjentki.
Gdy nadeszła moja kolej, wprawiłam panią doktor w nieliche zdumienie,
zadając jej pytania, na które ja nie znam odpowiedzi. Podobno jeszcze żadna
pacjentka nie zadała jej takiego pytania.
A pytania moje być może były głupie,ale dla mnie dość istotne.
I wreszcie dowiedziałam się, że przytarczyczki nie mogą zostać uszkodzone
przez przeciwciała niszczące tarczycę. Oczywiście gdy już łaskawie całkiem ją
zniszczą, nie znajdując swego żywiciela przestaną się namnażać i z czasem
po prostu zanikną. Trwa to długo, czasem wiele lat, ale one nie wywołują w
organizmie żadnych szkód.
Oczywiście zdarza się, że przytarczyczki mogą ulec uszkodzeniu, ale głównie
podczas operacji usuwania tarczycy, bo znajdują się bardzo blisko płatów
tarczycy,a tam jest baaardzo ciasno. Coś o tym wiem z autopsji, bo mnie
w trakcie operacji usuwania lewego płata tarczycy usunęli dwie znajdujące się
po tej stronie przytarczyczki i przecięli nerw lewej struny głosowej.
Co do moich resztek tarczycy to są jeszcze na tyle duże, że wciąż jeszcze mają
guzki i są nadal w stanie zapalnym i marzeniem pani endo jest by jak
najprędzej ta tarczyca mi zanikła.
Pocieszającym objawem jest fakt, że węzły chłonne są niepowiększone i nie jest
wzmożone unaczynienie krwionośne tej okolicy.
Nie mniej dostałam skierowanie na badanie poziomu kalcytoniny i oby był
bardzo niski.
A w najbliższy piątek dalszy ciąg medycznego maratonu, z mężem w roli głównej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



