...i pojechałam w City metrem.
Tego jechania było raptem trzy przystanki, ale ja generalnie boję
się metra.
W Warszawie jechałam metrem tylko dwa razy, a wcześniej chyba
tyle samo razy w Moskwie. W Moskwie już sam zjazd na peron
metra mnie wystraszył- u nich metro jest piekielnie głęboko, jak
na mój gust.
A tak poza tym boję się też wind w polskich wieżowcach bo raz,
będąc w Gdańsku, utknęłam wraz z dzieckiem w windzie.
Tu zdrowy rozsądek i brak miejsc parkingowych wziął górę nad
strachem i pojechałam.I nawet trafiłam tam,dokąd zamierzałam.
Pełny sukces.
Skończył się nam toner w drukarce i trzeba było nabyć nowy.
Dziś zrobiło się bardzo chłodno, więc idiotycznie wskoczyłam
w puchówkę.I to był błąd- niestety w sklepach panuje upał,
więc zamiast oblecieć okazjonalnie kilka sklepów ograniczyłam
się do zakupu tonera i ryzy papieru do drukarki. Gdy byłam
na ulicy było mi akurat, no ale w sklepie myślałam, że się
za moment roztopię.Zdjęcie czapki i szalika nic nie pomogło.
Oczywiście jak na złość trafiłam na cudownie zaopatrzony
sklep z materiałami biurowymi. Ceny jak u nas, tyle tylko, że
u nas przy cyferce jest zł, a tu przy tych samych cyferkach
znaczek euro. Przemnażam przez kurs dnia - i odpadam-
kupuję tylko to, co muszę. A tyle rzeczy mi się tam podobało!
Drogo tu, za przejechanie trzech przystanków -tam i z powrotem
zapłaciłam 2,40, czyli jak na nasze to niemal 10 zł.
No a w Warszawie jezdziłam jako leciwa emerytka za darmo.
Tu nie ma darmochy dla emerytów, bo jest ich po prostu zbyt
dużo.Jakieś zniżki mają tylko osoby niepełnosprawne.
Przysłali nam dziś zamówioną mailowo "zieloną plakietkę".
Dzięki jej posiadaniu (sześć euro) będziemy mogli bez strachu
podróżować po Berlinie i okolicach. Bo Berlin ma sporo stref
ekologicznych. I gdy tam człowieka zdybie policja a samochód
nie ma "zielonej plakietki" - płaci się mandat.
Na nas zarobią dwa razy, bo w następnym kwartale musimy
przerejestrować samochód na berlińskie numery, więc trzeba
będzie zaopatrzyć samochód w nową plakietkę, by była zgodna
z berlińskim numerem.
"I to byłoby na tyle" - jak mawiał klasyk.
I na osłodę kilka zdjęć z Berlina .
Dwa ostatnie - Katedra Protestancka w Berlinie
drewniana rzezba
poniedziałek, 8 stycznia 2018
czwartek, 4 stycznia 2018
Nuuuda, nic a nic....
.....ciekawego.
Zaraz po świętach wygnało nas z domu do ogromnego marketu budowlanego i
do IKEI.
W budowlanym markecie zakupiłam niezwykłej urody taboret łazienkowy, taki
"wodoodporny", "obuty" w gumowe ochraniacze antypoślizgowe, z regulowaną
wysokością siedziska. Takie samiutkie widywałam w Polsce w sklepach ze
sprzętem dla osób niepełnosprawnych, ale ten jest (o dziwo!) tańszy niż
te widziane przeze mnie w Polsce. Wreszcie coś tańsze!
Poza tym bezskutecznie szukaliśmy antypoślizgowych pasków do naszego
brodzika. Co prawda wg producenta płytki położone w naszym brodzku są
antypoślizgowe, ale nie wtedy, gdy cała podłoga jest zalana wodą.
Z tego wszystkiego trzeba było je zamówić na internecie.
W IKEI trafiłam na świetne miseczki porcelanowe, które akurat były na
poświątecznej wyprzedaży. Bardzo praktyczne, bo mają kształt walca.
Wśród mebli królowała śnieżna biel, a zaledwie kilka niedużych mebli było
w bardziej "meblowych" kolorach, o ile kolor popielaty i czarny uznamy za
kolory "meblowe".
Zlazłam się po tych dwóch sklepach niesamowicie- market budowlany ciągnął
się kilometrami, wlekliśmy się tylko po jego obwodzie nawet nie wstępując do
alejek środkowych.
A potem jak zwykle (bo w Warszawie jest tak samo) kolejne kilometry po
całej galerii IKEA.
No a potem już tylko należało trafić na autostradę by nią dojechać do domu.
Wczoraj musiałam uzupełnić zapasy w lodówce. Wyjrzałam przez okno
i z radością odnotowałam,że deszcz już nie pada, chodniki nawet przeschły i
słońce zaczyna wychodzić zza chmur. Potuptaliśmy do "naszego" sklepu,
niespiesznie zrobiliśmy zakupy i w chwili gdy wychodziliśmy ze sklepu
zaczął kropić deszcz. Deszcz nieduży, więc ruszyliśmy w stronę domu.
I to był błąd, bo lekki deszcz zmienił się w okamgnieniu w ulewę a zaraz
potem w solidny grad. Dawno tak nie zmokłam. I wiecie, wcale nie jest miło
gdy przez cienką czapkę wali w głowę grad.
W domu suszenie ciuchów odchodziło przez kilka godzin.
A dziś zachciało mi się nowoczesności, czyli posiadania w smartfonie aplikacji
pozwalającej na kupowanie biletów miejskiej komunikacji tymże ustrojstwem.
To dopiero był głupi pomysł! Bo procedura kupowania biletu jest (jak dla
mnie) cholernie skomplikowana, zwłaszcza, że mam kłopoty z niemieckim.
Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo gdy córka już mi wyjaśniła jak mam
teraz postępować by nabyć bilet wirtualny i spojrzała się na mnie, to czym
prędzej dodała że pierwsze kupowanie biletu "zrobimy razem".
No i wyglada na to, że już niedługo zostaniemy legalnymi członkami tutejszej
Kasy Chorych - dziś dotarły już ostatnie druki, które mamy wypełnić i
opatrzeć je swoimi zdjęciami.
Rozebrałam już choinkę - tu "zużytą" choinkę wystawia się na skraj chodnika
przy jezdni i należy je zostawiać do 10 stycznia- od 10 stycznia miejskie
przedsiębiorstwo oczyszczania miasta będzie je zabierać. Po tym terminie każdy
będzie musiał sam tę choinkę odtransportować na jakieś składowisko.
Tu , w porównaniu z Warszawą to jest mało luksusowo ze śmieciami, zwłaszcza
w dziedzinie "elektrośmieci". Tu każda dzielnica ma jeden punkt zbiórki tych
elektrośmieci i zawsze jest tam spora kolejka do ich zdania. Tak samo jest ze
starymi meblami i innymi sprzętami.
Ostatnio w W-wie elektrośmieci przyjmowały sklepy AGD a wszelkie "odpady
domowe" typu stare meble, mieszkańcy składali w wyodrębnionych altanach,
które były opróżniane co jakiś czas przez miejskie służby porządkowe.
Na moim warszawskim osiedlu praktycznie na każdej ulicy, przy śmietnikach,
były takie altany. Ogrodzone, zadaszone, zamykane na klucz.
Może Was dziś nieco zanudzę tymi zwyczajnymi sprawami, ale trudno.
Gdy się zwierzyłam na łamach bloga, że planujemy wyjazd z Polski, kilka osób
pomyślało i napisało, że zapewne jesteśmy bardzo bogatymi ludzmi i będziemy
żyć głównie z odłożonych "na starość" pieniędzy. Bardzo mnie to rozbawiło, bo
gdybym pokazała tym osobom stan naszego konta to zaraz by się zapytali
czy będziemy tu pracować na swoje utrzymanie.
Żyjemy z naszych emerytur i, co zabawne, wcale a wcale nie wydajemy "na życie"
więcej niż w Polsce. Oczywiście za mieszkanie płacimy więcej niż w Polsce, ale
jeśli idzie o żywność to wydajemy tyle samo co tam.
Różnicę pokrywamy z wynajmu mieszkania w Warszawie.
I żeby nie było niedomówień- wynajmujemy oficjalnie i płacimy od tego podatek.
I właściwie nasz tryb życia wiele się nie zmienił bo pogoda marna i głównie siedzi
się w domu.
Pogoda nadal typu "zgadnij jaka to pora roku", ale wyraznie dzień już dłuższy.
W niedzielę starszy Krasnal ma urodziny - kończy dziewięć lat.
Strasznie się te dzieci starzeją, bo 17 lutego młodszy skończy siedem.
A tu, na osłodę, nieco wieczornego, świątecznego Berlina :
Zaraz po świętach wygnało nas z domu do ogromnego marketu budowlanego i
do IKEI.
W budowlanym markecie zakupiłam niezwykłej urody taboret łazienkowy, taki
"wodoodporny", "obuty" w gumowe ochraniacze antypoślizgowe, z regulowaną
wysokością siedziska. Takie samiutkie widywałam w Polsce w sklepach ze
sprzętem dla osób niepełnosprawnych, ale ten jest (o dziwo!) tańszy niż
te widziane przeze mnie w Polsce. Wreszcie coś tańsze!
Poza tym bezskutecznie szukaliśmy antypoślizgowych pasków do naszego
brodzika. Co prawda wg producenta płytki położone w naszym brodzku są
antypoślizgowe, ale nie wtedy, gdy cała podłoga jest zalana wodą.
Z tego wszystkiego trzeba było je zamówić na internecie.
W IKEI trafiłam na świetne miseczki porcelanowe, które akurat były na
poświątecznej wyprzedaży. Bardzo praktyczne, bo mają kształt walca.
Wśród mebli królowała śnieżna biel, a zaledwie kilka niedużych mebli było
w bardziej "meblowych" kolorach, o ile kolor popielaty i czarny uznamy za
kolory "meblowe".
Zlazłam się po tych dwóch sklepach niesamowicie- market budowlany ciągnął
się kilometrami, wlekliśmy się tylko po jego obwodzie nawet nie wstępując do
alejek środkowych.
A potem jak zwykle (bo w Warszawie jest tak samo) kolejne kilometry po
całej galerii IKEA.
No a potem już tylko należało trafić na autostradę by nią dojechać do domu.
Wczoraj musiałam uzupełnić zapasy w lodówce. Wyjrzałam przez okno
i z radością odnotowałam,że deszcz już nie pada, chodniki nawet przeschły i
słońce zaczyna wychodzić zza chmur. Potuptaliśmy do "naszego" sklepu,
niespiesznie zrobiliśmy zakupy i w chwili gdy wychodziliśmy ze sklepu
zaczął kropić deszcz. Deszcz nieduży, więc ruszyliśmy w stronę domu.
I to był błąd, bo lekki deszcz zmienił się w okamgnieniu w ulewę a zaraz
potem w solidny grad. Dawno tak nie zmokłam. I wiecie, wcale nie jest miło
gdy przez cienką czapkę wali w głowę grad.
W domu suszenie ciuchów odchodziło przez kilka godzin.
A dziś zachciało mi się nowoczesności, czyli posiadania w smartfonie aplikacji
pozwalającej na kupowanie biletów miejskiej komunikacji tymże ustrojstwem.
To dopiero był głupi pomysł! Bo procedura kupowania biletu jest (jak dla
mnie) cholernie skomplikowana, zwłaszcza, że mam kłopoty z niemieckim.
Musiałam mieć strasznie głupią minę, bo gdy córka już mi wyjaśniła jak mam
teraz postępować by nabyć bilet wirtualny i spojrzała się na mnie, to czym
prędzej dodała że pierwsze kupowanie biletu "zrobimy razem".
No i wyglada na to, że już niedługo zostaniemy legalnymi członkami tutejszej
Kasy Chorych - dziś dotarły już ostatnie druki, które mamy wypełnić i
opatrzeć je swoimi zdjęciami.
Rozebrałam już choinkę - tu "zużytą" choinkę wystawia się na skraj chodnika
przy jezdni i należy je zostawiać do 10 stycznia- od 10 stycznia miejskie
przedsiębiorstwo oczyszczania miasta będzie je zabierać. Po tym terminie każdy
będzie musiał sam tę choinkę odtransportować na jakieś składowisko.
Tu , w porównaniu z Warszawą to jest mało luksusowo ze śmieciami, zwłaszcza
w dziedzinie "elektrośmieci". Tu każda dzielnica ma jeden punkt zbiórki tych
elektrośmieci i zawsze jest tam spora kolejka do ich zdania. Tak samo jest ze
starymi meblami i innymi sprzętami.
Ostatnio w W-wie elektrośmieci przyjmowały sklepy AGD a wszelkie "odpady
domowe" typu stare meble, mieszkańcy składali w wyodrębnionych altanach,
które były opróżniane co jakiś czas przez miejskie służby porządkowe.
Na moim warszawskim osiedlu praktycznie na każdej ulicy, przy śmietnikach,
były takie altany. Ogrodzone, zadaszone, zamykane na klucz.
Może Was dziś nieco zanudzę tymi zwyczajnymi sprawami, ale trudno.
Gdy się zwierzyłam na łamach bloga, że planujemy wyjazd z Polski, kilka osób
pomyślało i napisało, że zapewne jesteśmy bardzo bogatymi ludzmi i będziemy
żyć głównie z odłożonych "na starość" pieniędzy. Bardzo mnie to rozbawiło, bo
gdybym pokazała tym osobom stan naszego konta to zaraz by się zapytali
czy będziemy tu pracować na swoje utrzymanie.
Żyjemy z naszych emerytur i, co zabawne, wcale a wcale nie wydajemy "na życie"
więcej niż w Polsce. Oczywiście za mieszkanie płacimy więcej niż w Polsce, ale
jeśli idzie o żywność to wydajemy tyle samo co tam.
Różnicę pokrywamy z wynajmu mieszkania w Warszawie.
I żeby nie było niedomówień- wynajmujemy oficjalnie i płacimy od tego podatek.
I właściwie nasz tryb życia wiele się nie zmienił bo pogoda marna i głównie siedzi
się w domu.
Pogoda nadal typu "zgadnij jaka to pora roku", ale wyraznie dzień już dłuższy.
W niedzielę starszy Krasnal ma urodziny - kończy dziewięć lat.
Strasznie się te dzieci starzeją, bo 17 lutego młodszy skończy siedem.
A tu, na osłodę, nieco wieczornego, świątecznego Berlina :
poniedziałek, 1 stycznia 2018
No i jest....
...Nowy Rok.
Wkroczył w ogłuszającym huku, w kolorach tęczy. Pierwsi amatorzy huku i smrodu urzędowali już od zmroku.
Byli to głównie tatusiowie z małymi dziećmi.
Prawdziwa kanonada zaczęła się tuż po północy. W ten
wieczór Krasnale po raz pierwszy brały udział w powitaniu
Nowego Roku.
Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy na balkon, podobnie
jak i inni mieszkańcy spędzający ten wieczór w domowych
pieleszach.
Wszyscy składali życzenia swym bliskim i machaliśmy do
sąsiadów bliższych i dalszych, wykrzykując formułkę
noworocznych życzeń.
Niedaleko nas jest ogólnodostępny park i wiele osób
właśnie tam znalazło miejsce na zabawę fajerwerkami.
I myślę, że tej nocy wiele osób przeputało niezłą fortunę,
bo były to dobre jakościowo fajerwerki, lecące wysoko
ponad pięciopiętrowe przedwojenne kamienice,
rozpadając się tworzyły wielokolorowe wzory, czyli
sporo kosztowały.
Około 1,30 postanowiliśmy "zmienić lokal" i ruszyliśmy
z mężem do siebie. Te pół kilometra pokonywaliśmy
przemykając się blisko murów kamienic, bo nadal trwała
kanonanda, wysoko nad nami rozrywały się fajerwerki
obficie siejąc odłamki. W powietrzu roznosił się duszący
dym, na chodnikach i jezdniach poniewierały się stosy
zużytych opakowań.
Z ulgą dotarliśmy do siebie. Na naszej ulicy nie było
wielu amatorów fajerwerków, bo to ulica bardziej
przelotowa. Większość fajerwerkomanów urzędowała
w bocznych uliczkach, którymi nocą mało kto jezdzi,
bo z góry wiadomo, że miejsca do zaparkowania nie
ma a i sama uliczka wąska, bo po obu stronach jezdni
stoją "na gęsto" samochody.
Tu są bardzo odporni ludzie- huk trwał do prawie
trzeciej nad ranem a i o 6,30 rano jeszcze ktoś pozbywał
się resztek fajerwerków.
Jestem śpiąca, przejedzona, bo córka zadbała bardzo o to,
by cały czas coś mnie kusiło na stole i było to dla mnie
dozwolone, czyli bezglutenowe.
Upiekła nawet tort makowy-bezglutenowy, niestety
bardzo smaczny. Pochłonęłam aż dwa kawałki.
Nie wiem jak u Was, ale u mnie o północy było 10
stopni ciepła i bardziej przypominało to wiosenną niż
grudniową noc.
Wkroczył w ogłuszającym huku, w kolorach tęczy. Pierwsi amatorzy huku i smrodu urzędowali już od zmroku.
Byli to głównie tatusiowie z małymi dziećmi.
Prawdziwa kanonada zaczęła się tuż po północy. W ten
wieczór Krasnale po raz pierwszy brały udział w powitaniu
Nowego Roku.
Tuż przed północą wyszliśmy wszyscy na balkon, podobnie
jak i inni mieszkańcy spędzający ten wieczór w domowych
pieleszach.
Wszyscy składali życzenia swym bliskim i machaliśmy do
sąsiadów bliższych i dalszych, wykrzykując formułkę
noworocznych życzeń.
Niedaleko nas jest ogólnodostępny park i wiele osób
właśnie tam znalazło miejsce na zabawę fajerwerkami.
I myślę, że tej nocy wiele osób przeputało niezłą fortunę,
bo były to dobre jakościowo fajerwerki, lecące wysoko
ponad pięciopiętrowe przedwojenne kamienice,
rozpadając się tworzyły wielokolorowe wzory, czyli
sporo kosztowały.
Około 1,30 postanowiliśmy "zmienić lokal" i ruszyliśmy
z mężem do siebie. Te pół kilometra pokonywaliśmy
przemykając się blisko murów kamienic, bo nadal trwała
kanonanda, wysoko nad nami rozrywały się fajerwerki
obficie siejąc odłamki. W powietrzu roznosił się duszący
dym, na chodnikach i jezdniach poniewierały się stosy
zużytych opakowań.
Z ulgą dotarliśmy do siebie. Na naszej ulicy nie było
wielu amatorów fajerwerków, bo to ulica bardziej
przelotowa. Większość fajerwerkomanów urzędowała
w bocznych uliczkach, którymi nocą mało kto jezdzi,
bo z góry wiadomo, że miejsca do zaparkowania nie
ma a i sama uliczka wąska, bo po obu stronach jezdni
stoją "na gęsto" samochody.
Tu są bardzo odporni ludzie- huk trwał do prawie
trzeciej nad ranem a i o 6,30 rano jeszcze ktoś pozbywał
się resztek fajerwerków.
Jestem śpiąca, przejedzona, bo córka zadbała bardzo o to,
by cały czas coś mnie kusiło na stole i było to dla mnie
dozwolone, czyli bezglutenowe.
Upiekła nawet tort makowy-bezglutenowy, niestety
bardzo smaczny. Pochłonęłam aż dwa kawałki.
Nie wiem jak u Was, ale u mnie o północy było 10
stopni ciepła i bardziej przypominało to wiosenną niż
grudniową noc.
piątek, 29 grudnia 2017
Podobno w ostatnie dni roku...
...należy robić jego podsumowanie.
Ale nie wiem po co. Już dawno przestałam robić jakiekolwiek noworoczne
postanowienia, bo nie przypominam sobie, bym kiedyś któreś postanowienie
zrealizowała.
Nawet sobie nie wyobrażacie ileż to razy sama sobie obiecywałam jak bardzo
zmienię swój tryb życia, ileż to kilogramów zgubię, ile nowych rzeczy się nauczę!
W pewnej chwili oprzytomniałam i przestałam się łudzić - jestem jaka jestem a
jeśli to komuś nie pasuje to nie musi się przecież za mną zadawać, jest dookoła
tyle innych, ciekawszych ode mnie osób płci żeńskiej.
Nie mniej ten rok zapewne zapadnie mi w pamięci, bo podjęliśmy ważną dla
nas decyzję przenosząc się do Niemiec, dopóki jeszcze jest to możliwe, bo
na szczęście funkcjonuje jeszcze przepis o swobodzie przemieszczania się i
mieszkania w dowolnym kraju Unii Europejskiej, o ile jest się mieszkańcem
kraju należącego do UE, a nas JESZCZE z niej nie wysiudali.
Nie ukrywam, że wielu znajomych z trudem powstrzymywało się przed
zrobieniem gestu wskazującego na zły stan naszych umysłów.
Nie da się również ukryć, że w podjęciu tej decyzji pomogła nam dobra zmiana.
Była tak dobra, że aż trudno było z nadmiaru dobra to wszystko unieść. Co jest
w pełni zgodne z przysłowiem, że co za dużo to niezdrowo.
A propos zdrowie- nie było najgorzej, w końcu reoperacja przepukliny mego męża
"poszła jak po maśle", tyle tylko że z okazji przeprowadzki wzrósł mi przekrój
mięśni.
Przecież ktoś te pudła musiał pakować i w słupki ustawiać, a tym kimś byłam ja.
I tu ma rację bytu następne przysłowie-"małżeństwo jest instytucją ze zbyt małą
ilością pracowników".
Prawie nie koralikowałam w tym roku - zdołałam tylko wykończyć pozaczynane
robótki, ale było tego co kot napłakał. Miałam nawet zamiar zlikwidować cały
"koralikowy majdan", ale zrobiło mi się żal.
Wczoraj nawet rozrysowałam jeden projekt i pewnie wkrótce zacznę coś dłubać.
Mam problem z językiem - jakoś mi marnie to idzie. Ale znam kogoś, kto od 20
lat mieszka w tym kraju i jeszcze nie nauczył się niemieckiego- mało tego,
nawet nie usiłuje się nauczyć.
Bo bez trudu można tu leczyć się u polskiego lekarza, zęby plombować
u polskiego dentysty i u polskiej fryzjerki się strzyc.
Sklepy samoobsługowe więc można być niemową, płaci się kartą i przy kasie
wystarczy na powitanie "hallo" i "tschuss" (czius) na pożegnanie i wszystko
gra.
Jak gdzie dojechać można zapytać wujka Google w swoim własnym języku i
będzie to odpowiedz całkiem precyzyjna - wypróbowałam. Do tego warto
"postudiować" plan miasta, w którym znajdzie się również plan metra.
Wiem kochani - to mało ambitne, ale ja raczej już pomału schodzę ze sceny
zwanej życiem i nie mam zamiaru się wysilać - wszak jestem jaka jestem.
Zaczęłam czytać książkę Wohllebena "Duchowe życie zwierząt". Podoba mi
się bo pisana jest z pewnym dystansem, bez ckliwości ale nie tylko z pozycji
"szkiełka i oka" naukowca. Z półki już zerka na mnie druga książka tegoż
autora "Sekretne życie drzew".
W nocy z niedzieli na poniedziałek przybędzie nam wszystkim kolejna
cyferka w życiorysie i jest to ta druga sprawiedliwość istnienia.
Pierwsza z nich to fakt, że nikt z nas nie uniknie odejścia w nicość a druga,
że każdemu co rok przybywa lat.
Jesteśmy tu przez chwilę, nawet gdy w niezłym zdrowiu dożyjemy 100 lat.
Życzę Wszystkim, by ten skok w Nowy Rok
był wielce udany, radosny, bawcie się do
utraty tchu!
Każdemu z Was życzę w tym Nowym Roku
wszelkiej pomyślności, radości, zdrowia,
spokoju i spełnienia marzeń.
Tych szalonych także!!!
zdjęcie "Pixabay".
Ale nie wiem po co. Już dawno przestałam robić jakiekolwiek noworoczne
postanowienia, bo nie przypominam sobie, bym kiedyś któreś postanowienie
zrealizowała.
Nawet sobie nie wyobrażacie ileż to razy sama sobie obiecywałam jak bardzo
zmienię swój tryb życia, ileż to kilogramów zgubię, ile nowych rzeczy się nauczę!
W pewnej chwili oprzytomniałam i przestałam się łudzić - jestem jaka jestem a
jeśli to komuś nie pasuje to nie musi się przecież za mną zadawać, jest dookoła
tyle innych, ciekawszych ode mnie osób płci żeńskiej.
Nie mniej ten rok zapewne zapadnie mi w pamięci, bo podjęliśmy ważną dla
nas decyzję przenosząc się do Niemiec, dopóki jeszcze jest to możliwe, bo
na szczęście funkcjonuje jeszcze przepis o swobodzie przemieszczania się i
mieszkania w dowolnym kraju Unii Europejskiej, o ile jest się mieszkańcem
kraju należącego do UE, a nas JESZCZE z niej nie wysiudali.
Nie ukrywam, że wielu znajomych z trudem powstrzymywało się przed
zrobieniem gestu wskazującego na zły stan naszych umysłów.
Nie da się również ukryć, że w podjęciu tej decyzji pomogła nam dobra zmiana.
Była tak dobra, że aż trudno było z nadmiaru dobra to wszystko unieść. Co jest
w pełni zgodne z przysłowiem, że co za dużo to niezdrowo.
A propos zdrowie- nie było najgorzej, w końcu reoperacja przepukliny mego męża
"poszła jak po maśle", tyle tylko że z okazji przeprowadzki wzrósł mi przekrój
mięśni.
Przecież ktoś te pudła musiał pakować i w słupki ustawiać, a tym kimś byłam ja.
I tu ma rację bytu następne przysłowie-"małżeństwo jest instytucją ze zbyt małą
ilością pracowników".
Prawie nie koralikowałam w tym roku - zdołałam tylko wykończyć pozaczynane
robótki, ale było tego co kot napłakał. Miałam nawet zamiar zlikwidować cały
"koralikowy majdan", ale zrobiło mi się żal.
Wczoraj nawet rozrysowałam jeden projekt i pewnie wkrótce zacznę coś dłubać.
Mam problem z językiem - jakoś mi marnie to idzie. Ale znam kogoś, kto od 20
lat mieszka w tym kraju i jeszcze nie nauczył się niemieckiego- mało tego,
nawet nie usiłuje się nauczyć.
Bo bez trudu można tu leczyć się u polskiego lekarza, zęby plombować
u polskiego dentysty i u polskiej fryzjerki się strzyc.
Sklepy samoobsługowe więc można być niemową, płaci się kartą i przy kasie
wystarczy na powitanie "hallo" i "tschuss" (czius) na pożegnanie i wszystko
gra.
Jak gdzie dojechać można zapytać wujka Google w swoim własnym języku i
będzie to odpowiedz całkiem precyzyjna - wypróbowałam. Do tego warto
"postudiować" plan miasta, w którym znajdzie się również plan metra.
Wiem kochani - to mało ambitne, ale ja raczej już pomału schodzę ze sceny
zwanej życiem i nie mam zamiaru się wysilać - wszak jestem jaka jestem.
Zaczęłam czytać książkę Wohllebena "Duchowe życie zwierząt". Podoba mi
się bo pisana jest z pewnym dystansem, bez ckliwości ale nie tylko z pozycji
"szkiełka i oka" naukowca. Z półki już zerka na mnie druga książka tegoż
autora "Sekretne życie drzew".
W nocy z niedzieli na poniedziałek przybędzie nam wszystkim kolejna
cyferka w życiorysie i jest to ta druga sprawiedliwość istnienia.
Pierwsza z nich to fakt, że nikt z nas nie uniknie odejścia w nicość a druga,
że każdemu co rok przybywa lat.
Jesteśmy tu przez chwilę, nawet gdy w niezłym zdrowiu dożyjemy 100 lat.
Życzę Wszystkim, by ten skok w Nowy Rok
był wielce udany, radosny, bawcie się do
utraty tchu!
Każdemu z Was życzę w tym Nowym Roku
wszelkiej pomyślności, radości, zdrowia,
spokoju i spełnienia marzeń.
Tych szalonych także!!!
zdjęcie "Pixabay".
wtorek, 26 grudnia 2017
Koncert
Wczoraj, o godzinie 16,00 w Sali Muzyki Kameralnej Filharmonii Berlińskiej
odbył się kolejny koncert Berliner Mozart-Kinderchor, do którego należy nasz
starszy Krasnal.
A oto budynek Filharmonii Berlińskiej, oddany do użytku w 1963 roku.
A poniżej Sala Muzyki Kameralnej, w której chór wczoraj koncertował
Ta Sala Muzyki Kameralnej została oddana do użytku w 1987 roku.
Najmłodsi chórzyści to grupa wiekowa od 5 do 9 lat.
Koncert był naprawdę piękny. Widok tych najmłodszych, jest rozbrajający.
Te maluchy najczęściej śpiewają całym ciałem , do rytmu śpiewanego utworu
niektórzy jeszcze ruszają głową, inni rączkami a zdarza się też "tańcząca" do
rytmu nóżka.
Jestem pełna podziwu dla Kierowniczki tego Chóru, która prowadzi go już ponad
dwadzieścia lat. Dwa lata temu byliśmy na występie tego chóru właśnie z okazji
jego dwudziestolecia.
A tym razem był to "zwykły" doroczny koncert Bożonarodzeniowy.
Na takim koncercie występują razem trzy grupy wiekowe tegoż chóru, -"maluchy",
młodzież i młodzi, ale już "dorośli".
Oprócz chóru występowała też Orkiestra Kameralna. Część występów była razem
z orkiestrą, część utworów chór śpiewał a capella.
Koncert był tym razem wzbogacony o bardzo, bardzo długi występ flecistki.
Solistka wykonała brawurowo co najmniej sześć utworów na flet i orkiestrę.
Jej występ ogromnie się wszystkim podobał, publiczność była zachwycona.
Na zakończenie chór odśpiewał jedną z kolęd a jej refren cała sala razem z chórem.
Bardzo mi się ten koncert podobał.
Jedyny mankament- ale tak jest w całym Berlinie- to znalezienie miejsca do
zaparkowania samochodu.
Ale po takim pięknym muzycznym przeżyciu przedreptanie około kilometra do
samochodu nie było wielkim problemem.
I tak przy okazji - w mieście obowiązuje ograniczenie szybkości do 50 km
na godzinę, miejscami do 30. I wystarczy ją przekroczyć o 5 km by zabulić
mandat.
odbył się kolejny koncert Berliner Mozart-Kinderchor, do którego należy nasz
starszy Krasnal.
A oto budynek Filharmonii Berlińskiej, oddany do użytku w 1963 roku.
A poniżej Sala Muzyki Kameralnej, w której chór wczoraj koncertował
Ta Sala Muzyki Kameralnej została oddana do użytku w 1987 roku.
Najmłodsi chórzyści to grupa wiekowa od 5 do 9 lat.
Koncert był naprawdę piękny. Widok tych najmłodszych, jest rozbrajający.
Te maluchy najczęściej śpiewają całym ciałem , do rytmu śpiewanego utworu
niektórzy jeszcze ruszają głową, inni rączkami a zdarza się też "tańcząca" do
rytmu nóżka.
Jestem pełna podziwu dla Kierowniczki tego Chóru, która prowadzi go już ponad
dwadzieścia lat. Dwa lata temu byliśmy na występie tego chóru właśnie z okazji
jego dwudziestolecia.
A tym razem był to "zwykły" doroczny koncert Bożonarodzeniowy.
Na takim koncercie występują razem trzy grupy wiekowe tegoż chóru, -"maluchy",
młodzież i młodzi, ale już "dorośli".
Oprócz chóru występowała też Orkiestra Kameralna. Część występów była razem
z orkiestrą, część utworów chór śpiewał a capella.
Koncert był tym razem wzbogacony o bardzo, bardzo długi występ flecistki.
Solistka wykonała brawurowo co najmniej sześć utworów na flet i orkiestrę.
Jej występ ogromnie się wszystkim podobał, publiczność była zachwycona.
Na zakończenie chór odśpiewał jedną z kolęd a jej refren cała sala razem z chórem.
Bardzo mi się ten koncert podobał.
Jedyny mankament- ale tak jest w całym Berlinie- to znalezienie miejsca do
zaparkowania samochodu.
Ale po takim pięknym muzycznym przeżyciu przedreptanie około kilometra do
samochodu nie było wielkim problemem.
I tak przy okazji - w mieście obowiązuje ograniczenie szybkości do 50 km
na godzinę, miejscami do 30. I wystarczy ją przekroczyć o 5 km by zabulić
mandat.
niedziela, 24 grudnia 2017
Trzecia wigilia w Berlinie.....
......a jednocześnie pierwsza w nowych warunkach.
Od rana dziś było 10 stopni ciepła, tyle tylko, że wiał silny wiatr, ale nie
padało. Pierwszej gwiazdy nie widzieliśmy (teoretycznie powinna to być Vega),
ale niebo było dość szczelnie zakryte chmurami.
Około 17,30 przydreptały po nas Krasnale wraz z drugą babcią i razem
powędrowaliśmy do nich na wigilię.
Wysłanie chłopców po nas było koniecznością, bo trzeba było się ich choć na pół
godziny pozbyć z domu, żeby prezenty trafiły pod choinkę.
Celowo wlekliśmy się noga za nogą, by dać więcej czasu na ułożenie prezentów,
a Krasnale zachowywały się jak psiaki- biegły do przodu, a potem również
biegiem wracały do nas. I zamiast tych 450 metrów dzielących nasze domy
z pewnością zaliczyły niemal kilometr.
Starszy Krasnal co prawda mówi, że nie wierzy w Świętego Mikołaja, ale chyba
nie chce młodszego pozbawiać złudzeń i z nim o tym nie dyskutuje.
Zaraz po wejściu do mieszkania Krasnale zgodnie pobiegły do salonu i młodszy
z ulga stwierdził, że -"był Mikołaj, są prezenty".
Ale lekko nie było, wpierw musieli usiąść z nami do stołu i zjeść nieco. Potem
obaj kłusem pozbierali talerze i usadzili nas na sofie na wprost choinki.
Miło mi się zrobiło, bo na choince wiszą wszystkie mojej roboty bombki
zdobione techniką decoupage haftowane zawieszki i haftowane na kanwie
plastikowej Mikołaje. A choinka śliczna, gęściutka i bardzo, bardzo równa.
Tym razem młodszy z pełną powagą brał każdy prezent i odczytywał imię adresata,
podawał paczuszką starszemu, a ten podawał dalej.
Młodszy (sześciolatek) we wrześniu poszedł do szkoły i był ogromnie dumny, że
potrafi już odczytać etykietki.
Gdy już wszystkie prezenty zostały rozdane Krasnale zarządziły otwieranie
prezentów.
Osobiście jestem cała w skowronkach, bo dostałam Petera Wohllebena "Duchowe
życie zwierząt" oraz "Sekretne życie drzew" oraz cztery tomy Eleny Ferrante -
"Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki" i
"Historia zaginionej dziewczynki".
Starszy Krasnal też dostał "Sekretne życie drzew", więc córka się cieszy, że będę
mogła z nim porozmawiać gdy już tę książkę przeczytamy- ja po polsku, on
po niemiecku.
Mój ślubny też zadowolony, bo dostał w prezencie roczną prenumeratę
tygodnika "Polityka" na Kindle oraz ostatnie papierowe numery Polityki i
Newsweeka i bardzo fajny szlafrok.
Nie było w tym roku pod choinką orgii zabawek i prezentów jak poprzednio, no
bo jednak było bardzo dużo wydatków w związku z naszą przeprowadzką.
A jutro jedziemy na świąteczny koncert do Filharmonii Berlińskiej, gdzie Krasnal
będzie śpiewał ze swym chórem.
A propos śpiewania - Krasnal gra na pianinie kolędę "Przybieżeli do Betlejem
pasterze" i na dodatek śpiewa ją bezbłędnie po polsku.
Trochę to śmieszne, bo on rozumie wszystko, ale nie chce po polsku mówić.
Z ciekawostek kulinarnych - córcia zadbała bym miała do pochrupania coś
słodkiego-bezglutenowego i upiekła nieprzyzwoicie smaczne ciasteczka- bezy
z mielonymi migdałami i prażonym orzechem laskowym do ozdoby.
Kolejne ciasteczka były z 85% czekoladą a oprócz białka było też żółtko z cukrem.
Odnalazłam zdjęcia tych robionych przeze mnie bombek. Zdobione są
tylko od wewnątrz.
Od rana dziś było 10 stopni ciepła, tyle tylko, że wiał silny wiatr, ale nie
padało. Pierwszej gwiazdy nie widzieliśmy (teoretycznie powinna to być Vega),
ale niebo było dość szczelnie zakryte chmurami.
Około 17,30 przydreptały po nas Krasnale wraz z drugą babcią i razem
powędrowaliśmy do nich na wigilię.
Wysłanie chłopców po nas było koniecznością, bo trzeba było się ich choć na pół
godziny pozbyć z domu, żeby prezenty trafiły pod choinkę.
Celowo wlekliśmy się noga za nogą, by dać więcej czasu na ułożenie prezentów,
a Krasnale zachowywały się jak psiaki- biegły do przodu, a potem również
biegiem wracały do nas. I zamiast tych 450 metrów dzielących nasze domy
z pewnością zaliczyły niemal kilometr.
Starszy Krasnal co prawda mówi, że nie wierzy w Świętego Mikołaja, ale chyba
nie chce młodszego pozbawiać złudzeń i z nim o tym nie dyskutuje.
Zaraz po wejściu do mieszkania Krasnale zgodnie pobiegły do salonu i młodszy
z ulga stwierdził, że -"był Mikołaj, są prezenty".
Ale lekko nie było, wpierw musieli usiąść z nami do stołu i zjeść nieco. Potem
obaj kłusem pozbierali talerze i usadzili nas na sofie na wprost choinki.
Miło mi się zrobiło, bo na choince wiszą wszystkie mojej roboty bombki
zdobione techniką decoupage haftowane zawieszki i haftowane na kanwie
plastikowej Mikołaje. A choinka śliczna, gęściutka i bardzo, bardzo równa.
Tym razem młodszy z pełną powagą brał każdy prezent i odczytywał imię adresata,
podawał paczuszką starszemu, a ten podawał dalej.
Młodszy (sześciolatek) we wrześniu poszedł do szkoły i był ogromnie dumny, że
potrafi już odczytać etykietki.
Gdy już wszystkie prezenty zostały rozdane Krasnale zarządziły otwieranie
prezentów.
Osobiście jestem cała w skowronkach, bo dostałam Petera Wohllebena "Duchowe
życie zwierząt" oraz "Sekretne życie drzew" oraz cztery tomy Eleny Ferrante -
"Genialna przyjaciółka", "Historia nowego nazwiska", "Historia ucieczki" i
"Historia zaginionej dziewczynki".
Starszy Krasnal też dostał "Sekretne życie drzew", więc córka się cieszy, że będę
mogła z nim porozmawiać gdy już tę książkę przeczytamy- ja po polsku, on
po niemiecku.
Mój ślubny też zadowolony, bo dostał w prezencie roczną prenumeratę
tygodnika "Polityka" na Kindle oraz ostatnie papierowe numery Polityki i
Newsweeka i bardzo fajny szlafrok.
Nie było w tym roku pod choinką orgii zabawek i prezentów jak poprzednio, no
bo jednak było bardzo dużo wydatków w związku z naszą przeprowadzką.
A jutro jedziemy na świąteczny koncert do Filharmonii Berlińskiej, gdzie Krasnal
będzie śpiewał ze swym chórem.
A propos śpiewania - Krasnal gra na pianinie kolędę "Przybieżeli do Betlejem
pasterze" i na dodatek śpiewa ją bezbłędnie po polsku.
Trochę to śmieszne, bo on rozumie wszystko, ale nie chce po polsku mówić.
Z ciekawostek kulinarnych - córcia zadbała bym miała do pochrupania coś
słodkiego-bezglutenowego i upiekła nieprzyzwoicie smaczne ciasteczka- bezy
z mielonymi migdałami i prażonym orzechem laskowym do ozdoby.
Kolejne ciasteczka były z 85% czekoladą a oprócz białka było też żółtko z cukrem.
tylko od wewnątrz.
niedziela, 17 grudnia 2017
Ostatni tydzień....
.... więc czas by odłożyć blog na bok i zająć się świętami.
Życzę Wszystkim , bez wyjątku,
wesołych i kolorowych Świąt
oraz spełnienia życzeń tych
najskrytszych, pomyślanych
w wigilijną noc.
Niech się spełnią!!!
Życzę Wszystkim , bez wyjątku,
wesołych i kolorowych Świąt
oraz spełnienia życzeń tych
najskrytszych, pomyślanych
w wigilijną noc.
Niech się spełnią!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)



