....nie porzuciłam bloga.
Chwilowo przeniosłam "tfurczość" na drugi blog, czyli wyżywam się na
polu grafomańskim.
Poza tym mam jakieś cyrki z Bloggerem. Nie podoba mi się, że zdjęcia
"obrabiają się" automatycznie - wolałam gdy mogłam to robić sama.
Koralikuję w dalszym ciągu, ale nie wiem kiedy pokażę efekty.
Zupełnie przypadkiem odkryłam,że mam bardzo zabawne nieduże kamyczki,
w białe i czerwone ciapki. Zupełnie zapomniałam o ich istnieniu!
Ponieważ kamyki małe to muszę je oprawiać maleńkimi koralikami a taka
miniaturyzacja bardzo zabiera czas.
Poza tym wypróbowałam, że kwas askorbinowy plus czosnek z powodzeniem
zastąpiły antybiotyk- długo to trwało, ale wreszcie jest lepiej, przynajmniej
nie konkuruję z okolicznymi psami i nie szczekam.
Poza tym sytuacja zmusiła mnie do porządkowania różnych dokumentów
rodzinnych, bo kuzynki koniecznie chcą wyeksponować i upublicznić
fragmenty życia moich dziadków. Nie wiem co prawda po co.
Poza tym u mnie zima, jest prawie -3, leży śnieg i niestety od rana coś prószy.
Nie przypominam sobie bym tęskniła za zimą- było mi całkiem dobrze bez
śniegu i mrozu.
Ten zimowy pejzaż napawa mnie smutkiem, niedługo wpadnę w depresję:)))
Życzę wszystkim miłego nadchodzącego nowego tygodnia.To już piąty
tydzień nowego roku.
drewniana rzezba
niedziela, 19 stycznia 2014
poniedziałek, 13 stycznia 2014
Ależ to były urodziny!!!
Wpierw trzeba było odczytać otrzymane życzenia i
rozpakować prezenty.
W tej czynności nieodzowna była pomoc Młodszego.
Potem należało koniecznie wypróbować rower.
A potem razem z koleżankami i kolegami spotkać się w sali zabaw i tam
wspólnie wspinać się na ściany.
Mama zadbała by uzupełnić zużyte wspinaczką kalorie i naszykowała
coś na młode ząbki:
Na deser był tort. Ze świeczkami.
Gdy dzwoniliśmy do Starszego w tym Wielkim Dniu, był
już po świętowaniu porannym w przedszkolu i atrakcjach
wspinaczkowych i wyraznie był już wykończony.
Jakie to szczęście, że mnie nikt nie zafunduje z okazji urodzin
wspinaczki na ściany - czasem dobrze mieć już dużo, dużo
więcej niż 5lat.
sobota, 11 stycznia 2014
Akanksha, czyli.....
wielkie pragnienie.
Tak w języku gudżarati brzmi nazwa kliniki spełniającej marzenia tych
małżeństw, które w żaden sposób nie mogą doczekać się potomstwa.
Klinikę założyła doktor Naina Patel w 150- tysięcznym mieście Anand,
w stanie Gudżarat w północno - zachodnich Indiach.
Niestety coraz częściej zdarzają się przypadki, gdy sam proces zapłodnienia
jeszcze nie rozwiązuje problemu - zapłodniona komórka jajowa to za mało-
potrzebne jest miejsce i organizm żywiciela, by komórka mogła przejść
wszystkie procesy rozwoju i by na świat przyszło dziecko.
Coraz więcej państw musi się zmierzyć nie tylko z problemem starzejącego
się społeczeństwa ale i z problemem bezpłodności zarówno kobiet jak i
mężczyzn i z koniecznością powstania instytucji matek zastępczych.
Korzystanie z usług matek zastępczych jest obecnie dozwolone w 15
krajach świata, najczęściej bez żadnego wynagrodzenia, stąd zapewne jest
ciągły deficyt matek zastępczych.
Osobiście wcale mnie to nie dziwi, nie dla każdej kobiety ciąża jest okresem
dla niej najmilszym a poród wręcz rozkoszą.
Jedynie w dwóch krajach, Stanach Zjednoczonych i Indiach wynajmowanie
cudzego brzucha jest odpłatne i stało się biznesem. Do tych dwóch państw
dołączyła ostatnio Tajlandia.
Wynajęcie "surogatki" kosztuje w Stanach ok.1000$, w Indiach
zaś pięć lub sześć razy taniej. Amerykańska surogatka dostaje dla siebie
około 30 tysięcy dolarów, resztę zjadają koszty towarzyszące (usługi lekarzy,
prawników, pośredników). Hinduska dostaje za usługę od czterech do pięciu
tysięcy dolarów. Tajlandia oferuje klientom ceny jeszcze niższe, o 20%.
Około 1/3 klientów kliniki Akanksha stanowią obywatele Indii, pozostali
klienci są niemal z całego świata.
Zatwierdzony przez Indyjską Radę Badań Medycznych kodeks Kliniki dr
Patek stanowi, że matki zastępcze muszą być w wieku od 21 do 35 lat,
muszą mieć już co najmniej jedno dziecko, jeśli są zamężne muszą uzyskać
pisemną zgodę męża, a przede wszystkim muszą się zrzec wszelkich praw
do dziecka, które urodzą.
Jedna kobieta może tylko dwukrotnie być matką zastępczą, ponadto są
dopuszczane tylko dwie ciąże blizniacze.
Przyszli rodzice muszą być co najmniej od 3 lat małżeństwem, nie mają
natomiast możliwości wyboru, ani nawet poznania płci dziecka przed
jego narodzeniem.
Pary homoseksualne nie mogą być klientami kliniki dr Patel, której poglądy
nieco wyprzedziły nowe przepisy indyjskie - od 1 stycznia tego roku
single oraz pary jednopłciowe nie mogą ani adoptować dzieci ani korzystać
z usług matek zastępczych w Indiach.
Kobiety, które wynajmują w tej klinice swe brzuchy, mieszkają przez cały
czas w domu w pobliżu kliniki. Mają tam urządzone sale sypialne, otrzymują
wikt i opierunek, kieszonkowe w wysokości 50$ miesięcznie, mają kursy
języka angielskiego, kursy szycia a nawet kursy komputerowe.
Aż do chwili rozwiązania nie wolno im opuszczać tego miejsca bez zezwolenia,
a krewni mogą je odwiedzać tylko w soboty.
Dr Patel dba o swoje "zagłębie matek", czuwa nad tym, by zawsze otrzymały one
należne im pieniądze, czuwa też nad tym, by zostały dobrze przez nie
spożytkowane.
Planuje rozbudowę swej kliniki a zatrudnić chce w niej do różnych prac byłe matki
zastępcze.
W Indiach za jedno wynajęcie swego brzucha można zapewnić sobie i swej
rodzinie godne życie aż do śmierci.
Na podstawie artykułu z Forum 33/2013
Tak w języku gudżarati brzmi nazwa kliniki spełniającej marzenia tych
małżeństw, które w żaden sposób nie mogą doczekać się potomstwa.
Klinikę założyła doktor Naina Patel w 150- tysięcznym mieście Anand,
w stanie Gudżarat w północno - zachodnich Indiach.
Niestety coraz częściej zdarzają się przypadki, gdy sam proces zapłodnienia
jeszcze nie rozwiązuje problemu - zapłodniona komórka jajowa to za mało-
potrzebne jest miejsce i organizm żywiciela, by komórka mogła przejść
wszystkie procesy rozwoju i by na świat przyszło dziecko.
Coraz więcej państw musi się zmierzyć nie tylko z problemem starzejącego
się społeczeństwa ale i z problemem bezpłodności zarówno kobiet jak i
mężczyzn i z koniecznością powstania instytucji matek zastępczych.
Korzystanie z usług matek zastępczych jest obecnie dozwolone w 15
krajach świata, najczęściej bez żadnego wynagrodzenia, stąd zapewne jest
ciągły deficyt matek zastępczych.
Osobiście wcale mnie to nie dziwi, nie dla każdej kobiety ciąża jest okresem
dla niej najmilszym a poród wręcz rozkoszą.
Jedynie w dwóch krajach, Stanach Zjednoczonych i Indiach wynajmowanie
cudzego brzucha jest odpłatne i stało się biznesem. Do tych dwóch państw
dołączyła ostatnio Tajlandia.
Wynajęcie "surogatki" kosztuje w Stanach ok.1000$, w Indiach
zaś pięć lub sześć razy taniej. Amerykańska surogatka dostaje dla siebie
około 30 tysięcy dolarów, resztę zjadają koszty towarzyszące (usługi lekarzy,
prawników, pośredników). Hinduska dostaje za usługę od czterech do pięciu
tysięcy dolarów. Tajlandia oferuje klientom ceny jeszcze niższe, o 20%.
Około 1/3 klientów kliniki Akanksha stanowią obywatele Indii, pozostali
klienci są niemal z całego świata.
Zatwierdzony przez Indyjską Radę Badań Medycznych kodeks Kliniki dr
Patek stanowi, że matki zastępcze muszą być w wieku od 21 do 35 lat,
muszą mieć już co najmniej jedno dziecko, jeśli są zamężne muszą uzyskać
pisemną zgodę męża, a przede wszystkim muszą się zrzec wszelkich praw
do dziecka, które urodzą.
Jedna kobieta może tylko dwukrotnie być matką zastępczą, ponadto są
dopuszczane tylko dwie ciąże blizniacze.
Przyszli rodzice muszą być co najmniej od 3 lat małżeństwem, nie mają
natomiast możliwości wyboru, ani nawet poznania płci dziecka przed
jego narodzeniem.
Pary homoseksualne nie mogą być klientami kliniki dr Patel, której poglądy
nieco wyprzedziły nowe przepisy indyjskie - od 1 stycznia tego roku
single oraz pary jednopłciowe nie mogą ani adoptować dzieci ani korzystać
z usług matek zastępczych w Indiach.
Kobiety, które wynajmują w tej klinice swe brzuchy, mieszkają przez cały
czas w domu w pobliżu kliniki. Mają tam urządzone sale sypialne, otrzymują
wikt i opierunek, kieszonkowe w wysokości 50$ miesięcznie, mają kursy
języka angielskiego, kursy szycia a nawet kursy komputerowe.
Aż do chwili rozwiązania nie wolno im opuszczać tego miejsca bez zezwolenia,
a krewni mogą je odwiedzać tylko w soboty.
Dr Patel dba o swoje "zagłębie matek", czuwa nad tym, by zawsze otrzymały one
należne im pieniądze, czuwa też nad tym, by zostały dobrze przez nie
spożytkowane.
Planuje rozbudowę swej kliniki a zatrudnić chce w niej do różnych prac byłe matki
zastępcze.
W Indiach za jedno wynajęcie swego brzucha można zapewnić sobie i swej
rodzinie godne życie aż do śmierci.
Na podstawie artykułu z Forum 33/2013
środa, 8 stycznia 2014
Upiekło mi się
oba Krasnale byli zasmarkani i zakaszlani, córka miała przecudnej urody
ropę na migdałach, zięć kichał, więc i mnie w końcu coś dorwało.
Ale już dochodzę do siebie, bo sobie zaordynowałam końskie dawki kwasu
askorbinowego i mi zdecydowanie lepiej - tę noc już przespałam i nawet gardło
mnie przestało boleć, więc nie jest zle.
A daktylowy wypiek prezentuje się tak:
Tego daktylowca piekłam już w 2010 roku, wtedy jeszcze z mąką pszenną,
czyli zgodnie z oryginalnym przepisem.
Tym razem dałam gotową mąkę bezglutenową, przeznaczoną do pierogów
i naleśników, co spowodowało, że ciasto nie ma faktury chleba a raczej
jakiegoś placka. No i upiekło się w zaledwie 50 minut a nie w godzinę.
Generalnie wolałam ten wypiek w wersji z mąką pszenną, ale ponieważ
jestem gapa, to zapomniałam, że już skończyła mi się mąka bezglutenowa
chlebowa, stąd też wyszło jak wyszło.
Ale robota naprawdę żadna, nie trzeba tego chleba pracowicie zagniatać ani
nie musi rosnąc przed pieczeniem, bo to "proszkowiec".
Zresztą nie miałam dziś głowy do garów, bo rano musiałam ubezpieczyć
naszą bryczkę a to mnie zubożyło o drobne 950 zł. Taki wydatek na początek
dnia chyba każdego wyprowadziłby z równowagi.
Potem musiałam zrobić zakupy na najbliższy tydzień, więc odwiedziłam jeden
ze sporych marketów. Nazwy nie podam, bo znów ktoś mi wytknie, że robię
krypto reklamę.
W tymże markecie jest część poza samoobsługą i zwie się ona Galerią Handlową.
No i dobrze, że jest, bo przy okazji odkryłam tam niezle zaopatrzoną pasmanterię,
dwa dobre sklepy z butami, dwa średnio kiepskie butiki, niezły sklep z ładną
pościelą i wszystkim co do takowej potrzebne, dobry sklep z AGD, kilka
barków, a wśród nich jest kawiarenka pewnej b. znanej w W-wie firmy produkującej
lody i nie tylko.
Ilekroć idziemy na SAM lub z niego wracamy, zdążając na podziemny parking,
zawsze mijamy tę kawiarenkę. Stoją tu dwie olbrzymie lady chłodnicze - jedna
z lodami, druga z sorbetami, obie wypełnine kolorowymi przysmakami po brzegi.
A obok nich stoi nieduża witrynka z ciastkami.
Nie ukrywam, że łakoma ze mnie baba, więc zawsze rzucam okiem na te lady
chłodnicze i na tę witrynkę.
Ale odkąd się tak paskudnie schorowałam na to rzekomobłoniaste zapalenie jelit,
kontakt z zawartością lad i witrynki mam tylko wzrokowy. I pewnie dlatego
zaczęłam się zastanawiać ile dni mają te wszystkie wyroby, bo zwłaszcza teraz
kawiarenka nie ma zbyt wielu klientów, a lady chłodnicze pełniutkie lodów i sorbetów.
W witrynce z ciastkami wciąż widzę olbrzymie bezy przekładane kremem.
Gdy pierwszy raz zwróciłam na nie uwagę, leżało ich osiem. Dziś leżały już tylko
trzy i oboje ze ślubnym zastanawiamy się, czy to resztka z tych ośmiu, które były
tu już niemal miesiąc temu?
Drugi arcy zabawny punkt gastronomiczno - handlowy to boks z wyrobami
garmażeryjnymi - różne pierogi, uszka, naleśniki, sałatki, jakieś kotlety i wszystko
to podobno ręcznej, domowej roboty. I jeszcze nigdy nie widziałam tam choćby jednego
klienta, a towaru multum, wręcz "wychodzi" z tych lad chłodniczych.
A ceny takie, jakby wszystko było nadziewane złotem.
I tak co tydzień się zastanawiam nad świeżością tych wszystkich wyrobów.
wtorek, 7 stycznia 2014
Jutro....
....mam zamiar upiec chlebek daktylowy, taki nieco eksperymentalny, bo
zamiast zwykłej mąki dam mąkę bezglutenową.
Robota żadna - najwięcej czasu pochłania pokrojenie daktyli i wysmarowanie
masłem papieru do pieczenia.
Przepis wzięłam przed laty z blogu osoby, która już nie bloguje.
Jeżeli macie ochotę na coś dobrego do kawy lub herbaty zgromadzcie:
225 g daktyli bez pestek,
115 g dowolnych orzechów,
140 g maki pszennej,
1 łyżeczkę sody czyszczonej,
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki drobnej soli,
1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru,
1 całe jajko,
1 łyżka bardzo miękkiego masła,
150 ml wrzącej wody,
mała foremka, keksówka 10 x 20 cm wyłożona papierem do pieczenia,
wysmarowanego masłem i wystającego 2 cm ponad ścianki
Wykonanie:
Daktyle siekamy na drobne paski, mieszamy je z sodą i zalewamy
wrzącą wodą, odstawiamy.
Mąkę mieszamy dokładnie z proszkiem do pieczenia.
Roztrzepujemy lekko jajko.
Do garnuszka (lub miseczki ) z daktylami dodajemy miękkie masło,
roztrzepane jajko, mąkę, sól, imbir, posiekane orzechy.
Całość mieszamy dość dokładnie drewnianą łyżką, wylewamy do foremki.
Pieczemy w 160 stopniach ( z termoobiegiem) około 60 minut, sprawdzamy
stopień upieczenia patyczkiem, który oczywiście musi być suchy.
Chlebek jest naprawdę pyszny , łatwy do zrobienia i mimo daktyli nie jest wcale
za słodki.
Zresztą daktyle to takie dziwne owoce, które choć zawierają tak wiele cukru
nie podnoszą poziomu cukru w krwi.
Smacznego!
zamiast zwykłej mąki dam mąkę bezglutenową.
Robota żadna - najwięcej czasu pochłania pokrojenie daktyli i wysmarowanie
masłem papieru do pieczenia.
Przepis wzięłam przed laty z blogu osoby, która już nie bloguje.
Jeżeli macie ochotę na coś dobrego do kawy lub herbaty zgromadzcie:
225 g daktyli bez pestek,
115 g dowolnych orzechów,
140 g maki pszennej,
1 łyżeczkę sody czyszczonej,
1 łyżeczkę proszku do pieczenia
1/4 łyżeczki drobnej soli,
1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru,
1 całe jajko,
1 łyżka bardzo miękkiego masła,
150 ml wrzącej wody,
mała foremka, keksówka 10 x 20 cm wyłożona papierem do pieczenia,
wysmarowanego masłem i wystającego 2 cm ponad ścianki
Wykonanie:
Daktyle siekamy na drobne paski, mieszamy je z sodą i zalewamy
wrzącą wodą, odstawiamy.
Mąkę mieszamy dokładnie z proszkiem do pieczenia.
Roztrzepujemy lekko jajko.
Do garnuszka (lub miseczki ) z daktylami dodajemy miękkie masło,
roztrzepane jajko, mąkę, sól, imbir, posiekane orzechy.
Całość mieszamy dość dokładnie drewnianą łyżką, wylewamy do foremki.
Pieczemy w 160 stopniach ( z termoobiegiem) około 60 minut, sprawdzamy
stopień upieczenia patyczkiem, który oczywiście musi być suchy.
Chlebek jest naprawdę pyszny , łatwy do zrobienia i mimo daktyli nie jest wcale
za słodki.
Zresztą daktyle to takie dziwne owoce, które choć zawierają tak wiele cukru
nie podnoszą poziomu cukru w krwi.
Smacznego!
niedziela, 5 stycznia 2014
Mix poświąteczny
Tak wyglądała choinka i zgromadzone pod nią prezenty - pora była
nieco dziwna, tak około godziny 24,00- w wigilię.
Z uwagi na konieczność zmontowania stołu do gry w piłkarzyki, rozdawanie
prezentów przełożyliśmy na świąteczny poranek. Oczywiście nie było jak
zapakować tego stołu, więc nakryliśmy go potem ...pledem.
Wiadomo było, że prezenty wyzwolą w dzieciakach napad małpiego rozumu,
więc już wcześniej wiedziały, że Mikołaj, jeśli do nich przyjdzie, to z całą
pewnością będzie to w środowy poranek. A rozpakowywanie prezentów
dopiero po śniadaniu.
W wieczór wigilijny Starszy upewniał się, czy Mikołaj jest czy też nie, bo jeden
z jego kolegów przedszkolnych twierdził, że.....Mikołaj już dawno umarł, bo był
bardzo stary. Na szczęście bardziej wierzył nam niż koledze.
W środę rano wygnało malca z łóżka jak w dzień powszedni i pobiegł sprawdzić,
czy aby są prezenty pod choinką. Z obudzeniem nas doczekał grzecznie aż do
ósmej, czyli czekał aż półtorej godziny. Z całą pewnością było to dla niego spore
poświęcenie.
Prezentów była cała masa, oczywiście głównie dla dzieciaków. A ja dostałam
Kindle. Już się nawet zarejestrowałam.
*****
W wieczór sylwestrowy mieliśmy właściwie dwa pokazy ogni sztucznych -
ten drugi był bez wychodzenia z domu.
Jak wiecie, Starszy z Hunów świetnie się orientuje w liczbach i doskonale
wiedział, że o dwunastej w nocy nastąpi nowy rok. Bardzo chciał brać udział w tym
wydarzeniu, więc uzgodniliśmy, że obudzimy go za 5 dwunasta i razem z nami
wypije noworoczny toast - my winem, on sokiem bananowym.
Bez trudu maluch dał się obudzić i wraz z nami spełnił toast, złożyliśmy sobie
wzajemnie życzenia i oglądaliśmy działalność amatorów sztucznych ogni.
Materiałów starczyło na niemal godzinę, huk był niemiłosierny a Młodszy, choć
to wszystko rozgrywało się pod naszymi oknami (ulica dość wąska i po obu
stronach wysokie budynki) spał jak zabity. Chciałabym mieć taki dobry sen.
Około pierwszej Starszy położył się grzecznie spać, szybciutko zasnął i nie obudziły go
sporadyczne wybuchy.
Byłam naprawdę zaskoczona jakością tych wypuszczanych ogni, były niemal
profesjonalne.
Zaskoczył mnie rano wygląd ulicy - okazuje się, że przyniesienie z domu całych stert
opakowań pełnych "pocisków" nie było żadnym trudem, ale zabranie do domu pustych
opakowań przerastało już możliwości fizyczne tych ludzi.
Zupełnie jak u nas, czyli- jednak jesteśmy w Europie.
*****
Sporo wrażeń wizualnych miałam za każdym razem w metrze lub szybkiej kolejce -
wszystkie kolory skóry, pełna różnorodność strojów.
Berlin jest bardzo różnorodny pod względem etnicznym.
Niemiłe wrażenie - w pewnej chwili usłyszałam "najczystszą" polszczyznę- całkiem
przyzwoicie wyglądający młody człowiek wypalił: "ja pi....lę, ale numer", to było do
idącej obok dziewczyny. Poczułam się niestety b. swojsko.
W esbanie siedział tyłem do mnie ktoś, kto miał umalowane na czarno paznkocie i włosy.
Płeć rozpoznałam dopiero gdy owa osoba wysiadała- to był facet! Do tego miał dość
demoniczny makijaż. Wytłumaczono mi, że jest cała całkiem spora grupa młodych ludzi,
którzy swa odrębność podkreślają właśnie czernią.
Co ciekawsze - zachowują się kulturalnie, nie wszczynają awantur, wyrażają się
kulturalnie, są wykształceni, nie żaden "margines społeczny".
Tylko wyglądają nieco dziwnie - jak dla mnie.
*****
Podoba mi się Berlin. I wiecie co jest fajne - ulica berlińska , zwłaszcza centrum miasta
bardzo różni sie od warszawskiej ulicy - u nas bank obok banku i bankiem pogania,
wszelkie sklepy zanikły, a u nich sklep na sklepie i sklepem pogania.
Kolejna rzecz- wyprzedaże posezonowe - u nas wypychają z tej okazji towar gorszej
jakości, taki, który z natury powinien być tańszy.
Tam jest to towar naprawdę pełnowartościowy.
Tyle tylko, że nic tym razem nie kupiłam - nie miałam takiej potrzeby.
Następne święta już na początku kwietnia. Może już będzie wtedy wiosna???
nieco dziwna, tak około godziny 24,00- w wigilię.
Z uwagi na konieczność zmontowania stołu do gry w piłkarzyki, rozdawanie
prezentów przełożyliśmy na świąteczny poranek. Oczywiście nie było jak
zapakować tego stołu, więc nakryliśmy go potem ...pledem.
Wiadomo było, że prezenty wyzwolą w dzieciakach napad małpiego rozumu,
więc już wcześniej wiedziały, że Mikołaj, jeśli do nich przyjdzie, to z całą
pewnością będzie to w środowy poranek. A rozpakowywanie prezentów
dopiero po śniadaniu.
W wieczór wigilijny Starszy upewniał się, czy Mikołaj jest czy też nie, bo jeden
z jego kolegów przedszkolnych twierdził, że.....Mikołaj już dawno umarł, bo był
bardzo stary. Na szczęście bardziej wierzył nam niż koledze.
W środę rano wygnało malca z łóżka jak w dzień powszedni i pobiegł sprawdzić,
czy aby są prezenty pod choinką. Z obudzeniem nas doczekał grzecznie aż do
ósmej, czyli czekał aż półtorej godziny. Z całą pewnością było to dla niego spore
poświęcenie.
Prezentów była cała masa, oczywiście głównie dla dzieciaków. A ja dostałam
Kindle. Już się nawet zarejestrowałam.
*****
W wieczór sylwestrowy mieliśmy właściwie dwa pokazy ogni sztucznych -
ten drugi był bez wychodzenia z domu.
Jak wiecie, Starszy z Hunów świetnie się orientuje w liczbach i doskonale
wiedział, że o dwunastej w nocy nastąpi nowy rok. Bardzo chciał brać udział w tym
wydarzeniu, więc uzgodniliśmy, że obudzimy go za 5 dwunasta i razem z nami
wypije noworoczny toast - my winem, on sokiem bananowym.
Bez trudu maluch dał się obudzić i wraz z nami spełnił toast, złożyliśmy sobie
wzajemnie życzenia i oglądaliśmy działalność amatorów sztucznych ogni.
Materiałów starczyło na niemal godzinę, huk był niemiłosierny a Młodszy, choć
to wszystko rozgrywało się pod naszymi oknami (ulica dość wąska i po obu
stronach wysokie budynki) spał jak zabity. Chciałabym mieć taki dobry sen.
Około pierwszej Starszy położył się grzecznie spać, szybciutko zasnął i nie obudziły go
sporadyczne wybuchy.
Byłam naprawdę zaskoczona jakością tych wypuszczanych ogni, były niemal
profesjonalne.
Zaskoczył mnie rano wygląd ulicy - okazuje się, że przyniesienie z domu całych stert
opakowań pełnych "pocisków" nie było żadnym trudem, ale zabranie do domu pustych
opakowań przerastało już możliwości fizyczne tych ludzi.
Zupełnie jak u nas, czyli- jednak jesteśmy w Europie.
*****
Sporo wrażeń wizualnych miałam za każdym razem w metrze lub szybkiej kolejce -
wszystkie kolory skóry, pełna różnorodność strojów.
Berlin jest bardzo różnorodny pod względem etnicznym.
Niemiłe wrażenie - w pewnej chwili usłyszałam "najczystszą" polszczyznę- całkiem
przyzwoicie wyglądający młody człowiek wypalił: "ja pi....lę, ale numer", to było do
idącej obok dziewczyny. Poczułam się niestety b. swojsko.
W esbanie siedział tyłem do mnie ktoś, kto miał umalowane na czarno paznkocie i włosy.
Płeć rozpoznałam dopiero gdy owa osoba wysiadała- to był facet! Do tego miał dość
demoniczny makijaż. Wytłumaczono mi, że jest cała całkiem spora grupa młodych ludzi,
którzy swa odrębność podkreślają właśnie czernią.
Co ciekawsze - zachowują się kulturalnie, nie wszczynają awantur, wyrażają się
kulturalnie, są wykształceni, nie żaden "margines społeczny".
Tylko wyglądają nieco dziwnie - jak dla mnie.
*****
Podoba mi się Berlin. I wiecie co jest fajne - ulica berlińska , zwłaszcza centrum miasta
bardzo różni sie od warszawskiej ulicy - u nas bank obok banku i bankiem pogania,
wszelkie sklepy zanikły, a u nich sklep na sklepie i sklepem pogania.
Kolejna rzecz- wyprzedaże posezonowe - u nas wypychają z tej okazji towar gorszej
jakości, taki, który z natury powinien być tańszy.
Tam jest to towar naprawdę pełnowartościowy.
Tyle tylko, że nic tym razem nie kupiłam - nie miałam takiej potrzeby.
Następne święta już na początku kwietnia. Może już będzie wtedy wiosna???
piątek, 3 stycznia 2014
Chyba już jestem
Przede wszystkim pięknie dziękuję za wszystkie życzenia - oby miały moc
sprawczą!
Nie doceniałam, przed wyjazdem, jaka to cenna rzecz cisza i spokój. Jak miło,
gdy nikt nie pomyka po mieszkaniu na hulajnodze z prędkością i dzwiękiem
karetki pogotowia spieszącej do wypadku. Teraz wiem, że miałam wyjątkowe
szczęście, bo miałam tylko jedno dziecko a do tego- dziewczynkę - a nie
dwóch małych Hunów.
Świąteczny Berlin prezentował się naprawdę świetnie, popatrzcie sami:
Trzy ostatnie fotki są z pokazu sztucznych ogni w Sylwestra.
Organizatorzy zrobili ukłon w stronę małolatów i co dwie godziny,
począwszy od 18,00-tej były pokazy sztucznych ogni. Każda tura
pokazu zaczynała się obłędnym wprost koncertem dzwonów.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że poziom hałasu przekraczał
wszelkie dopuszczalne normy. Ale podobało mi się, dzieciakom także.
Nie samymi świętami tam żyłam -na szczęście. Pognałam całą rodzinę
do Muzeum Etnograficznego.
Złaziłam się setnie, bo obiekt duży i posiada liczne i wspaniałe zbiory.
Najwięcej czasu spędziłam w dziale mezoamerykańskim, przypatrując
się uważnie stelom, przywiezionym z Meksyku, Peru, Gwatemali.
Mój zachwyt i zdziwienie spowodowała ekspozycja z działu Mórz
Południowych.
Nie zdawałam sobie sprawy, że tak piękne były w naturze łodzie
i statki przysłowiowych "dzikusów". Oto jeden z nich:
A to wnętrze "Domu Mężczyzn"
W części zbiorów islamskich podziwiałam przecudnej urody hafty,
różne części kobiecej garderoby i doszłam do wniosku, że czasami
mam dni, w których całkiem dobrze czułabym się na ulicy w burce-
w końcu nie zawsze wyglądam znośnie .
Jeżeli kiedyś wpadniecie do Berlina, z czystym sumieniem polecam
odwiedzenie tej placówki. Jest tu również część dla dzieci- "Junior
Museum". Nasze krasnoludki brały udział w programie "jemy ryż"-
dowiedziały się gdzie i jak ryż rośnie, jak należy go gotować, brały
też udział w przygotowywaniu słodkich ryżowych kulek oraz (niestety)
otrzymały przepis na owe kulki i musiałyśmy je w domu zrobić.
Poza tym byłam w muzeum sztuki użytkowej na wystawie Mucha
Manga Mystery. Jakoś nigdy nie wpadłam na to, że twórczość plakatowa
Muchy była natchnieniem dla grafików japońskich w latach sześćdziesiątych.
A wczoraj, tuż przed odjazdem, zrobiłam ostatnią fotkę- oczywiście
berlińskiego nowego dworca.
Następny wyjazd czeka mnie ponoć w połowie lutego.
Pożyjemy- zobaczymy.
P.S.
Którejś nocy starszy miał zły sen- śniło mu się, że razem z kolegami
wysiadł na niewłaściwej stacji "esbanu" i wielce się tego przeraził.
Córka zapytała się go, czy ciągle śnią mu się pociągi, a mały z całą
powagą stwierdził; "no, czasami śni mi się "uban".
Może nic w tym dziwnego, skoro mały wciąż jezdzi albo szybką kolejką
miejską albo metrem.
sprawczą!
Nie doceniałam, przed wyjazdem, jaka to cenna rzecz cisza i spokój. Jak miło,
gdy nikt nie pomyka po mieszkaniu na hulajnodze z prędkością i dzwiękiem
karetki pogotowia spieszącej do wypadku. Teraz wiem, że miałam wyjątkowe
szczęście, bo miałam tylko jedno dziecko a do tego- dziewczynkę - a nie
dwóch małych Hunów.
Świąteczny Berlin prezentował się naprawdę świetnie, popatrzcie sami:
Trzy ostatnie fotki są z pokazu sztucznych ogni w Sylwestra.
Organizatorzy zrobili ukłon w stronę małolatów i co dwie godziny,
począwszy od 18,00-tej były pokazy sztucznych ogni. Każda tura
pokazu zaczynała się obłędnym wprost koncertem dzwonów.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że poziom hałasu przekraczał
wszelkie dopuszczalne normy. Ale podobało mi się, dzieciakom także.
Nie samymi świętami tam żyłam -na szczęście. Pognałam całą rodzinę
do Muzeum Etnograficznego.
Złaziłam się setnie, bo obiekt duży i posiada liczne i wspaniałe zbiory.
Najwięcej czasu spędziłam w dziale mezoamerykańskim, przypatrując
się uważnie stelom, przywiezionym z Meksyku, Peru, Gwatemali.
Mój zachwyt i zdziwienie spowodowała ekspozycja z działu Mórz
Południowych.
Nie zdawałam sobie sprawy, że tak piękne były w naturze łodzie
i statki przysłowiowych "dzikusów". Oto jeden z nich:
A to wnętrze "Domu Mężczyzn"
W części zbiorów islamskich podziwiałam przecudnej urody hafty,
różne części kobiecej garderoby i doszłam do wniosku, że czasami
mam dni, w których całkiem dobrze czułabym się na ulicy w burce-
w końcu nie zawsze wyglądam znośnie .
Jeżeli kiedyś wpadniecie do Berlina, z czystym sumieniem polecam
odwiedzenie tej placówki. Jest tu również część dla dzieci- "Junior
Museum". Nasze krasnoludki brały udział w programie "jemy ryż"-
dowiedziały się gdzie i jak ryż rośnie, jak należy go gotować, brały
też udział w przygotowywaniu słodkich ryżowych kulek oraz (niestety)
otrzymały przepis na owe kulki i musiałyśmy je w domu zrobić.
Poza tym byłam w muzeum sztuki użytkowej na wystawie Mucha
Manga Mystery. Jakoś nigdy nie wpadłam na to, że twórczość plakatowa
Muchy była natchnieniem dla grafików japońskich w latach sześćdziesiątych.
A wczoraj, tuż przed odjazdem, zrobiłam ostatnią fotkę- oczywiście
berlińskiego nowego dworca.
Następny wyjazd czeka mnie ponoć w połowie lutego.
Pożyjemy- zobaczymy.
P.S.
Którejś nocy starszy miał zły sen- śniło mu się, że razem z kolegami
wysiadł na niewłaściwej stacji "esbanu" i wielce się tego przeraził.
Córka zapytała się go, czy ciągle śnią mu się pociągi, a mały z całą
powagą stwierdził; "no, czasami śni mi się "uban".
Może nic w tym dziwnego, skoro mały wciąż jezdzi albo szybką kolejką
miejską albo metrem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















