W Zachodniej Afryce jest nieduże państwo, którego sąsiadami są trzy
kraje : Ghana, Benin i Burkina Faso. Państwo jest niewielkie, niebogate,
ale ma dostęp do morza, a konkretnie do Zatoki Gwinejskiej.
Co roku, we wrześniu, mniej więcej w połowie tego miesiąca lud Guin
obchodzi wielkie święto Eke-Eke, czyli swój nowy rok.
W mieście Glidja zbierają się wówczas tłumy, a na honorowej trybunie
zasiadają przedstawiciele władz.
To bardzo uroczysta chwila, bo w tym dniu w świętym lesie Gbatchome,
Bóg Skały przekazuje swym wyznawcom prognozę na nowy rok.
Zgromadzeni czekają w napięciu aż z lasu wyjdzie kapłan, niosąc kamień.
To nie jest zwykły kamień- zawsze jest to barwny kamień a każda jego
barwa niesie inne przesłanie.
Biały oznacza pokój, czerwony- wojnę, niebieski -powodzie lub inne klęski
żywiołowe.
10 września tego roku, jak zwykle wszyscy czekali w ciszy na kapłana.
Gdy ten wyszedł ze świętego lasu wszyscy zamarli ze zdziwienia, bo
kamień był w zupełnie nieznanym dotąd kolorze - turkusowym, takim jak niekiedy bywa morze przy brzegach Lome.
Kapłan uniósł w górę ten turkusowy kamień i przemówił:
"Kamień wzywa do pojednania.To morze poprzez ten kamień przemówiło
do nas w swej potędze.
Należy prosić Boga o przebaczenie. Pogorszyły się relacje człowieka
z morzem, człowieka z Ziemią, człowieka z człowiekiem.
Morze już nie obdarza ludzi takimi bogactwami jak kiedyś, co rusz
pochłania też tysiące ofiar płynących do Europy i mogą one być nadal.
Cała ziemia jest zanieczyszczona, zdewastowana grabieżą i złem i jest
coraz bardziej chora.
Świat znajduje się w konfliktach. Ludzie skłóceni są w nienawiści, także
w nich samych brakuje jedności. Nie ma jej też między plemionami,
a nawet wśród kapłanów.
Módlmy się o światło w swoich sercach. Każdy do swego boga, do swoich
bogów.
Kamień na rok 2016 przyniósł nam ostrzeżenie.
Wielką i grozną PRZESTROGĘ. Morze i Ziemia nawołują ludzi do pojednania
ze sobą, przyrodą i swoim sercem.Bo tam tkwi największe zagrożenie."
Mądry ten bóg ludu Guin, prawda?
A rok temu Bóg Skały objawił przepowiednię białym kamieniem i wtedy
zebrani usłyszeli pouczenie, że tylko wtedy owa przepowiednia się spełni,
gdy każdy ze swego serca wyrzuci nienawiść, zazdrość, egoizm i podzieli
się z biednym tym, co sam posiada.
A wszystko to dzieje się co roku w Togo.
******
Wiadomości czerpałam z miesięcznika Nieznany Świat.
drewniana rzezba
poniedziałek, 23 listopada 2015
sobota, 21 listopada 2015
Uwaga! Ważne! Uwaga ! Ważne!
Wszyscy, którym zależy na tym by demokracja w Polsce
była jej właściwym ustrojem proponuję wejście na stronę:
www.akcjademokracja.pl/ulaskawienie
i podpisanie się oraz wyrażenie swej opinii.
W jedności siła - pamiętajmy o tym.
była jej właściwym ustrojem proponuję wejście na stronę:
www.akcjademokracja.pl/ulaskawienie
i podpisanie się oraz wyrażenie swej opinii.
W jedności siła - pamiętajmy o tym.
czwartek, 19 listopada 2015
Mentalnie....
.......udaję się na emigrację. Po wczorajszych expose byłej pani burmistrz i nadpremieronadprezydenta mam dość. Niech nadal "ciemny lud" kupuje owe gruszki na wierzbie a gdy dostrzeże, że to tylko bazie a nie gruszki to może się choć część ocknie. Ciekawe tylko jak długo to potrwa.
Nie będę pisała o polityce, bo dostaję mdłości a na dodatek wysypki na wielu częściach ciała.
*****
Na uspokojenie nerwów sięgnęłam do książki p. dr. Wacława Korabiewicza,
który był niezwykłym człowiekiem a na dodatek bliskim znajomym mego
wujka. Pan Wacław urodził się w 1903 roku w Petersburgu.
Żył 91 lat, a było to życie naprawdę ciekawe - czynne, pracowite i pełne przygód.
Z wykształcenia był lekarzem i etnografem.
Studia ukończył na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie. Był orędownikiem idei leczenia nie tylko drogą stosowania medycyny konwencjonalnej ale i włączania do leczenia metod naturalnych. Hołdował zasadzie leczenia holistycznego, bo był przekonany, że człowiek to nie
tylko ciało ale pewna całość złożona z ciała i tej niematerialnej, zagadkowej dla nas części.
Interesował się wieloma dziedzinami : irydologią, leczeniem balneologicznym
i klimatycznym, radiestezją, pisał reportaże z podróży i był też poetą.
W chwili wybuchu II wojny światowej był lekarzem Państwowej Szkoły Morskiej i wraz z załogą Daru Pomorza został internowany do Szwecji,
po czym trafił do Londynu, a stamtąd PCK skierował go do Rio de Janeiro.
Z Brazylii trafił do Afryki.
Wszędzie kontaktował się z miejscowymi uzdrawiaczami i szamanami, cały
czas podpatrując i analizując ich metody uzdrawiania ludzi.
W 1962 roku zakończył praktykę lekarską.
Dwadzieścia lat póżniej nakładem londyńskiego wydawnictwa "Veritas"
ukazała się książka pt. "Wiara leczy". Sześć lat póżniej, w 1988r książkę
tę, pod zmienionym tytułem "Cuda bez cudu - rzecz o dziwnych lekach"
wydała Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.
Po zakończeniu praktyki lekarskiej doktor podróżował i pisał książki o swych
podróżach i badaniach etnograficznych.
W sumie od 1935 do 1985 roku spod jego pióra wyszło ponad 20 książek.
Mój wujek poznał dr.Korabiewicza w czasie swego kilkuletniego pobytu
służbowego w Ghanie.
Niestety nie miałam okazji poznać doktora osobiście, ale mam jego dwie
książki - spadek po wujku.
Następnym razem napiszę trochę o medycynie chińskiej, bo i jej tajniki
zgłębiał doktor Korabiewicz.
Nie będę pisała o polityce, bo dostaję mdłości a na dodatek wysypki na wielu częściach ciała.
*****
Na uspokojenie nerwów sięgnęłam do książki p. dr. Wacława Korabiewicza,
który był niezwykłym człowiekiem a na dodatek bliskim znajomym mego
wujka. Pan Wacław urodził się w 1903 roku w Petersburgu.
Żył 91 lat, a było to życie naprawdę ciekawe - czynne, pracowite i pełne przygód.
Z wykształcenia był lekarzem i etnografem.
Studia ukończył na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie. Był orędownikiem idei leczenia nie tylko drogą stosowania medycyny konwencjonalnej ale i włączania do leczenia metod naturalnych. Hołdował zasadzie leczenia holistycznego, bo był przekonany, że człowiek to nie
tylko ciało ale pewna całość złożona z ciała i tej niematerialnej, zagadkowej dla nas części.
Interesował się wieloma dziedzinami : irydologią, leczeniem balneologicznym
i klimatycznym, radiestezją, pisał reportaże z podróży i był też poetą.
W chwili wybuchu II wojny światowej był lekarzem Państwowej Szkoły Morskiej i wraz z załogą Daru Pomorza został internowany do Szwecji,
po czym trafił do Londynu, a stamtąd PCK skierował go do Rio de Janeiro.
Z Brazylii trafił do Afryki.
Wszędzie kontaktował się z miejscowymi uzdrawiaczami i szamanami, cały
czas podpatrując i analizując ich metody uzdrawiania ludzi.
W 1962 roku zakończył praktykę lekarską.
Dwadzieścia lat póżniej nakładem londyńskiego wydawnictwa "Veritas"
ukazała się książka pt. "Wiara leczy". Sześć lat póżniej, w 1988r książkę
tę, pod zmienionym tytułem "Cuda bez cudu - rzecz o dziwnych lekach"
wydała Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza.
Po zakończeniu praktyki lekarskiej doktor podróżował i pisał książki o swych
podróżach i badaniach etnograficznych.
W sumie od 1935 do 1985 roku spod jego pióra wyszło ponad 20 książek.
Mój wujek poznał dr.Korabiewicza w czasie swego kilkuletniego pobytu
służbowego w Ghanie.
Niestety nie miałam okazji poznać doktora osobiście, ale mam jego dwie
książki - spadek po wujku.
Następnym razem napiszę trochę o medycynie chińskiej, bo i jej tajniki
zgłębiał doktor Korabiewicz.
wtorek, 17 listopada 2015
Mix
Nieco zamilkłam, ale nie z zachwytu nad sobą, że już tu tyle lat tkwię,
ale po prostu ostatnie wydarzenia w Polsce i w Paryżu wytrąciły mnie
zupełnie z równowagi.
Miałam zamiar przemilczeć "wydarzenia" u nas -wszak przegrane przez
PO wybory i dojście do steru znanej już ekipy jeszcze nikogo u nas nie
zabiły, ale dzisiejsze posunięcie nowego prezydenta powinno być dla
wszystkich poważnym ostrzeżeniem - to sygnał, że nowa władza dąży
do pogwałcenia wszelkich dotychczasowych norm prawnych i
wprowadzenia nowych, wygodnych dla siebie.
Uniewinnienie kogoś, kto jeszcze nawet nie jest skazany prawomocnym
wyrokiem (bo brak jak dotąd uzasadnienia wyroku skazującego) jest
sprawą kuriozalną.
A podobno nowy prezydent ukończył prawo.
Pozostaje tylko pogratulować wiedzy prawniczej.I bezczelności.
*****
Tak sobie myślę, że świat, który się skurczył i stał się globalną wioską,
zaczął się staczać po równi pochyłej.
Ciągle gdzieś się toczą mniejsze i większe wojny, po morzach hulają
współcześni piraci, terroryzm kwitnie, bieda w Trzecim Świecie coraz
większa a islam zatacza coraz szersze kręgi i jest wykorzystywany
przez różnych bandytów do werbowania ludzi do roli mięsa
armatniego.
W Brazylii po fawelach krążą "islamscy misjonarze" i przekonują ludzi by
przeszli na islam, bo to jedyna religia, która im zapewni lepsze życie.
Bo dla Allaha każdy ubogi jest ważny i na wagę złota.
W krajach europejskich wielu imamów współpracuje z tworem o nazwie
Państwo Islamskie.
Chyba najwyższy czas by państwa europejskie przeanalizowały wspólnie
skąd PI bierze ropę, którą handluje i od kogo kupuje broń.
Na koniec pozostaje tylko złożyć gratulacje tym wszystkim, którzy
w swej naiwności tak bardzo cieszyli się z rewolucji wiosennej
w Egipcie, Tunezji i innych krajach arabskich.
Podobną naiwnością wykazują się ci wszyscy, którzy uważają, że
kraje o bardzo silnej strukturze klanowej i plemiennej będą kiedykolwiek
krajami demokratycznymi.
ale po prostu ostatnie wydarzenia w Polsce i w Paryżu wytrąciły mnie
zupełnie z równowagi.
Miałam zamiar przemilczeć "wydarzenia" u nas -wszak przegrane przez
PO wybory i dojście do steru znanej już ekipy jeszcze nikogo u nas nie
zabiły, ale dzisiejsze posunięcie nowego prezydenta powinno być dla
wszystkich poważnym ostrzeżeniem - to sygnał, że nowa władza dąży
do pogwałcenia wszelkich dotychczasowych norm prawnych i
wprowadzenia nowych, wygodnych dla siebie.
Uniewinnienie kogoś, kto jeszcze nawet nie jest skazany prawomocnym
wyrokiem (bo brak jak dotąd uzasadnienia wyroku skazującego) jest
sprawą kuriozalną.
A podobno nowy prezydent ukończył prawo.
Pozostaje tylko pogratulować wiedzy prawniczej.I bezczelności.
*****
Tak sobie myślę, że świat, który się skurczył i stał się globalną wioską,
zaczął się staczać po równi pochyłej.
Ciągle gdzieś się toczą mniejsze i większe wojny, po morzach hulają
współcześni piraci, terroryzm kwitnie, bieda w Trzecim Świecie coraz
większa a islam zatacza coraz szersze kręgi i jest wykorzystywany
przez różnych bandytów do werbowania ludzi do roli mięsa
armatniego.
W Brazylii po fawelach krążą "islamscy misjonarze" i przekonują ludzi by
przeszli na islam, bo to jedyna religia, która im zapewni lepsze życie.
Bo dla Allaha każdy ubogi jest ważny i na wagę złota.
W krajach europejskich wielu imamów współpracuje z tworem o nazwie
Państwo Islamskie.
Chyba najwyższy czas by państwa europejskie przeanalizowały wspólnie
skąd PI bierze ropę, którą handluje i od kogo kupuje broń.
Na koniec pozostaje tylko złożyć gratulacje tym wszystkim, którzy
w swej naiwności tak bardzo cieszyli się z rewolucji wiosennej
w Egipcie, Tunezji i innych krajach arabskich.
Podobną naiwnością wykazują się ci wszyscy, którzy uważają, że
kraje o bardzo silnej strukturze klanowej i plemiennej będą kiedykolwiek
krajami demokratycznymi.
sobota, 14 listopada 2015
Siedem lat.......
...... temu napisałam pierwszy post na moim pierwszym blogu pod tytułem
"procontra-anabell" . Popełniłam tam 525 postów.
A potem w kwietniu 2010 roku założyłam ten blog i ze zdumieniem
dziś zauważyłam,że opublikowałam na nim już 742 posty.
Jestem tym nieco przerażona i jednocześnie pełna podziwu dla Was,
że nadal ze mną jesteście, chociaż chwilami bardzo przynudzam.
Jak policzyłam to w sumie popełniłam 1267 postów. Straszne i dziwne.
Jesteście wspaniali i wielce wyrozumiali, że to wszystko tak dzielnie
znosiliście i nadal znosicie.
Byliście ze mną w wielu trudnych dla mnie momentach życia i często
podtrzymywaliście mnie w pionie.
Za to też jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczna.
Każda rocznica zmusza mnie do pewnego podsumowania, oceny czy
to co robię i jak robię, ma jakiś sens.
Prowadzenie bloga też podlega takiej ocenie i średnio trzy razy w roku
przymierzam się do zamknięcia blogów, ale wtedy odżywa we mnie
mój skrajny egoizm - przecież bez bloga straciłabym kontakt z wieloma
miłymi i bardzo interesującymi osobami!
I zawsze egoizm zwycięża - no cóż, jestem słabą kobietą.
"procontra-anabell" . Popełniłam tam 525 postów.
A potem w kwietniu 2010 roku założyłam ten blog i ze zdumieniem
dziś zauważyłam,że opublikowałam na nim już 742 posty.
Jestem tym nieco przerażona i jednocześnie pełna podziwu dla Was,
że nadal ze mną jesteście, chociaż chwilami bardzo przynudzam.
Jak policzyłam to w sumie popełniłam 1267 postów. Straszne i dziwne.
Jesteście wspaniali i wielce wyrozumiali, że to wszystko tak dzielnie
znosiliście i nadal znosicie.
Byliście ze mną w wielu trudnych dla mnie momentach życia i często
podtrzymywaliście mnie w pionie.
Za to też jestem Wam bardzo, bardzo wdzięczna.
Każda rocznica zmusza mnie do pewnego podsumowania, oceny czy
to co robię i jak robię, ma jakiś sens.
Prowadzenie bloga też podlega takiej ocenie i średnio trzy razy w roku
przymierzam się do zamknięcia blogów, ale wtedy odżywa we mnie
mój skrajny egoizm - przecież bez bloga straciłabym kontakt z wieloma
miłymi i bardzo interesującymi osobami!
I zawsze egoizm zwycięża - no cóż, jestem słabą kobietą.
piątek, 13 listopada 2015
Co wybrać???
Spotkałam się z jedną z moich koleżanek - była smutna, wyraznie w marnym nastroju.
A czym się tak martwisz? - zapytałam uprzejmie.
Spojrzała na mnie z dezaprobatą i wysapała - martwię się starością i tym,
że jak umrę to już nic nie zobaczę, a na mój grób nikt nie przyjdzie bo nie
mamy dzieci.
Przyznam się szczerze, że rozbawiła mnie tymi słowami niesamowicie, bo
starość już nas dopadła a jednak jakoś życie się toczy dalej, no a fakt,
że nie będziemy oglądać świata, to przecież nic nowego- nim się
urodziłyśmy też go nie oglądałyśmy i nie sądzę by ten poprzedni stan od tego,
który nastąpi, w jakiś znaczący dla nas sposób się różnił.
Pomału rozmowa przeszła na tematy cmentarne i zostałam przez nią
niemal potępiona za to, że zażyczyłam sobie nie tylko kremacji ale i całkiem
świeckiej uroczystości pogrzebowej.
No jak możesz, to okropne tak dać się spalić!
I co to za pogrzeb poza kościołem! Zero nastroju!
Aluś, moim zwłokom zasadniczo będzie obojętne czy będą spalone czy też
zżarte przez robale. Ale mnie, póki jeszcze jestem, przyjemniej jest myśleć o ogniu niż o robalach - argumentowałam.
A pogrzeby świeckie bywają naprawdę wielce wzruszającą uroczystością -
powiedziałabym, że nawet bardziej niż te tradycyjne, w kościele.
Są bardziej intymne, zwrócone na osobę która jest przez bliskich i przyjaciół
żegnana. I każdy może powiedzieć coś od siebie, można włączyć dowolną muzykę a nawet pokazać jakiś wspominkowy film.
Byłam już na takich i były to bardzo wzruszające uroczystości.
No to nie licz, że ja na taki pogrzeb przyjdę -podsumowała ze złością naszą
dyskusję.
No fajnie, zostawię bliskim wiadomość, żeby Cię w razie czego nie informowali
gdy zmienię wymiar - powiedziałam ze śmiechem.
*****
W drodze do domu zakupiłam ostatni numer Forum, a tam, jak na zamówienie
do wyboru/ do koloru, pełen wachlarz możliwości co można zrobić z naszą
powłoką cielesną gdy odejdziemy Tęczowym Mostem w inny wymiar.
Nie wszystko co prawda jest dostępne w Polsce, ale nigdy nie wiadomo
kiedy i gdzie zakończymy wędrówkę.
Kremacja - jest już dozwolona przez KRK, tyle tylko, że niekiedy księża
w Polsce upierają się przy dwóch mszach żałobnych- przed skremowaniem
i po niej.
Według mnie, najciekawsze rozwiązania problemu są proponowane przez
amerykańskie firmy.
Możliwe są ekologiczne kremacje na autentycznym stosie pogrzebowym,
jak w Indiach.
Dla miłośników wody istnieje możliwość wykupienia morskiego pogrzebu-
bohater tej uroczystości może spocząć na dnie morza, w odległości co
najmniej 3 mil morskich od brzegu, gdzie woda ma głębokość przynajmniej
182 metrów. Podobno jest to jeden z bardziej ekologicznych pochówków.
Można też zamienić prochy ukochanej osoby w oczko pierścienia lub też
wyprodukować z nich płytę winylową i nagrać na niej ulubioną melodię
nieżyjącego bliskiego.
Jest też możliwość zamienienia bliskiego zmarłego w drzewo. Jest to
projekt Hiszpana, Martina Azua.
Urna jest zrobiona z łupiny kokosa, wyłożona celulozą i prasowanym torfem.
Prochy zmarłego pokrywa się warstewką ziemi i umieszcza w tym nasiona
wybranego drzewa. Urnę zakopuje się w ziemi , po pewnym czasie nasiona zaczynają kiełkować a prochy są dla młodej rośliny znakomitą pożywką.
Nawet mi się to podoba, ale jeśli się było za życia pechowcem to może się
zdarzyć, że nas zetną i przerobią na jakiś drewniany przedmiot.
A poza tym można jeszcze wystrzelić drogie naszemu sercu prochy w Kosmos albo nieco bliżej, na orbitę okołoziemską.
Dla wielbicieli huku brytyjska firma Heavens Above Fireworks może nasze
prochy zamienić w fajerwerki i uroczystość pogrzebowa będzie wtedy
pokazem sztucznych ogni.
A dla wszystkich, którzy wierzą w kriogenikę pozostaje zamrożenie się
natychmiast po zgonie i czekanie w kapsule na czas, gdy kiedyś, kiedyś
ktoś nas odmrozi i przywróci do życia.
Jak widzicie możliwości jest mnóstwo, aż wybrać trudno;)))
A czym się tak martwisz? - zapytałam uprzejmie.
Spojrzała na mnie z dezaprobatą i wysapała - martwię się starością i tym,
że jak umrę to już nic nie zobaczę, a na mój grób nikt nie przyjdzie bo nie
mamy dzieci.
Przyznam się szczerze, że rozbawiła mnie tymi słowami niesamowicie, bo
starość już nas dopadła a jednak jakoś życie się toczy dalej, no a fakt,
że nie będziemy oglądać świata, to przecież nic nowego- nim się
urodziłyśmy też go nie oglądałyśmy i nie sądzę by ten poprzedni stan od tego,
który nastąpi, w jakiś znaczący dla nas sposób się różnił.
Pomału rozmowa przeszła na tematy cmentarne i zostałam przez nią
niemal potępiona za to, że zażyczyłam sobie nie tylko kremacji ale i całkiem
świeckiej uroczystości pogrzebowej.
No jak możesz, to okropne tak dać się spalić!
I co to za pogrzeb poza kościołem! Zero nastroju!
Aluś, moim zwłokom zasadniczo będzie obojętne czy będą spalone czy też
zżarte przez robale. Ale mnie, póki jeszcze jestem, przyjemniej jest myśleć o ogniu niż o robalach - argumentowałam.
A pogrzeby świeckie bywają naprawdę wielce wzruszającą uroczystością -
powiedziałabym, że nawet bardziej niż te tradycyjne, w kościele.
Są bardziej intymne, zwrócone na osobę która jest przez bliskich i przyjaciół
żegnana. I każdy może powiedzieć coś od siebie, można włączyć dowolną muzykę a nawet pokazać jakiś wspominkowy film.
Byłam już na takich i były to bardzo wzruszające uroczystości.
No to nie licz, że ja na taki pogrzeb przyjdę -podsumowała ze złością naszą
dyskusję.
No fajnie, zostawię bliskim wiadomość, żeby Cię w razie czego nie informowali
gdy zmienię wymiar - powiedziałam ze śmiechem.
*****
W drodze do domu zakupiłam ostatni numer Forum, a tam, jak na zamówienie
do wyboru/ do koloru, pełen wachlarz możliwości co można zrobić z naszą
powłoką cielesną gdy odejdziemy Tęczowym Mostem w inny wymiar.
Nie wszystko co prawda jest dostępne w Polsce, ale nigdy nie wiadomo
kiedy i gdzie zakończymy wędrówkę.
Kremacja - jest już dozwolona przez KRK, tyle tylko, że niekiedy księża
w Polsce upierają się przy dwóch mszach żałobnych- przed skremowaniem
i po niej.
Według mnie, najciekawsze rozwiązania problemu są proponowane przez
amerykańskie firmy.
Możliwe są ekologiczne kremacje na autentycznym stosie pogrzebowym,
jak w Indiach.
Dla miłośników wody istnieje możliwość wykupienia morskiego pogrzebu-
bohater tej uroczystości może spocząć na dnie morza, w odległości co
najmniej 3 mil morskich od brzegu, gdzie woda ma głębokość przynajmniej
182 metrów. Podobno jest to jeden z bardziej ekologicznych pochówków.
Można też zamienić prochy ukochanej osoby w oczko pierścienia lub też
wyprodukować z nich płytę winylową i nagrać na niej ulubioną melodię
nieżyjącego bliskiego.
Jest też możliwość zamienienia bliskiego zmarłego w drzewo. Jest to
projekt Hiszpana, Martina Azua.
Urna jest zrobiona z łupiny kokosa, wyłożona celulozą i prasowanym torfem.
Prochy zmarłego pokrywa się warstewką ziemi i umieszcza w tym nasiona
wybranego drzewa. Urnę zakopuje się w ziemi , po pewnym czasie nasiona zaczynają kiełkować a prochy są dla młodej rośliny znakomitą pożywką.
Nawet mi się to podoba, ale jeśli się było za życia pechowcem to może się
zdarzyć, że nas zetną i przerobią na jakiś drewniany przedmiot.
A poza tym można jeszcze wystrzelić drogie naszemu sercu prochy w Kosmos albo nieco bliżej, na orbitę okołoziemską.
Dla wielbicieli huku brytyjska firma Heavens Above Fireworks może nasze
prochy zamienić w fajerwerki i uroczystość pogrzebowa będzie wtedy
pokazem sztucznych ogni.
A dla wszystkich, którzy wierzą w kriogenikę pozostaje zamrożenie się
natychmiast po zgonie i czekanie w kapsule na czas, gdy kiedyś, kiedyś
ktoś nas odmrozi i przywróci do życia.
Jak widzicie możliwości jest mnóstwo, aż wybrać trudno;)))
sobota, 7 listopada 2015
Post Stokrotki.....
.....przypomniał mi kilka dość zabawnych sytuacji konsumpcyjno -
towarzyskich, własnych i nie tylko.
Powszechnie wiadomo, że w Polsce na ogół gościmy wszystkich "od serca",
czyli czym chata bogata tym rada .
Gościnność francuska jest nieco bardziej powściągliwa, co dość dotkliwie
odczuła moja ciotka będąc w Paryżu u swej znajomej Francuzki.
Wpierw ta pani wraz z małżonkiem tydzień mieszkała u mojej cioci, która
"wychodziła ze skóry", by gościom dogodzić. Gotowała, piekła, biegała na bazar po świeże warzywa i owoce- jednym słowem rozpieszczała gości.
Francuzi byli ponoć zachwyceni, w końcu papu i lokum mieli za darmo, obsługę turystyczną takoż, bo wujek ich woził.
Wyjeżdżając zaprosili moją ciocię do siebie w ramach rewanżu. Ciocia
piała z zachwytu, bo wreszcie obejrzy Paryż, do którego zawsze czuła nieprzeparty pociąg.
Wreszcie się panie domówiły i ciocia pojechała pociągiem bo było taniej
i bezpieczniej, jej zdaniem. W Polsce były to lata pózno gierkowskie.
Na dworcu oczekiwała na nią znajoma i komunikacją miejską udały się w podróż na obrzeże Paryża, bo tam pani miała domek letniskowy.
Domek fajny, z ogródkiem tylko jakoś tego Paryża było mało.
Francuzka uznała, że musi gościa nakarmić, więc wyciągnęła z lodówki
talerzyk, na którym leżały trzy , lekko podeschnięte plasterki szynki,
jedna bułeczka i kromka równie mało świeżego chleba.
Do tego kawa z mlekiem i deser? czyli kawałek ciasta z dżemem.
Cioteczka moja nieco zaskoczona dziobnęła jeden kawałek tego, co było
podobno szynką, rozejrzała się za masłem ale okazało się,że w tym domu
masła się nie jada.
Gdy cioteczka skonsumowała ten jeden plasterek szynki pani domu
spokojnie zawinęła całość w pergaminem, mówiąc,że "to będzie na jutro".
Nastepnie wręczyła mojej cioteczce plan Paryża, kartkę z wypisanymi
połączeniami z tego "zadupia" i poinformowała, że pokaże się tu za 2 dni.
W związku z tak troskliwym przyjęciem cioteczka w pierwszej kolejności
zmieniła termin wyjazdu, w drugiej zrobiła jakieś zakupy żywnościowe i
wróciła do kraju po 5 dniach. Paryż przestał być jej ukochanym miastem. Zupełnie nie wiem dlaczego:)))
*****
A ja wraz z mężem i naszym kolegą byliśmy przez kilka dni gośćmi
znajomych Bułgarów, w Sofii. Była to rodzina 5 osobowa, rodzice, dwóch
synków i babcia.
Głowę domu znaliśmy ze współpracy zagranicznej, dość często bywał
w Polsce. Przemiły facet , a do tego b.przystojny.
Mieszkali na osiedlu jednorodzinnych domków , rodzinę uzupełniała
papużka falista i szczeniak rasy beagle terier. Psiak cudny.
Babcia miała chyba nieco tureckie korzenie, w każdym razie jedzenie
było mocno tureckie.
Pasienie nas zaczynało się od śniadania, na które były świeżutkie,
jeszcze ciepłe bułki drożdżowe posypane sezamem, multum różnych
serów i wędlin, różnych warzyw, w tym oczywiście papryka w.... oliwie, hektolitry kawy i herbaty. Śniadanie trwało ze 2 godziny, a babcia cały
czas pilnowała, by przypadkiem ktoś nie zjadł zbyt mało.
Wmusiła we mnie całą bułkę i niemal ze łzami w oczach ją błagałam by mi
nie kazała jeść drugiej, bo to były naprawdę wielkie bułki i po połówce już
byłam zapchana.
Na obiady musieliśmy wracać do babci i były to obiady dla strudzonych wędrowców- fakt, to wszystko było b. smaczne, ale było tego za dużo i wszystko ociekało oliwą lub olejem, czego moja wątroba po wirusie typu
B nie dawała rady trawić.
A po obiedzie wjeżdżała na stół patera z....ciastem drożdżowym.Wszystko
świeżo upieczone, jeszcze ciepłe, pachnące i pyszne, ale... tłuste.
Babcia Pawła była niesamowita.Wszystko sama robiła a w międzyczasie
haftowała dla nas serwetkę- na pamiątkę.
Kolację jadaliśmy (kto jadł, to jadł) w którejś z wytworniejszych restauracji
i na stole lądowały typowe dania bułgarskie, chyba wszystkie jakie były w karcie w danym dniu. Dołączali do nas przyjaciele Pawła i była nas niezła
gromadka. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, a koniak płynął strumieniami.
Na szczęście wystarczyło im do szczęścia, że stał przede mną pełny
kieliszek.
Niestety musiałam zjeść z każdego dania choć trochę,tyle co weszło na widelec, by poznać smak.
Wszyscy patrzyli z uwagą, czy aby naprawdę wszystkiego kosztuję.
Czwartego dnia wyjeżdżaliśmy rano nad morze, do Achtopola.
Gdybym została jeszcze dzień dłużej z pewnością bym wylądowała
w szpitalu na gastroenterologii.
Bałkańsko- turecka gościnność bywa naprawdę porażająca.
Ale Sofia bardzo mi się podobała a na dodatek załapałam się na wystawę
przepięknych ikon.
towarzyskich, własnych i nie tylko.
Powszechnie wiadomo, że w Polsce na ogół gościmy wszystkich "od serca",
czyli czym chata bogata tym rada .
Gościnność francuska jest nieco bardziej powściągliwa, co dość dotkliwie
odczuła moja ciotka będąc w Paryżu u swej znajomej Francuzki.
Wpierw ta pani wraz z małżonkiem tydzień mieszkała u mojej cioci, która
"wychodziła ze skóry", by gościom dogodzić. Gotowała, piekła, biegała na bazar po świeże warzywa i owoce- jednym słowem rozpieszczała gości.
Francuzi byli ponoć zachwyceni, w końcu papu i lokum mieli za darmo, obsługę turystyczną takoż, bo wujek ich woził.
Wyjeżdżając zaprosili moją ciocię do siebie w ramach rewanżu. Ciocia
piała z zachwytu, bo wreszcie obejrzy Paryż, do którego zawsze czuła nieprzeparty pociąg.
Wreszcie się panie domówiły i ciocia pojechała pociągiem bo było taniej
i bezpieczniej, jej zdaniem. W Polsce były to lata pózno gierkowskie.
Na dworcu oczekiwała na nią znajoma i komunikacją miejską udały się w podróż na obrzeże Paryża, bo tam pani miała domek letniskowy.
Domek fajny, z ogródkiem tylko jakoś tego Paryża było mało.
Francuzka uznała, że musi gościa nakarmić, więc wyciągnęła z lodówki
talerzyk, na którym leżały trzy , lekko podeschnięte plasterki szynki,
jedna bułeczka i kromka równie mało świeżego chleba.
Do tego kawa z mlekiem i deser? czyli kawałek ciasta z dżemem.
Cioteczka moja nieco zaskoczona dziobnęła jeden kawałek tego, co było
podobno szynką, rozejrzała się za masłem ale okazało się,że w tym domu
masła się nie jada.
Gdy cioteczka skonsumowała ten jeden plasterek szynki pani domu
spokojnie zawinęła całość w pergaminem, mówiąc,że "to będzie na jutro".
Nastepnie wręczyła mojej cioteczce plan Paryża, kartkę z wypisanymi
połączeniami z tego "zadupia" i poinformowała, że pokaże się tu za 2 dni.
W związku z tak troskliwym przyjęciem cioteczka w pierwszej kolejności
zmieniła termin wyjazdu, w drugiej zrobiła jakieś zakupy żywnościowe i
wróciła do kraju po 5 dniach. Paryż przestał być jej ukochanym miastem. Zupełnie nie wiem dlaczego:)))
*****
A ja wraz z mężem i naszym kolegą byliśmy przez kilka dni gośćmi
znajomych Bułgarów, w Sofii. Była to rodzina 5 osobowa, rodzice, dwóch
synków i babcia.
Głowę domu znaliśmy ze współpracy zagranicznej, dość często bywał
w Polsce. Przemiły facet , a do tego b.przystojny.
Mieszkali na osiedlu jednorodzinnych domków , rodzinę uzupełniała
papużka falista i szczeniak rasy beagle terier. Psiak cudny.
Babcia miała chyba nieco tureckie korzenie, w każdym razie jedzenie
było mocno tureckie.
Pasienie nas zaczynało się od śniadania, na które były świeżutkie,
jeszcze ciepłe bułki drożdżowe posypane sezamem, multum różnych
serów i wędlin, różnych warzyw, w tym oczywiście papryka w.... oliwie, hektolitry kawy i herbaty. Śniadanie trwało ze 2 godziny, a babcia cały
czas pilnowała, by przypadkiem ktoś nie zjadł zbyt mało.
Wmusiła we mnie całą bułkę i niemal ze łzami w oczach ją błagałam by mi
nie kazała jeść drugiej, bo to były naprawdę wielkie bułki i po połówce już
byłam zapchana.
Na obiady musieliśmy wracać do babci i były to obiady dla strudzonych wędrowców- fakt, to wszystko było b. smaczne, ale było tego za dużo i wszystko ociekało oliwą lub olejem, czego moja wątroba po wirusie typu
B nie dawała rady trawić.
A po obiedzie wjeżdżała na stół patera z....ciastem drożdżowym.Wszystko
świeżo upieczone, jeszcze ciepłe, pachnące i pyszne, ale... tłuste.
Babcia Pawła była niesamowita.Wszystko sama robiła a w międzyczasie
haftowała dla nas serwetkę- na pamiątkę.
Kolację jadaliśmy (kto jadł, to jadł) w którejś z wytworniejszych restauracji
i na stole lądowały typowe dania bułgarskie, chyba wszystkie jakie były w karcie w danym dniu. Dołączali do nas przyjaciele Pawła i była nas niezła
gromadka. Tańczyliśmy, śpiewaliśmy, a koniak płynął strumieniami.
Na szczęście wystarczyło im do szczęścia, że stał przede mną pełny
kieliszek.
Niestety musiałam zjeść z każdego dania choć trochę,tyle co weszło na widelec, by poznać smak.
Wszyscy patrzyli z uwagą, czy aby naprawdę wszystkiego kosztuję.
Czwartego dnia wyjeżdżaliśmy rano nad morze, do Achtopola.
Gdybym została jeszcze dzień dłużej z pewnością bym wylądowała
w szpitalu na gastroenterologii.
Bałkańsko- turecka gościnność bywa naprawdę porażająca.
Ale Sofia bardzo mi się podobała a na dodatek załapałam się na wystawę
przepięknych ikon.
Subskrybuj:
Posty (Atom)