drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 17 stycznia 2022

Zła cecha to........pozytywny wynik testu.

 Od piątku jesteśmy w stanie maksymalnego ograniczenia kontaktów towarzyskich. Moi wnuczkowie mają w swoich szkołach kolegów z pozytywnymi wynikami testów - dzieciaki są po prostu codziennie testowane. U Starszego od  dziś część zajęć jest prowadzona  zdalnie, a on został wyznaczony do przekazywania zadań dalej oraz ....przypominania nauczycielom by materiały lekcyjne ładowali w system.

Młodszy był w sobotę  na kolejnym szczepieniu. A wieczorem tego dnia dowiedzieli się, że kolega,  z którym siedzi w ławce jest "pozytywny". Nabraliśmy dużo powietrza w płuca i czekamy co dalej. Na wszelki wypadek porozumiewamy się telefonicznie lub mailowo.

Pogodę mamy paskudną, czyli trwa pora przejściowa, co oznacza +6 stopni ciepła, deszcz i wiatr. A chwilami leci z nieba jakaś "kasza". Czyli pogoda jest w sam raz dla  wszelakich paskudnych wirusów.  A ja muszę w tym  tygodniu niestety udać się do swego lekarza rodzinnego, 5 przystanków metrem z jedną przesiadką. Mam na to 3 dni.

I znów smutek w  blogowym światku - po kilku latach intensywnej walki z nowotworem odeszła "Zgaga", czyli Grażyna. Przemiła, bardzo kulturalna i mądra blogerka. 

A ja chyba przestanę blogować- bo co to  za blogowanie, gdy nie mogę skomentować tego co przeczytałam u innych ani też odpowiedzieć na komentarze pozostawione u mnie???  Przecież to najzwyklejsza paranoja. A jakoś nie czuję się  na siłach by  zakładać kolejny blog.

Miłego tygodnia Wszystkim życzę!!!!



czwartek, 13 stycznia 2022

Takie sobie rozważania

 Z racji pandemii   i mojej wewnętrznej emigracji niewiele się u mnie dzieje.  Święta były naprawdę "mało świąteczne", tyle tylko, że zjechała tu również druga  babcia, która ogromnie lubię - to tak zwana chodząca   DOBROĆ. 

Nie pochwaliłam się Wam jeszcze co dostałam tzw. "pod choinkę" -  a jest to dla mnie  super prezent- w 100% przydatny. Z powodów mego "wątłego zdrowia" ( o czym podobno świadczą analizy) mam obowiązek wypijania dziennie 2 litrów wody- wody, a nie płynów. Picie "zwykłej kranówy" to średnia frajda,  więc zięć mi dość regularnie dostarczał kontenerki z wodą lekko gazowaną. No a jeśli nie dostarczył, to mój cykl nawadniania  automatycznie  szedł w odstawkę. Więc dostałam "ustrojstwo" do gazowania owej  zwykłej kranówy:

Jest rewelacyjne, prościutkie w obsłudze, samemu reguluje się stopień "nagazowania wody" a jeden "nabój" wystarcza do sporządzenia 60 litrów wody. Jak "moi" obliczyli to jest to wielce ekonomiczne urządzenie i cena 1 litra tak przyrządzonej wody jest o połowę niższa od ceny sklepowej. Dla mnie istotną sprawą jest to, że mogę sobie regulować poziom "nagazowania", bo nawet ta   "średnio" nagazowana, sklepowa woda dla mnie była zbyt mocno nagazowana, więc ją nalewałam do jakiegoś otwartego naczynia  by się nieco "odgazowała". I tym sposobem i moi  i ja jesteśmy zadowoleni - ja, że nie muszę korzystać z ich uprzejmości w kwestii dostarczania mi wody a oni mają problem z  głowy. Nabój będzie się zamawiało elektronicznie, dostarczą do domu. Do urządzenia   dodane są 3 szklane  butelki z zaznaczonym miejscem, do którego należy wlać wodę przed jej "nagazowaniem". Druga  babcia dostała nieduże radio - może być na baterie, może być podłączone do sieci i jest wieloczynnościowe, szkoda tylko, że dodatkowo nie sprząta, nie pierze i nie prasuje. Oczywiście jego możliwości prezentował nam starszy wnuczek (w ubiegły piątek skończył 13 lat) a my obie wytrzeszczałyśmy oczy.

A tak poza tym po wielu, wielu latach stwierdziłam, że moja babcia, która w1979 roku mając 85 lat odeszła w lepszy wymiar była bardzo mądrą kobietą, która przeżyła dwie wojny światowe.  Zawsze mi powtarzała - "wszystko jest przereklamowane". A to "wszystko" to zdaniem   mojej babci było: miłość, małżeństwo, macierzyństwo a nawet przyjaźń.  Bardzo długo nie mogłam tego zrozumieć - ale teraz, gdy już mnie starość dopadła - zrozumiałam. I wiecie co?- miała rację.

Dziś z niemałym zdumieniem przeczytałam, że pewna ilość osób (około 2000) w Niemczech, a tak dokładnie  w Górnej Bawarii, w miejscowościach Ingolstadt i Ebersberg  została zaszczepiona przeciw  Covid-19 nieco przeterminowaną szczepionką - co prawda była ona przeterminowana zaledwie o jeden dzień, ale jednak przeterminowana. Osoby te  mogą się poddać bezpłatnie badaniu krwi na określenie ilości przeciwciał i jeśli zaistnieje taka potrzeba- będą ponownie  zaszczepieni. I jeszcze w tym temacie- przyjęcie trzech szczepień  (w razie  zachorowania na covid -19) chroni przed hospitalizacją aż w 95%.

Ponadto Instytut Roberta Kocha (prowadzący statystykę dot.Covid 19) podał sprostowanie  - na obecnie królującą postać koronawirusa- Omikron  zachorowało 1097 osób niezaszczepionych, a nie jak omyłkowo podano tylko 186 osób niezaszczepionych.

 Z bardziej zabawnych wiadomości- we Fiorano (Włochy) para nagusów rodem z Niemiec, wpierw usiłowała zatrzymywać przejeżdżające  samochody by złapać chętnego do ich podwiezienia. Gdy pojawili się  swoim samochodem wezwani przez kierowców włoscy karabinierzy, para wskoczyła na dach ich samochodu i skacząc po nim uszkodziła go. Badanie krwi wykazało, że oboje byli pod wpływem alkoholu i narkotyków. Gdy odnaleziono ich samochód to okazało się, że mieli w nim nóż.  Włosi ukarali parę czterema miesiącami więzienia  w zawieszeniu. A po powrocie do Niemiec oboje zostali zwolnieni z pracy przez swych pracodawców. Uzasadnienie - swym nagannym zachowaniem przynieśli wstyd  całemu krajowi.

 A 18 stycznia, w odległości pięciokrotnie  większej niż odległość Ziemi od Księżyca przeleci olbrzymia asteroida nr 7498. Jej średnica jest 25 razy większa od nowojorskiego Empire State Building i jest to jej najbliższy z dotychczasowych przelot w pobliżu naszej planety. Mam tylko nadzieję, że nic nie  zakłóci jej orbity i nie zderzy się z naszą planetą. Po raz pierwszy została  dostrzeżona przez ziemskie obserwatoria w 1994 roku i wtedy nadano jej numer 1994PC1.

Przestało mżyć - idę na  zakupy.


wtorek, 11 stycznia 2022

Nic dodać nie potrafię

 


No cóż, smutne, że tak niewiele możemy w tym przypadku zrobić - możemy tylko czekać spokojnie. Jeśli budzi się tak samo szybko jak ja - to mamy jeszcze kilkanaście,  a może nawet kilkadziesiąt  lat spokoju.

A na osłodę może to:


Miłego nowego tygodnia- Wszystkim!

piątek, 7 stycznia 2022

Nadal mam "kociokwik" blogowy

Jeżeli ktoś z Was myśli, że zdołałam się dowiedzieć, czemu nie mogę nigdzie  ( to znaczy u Was i u siebie)  komentować - to jest w  błędzie. Mogę komentować na blogach poza"bloggerowych".  Ale codziennie czytam to wszystko co napisaliście.

Wczoraj włączyłam FB ( właśnie  zmienił nazwę na "Meta") i na FB -Watch wpadły mi w oko i ucho dwie panie - z wyglądu całkiem sympatyczne. Jedna  z nich tłumaczyła drugiej, że wystawianie paszportów covidowych jest niczym innym niż przejęciem  przez "rządzących" władzy nad nami, bo to oczywiście jest spisek po to tylko,  by całkiem sobie  wszystkich podporządkować. Dyskusja toczyła się w języku obcym, ale ktoś z  polskich antyszczepionkowców opatrzył wszystko tekstem polskim, dając na początku komentarz, by to obejrzeć nim to FB skasuje. 

Dawno się tak nie bawiłam - pani wszystkowiedząca, która udzielała wywiadu tłumaczyła, że dzięki wprowadzeniu paszportów  covidowych  "rządy będą  nas  miały w garści". Opowiadała coraz większe  rewelacje  a ja miałam setny ubaw. Właściwie bardzo mi żal było owej pani, której się zdaje, że teraz rządy krajowe nic o nas nie wiedzą. Otóż wiedzą i to niemal  wszystko, bowiem: od chwili narodzin aż do swej śmierci jesteśmy  zarejestrowani w przeróżnych instytucjach i jeśli komuś cokolwiek będzie potrzebne na  nasz temat - do wszystkiego można się już teraz "dogrzebać". Nie rodzimy się  anonimowo w głębokim  lesie, więc od początku  wiadomo jakiej jesteśmy płci (męskiej, żeńskiej lub hermafrodyta -tych ostatnich też nie brakuje wśród noworodków), od razu spisuje się dane personalne rodziców. Idziemy do szkoły - też nas dokładnie spisują, okresowo też ważą, mierzą, cały czas oceniają naszą wiedzę- to wszystko też jest udokumentowane. Podejmujemy studia  czy też  kształcimy się na jakichś kursach - tu też jesteśmy zarejestrowani, opisani. Idziemy do pracy - tu też mamy  założoną kartotekę. Chcemy pojechać na  wycieczkę poza kraj ojczysty - ależ proszę bardzo, tylko paszporcik trzeba  sobie wyrobić i podać wiele danych przy  wypełnianiu druczka. I nie szkodzi, że niektóre  nazwiska są bardzo popularne, że "Nowaków" lub "Kowalskich" jest  miliony, że co któryś ma ojca o tym samym imieniu- gdy dobrze pogrzebać w  dokumentacji wszystkiego można dojść - wystarczy być tylko dość bystrym urzędnikiem.

Druga sprawa poruszana przez  panią wszystkowiedzącą dotyczyła samych szczepionek - że nie dają gwarancji, że się nie zachoruje. Oczywiście,  bo żadna szczepionka nie sprawi, że absolutnie nie zachorujemy na chorobę przeciwko której jesteśmy zaszczepieni - rolą szczepionki jest mobilizacja układu autoimmunologicznego do walki  z określonym patogenem, dzięki czemu jeśli zachorujemy przebieg choroby nie pozostawi w naszym organizmie wielkich zniszczeń.

Na koniec pani wszystkowiedząca stwierdziła, że teraz znów będzie na całym świecie inflacja, powrót do złota i ona już się zabezpiecza lokując pieniądze w metalach szlachetnych - no odkrycie na skalę światową. Aż się zastanowiłam czy sama  handluje  złotem - bo wiecie, ja to z natury podejrzliwa jestem, choć podobno sprawiam wrażenie  pierwszej naiwnej.

W Niemczech króluje nowa odmiana covidu-19 czyli Omikron. A wśród  chorujących landów przoduje .....Brema. Poza tym okazało się, że nie  wszystkie testy PCR wykrywają Omikron.

Pogoda u mnie   w szkocką kratkę- wczoraj było cały dzień słońce i +4 stopnie a dziś ponuro, zaraz pewnie zacznie padać i jest raptem +2 stopnie .

Miłego weekendu Wszystkim życzę.


niedziela, 2 stycznia 2022

A czas ucieka

 No i już mamy dziś drugi dzień kolejnego roku.

Po raz pierwszy  w życiu spędziłam Pierwszy Dzień Nowego Roku.... w muzeum. Jak dla mnie to bardzo miły sposób spędzania czasu. Byliśmy w Humboldtforum, czyli w odbudowanym Zamku Berlińskim.

Dla mnie to była kolejna wyprawa krzyżowa, bo nadal mam problemy z własnym kośćcem, a jakby na to nie spojrzeć, to w dzień wcześniej byłam kilka godzin w Pałacu Charlottenburg, gdzie  się straszliwie "złaziłam" chociaż wspomagałam się w jednej jego części przysiadaniem na krzesełku w każdej sali.

A wczoraj, tym razem przezornie łyknęłam przed "wyprawą" dwie tabletki przeciwbólowe.

Miejsce, w którym byłam ma dość burzliwą historię, część z niej opowiadają zdjęcia, które znalazłam w sieci.

Tak wyglądał Zamek Berliński przez wiele lat po zakończeniu II wojny światowej. A potem, od roku 1976 do końca I dekady 2000 roku tak:

I nosił wówczas nazwę Pałac Republiki. Pełnił  funkcję siedziby Izby Ludowej parlamentu NRD, bowiem był usytuowany  na terenie Berlina, który w ramach podziału Niemiec przypadł Niemieckiej Republice Demokratycznej.

Zjednoczenie Niemiec sprawiło, że znów sobie przypomniano o tym architektonicznym tworze i postanowiono  Zamek Berliński odbudować. I odbudowano, coś tak jakby za 680 mln euro. Jego odbudowa wywołała wiele kontrowersji, spowodowanych głównie wizją  architekta. Bo wizja była i jest urzeczywistniona w dość oryginalny sposób:


Jest to połączenie starego zabytkowego wyglądu z pełną nowoczesnością, co wielu osobom  zupełnie nie przypadło do gustu.

Szczerze mówiąc, to wewnątrz budynku, gdy się siedzi w holu jest to  nieco zaskakująca kombinacja. Budynek został ochrzczony "Humboldtforum". Będzie budynkiem nie tylko o przeznaczeniu muzealnym - przewiduje się tu realizacje różnorodnych przedsięwzięć kulturalnych, miejsce dla różnych twórców indywidualnych, miejsca na różne międzynarodowe i krajowe konferencje- ma być też miejscem łączącym ze sobą różne kultury.

Jak na razie to jest tu czynne tylko Muzeum Etnograficzne, czyli można tu obejrzeć to wszystko czego nie pomieściło Muzeum Etnograficzne w Dahlem (byłam tam kilka lat wcześniej - cuuudne zbiory) i dotąd czekało w muzealnych magazynach.

Wszystkie  eksponowane artefakty są opatrzone komentarzami, jak to podle ongiś Europejczycy postępowali  z innymi kulturami, ograbiając je z cennych zabytków, zabierając im ziemię, wykorzystując ich pracę. Nie mniej zbiory są ciekawe, dobrze opisane, jest ich cholernie dużo, w pewnej chwili głowa zaczyna pękać od nadmiaru informacji.

Już kiedyś pisałam, że Europa ma w pewnym sensie dług moralny wobec tzw. "trzeciego świata", czyli wobec innych, w pojęciu europejskim,  mniej rozwiniętych  cywilizacji. A pomnażanie zasobów w postaci siły do pracy, poszerzanie własnych terytoriów kosztem innych krajów jest niestety wpisane w  najdawniejszą historię ludzkości. Nie da się ukryć, że dzieje się tak od czasów plemiennych i trwa nadal. Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że wszelkie  zagrabianie szło pod hasłem "oświecania ludów prymitywnych, bo nie wiedzą biedacy w co wierzyć  ani jak żyć"

 Podoba mi się, że nowe miejsce wydarzeń związanych z szeroko pojętą kulturą zostało poświęcone pamięci dwóch braci- Wilhelma(1767-1835) i Aleksandra (1769-1859) Humboldtów. Niewątpliwie nauka i kultura, nie tylko niemiecka, wiele im zawdzięcza.

Wilhelm studiował na  Uniwersytecie  we Frankfurcie nad Odrą. W latach 1801-1808 był rezydentem pruskim w Rzymie. Od 1809roku -  kierował pruskim ministerstwem wyznań i oświecenia, był merytorycznym założycielem Uniwersytetu w Berlinie, zreformował pruski system edukacji, stworzył gimnazjum humanistyczne, zorganizował muzeum berlińskie.

Młodszy od  niego 2 lata Aleksander, był co prawda "słabego zdrowia", ale chyba bardziej wszechstronny od swego brata- on również ukończył Uniwersytet Viadrina we Frankfurcie n.Odrą, poza tym Wydział Przyrodniczy Uniwersytetu w Getyndze, Akademię Handlową w Hamburgu oraz Akademię Górniczą we Fryburgu. W wieku 22 lat został inspektorem górniczym. Opracował i wdrożył do użytku własnego pomysłu maski do oddychania dla górników.

Od 1797 roku zaczął cykl podróży- przejechał całą Europę, Amerykę Łacińską, badał dorzecze rzeki Orinoko, był na Kubie, zwiedzał wulkany w Ekwadorze, był również w Meksyku i w Stanach Zjednoczonych.

W latach 1807-1827 mieszkał w Paryżu, był też wykładowcą geografii na Uniwersytecie w Berlinie,  był też w górach Uralu i Ałtaju, w  chińskiej Dżungarii i w rejonie  Morza Kaspijskiego. Powołał też  Pruski Instytut Meteorologiczny.  Do nauki miał podejście holistyczne.

Jego dzieło naukowe KOSMOS zawierało aż pięć tomów- była w nich zebrana cała ówczesna wiedza przyrodnicza. Tom I omawiał podróże po świecie  zewnętrznym, tom II - historię od czasów starożytnych Greków a pozostałe  trzy tomy  zawierały wiedzę specjalistyczną na różne tematy.

W trakcie swego dwudziestoletniego pobytu w Paryżu opracował 34-tomowe dzieło z 2000 tablic o swej amerykańskiej podróży.

Jako jeden z pierwszych ludzi nauki postulował ochronę przyrody i jest twórcą określenia "pomnik przyrody".

No i tak sobie myślę, że jak na człowieka  "wątłego zdrowia" to wyjątkowo wiele  zdziałał. I chyba sobie  zamówię  książkę Andrei Wulf  "Człowiek , który zrozumiał naturę", wydaną w 2019 r przez Wydawnictwo Poznańskie.

Miłego nowego tygodnia w nowym roku!



sobota, 1 stycznia 2022

I minął kolejny Sylwester

Nie da się ukryć- sporo już  było Sylwestrów  bo pomaleńku  zaczynam być "wiekowa". Ale +13 stopni o świcie grudniowym, czyli o godz, 7,30 ani w Warszawie  ani w Berlinie to jeszcze nie  miałam. No to mam, plus deszcz.

Dziś jadę  zwiedzać Pałac Charlottenburg  - dowód  namacalny na to,  jak to "skromna letnia rezydencja" rozrosła się niebywale. Akurat ten obiekt ma  dla turystów udogodnienia w postaci nagranych w różnych językach "przewodników"- są też nagrania w języku polskim. Nie sądzę by turystów z Polski było dziś  zatrzęsienie. Poza tym z reguły ten dzień nie obfituje w turystów. 

Czwartkowe popołudnie i kawałeczek wieczoru spędziłam w kręgielni. Wstęp tylko dla osób w pełni zaszczepionych lub wyleczonych  i posiadających aktualny negatywny test. Obserwowanie ludzi to jedno z moich  hobby. Chyba mało naganne.

A niedzielne popołudnie spędzę w Humboldforum. 

Ciekawa jestem jak spędzę najbliższą noc - podejrzewam, że jednak cicho nie będzie, bo  jak  zawsze, pomimo  zakazu sprzedaży  sztucznych ogni na terenie Niemiec, zdeprawowani Niemcy już od miesiąca  odwiedzali Słubice by nabyć  zakazany towar. Podobno ostatnio kolejka do sklepu  sprzedającego ów zakazany towar miała długość 300 metrów. No ale nie ma sprawy - jeśli nie pośpię bo będzie hałas to poczytam.

1.01.2022r.

I wreszcie byłam w pałacu Charlottenburg! Pałac dostępny tylko dla w pełni zaszczepionych lub tych co przechorowali i mają test negatywny, w  związku z tym tłumów nie było. My mieliśmy już wykupione online bilety,  więc formalności ograniczyły się do sprawdzenia elektronicznego naszych paszportów covidowych i dowodów tożsamości. Organizacja  zwiedzania  świetna, smartfony wraz ze  słuchawkami i tekstami nagranymi w kilku europejskich językach dostępne  za darmo. Do zwiedzania  jest naprawdę sporo, bo są to  dwie części Pałacu. Osoby, które z jakichś  względów nie mogą słuchać tekstu  przez  słuchawki mogą wgrać na swój własny smartfon, w odpowiednim dla nich języku, to wszystko, co opowiada przewodnik. I jest to bardzo  duże udogodnienie.

W drodze do Charlottenburga (ongiś była to podmiejska wioska, od 1920 roku włączona do Berlina) zauroczył mnie budynek stacji miejskiej kolejki elektrycznej (odpowiednik szybkiej kolei miejskiej w Warszawie) i musiałam go uwiecznić:


 Jak widzicie pogoda  typu "pora deszczowa", ale za to 13 stopni ciepła i coraz większy wiatr. Dalszą drogę pokonaliśmy miejskim autobusem, którego przystanek jest nieomal na wprost pałacu- wystarczy pokonać jezdnię.


Pokonujecie  jezdnię i przed Wami już tylko pokonanie dziedzińca pokrytego "kocimi łbami". Dobrze, że nie byłam w butach na jakimś obcasie! Te kilka osób, które widzicie  w tle to ci co zmierzają do wejścia pałacowego.

Nie będę Wam szczegółowo opisywać Pałacu - mielibyście  zbyt wiele do poczytania. Zdjęć wewnątrz nie robiłam, bowiem w szatni wyczytałam zawiadomienie, że należy mieć wyłączone  telefony komórkowe oraz nie należy robić zdjęć obiektów zwiedzanych. Smartfon to miałam akurat cały czas włączony, bowiem miałam wgrany i odsłuchiwałam tekst wygłaszany przez przewodnika.Nie mniej wszyscy  napotkani wewnątrz turyści japońscy z zapałem pstrykali wszystko co im w oczy wpadło. Jeżeli jesteście  zainteresowani tematem to polecam wrzucenie w wyszukiwarkę  hasła "Pałac Charlottenburg w Berlinie" i na stronach Wikipedii są informacje i zdjęcia. Znacznie lepsze od tych, które ja bym zrobiła smartfonem.

Chodzenia i oglądania było sporo- już po pierwszej części zwiedzania byłam pół żywa, ale i niestety byłam zachwycona. 

Taka wycieczka rozpoczynająca się w okresie baroku a kończąca  się w stylu rokoka to naprawdę spore przeżycie - przynajmniej dla mnie. Przy zwiedzaniu nowej części Charlottenburga  czekają turystów kolejne udogodnienia- w szatni  (tu są zamykane na kluczyk boksy )można wziąć ze sobą lekki, składany stołeczek (za darmo) - a wszystko to ku wygodzie turysty, by mógł w wygodny sposób obejrzeć i wysłuchać wszystkiego, o czym mówi przewodnik. Osobiście  skorzystałam z tego udogodnienia - rewelka. Tak powinno być w każdym miejscu, gdzie jest tyle rzeczy do oglądania w każdej sali.

Oczywiście II wojna światowa nie oszczędziła Pałacu - w 1943 r nalot aliantów spowodował sporo zniszczeń. Nie mniej do dziś, w części barokowej Pałacu możemy dreptać po parkietach, które przetrwały od samego początku jego istnienia. 

Do meblowania  Pałacu po wojnie zbierano w Niemczech meble  z epoki ze wszystkich pałaców pruskich, tak samo było z obrazami, choć i tak wiele  z nich przetrwało ostatnie lata wojny w ukryciu. Bo nie wszyscy ( na szczęście) byli jak wódz naczelny na amfetaminie i zdawali sobie sprawę, że koniec wojny bliski i bolesny zarazem.

Pałac otoczony jest pięknym olbrzymim ogrodem, no ale ogród to odwiedzę wiosną - teraz to nie  doceniłabym na pewno jego urody.

Do domu wróciłam "na  ostatnich nogach", niezmiernie  zmęczona. 

Jak na berlińskie Sylwestry ten był bardzo cichy, jakby nie było był cały czas zakaz sprzedawania ogni sztucznych i zakaz urządzania spotkań "z okazji". I po raz pierwszy od lat nawet nie doczekałam północy - Nowy Rok i tak nadszedł, zupełnie niezrażony faktem, że już spałam.

Kochani - Dobrego Nowego Roku!!! Każdemu Według Potrzeb!!!

 





środa, 29 grudnia 2021

Dziś.....

                    ......Nowa Narodowa Galeria, czyli Neue Nationalgalerie. 


Nie wiem jak inni, ale ja patrząc na budynek Neue Nationalgalerie  mam tak zwane  "uczucia mieszane", czyli to, co czuje ktoś, kto widzi jak jego znienawidzona teściowa spada w przepaść jego nowiutkim, wymarzonym mercedesem.

Bo patrząc się na ten przeszklony, płaski kwadratowy budynek nijak nie przychodzi mi na myśl jakie jest jego przeznaczenie - może to równie dobrze być wejście do jakiegoś dworca a może do hali targowej?

Projektantem był  Ludwig Mies van  der Rohe, niemiecki architekt modernistyczny, urodzony w Akwizgranie w 1886 roku. W swoje 75 urodziny otrzymał  bezpośrednie  zamówienie od Zachodniego Berlina  na zbudowanie gmachu Nowej Narodowej Galerii.  Budynek został ukończony w 1968 roku, rok przed śmiercią projektanta, a jest wybudowany kilkaset metrów od Placu Poczdamskiego. 

W jego sąsiedztwie znajduje  się gmach Filharmonii wg projektu Hansa Scharouna, oraz Biblioteka Państwowa i powstaje (juz wychodzi z ziemi) kolejna galeria.

Lata  mijały i budynek zaczął wymagać remontu- zwłaszcza jego część  wystawowa- podziemna. Prace renowacyjne trwały od 2016 roku a swe podwoje  Galeria otworzyła dopiero 22 sierpnia 2021 roku. Prac renowacyjnych doglądał wnuk  Miesa, architekt Dirk Lohan.

Na powierzchni 5000 metrów kwadratowych mamy przegląd ruchów artystycznych całego  XX wieku- zobaczymy dzieła ekspresjonistów, kubistów, surrealistów, czyli  zobaczymy obrazy Muncha, Picassa, Max Ernsta, Paula Klee, Juana Gris, E.L. Kirschnera. Karla Schmidt-Rottluffa, Ericha Heckela, Maxa Beckmana. Cała ekspozycja znajduje się pod ziemią, na powierzchni widzimy tylko konstrukcję złożoną z dużej ilości metalu i szklanych płyt. Wprawdzie owa zewnętrzna konstrukcja jeszcze  nie wolała w całości o wymianę, ale to wszystko co znajdowało się pod  ziemią wymagało wymiany - po prostu rozsypywały się betonowe ściany. No to przy okazji przejrzano wszystkie  metalowe części budynku, i usunięto nawet tylko lekko skorodowane elementy. Najwięcej kłopotów przysporzyła wymiana tych wielkich szyb, ponieważ tak ogromne szklane płyty wykonuje tylko jeden zakład na świecie, mający swą siedzibę w........Chinach.

Przy okazji wyczytałam, że największą powierzchnię tego muzeum stanowi polski szary granit strzegomski, kupiony przez  państwo niemieckie jako forma wsparcia w trudnych dla Polski czasach ekonomicznych. W gmachu znajduje się 14 tysięcy granitowych płyt- wszystkie  skatalogowane i opisane.






Dziś w holu była wystawa prac Alexandra Caldera  (22.VI.1898r- 11.XI.1966), amerykańskiego rzeźbiarza, malarza, ilustratora i grafika amerykańskiego, jednego z głównych przedstawicieli sztuki kinetycznej.

A na ostatniej fotce dzieciaki grające w szachy -jest tu kilka stolików z szachownicami , a szachy wypożycza się w stoisku. I mają naprawdę powodzenie.

Poza tym jest tu również kawiarenka, z dobrą kawą i - jak mnie  zapewniali wnukowie i zięć- dobrymi ciastami.

Kawiarnia ma  bardzo ciekawe- jak dla mnie- wnętrze:


 mogłabym mieć w domu takie "żyrandole" i taką boazerię.

Pogoda  dziś wprawdzie z gatunku pod  "zdechłym Azorkiem" +5 i mżawka, ale dojazd ode mnie dobry metrem i autobusem niemal pod  samiutkie wejście do galerii.

Oczywiście  wejście do Galerii - tylko z aktualnymi paszportami covidowymi, Każdego sprawdzali, zwiedzanie w maseczkach.Kawę można było pić bez maseczek, ale ilość miejsc ograniczona.

A jutro?  - a jutro czeka mnie bowling - ciekawe jak ja to przeżyję.

P.S.    Zdjęcia powiększamy "kliknięciem".