drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 12 lutego 2024

Szaro, buro i......

              ......ponuro, +6 stopni , a na  dodatek przelatują "lekkie  deszcze", jak je określa  komunikat meteo. Lekkie,  ale często.

Więc słucham muzyki  z lat 50, 60, 70 i czytam. I zastanawiam  się  gdzie ci Kosmici, wspaniali tacy? Były szef izraelskich  Służb Bezpieczeństwa Kosmicznego, pan Haim Eshed twierdzi,  że Kosmici istnieją, ale  ludzie nie  są jeszcze  gotowi by ten  fakt zaakceptować. Zdaniem Esheda od  dawna  na  Ziemi dochodzą do skutku kontakty z przedstawicielami pozaziemskich cywilizacji, lecz informacje na ten temat są po prostu ukrywane. Twierdzi również, że istnieje tzw. "Federacja  Galaktyczna" złożona  z przedstawicieli różnych cywilizacji, która utrzymuje kontakty z  Ziemią i  wspomaga nasz rozwój, ale ponieważ ludzkość jeszcze nie jest na taki kontakt przygotowana wszystko jest ukrywane.

W 2017 roku były astronauta, Edgar Mitchell oświadczył, że na Ziemi od  dawna dochodzi do kontaktów z Kosmitami, jednak rządy światowe ukrywają te informacje przed opinią publiczną. Profesor Christopher Conti z Uniwersytetu Arizony uważa, że jak najbardziej istnieje możliwość życia pozaziemskiego w galaktyce. Jego zaś  zdaniem ludzkość jest już na tyle rozwinięta, że powinno się ją przygotować na kontakt  z Kosmitami  - od razu polubiłam tego profesora, choć osobiście go  nie  znam - poczułam  się doceniona jako kawałek tej ludzkości.

Nie wiem czy pamiętacie, że 15 sierpnia 1988 roku profesorowie Uniwersytetu Stanforda wysłali w głąb Kosmosu, ku  gwieździe Altair  wiadomość.  Altair jest to dwunasta  najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Orła, oddalona zaledwie o 16,7 lat świetlnych od  Ziemi, czyli jest niemal tuż za rogiem. Wiadomość nie była tekstem  ale serią rysunków przedstawiających historię życia na Ziemi, strukturę DNA i nasz Układ Słoneczny.  I tak mi przeleciało przez  wyobraźnię, że siedzą na tej Alstair ichni uczeni i głowią się, niczym polski maturzysta, "co poeta miał na myśli rysując to co im przysłał."

A ceniony rosyjski naukowiec Siergiej Lipunow obliczył, że do roku 2050 będziemy mogli nawiązać kontakt z obcą cywilizacją. A ja szybko obliczyłam, że będę jak ten Jaś z wiersza pani Konopnickiej - zwyczajnie nie  doczekam.

Miłego tygodnia Wszystkim!!!


 A do posłuchania  - classic rock

czwartek, 8 lutego 2024

Podobno........

            ..........dziś jest Tłusty Czwartek,  a w Kraju nad Wisłą  moi Rodacy pożerają stosy pączków, czyli coś czego ja nie jadam - po prostu nie lubię pączków - tych wielkich, lśniących od lukru. Ja zdecydowanie wolę faworki, a tak ogólnie ze słodyczy to  preferuję.......gorzką czekoladę, taką co ma w sobie przynajmniej 80% kakao. A najlepsze  "czekoladowe jedzonko" to orzechy laskowe oblane  właśnie gorzką czekoladą. Niestety w pobliskim sklepie EDEKA nie ma takowych, dzięki czemu się nie tuczę. Ostatnie  zdanie  w tej kwestii to pocieszenie  dla mnie.

Wczoraj byłam tak zainspirowana koncertem, że po powrocie do 2,00 godziny  w nocy buszowałam w necie i "łowiłam" stare  swingi i chyba  z tego powodu nie doceniam uroku dzisiejszego  dnia, czyli aury - chwilami zza  zasnutego chmurami nieba pokazuje  się  słońce, a termometr wskazuje  aż +1 stopień ciepła, co jest dość  mylące, bo odczuwalna temp. to najwyżej  -1 stopień pana Celsjusza. 

Czytam o Kleopatrze - zniewalająca była dla współczesnych nie  tyle jej uroda co......intelekt. I mam ochotę powiedzieć tym wszystkim młodym naiwniaczkom chcącym zrobić zniewalające wrażenie na płci przeciwnej  powiększając  sobie  biust i  usta ( usta chyba po  to by wyglądać  jak karp oczekujący  swego końca w wannie),  że na tym nieco odmiennym biologicznie  gatunku  jakim jest facet, o wiele większe i trwalsze  wrażenie oraz uczucie powoduje nasza osobowość a nie uroda.

Miłego dnia Wszystkim!


I takie  "starocie" do posłuchania.

Było SUPER!!!!!

                                                        

                                                        To zdjęcia z dzisiejszego koncertu

Właśnie wróciłam  z koncertu. Dawno nie  słyszałam na żywo swingu.  Sala Friedrechstadt Palast pełna, a średnia wieku widzów na sali wysoka. Mieliśmy bardzo dobre miejsca, w ostatnim  rzędzie, na  samej  górze i na wprost sceny,  więc mogłam się poprzyglądać publiczności i pocieszyć  się, że nie  tylko ja jedna  podryguję do rytmu.  Słuchając tych tak bardzo mi  znanych melodii przeżywałam jednocześnie retrospekcję minionych lat młodości,  gdy wpierw słuchałam swingu włączając Radio Luksemburg,  a potem bywając dość regularnie na dancingach. Moim wnukom też  się ta muzyka podobała.




  A tu fragmenciki jeszcze  z  dawnych  lat,  "upolowane  na YT"

Chyba  muszę  się wybrać na poszukiwanie nut melodii Chattanoga Choo Choo, żeby  mi starszy zagrał od  czasu do czasu na pianinie.

Miłej reszty tygodnia dla Was!


niedziela, 4 lutego 2024

Trochę historii......

                     ........nie za bardzo odległej, bo  sprzed 86 lat.

17 października 1918 roku z portu w Tulonie wypłynęła w swój rejs łódź podwodna i na pewno nie  była ona żółta, jak ta  z piosenki


Została ochrzczona  imieniem Floreal. Jej zadaniem było wzmocnienie alianckiej floty w okolicach Archipelagu  Egejskiego.  Floreal miała  patrolować wody u  wybrzeży Grecji a w  razie potrzeby atakować i niszczyć nieprzyjacielskie okręty torpedami.

Niestety wkrótce po wypłynięciu  łódź miała bardzo bliskie  i mało serdeczne spotkanie  z dryfującą miną morską i została poważnie uszkodzona i.......zatonęła w ciągu kilku minut a większość  załogi  jej  w tym towarzyszyła.  Ocalało zaledwie kilku marynarzy i jej kapitan. Tak  zupełnie  prywatnie - zawsze słyszałam, że kapitan w razie tonięcia  statku opuszcza go ostatni, a ten  akurat ocalał. Jak widać- bywa i tak.

Przez  wiele lat nikt nie  wiedział dokładnie co  się  wydarzyło i  zupełnie niedawno, w trakcie podmorskich  badań dna morza w okolicy wyspy Kos, odnaleziono wrak tej łodzi. No i nareszcie mają co robić podwodni historycy, bowiem jest  to jeden z nielicznych zachowanych okrętów podwodnych z czasów I wojny światowej.  Jak na razie to znaleziono  broń, elementy  wyposażenia okrętu a nawet osobiste przedmioty członków  załogi.

A zapewne  dokładne badania  wraku pozwolą na analizę wszystkich czynników, które  doprowadziły do tej tragedii.

A żeby Wam przybliżyć nieatrakcyjność pływania okrętem podwodnym skopiowałam  zdjęcie  ORP z 1985 roku:



A na dodatek filmik. Zwłaszcza  dla  tych, którzy marzą o rejsie takim okrętem.

U mnie za oknem ponuro, rano "deszczyło", teraz teoretycznie jest +8 stopni, niestety wieje, na wieczór jest przewidywany deszcz a odczuwalna temperatura to tylko +5 stopni pana Celsjusza. Gorzej, bo cały następny tydzień ma  być z opadami i wiatrami.



środa, 31 stycznia 2024

***

 Coraz  częściej dochodzę  do odkrywczego  wniosku, że stanowczo już  zbyt długo żyję. Po prostu gdy się długo żyje to co jakiś  czas jest się dość biernym świadkiem różnych przemian w życiu codziennym. Trzeba oddać  sprawiedliwość  światu, że nie  zawsze są to złe przemiany, ale jak mawiają niektórzy, "lepiej jest  często wrogiem  dobrego".

Pisaliście   kiedyś testament? Taki najprostszy, typu co komu ma przypaść z waszej własności  - dzieciom, wnukom, komuś z rodziny lub komuś, czyjej obecności w  waszym życiu nikt  się nie  spodziewał? 

Przed wyjazdem z Polski oboje z mężem odwiedziliśmy  Biuro Notarialne i sporządziliśmy dwa testamenty. Dzięki temu gdy mój mąż odszedł w Niebyt nie było żadnych problemów, stawiłyśmy się z córką na tzw. "otwarcie" testamentu, wszystko było jasne i klarowne,  zero problemów - no może tylko "złapanie terminu" w najbliższym polskim Biurze Notarialnym było  "średnio proste"- za to odległość od  naszego miejsca  pobytu całkiem strawna, czyli  106 km i dojazd też niezły.

Ale  świat z przeróżnymi nowymi technologiami idzie  do przodu i kto wie, czy za niedługi  czas w testamencie  nie będzie również wymagana  klauzula czy - życzymy sobie by nasi spadkobiercy "cyfrowo nas po śmierci sklonowali." Omal się nie  zadławiłam  poranną kawą gdy to przeczytałam - bo gdy nie  wiesz  czy się śmiać czy płakać to się krztusisz .

Nie  dość, że różne religie straszą nas jakimiś karami, piekłami, czyśćcami po śmierci to teraz jeszcze  może dojść owo pośmiertne sklonowanie i zapewne jest to bardziej  realne niż owo niebo, piekło i pozostałe możliwości.

Doktor Masaki Iwasaki z Seulskiego Uniwersytetu Narodowego przeprowadził ankietę wśród 222 dorosłych  Amerykanów na temat akceptacji cyfrowego klonowania osoby  zmarłej -  97% respondentów było przeciwnych dokonaniu takiego "wskrzeszenia" bez  zgody osoby  zmarłej, a 57% zaakceptowało     taki projekt jeśli zmarły przed śmiercią wyraził na to  zgodę. 

W szerszych badaniach około 59% badanych wykluczyło taką możliwość po śmierci,  a 40% uważało proces takiego cyfrowego klonowania za nie do zaakceptowania nawet wtedy, gdy zmarły przed śmiercią wyraził zgodę na cyfrowe klonowanie.

I być może w niedługim  czasie będziemy w  swoich testamentach umieszczać zapis dotyczący tego czy życzymy  sobie czy też nie by nas po śmierci sklonowano cyfrowo.

A co Wy o tym cyfrowym klonowaniu myślicie? 

Miłego nowego tygodnia Wszystkim!!!!!


I trochę "staroci"  muzycznych bo bardzo lubię głos Engelberta. Bo on  śpiewa a nie  wydziera  się ostatkiem  sił.


piątek, 26 stycznia 2024

Piątek.......

                             ..........więc  czas na post.

Tak trochę  wspominkowo a trochę  aktualnie.


7 lutego idziemy na koncert  Orkiestry  Glenna  Millera. Koncert będzie  w Friedrechstadt  Palast, który nadal po Zjednoczeniu Funkcjonuje, a wygląda tak:


Dla mnie muzyka tego  Zespołu to seria wspomnień z dzieciństwa, gdy jeszcze nie chodziłam do szkoły,   a  starszy ode mnie o kilkanaście lat kuzyn włączał winyle z nagraniami tej właśnie orkiestry  i uczył mnie tańczyć. Z czasem już miałam własne "winyle" z nagraniami tego Zespołu.

W 1938 roku muzyk, puzonista,  Glenn Miller stworzył big band, z którym odniósł duży sukces i udało im  się rozpropagować muzykę  jazzową w Europie. Zespół brał udział w dwóch filmach "Serenada w Dolinie Słońca ( Sun Valley Serenade) i "Żony Orkiestry" ( Orchestra Wives).

W 1942 roku Glenn Miller wstąpił  do wojska i został liderem Reprezentacyjnej Orkiestry Sił Powietrznych USA i wraz  z wojskiem przybył do Anglii, był w stopniu kapitana. Oprócz  big bandu  prowadził również dużą orkiestrę dętą i  smyczkową, występował i nagrywał ze swoimi  zespołami audycje  dla amerykańskich żołnierzy i całej okupowanej wtedy Europy.

15 grudnia 1944 roku wyleciał małym, jednosilnikowym samolotem do Francji. Zgodnie z  zaleceniem leciał na dość niskim pułapie z uwagi na bombowce alianckie B-17 powracające  z Francji. Niestety  Glenn Miller nigdy nie  doleciał do Francji. 

Dwie załogi z tych bombowców  zameldowały o awarii drzwi komory bombowej w  swych  samolotach i z uwagi na bezpieczeństwo lotu dostały polecenie zrzucenia bomb  do kanału La Manche.  Jest wielce prawdopodobne, że któraś z tych bomb  trafiła mały samolocik Glenna Millera.

W 1983  roku, brat muzyka, Herb Miller ogłosił, że jego brat wcale nie  zginął nad Kanałem La Manche, lecz następnego dnia po przylocie do Francji zmarł w  szpitalu na raka płuc, a historię  o wypadku on sam wymyślił bowiem wiedział, że Glenn chciał umrzeć jako bohater.  Ale jak na dziś ta wersja   śmierci Glenna Millera, który gdy zginął miał tylko 40 lat, przez nikogo z badaczy losu Glenna nie  została potwierdzona.

Jak było tak  było,  ale to właśnie muzyka Glenna Millera ukształtowała mój pociąg do swingu i "lekkiego jazzu" i  jestem zachwycona faktem, że posłucham wkrótce  mojej ulubionej muzyki na żywo.

A pogoda w Berlinie z gatunku pod  zdechłym Azorkiem, wieje i  pada  i jest szaro i ponuro. Ale pomimo tych niedogodności życzę Wam Wszystkim  miłego weekendu!!!


poniedziałek, 22 stycznia 2024

Jeszcze o północy.........

 .........to białe paskudztwo leżało bezczelnie na  dachach i chodnikach, a dziś.......lał  deszcz i  na termometrze  za oknem  jest  +7  stopni. Aż  się  uszczypnęłam, by sprawdzić  czy aby nie  śnię.  Jeszcze tak wariackiej pogody w  styczniu nie  widziałam.

A kilka dni wcześniej,  a tak dokładnie to  18 stycznia zrobiłam  stojąc na balkonie to zdjęcie:


Gdy je powiększycie to zobaczycie połóweczkę Księżyca  a nieco niżej, w lewo od niego jest jakaś gwiazdka. "Obfociłam", bo przypomniała  mi  się  nasza podróż  z mężem z Burgas do Stambułu tureckim rejsowym autobusem. Tyle  tylko, że wtedy to było lato, było to z 50 lat temu a Księżyc był wtedy w innej fazie i przypominał rogalik. No cóż, czas mija ale  wspomnienia  pozostają. I w ramach tych  wspomnień u  mnie króluje  muzyka  z lat 60 - 70 ubiegłego  wieku.

To była nieco wariacka podróż - autobus i jego  kierowca byli rodem z Turcji i "kabina kierowcy" przywodziła mi na myśl polskie przydrożne ołtarze ozdabiane z przepychem i różnorodnością kształtów i kolorów. Oczy  mi nieco wychodziły z orbit ze  zdumienia, że kierowca jest w stanie prowadzić autobus gdy na przedniej szybie tańczą kolorowe filcowe kulki zawieszone na filcowych cienkich warkoczykach, a nad nimi  wisi bardzo kolorowa, nieco powiewająca  falbanka. A do tego pan kierowca miał ułańską fantazję i jechał bardzo, bardzo szybko. Autobus poza tym nie grzeszył nowością, bagaże pasażerów były umieszczone  na  dachu i niezbyt starannie tam umocowane i na jednym z  zakrętów któraś z walizek zleciała  z dachu. Szczęśliwie ktoś z pasażerów to zauważył, podniósł się raban, pan kierowca zahamował na środku szosy i wysłał swego pomagiera po ową nieszczęsną walizkę.

Wieczorem przekroczyliśmy turecko- bułgarską granicę. Było ciemno, szalenie pusto. Staliśmy tam bardzo  długo siedząc  w autobusie, bowiem funkcjonariusze obu służb granicznych oglądali w telewizorku jakiś  arcy ważny dla nich mecz piłki kopanej a pasażerów autobusu mieli tam, gdzie plecy kończą  swą szlachetną, prostą linię. Pan kierowca oczywiście  dostąpił  zaszczytu obejrzenia kawałka owego ważnego  meczu, a pasażerowie dogorywali w  zamkniętym autobusie. Po meczu do autobusu weszło dwóch tureckich "pograniczników", rzucili od  niechcenia okiem w wyciągnięte ku nim paszporty i się wynieśli i ruszyliśmy w  dalszą  drogę.

Około północy zjechaliśmy do malutkiego miasteczka, w którym był postój około 20 minutowy. Postanowiłyśmy wraz  z koleżanką  skorzystać  z toalety, ale nigdzie nie mogłyśmy jej znaleźć, więc zapytałyśmy się stojącego w pobliżu policjanta, gdzie tu jest toaleta.  Facet wziął każdą  z nas pod  rękę i powiedział, że nas zaprowadzi. I zaprowadził do budynku, którego hol był wyłożony płytami marmurowymi, schody również i te  prowadzące w  górę i te, które prowadziły w dół. Podszedł do ściany, zapalił światło i powiedział bardzo łamaną  angielszczyzną, że do toalety należy zejść w dół. Na  wszelki wypadek jeszcze nam palcem  wskazał kierunek. Schodziłyśmy dość głęboko w dół podziwiając owe marmury. Gdy otworzyłyśmy drzwi na  dole omal nie uciekłyśmy - marmurów już tam nie było, tylko kilka  kabin bez drzwi i z tradycyjnymi dziurami w podłodze, nad którymi się po prostu kucało i to w jakimś  szaleńczym rozkroku. Umywalek  nie było. Nie mogę napisać otwartym tekstem co każda z nas powiedziała, bo chyba by mi blog  skasowała wszechobecna AI. 

Gdy wyszłyśmy na zewnątrz nasz turecki anioł stróż spytał, czy może nam przynieść kawę (zapewne po to byśmy nie  wyschły w środku) ale my stwierdziłyśmy, że może lepiej nie, bo do Stambułu jest jeszcze kawał drogi. A mój  drogi  mąż  siedział w letniej kawiarence i żłopał kawę. I od tamtego  małego miasteczka, aż do samego Stambułu świecił nam rogalik księżyca i lśniąca obok niego gwiazdka- żywa ilustracja pewnej starej piosenki o gwiazdce i Księżycu, których miłość nigdy nie  została spełniona i teraz świecą na  nocnym niebie  " na pamiątkę miłości i rozpaczy".

Do Stambułu przyjechaliśmy o 2  w nocy. Na placu, na którym wysiedliśmy jakiś Turek spokojnie handlował arbuzami. Wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do hotelu. Po kilku dniach pobytu wracaliśmy znów do Burgas autobusem rejsowym tureckim, równie  bogato przystrojonym jak ten, który nas wtedy przywiózł.

Tak długo to pisałam  aż  się pogoda poprawiła i.....świeci słońce a wiatr przegania  chmury. 

Miłego nowego tygodnia Wszystkim!!!


I trochę "staroci".