...Kosmici są wśród nas. I to są od dość dawna. Na tyle długo już tu są, że zdołali
przybrać ludzkie kształty.
Dotychczas takie rewelacje puszczałam mimo uszu - teraz zaczynam w to wierzyć.
Bo jak w to nie wierzyć, skoro kler domaga się od władz wykazu polskich szpitali,
w których jest przeprowadzana zgodnie z przepisami aborcja.
Odpowiedzi na pytanie "a po co?" mogę Wam udzielić - żeby pozostali Kosmici
mogli pod tymi szpitalami organizować pikiety. To jasne jak wszystkie Słońca we
Wszechświecie.
Bo tylko Kosmitom się wydaje, że aborcja jest czymś miłym, wielce pożądanym
przez kobiety zabiegiem, niemal równym a może wręcz przewyższającym orgazm
doznaniem.
Bo normalni ludzie wiedzą dobrze, że to zabieg niebezpieczny i niesie za sobą kilka
zagrożeń, więc decyzja o poddaniu się jemu jest smutną koniecznością.
Ale Kosmici o tym nie wiedzą.
Ciekawa tylko jestem czy władze w odpowiedzi zażądają od Kościoła wykazu
parafii i kościołów, w których rezydują księżą- pedofile. Bo że tacy są to rzecz
wiadoma, potwierdzona nawet przez papieża Franciszka I.
Swoją drogą odważny człowiek - w moim odczuciu dużo ryzykuje.
No a rodziny posyłając dzieci do kościoła, np. by służyły do mszy jako ministranci,
powinny wiedzieć, w której z placówek może ich dziecko spotkać wątpliwa frajda
kontaktu z księdzem- pedofilem.
Co za niedopatrzenie ze strony bociana, który mnie zrzucił na ziemię właśnie
w tym kraju!!! Nie mógł tobołka z niemowlakiem upuścić gdzieś bardziej
na południu lub zachodzie Europy?
Miłej niedzieli wszystkim życzę:)
drewniana rzezba
sobota, 26 lipca 2014
czwartek, 24 lipca 2014
Warszawa w wakacje....
....jest cudna. Wiem, część z Was mi napisze, że mam fioła, bo to okres wielu prac
drogowych i miejscami miasto wciąż wygląda jak po pożarze.
Ale w wakacje Warszawa pustoszeje w widoczny sposób - jest znacznie mniej
samochodów, nareszcie mogę bez trudu przewidzieć ile czasu będę jechała do
sąsiedniej dzielnicy bo nie ma korków!!!. Chwilami mam wrażenie, że jadę w złym
kierunku, takie pustki na jezdni!
Dziś pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu po recepty na leki, które niestety
muszę brać do końca swych dni.
Wpadam do przychodni, pewna, że odsiedzę z godzinę pod gabinetem, a tu...ani
pół pacjenta. Panie recepcjonistki ogryzają paznokietki i coś szepczą - mówię
więc co mnie przygnało , a one twierdzą, że pan doktor już czeka na mnie.
Sprawę załatwiłam w dziesięć minut, łącznie ze zmierzeniem ciśnienia i poziomu
saturacji. Bo mój pan doktor to taki bardzo dbały o pacjentów człowiek.
Potem w aptece też nie było zupełnie chętnych do kupowania leków - no normalnie
luksus.
Korzystając z takich udogodnień wybiorę się jutro by wyrobić sobie nowy dowód
osobisty, bo już w lutym mi dotychczasowy expirował.
Zrobienie zdjęcia też zajęło mi w sumie 5 minut. I nawet jestem w stanie się na nim
rozpoznać. Bo na tym w paszporcie to naprawdę nie wiem kto jest:))
Aż zaczynam żałować, że na trochę opuszczę Warszawę i wyjadę do dzieci.
I tak zachwycam się tymi pustkami w Warszawie i bardzo się cieszę, że nie jestem
gdzieś nad morzem.
Pociesza mnie tylko fakt, że w Berlinie też nieco mniej ludzi niż poza wakacjami.
drogowych i miejscami miasto wciąż wygląda jak po pożarze.
Ale w wakacje Warszawa pustoszeje w widoczny sposób - jest znacznie mniej
samochodów, nareszcie mogę bez trudu przewidzieć ile czasu będę jechała do
sąsiedniej dzielnicy bo nie ma korków!!!. Chwilami mam wrażenie, że jadę w złym
kierunku, takie pustki na jezdni!
Dziś pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu po recepty na leki, które niestety
muszę brać do końca swych dni.
Wpadam do przychodni, pewna, że odsiedzę z godzinę pod gabinetem, a tu...ani
pół pacjenta. Panie recepcjonistki ogryzają paznokietki i coś szepczą - mówię
więc co mnie przygnało , a one twierdzą, że pan doktor już czeka na mnie.
Sprawę załatwiłam w dziesięć minut, łącznie ze zmierzeniem ciśnienia i poziomu
saturacji. Bo mój pan doktor to taki bardzo dbały o pacjentów człowiek.
Potem w aptece też nie było zupełnie chętnych do kupowania leków - no normalnie
luksus.
Korzystając z takich udogodnień wybiorę się jutro by wyrobić sobie nowy dowód
osobisty, bo już w lutym mi dotychczasowy expirował.
Zrobienie zdjęcia też zajęło mi w sumie 5 minut. I nawet jestem w stanie się na nim
rozpoznać. Bo na tym w paszporcie to naprawdę nie wiem kto jest:))
Aż zaczynam żałować, że na trochę opuszczę Warszawę i wyjadę do dzieci.
I tak zachwycam się tymi pustkami w Warszawie i bardzo się cieszę, że nie jestem
gdzieś nad morzem.
Pociesza mnie tylko fakt, że w Berlinie też nieco mniej ludzi niż poza wakacjami.
środa, 23 lipca 2014
Nie wiem- optymizm to czy trzezwość oceny
Jakiś czas temu poznałam w naszym osiedlowym sklepie starszą panią, która
mieszka w tym samym bloku co ja, ale kilka klatek dalej.
Prawdopodobnie gdyby się jej zakupy nie rozsypały wprost pod moje nogi nie
zaczęłybyśmy rozmawiać - mało kontaktowa jestem po prostu.
Pani Hania przyznaje się do faktu, że już ukończyła dość dawno 80 wiosen.
Widać po niej, że musiała być w młodości naprawdę śliczną dziewczyną.
Ponieważ nasz osiedlowy sklep jest zaledwie kilka kroków od naszego bloku,
nic dziwnego, że dość często się spotykałyśmy - ja mam do przejścia aż 100
metrów, pani Hania zaledwie 60.
Ponieważ zawsze chodzę do sklepu z moim "mercedesem" czyli wózkiem na
zakupy, ilekroć spotkałyśmy się na zakupach, ładowałam zakupy pani Hani na
wierzch swego wózka i podwoziłam je pod jej klatkę.
Pani Hania wyraznie łaknęła czyjegoś towarzystwa i sądziłam , że jest osobą
samotną. Poza tym cały czas narzekała na ból w stawie biodrowym.
Pewnego bardzo upalnego dnia , zauważyłam,że pani Hania ma na ręce
wytatuowany numer- cyferki były nadal bardzo widoczne i było ich sporo.
Chyba zbyt wyraznie się im przyjrzałam, bo pani Hania powiedziała:
"tak dziecinko, byłam w obozie i to w Ravensbruk. Ale byłam wtedy jeszcze
bardzo młoda i całkiem ładna. A poza tym znałam perfekt niemiecki i francuski,
umiałam grać na fortepianie i miałam chyba dobry głos, bo ukończyłam szkołę
muzyczną w klasie śpiewu. Czasem uroda może kobietę uratować, choć niestety
częściej z urody wynikają kłopoty niż pożytek. Zostałam służącą-opiekunką
starej matki jednego z wyższych rangą oficerów. Wiesz, to nie było miłe,
starzy ludzie są obrzydliwi i najczęściej niemili. Ale przynajmniej przeżyłam, to
też się przecież liczy."
Przez jakiś czas po tej rozmowie nie spotykałam pani Hani.
Gdy ją znów spotkałam byłam zszokowana- z pani Hani została co najwyżej
połowa - był straszliwie wychudzona i posługiwała się dwiema kulami.
Towarzyszyła jej młoda dziewczyna, którą pani Hania przedstawiła jako swą
opiekunkę z PCK. Pani Hania mrugnęła do mnie i powiedziała: "jest dobrze,
choć bez muzyki i śpiewu. A pobyt w szpitalu jest naprawdę świetną kuracją
odchudzającą, zwłaszcza gdy do tego dodasz infekcję jelitową".
Pani Hania pomału wracała do sprawności, bo jednak wiek robił swoje.
Gdy ją spotkałam ostatnim razem, uśmiechnęła się , pogłaskała mnie po ręce
i powiedziała: "wiesz dziecinko, jest dobrze- moja mądra synowa rzuciła wreszcie
mego syna, miała rację, to drań. Biodro nadal mnie boli i trzeba drugi raz
operować. Tylko nie bardzo mam już z czego chudnąć. Ale cieszę się, że idę
znów do szpitala, nie będę z tym ponurakiem siedzieć w domu , to po nim
syn jest taki nie do wytrzymania. Żadna z nim nie wytrzymała. A jak dobrze
pójdzie to już z tego szpitala nie wrócę . Więc jest dobrze. A ty dziecinko,
dbaj o siebie i nie ubieraj się na ciemno."
Pani Hani już nie spotkałam więcej. Ale nie widziałam też klepsydry, więc może
po szpitalu znalazła się w jakiejś specjalistycznej placówce?
Smutno mi, nikt już do mnie nie mówi "dziecinko".
mieszka w tym samym bloku co ja, ale kilka klatek dalej.
Prawdopodobnie gdyby się jej zakupy nie rozsypały wprost pod moje nogi nie
zaczęłybyśmy rozmawiać - mało kontaktowa jestem po prostu.
Pani Hania przyznaje się do faktu, że już ukończyła dość dawno 80 wiosen.
Widać po niej, że musiała być w młodości naprawdę śliczną dziewczyną.
Ponieważ nasz osiedlowy sklep jest zaledwie kilka kroków od naszego bloku,
nic dziwnego, że dość często się spotykałyśmy - ja mam do przejścia aż 100
metrów, pani Hania zaledwie 60.
Ponieważ zawsze chodzę do sklepu z moim "mercedesem" czyli wózkiem na
zakupy, ilekroć spotkałyśmy się na zakupach, ładowałam zakupy pani Hani na
wierzch swego wózka i podwoziłam je pod jej klatkę.
Pani Hania wyraznie łaknęła czyjegoś towarzystwa i sądziłam , że jest osobą
samotną. Poza tym cały czas narzekała na ból w stawie biodrowym.
Pewnego bardzo upalnego dnia , zauważyłam,że pani Hania ma na ręce
wytatuowany numer- cyferki były nadal bardzo widoczne i było ich sporo.
Chyba zbyt wyraznie się im przyjrzałam, bo pani Hania powiedziała:
"tak dziecinko, byłam w obozie i to w Ravensbruk. Ale byłam wtedy jeszcze
bardzo młoda i całkiem ładna. A poza tym znałam perfekt niemiecki i francuski,
umiałam grać na fortepianie i miałam chyba dobry głos, bo ukończyłam szkołę
muzyczną w klasie śpiewu. Czasem uroda może kobietę uratować, choć niestety
częściej z urody wynikają kłopoty niż pożytek. Zostałam służącą-opiekunką
starej matki jednego z wyższych rangą oficerów. Wiesz, to nie było miłe,
starzy ludzie są obrzydliwi i najczęściej niemili. Ale przynajmniej przeżyłam, to
też się przecież liczy."
Przez jakiś czas po tej rozmowie nie spotykałam pani Hani.
Gdy ją znów spotkałam byłam zszokowana- z pani Hani została co najwyżej
połowa - był straszliwie wychudzona i posługiwała się dwiema kulami.
Towarzyszyła jej młoda dziewczyna, którą pani Hania przedstawiła jako swą
opiekunkę z PCK. Pani Hania mrugnęła do mnie i powiedziała: "jest dobrze,
choć bez muzyki i śpiewu. A pobyt w szpitalu jest naprawdę świetną kuracją
odchudzającą, zwłaszcza gdy do tego dodasz infekcję jelitową".
Pani Hania pomału wracała do sprawności, bo jednak wiek robił swoje.
Gdy ją spotkałam ostatnim razem, uśmiechnęła się , pogłaskała mnie po ręce
i powiedziała: "wiesz dziecinko, jest dobrze- moja mądra synowa rzuciła wreszcie
mego syna, miała rację, to drań. Biodro nadal mnie boli i trzeba drugi raz
operować. Tylko nie bardzo mam już z czego chudnąć. Ale cieszę się, że idę
znów do szpitala, nie będę z tym ponurakiem siedzieć w domu , to po nim
syn jest taki nie do wytrzymania. Żadna z nim nie wytrzymała. A jak dobrze
pójdzie to już z tego szpitala nie wrócę . Więc jest dobrze. A ty dziecinko,
dbaj o siebie i nie ubieraj się na ciemno."
Pani Hani już nie spotkałam więcej. Ale nie widziałam też klepsydry, więc może
po szpitalu znalazła się w jakiejś specjalistycznej placówce?
Smutno mi, nikt już do mnie nie mówi "dziecinko".
wtorek, 22 lipca 2014
Mix
Teoretycznie dobrze mieć tuż obok domu wiele drzew. O tak, jak u mnie.
Tłumią hałas od pobliskiej przelotowej arterii komunikacyjnej, chronią przed
nadmiernym słońcem i kurzem. To duże drzewa, mają co najmniej po 40 lat.
Ale w tym roku nie jestem szczęśliwa z ich sąsiedztwa , bo bardzo się one
spodobały srokom. Dzień w dzień, skoro świt, sroki zaczynają wrzeszczeć.
Niestety, choć mają tyle samo mięśni w gardle co ptaki śpiewające jak np.
słowiki, to zupełnie nie potrafią ich wykorzystywać. Obrzydliwie skrzeczą
a do tego na cały regulator. Pierwsze wrzaski rozlegają się gdy jest jeszcze szaro.
Potem na godzinę lub nieco dłużej łaskawie milkną i znów rozlegają się ich
wrzaski.
W tym roku chyba dość pózno odbyły lęgi, bo dopiero niedawno wyprowadziły
młode z gniazda.
Młode już potrafią nieco latać, ale jeszcze nie potrafią same znalezć dla siebie
pokarmu.
Codziennie obserwuję jak dorosłe "tresują" młode. To metoda wychowania przez
nagrody. Młode siedzi na trawie pod drzewem i drze dziób dopominając się
pokarmu. Rodzic odlatuje poza ogrodzenie trawnika, coś znajduje do jedzenia i
siada na szczycie ogrodzenia, nawołując młode. Młode zadziera łepek do góry,
niezdarnie rozkłada skrzydła i płaczliwie skrzeczy. Ale rodzic jest twardy - czeka
na swe dziecię na ogrodzeniu. W końcu małe się mobilizuje i bez problemu
dolatuje do rodzica. W nagrodę jakiś kąsek ląduje w dziobie malca. Obserwując
sroki myślę, że wielu ludzkich rodziców powinno się uczyć od ptaków konsekwencji w
wychowaniu potomstwa.
Przez sroki i cudze koty mam na loggii zainstalowaną wolierową siatkę.
Gdy stróż loggii, mój pies, odszedł na wieczne łowy, "parterowe" koty z miejsca
odnotowały ten fakt w swoich móżdżkach i zaczęły się meldować na mojej loggii-
wreszcie mogły się dorwać do fotela i sztucznej trawki i nawet bezczelnie zajrzeć
przez otwarte okno do pokoju.
A sroki codziennie rano robiły dokładną inspekcję na loggii sprawdzając dość
dokładnie zawartość skrzynek balkonowych i doniczek.
Po zainstalowaniu siatki skończyły się kocie i srocze wizyty.
Wizytują mnie tylko od pazdziernika do wiosny sikorki, bo mam na zewnątrz
zainstalowany dla nich karmnik, który przezornie usuwam na okres lata.
Kolejnym mankamentem tych wielkich drzew jest to, że nic już pod nimi nie
rośnie - drzewa skutecznie wysysają z podłoża wszelkie składniki pokarmowe i
wilgoć.
No tak - upał jest a ja muszę się wywlec z domu.
nadmiernym słońcem i kurzem. To duże drzewa, mają co najmniej po 40 lat.
Ale w tym roku nie jestem szczęśliwa z ich sąsiedztwa , bo bardzo się one
spodobały srokom. Dzień w dzień, skoro świt, sroki zaczynają wrzeszczeć.
Niestety, choć mają tyle samo mięśni w gardle co ptaki śpiewające jak np.
słowiki, to zupełnie nie potrafią ich wykorzystywać. Obrzydliwie skrzeczą
a do tego na cały regulator. Pierwsze wrzaski rozlegają się gdy jest jeszcze szaro.
Potem na godzinę lub nieco dłużej łaskawie milkną i znów rozlegają się ich
wrzaski.
W tym roku chyba dość pózno odbyły lęgi, bo dopiero niedawno wyprowadziły
młode z gniazda.
Młode już potrafią nieco latać, ale jeszcze nie potrafią same znalezć dla siebie
pokarmu.
Codziennie obserwuję jak dorosłe "tresują" młode. To metoda wychowania przez
nagrody. Młode siedzi na trawie pod drzewem i drze dziób dopominając się
pokarmu. Rodzic odlatuje poza ogrodzenie trawnika, coś znajduje do jedzenia i
siada na szczycie ogrodzenia, nawołując młode. Młode zadziera łepek do góry,
niezdarnie rozkłada skrzydła i płaczliwie skrzeczy. Ale rodzic jest twardy - czeka
na swe dziecię na ogrodzeniu. W końcu małe się mobilizuje i bez problemu
dolatuje do rodzica. W nagrodę jakiś kąsek ląduje w dziobie malca. Obserwując
sroki myślę, że wielu ludzkich rodziców powinno się uczyć od ptaków konsekwencji w
wychowaniu potomstwa.
Przez sroki i cudze koty mam na loggii zainstalowaną wolierową siatkę.
Gdy stróż loggii, mój pies, odszedł na wieczne łowy, "parterowe" koty z miejsca
odnotowały ten fakt w swoich móżdżkach i zaczęły się meldować na mojej loggii-
wreszcie mogły się dorwać do fotela i sztucznej trawki i nawet bezczelnie zajrzeć
przez otwarte okno do pokoju.
A sroki codziennie rano robiły dokładną inspekcję na loggii sprawdzając dość
dokładnie zawartość skrzynek balkonowych i doniczek.
Po zainstalowaniu siatki skończyły się kocie i srocze wizyty.
Wizytują mnie tylko od pazdziernika do wiosny sikorki, bo mam na zewnątrz
zainstalowany dla nich karmnik, który przezornie usuwam na okres lata.
Kolejnym mankamentem tych wielkich drzew jest to, że nic już pod nimi nie
rośnie - drzewa skutecznie wysysają z podłoża wszelkie składniki pokarmowe i
wilgoć.
No tak - upał jest a ja muszę się wywlec z domu.
sobota, 19 lipca 2014
Czasami.....
....mnie zatyka. Dziwne, bo z natury "wyszczekana" jestem.
Ale gdy moja bardzo bliska koleżanka przynosi mi kolejną nowiutką bluzkę, jeszcze
z metką i nadaje tekst, że kupiła "bo to taka ładna bluzka a jest dla niej zbyt mała",
więc dla mnie będzie na pewno dobra, to mnie zatyka.
Na domiar złego nie chce wziąć za nią pieniędzy. Czasami mam szczęście, bo bluzka
dla mnie też jest rozmiarowo nie trafiona - dla niej za mała, dla mnie za duża.
Wiem, że Ona zakupami "zabija" stres i może to lepszy sposób niż zajadanie stresu
słodyczami, ale stałam się w ten sposób w pewien sposób ofiarą jej stresów.
Już kilka razy tłumaczyłam jak komu mądremu, że ta sytuacja mnie krępuje, że już
mam za dużo bluzek, ale następnego dnia po mojej przemowie przynosi kolejną.
Może ktoś zna sposób jak to rozwiązać?
*****
Jestem zmęczona upałami, jak chyba większość. Wczoraj postanowiłam, że wyjdę
z domu dopiero wieczorem, po zachodzie słońca. I.....nie wyszłam, co chwilę padało.
*****
Choć tego nie widać, nie porzuciłam koralików. Wymyśliłam nowy naszyjnik, nawet
go ochrzciłam "Fale Dunaju", wyszyłam i utknęłam - nie bardzo wiem z czego
zrobić "nośnik". Jak się zdecyduję co wybrać- dokończę i wrzucę fotkę.
Na razie waham się pomiędzy drobnymi kamykami, aksamitką lub szyfonową
wstążką.
Poza tym mam dość tego ciepełka- przecież gdyby było wszystkiego 20 stopni w cieniu
to byłoby znacznie łatwiej żyć.
Miłej niedzieli wszystkim życzę, choć ma być ponoć 32 stopieńki w cieniu.
Ale gdy moja bardzo bliska koleżanka przynosi mi kolejną nowiutką bluzkę, jeszcze
z metką i nadaje tekst, że kupiła "bo to taka ładna bluzka a jest dla niej zbyt mała",
więc dla mnie będzie na pewno dobra, to mnie zatyka.
Na domiar złego nie chce wziąć za nią pieniędzy. Czasami mam szczęście, bo bluzka
dla mnie też jest rozmiarowo nie trafiona - dla niej za mała, dla mnie za duża.
Wiem, że Ona zakupami "zabija" stres i może to lepszy sposób niż zajadanie stresu
słodyczami, ale stałam się w ten sposób w pewien sposób ofiarą jej stresów.
Już kilka razy tłumaczyłam jak komu mądremu, że ta sytuacja mnie krępuje, że już
mam za dużo bluzek, ale następnego dnia po mojej przemowie przynosi kolejną.
Może ktoś zna sposób jak to rozwiązać?
*****
Jestem zmęczona upałami, jak chyba większość. Wczoraj postanowiłam, że wyjdę
z domu dopiero wieczorem, po zachodzie słońca. I.....nie wyszłam, co chwilę padało.
*****
Choć tego nie widać, nie porzuciłam koralików. Wymyśliłam nowy naszyjnik, nawet
go ochrzciłam "Fale Dunaju", wyszyłam i utknęłam - nie bardzo wiem z czego
zrobić "nośnik". Jak się zdecyduję co wybrać- dokończę i wrzucę fotkę.
Na razie waham się pomiędzy drobnymi kamykami, aksamitką lub szyfonową
wstążką.
Poza tym mam dość tego ciepełka- przecież gdyby było wszystkiego 20 stopni w cieniu
to byłoby znacznie łatwiej żyć.
Miłej niedzieli wszystkim życzę, choć ma być ponoć 32 stopieńki w cieniu.
czwartek, 17 lipca 2014
Mix konsumpcyjny
"Odkryłam" dziś słodkie ziemniaki. Nie znaczy to, że pierwszy raz mi wpadły w oko.
Widywałam je i wcześniej, ale omijałam z daleka. Ale dziś "coś mnie napadło" i
kupiłam aż dwie sztuki, czyli kilogram.
Mąż patrzył się na mnie i na mój zakup z wyrazną dezaprobatą. Bo co powiedzieć
o kobiecie, która nagle kupuje dwie sztuki niekształtnych, dużych bulw w dziwnym
kolorze - ni to ziemniaka ni to marchwi.
Obrać się to dało bez problemu obieraczką do kartofli, a ponieważ się spieszyłam,
postanowiłam pokroić bulwę na mniejsze kawałki przed gotowaniem.
Krojenie go było istną korridą - żałowałam, że się pozbyłam tasaka.
Ugotowało się szybko, w lekko osolonej wodzie, po ugotowaniu miało kolor lekko
wyblakłej marchwi. Było mięciutkie, wystarczyło podziabać widelcem na talerzu by
uzyskać pure.
Dodałam do tego masełko ziołowe i tym sposobem miałam bezglutenowy obiad.
Smak - mnie odpowiadał, choć nieco przypomina gotowaną marchewkę.
Jutro zrobię sobie frytki.
Przy okazji napiszę kilka słów o tym dziwnym słodkim ziemniaku który nosi też
nazwę patat i batat.
Ojczyzną jego jest Ameryka Południowa i Środkowa. Uprawiali go Inkowie i Majowie.
Do Europy przywiezli go hiszpańscy konkwistadorzy.
Ma znacznie więcej substancji odżywczych niż zwykły ziemniak- 100 g patata pokrywa
dobowe zapotrzebowanie człowieka na beta-karoten. Ponadto zawiera wit.C, wit.B6,
błonnik, żelazo, potas, mangan, miedz i kwas chlorogenowy.
Posiada enzymy redukujące skrobię niemal do zera. Zapobiega nowotworom jelita
cienkiego i okrężnicy, wskazany jest przy astmie i osteoporozie.
Przechowywać należy w ciemnym miejscu, nie w lodówce. Ale ugotowany w skórce
patat można z powodzeniem zamrozić. I to dla mnie dobra wiadomość.
Najlepiej jest gotować go w całości w skórce (uprzednio dokładnie wyszorowanej),
w lekko osolonej wodzie. Po ugotowaniu skórka bez trudu odchodzi.
Piecze się ze skórką w całości lub w dużych cząstkach, w temp. 220 stopni.
Podawać można na słodko lub ostro, wg własnego upodobania.
Widywałam je i wcześniej, ale omijałam z daleka. Ale dziś "coś mnie napadło" i
kupiłam aż dwie sztuki, czyli kilogram.
Mąż patrzył się na mnie i na mój zakup z wyrazną dezaprobatą. Bo co powiedzieć
o kobiecie, która nagle kupuje dwie sztuki niekształtnych, dużych bulw w dziwnym
kolorze - ni to ziemniaka ni to marchwi.
Obrać się to dało bez problemu obieraczką do kartofli, a ponieważ się spieszyłam,
postanowiłam pokroić bulwę na mniejsze kawałki przed gotowaniem.
Krojenie go było istną korridą - żałowałam, że się pozbyłam tasaka.
Ugotowało się szybko, w lekko osolonej wodzie, po ugotowaniu miało kolor lekko
wyblakłej marchwi. Było mięciutkie, wystarczyło podziabać widelcem na talerzu by
uzyskać pure.
Dodałam do tego masełko ziołowe i tym sposobem miałam bezglutenowy obiad.
Smak - mnie odpowiadał, choć nieco przypomina gotowaną marchewkę.
Jutro zrobię sobie frytki.
Przy okazji napiszę kilka słów o tym dziwnym słodkim ziemniaku który nosi też
nazwę patat i batat.
Ojczyzną jego jest Ameryka Południowa i Środkowa. Uprawiali go Inkowie i Majowie.
Do Europy przywiezli go hiszpańscy konkwistadorzy.
Ma znacznie więcej substancji odżywczych niż zwykły ziemniak- 100 g patata pokrywa
dobowe zapotrzebowanie człowieka na beta-karoten. Ponadto zawiera wit.C, wit.B6,
błonnik, żelazo, potas, mangan, miedz i kwas chlorogenowy.
Posiada enzymy redukujące skrobię niemal do zera. Zapobiega nowotworom jelita
cienkiego i okrężnicy, wskazany jest przy astmie i osteoporozie.
Przechowywać należy w ciemnym miejscu, nie w lodówce. Ale ugotowany w skórce
patat można z powodzeniem zamrozić. I to dla mnie dobra wiadomość.
Najlepiej jest gotować go w całości w skórce (uprzednio dokładnie wyszorowanej),
w lekko osolonej wodzie. Po ugotowaniu skórka bez trudu odchodzi.
Piecze się ze skórką w całości lub w dużych cząstkach, w temp. 220 stopni.
Podawać można na słodko lub ostro, wg własnego upodobania.
środa, 16 lipca 2014
To nie jest post zwiazany z polityką
Rozmawiałam ostatnio z kilkoma osobami, które mieszkają na Ukrainie Zachodniej,
w dawnym okręgu Stanisławowskim. Na szczęście dla nich, to jest tam cisza i spokój,
nic złego się nie dzieje.
Nie odmówiłam sobie przyjemności zadania pytania, jak się teraz żyje w tamtych
stronach, bo przecież kiedyś było tam sporo Polaków.
Jedna z moich rozmówczyń ma w rodzinie babcię-staruszkę, która jest Polką, ale jest
żoną Ukraińca, więc do Polski już nie wróciła.
A jak się żyje? "Ano tak, że nie daj Boże", jak powiedziała jedna z pań.
Przede wszystkim nie ma pracy, a zwłaszcza na prowincji. Z małych miejscowości
mężczyzni jeżdżą do pracy w Rosji - głównie pracują przy zrywce drewna, na Syberii.
BHP nie istnieje, jest bardzo wiele poważnych wypadków, śmiertelnych też.
Niektórym udaje się załapać do pracy w budownictwie w Polsce. Gdy rozpoczął się
konflikt "krymski", niektóre firmy zerwały nagle umowę a ukraińscy pracownicy
zostali pozbawieni prawa wjazdu do Rosji na kilka lat.
Zapewne pamiętacie, że wg pewnego typa z wąsikiem, Ukraina miała wyżywić całą
Europę, bo tam są niezwykle żyzne ziemie. Ale nieuprawiana ziemia, choćby była
niesamowicie żyzna, nieobsiana i nieuprawiana niczego nie urodzi. A ziemi nikt
tam nie uprawia. Większość mieszkańców wsi ma niewielkie kawałki ziemi, ale mało
kto podejmuje wysiłek wyhodowania choćby kartofli dla siebie i ewentualnie na
sprzedaż. Zapytałam się naiwnie, czy w takim razie nikt nie je u nich kartofli - pani
się roześmiała i powiedziała, że owszem jedzą, ale chińskie, bo krajowych nie ma.
Na nią patrzą sąsiedzi z politowaniem, bo ma kilka kur, raz do roku wyhoduje jedną
świnkę no i obsadza kartoflami niewielkie poletko. Ta szurnięta, mówią o niej.
Większość kobiet nigdzie nie pracuje - one siedzą w domu, mężczyzni jeżdżą do Rosji
do pracy, najczęściej na kilka miesięcy. Wracają do domu na miesiąc lub dwa -jeśli
tylko uda im się coś ocalić z zarobionych pieniędzy (ocalić przed żoną) to szybko i
radośnie to przepijają. Piją strasznie a do tego piją różne "wynalazki"- bo są znacznie
tańsze. Oni nawet nie pędzą samogonu, bo za drogo.
Rozwody są częste, bo faceci tłuką swe żony, tłuką dzieci i..przywożą żonom z Syberii
różne choroby weneryczne.
Sporo młodych Ukrainek przyjeżdża do pracy w Polsce- część z nich ma dyplomy
licencjackie uprawniające do podjęcia pracy w charakterze opiekunki osób starych
lub chorych. Opiekują się chorymi, inne sprzątają. Mają dobrą opinię, większość
pracodawczyń zostawia im klucze od mieszkań, gdy chcą by było posprzątane rano,
w czasie gdy one są w pracy.
Niektóre Ukrainki już od wielu lat mieszkają w Polsce.
Na wstąpienie Ukrainy do Unii moje rozmówczynie zapatrują się sceptycznie - twierdzą,
że nie ma szans na wprowadzenie takich zmian, by było u nich chociażby tak jak jest
u nas.
Śmieją się, gdy słyszą, że u nas jest korupcja - korupcja to jest u nich- jeśli nie dasz to
nie zdasz egzaminu licencjackiego, nie kupisz żadnego ciekawego towaru, nie
dostaniesz się do upatrzonej szkoły, do lekarza też się nie załapiesz, pracy też nie
dostaniesz.
U nas, wg nich, nie ma bezrobocia, tylko ludzie są mało chętni do pracy.
Orędownikami wstąpienia do Unii jest głównie młodzież - wielu chce w Polsce
studiować a potem pracować.
Ostatnio w moim budynku ADM prowadziła planowe remonty- 3/4 ekipy budowlanej to
byli Ukraińcy, rodem ze Lwowa.
Ja naprawdę już dawno nie widziałam tak sprawnej i porządnej ekipy. Wszyscy byli
codziennie w czystych strojach, od nikogo piwskiem nie cuchnęło, niczego nie
zdewastowali, wszystko po sobie posprzątali. Okazało się, że oni już od dwóch lat mają
kontrakt na prace budowlane w naszej ADM.
A dziś strzygłam się właśnie u Ukrainki - wybitny talent do strzyżenia i ten fakt mnie
zmobilizował do napisania tego posta.
w dawnym okręgu Stanisławowskim. Na szczęście dla nich, to jest tam cisza i spokój,
nic złego się nie dzieje.
Nie odmówiłam sobie przyjemności zadania pytania, jak się teraz żyje w tamtych
stronach, bo przecież kiedyś było tam sporo Polaków.
Jedna z moich rozmówczyń ma w rodzinie babcię-staruszkę, która jest Polką, ale jest
żoną Ukraińca, więc do Polski już nie wróciła.
A jak się żyje? "Ano tak, że nie daj Boże", jak powiedziała jedna z pań.
Przede wszystkim nie ma pracy, a zwłaszcza na prowincji. Z małych miejscowości
mężczyzni jeżdżą do pracy w Rosji - głównie pracują przy zrywce drewna, na Syberii.
BHP nie istnieje, jest bardzo wiele poważnych wypadków, śmiertelnych też.
Niektórym udaje się załapać do pracy w budownictwie w Polsce. Gdy rozpoczął się
konflikt "krymski", niektóre firmy zerwały nagle umowę a ukraińscy pracownicy
zostali pozbawieni prawa wjazdu do Rosji na kilka lat.
Zapewne pamiętacie, że wg pewnego typa z wąsikiem, Ukraina miała wyżywić całą
Europę, bo tam są niezwykle żyzne ziemie. Ale nieuprawiana ziemia, choćby była
niesamowicie żyzna, nieobsiana i nieuprawiana niczego nie urodzi. A ziemi nikt
tam nie uprawia. Większość mieszkańców wsi ma niewielkie kawałki ziemi, ale mało
kto podejmuje wysiłek wyhodowania choćby kartofli dla siebie i ewentualnie na
sprzedaż. Zapytałam się naiwnie, czy w takim razie nikt nie je u nich kartofli - pani
się roześmiała i powiedziała, że owszem jedzą, ale chińskie, bo krajowych nie ma.
Na nią patrzą sąsiedzi z politowaniem, bo ma kilka kur, raz do roku wyhoduje jedną
świnkę no i obsadza kartoflami niewielkie poletko. Ta szurnięta, mówią o niej.
Większość kobiet nigdzie nie pracuje - one siedzą w domu, mężczyzni jeżdżą do Rosji
do pracy, najczęściej na kilka miesięcy. Wracają do domu na miesiąc lub dwa -jeśli
tylko uda im się coś ocalić z zarobionych pieniędzy (ocalić przed żoną) to szybko i
radośnie to przepijają. Piją strasznie a do tego piją różne "wynalazki"- bo są znacznie
tańsze. Oni nawet nie pędzą samogonu, bo za drogo.
Rozwody są częste, bo faceci tłuką swe żony, tłuką dzieci i..przywożą żonom z Syberii
różne choroby weneryczne.
Sporo młodych Ukrainek przyjeżdża do pracy w Polsce- część z nich ma dyplomy
licencjackie uprawniające do podjęcia pracy w charakterze opiekunki osób starych
lub chorych. Opiekują się chorymi, inne sprzątają. Mają dobrą opinię, większość
pracodawczyń zostawia im klucze od mieszkań, gdy chcą by było posprzątane rano,
w czasie gdy one są w pracy.
Niektóre Ukrainki już od wielu lat mieszkają w Polsce.
Na wstąpienie Ukrainy do Unii moje rozmówczynie zapatrują się sceptycznie - twierdzą,
że nie ma szans na wprowadzenie takich zmian, by było u nich chociażby tak jak jest
u nas.
Śmieją się, gdy słyszą, że u nas jest korupcja - korupcja to jest u nich- jeśli nie dasz to
nie zdasz egzaminu licencjackiego, nie kupisz żadnego ciekawego towaru, nie
dostaniesz się do upatrzonej szkoły, do lekarza też się nie załapiesz, pracy też nie
dostaniesz.
U nas, wg nich, nie ma bezrobocia, tylko ludzie są mało chętni do pracy.
Orędownikami wstąpienia do Unii jest głównie młodzież - wielu chce w Polsce
studiować a potem pracować.
Ostatnio w moim budynku ADM prowadziła planowe remonty- 3/4 ekipy budowlanej to
byli Ukraińcy, rodem ze Lwowa.
Ja naprawdę już dawno nie widziałam tak sprawnej i porządnej ekipy. Wszyscy byli
codziennie w czystych strojach, od nikogo piwskiem nie cuchnęło, niczego nie
zdewastowali, wszystko po sobie posprzątali. Okazało się, że oni już od dwóch lat mają
kontrakt na prace budowlane w naszej ADM.
A dziś strzygłam się właśnie u Ukrainki - wybitny talent do strzyżenia i ten fakt mnie
zmobilizował do napisania tego posta.
Subskrybuj:
Posty (Atom)