......czyli nie zawsze warto we wszystko wierzyć co się nam w głowie
wylęgnie.
Był rok 1428. Na zamku Vaucoulers pojawiła się skromnie odziana mloda
dziewczyna, żądając audiencji u miejscowego burmistrza, niejakiego
Roberta de Baudricourt.
Twierdziła, że przyszła za namową trzech świętych: Małgorzaty,
Katarzyny i Michała, którzy powierzyli jej misję wygnania Anglików
z Francji oraz osadzenia na tronie delfina Karola, prawowitego następcy
tronu.
Poruszony jej słowami burmistrz de Baudricourt zaprowadził ją do Karola
Lotaryńskiego, którego owa dziwna dziewczyna zaczęła przekonywać do
porzucenia niemoralnego stylu życia.
W zamian za te nauki książę podarował dziewczynie konia, a burmistrz
dorzucił miecz.
Książę zabrał dziewczynę do Chinon na spotkanie z delfinem.
Aby przetestować jej nadzwyczajne zdolności, delfin dostał polecenie
ubrania się w zwykły, codzienny strój swych dworzan, wśród których
miał się ukryć.
Po przybyciu do Chinon, dziewczyna bez trudu odnalazła wśród dworzan
delfina i zaczęli rozmawiać. Jak potem powiedział delfin, mówiła mu
o rzeczach, o których wiedział tylko on i jego spowiednik.
Następnie dziewczyną zajęli się księża i....lekarze.
Ci pierwsi wypytywali ją dokładnie o głosy świętych, które słyszała, a
lekarze stwierdzili, że dziewczyna była......dziewicą, co w tych czasach
było raczej rzadkością.
Po tych wszystkich "sprawdzianach" delfin wyposażył dziewczynę w zbroję,
lancę i sztandar (konia i miecz już posiadała) a następnie oddał
w jej dowództwo swoje armie, co nie wzbudziło zupełnie entuzjazmu wśród
arystokratów, którzy nie chcieli się podporządkować prostej wieśniaczce.
Rok pózniej, pod Orleanem, wojska pod dowództwem tej wieśniaczki odniosły
zwycięstwo nad Anglikami a ona od tej pory była znana jako Joanna d'Arc, Dziewica Orleańska.
Kolejne bitwy również były dla Joanny d'Arc zwycięskie i w końcu , w dniu
17 lipca 1429 roku Joanna poprowadziła delfina do koronacji w Rheims.
Karol uznał sprawę za załatwioną i zdemobilizował armię we wrześniu.
Ale Joanna czuła się nadal zobowiązana przysięgą złożoną świętym, że
przepędzi całkowicie wszystkich Anglików z Francji, więc rozpoczęła
samotną walkę z minimalną ilością wojska i ponosiła porażkę za porażką.
24 maja 1430 roku wyruszyła z Compiegne na spotkanie sił angielskich
i ich burgundzkich sojuszników.
Wzięta w kleszcze usiłowała dostać się z powrotem do miasta, ale bramy
były zamknięte i podniesiony zwodzony most nad głęboką fosą.
W ciągu kilku godzin stała się więzniem Burgundczyków.
Rok pózniej stanęła przed sądem inkwizycji. Wyrok wydany przez tę
ponurą formację brzmiał:
"zważywszy cele, sposoby i tematy objawień Joanny, jakość jej osoby,
a także miejsce czynów i inne okoliczności, głosy które słyszała są
albo kłamstwami wyobrazni zgubnymi i zepsutymi, albo wspomniane
zjawiska i objawienia są wymyślone i pochodzą od złośliwych i
diabolicznych duchów, Beliala, Szatana czy Behamota".
We wrześniu 1430 roku wojska Burgundów sprzedały ją Anglikom.
24 maja 1931r została spalona na stosie tak wysokim, że kat nie mógł
nawet zadać jej zwyczajowego ciosu miłosierdzia, by nieco krócej
cierpiała.
Gwoli przypomnienia - Inkwizycja, która skazała Joannę, została
ustanowiona 200 lat wcześniej z myślą o zwalczaniu herezji katarów,
sekty propagującej życie w ubóstwie i wolną miłość a co gorsze,
postulowała zrzeczenie się przez Kościół wszelkich dóbr doczesnych.
W 1209 roku rozpoczęła się szeroko zakrojona krucjata przeciwko
katarom i tysiące katarów pozbawiono życia.
W 1215 r papież Innocenty III powołal nowy zakon- dominikanów,
na czele którego stanął hiszpański ksiądz Domingo de Guzman.
Uzbrojeni w bullę papieską Ad Extirpanda ("o tych, którzy muszą być
zniszczeni") inkwizytorzy mogli wtrącać do więzienia każdego, kogo
uznali za podejrzanego, bez żadnego procesu, a także poddawać
torturom, konfiskować ich własność oraz- skazywać na stos.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że duch Inkwizycji nadal żyje, tylko
przysiadł cichutko w kąciku , zmienił szatki duchowne na świeckie
i czeka na swą kolej w nowej odsłonie.
drewniana rzezba
niedziela, 13 marca 2016
piątek, 11 marca 2016
Byłam dziś......
....u ortopedy, w Konstancinie, w Centrum Kompleksowej Rehabilitacji.
Stali czytacze wiedzą, że regularnie co pół roku mam dwutygodniowy
cykl zabiegów rehabilitacyjnych.
Nie da się ukryć, że od chwili zapisu do owej pożytecznej placówki do
pierwszej wizyty minęło ponad dwa lata, za to teraz, regularnie co pół
roku jestem dopuszczana do ortopedy, a ten kieruje mnie na zabiegi.
Dziś co prawda nie było prowadzącego mnie lekarza, ale był inny ortopeda,
w zastępstwie. Bardzo sympatyczny - sam wyruszył na poszukiwanie
opisu mojego wyniku Rtg, który miał podobno już na mnie czekać
w gabinecie lekarza prowadzącego . Usiłował co prawda odczytać wynik
z płytki CD, którą otrzymałam zaraz po prześwietleniu kręgosłupa, ale ku
jego i mojemu zdziwieniu, płytka nie dała się odczytać. Nie ten program.
Dowiedziałam się, że od pierwszych dni życia zarabiamy rzetelnie na
wszystkie bóle, które nas potem "na starość" prześladują.
Na pożegnanie dostałam oczywiście skierowanie na zabiegi i informację,
która mnie uradowała -jest trochę gorzej niż było, ale nie ma osteoporozy
ani martwicy aseptycznej.
Mniej fajna sprawa - muszę ćwiczyć codziennie do końca życia, więc
znów do wystroju pokoju wraca piłka. No cóż zieleń pasuje i do moich
mebli i do ścian w kolorze ecru.
Wracałam do Warszawy radosna jak szczeniak na łące i nawet fakt, że
zabiegi będę miała dopiero od 11 kwietnia mnie nie zmartwił.
I taka radosna obserwowałam kraj w ruinie.
Jeszcze kilka lat temu, wzdłuż drogi do Konstancina ciągnęły się pola
uprawne- cały przekrój upraw. Teraz ciągną się szeregi domów -osiedle za osiedlem.
Szosa biegnie równolegle do Wisły i sądzę, że całkiem niedługo cały teren
od wałów przeciwpowodziowych do szosy zostanie równo zabudowany.
W pobliżu tegoż wału już stoi sporo domów.
Po drugiej stronie szosy teren budowy jest ograniczony Lasem Kabackim.
Jest tylko nadzieja, że Lasu Kabackiego nie wyrąbią, może minister
od pól i lasów nie zauważy go i las ocaleje? Jest znacznie mniej rzucający
się w oczy niż Puszcza Białowieska i żubrów w nim nie ma.
Poza budownictwem wielorodzinnym, jak grzyby po ciepłym deszczu wyrosły osiedla domków jednorodzinnych. I nie są to jak kiedyś małe domki, typu
"buda dla dużego psa" ale "skromne pałacyki" dla nieco mniej bogatych
szejków. I ciągle coś się buduje.
Jechałam statecznie z prędkością 70 km na godzinę ( bo na większości
drogi obowiązuje 60km/h ) i...byłam wciąż ostatnia wśród aut osobowych-
a wyprzedzały mnie strasznie stare samochody,wśród których najstarsze
było sprzed pięciu lat- reszta nówki lub prawie nówki, same wypasione
bryki jak audi,bmw, infinity, lexus i mój pięcio miejscowy samochodzik getz
wyglądał przy nich jak 126p przy autobusie. No cóż, bieda aż piszczy i te
ruiny dookoła.
I z rozrzewnieniem wspominałam czas, gdy do Powsina i Konstancina
jechało się kolejką wąskotorową - wlokła się sapała, gwizdała, ale dowoziła
do celu.
I nikt nie mówił, że kraj jest w ruinie, choć nie wszystkie zburzone w czasie
wojny domy były odbudowane.
Miłego weekendu!
Stali czytacze wiedzą, że regularnie co pół roku mam dwutygodniowy
cykl zabiegów rehabilitacyjnych.
Nie da się ukryć, że od chwili zapisu do owej pożytecznej placówki do
pierwszej wizyty minęło ponad dwa lata, za to teraz, regularnie co pół
roku jestem dopuszczana do ortopedy, a ten kieruje mnie na zabiegi.
Dziś co prawda nie było prowadzącego mnie lekarza, ale był inny ortopeda,
w zastępstwie. Bardzo sympatyczny - sam wyruszył na poszukiwanie
opisu mojego wyniku Rtg, który miał podobno już na mnie czekać
w gabinecie lekarza prowadzącego . Usiłował co prawda odczytać wynik
z płytki CD, którą otrzymałam zaraz po prześwietleniu kręgosłupa, ale ku
jego i mojemu zdziwieniu, płytka nie dała się odczytać. Nie ten program.
Dowiedziałam się, że od pierwszych dni życia zarabiamy rzetelnie na
wszystkie bóle, które nas potem "na starość" prześladują.
Na pożegnanie dostałam oczywiście skierowanie na zabiegi i informację,
która mnie uradowała -jest trochę gorzej niż było, ale nie ma osteoporozy
ani martwicy aseptycznej.
Mniej fajna sprawa - muszę ćwiczyć codziennie do końca życia, więc
znów do wystroju pokoju wraca piłka. No cóż zieleń pasuje i do moich
mebli i do ścian w kolorze ecru.
Wracałam do Warszawy radosna jak szczeniak na łące i nawet fakt, że
zabiegi będę miała dopiero od 11 kwietnia mnie nie zmartwił.
I taka radosna obserwowałam kraj w ruinie.
Jeszcze kilka lat temu, wzdłuż drogi do Konstancina ciągnęły się pola
uprawne- cały przekrój upraw. Teraz ciągną się szeregi domów -osiedle za osiedlem.
Szosa biegnie równolegle do Wisły i sądzę, że całkiem niedługo cały teren
od wałów przeciwpowodziowych do szosy zostanie równo zabudowany.
W pobliżu tegoż wału już stoi sporo domów.
Po drugiej stronie szosy teren budowy jest ograniczony Lasem Kabackim.
Jest tylko nadzieja, że Lasu Kabackiego nie wyrąbią, może minister
od pól i lasów nie zauważy go i las ocaleje? Jest znacznie mniej rzucający
się w oczy niż Puszcza Białowieska i żubrów w nim nie ma.
Poza budownictwem wielorodzinnym, jak grzyby po ciepłym deszczu wyrosły osiedla domków jednorodzinnych. I nie są to jak kiedyś małe domki, typu
"buda dla dużego psa" ale "skromne pałacyki" dla nieco mniej bogatych
szejków. I ciągle coś się buduje.
Jechałam statecznie z prędkością 70 km na godzinę ( bo na większości
drogi obowiązuje 60km/h ) i...byłam wciąż ostatnia wśród aut osobowych-
a wyprzedzały mnie strasznie stare samochody,wśród których najstarsze
było sprzed pięciu lat- reszta nówki lub prawie nówki, same wypasione
bryki jak audi,bmw, infinity, lexus i mój pięcio miejscowy samochodzik getz
wyglądał przy nich jak 126p przy autobusie. No cóż, bieda aż piszczy i te
ruiny dookoła.
I z rozrzewnieniem wspominałam czas, gdy do Powsina i Konstancina
jechało się kolejką wąskotorową - wlokła się sapała, gwizdała, ale dowoziła
do celu.
I nikt nie mówił, że kraj jest w ruinie, choć nie wszystkie zburzone w czasie
wojny domy były odbudowane.
Miłego weekendu!
piątek, 4 marca 2016
Wczoraj.....
....dołączyłam do grona tych, co gromy rzucają na instytucję zwaną
NFZ.
Bo akurat wczoraj nastąpił dzień, w którym zgodnie z pomysłem NFZ
mogłam, po rocznej przerwie, ujrzeć twarz pani endokrynolog.
W związku z tym musiałam się zwlec bladym świtem z łóżka i pojechać
do przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Trafił mi się autobus z kierowcą, który zapewne był przekonany, że wozi
wory kartofli a nie ludzi- człowiek hamował z takim impetem, że za każdym
razem tłum pasażerów (to była godzina szczytu porannego) wpierw
leciał w przód, by zaraz potem zgodnie polecieć w tył.
Ale jakoś dotarłam, tylko nieznacznie byłam zdeptana, ale mam wrażenie,
że wszyscy którzy nie mieli miejsca siedzącego byli w tej samej sytuacji.
Dobrze, że przyjechałam nieco wcześniej, bo pierwsze co mnie zaskoczyło
to fakt, że gabinety poradni endokrynologicznej zostały przeniesione do
innego budynku. Wyruszyłam więc na poszukiwania nowej lokalizacji,
pokonując kilometry szpitalnego budynku. Od chwili, gdy zaczęłam się
leczyć w tej przychodni, gabinety już 4 razy zmieniały swe miejsce.
Budynek jest ogromny, a ktoś obdarzony wielkim poczuciem humoru tak
go zaprojektował, że korytarze przypominają swym układem labirynt.
Efekt taki, że wchodząc do tego molocha oznaczonego literą A, nagle
się człowiek znajduje w budynku oznaczonym jako bud. C, tyle tylko, że
nic o tym nie wie, bo oznaczenia są widoczne tylko ....na zewnątrz.
Na wszystkich korytarzach kłębiły się tłumy pacjentów - jedni szukali
pożądanej przez siebie przychodni, inni szatni, a jeszcze inni szukali
rejestracji. Bo w ramach "Ulepszeń", jakiś geniusz zlikwidował centralną
rejestrację pacjentów i teraz porozdzielano rejestracje do specjalistów
w różne miejsca. I może to nie był całkiem zły pomysł, gdyby nie fakt, że
nigdzie nie wisi dokładna informacja co gdzie można znalezć.
W końcu , na kilka minut przed wyznaczonym czasem wylądowałam pod
właściwym gabinetem. I tu niespodzianka - miałam wizytę wyznaczoną
na godz. 9,50, a tu oczekiwało 6 osób zapisanych na godz.9,00 no i
oczywiście ci pozapisywani na pózniejsze godziny musieli spokojnie
przeczekać tych sześć dodatkowych osób.
I cała ta sytuacja to wina NFZ, bo ich zdaniem pacjent "endo" nie ma
potrzeby oglądania swego specjalisty częściej niż raz na rok.
Częściej to sobie pacjent może chodzić do endokrynologa prywatnie,
średnio za 150 zł, z tym, że wszelkie potrzebne badania też musi
wtedy robić na własny koszt.
Pani endo zmartwiła się nieco moimi wynikami, no ale przecież nie może
być w tej sytuacji inaczej i zostałam zakwalifikowana do tych
pacjentów, którym trzeba na nowo ustawić dawkę hormonu i w maju
znów mam się stawić przed jej oblicze.
Fakt ten musiała odnotować w jakimś wykazie.
Trochę mnie siekło, bo rok temu już miałam nieco gorsze niż trzeba
wyniki, to wtedy stwierdziła, że latem mi się poprawi.
No i się nie poprawiło a znacznie pogorszyło.
I w tym miejscu powinnam zacytować poprzednią panią endo - lepsze
Hashimoto niż rak. Zapewne.
W następny piątek mam kolejną fajną wizytę, tym razem u ortopedy-
w Konstancinie.
Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała pobyć tam 2 lub 3 tygodnie, a wystarczy rehabilitacja "na przychodne".
Pożyjemy- zobaczymy.
Ciekawość mnie zżera jak mi będzie po nowej dawce tyroksyny.
NFZ.
Bo akurat wczoraj nastąpił dzień, w którym zgodnie z pomysłem NFZ
mogłam, po rocznej przerwie, ujrzeć twarz pani endokrynolog.
W związku z tym musiałam się zwlec bladym świtem z łóżka i pojechać
do przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Trafił mi się autobus z kierowcą, który zapewne był przekonany, że wozi
wory kartofli a nie ludzi- człowiek hamował z takim impetem, że za każdym
razem tłum pasażerów (to była godzina szczytu porannego) wpierw
leciał w przód, by zaraz potem zgodnie polecieć w tył.
Ale jakoś dotarłam, tylko nieznacznie byłam zdeptana, ale mam wrażenie,
że wszyscy którzy nie mieli miejsca siedzącego byli w tej samej sytuacji.
Dobrze, że przyjechałam nieco wcześniej, bo pierwsze co mnie zaskoczyło
to fakt, że gabinety poradni endokrynologicznej zostały przeniesione do
innego budynku. Wyruszyłam więc na poszukiwania nowej lokalizacji,
pokonując kilometry szpitalnego budynku. Od chwili, gdy zaczęłam się
leczyć w tej przychodni, gabinety już 4 razy zmieniały swe miejsce.
Budynek jest ogromny, a ktoś obdarzony wielkim poczuciem humoru tak
go zaprojektował, że korytarze przypominają swym układem labirynt.
Efekt taki, że wchodząc do tego molocha oznaczonego literą A, nagle
się człowiek znajduje w budynku oznaczonym jako bud. C, tyle tylko, że
nic o tym nie wie, bo oznaczenia są widoczne tylko ....na zewnątrz.
Na wszystkich korytarzach kłębiły się tłumy pacjentów - jedni szukali
pożądanej przez siebie przychodni, inni szatni, a jeszcze inni szukali
rejestracji. Bo w ramach "Ulepszeń", jakiś geniusz zlikwidował centralną
rejestrację pacjentów i teraz porozdzielano rejestracje do specjalistów
w różne miejsca. I może to nie był całkiem zły pomysł, gdyby nie fakt, że
nigdzie nie wisi dokładna informacja co gdzie można znalezć.
W końcu , na kilka minut przed wyznaczonym czasem wylądowałam pod
właściwym gabinetem. I tu niespodzianka - miałam wizytę wyznaczoną
na godz. 9,50, a tu oczekiwało 6 osób zapisanych na godz.9,00 no i
oczywiście ci pozapisywani na pózniejsze godziny musieli spokojnie
przeczekać tych sześć dodatkowych osób.
I cała ta sytuacja to wina NFZ, bo ich zdaniem pacjent "endo" nie ma
potrzeby oglądania swego specjalisty częściej niż raz na rok.
Częściej to sobie pacjent może chodzić do endokrynologa prywatnie,
średnio za 150 zł, z tym, że wszelkie potrzebne badania też musi
wtedy robić na własny koszt.
Pani endo zmartwiła się nieco moimi wynikami, no ale przecież nie może
być w tej sytuacji inaczej i zostałam zakwalifikowana do tych
pacjentów, którym trzeba na nowo ustawić dawkę hormonu i w maju
znów mam się stawić przed jej oblicze.
Fakt ten musiała odnotować w jakimś wykazie.
Trochę mnie siekło, bo rok temu już miałam nieco gorsze niż trzeba
wyniki, to wtedy stwierdziła, że latem mi się poprawi.
No i się nie poprawiło a znacznie pogorszyło.
I w tym miejscu powinnam zacytować poprzednią panią endo - lepsze
Hashimoto niż rak. Zapewne.
W następny piątek mam kolejną fajną wizytę, tym razem u ortopedy-
w Konstancinie.
Mam tylko nadzieję, że nie będę musiała pobyć tam 2 lub 3 tygodnie, a wystarczy rehabilitacja "na przychodne".
Pożyjemy- zobaczymy.
Ciekawość mnie zżera jak mi będzie po nowej dawce tyroksyny.
niedziela, 28 lutego 2016
Na ukojenie nerwów
A teraz coś na poprawę humoru - druga część cytatów
z zeszytów szkolnych.
Znajoma nauczycielka stwierdziła, że po 25 latach pracy
jakoś mało ją to bawi, raczej przyprawia o smutek, bo ona ma
"takie kwiatki" w realu.
No ale nie wszyscy mają to w realu, więc:
*****
Rak jest stawonogiem, bo trzyma nogi w stawie.
W szpitalu ciężko chorym podali kaczki jako przystawkę.
Danuśka stanęła na ławie i zagrała na lutownicy.
Chcę studiować filozofię polską, aby zostać pełnowartościową
krawcową.
W dniu wiosny poszliśmy nad rzekę wesołym konduktem.
Na klimat Europy wpływa morze, które nas olewa.
Rozalkę leczono niekonwencjonalnie- w piecu.
Pszczoła gryzie tyłem, bo przód ma do zbierania miodu.
Kury w zimie zawsze znoszą droższe jajka.
Ślimak to jednocześnie płeć męska i żeńska, ale z niej nie korzysta.
Lato spędzę w górach u kuzynek, z których zejdę po wakacjach.
Mimo śmierci Norwid nie załamuje się i dalej wierzy w zwycięstwo.
Kochali się do utraty tchu, ale bez wzajemności.
Jurand był rycerzem szybkiego reagowania.
Klara była ładna i hoża jak dynia.
Darek miał na plecach tornister i niebieskie oczy.
*****
"To byłoby na tyle"- jak mawiał klasyk. Jeszcze nie wracam, bo będę się jeszcze nieco leczyć, mam nadzieję że nie będzie to niekonwencjonalne
leczenie w piecu.
A tak w ogóle to bardzo mi się podobał wesoły kondukt maszerujący
wczoraj przez stolicę.
I myślę, że powinnam brać przykład z Norwida, on nie stracił nadziei
i wiary w zwycięstwo.
Miłego nowego tygodnia!!!
Humorek z zeszytów szkolnych z "Nieznany Świat", nr3/2016
poniedziałek, 22 lutego 2016
Chyba.......
....... mam dość- wszystkiego.
Spróbuję się jakoś "ogarnąć" , choć "czarno to widzę", jak mawiała wróżka.
Zapewne za jakiś czas tu wrócę i coś naklikam, w końcu przyzwyczajenie
jest drugą naturą człowieka.
Do poczytania;)
Spróbuję się jakoś "ogarnąć" , choć "czarno to widzę", jak mawiała wróżka.
Zapewne za jakiś czas tu wrócę i coś naklikam, w końcu przyzwyczajenie
jest drugą naturą człowieka.
Do poczytania;)
poniedziałek, 15 lutego 2016
Smutna rocznica
To był zimny, prawdziwie lutowy dzień 15 lutego 1979 roku.
I wtedy, z przyczyn do dziś nie do końca wyjaśnionych, o godz. 12, 37
budynek Rotundy PKO, w którym aktualnie przebywało około 300 osób,
uniósł się z hukiem w górę, a następnie opadł w dół, pod ziemię,
rozsiewając dookoła swą zawartość.
Budynek stał (i odbudowany nadal stoi) w centrum Warszawy, pomiędzy
Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi i Widok.
Ogromnie nie lubiłam tego oddziału PKO, bo przez cały dzień panował tam ogromny tłok i sytuacji wcale nie ratował fakt, że kas było chyba 30.
Trzydzieści kas, a przy każdej kolejka interesantów.
W tym czasie przebywałam z dzieckiem w domu na urlopie wychowawczym.
W pewnej chwili słyszałam daleki huk, ale była ostra zima i często
kruszyli lód na Wiśle i tak też odebrałam ten huk.
Około godziny 15,00 zatelefonował do mnie mąż, mówiąc, żebym się nie
denerwowała, bo jemu nic się nie stało, ale nie wie kiedy wróci i nie wie
czy jeszcze mamy samochód. Zupełnie nie mogłam się w tym wszystkim połapać, więc zapytałam o co mu idzie.
"To ty nie wiesz? Budynek Rotundy wyleciał w powietrze i to niedługo po
moim przyjezdzie do budynku Uniwersalu, a samochód postawiłem na wysokości Rotundy koło wielkiej zaspy usypanej z odgarniętego śniegu.
Nie widzę go, a dookoła jest pełno milicji, karetek pogotowia i mnóstwo
ludzi biega w tę i z powrotem. Baliśmy się ,że i ten budynek runie, ale
chyba tylko kilka szyb wyleciało, choć zatrzęsło mocno. Będą chyba
profilaktycznie ewakuować budynek. No to pa." i odłożył słuchawkę.
Dla mało wtajemniczonych wyjaśnienie - budynek Uniwersalu stoi
kilkanaście metrów od Rotundy, jest całkiem wysokim wieżowcem i w tym
czasie był siedzibą kilku central Handlu Zagranicznego i innych biur.
Po szesnastej mąż wrócił do domu - pryzma śniegu, wyższa znacznie od
naszego samochodu, przy której zaparkował mąż, osłoniła go przed
różnymi elementami rozrzuconymi przez wybuch.
Jakiś sympatyczny milicjant, który blokował ruch pojazdów, pozwolił
mężowi dojść do samochodu i spokojnie odjechać.
Według oficjalnych danych, w wybuchu zginęło 49 osób a 135 zostało
rannych.
Sprawa od razu wszystkim warszawiakom wydała się podejrzana-
po pierwsze jakimś cudem zginęło "tylko" 49 osób.
Gdyby zginęła jeszcze jedna osoba, należałoby powołać międzynarodową
komisję d.s. katastrof. Z tych 135 rannych w krótkim czasie zmarło
jeszcze kilka osób, no ale nie zginęły na miejscu, więc do rachunku nie
weszły.
Druga sprawa - ten i okoliczne budynki nie miały wcale instalacji gazowej,
więc komunikat, że to był wybuch gazu, nikogo nie przekonał.
Następnego dnia zaczęło krążyć po mieście powiedzenie, że chyba
ktoś się pomylił bo wybuch miał zapewne być na skrzyżowaniu
Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, w pobliżu budynku KC.
Nie wiem jak naprawdę było, ale moja bliska koleżanka pracowała w tym
czasie jako kasjerka w PKO przy ul. Sienkiewicza, niedaleko od tego
feralnego skrzyżowania. Tego dnia zamieniła się dyżurem z koleżanką i
zamiast po południu pracowała na porannej zmianie. W bardzo krótkim
czasie po wybuchu, na salę kasową wpadła z krzykiem młoda dziewczyna.
Płaszcz miała tylko zarzucony na ramiona, była blada i nie za bardzo
kontaktowała. Twierdziła, że z 10 minut przed wybuchem chodził po hali
kasowej Rotundy młody człowiek i głośno mówił, żeby ludzie uciekali.
Nikt na to nie reagował, ale ona akurat weszła do budynku i to słyszała.
Wyszła czym prędzej i poszła w stronę Sienkiewicza i zaraz nastąpił
wybuch, ją powaliło na chodnik, miała potłuczone kolana, podarte
rajstopy, skaleczoną rękę. Dziewczyna była krewną jednej z kasjerek
pracujących w oddziale na Sienkiewicza.
Śledztwo prowadzone przez ówczesne władze właściwie nie wskazało
nikogo winnego, wg nich był to zbieg okoliczności, bo ktoś w złym
miejscu zaprojektował kanał wentylacyjny, ktoś zapewne zbyt mocno
zakręcił zawór i jego zbyt wysokie ciśnienie spowodowało powstanie
szczeliny, przez którą spokojnie ulatniał się gaz, ktoś nie reagował
na sygnały pracowników PKO, że cuchnie gaz i ktoś nie sprawdził na czas
stanu instalacji elektrycznej i wreszcie ktoś przekręcił kontakt, a iskra
w kontakcie spowodowała wybuch.
I tak naprawdę nic nie wiadomo.
Wiadomo tylko, że zginęło wiele osób. Przypadek, podobno.
I wtedy, z przyczyn do dziś nie do końca wyjaśnionych, o godz. 12, 37
budynek Rotundy PKO, w którym aktualnie przebywało około 300 osób,
uniósł się z hukiem w górę, a następnie opadł w dół, pod ziemię,
rozsiewając dookoła swą zawartość.
Budynek stał (i odbudowany nadal stoi) w centrum Warszawy, pomiędzy
Marszałkowską, Alejami Jerozolimskimi i Widok.
Ogromnie nie lubiłam tego oddziału PKO, bo przez cały dzień panował tam ogromny tłok i sytuacji wcale nie ratował fakt, że kas było chyba 30.
Trzydzieści kas, a przy każdej kolejka interesantów.
W tym czasie przebywałam z dzieckiem w domu na urlopie wychowawczym.
W pewnej chwili słyszałam daleki huk, ale była ostra zima i często
kruszyli lód na Wiśle i tak też odebrałam ten huk.
Około godziny 15,00 zatelefonował do mnie mąż, mówiąc, żebym się nie
denerwowała, bo jemu nic się nie stało, ale nie wie kiedy wróci i nie wie
czy jeszcze mamy samochód. Zupełnie nie mogłam się w tym wszystkim połapać, więc zapytałam o co mu idzie.
"To ty nie wiesz? Budynek Rotundy wyleciał w powietrze i to niedługo po
moim przyjezdzie do budynku Uniwersalu, a samochód postawiłem na wysokości Rotundy koło wielkiej zaspy usypanej z odgarniętego śniegu.
Nie widzę go, a dookoła jest pełno milicji, karetek pogotowia i mnóstwo
ludzi biega w tę i z powrotem. Baliśmy się ,że i ten budynek runie, ale
chyba tylko kilka szyb wyleciało, choć zatrzęsło mocno. Będą chyba
profilaktycznie ewakuować budynek. No to pa." i odłożył słuchawkę.
Dla mało wtajemniczonych wyjaśnienie - budynek Uniwersalu stoi
kilkanaście metrów od Rotundy, jest całkiem wysokim wieżowcem i w tym
czasie był siedzibą kilku central Handlu Zagranicznego i innych biur.
Po szesnastej mąż wrócił do domu - pryzma śniegu, wyższa znacznie od
naszego samochodu, przy której zaparkował mąż, osłoniła go przed
różnymi elementami rozrzuconymi przez wybuch.
Jakiś sympatyczny milicjant, który blokował ruch pojazdów, pozwolił
mężowi dojść do samochodu i spokojnie odjechać.
Według oficjalnych danych, w wybuchu zginęło 49 osób a 135 zostało
rannych.
Sprawa od razu wszystkim warszawiakom wydała się podejrzana-
po pierwsze jakimś cudem zginęło "tylko" 49 osób.
Gdyby zginęła jeszcze jedna osoba, należałoby powołać międzynarodową
komisję d.s. katastrof. Z tych 135 rannych w krótkim czasie zmarło
jeszcze kilka osób, no ale nie zginęły na miejscu, więc do rachunku nie
weszły.
Druga sprawa - ten i okoliczne budynki nie miały wcale instalacji gazowej,
więc komunikat, że to był wybuch gazu, nikogo nie przekonał.
Następnego dnia zaczęło krążyć po mieście powiedzenie, że chyba
ktoś się pomylił bo wybuch miał zapewne być na skrzyżowaniu
Nowego Światu i Alej Jerozolimskich, w pobliżu budynku KC.
Nie wiem jak naprawdę było, ale moja bliska koleżanka pracowała w tym
czasie jako kasjerka w PKO przy ul. Sienkiewicza, niedaleko od tego
feralnego skrzyżowania. Tego dnia zamieniła się dyżurem z koleżanką i
zamiast po południu pracowała na porannej zmianie. W bardzo krótkim
czasie po wybuchu, na salę kasową wpadła z krzykiem młoda dziewczyna.
Płaszcz miała tylko zarzucony na ramiona, była blada i nie za bardzo
kontaktowała. Twierdziła, że z 10 minut przed wybuchem chodził po hali
kasowej Rotundy młody człowiek i głośno mówił, żeby ludzie uciekali.
Nikt na to nie reagował, ale ona akurat weszła do budynku i to słyszała.
Wyszła czym prędzej i poszła w stronę Sienkiewicza i zaraz nastąpił
wybuch, ją powaliło na chodnik, miała potłuczone kolana, podarte
rajstopy, skaleczoną rękę. Dziewczyna była krewną jednej z kasjerek
pracujących w oddziale na Sienkiewicza.
Śledztwo prowadzone przez ówczesne władze właściwie nie wskazało
nikogo winnego, wg nich był to zbieg okoliczności, bo ktoś w złym
miejscu zaprojektował kanał wentylacyjny, ktoś zapewne zbyt mocno
zakręcił zawór i jego zbyt wysokie ciśnienie spowodowało powstanie
szczeliny, przez którą spokojnie ulatniał się gaz, ktoś nie reagował
na sygnały pracowników PKO, że cuchnie gaz i ktoś nie sprawdził na czas
stanu instalacji elektrycznej i wreszcie ktoś przekręcił kontakt, a iskra
w kontakcie spowodowała wybuch.
I tak naprawdę nic nie wiadomo.
Wiadomo tylko, że zginęło wiele osób. Przypadek, podobno.
sobota, 13 lutego 2016
...o Singapurze, cz.II
Napisałam w poprzedniej notce, że chodzenie po sklepach było nie tylko
miłe ale i pouczające- zwłaszcza dla kogoś, kto przybył z socjalistycznej
dziczy.
Miałyśmy z córką wiele okazji do przysłowiowego zbierania z podłogi
opadłej ze zdumienia szczęki. Pamiętajcie, że był to u nas okres pustych
półek i nawet posiadanie gotówki niewiele pomagało.
Cały czas czułam się tak, jakby, trafiła do gigantycznego Pewexu i to
znacznie lepiej zaopatrzonego niż u nas.
No cóż, napiszę co mnie osobiście wtedy zaskoczyło w "ichnich" galeriach
handlowych. Przede wszystkim wielkość powierzchni sprzedażowej - po
godzinie dreptania czułam,że jeszcze moment a odpadną mi nogi
i stracę wzrok od nadmiaru barw.
Bo jeśli stajesz przy regale z drobnym AGD i gdy widzisz np. linki do
wieszania bielizny we wszystkich możliwych kolorach i długościach,
to po chwili zaczynasz się obawiać, że masz zwidy. To samo ze wszelkiej maści pojemnikami, wiadrami, pudełkami, puszkami- dosłownie ze wszystkim.
Gdy trafiłyśmy między regały z materiałami piśmiennymi wręcz skamieniałam-
w życiu nie podejrzewałam, że może być taki wybór papeterii, kopert oraz
wszystkiego co potrzebne do pisania, rysowania, malowania, kolorowania.
Moje dziecko, choć już miało 13 lat, utknęło pomiędzy stoiskami z gumkami, piórnikami i temperówkami. Wybieranie piórnika zajęło jej trzy kwadranse,
bo nie wiedziała czy lepiej kupić piórnik z pełnym wyposażeniem czy może
kupić sam piórnik a wyposażenie samej dobrać. W końcu kupiła piórnik
niezle "wypasiony", ale dokupiła gumki w różnych kształtach, na szczęście
bezzapachowe.
Wizyta w sklepach z odzieżą też była pouczająca, pomijając ilość ciuchów-
tam wolno było mierzyć bieliznę! Wybierało się kilka biustonoszy,
koszulek, majtek i szło się przymierzyć.
Wszystkie majtki miały wszytą w kroku zabezpieczającą wkładkę.
To co się zmierzyło a nie pasowało nam,wychodząc z przymierzalni wrzucało się do kosza. Podobnie było i z inną odzieżą.
Dziś u nas też przymierza się bieliznę osobistą, tyle tylko, że tam towar
po przymierzeniu szedł do pojemnika, a u nas wraca na półkę. U nich to
co było mierzone szło do odkażenia a potem było przecenione.
Dotyczyło to wszystkich towarów, które w czasie mierzenia dotykały ciała klienta.
Bywałyśmy również w sklepach "normalnych", z towarami nie na naszą
kieszeń. Do dziś pamiętam sklep z materiałami na sari, pełen cudownych
jedwabi we wszystkich kolorach, wzorzystych i gładkich oraz haftowanych
srebrem.
I jeszcze coś - uwielbiałyśmy wizyty w działach spożywczych, a najbardziej działy warzywno owocowe.
Wszystkie warzywa i owoce miały własne, przezroczyste małe boksy
a w nich pożądaną dla danego gatunku temperaturę i nawilżanie.Ponadto spoczywały na syntetycznej imitacji krótko strzyżonej trawy. Istna poezja.
I do dziś wspominamy młodego człowieka w garniturku, który małymi
nożyczkami ucinał końcówki strączków zielonego groszku, a minę miał
taką, jakby robił manicure jakiejś pięknej pannie.
Singapur jako miasto też zrobiło na nas wrażenie - na każdym kroku
widać było dobrą organizację w zakresie urbanistyki i architektury.
Wtedy najwięcej pięknych, nowoczesnych wieżowców było w Centrum
Finansowym Marine Bay.
Oprócz tych nowoczesnych budynków Singapur miał i nadal ma,
dzielnice etniczne: chińską, arabską, hinduską. Nadal główną handlową
arterią miasta jest Orchard Road.
Jak już pisałam do Singapuru należą także malutkie wysepki i jedna z nich
o nazwie Sentoza jest swoistym parkiem wypoczynku i rozrywki.
Na Sentozie spędziliśmy jeden cały dzień - niestety tylko dzień, bo
wieczorami też się tam odbywały całkiem ciekawe imprezy, np. światło
i dzwięk, ale niestety już nie było miejsc w tamtejszym hotelu.
Na Sentozę dostaliśmy się napowietrzną kolejką linową.
Oczywiście wyjście z kolejki na wyspę było tylko i wyłącznie przez
sklep z pamiątkami. Zresztą nawet ładnymi.
W ramach atrakcji pojechaliśmy kolejką jednoszynową dookoła Sentozy.
Gdy owa kolejka jechała było całkiem miło, ale gdy stawała, można było
zejść z gorąca.
Następną atrakcją była plaża nad laguną. Najbardziej rozczulił mnie napis
na tablicy stojącej na plaży, że nie wolno wchodzić do laguny w ubraniach
dżinsowych. Potem dopiero dowiedziałam się, że Hindusi wchodzą do wody
w tym, co aktualnie mają na sobie a dżins farbuje.
Na Sentozie jest też zachowany fragment prawdziwej dżungli, ale my
ograniczyliśmy kontakt z dżunglą do podziwiania jej z okna kolejki.
Po odświeżeniu się w lagunie podreptaliśmy na dalsze zwiedzanie i
złożyliśmy wizytę w insektarium. W dziale motyli przeżyliśmy naprawdę
niesamowite chwile, bowiem latały tu motyle, których rozłożone skrzydła
były niemal wielkości mojej dłoni a do tego były w pięknym niebieskim
kolorze, nazywały się morpho menelaus i strasznie szybko latały. Wśród przeróżnych roślin były poumieszczane karmidełka dla motyli.
Było też miejsce w którym wisiały motyle w kokonach,oczekując na swe
narodziny. Jedyne co mi się nie podobało to - żywe skorpiony.
Poza tym na Sentozie była "wrotkarnia" i jeszcze wiele innych atrakcji,
do których nawet nie mieliśmy zamiaru się wybrać, bo upał odbierał
nam chęć do życia. Idąc do którejś z kawiarenek, nagle stanęłam jak
wryta - obok ścieżki, na trawniku stała palma - była płaska,środkowa
część pnia była lekko różowa, liście w kształcie wachlarza były
turkusowo- zielone. Pokazałam tę palmę córce i mężowi i obśmieliśmy
się zgodnie z moich podejrzeń, że palmy przy budynku terminalu były
tworem sztucznym.
Wracaliśmy z Sentozy promem. We wszystkich widocznych miejscach
były tabliczki z różnymi zakazami i informacją o wysokości kary za
złamanie zakazu.
Na promie oczywiście nie wolno było palić tytoniu- kara 2000 tys. dolarów
singapurskich (wtedy to ok.1000$ amerykańskich).
Generalnie w całym Singapurze wszędzie było pełno tabliczek z różnymi
zakazami.
Przez cały czas tylko raz widziałam policjantów - stali w bramie w pobliżu
jakiejś chińskiej świątyni, bo przed nią "tańczył smok" i stało wielu
turystów podziwiających ten taniec.
Najczęściej miałam wrażenie, że policja ukrywa się pod płytami
chodnikowymi - nie słychać było syren policyjnych, nie widać było ich
samochodów a nagle wyrastali jak spod ziemi.
Jak pisałam Singapur jest z założenia i nazwy Republiką Demokratyczną.
A tak naprawdę jest to dyktatura oświecona.
Media są własnością państwa i to ono dyktuje co i jak należy napisać
i w jakiej kolejności. Naczelna zasada - o Singapurze piszemy tylko
dobrze, eksponujemy sukcesy obywateli tego kraju.
Każdy, bez względu na to, czy jest obywatelem Singapuru czy innego
kraju, musi przestrzegać praw obowiązujących w Singapurze, a jeśli
ich nie przestrzega to podlega karze.
Najsurowiej karane jest handlowanie narkotykami i ich posiadanie.
Nie tylko więzienie za to grozi - kara śmierci również. Zresztą Singapur przoduje w światowym rankingu krajów w których wykonywane są wyroki śmierci.
Każde zgromadzenie powyżej 4 osób musi być zgłoszone odpowiednim
organom.
Zaopatrzenie sklepów mogło odbywać się albo nad ranem albo póżnym
wieczorem. Wszystkie magazyny są lokowane poza centrum, a ciężarówki
dostawcze mają ściśle wyznaczone godziny wjazdu do centrum oraz dopuszczalną ładowność.
Wjazd do centrum dla samochodów osobowych był płatny i to sporo.
Za każdy zakupiony samochód był wyznaczony wysoki podatek, co
owocowało brakiem starych rzęchów (bo podatek nie różnicował czy
kupiony samochód jest stary czy nowy). W związku z tym po mieście
jezdziły głównie europejskie, drogie samochody.
W mieście była tylko jedna korporacja taksówkowa. Nawet wtedy, gdy
jeszcze nie było metra, komunikacja miejska działała sprawnie.
Metro w Singapurze ma trasy podziemne tylko w centrum, poza miastem
są to trasy nadziemne.
Miasto budowało dla swych obywateli mieszkania komunalne- ale nie
darmowe. Za ich wynajem trzeba było płacić.
Najczęściej były to 3-4 wysokie budynki z własną infrastrukturą typu
sklep wielobranżowy, plac zabaw dla dzieci, basen.
W tych budynkach w każdej windzie były zainstalowane czujniki moczu,
bo mieszkańcy mieli brzydki zwyczaj (ponoć Malajowie) sikania właśnie
w windzie.
Oczywiście w każdej windzie była tabliczka z zakazem sikania w kabinie,
ale dopiero zainstalowanie czujników poprawiło sytuację.
Czujnik uruchamiał alarm i jednocześnie blokował wyjscie z windy temu,
kto naruszył przepis. Kara wynosiła 500 dolarów lub więzienie gdy
winny był niewypłacalny.
Singapur należy do najbogatszych państw świata i ma chyba najwyższe
różnice poziomu majątkowego obywateli.
Emerytura jest kwotą symboliczną, jednakową dla wszystkich i nie zależy wcale od zarobków.
Każdy musi sam zadbać o zabezpieczenie na starość.
Plusem Singapuru jest łatwość legislacji swojej własnej firmy, jasność i
logiczność przepisów dotyczących działalności gospodarczej oraz
niskie podatki.
Był jeszcze jeden "plus" Singapuru - czułam sie tam bezpiecznie na ulicy
bez względu na porę. Prawie każdego wieczoru włóczyliśmy się po
mieście do pierwszej, drugiej, bo nie dokuczał już upał -26 stopni nocą
to bardzo miła temperatura.
Ulice były jasno oświetlone a brak otwartych sklepów nam nie przeszkadzał.
W pazdzierniku ub. roku moja córka była służbowo w Singapurze.
Stwierdziła, że "tamtego Singapuru,w którym byłyśmy już właściwie
nie ma, nawet hotel, w którym mieszkaliśmy został rozebrany i teraz jest
nowy, o wiele wyższy, a Sentoza to gniazdo kiczu. Dzielnice etniczne
straciły swój charakter, przypominają po remontach dekorację teatralną".
No cóż, świat się zmienia, a w mej pamięci pozostanie Singapur
z 1989 roku. Roku Okrągłego Stołu.
miłe ale i pouczające- zwłaszcza dla kogoś, kto przybył z socjalistycznej
dziczy.
Miałyśmy z córką wiele okazji do przysłowiowego zbierania z podłogi
opadłej ze zdumienia szczęki. Pamiętajcie, że był to u nas okres pustych
półek i nawet posiadanie gotówki niewiele pomagało.
Cały czas czułam się tak, jakby, trafiła do gigantycznego Pewexu i to
znacznie lepiej zaopatrzonego niż u nas.
No cóż, napiszę co mnie osobiście wtedy zaskoczyło w "ichnich" galeriach
handlowych. Przede wszystkim wielkość powierzchni sprzedażowej - po
godzinie dreptania czułam,że jeszcze moment a odpadną mi nogi
i stracę wzrok od nadmiaru barw.
Bo jeśli stajesz przy regale z drobnym AGD i gdy widzisz np. linki do
wieszania bielizny we wszystkich możliwych kolorach i długościach,
to po chwili zaczynasz się obawiać, że masz zwidy. To samo ze wszelkiej maści pojemnikami, wiadrami, pudełkami, puszkami- dosłownie ze wszystkim.
Gdy trafiłyśmy między regały z materiałami piśmiennymi wręcz skamieniałam-
w życiu nie podejrzewałam, że może być taki wybór papeterii, kopert oraz
wszystkiego co potrzebne do pisania, rysowania, malowania, kolorowania.
Moje dziecko, choć już miało 13 lat, utknęło pomiędzy stoiskami z gumkami, piórnikami i temperówkami. Wybieranie piórnika zajęło jej trzy kwadranse,
bo nie wiedziała czy lepiej kupić piórnik z pełnym wyposażeniem czy może
kupić sam piórnik a wyposażenie samej dobrać. W końcu kupiła piórnik
niezle "wypasiony", ale dokupiła gumki w różnych kształtach, na szczęście
bezzapachowe.
Wizyta w sklepach z odzieżą też była pouczająca, pomijając ilość ciuchów-
tam wolno było mierzyć bieliznę! Wybierało się kilka biustonoszy,
koszulek, majtek i szło się przymierzyć.
Wszystkie majtki miały wszytą w kroku zabezpieczającą wkładkę.
To co się zmierzyło a nie pasowało nam,wychodząc z przymierzalni wrzucało się do kosza. Podobnie było i z inną odzieżą.
Dziś u nas też przymierza się bieliznę osobistą, tyle tylko, że tam towar
po przymierzeniu szedł do pojemnika, a u nas wraca na półkę. U nich to
co było mierzone szło do odkażenia a potem było przecenione.
Dotyczyło to wszystkich towarów, które w czasie mierzenia dotykały ciała klienta.
Bywałyśmy również w sklepach "normalnych", z towarami nie na naszą
kieszeń. Do dziś pamiętam sklep z materiałami na sari, pełen cudownych
jedwabi we wszystkich kolorach, wzorzystych i gładkich oraz haftowanych
srebrem.
I jeszcze coś - uwielbiałyśmy wizyty w działach spożywczych, a najbardziej działy warzywno owocowe.
Wszystkie warzywa i owoce miały własne, przezroczyste małe boksy
a w nich pożądaną dla danego gatunku temperaturę i nawilżanie.Ponadto spoczywały na syntetycznej imitacji krótko strzyżonej trawy. Istna poezja.
I do dziś wspominamy młodego człowieka w garniturku, który małymi
nożyczkami ucinał końcówki strączków zielonego groszku, a minę miał
taką, jakby robił manicure jakiejś pięknej pannie.
Singapur jako miasto też zrobiło na nas wrażenie - na każdym kroku
widać było dobrą organizację w zakresie urbanistyki i architektury.
Wtedy najwięcej pięknych, nowoczesnych wieżowców było w Centrum
Finansowym Marine Bay.
Oprócz tych nowoczesnych budynków Singapur miał i nadal ma,
dzielnice etniczne: chińską, arabską, hinduską. Nadal główną handlową
arterią miasta jest Orchard Road.
Jak już pisałam do Singapuru należą także malutkie wysepki i jedna z nich
o nazwie Sentoza jest swoistym parkiem wypoczynku i rozrywki.
Na Sentozie spędziliśmy jeden cały dzień - niestety tylko dzień, bo
wieczorami też się tam odbywały całkiem ciekawe imprezy, np. światło
i dzwięk, ale niestety już nie było miejsc w tamtejszym hotelu.
Na Sentozę dostaliśmy się napowietrzną kolejką linową.
Oczywiście wyjście z kolejki na wyspę było tylko i wyłącznie przez
sklep z pamiątkami. Zresztą nawet ładnymi.
W ramach atrakcji pojechaliśmy kolejką jednoszynową dookoła Sentozy.
Gdy owa kolejka jechała było całkiem miło, ale gdy stawała, można było
zejść z gorąca.
Następną atrakcją była plaża nad laguną. Najbardziej rozczulił mnie napis
na tablicy stojącej na plaży, że nie wolno wchodzić do laguny w ubraniach
dżinsowych. Potem dopiero dowiedziałam się, że Hindusi wchodzą do wody
w tym, co aktualnie mają na sobie a dżins farbuje.
Na Sentozie jest też zachowany fragment prawdziwej dżungli, ale my
ograniczyliśmy kontakt z dżunglą do podziwiania jej z okna kolejki.
Po odświeżeniu się w lagunie podreptaliśmy na dalsze zwiedzanie i
złożyliśmy wizytę w insektarium. W dziale motyli przeżyliśmy naprawdę
niesamowite chwile, bowiem latały tu motyle, których rozłożone skrzydła
były niemal wielkości mojej dłoni a do tego były w pięknym niebieskim
kolorze, nazywały się morpho menelaus i strasznie szybko latały. Wśród przeróżnych roślin były poumieszczane karmidełka dla motyli.
Było też miejsce w którym wisiały motyle w kokonach,oczekując na swe
narodziny. Jedyne co mi się nie podobało to - żywe skorpiony.
Poza tym na Sentozie była "wrotkarnia" i jeszcze wiele innych atrakcji,
do których nawet nie mieliśmy zamiaru się wybrać, bo upał odbierał
nam chęć do życia. Idąc do którejś z kawiarenek, nagle stanęłam jak
wryta - obok ścieżki, na trawniku stała palma - była płaska,środkowa
część pnia była lekko różowa, liście w kształcie wachlarza były
turkusowo- zielone. Pokazałam tę palmę córce i mężowi i obśmieliśmy
się zgodnie z moich podejrzeń, że palmy przy budynku terminalu były
tworem sztucznym.
Wracaliśmy z Sentozy promem. We wszystkich widocznych miejscach
były tabliczki z różnymi zakazami i informacją o wysokości kary za
złamanie zakazu.
Na promie oczywiście nie wolno było palić tytoniu- kara 2000 tys. dolarów
singapurskich (wtedy to ok.1000$ amerykańskich).
Generalnie w całym Singapurze wszędzie było pełno tabliczek z różnymi
zakazami.
Przez cały czas tylko raz widziałam policjantów - stali w bramie w pobliżu
jakiejś chińskiej świątyni, bo przed nią "tańczył smok" i stało wielu
turystów podziwiających ten taniec.
Najczęściej miałam wrażenie, że policja ukrywa się pod płytami
chodnikowymi - nie słychać było syren policyjnych, nie widać było ich
samochodów a nagle wyrastali jak spod ziemi.
Jak pisałam Singapur jest z założenia i nazwy Republiką Demokratyczną.
A tak naprawdę jest to dyktatura oświecona.
Media są własnością państwa i to ono dyktuje co i jak należy napisać
i w jakiej kolejności. Naczelna zasada - o Singapurze piszemy tylko
dobrze, eksponujemy sukcesy obywateli tego kraju.
Każdy, bez względu na to, czy jest obywatelem Singapuru czy innego
kraju, musi przestrzegać praw obowiązujących w Singapurze, a jeśli
ich nie przestrzega to podlega karze.
Najsurowiej karane jest handlowanie narkotykami i ich posiadanie.
Nie tylko więzienie za to grozi - kara śmierci również. Zresztą Singapur przoduje w światowym rankingu krajów w których wykonywane są wyroki śmierci.
Każde zgromadzenie powyżej 4 osób musi być zgłoszone odpowiednim
organom.
Zaopatrzenie sklepów mogło odbywać się albo nad ranem albo póżnym
wieczorem. Wszystkie magazyny są lokowane poza centrum, a ciężarówki
dostawcze mają ściśle wyznaczone godziny wjazdu do centrum oraz dopuszczalną ładowność.
Wjazd do centrum dla samochodów osobowych był płatny i to sporo.
Za każdy zakupiony samochód był wyznaczony wysoki podatek, co
owocowało brakiem starych rzęchów (bo podatek nie różnicował czy
kupiony samochód jest stary czy nowy). W związku z tym po mieście
jezdziły głównie europejskie, drogie samochody.
W mieście była tylko jedna korporacja taksówkowa. Nawet wtedy, gdy
jeszcze nie było metra, komunikacja miejska działała sprawnie.
Metro w Singapurze ma trasy podziemne tylko w centrum, poza miastem
są to trasy nadziemne.
Miasto budowało dla swych obywateli mieszkania komunalne- ale nie
darmowe. Za ich wynajem trzeba było płacić.
Najczęściej były to 3-4 wysokie budynki z własną infrastrukturą typu
sklep wielobranżowy, plac zabaw dla dzieci, basen.
W tych budynkach w każdej windzie były zainstalowane czujniki moczu,
bo mieszkańcy mieli brzydki zwyczaj (ponoć Malajowie) sikania właśnie
w windzie.
Oczywiście w każdej windzie była tabliczka z zakazem sikania w kabinie,
ale dopiero zainstalowanie czujników poprawiło sytuację.
Czujnik uruchamiał alarm i jednocześnie blokował wyjscie z windy temu,
kto naruszył przepis. Kara wynosiła 500 dolarów lub więzienie gdy
winny był niewypłacalny.
Singapur należy do najbogatszych państw świata i ma chyba najwyższe
różnice poziomu majątkowego obywateli.
Emerytura jest kwotą symboliczną, jednakową dla wszystkich i nie zależy wcale od zarobków.
Każdy musi sam zadbać o zabezpieczenie na starość.
Plusem Singapuru jest łatwość legislacji swojej własnej firmy, jasność i
logiczność przepisów dotyczących działalności gospodarczej oraz
niskie podatki.
Był jeszcze jeden "plus" Singapuru - czułam sie tam bezpiecznie na ulicy
bez względu na porę. Prawie każdego wieczoru włóczyliśmy się po
mieście do pierwszej, drugiej, bo nie dokuczał już upał -26 stopni nocą
to bardzo miła temperatura.
Ulice były jasno oświetlone a brak otwartych sklepów nam nie przeszkadzał.
W pazdzierniku ub. roku moja córka była służbowo w Singapurze.
Stwierdziła, że "tamtego Singapuru,w którym byłyśmy już właściwie
nie ma, nawet hotel, w którym mieszkaliśmy został rozebrany i teraz jest
nowy, o wiele wyższy, a Sentoza to gniazdo kiczu. Dzielnice etniczne
straciły swój charakter, przypominają po remontach dekorację teatralną".
No cóż, świat się zmienia, a w mej pamięci pozostanie Singapur
z 1989 roku. Roku Okrągłego Stołu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)