drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 17 kwietnia 2016

Wreszcie coś kwitnie!




Wreszcie na moje osiedle zawitała wiosna.
Z kilku magnolii zasadzonych w "prywatnych" ogródkach tylko ta jedna
zakwitła. Pewnie bardzo o nią jesienią i zimą dbali. 
Jeszcze nie wszystkie drzewka owocowe kwitną. To są tzw."ostańce",
czyli pozostałość po przydomowych ogrodach, które tu kiedyś były.
Bo nowe warszawskie osiedla przez długie lata powstawały na terenach
zajmowanych przez domki jednorodzinne. 
Oczywiście domki były jedynie z nazwy  jednorodzinne- na  ogół
mieszkało w nich kilka rodzin, więc gdy takie  osiedle  likwidowano to 
okazywało się, że osiedle mające 100 domków "pożera" nie 100
mieszkań w nowo wybudowanym osiedlu ale kilkaset. I  w ten sposób
budowniczowie nowej Warszawy powodowali permanentny brak
mieszkań, bo ci wysiedleni mieli oczywiście pierwszeństwo w otrzymywaniu mieszkań. 
Nie muszę chyba dodawać, że gdy tylko ludzie przekonali się,że na takim 
osiedlu przeznaczonym do wyburzenia każda rodzina z "jednorodzinnego" domku dostaje osobne, nowe mieszkanie, gwałtownie wzrosła ilość współlokatorów takich domków.
I wiele, bardzo wiele osób było bardzo zadowolonych z tego stanu rzeczy-
oczywiście oprócz tych, którym wciąż wydłużały się terminy otrzymania
mieszkania.
My, od  chwili zgromadzenia wymaganej wpłaty własnej, czekaliśmy na
własne M3 "tylko" 9 lat. Być może, że gdyby była nam obojętna lokalizacja,
to dostalibyśmy to mieszkanie ze dwa lata  wcześniej.
A ta piękna brzoza rośnie tuż przed moim oknem. Została posadzona
jesienią 1973 roku.
A teraz zazieleniła się  dosłownie w ciągu tygodnia.
Bardzo lubię brzozy, ale wcale bym się nie pogniewała, gdyby pod mym
oknem  rosło takie oto kwitnące drzewo:


Jacaranda


sobota, 16 kwietnia 2016

weekendowo

                               Ta melodia nieodłącznie kojarzy mi się z morzem, plażą, wakacjami

Rozmarzyłam się od rana. Chodzi za mną rejs po Morzu Śródziemnym.
Naprawdę niewiele brakowało by było to marzenie zrealizowane, raptem
pół roku zabrakło do jego realizacji. Już miałam wybraną trasę, "radziecki
łącznik"  już omówił z nami trasę, zapewnił, że bilety na statek będą i....
u nas ogłosili stan wojenny. No i nici z tak pięknych planów.
A już w wyobrazni widziałam się na pięknym wycieczkowcu, wyobrażałam
sobie jak się wyleguję na leżaku obok  basenu pełnego wody morskiej, 
sącząc powolutku zimny, ożywczy napój, rozkoszując się morską bryzą i
ciepełkiem. 
Już obmyślałam jakie to ciuchy wezmę i co tym razem kupię w Stambule,
cieszyłam się ogromnie, bo rejs zaczynał się w Stambule, potem mieliśmy
płynąć do Warny, Trypolisu, Tunisu, Algieru,Neapolu , Aten i stąd już powrót
do Stambułu.
Głównie nocą mieliśmy pokonywać odległości pomiędzy miastami, dni były
przeznaczone na zwiedzanie.
Rok wcześniej na takim rejsie był mój ślubny i postanowił, że teraz kolej 
moja i córki.
Wyżywienie ponoć było super,  w każdy wieczór dancing (to akurat mojemu
nie pasowało)  dobra muzyka albo jakiś seans filmowy. I miało być super.
A zamiast tego był ośrodek wczasowy 60 km od stolicy i oganianie się
od komarów, bo ośrodek w  lesie był. 
No a po stanie wojennym już nie było takich możliwości. 

Ogólnie biorąc to ja mam pecha do realizacji marzeń - jako dziecko marzyłam by tańczyć w balecie.
Moja edukacja w balecie zakończyła się w czasie drugiego roku - zrobiłam
szpagat i nagle straszliwie zabolało mnie kolano. 
Potem było bieganie od jednego ortopedy do drugiego, Rtg nic nikomu nie
rozjaśniło, a kolano wciąż puchło i bolało a ja nie mogłam ćwiczyć. 
W końcu jak niepyszna wróciłam do  normalnej szkoły.
Kolano bolało mnie przez 35 lat, aż wreszcie okazało się, że  mam pozytywny
test łąkotkowy i kolano zoperowano.
Nawet nie wyobrażacie sobie co to za uczucie, gdy stajesz na bolącej dotąd nodze a tu....zero bólu, można bezkarnie ją zginać i też nie boli.
To było nawet piękniejsze niż pierwsze pointy** i oklaski na występach.
Przy okazji  wyszło na jaw, że jestem wybrakowanym egzemplarzem bo mam
zle zbudowane stawy kolanowe i nic dziwnego, że łąkotka popękała.
Drugie kolano też mi nawaliło, ale spokojnie  z nim chodzę dalej, czyli dobrze 
się prowadzę. 
Zgodnie z zaleceniami nie biegam, nie forsuję schodów, nie dzwigam i nawet
ćwiczę mięśnie czworogłowe ud a jeśli stoję to z zablokowanymi mięśniami,
by chronić kolana.
I tak na wszelki wypadek staram się nie marzyć o niczym - widać, że należę
do tych, którym marzenia się nie spełniają, więc po co się łudzić. 

Dziś mimowolnie byłam świadkiem dość burzliwej i wielce niewybrednej
wymiany zdań.
Panie kłóciły się niemal pod moimi oknami i przez moment pomyślałam, że to
może dwie posłanki z wrogich sobie frakcji się spotkały.
Ale nie, to były dwie sąsiadki- pani "A" ma córkę, która  ponad 10 lat temu
powiła dziecię, którego ojcem jest syn pani "B".
Młodzi dziecko spłodzili, ale pani "B" była zdania, że jej synek nie powinien
się żenić "z taką wywłoką" jak córka pani "A". 
Pani "A" też nie chciała by zawierali małżeństwo, bo ów skarbuś pani "B
trudnił się okradaniem mieszkań i samochodów i co jakiś czas szkolił się
w więzieniu.  Zadowoliła się tym, że uznał dziecko za swoje i jej córka 
wystąpiła o alimenty. 
No ale sami wiecie jak wygląda ściągalność alimentów - kochany synuś pani 
"B" ani nie płacił, ani nie interesował się dzieckiem.
Pani "B" też się  dzieckiem nie interesowała, bo to było dziecko "wywłoki"
Po kilku latach, córka pani "A" poznała odpowiedzialnego chłopaka, wyszła za niego za mąż, wyprowadziła się z W-wy i urodziła jeszcze dwoje dzieci.
Drugi mąż, który pokochał swą pasierbicę chciał ją zaadoptować, ale ojciec
biologiczny dziecka stanął okoniem - po jego trupie, nie pozwoli bo kocha
dziecko. Nie feler, że  nie płacił alimentów  (przecież siedział często w pace),
że dziecka nie odwiedzał (tłumaczenie jak wyżej), że nawet nie bardzo wie
jak córka ma na imię,bo (tłumaczenie jak wyżej) ale on ją kocha. 
I dziś, pani "A" i pani "B"   omawiały ten problem - do konsensusu nie doszło,
ale nawymyślały sobie  zdrowo i soczyście.
A jak pamiętam, to one się nawet kiedyś przyjazniły, ale to były czasy, gdy
ich dzieci jeszcze były w szkole podstawowej. 
Czasem nawet nie trzeba włączać  telewizora by mieć kiepską rozrywkę. 

**
pointy- baletki umożliwiające stanie na samych czubkach palców.               

środa, 13 kwietnia 2016

Mix

W poniedziałek doświadczyłam "dobrej zmiany" na własnej skórze. Zaczęłam
właśnie kolejny cykl rehabilitacji i doznałam lekkiego szoku. Jestem pacjentką tej placówki od 5 lat i zawsze skład personelu był ten sam- teraz jedyne znajome twarze były na recepcji i to w towarzystwie obcych.
Oczywiście można uznać, że rehabilitant to rehabilitant  , ale.... poprzednio, czyli jeszcze jesienią pracownicy byli znacznie przytomniejsi i bardzo dobrze zorganizowani. I jakoś nikt nie używał w stosunku do pacjentów słówka "niech", ale zastępował je słowem "proszę" i tu następowała dalsza część zdania "wejść do kabiny X" , ja zaraz  przychodzę". To niby drobiazg, więc może się czepiam. 
Ale na podłączenie do aparatury czekałam długo, potem musiałam się przejść, by się doczytać co też mi lekarz przepisał (gdy chciałam to zrobić jak zawsze dotąd zaraz po wejściu na teren fizykoterapii, zostałam ofuknięta) bo 
personel oczywiście nie wiedział, a potem wcisnęli mi ankietę do wypełnienia.
Ankieta dotyczyła mojej historii zdrowotnej "od początku świata" , więc stwierdziłam,że nie widzę powodu jej wypełniania, bo cała dokumentacja  jest już w mojej karcie zdrowia,  a poza tym kto ma się podpisać w miejscu, "podpis lekarza"- pani wzruszyła ramionkami i powiedziała "jakiś lekarz".
Ponadto dowiedziałam się,  że mam już innego lekarza prowadzącego i nie
mam już szans na wybranie sobie innego lekarza.
Ekipa lekarska też się mocno zmieniła.
I mam przeczucie, że była to moja ostatnia wizyta w tej placówce.
                                                *****
Dziś byłam po raz ostatni u mego nowego dentysty. 
Już mam śliczne, nowiutkie dwa trzonowce, przejrzał mi ponownie uzębienie
i.....zero ubytków, wszystko całe i zdrowe.
Pocieszyłam pana dentystę, że z całą pewnością mój ślubny mnie zastąpi, bo
on ciągle ma jakieś ubytki. 
                                               *****
Odbierałam dziś w pobliskim empiku zamówioną książkę i przy okazji 
zerknęłam na stolik z nowościami - tu też widoczna "dobra zmiana"-same arcydzieła z gatunku Lenin w czapce i bez czapki, tyle tylko, że dotyczą innej osoby.
Jedyne  co mi w tej proponowanej lekturze odpowiadało to...cena, od 9,90
do 14,90. Ciekawe czy w związku z ceną wzrośnie procent tych, co czytają
książki.
 

niedziela, 10 kwietnia 2016

Mix

Od poniedziałku zaczynam znów dwutygodniowy cykl rehabilitacji. 
I, przyznaję się bez bicia, że jakoś wcale się nie palę. 
Już sama myśl o tym, że co dzień będę jezdziła na 14,30 mało mnie  bawi. 
Pogoda dziś od rana cudna, leje lub pada, co niewątpliwie dobrze wpłynie na 
miejską zieleń. 
W środę idę ostatni raz do mego cudownego dentysty. W piątek spędziłam 
niemal godzinę z otwartą paszczęką. Mam odbudowane dwa trzonowce, teraz już tylko założenie koronek. Całość zamknie się finansowo w kwocie 1700zł.
Ale mam też dobrą wiadomość - ząb, który poprzednia moja dentystka koniecznie chciała mi zaplombować (wmawiając mi, że ma próchnicę) wcale próchnicy nie ma, co mi pan dentysta udowodnił.
No i znów będę miała na jakiś czas spokój z zębami - u mnie to zawsze około
 7-10  lat.
                                                         *****
Zastanawiam się nad najnowszym projektem wybicia od zaraz 40000 dzików
w ramach zapobiegania "afrykańskiemu pomorowi świń". 
Z tego co pojęłam to dziki z Białorusi roznoszą tę zarazę  przekraczając bez
żadnego świadectwa zdrowia naszą granicę. Co dziwniejsze nakaz odstrzału
obowiązuje od zaraz,a teraz jest właśnie czas gdy lochy mają małe i je
karmią.
Oczywiście dziki będą wybijane "jak leci", no bo jak sprawdzić z daleka który
dzik jest polski a do tego nie jest nosicielem zarazy?
To, że wybiją te 40 tysięcy dzików wcale nie jest żadną gwarancją, że
następne dziki z Białorusi i Ukrainy nie dotrą do Polski.
Może rozsądniej byłoby zastanowić się nad innymi sposobami zabezpieczenia
polskich dzikich i hodowlanych świń przed owym afrykańskim pomorem.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że w Polsce, a zwłaszcza w formacji rządowej
krąży wirus niszczący mózgi rządzących.
A właściwie pod hasłem "dobrej zmiany" kryją się dwa wielkie projekty:
pierwszy to projekt Wisła (pogłębiać dno i trzymać się koryta) a drugi to
totalne zniszczenie kraju i powrót do czasów PRL oraz kultu jednostki.
Efekty "dobrej zmiany" już widać - vide stadnina koni w Janowie Podlaskim.
Druga sprawa -przeniesienia służbowe w prokuraturach, o których obecny
pan dwuwładza mówi, że on tylko podpisuje, nie wskazuje palcem kto ma
być przeniesiony. Aż zazdroszczę  tym co wskazują palcem kogo przenieść-
mają okazję do pozbycia się tych, co się narazili lub nie daj Boże, byli nieco
mądrzejsi od wskazującego paluszkiem.
Kiedyś narzekałam, że urodziłam się ze 100 lat za wcześnie- teraz owo
narzekanie nieco zmieniłam - dlaczego właśnie tutaj a nie w jakimś  bardziej
normalnym kraju? 
                                                 *****
Jestem w trakcie ustalania nowej, wyższej dawki hormonu tarczycy i bardzo
śmiesznie to wygląda-  od poniedziałku do piątku biorę niższą, 
dotychczasową dawkę hormonu , w sobotę i niedzielę- wyższą.
W związku z tym przez 5 dni jestem lekko śnięta, w sobotę popołudniem
zaczynam odżywać a w niedzielę wreszcie działam jak trzeba. 
W poniedziałkowe popołudnie wszystko wraca do stanu "zwolnionych obrotów".
W maju mam termin wizyty u p. endokrynolożki.
Podejrzewam, że będę  brała jednak stale wyższą dawkę.
I tym optymistycznym akcentem kończę ten dziwny mix.
Do poczytania;)

wtorek, 5 kwietnia 2016

Po co kobiecie sobota i niedziela?

Odpowiedz na to pytanie wcale nie jest prosta, bo zależy od wieku i statusu
kobiety.
Jeżeli kobieta jest jeszcze w wieku produkcyjnym (czyli pracuje na dwóch
etatach - dom i praca zawodowa) sobota i niedziela są po to, by nadrobiła
biedula wszelkie domowe zaległości typu zakupy, pranie, prasowanie, 
sprzątanie i znalazła kilka minut na zrobienie manikiuru lub maseczki przywracającej ulatniającą się cichcem urodę.
Przez wiele lat sobota i niedziela były dla mnie dniami intensywnej pracy
biurowej, bo cały tydzień leniłam się w domu wożąc dziecko do i ze szkoły,prowadząc jej rehabilitację oraz wykonując wszystkie prace domowe i
oczywiście sprawy służbowe.
I wreszcie nastał dla mnie cudowny czas luzu - emerytura.
Obowiązków niemal zero, wszystko mogę,  niczego nie muszę.
No a skoro mogę, a nie muszę, to w minioną sobotę naszła mnie chęć
przycięcia zeschniętych gałęzi winorośli i winobluszczu, które od wielu lat
panoszą się  na balustradzie mej loggii. 
Podreptałam z sekatorem w garści do ogródka, co wzbudziło wśród moich
sąsiadów niemałą sensację, bo rzadko zdarza mi się w tym ogródku bywać.
Wkrótce mieli całkiem niezłe widowisko. 
Zaczęłam walczyć z tymi gałązkami zupełnie niczym Don Kichot z wiatrakami.
Co obcięłam jakąś gałązkę, mym oczom zaraz ukazywały się następne i 
następne- coraz grubsze i coraz  bardziej uschnięte i, co już gorsze, sięgające
piętra wyżej i bardzo mocno uczepione krat.
Ku radości sąsiadów walczyłam zaciekle  by je oderwać z krat mojej loggii 
i tej piętro wyżej. Metoda była dość prosta ale i widowiskowa zarazem.
Łapałam gałąz i ciągnęłam co sił , chwilami wykonując ( z gracją słonia)
dziwne przysiady. 
Szarpałam i szarpałam, aż sąsiadka zza mojej ściany wychyliła się z okna
doradzając: " nie męcz się tak, podpal, uschnięte wtedy same odpadną"
i z diabolicznym uśmieszkiem wycofała się w głąb mieszkania.
Po godzinie  szarpania się uzyskałam stan niejakiej jasności sytuacji - muszę
poprosić panów z ADM by mi wykarczowali oba pnącza a w ich miejsce
posadzić jakieś pnącze zimozielone, odporne na mróz. Może hederę helix?
Kiedyś rosła mi w dużej donicy na loggii hedera helix ale  potem została ewakuowana na przykrycie płotka od strony ulicy.
Na razie  zostawiłam te gałązki, które już zaczęły wytwarzać pąki
Czeka mnie więc znów wertowanie stron sklepów ogrodniczych, tym razem 
pod kątem wyszukania pnącza zimozielonego i mrozoodpornego, ale jeśli wybiorę hederę, bo wystarczy jak ukorzenię kilka gałązek z tego co rośnie pod oknem kuchennym i znów je posadzę w dużej donicy na loggii.
Już sobie wyobrażam co usłyszę od  męża: "to po co sadziłaś pod loggią tę
winorośl i winobluszcz???"  
A w niedzielę "idąc za ciosem" dokończyłam prace porządkowe na loggii.
No cóż, nie było to miłe zajęcie bo wielce brudne i męczące. 
Ale się zawzięłam i udało mi się. Tylko pająki są mało zadowolone bo
zupełnie nagle musiały opuścić swe skrytki. 
Zaspane biedronki też zapewne nie były zadowolone ze zmiany lokalizacji.
                                                    *****
Nie samymi kwiatkami człowiek żyje i w ramach "samoszkolenia" poczytałam
 nt. pierwszych mieszkańców Ameryki. 
Najnowsze odkrycia obalają tezę, jakoby najstarsi mieszkańcy przybyli z Azji
poprzez  czasowy pomost, jaki powstał w Cieśninie Beringa.
Ostatnie odkrycia, poparte badaniami genetycznymi wskazują, że pierwszymi
przybyszami byli  australijscy aborygeni, którzy przybyli znacznie
wcześniej od ludu przybyłego poprzez Cieśninę Beringa.  Prawdopodobnie
przybyli na nowy ląd przed 40 tysiącami lat.
Naukowcy przebadali DNA 30 grup rdzennych mieszkańców Ameryki 
Środkowej i Południowej i porównali je z materiałem genetycznym 197 populacji z całego świata. Okazuje się, że Indianie  amazońscy, a dokładnie 2% ich
obecnej populacji to potomkowie australijskich aborygenów. 
I jak to zawsze z każdym nowym odkryciem - wyjaśnia mało, ale pozostawia
wiele pytań. 
 

niedziela, 3 kwietnia 2016

Myśli zupełnie niepoukładane

Przeczytałam przed chwilą dwa posty Stokrotki.
Wprawiły mnie nie tylko w dobry humor, ale i przypomniały mój własny pobyt
przed wielu, wielu laty w sanatorium bardzo specjalistycznym, bo "dla  stanów
pożółtaczkowych". 
No cóż, zdarzyło mi się w młodości załapać na wirusowe zapalenie wątroby  
 typu B, czyli wszczepiono mi  tego wirusa. Ówczesne autoklawy nie osiągały temperatury ponad 300 stopni  Celsjusza, a w niższych ten wirus nie rozstaje 
się z życiem.
Zaraz po leczeniu w szpitalu chorób zakaznych, gdzie spędziłam calutki wrzesień
w wieloosobowym pokoju z zakratowanymi oknami, bez nawet najmniejszego
kontaktu z rodziną (widzeń nie było, automat telefoniczny wiecznie nieczynny) wysłano mnie na cztery tygodnie właśnie do tego specjalistycznego sanatorium, które było w Długopolu Zdroju.
Mój ówczesny narzeczony odwiózł mnie na miejsce, a ja całą drogę usiłowałam
sobie wyobrazić jak tam będzie, bo w moim pojęciu do sanatorium kierowano
ludzi w wieku zbliżonym do emerytalnego lub też tuż przed zgonem, a ja byłam
jeszcze bardzo młoda (miałam raptem 20 lat) i perspektywa pobytu tam bardzo
mnie przerażała.
Pokój przydzielono mi całkiem znośny, zaledwie trzyosobowy - jedna z pań
była około trzydziestki, druga już po pięćdziesiątce - wdowa, której męża
rozjechał wieczorem pijany czołgista. Mąż był trzezwy.
W tym czasie w Długopolu Zdroju były trzy budynki sanatoryjne oznaczone
z wielkim polotem: sanatorium I, sanatorium II, sanatorium III.
Moje lokum było w tym sanatorium III, jadalnia i zabiegi znajdowały się
w budynku sanatorium I. Nie było to daleko, około 400 metrów. 
Tak ogólnie rzecz biorąc całe Długopole  Zdrój to były te trzy sanatoryjne  budynki i Park Zdrojowy z kawiarnią oraz kilka małych domków autochtonów.
Krajobraz uzupełniał przystanek PKS- bardzo ważny, bo łączył to zadupie
z cywilizacją o nazwie Bystrzyca Kłodzka.
Żadnego kiosku "Ruchu", sklepiku lub też biblioteki. Jeśli ktoś miał ochotę
na kontakt  z prasą to musiał wybrać się PKS-em do Bystrzycy, co należało
do pozycji zabronionych.
Pierwsza wizyta w jadalni podniosła mnie na duchu - sporo było osób młodych.  Chyba  ci wszyscy młodzi mieli podobne do moich wątpliwości, bo ponad zastawionymi dietetyczną karmą stolikami krzyżowały się pełne ciekawości spojrzenia i uśmiechy.
Ku memu zdziwieniu okazało się, że w tym miejscu wszyscy musieliśmy bywać
5 razy dziennie na posiłkach, a w określonych godzinach na nagrzewaniach
organu zwanego wątrobą. Po obiedzie, więc regularnie zasypiałam.
Po kolacji większość kuracjuszy czas wolny spędzała w kawiarni Domu Zdrojowego, gdzie codziennie były tańce- przytulańce. 
I zupełnie jak w piosence Młynarskiego, do tańca grał pianista. Oczywiście grał
tylko "powolne kawałki", ponieważ nieco żywsze rytmy były zabronione. 
Tak ogólnie kuracjusze  mieli się dietetycznie odżywiać pięć razy dziennie,
wolnym krokiem pokonywać ścieżki Parku Zdrojowego i gasić światło o 22,00.
Zabronione były wszelkie wyprawy turystyczne na okoliczne górki jak również
wieczorne wyprawy do Bystrzycy na prawdziwe dancingi i testowanie kuchni
regionalnej.
Wieczorem pielęgniarki przychodziły gasić światlo w pokoju i sprawdzić czy
czy są wszyscy na swoich miejscach.
W ramach dodatkowych rozrywek mieliśmy wykłady nt. prawidłowego odżywiania się przez najbliższy rok, bo przez cały rok musieliśmy być na diecie. Trzeba przyznać, że były to całkiem fajne wykłady, bo tłumaczono jak
zmienić normalne jedzenie w dietetyczne i smaczne.
Jedno co jest pewne- to czym nas karmiono było naprawdę smaczne i bardzo
estetycznie podane. Niestety miało podstawową wadę - wszyscy w obłędnym
tempie przybieraliśmy na wadze. 
Nie powinno to nikogo dziwić -przez cały pobyt w szpitalu każdy musiał pochłonąć szklankę-musztardówkę proszku glukozowego. Sposób spożywania był dowolny - na sucho lub w postaci płynu.
A jeśli ktoś nie był w stanie tego zjeśc/wypić to musiał leżeć codziennie pod
kroplówką z glukozy.W sanatorium już nie katowali nas owymi szklankami
sproszkowanej glukozy, ale wszystko było z dużą ilością glukozy. Bo chora
wątroba lubi  jedzenie chude i....słodkie.
Poznałam tam kilka b. miłych osób, w podobnym do mojego wieku, tworzyliśmy
bardzo zgraną i wesołą paczkę.
Pewnego dnia któreś z nas poczuło przemożną chęć na kogel-mogel. Ale kogel mogel wymagał zdobycia jajek.
Wysnuliśmy się z terenu sanatoryjnego w poszukiwaniu jakichś wiejskich
gospodarstw i przeżyliśmy jedno , wielkie rozczarowanie. Jajek albo nie mieli,
albo nie chcieli sprzedać.
Przy okazji okazało się jak piękne były poniemieckie zabudowania. Tyle tylko,
że przesiedleńcy z naszych wschodnich terenów zupełnie o nie nie dbali.
W kilku pokojowym domku z kuchnią i łazienką wszyscy mieszkali w jednym
pomieszczeniu- najczęściej w kuchni, z częścią inwentarza.
Jeśli w dniu, w którym zamieszkali była dziura w dachu, to nikt nie uważał za stosowne naprawić dach - dziura w dachu nadal była i nikomu nie przeszkadzało, że pomieszczenia zalewa woda i wszystko niszczeje. Byliśmy przerażeni i bardzo zdegustowani. 
Usiłowaliśmy się dowiedzieć czemu nikt nie dba o swój dom. Nie dbali , bo 
to nie oni postawili te domy, więc one nie były ich. Ich zostały daleko stąd.
I tak żyli z głowami wykręconymi na wschód, wspominając swe dawne gospodarstwa i patrząc obojętnie jak te niszczeją.
Niestety nigdzie  jajek nie nabyliśmy i kogel mogel pozostał niespełnionym
marzeniem każdego z nas.
Pod koniec pobytu z przerażeniem dostrzegłam, że wszystkie moje ciuchy jakoś dziwnie się skurczyły - niemal nie miałam w czym chodzić. Zaniepokojona
wskoczyłam na wagę i.....omal nie  zemdlałam. Przez miesiąc choroby i ten pobyt w sanatorium przytyłam 10 kg. Nic dziwnego, że wszystkie moje ciuchy zrobiły się za ciasne.
Nie mogę powiedzieć, że ten pobyt w sanatorium był zły- przynajmniej byłam
na odpowiedniej diecie, którą zakończyłam po powrocie do domu.
Nie mniej wiem jedno - nigdy więcej żadnego sanatorium. I tego się trzymam,
mocno i konsekwentnie.