drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 21 lipca 2019

I trochę muzyki

Dziś moje dwie ulubione piosenkarki -  Marie Laforet- dziś zapewne
już dawno zapomniana śpiewająca aktorka z Francji, urodzona w 1939roku.
W 1959 roku wygrała konkurs piosenkarski, w nagrodę  partnerowała
Alainowi Delon  w głośnym wówczas filmie "W pełni słońca".






 A druga moja ulubiona piosenkarka to Caro Emerald , której piosenki już tu
prezentowałam;




Miłego  nowego tygodnia dla Was Wszystkich!!!






sobota, 20 lipca 2019

Dziwne, ale......

........jeszcze  żyję.
Jak większość z Was  wie, jestem dziwadłem. Wielkim dziwadłem, takim
wielce nieprzewidywalnym. A poza tym wielce wkurzonym, bo od wczoraj
Google "przestało synchronizować   zdjęcia", czyli to co trafiało mi
automatycznie ze smartfona na "zdjęcia  Google" i miałam to już w kompie-
przestało trafiać. Podobno dotychczasowy tryb był mało intuicyjny. Ale dla
mnie był wielce wygodny i prosty.
Pogoń Google za "intuicyjnością" zrobiła  mnie osobiście "kuku". Aż się
zaczynam zastanawiać jakie jest  znaczenie  słowa "intuicyjność" zdaniem
informatyków - od dawna usiłuję to rozgryźć- bez powodzenia.
Poza tym - jak wiecie byłam wczoraj na imprezie - i to nie był dobry pomysł,
bo ja nie lubię  tłumów, festynów, jarmarków, odpustów.
A to właśnie była taka impreza - jedynym jasnym punktem było miejsce, czyli
mój ulubiony Ogród Botaniczny. Ale po kolei:
Na szczęście, wyjątkowo przytomnie, zrezygnowaliśmy z jazdy samochodem
i  pojechaliśmy autobusem. Nawet nie było tłoku, od nas to raptem  jest tylko
osiem przystanków, a do autobusu mamy ze 250 metrów.
Dojeżdżając rozglądaliśmy się dokładnie - nigdzie nie było nawet odrobiny
miejsca  na zaparkowanie choćby smarta, a więc  nasz wybór był wielce
słuszny.
Do innego niż zawsze wejścia  ogrodowego zmierzał tłum ludzi.
Część tak jak my z wykupionymi już biletami, niektórzy  dodatkowo stali  przy
kasach. Te wcześniej wykupione bilety były po 35,20€, te nabywane na miejscu
były o 4€ droższe. Dostaliśmy plan gdzie co się będzie  działo. I zaraz potem
przeszliśmy przez stanowisko, na którym sprawdzano nam torebki, plecaki itp.
I zaraz na wstępie, w okolicy budynków  szklarni, które potem będą grały główną
rolę poczułam, że to nie za bardzo mój klimat:
Ta zielona siatka z czerwoną tabliczką, po lewej stronie zdjęcia, skrywa
toczące się na terenie ogrodu prace czyli wykopy z gigantycznymi rurami.
Prace nieomal przecinają ogród na pół, na razie oszczędzając część środkową
przed szklarniami.



Na każdym większym trawniku królowały  rozstawione stoły, stoliki, ławy,
leżaki, namioty z  przeróżnym jedzeniem i napitkiem.
I tak w całym ogrodzie. Do tego, w jednej z głównych alei , gęsto stały obok
siebie  budki z  "wyżerką i napitkiem" rodem z różnych stron świata, bo jak
wiadomo, Berlin jest międzynarodowym miastem. Pomiędzy budkami były
miejsca do konsumpcji na stojąco lub siedząco.
W alejce kłębił się tłum ludzi, niemal wszystkie budki miały powodzenie.
Oprócz tych budek gastronomicznych były również budki z etniczną odzieżą,
w jednym widziałam b. ładne hinduskie szale (chyba ze sztucznego jedwabiu),
w innej królowały b. dziwne, aczkolwiek zabawne, żakiety nepalskie, kilka
budek  oferowało kapelusze  letnie, w jednej malowano henną wzory na
dłoniach, ze dwie prezentowały jakieś ozdobne  aniołki .
Były też trupy artystów wędrujące po całym ogrodzie. I te ich wszystkie
występy wywołały w  nas pewien smutek i....jakiś niesmak.  Bo były to
aż nazbyt widoczne chałtury- przechodzeni  artyści w mocno przechodzonych
strojach.
Może przesadzam, ale osobiście mnie nie bawią ani występy mimów, ani występ
pani kręcącej naraz 3 kółkami  hula hop, ani pan żonglujący piłkami tenisowymi
ani też clowni.
A wszystko w oparach  smażonych , gotowanych lub grillowanych dań. W wielu
miejscach między drzewami snuł się całkiem gęsty  dym.

Ten dziwnie odziany człowiek w cylindrze to "Pan Czekolada", budzący
wielkie zainteresowanie wśród dzieci, który właśnie wyruszył tą zatłoczoną
alejką.
W tym całym  chaosie trafiłam jednak na miłą chwilę, krótki występ pana
Jean Ghazala, saksofonisty. Grał świetnie, miło było posłuchać kilku
jazzowych kawałków.
Pogoda się "rozbujała" i było nie tylko gorąco ale i niestety duszno, pomimo
otaczającej nas zieleni, która nikogo  nie interesowała.
Nie da się ukryć, że największe zainteresowanie budziła strona gastronomiczna
tej imprezy - wszyscy dookoła coś przeżuwali.
Jedno co trzeba bezstronnie przyznać- organizatorzy zadbali o dostateczną ilość
koszy na odpadki, o ustawienie kilku dużych kontenerów ze strefą łazienkową,
wszystkie budki/kioski były czyste, nowe, rodem z jednej wytwórni.
Nie byliśmy jedynymi  osobami które  opuściły  dość wcześnie to  mało ciekawe
miejsce nie doczekawszy do godziny 22,00 gdy miały rozbłysnąć światłami
wszystkie szklarnie.
Zdecydowanie wolę Ogród Botaniczny w zwykły dzień, gdy przychodzą osoby
zainteresowane przyrodą a nie wyżerką.
No i znów się okazało, ŻE JESTEM DZIWNA


czwartek, 18 lipca 2019

Dobra rada.....

...... dla kobiet.

Jeżeli szukasz KOGOŚ kto:
- nigdy nie dotyka pilota, nie wrzeszczy podczas meczu,  przytula się do  ciebie
  gdy oglądasz romantyczny film;
-przyjdzie do twego łózka tylko po to by ci ogrzać zimne stopy i kogo możesz
  wypchnąć z łóżka gdy chrapie;
-kto nigdy nie krytykuje tego co robisz;
-kto słucha cię tak, jakby każde twe słowo było warte wysłuchania ;
-kto kocha cię bezwarunkowo i całkowicie to:
                            KONIECZNIE KUP PSA





Ale jeśli wolisz KOGOŚ kto:
- nie przyjdzie na twe wołanie;
-nie wraca na noc do domu lub wraca do niego tylko po to by zjeść i się
  wyspać;
-i zachowuje się tak, jakby sensem twego istnienia było zapewnienie mu
  szczęścia  to:
                             KUP KOTA  



lub :                           WYJDŹ  ZA  MĄŻ



I to byłoby na tyle, jak mawiał Klasyk;)

                        A taki był mój piesio w 2008 roku:



P.S.
Zdjęcia  1 i 2 z sieci;)


środa, 17 lipca 2019

Nicnierobienie, czyli.......

....to co najbardziej lubię robić.
Czasem mam wrażenie, że wierszyk zaczynający się słowami  "na tapczanie
siedzi leń, nic nie robi cały dzień"..... jest właśnie o mnie.
A  produkt końcowy mojego nicnierobienia wygląda czasem tak:
albo jest w innym kolorku




czasem w zupełnie innym kształcie:



lub jest naszyjnikiem "magicznym" bo jest  z "księżycowego kamienia":


 Ale wszystko to jest właśnie moje nicnierobienie. Nazwę nadała temu
moja znajoma, której pasją  życiową było wieczne sprzątanie i pucowanie
w domu wszystkiego. A musicie wiedzieć, że w domu była tylko ona i
jej mąż, brudzące dzieci były dorosłe i mieszkały  we własnych domach,
brudzący ukochany pies przeniósł  się za Tęczowy Most, goście, którzy
ewentualnie mogliby coś zabrudzić lub zaśmiecić bywali bardzo rzadko,
średnio przeciętnie ze  trzy razy w roku.
Wyobrażam sobie, jak ją musiał denerwować i zapewne gorszyć fakt, że
nawet przy psie sprzątałam raz na tydzień (pies miał myte łapki  po
każdym spacerze, a w deszczowy dzień  to i brzuszek  miał starannie umyty)
a gdy też się wybrał za Tęczowy Most to sprzątałam raz  na  dwa tygodnie.
Wpadła do mnie kiedys dość niespodziewanie i zastała mnie gdy buszowałam
w koralikach, zastanawiając się co by sobie ponawlekać - spojrzała na
porozstawiane różne pudełka i pudełeczka i stwierdziła: "no tak, ty jak zwykle
nic nie robisz." No i stąd wziął się termin "nicnierobienie".
To moje złamanie nieco mnie wytrąciło z owego "nicnierobienia" bo to
wymaga dość długiego przesiadywania, a dla stawów biodrowych siedzenie
ponoć jest zabójcze. I trochę w tym prawdy jest. Po dwóch, trzech godzinach
siedzenia  mam problem z wykonaniem pierwszych kilkunastu kroków.
Ale postanowiłam wrócić mimo wszystko do tego "nicnierobienia", bo mam
sporo rozpoczętych i niedokończonych projektów.
Zdjęcia kiepskie,  robione  telefonem a słońce znów strajkuje, widać bardzo
zmęczyło się świeceniem gdy byłam na spacerze.

poniedziałek, 15 lipca 2019

Nic, albo.....

....jeszcze mniej niż nic się nie dzieje.
Podobno pogoda jest zawsze, ale jeśli idzie o mnie, to mogłaby być nieco
lepsza, bo jeśli muszę zakładać  polarową bluzę żeby nie zmarznąć, to tak
jakby to była  wiosna a nie lato. Słońce strajkuje, wiatr wieje, niebo jakieś
takie szare. 
Mam tylko cichutką nadzieję, że w najbliższy piątek będzie cieplej, bo spory
kawałek nocy z piątku na sobotę mam spędzić pod gołym niebem, o tu:

czyli w Ogrodzie Botanicznym.
Dwie kolejne noce w roku (czasem w czerwcu, czasem w lipcu)  berliński
Ogród Botaniczny zamienia się w miejsce zaczarowane, gdzie króluje światło
i dźwięk. Podobno jest to najładniejsza  plenerowa impreza w Berlinie.
Z okazji  swoich urodzin jako prezent  urodzinowy dostałam 2 bilety na tę
właśnie imprezę. Nie mam pojęcia jaki będzie program, ale z tego co o tej
imprezie słyszałam i czytałam to jest "bajecznie". Pożyjemy - zobaczymy.
Zaczyna się to w piątek o godz. 18,00 i trwa do godz. 2,00 w nocy. Mam
nadzieję, że pogoda dopisze, nie będzie  deszczowo ani zimno i wszystko
Wam potem opiszę. Ale zdjęć nie obiecuję. A to zdjęcie wzięłam z sieci.

sobota, 13 lipca 2019

Sobota.....

.......słońce świeci, temperatura przyjazna, trochę ponad 20 stopni, a ja na dziś
przygotowałam muzykę lekką, łatwą i przyjemną.


 A poniżej ciekawostka  tak wyglądały wspólne początki mojej ulubionej
pary argentyńskiej:




A tak tańczą w tym roku:

Miłego, pogodnego weekendu dla Was;)

piątek, 12 lipca 2019

Świergotliwe ociupeństwo

No i znów będzie o niczym.
Jak zapewne wiecie  mam tu pod domem drzewa, co wygląda z mego balkonu
o tak:
Już od kilku dni, ilekroć jestem na balkonie słyszę dziwne ptasie trele
płynące z okolicy tego właśnie drzewa.
I dopiero wczoraj udało mi się zobaczyć małego solistę - jest wielkości
wróbla, tylko ma nieco dłuższy ogonek, na  łebku ma czerwoną "czapeczkę",
jasne "policzki", brzuszek kremowo -beżowy, skrzydełka w czarne i białe
poprzeczne paski a jego piosenka nie jest zbyt skomplikowana, ot kilka lub
kilkanaście piskliwych dźwięków ki-ki-ki-ki, szybko po sobie  następujących.
Małe to, ruchliwe, ale głosik ma dość mocny.
To po prostu dzięciołek. Samczyki mają czapeczki czerwone, samiczki- czarne.
I chyba mają tu swoją dziuplę, co może oznaczać, że to drzewo ma nieco już
spróchniałe drewno, bo dzięciołki robią dziuple tylko w spróchniałym drewnie,
mają wszak dość słabe dzióbki w porównaniu do dziobów swych  większych
kuzynów. Na ogół  pracowicie "wykuwają" dla siebie nawet trzy dziuple, jedną
lęgową, a dwie do noclegów.
Nie udało mi się tych maleństw sfotografować, bo strasznie ruchliwe te
ptaszyny, więc  wyszukałam ich fotki w necie i na stronie pani Haliny Kubiak
znalazłam portret pana dzięciołka:
zdjęcie ze strony www.halinakubiak.pl
Jeżeli lubicie zdjęcia ptaków  i nie tylko, zajrzyjcie na tę stronę koniecznie.

W czasie mojej ostatniej zimy  w Warszawie, do mojej ptasiej stołówki
przylatywała pani dzięciołkowa i pamiętam ile się naszukałam w książce by
dowiedzieć się co to za ptaszyna nawiedziła karmnik.
Tu od razu wiedziałam, że to dzięciołek, dzięki tej czerwonej czapeczce.
A na naszym podwórku urzęduje para drozdów, z wielką powagą spacerują
wzdłuż płotu obrośniętego winobluszczem i chyba mają niezłą wyżerkę,
bo jakieś coraz grubsze są. Tu w ogóle ptaki mają się świetnie, bo jest
dużo drzew i krzewów, wróbli obu gatunków multum. Podobnie jest z kosami,
śmiejemy się, że kos to ptak miejski. Za to nie ma, przynajmniej w mojej
dzielnicy, gołębi skalnych i srok. Jest kilka par gołębi leśnych i kilka par
synogarlic. I.....nie ma bezpańskich kotów tudzież psów.
Uwielbiam Berlin, naprawdę.