Wczoraj się dowiedziałam, że mój młodszy wnuczek choruje na bardzo dziwną,
nową i mało znaną chorobę, czyli zaburzenia w konstrukcji szkliwa zębów.
Pierwszy objaw jest bardzo mylący, bo ząb dziecka wygląda tak, jakby to
były początki próchnicy. I taką diagnozę stawia 95% stomatologów, bo mało
kto z nich słyszał o tym schorzeniu.
W tej chwili w Niemczech trwają bardzo intensywne badania by ustalić co może
być przyczyną tego zjawiska. Bo występuje ono w środowiskach, w których
rzadko występowała dotąd próchnica- a więc u dzieci które regularnie i
prawidłowo dbają o higienę zębów, są prawidłowo odżywiane od pierwszych
chwil życia. Leczenie takiego zęba tak jak zęba dotkniętego próchnicą nie
daje żadnej poprawy, ale wręcz szkodzi- taki ząb szybciej się rozleci.
Oczywiście intensywne badania przyczynowo- skutkowe trwają, ale to bardzo
długotrwały proces. Wiadomo, że dotyka głównie zęby stałe i zaczyna się
w chwili tworzenia się zawiązków zębów stałych.
Naukowcy podejrzewają, że owa wadliwa struktura szkliwa może być
spowodowana którymś środkiem chemicznym, który jest dopuszczony do
spożywania. Przecież niemal to wszystko co jemy i pijemy to chemia -
mniej lub bardziej szkodliwa.
Oczywiście przypadek sprawił, że u młodszego wykryto tę anomalię -
gdy starszy był w klinice stomatologicznej z powodu ropnia okołozębowego,
przejrzano i ząbki młodszego- ot tak, w ramach profilaktyki. I teraz młodszy
jest pod ścisłą obserwacją a na tym ząbku ma specjalną nakładkę.
Nie wykluczone jest, że wiele dzieci ma te zaburzenia w strukturze szkliwa,
ale skoro wygląd zęba wskazuje na "zwyczajną" próchnicę, to nie wykluczone
jest, że to wcale nie jest próchnica a właśnie owo dziwne zaburzenie.
No cóż, na razie tyle wiem- jak coś nowego "wypłynie" - doniosę.
drewniana rzezba
środa, 13 grudnia 2017
wtorek, 12 grudnia 2017
Navigare necesse est, vivere non est necesse
Zakładam, że nie każdy jak ja musiał się w liceum zmagać z łaciną, więc
oto tłumaczenie:
"Żeglowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością".
To wcale nie jest głupie- chcesz żyć to buduj statki, żegluj, poznawaj, handluj,
zdobywaj nowe terytoria.
Wczoraj, wciąż jeszcze na wpół żywa, obejrzałam program , dzięki któremu
poznałam 10 najlepszych i najciekawszych dawnych statków .
Okazuje się, że nasi przodkowie byli wielce pomysłowymi konstruktorami-
budowali statki transportowe ale i tworzyli flotę wojenną i to całkiem niezłą.
Już 1000 lat temu długie, szybkie i bardzo zwrotne statki Wikingów
przemierzały odległe morza i wiele rzek. Miały płaskie dno i wystarczało im
zaledwie 90 cm wody pod dnem łodzi, by mogły pływać. Tył i przód okrętu nie
różniły się od siebie budową, więc statek bez dodatkowych manewrów mógł
w razie potrzeby opuścić niegościnne wybrzeże.Wyposażone w żagle
i wiosła osiągały prędkość 30 km/godz. Najprawdopodobniej już na 500
lat przed Kolumbem dopłynęli do Ameryki, a w 885 roku Wikingowie oblegali
Paryż. Po blisko rocznym oblężeniu Wikingowie odstąpili od oblężenia
zabierając ze sobą 350 kg srebra w charakterze trybutu.
Wyobrażacie sobie jak pięknie musiały te łodzie wyglądać na Sekwanie?
Nawet nie podejrzewałam, że chińskie dżonki były pierwszymi statkami
wyposażonymi w grodzie. Ba, nie podejrzewałam także, że po chińskich
rzekach pływały statki- fortece. Były to olbrzymie płaskodenne barki,
którym napęd dawały - pedały. Żołnierze rytmiczym marszem w miejscu
napędzali tę pływającą budowlę.
Największa z nich była pięciokondygnacyjna i mogła pomieścić niemal
całą ówczesną chińską armię.
Barki przemierzały chińskie rzeki pilnując porządku w cesarstwie budząc
zarówno podziw jak i strach.
Jednym z ciekawszych statków floty wojennej był koreański statek geobukseon.
Był to statek opancerzony metalowymi płytami, które dodatkowo były
wyposażone w kolce, zwykle schowane pod rozłożonymi na wierzchu
słomianymi matami.Dzięki tym kolcom i płytom statkowi nie straszny był
jakikolwiek abordaż.
Dziób statku zdobiła metalowa głowa smoka, z której w czasie walki wydobywał
się trujący dym a na pokładzie dziobowym stały beczki z płonącą smołą.
W czasie jednej z bitew morskich 12 geobukseonów bez najmniejszego trudu
pokonało 30 japońskich statków wojennych.
tak właśnie wyglądał statek geobukseon, czyli statek żółw
Grekom też nie brakowało ciekawych pomysłów konstruktorskich.
Ich triery, długie na 38 metrów, wysokości 7 metrów i szerokości zaledwie 4
metrów zabierały na pokład 170 ludzi. Wioślarze byli ustawienie w trzech rzędach,
ale do dziś nie rozwiązano zagadki dotyczącej wiosłowania- czy wioślarze byli
ustawieni w pionie, czy też może trzech wioślarzy obsługiwało jedno wiosło.
Ale jedno jest pewne- pod Salaminą triery przegrały bitwę.
Chyba wszyscy kojarzycie kim był Kaligula.To ten cesarz rzymski, który rządził
Rzymem w latach 37-41 nowej ery, syn Germanika.
Postać kontrowersyjna, której wszelakie złe cechy objawiły się po przebytej
bardzo ciężkiej chorobie. Dzisiejsi medycy są zdania, że mogło to być zapalenie
opon mózgowych.
Kaligula lubił pławić się w przepychu i nakazał wybudowanie dwóch wielkich
statków- jeden z nich był statkiem- świątynią, drugi przestronnym statkiem
turystycznych- ot takim ekskluzywnym liniowcem jak... Titanic.
W obu wykorzystano najnowsze wynalazki, które "odkryto" na nowo wiele
wieków pózniej.
Statki posiadały pompy zęzowe oraz pompy tłokowe do ciepłej i zimnej wody.
Dysponowały ogrzewaniem podłogowym, miały kotwice wykonane z żelaza.
Miały nawet ruchome rzeżby, wprawiane w ruch przy pomocy łożysk
kulkowych.
Oba te wspaniałe statki, z nieznanych nam przyczyn, zostały zwodowane na
wulkanicznym jeziorze Nemi., 20 km na wschód od Rzymu.
Od wieków wiedziano, że na dnie jeziora spoczywają "jakieś wraki" ale dopiero
operacja osuszenia jeziora w latach 1928-29 pozwoliła na odkrycie tych dwóch
statków.
Nad wrakami statków Kaliguli zbudowano muzeum, które niestety podczas
działań wojennych zostało zbombardowane. Włosi winią za to Niemców, Niemcy
Amerykanów a muzeum- diabli wzięli.
I tak, dzięki chorowaniu znów dowiedziałam się czegoś ciekawego.
Szkoda tylko, że od tego oglądania jakoś nie wyzdrowiałam;(
oto tłumaczenie:
"Żeglowanie jest koniecznością, życie nie jest koniecznością".
To wcale nie jest głupie- chcesz żyć to buduj statki, żegluj, poznawaj, handluj,
zdobywaj nowe terytoria.
Wczoraj, wciąż jeszcze na wpół żywa, obejrzałam program , dzięki któremu
poznałam 10 najlepszych i najciekawszych dawnych statków .
Okazuje się, że nasi przodkowie byli wielce pomysłowymi konstruktorami-
budowali statki transportowe ale i tworzyli flotę wojenną i to całkiem niezłą.
Już 1000 lat temu długie, szybkie i bardzo zwrotne statki Wikingów
przemierzały odległe morza i wiele rzek. Miały płaskie dno i wystarczało im
zaledwie 90 cm wody pod dnem łodzi, by mogły pływać. Tył i przód okrętu nie
różniły się od siebie budową, więc statek bez dodatkowych manewrów mógł
w razie potrzeby opuścić niegościnne wybrzeże.Wyposażone w żagle
i wiosła osiągały prędkość 30 km/godz. Najprawdopodobniej już na 500
lat przed Kolumbem dopłynęli do Ameryki, a w 885 roku Wikingowie oblegali
Paryż. Po blisko rocznym oblężeniu Wikingowie odstąpili od oblężenia
zabierając ze sobą 350 kg srebra w charakterze trybutu.
Wyobrażacie sobie jak pięknie musiały te łodzie wyglądać na Sekwanie?
Nawet nie podejrzewałam, że chińskie dżonki były pierwszymi statkami
wyposażonymi w grodzie. Ba, nie podejrzewałam także, że po chińskich
rzekach pływały statki- fortece. Były to olbrzymie płaskodenne barki,
którym napęd dawały - pedały. Żołnierze rytmiczym marszem w miejscu
napędzali tę pływającą budowlę.
Największa z nich była pięciokondygnacyjna i mogła pomieścić niemal
całą ówczesną chińską armię.
Barki przemierzały chińskie rzeki pilnując porządku w cesarstwie budząc
zarówno podziw jak i strach.
Jednym z ciekawszych statków floty wojennej był koreański statek geobukseon.
Był to statek opancerzony metalowymi płytami, które dodatkowo były
wyposażone w kolce, zwykle schowane pod rozłożonymi na wierzchu
słomianymi matami.Dzięki tym kolcom i płytom statkowi nie straszny był
jakikolwiek abordaż.
Dziób statku zdobiła metalowa głowa smoka, z której w czasie walki wydobywał
się trujący dym a na pokładzie dziobowym stały beczki z płonącą smołą.
W czasie jednej z bitew morskich 12 geobukseonów bez najmniejszego trudu
pokonało 30 japońskich statków wojennych.
tak właśnie wyglądał statek geobukseon, czyli statek żółw
Grekom też nie brakowało ciekawych pomysłów konstruktorskich.
Ich triery, długie na 38 metrów, wysokości 7 metrów i szerokości zaledwie 4
metrów zabierały na pokład 170 ludzi. Wioślarze byli ustawienie w trzech rzędach,
ale do dziś nie rozwiązano zagadki dotyczącej wiosłowania- czy wioślarze byli
ustawieni w pionie, czy też może trzech wioślarzy obsługiwało jedno wiosło.
Ale jedno jest pewne- pod Salaminą triery przegrały bitwę.
Chyba wszyscy kojarzycie kim był Kaligula.To ten cesarz rzymski, który rządził
Rzymem w latach 37-41 nowej ery, syn Germanika.
Postać kontrowersyjna, której wszelakie złe cechy objawiły się po przebytej
bardzo ciężkiej chorobie. Dzisiejsi medycy są zdania, że mogło to być zapalenie
opon mózgowych.
Kaligula lubił pławić się w przepychu i nakazał wybudowanie dwóch wielkich
statków- jeden z nich był statkiem- świątynią, drugi przestronnym statkiem
turystycznych- ot takim ekskluzywnym liniowcem jak... Titanic.
W obu wykorzystano najnowsze wynalazki, które "odkryto" na nowo wiele
wieków pózniej.
Statki posiadały pompy zęzowe oraz pompy tłokowe do ciepłej i zimnej wody.
Dysponowały ogrzewaniem podłogowym, miały kotwice wykonane z żelaza.
Miały nawet ruchome rzeżby, wprawiane w ruch przy pomocy łożysk
kulkowych.
Oba te wspaniałe statki, z nieznanych nam przyczyn, zostały zwodowane na
wulkanicznym jeziorze Nemi., 20 km na wschód od Rzymu.
Od wieków wiedziano, że na dnie jeziora spoczywają "jakieś wraki" ale dopiero
operacja osuszenia jeziora w latach 1928-29 pozwoliła na odkrycie tych dwóch
statków.
Nad wrakami statków Kaliguli zbudowano muzeum, które niestety podczas
działań wojennych zostało zbombardowane. Włosi winią za to Niemców, Niemcy
Amerykanów a muzeum- diabli wzięli.
I tak, dzięki chorowaniu znów dowiedziałam się czegoś ciekawego.
Szkoda tylko, że od tego oglądania jakoś nie wyzdrowiałam;(
piątek, 8 grudnia 2017
Najnowsza moja.....
....mikstura.
Kochani, zamiast dziękować każdemu z osobna, to dziękuję Wam wszystkim-
Wasze życzenia zmobilizowały mnie do:
1.Położenia się do łóżka zaraz po odwiezieniu Krasnala do szkoły, co nastąpiło
około godz.8,15
Przespałam (ku wielkiemu zaniepokojeniu męża) aż do godz.15,00.
Nie wiem jak jest u innych, ale ilekroć coś mi nawala, sen jest dla mnie
podstawowym lekiem.W każdym razie obudziłam się nie tyle zdrowsza co
nieco bardziej przytomna. Postanowiłam nawet, że wybiorę się do lekarza, ale
gdy zmierzyłam sobie temperaturę (35,9 a normalnie mam 35,1) , obejrzałam
gardło z fantastycznym ropnym nalotem na prawym migdałku i sięgnęłam do
zasobów pamięci w swoim osobistym, biologicznym komputerze ( tzn.mózgu),
zrezygnowałam z tego pomysłu, bo zaraz stanął mi przed oczami horror, który
przeszłam po ostatniej kuracji antybiotykowej.
Pomysł z pójściem do lekarza został SKREŚLONY.
Nigdy więcej tego horroru o nazwie rzekomobłoniaste zapalenie jelit.
2. Własnego pomysłu kurację zaczęłam dziś rano, zakładając, że godzina 10,00
to jeszcze rano.
Potrzebowałam do niej bardzo dojrzałego, rozpacianego banana, cynamon,
imbir, kurkumę, czosnek i miód.
"Rozciapcianego" banana wymieszałam starannie z łyżeczką cynamonu,
łyżeczką kurkumy,łyżeczką imbiru, łyżeczką miodu i zmiażdżonym ząbkiem
czosnku.
Nie jest to z pewnością coś, co każdy by zjadł z rozkoszą, ale dało się zjeść
i to nawet bez odruchu wymiotnego.
Jak na razie to mniej już kaszlę, a nalot na migdałku mam zamiar zlikwidować
płukanką z mocnej czarnej herbaty i łyżeczki sody czyszczonej. Wg pewnego
speca od medycznych zastosowań sody czyszczonej po kilku płukaniach tą
mieszanką nalot zniknie. Sprawdzimy.
Ową bananowo-przyprawową miksturkę dziś powtórzę jeszcze 2 razy i przez
najbliższe dwa dni nie dam się wyrzucić z domu na żaden spacer .
Wszak to głównie od świeżego powietrza wyginęła pewna potężna armia a nie
od tego, że siedzieli w domach.
Kochani, zamiast dziękować każdemu z osobna, to dziękuję Wam wszystkim-
Wasze życzenia zmobilizowały mnie do:
1.Położenia się do łóżka zaraz po odwiezieniu Krasnala do szkoły, co nastąpiło
około godz.8,15
Przespałam (ku wielkiemu zaniepokojeniu męża) aż do godz.15,00.
Nie wiem jak jest u innych, ale ilekroć coś mi nawala, sen jest dla mnie
podstawowym lekiem.W każdym razie obudziłam się nie tyle zdrowsza co
nieco bardziej przytomna. Postanowiłam nawet, że wybiorę się do lekarza, ale
gdy zmierzyłam sobie temperaturę (35,9 a normalnie mam 35,1) , obejrzałam
gardło z fantastycznym ropnym nalotem na prawym migdałku i sięgnęłam do
zasobów pamięci w swoim osobistym, biologicznym komputerze ( tzn.mózgu),
zrezygnowałam z tego pomysłu, bo zaraz stanął mi przed oczami horror, który
przeszłam po ostatniej kuracji antybiotykowej.
Pomysł z pójściem do lekarza został SKREŚLONY.
Nigdy więcej tego horroru o nazwie rzekomobłoniaste zapalenie jelit.
2. Własnego pomysłu kurację zaczęłam dziś rano, zakładając, że godzina 10,00
to jeszcze rano.
Potrzebowałam do niej bardzo dojrzałego, rozpacianego banana, cynamon,
imbir, kurkumę, czosnek i miód.
"Rozciapcianego" banana wymieszałam starannie z łyżeczką cynamonu,
łyżeczką kurkumy,łyżeczką imbiru, łyżeczką miodu i zmiażdżonym ząbkiem
czosnku.
Nie jest to z pewnością coś, co każdy by zjadł z rozkoszą, ale dało się zjeść
i to nawet bez odruchu wymiotnego.
Jak na razie to mniej już kaszlę, a nalot na migdałku mam zamiar zlikwidować
płukanką z mocnej czarnej herbaty i łyżeczki sody czyszczonej. Wg pewnego
speca od medycznych zastosowań sody czyszczonej po kilku płukaniach tą
mieszanką nalot zniknie. Sprawdzimy.
Ową bananowo-przyprawową miksturkę dziś powtórzę jeszcze 2 razy i przez
najbliższe dwa dni nie dam się wyrzucić z domu na żaden spacer .
Wszak to głównie od świeżego powietrza wyginęła pewna potężna armia a nie
od tego, że siedzieli w domach.
środa, 6 grudnia 2017
;) ;) ;)
Jestem chora.
Kaszlę, głosu nie mogę z siebie wydobyć, gardło mam calutkie zaropiałe.
I nie mam temperatury. Fenomenalne.
Kaszlę, głosu nie mogę z siebie wydobyć, gardło mam calutkie zaropiałe.
I nie mam temperatury. Fenomenalne.
niedziela, 3 grudnia 2017
Trzy w jednym, czyli....
...mój eksperyment kulinarny. I to już kolejny.
Tym razem składnikami dania są:
500 gram mielonego mięsa wieprzowo-wołowego,
3 marchewki starte na grubej tarce,
10 łyżek stołowych suchego ryżu, u mnie długoziarnisty,
3 całe jajka,
kostka bulionowa, ulubione przyprawy, czyli u mnie łagodne curry,
sól,
olej kokosowy lub masło klarowane do smażenia,
bułka tarta do panierowania kotletów a dla bezglutenowców może być:
mąka jaglana, mąka z ciecierzycy, skrobia ziemniaczana lub bezglutenowa
tarta bułka. Jak widzicie wybór szeroki.
A więc zaczynamy:
1, ścieramy na tarce z dużymi otworami marchewki.
2. gotujemy ryż z kostką bulionową.
3. gdy ryż pochłonie już większość wody dodajemy do niego startą
marchew i gotujemy aż do całkowitego wyparowania wody, co nie
zajmuje więcej niż 5 minut.
4. odstawiamy garnek z ryżem by jego zawartość wystygła.
5. mielone mięso przekładamy do dużej miski, wbijamy do niego 3 całe
jajka, dodajemy przyprawy i długo i dokładnie wyrabiamy.
5. ostudzony ryż z marchewką dodajemy do mięsa i znów starannie wyrabiamy,
6. w razie potrzeby dodajemy sól, ale pamiętamy, że ryż gotował się razem
z kostką bulionową, więc z tą solą nie należy przedobrzyć.
7. formujemy nieduże kotleciki, obtaczamy je w panierce i smażymy z obu stron
na rumiano. Ja smażyłam na oleju kokosowym.
Z tej ilości składników wychodzi całkiem sporo kotlecików, u mnie 14 sztuk,
więc w dniu ich zrobienia podajemy je po prostu smażone.
A następnego dnia robimy do nich ulubiony sos BEZ MĄKI i je w nim
odgrzewamy. Można też, jak ja, zamrozić je i w dowolnym czasie spożytkować.
U mnie te ulubione sosy to pieczarkowy lub pomidorowy, czasem koperkowy.
Jeśli ktoś lubi gęstszy sos, to zagęszczamy go skrobią ziemniaczaną , która
w Polsce zupełnie od czuba nosi nazwę mąki kartoflanej. A prawdziwa mąka
kartoflana jest o wiele ciemniejsza i nie taka śliska gdy ją rozetrzeć w palcach.
Do kotlecików podajemy dowolną surówkę.
No to smacznego życzę!
Tak się prezentują pierwsze cztery z czternastu kotlecików
Tym razem składnikami dania są:
500 gram mielonego mięsa wieprzowo-wołowego,
3 marchewki starte na grubej tarce,
10 łyżek stołowych suchego ryżu, u mnie długoziarnisty,
3 całe jajka,
kostka bulionowa, ulubione przyprawy, czyli u mnie łagodne curry,
sól,
olej kokosowy lub masło klarowane do smażenia,
bułka tarta do panierowania kotletów a dla bezglutenowców może być:
mąka jaglana, mąka z ciecierzycy, skrobia ziemniaczana lub bezglutenowa
tarta bułka. Jak widzicie wybór szeroki.
A więc zaczynamy:
1, ścieramy na tarce z dużymi otworami marchewki.
2. gotujemy ryż z kostką bulionową.
3. gdy ryż pochłonie już większość wody dodajemy do niego startą
marchew i gotujemy aż do całkowitego wyparowania wody, co nie
zajmuje więcej niż 5 minut.
4. odstawiamy garnek z ryżem by jego zawartość wystygła.
5. mielone mięso przekładamy do dużej miski, wbijamy do niego 3 całe
jajka, dodajemy przyprawy i długo i dokładnie wyrabiamy.
5. ostudzony ryż z marchewką dodajemy do mięsa i znów starannie wyrabiamy,
6. w razie potrzeby dodajemy sól, ale pamiętamy, że ryż gotował się razem
z kostką bulionową, więc z tą solą nie należy przedobrzyć.
7. formujemy nieduże kotleciki, obtaczamy je w panierce i smażymy z obu stron
na rumiano. Ja smażyłam na oleju kokosowym.
Z tej ilości składników wychodzi całkiem sporo kotlecików, u mnie 14 sztuk,
więc w dniu ich zrobienia podajemy je po prostu smażone.
A następnego dnia robimy do nich ulubiony sos BEZ MĄKI i je w nim
odgrzewamy. Można też, jak ja, zamrozić je i w dowolnym czasie spożytkować.
U mnie te ulubione sosy to pieczarkowy lub pomidorowy, czasem koperkowy.
Jeśli ktoś lubi gęstszy sos, to zagęszczamy go skrobią ziemniaczaną , która
w Polsce zupełnie od czuba nosi nazwę mąki kartoflanej. A prawdziwa mąka
kartoflana jest o wiele ciemniejsza i nie taka śliska gdy ją rozetrzeć w palcach.
Do kotlecików podajemy dowolną surówkę.
No to smacznego życzę!
Tak się prezentują pierwsze cztery z czternastu kotlecików
sobota, 2 grudnia 2017
Koncert
Niestety tym razem dzieci nie śpiewały w gmachu berlińskiej Filharmonii.
Na koncert jechaliśmy w zupełnie przeciwny koniec miasta-my mieszkamy na
południu Berlina, koncert odbywał się w odległej północnej dzielnicy miasta.
Jechaliśmy długo, aż dwoma autobusami a potem jeszcze trzeba było nieco
podreptać.
Idąc minęliśmy cmentarz, ale nie był to cmentarz tak zatłoczony jak niemal
wszystkie warszawskie cmentarze.
Właściwie wyglądał jak nieco opuszczony park, w którym tu i ówdzie były groby.
Za tym cmentarzem, w dużym ogrodzie stała gospoda .
Przy wejściu do ogrodu stali muzycy w strojach Mikołajów i na 4 różnych
instrumentach dętych wygrywali świąteczne melodie. Dalej, blisko gospody,
rozstawione były kramy z produktami typu "hand made" - były tu różne, czasem
dość dziwne wyroby- np. uwite z cienkich patyków... wianki, torby na zakupy
uszyte z różnokolorowych materiałów, czapki robione na drutach, przeróżne
"durnostojki", ciasta domowego wypieku. Poza tym było i coś na ząb:
berlińskie hot dogi, czyli cienkie białe kiełbaski przypieczone na rumiano,
umieszczone w dość pokaznej bułce oraz pieczarki smażone w całości, podawane
z dwoma różnymi dipami, cienkie gofry z nutellą, kawa, cola, herbata oraz
gorąca czekolada. Jako konsument "bezglutenowy" zakupiłam dla siebie porcję
pieczarek z dipem. Były pyszne, bo smażone w całości, więc zachowały swe
walory smakowe. Trochę się ze mnie mąż nabijał, że jak prezes konsumuję ze
styropianowego talerzyka.
Okazało się, że ten koncert jest koncertem charytatywnym, na rzecz dzieci i
osób dorosłych z zespołem Downa.
Podobno często odbywają się takie koncerty i mają duże powodzenie. Bilety
wstępu nie kosztują zbyt wiele, znacznie taniej niż na regularny koncert.
Przychodzą na te imprezy osoby, na rzecz których jest taki koncert i okoliczni
mieszkańcy. Przy jednym ogniu pieką się dwie pieczenie - integracja tych co
potrzebują nieco pomocy i zrozumienia z tymi, którzy mogą pomóc i to nie
tylko w wymiarze finansowym. Już samo spotkanie tych dwóch różnych
grup jest ważne - jedni czują się mniej wykluczeni, drudzy dostrzegają tych,
którym pomoc jest potrzebna.
Chór w którym Krasnal śpiewa przeżywa co jakiś czas trudny okres, bo część
jego uczestników już ukończyła szkołę podstawową i uczęszcza do gimnazjum,
więc skurczył się ich czas, który mogli przeznaczyć na próby i występy.
Teraz też jest taki właśnie okres i ze starego "naboru" pozostała szóstka dzieci,
między innymi nasz Krasnal.
A te nowe dzieciaki to jeszcze "malizna", głównie sześciolatki i przeważają
dziewczynki.
Ale coś mi się widzi, że niedługo Krasnal też zrezygnuje, będzie miał jednak coraz
mniej czasu. Już teraz sporo czasu zajmują mu dojazdy do i ze szkoły. A gdy już
będzie w gimnazjum to i zajęcia w szkole będą trwały dłużej i będzie więcej nauki.
Jadąc dziś przez miasto jak zawsze podziwiałam fasady starych, przedwojennych
domów. Jak przyjemnie jechać ulicą wzdłuż której stoją domy o różnych
fasadach, każdy inny.
Co prawda spoglądając na okna podzielone listewkami na małe kwadraty lub
prostokąty pomyślałam, że takie okno niezle daje w kość gdy trzeba je myć, ale
niewątpliwie ma wiele uroku.
Na koncert jechaliśmy w zupełnie przeciwny koniec miasta-my mieszkamy na
południu Berlina, koncert odbywał się w odległej północnej dzielnicy miasta.
Jechaliśmy długo, aż dwoma autobusami a potem jeszcze trzeba było nieco
podreptać.
Idąc minęliśmy cmentarz, ale nie był to cmentarz tak zatłoczony jak niemal
wszystkie warszawskie cmentarze.
Właściwie wyglądał jak nieco opuszczony park, w którym tu i ówdzie były groby.
Za tym cmentarzem, w dużym ogrodzie stała gospoda .
Przy wejściu do ogrodu stali muzycy w strojach Mikołajów i na 4 różnych
instrumentach dętych wygrywali świąteczne melodie. Dalej, blisko gospody,
rozstawione były kramy z produktami typu "hand made" - były tu różne, czasem
dość dziwne wyroby- np. uwite z cienkich patyków... wianki, torby na zakupy
uszyte z różnokolorowych materiałów, czapki robione na drutach, przeróżne
"durnostojki", ciasta domowego wypieku. Poza tym było i coś na ząb:
berlińskie hot dogi, czyli cienkie białe kiełbaski przypieczone na rumiano,
umieszczone w dość pokaznej bułce oraz pieczarki smażone w całości, podawane
z dwoma różnymi dipami, cienkie gofry z nutellą, kawa, cola, herbata oraz
gorąca czekolada. Jako konsument "bezglutenowy" zakupiłam dla siebie porcję
pieczarek z dipem. Były pyszne, bo smażone w całości, więc zachowały swe
walory smakowe. Trochę się ze mnie mąż nabijał, że jak prezes konsumuję ze
styropianowego talerzyka.
Okazało się, że ten koncert jest koncertem charytatywnym, na rzecz dzieci i
osób dorosłych z zespołem Downa.
Podobno często odbywają się takie koncerty i mają duże powodzenie. Bilety
wstępu nie kosztują zbyt wiele, znacznie taniej niż na regularny koncert.
Przychodzą na te imprezy osoby, na rzecz których jest taki koncert i okoliczni
mieszkańcy. Przy jednym ogniu pieką się dwie pieczenie - integracja tych co
potrzebują nieco pomocy i zrozumienia z tymi, którzy mogą pomóc i to nie
tylko w wymiarze finansowym. Już samo spotkanie tych dwóch różnych
grup jest ważne - jedni czują się mniej wykluczeni, drudzy dostrzegają tych,
którym pomoc jest potrzebna.
Chór w którym Krasnal śpiewa przeżywa co jakiś czas trudny okres, bo część
jego uczestników już ukończyła szkołę podstawową i uczęszcza do gimnazjum,
więc skurczył się ich czas, który mogli przeznaczyć na próby i występy.
Teraz też jest taki właśnie okres i ze starego "naboru" pozostała szóstka dzieci,
między innymi nasz Krasnal.
A te nowe dzieciaki to jeszcze "malizna", głównie sześciolatki i przeważają
dziewczynki.
Ale coś mi się widzi, że niedługo Krasnal też zrezygnuje, będzie miał jednak coraz
mniej czasu. Już teraz sporo czasu zajmują mu dojazdy do i ze szkoły. A gdy już
będzie w gimnazjum to i zajęcia w szkole będą trwały dłużej i będzie więcej nauki.
Jadąc dziś przez miasto jak zawsze podziwiałam fasady starych, przedwojennych
domów. Jak przyjemnie jechać ulicą wzdłuż której stoją domy o różnych
fasadach, każdy inny.
Co prawda spoglądając na okna podzielone listewkami na małe kwadraty lub
prostokąty pomyślałam, że takie okno niezle daje w kość gdy trzeba je myć, ale
niewątpliwie ma wiele uroku.
piątek, 1 grudnia 2017
A więc...
....jesteśmy zameldowani w Berlinie.
Przyjechaliśmy do urzędu nieco wcześniej, ale, jak twierdził zięć, ta linia
autobusowa, którą mieliśmy dotrzeć na miejsce jezdzi dość nieregularnie choć
wg rozkładu jazdy to co 5 minut. Tym razem jednak , zapewne na naszą cześć
autobus przyjechał zgodnie z rozkładem jazdy.
Trochę było czekania, ale warunki były dobre- duża sala, pełno miejsc siedzących,
dwa ekrany pokazywały który numer i do którego pokoju jest wzywany.
Pani urzędniczka bardzo sympatyczna, nie miała żadnego kłopotu z odczytaniem
naszego nazwiska ( a jest ono niewątpliwie testem na inteligencję i dykcję),
jej klawiatura wyposażona była w polskie znaki, a pani bystro zauważyła, że nieco
nietypowa jest końcówka mego nazwiska, bo w polskim żeńska forma kończy się
na literę "a".
Formalności od chwili złożenia druków do wydania karty meldunkowej trwały
"aż" 10 minut.
Na froncie łazienkowym od dziś stagnacja- rano, w ciągu pół godziny dwóch
"nowych" panów zainstalowało prysznic. Zainstalowali i zniknęli.
Znów ciut nakurzyli, bo musieli wywiercić jedną dziurę w glazurze.
Teraz będzie oczekiwanie na tę szklaną ściankę, bo ona jest robiona na
zamówienie. A to może potrwać 10 do 14 dni.
I pewnie znów jacyś inni panowie będą ją instalowali. Jak dotąd to przez
naszą łazienkę przewinęło się trzech panów od demontażu, jeden od układania
płytek i dwóch od zamontowania baterii prysznicowej.
A w Polsce zrobiłby to jeden facet - uniwersalny fachowiec.
No a skoro tyle jeszcze trzeba czekać to się wzięłam za dokładne umycie
calutkiej łazienki, łącznie z jej wyposażeniem. Pył był nawet wewnątrz
zamkniętych szafek więc się narobiłam sporo.
Z rozpędu "obskoczyłam" i resztę mieszkania a teraz padam ze zmęczenia.
Skoro już mamy zameldowanie to teraz prześlemy je wraz z właściwymi
dokumentami do tutejszej Kasy Chorych i założymy sobie konto w banku.
Zięć się śmieje,że jeszcze trochę a poprosimy o azyl. Kto wie? Nigdy nic
nie wiadomo;)
Następne zdjęcie łazienki będzie gdy już zainstalują tą ściankę.
Przyjechaliśmy do urzędu nieco wcześniej, ale, jak twierdził zięć, ta linia
autobusowa, którą mieliśmy dotrzeć na miejsce jezdzi dość nieregularnie choć
wg rozkładu jazdy to co 5 minut. Tym razem jednak , zapewne na naszą cześć
autobus przyjechał zgodnie z rozkładem jazdy.
Trochę było czekania, ale warunki były dobre- duża sala, pełno miejsc siedzących,
dwa ekrany pokazywały który numer i do którego pokoju jest wzywany.
Pani urzędniczka bardzo sympatyczna, nie miała żadnego kłopotu z odczytaniem
naszego nazwiska ( a jest ono niewątpliwie testem na inteligencję i dykcję),
jej klawiatura wyposażona była w polskie znaki, a pani bystro zauważyła, że nieco
nietypowa jest końcówka mego nazwiska, bo w polskim żeńska forma kończy się
na literę "a".
Formalności od chwili złożenia druków do wydania karty meldunkowej trwały
"aż" 10 minut.
Na froncie łazienkowym od dziś stagnacja- rano, w ciągu pół godziny dwóch
"nowych" panów zainstalowało prysznic. Zainstalowali i zniknęli.
Znów ciut nakurzyli, bo musieli wywiercić jedną dziurę w glazurze.
Teraz będzie oczekiwanie na tę szklaną ściankę, bo ona jest robiona na
zamówienie. A to może potrwać 10 do 14 dni.
I pewnie znów jacyś inni panowie będą ją instalowali. Jak dotąd to przez
naszą łazienkę przewinęło się trzech panów od demontażu, jeden od układania
płytek i dwóch od zamontowania baterii prysznicowej.
A w Polsce zrobiłby to jeden facet - uniwersalny fachowiec.
No a skoro tyle jeszcze trzeba czekać to się wzięłam za dokładne umycie
calutkiej łazienki, łącznie z jej wyposażeniem. Pył był nawet wewnątrz
zamkniętych szafek więc się narobiłam sporo.
Z rozpędu "obskoczyłam" i resztę mieszkania a teraz padam ze zmęczenia.
Skoro już mamy zameldowanie to teraz prześlemy je wraz z właściwymi
dokumentami do tutejszej Kasy Chorych i założymy sobie konto w banku.
Zięć się śmieje,że jeszcze trochę a poprosimy o azyl. Kto wie? Nigdy nic
nie wiadomo;)
Następne zdjęcie łazienki będzie gdy już zainstalują tą ściankę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

