drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 9 sierpnia 2015

Coś na ten gorący letni wieczór

Dopiero całkiem niedawno doszłam do wniosku, że ta piosenka ma
całkiem ładne  słowa. Na dowód -tekst na filmiku. 
I wiecie co, świetnie się to tańczy.

 

sobota, 8 sierpnia 2015

Niektórzy......

......na wakacjach:

Krasnale wraz z rodzicami są na wakacjach w krainie starych 
zamków i dzielnych rycerzy, czyli w Kornwalii.
Nie  rozumiem tylko dlaczego ten rycerz podróżuje samochodem
a nie konno.
Z przesłanej wiadomości wynika, że Kornwalia jest piękna, a teraz
przenieśli się do Walii i tu jest "jeszcze piękniej", jak to ujęło moje
dziecko. 
Mam nadzieję, że gdy wrócą do rzeczywistości to  zostanę
zasypana zdjęciami z tamtych stron i będą się nadawały do
pokazania na blogu.

środa, 5 sierpnia 2015

Coś dla odpoczynku od upału


A Wy, lubicie gdy jednocześnie świeci słońce i pada deszcz?
Ja tak, wtedy zawsze ukazuje się tęcza.
 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Wstydliwy temat

W naszej, polskiej rzeczywistości, jest bardzo wiele wstydliwych tematów, ale dziś padło na starość - nie dziwcie się, spojrzałam na swój PESEL i omal nie
padłam, aż policzyć trudno.

Wszyscy, gdy tylko zaczerpniemy pierwszy nasz haust powietrza zaczynamy,
niezależnie od swej woli, wędrować ku śmierci. 
Jednym ta wędrówka zajmuje wiele, wiele lat, niektórym znacznie mniej i często kończy się dość niespodziewanie. 
Tych często nazywają inni szczęściarzami- odchodzą nagle i niespodziewanie, często w pełni sił i omijają ich  niedogodności wieku starczego. A tych, jak
powszechnie wiadomo, jest  multum. 
Komórki organizmu się  starzeją, sił systematycznie ubywa, mięśnie okrężne,
mięśnie poprzecznie prążkowane i gładkie wiotczeją i pomału wszystko zaczyna nawalać,łącznie z naszym wspaniałym komputerem, czyli mózgiem.
Są na świecie kraje, w których o tych wszystkich problemach związanych
ze starzeniem się organizmu rozmawia się normalnie, jak o pogodzie,
zakupach, zdrowiu, chorobach, lub miłości.
Oczywiście nie rozmawiają o tym dzieci i młodzież, ale ludzie w tzw. średnim wieku - każdy ma jakąś wizję  swojej starości.

W większości krajów tak się dzieje, że  młode pokolenie opuszcza dom
rodzinny i często/gęsto mieszka dość daleko od rodziców,  nie tylko 
w innej miejscowości ale i w innym kraju. Mieszkają po prostu tam , gdzie  mają dobrą pracę i w swoim mniemaniu lepsze warunki życia.
U nas taka sytuacja wszystkich przygnębia i tzw. "słoiki" są nazywani 
biedakami, bo pracują daleko od rodzinnego domu i raz na tydzień pokonują
np. trasę Radom-Warszawa lub Łódz- Warszawa. 
W innych krajach Europy tacy ludzie noszą miano przedsiębiorczych, a często
pokonują znacznie większą odległość, np. trasę Mediolan- Monachium.
Rodzice zostają sami i sami muszą się mierzyć ze swymi problemami, których
z każdym rokiem przybywa. Nadchodzi jednak chwila, gdy oboje, lub jedno
z rodziców musi być w specjalistycznej placówce opiekuńczej, bo nikt
z rodziny nie może im zapewnić 24-godzinnej fachowej opieki.
Bo mycie, karmienie i inne zabiegi pielęgnacyjne z reguły przekraczają
możliwości członków rodziny, choć z pozoru są proste.
Ale opiekując się starym człowiekiem sama miłość do niego to nieco za
mało by tę opiekę  sprawować. Dobrze gdy nasz staruszek/staruszka jest
wątłą chudzinką, ale  nawet ważącą zaledwie 50 kg osobę nie jest łatwo
wypąpać, gdy łazienka  ma tylko wannę z dostępem z jednej strony.

Europa starzeje się niemiłosiernie, przybywa ludzi starych, reprodukcja
wszędzie nawala i młodych jest coraz mniej. 
Osobiście uważam, że to nie jest wielki powód do zmartwienia- chyba lepiej mieć społeczeństwo mniej liczne a za to "lepsze gatunkowo".
Wszędzie w Europie opieka nad ludzmi starymi zaczyna być problemem
z którym muszą się mierzyć władze. 
W jednych państwach jest ona zorganizowana lepiej, w innych gorzej. Nasz
kraj wlecze się  w ogonie tego problemu, bo tak naprawdę to nie ma u nas
żadnego rozwiązania systemowego.
A problem narasta, bo ludzi starych, niedołężnych wciąż przybywa. 
Nie łudzcie się - nawet w tak bogatym ( z naszego punktu widzenia) kraju
jak Niemcy opieka nad ludzmi starymi kosztuje- z darmowej opieki może skorzystać jedynie osoba, która naprawdę jest pozbawiona pieniędzy i jakiejkolwiek rodziny. Jeśli  opieka społeczna dotrze choć by do "skrawka" rodziny to skrupulatnie wyliczy ile  "ten skrawek rodziny" musi zapłacić
za opiekę nad  staruszką/staruszkiem- jednym słowem rodzina  musi ponieść część kosztów opieki. A rodzina to nie tylko dzieci ale również rodzeństwo i
kuzyni, nawet typu "dziesiąta woda po kisielu".
Poza  tym to lekarz  rodzinny decyduje w  wielu przypadkach, że pacjent wymaga już całodobowego dozoru i daje skierowanie do placówki specjalistycznej.
Oczywiście placówki opiekuńcze są różne- luksusowe i mniej luksusowe,
często są to swego rodzaju "wioski", w których są blisko siebie
usytuowane różnego rodzaju placówki - np. kompleks domków dla
małżeństw , które jeszcze są w pewnym zakresie samowystarczalne, ale korzystają z dostarczanych posiłków i mają w razie potrzeby zapewnioną
opiekę pielęgniarską i medyczną.
Część to  rodzaj pensjonatu, w którym z reguły są osoby już samotne i
wreszcie część niemal szpitalna,  gdzie są pacjenci, którzy prawie nie
opuszczają łóżek. Generalnie wszystkie ośrodki są w rękach prywatnych.

 A u nas - po pierwsze panuje przekonanie, że oddanie do specjalistycznej
placówki matki lub ojca jest czynem wprost nieludzkim. I wierzcie mi -
często barierą wcale nie  są pieniądze, ale właśnie takie przekonanie.
Do tego dochodzi jeszcze lęk "co ludzie powiedzą na to, że oddaję tatę
lub mamę do domu opieki?!"
I wiecie co - właśnie przez takie ogólnopolskie nastawienie problem ludzi
starych i chorych, wymagających opieki, wciąż  w Polsce nie może
doczekać się rozwiązań systemowych.
A tak naprawdę powinniśmy się  domagać, by było jak najwięcej placówek
opiekuńczych o zróżnicowanym  standardzie (w sensie wyposażenia) ale
z właściwym standardem opieki.
Ale również całkiem niezłym rozwiązaniem jest powstawanie budynków z mieszkaniami dla ludzi starszych. I wtedy wszystkie mieszkania są projektowane bez barier architektonicznych, co stwarza możliwość 
poruszania się ludzi starych na wózku lub w specjalnym "chodziku". Poza 
tym w budynkach tych jest mini centrum pomocy medycznej i recepcja 
połączona "gorącą linią" ze wszystkimi mieszkaniami.
Z dziesięć lat temu był projekt budowy takiego właśnie domu tuż pod
Warszawą, ale niestety nic z tego nie wyszło.
Brak było właśnie rozwiązania systemowego, bo u nas mało kogo stać na
wykupienie nowego mieszkania bez sprzedaży dotychczasowego.
Rzecz padła "w zarodku", skończyło się na pięknie wydanym folderze.

Wiem z własnego doświadczenia jak iluzoryczna jest opieka w domu nad
 starym, mało kontaktowym już człowiekiem, gdy osoba opiekująca się
musi codziennie chodzić do pracy, robić zakupy, gotować obiady oraz
w nocy spać. Tak naprawdę to osoba podopieczna jest ok. 10 -12 godzin sama w domu, skazana na własne, nie zawsze najlepsze pomysły.
Zawsze jest szansa, że wraca się do domu i na podłodze będzie leżała
już od kilku godzin babcia, której zakręciło się w głowie, upadła i złamała
szyjkę kości udowej więc nie ma sposobu by się podniosła.
Poza tym średnia życia ludzi się wydłużyła i często jest tak, że matką-
staruszką, dobiegającą 90 wiosny życia opiekuje się jej córka, młodsza
zaledwie o lat dwadzieścia i posiadająca pełen wachlarz chorób i sama
wymagająca opieki. 
I to nie jest wcale sytuacja wydumana a niestety z życia wzięta.

Powstaje u nas coraz więcej różnych  komercyjnych domów opieki -
są prowadzone między innymi przez różne zgrupowania zakonne i przez
osoby fizyczne. Często ich właściciele sami pracowali w takiej placówce
w którymś z krajów europejskich i dobrze wiedzą jak taki ośrodek powinien
być prowadzony, by spełniał swoje zadanie.

Jestem psychicznie przygotowana na to, że w pewnym momencie już nie 
dam sobie sama rady i będę musiała skorzystać z usług takiego ośrodka.
Bo mimo wszystko nie wyobrażam sobie, bym mogła obciążyć swoje dziecko
opieką nade mną w sensie  fizycznym, by była świadkiem mej całkowitej
degrendolady fizycznej i psychicznej.
Fakt, że ja jej kiedyś zmieniałam pieluchy nie świadczy o tym, że ona 
powinna kiedyś zmieniać mi pampersy i wysłuchiwać bredni zdziecinniałego
mózgu.
A skąd na to wezmę środki - no cóż, sprzedam swoje mieszkanie, bo moja
emerytura z całą pewnością nie wystarczy.




sobota, 1 sierpnia 2015

Lampy w stylu Tiffany

                                                           Błękitna glicynia
                                      (zdjęcie z sieci) 
Oto jedna z lamp stojących, zaprojektowana przez Tiffany'ego. Motyw kwiatu
glicynii powracał w jego projektach wielokrotnie.


Niestety nie wiem, jak wygląda w  naturze, ale na zdjęciu robi na mnie
wrażenie jakby była zrobiona z  kolorowej koronki. 
Jest wielce prawdopodobne, że do wytwarzania  lamp witrażowych doszło nieco przypadkowo. W trakcie  produkcji dużych witraży gromadziło się
coraz więcej przeróżnych niedużych kawałków kolorowego szkła i można było
albo je wyrzucić, albo - wykorzystać  na jakieś mniejsze formy.
Lampy witrażowe były bardzo drogie i w 1906r cena ich  kształtowała się od
30 do 750 dolarów, zależnie od wielkości i stopnia złożoności wzoru. W tym czasie większość ludzi w USA zarabiała poniżej 1000 dolarów rocznie.
Cały proces produkcyjny witrażowego klosza był ręczny. 
Postumenty do lamp również nie były produktem maszynowym.
I tak pozostało do dnia  dzisiejszego. A wygląda to tak:
1. pierwszym krokiem jest oczywiście namalowanie barwnego projektu
klosza;
2.projekt zostaje rozrysowany na płaski karton a na każdy element wzoru
trzeba nanieść numer koloru szkła, z którego  zostanie wycięty;
3.teraz następuje dość żmudna praca wycinania wg projektu każdego
kawałeczka szkła. Brzegi każdego kawałeczka szkła są dokładnie owijane
 wąskim paskiem miedzianej folii, która od strony dotykającej szkła jest powleczona woskiem, po zewnętrznej zaś - kwasem solnym, co ułatwia lutowanie ze sobą elementów.
Gdy już wszystkie elementy są właściwie skrojone i ułożone, całość jest 
przenoszona do wnętrza klosza montażowego, który ma kształt i wielkość abażuru, który ma powstać z tych kawałków szkła.
Gdy wszystko już jest ułożone i zgodne ze wzorem, następuje lutowanie ze 
sobą poszczególnych elementów.Jest to naprawdę precyzyjna praca, bo
trzeba bardzo dbać o to, by elementy były dokładnie  spasowane.
Po zlutowaniu wszystkich części, wszystkie złaczenia metalowe abażura 
są powlekane preparatem patynującym.
Postument lampy jest najczęściej odlewem, którego kształt powinien być
tematycznie związany ze wzorem abażura. Do takich lamp najbardziej
pasuje odlew z brązu.

W wytwórni Tiffany'ego pracowało wiele kobiet ,to one były odpowiedzialne 
za dobranie odpowiedniego szkła do danego projektu. 
Znacznie lepiej niż mężczyzni potrafiły dobierać kolory. Mężczyzni za to
przycinali te małe, kolorowe szkiełka i je lutowali.

Przed 12 laty swojej córce kupiłam niedużą stojącą lampę witrażową ,cena nadawała się w sam raz na prezent ślubny.



czwartek, 30 lipca 2015

Nie łatwo.....

...napisać krótko o Louisie  Tiffany'm, ponieważ żył 85 lat i całe życie
był nieprawdopodobnie pracowitym, twórczym człowiekiem, który na emeryturę przeszedł w wieku .....71 lat.
Urodził się 18 lutego 1848 w Ameryce. 
Jego ojciec, Charles Lewis Tiffany był bardzo zamożnym kupcem i
współwłaścicielem firmy produkującej biżuterię i różne wyroby ze
srebra. Firma była ceniona z uwagi na wspaniałe wzornictwo i
bardzo dobry gust właściciela. Jego sklep "Tiffany& Co." przy Piątej
Alei w Nowym Jorku był synonimem dobrego smaku i przyciągał
klientelę z zamożnych, wyższych warstw społeczeństwa.
Charles Lewis Tiffany przekazał swemu synowi swoje zamiłowanie
do piękna i  dobry gust  a dobra sytuacja materialna rodziny
zapewniła dziecku dobry start życiowy. 
I nie ma co ukrywać - młody Louis dobrze to wszystko wykorzystał.
W wieku 14 lat został wysłany przez rodziców do Akademii Wojskowej
w Eagleswood w New Jersey.
Zdaniem rodziców Akademia miała nieco utemperować nazbyt żywego
i nieco krnąbrnego syna,a poza tym prowadzono tam również zajęcia
ze sztuki, co mogło się dobrze przysłużyć dziecku, które już zdradzało
talent twórczy.
Szkoła zupełnie nie przypadła młodemu Tiffany'emu do gustu i zaledwie
po trzech latach nauki  z ulgą ją opuścił.
W domu obwieścił, że nie zamierza przejmować ojcowskiego biznesu, 
ale chce studiować sztuki piękne i pragnie odbyć podróż do Europy.
W 1865 r wyruszył w swą pierwszą podróż- był w Anglii, Irlandii,
Francji i we Włoszech, zwiedzając muzea i galerie, fotografując i
szkicując to wszystko, co oglądał.
Po powrocie do Ameryki rozpoczął studia w National Academy of Design.
W tym samym czasie poznał malarza George'a Innessa, który miał
duży wpływ na jego dalszy rozwój artystyczny. 
Tiffany został jego nieformalnym uczniem. Sposób malowania Innessa,
kolorystyka i przekonanie malarza, że dzieło sztuki ma budzić  wśród
odbiorców emocje a nie przemawiać do ich intelektu, były zgodne
z odczuciami Tiffany'ego. 
W roku 1867 Tiffany pokazał swe pierwsze prace na wystawie
w National Academy of Design- miał wtedy 19 lat.
Wkrótce wyruszył w kolejną podróż  do Europy, w trakcie której przez
krótki czas studiował pod okiem malarza Leona-Charles'a- Adriena
Bailly'ego a potem u malarza - orientalisty, Belly'ego. Obaj malarze
zainspirowali młodego człowieka do poszukiwania nowej palety barw.
Po powrocie do NY w 1870r, Tiffany poznał malarza Samuela Colmana.
Panowie bardzo się zaprzyjaznili, a w następnym roku razem podróżowali 
po Hiszpanii i Afryce Północnej.
W czasie podróży obaj  dokumentowali otaczającą ich rzeczywistość
malując niewielkie  akwarele lub oleje oraz wszystko fotografując.
Po powrocie do Stanów Tiffany na poważnie zajął się malarstwem, 
a w latach 70.XIX wieku jego obrazy przyniosły mu sławę i uznanie.
W 1870r. Tiffany został najmłodszym kandydatem na członka Century
Club- nowojorskiego prywatnego klubu dla ludzi interesów i zawodowych
artystów, w następnym roku został członkiem  korespondentem National
Academy of Design oraz przyjęto go do Amerykańskiego Stowarzyszenia
Akwarelistów.
W 1872 roku, 25 maja, Tiffany ożenił się z Mary Woodbrigde Goddard,
która podzielała jego miłość do piękna i  przyrody. Rok pózniej na świat
przyszła ich córka Maria , w kolejnym roku syn Charles, który żył
zaledwie trzy tygodnie.Cztery lata pózniej urodził się kolejny syn, który
odziedziczył imię po zmarłym bracie, a w 1879 r urodziła się druga córka,
Hilda. 
W 1884 r. Maria zmarła na gruzlicę, z którą zmagała się od wielu lat.
W dwa lata pózniej L.C.Tiffany ożenił się powtórnie. Jego drugą żoną 
została Louise Wakeman Knox, z którą miał czworo dzieci: blizniaczki 
Louise Comfort oraz Julię. 
Trzecia córka zmarła w dzieciństwie a ostatnim dzieckiem była Dorothy Trumble, urodzona w 1891 roku.
W 1904 roku zmarła również druga żona Tiffany'ego. 
W sześć lat pózniej związał się Sarah Hanley, która pozostała  z nim do 
końca jego życia.
O prywatnym życiu Tiffany'ego niewiele jest informacji- w każdym razie
z jego nazwiskiem nie łączyły się żadne towarzyskie skandale.
To był człowiek czynu, nie miał czasu na głupstwa.

 Lata 70. i 80. XIX wieku to okres, w którym Ameryka przeżywała boom
gospodarczy, a wzrost ekonomiczny utrzymywał się  aż do czasu 
Wielkiego Kryzysu.
Młody Tiffany, wychowany jakby nie było w rodzinie  przedsiębiorcy,
doszedł do wniosku, że można połączyć własny talent artystyczny i
biznes. 
Uwagę jego przyciągnęła nowa wówczas dziedzina, projektowanie
wnętrz.
Majątek ojca umożliwił mu otwarcie własnej  firmy a nazwisko było
gwarancją dobrego smaku. Nawiązał współpracę z projektantką tkanin
Candance Wheeler, pózniej z Lockwoodem de Forestem i Samuelem
Colmanem. Powstała firma L.C.Tiffany and Associated Artists, która 
przez cztery lata prosperowała świetnie.
Klientami firmy byli ludzie  bardzo bogaci, jak: Vanderbilt, Rockefeler,
Carnegie, Ford, oraz sławni, jak Mark Twain i Charles Dudley Warner i
nawet prezydent  USA, Chester Alan Arthur.
Gdy tak świetnie szły interesy dekoratorskie, Tiffany całkiem oddał się
swojej największej pasji, którą było szkło .
Eksperymentował z różnymi sposobami otrzymywania szkła kolorowego, takiego by nie trzeba było używać przy tworzeniu witraży farb.
Tiffany opatentował trzy nowe techniki produkcji szkła- jedna z nich to wytwarzanie małych kostek lub płytek z iryzującego szkła, druga -
nakładanie warstwowo płytek ze szkła witrażowego dające efekt 
opalizacji a trzecia -uzyskiwanie efektu iryzacji szkła okiennego za 
pomocą tlenków metali. 
Zgłębianie procesów chemicznych i liczne eksperymenty pozwoliły 
Tiffany'emu na wyprodukowanie szkła,  które "samo w sobie", bez 
jakiejkolwiek obróbki powierzchniowej jak malowanie farbami, trawienie
lub wypalanie, miało pożądany kolor.
Dla Tiffany'ego niezwykle ważnym elementem jego projektów było szkło
opalizujące, które było nieprzezroczyste a jednocześnie skrzące się. 
Efekt opalizacji uzyskuje się pozwalając ciekłemu szkłu zastygnąć, by 
potem ponownie je rozgrzać.
Kolejnym jego patentem była technika łączenia ze sobą kawałków
szkła. Zamiast ramek ołowianych stosował wąskie paski miedzi, które
były lżejsze i łatwiej  było je ze sobą zespawać.

Jeżeli sobie życzycie, to mogą być jeszcze ze dwa posty  o tym co
Tiffany tworzył - to naprawdę był niesamowity człowiek! 
Poza tym mogę  coś naklawiaturować o tym, jak powstaje lampa
w stylu Tiffany'ego - widziałam na własne oczęta.

środa, 29 lipca 2015

Dla Was

A to ode mnie, że jeszcze jakoś z moimi jękami wytrzymujecie