Zapewne każdy wie, że Alpy są najwyższym łańcuchem górskim Europy. Długi to
łańcuch, bo od Morza Śródziemnego w okolicach Savony aż po dolinę Dunaju
w okolicy Wiednia. Jego długość to 1200km, szerokość od 150 do 250 kilometrów
a powierzchnia to 220 tysięcy kilometrów kwadratowych.
Skoro już znamy wizytówkę Alp, możemy się trochę zająć ich historią.
Wydawać się to może dziwne, ale wysoko położone alpejskie doliny były
miejscem bardzo wczesnego osadnictwa. Zapewniały swym mieszkańcom dużo
słońca, słodkiej wody, materiału budowlanego i opału a ich odosobnienie
gwarantowało bezpieczeństwo.
W dolinie Taminy (Szwajcaria), w jaskini Drachemloch, która jest na wysokości
2445metrów, odnaleziono ślady palenisk, które są datowane na epokę między
lodowcową, a ślady wypasu bydła pochodzą sprzed 12 000 lat.
W średniowieczu wiele społeczności rejonu Alp wypracowało sobie niezależność.
52 komuny Briancon uzyskały Kartę Swobód w 1343 roku i zachowały swą
niezależność aż do czasu rewolucji francuskiej.
Wiele miejsc w Alpach uniknęło ścisłej kontroli władców z powodu braku dróg.
Np. Barcelonette, do której drogę wybudowano dopiero w 1883roku. Wcześniej
można tam było dotrzeć po 15 godzinach spędzonych w siodle na....mule.
Wsie okręgu Gorges du Verdon połączenie ze światem zewnętrznym uzyskały
dopiero w 1947 roku.
Najniższa przełęcz Alp zachodnich nadal nie posiada całorocznej czynnej drogi,
która łączyłaby obie strony.
W Alpach wiele dróg powstało w celach strategicznych, np. najwyżej położona
droga w Europie na przełęczy Col du Galibier (3242m), wybudowana w latach
30-tych XIX wieku jako część francuskiej przygranicznej linii obronnej.
Po II wojnie światowej Alpy zaczęły przeżywać masowe najazdy turystów -
narciarzy zwłaszcza.
Najkrótszym przejściem przez Alpy jest przełęcz św. Gotarda- leży na wysokości
2108m i jest konkurencyjna dla innych dróg położonych na wyższych przełęczach.
W 1822 roku otwarto linię kolejową przez przełęcz św. Gotarda. Trasa prowadzi
systemem tuneli, w tym przez tunel spiralny, w którym pociąg nabiera wysokości.
W 1980 roku uruchomiono obok tunelu kolejowego tunel dla samochodów.
Jego długość wynosi 16,5 km, ma 6 pasm jezdni i czynny jest cały rok, bez
względu na pogodę.
I znów kilka zdjęć, na zachętę, by obejrzeć Alpy w naturze
A tu zdjęcie Salzburga na tle Alp
Dla mnie jest to prześliczne miasto.Polecam, mimo tego, że w każdym
niemal sklepiku z pamiątkami królują czekoladki z profilem Mozarta.
drewniana rzezba
czwartek, 19 lipca 2018
środa, 18 lipca 2018
Znielubicie mnie......
......bo czytam teraz dzieło pana Normana Davies'a "Europa". I dłuugo będę to
czytać, bo książka swym formatem i grubością mogłaby służyć za narzędzie
zbrodni. Jedno przyłożenie nią komuś w głowę z całą pewnością skróciłoby na
zawsze jego żywot.
Format z gatunku złośliwych, nie da się jej czytać w łóżku.
A znielubicie mnie za to, że postanowiłam dzielić się z Wami jej treścią- nie tą
główną, chronologicznie ujętą historią Europy, ale tematami uzupełniającymi,
dotyczącymi różnych dziedzin życia ówczesnej ale i w pewnym sensie Europy
współczesnej. Bo wiadomo - historia kołem się toczy.
I będę te notki zamieszczać pod hasłem "kto chce niech czyta ..." a w miejscu
kropek napiszę o czym dana notka będzie. Tym sposobem ci, których to nie
interesuje nie stracą czasu na czytanie moich wypocin.
Lojalnie uprzedzam, że dzieło Davies'a ma ponad 1000 stron. A więc:
1.Kto chce niech czyta... o klimatologii historycznej.
Wiadomości na temat tego jaki kiedyś był klimat na interesującym nas terenie
czerpiemy z dwóch żródeł: zapisów dokonanych przez ludzi oraz z zapisów
zachowanych przez samą przyrodę.
Te pierwsze to różnego rodzaju pamiętniki, dzienniki, kalendarze pogody
prowadzone przez różnych zarządców majątków, handlarzy zbożem, hodowców
winnic oraz opowieści wielu podróżników.
Przyroda, nie licząc na ludzką inwencję, sama zapisywała dane pogodowe-
w słojach drzew, skamielinach, różnych osadach, stalaktytach , stalagmitach
i lodowcach.
Np.roczne warstwy osadów na dnie olbrzymiego słonego jeziora na Krymie
skatalogowano wstecz aż do roku 2294 p.n.e
Obliczono, że niektóre gigantyczne stalagmity z jaskini Aven d' Orgnac w Jurze
we Francji, mają ponad 7000 lat. A różnice gęstości zawartych w nich złóż
kalcytu są odbiciem poziomów opadu deszczu w poszczególnych epokach.
Ruch lodowców też jest istotnym żródłem informacji klimatycznych- w okresach
zimnych lodowiec posuwa się naprzód, natomiast w okresach stosunkowo ciepłej
pogody cofa się. Ruchy lodowców były często odnotowywane również w starych
księgach podatkowych, bowiem zdarzały się tak długie i chłodne okresy, że
posuwający się do przodu lodowiec niszczył doszczętnie całe wioski. Lata 1599
do 1770 , w których lodowce schodziły bardzo nisko uznaje się dziś za "małą
epokę lodowcową w Europie". Niestety od roku 1850 lodowce zaczęły się cofać
i to zjawisko trwa do dziś, stopniowo się nasilając.
W latach trzydziestych XVI wieku wybryki pogodowe można też odczytać na
słojach drzew w Niemczech, jak i w notatkach hodowców winogron we Francji i
Szwajcarii.
Najzimniejszy sezon w europejskich winnicach przypadł na rok 1816, kiedy to
zbiór zniszczonych pogodą winogron rozpoczął się dopiero 1 listopada.
Podobno Mary Shelley, która spędzała wakacje w tym okresie w Szwajcarii,
z powodu bardzo złej pogody nie mogła nawet wychodzić z domu na spacery.
I zapewne w tym właśnie okresie napisała Frankensteina, który został wydany
w 1818 roku.
A to jesienne widoczki z Alp, w których zimą coraz mniej prawdziwego
śniegu, a dla turystów naśnieża się stoki by mieli gdzie szlusować.
A tak na marginesie- to proces bardzo niszczący glebę.
** powiększ zdjęcie "kliknięciem" kursora w obrazek.
czytać, bo książka swym formatem i grubością mogłaby służyć za narzędzie
zbrodni. Jedno przyłożenie nią komuś w głowę z całą pewnością skróciłoby na
zawsze jego żywot.
Format z gatunku złośliwych, nie da się jej czytać w łóżku.
A znielubicie mnie za to, że postanowiłam dzielić się z Wami jej treścią- nie tą
główną, chronologicznie ujętą historią Europy, ale tematami uzupełniającymi,
dotyczącymi różnych dziedzin życia ówczesnej ale i w pewnym sensie Europy
współczesnej. Bo wiadomo - historia kołem się toczy.
I będę te notki zamieszczać pod hasłem "kto chce niech czyta ..." a w miejscu
kropek napiszę o czym dana notka będzie. Tym sposobem ci, których to nie
interesuje nie stracą czasu na czytanie moich wypocin.
Lojalnie uprzedzam, że dzieło Davies'a ma ponad 1000 stron. A więc:
1.Kto chce niech czyta... o klimatologii historycznej.
Wiadomości na temat tego jaki kiedyś był klimat na interesującym nas terenie
czerpiemy z dwóch żródeł: zapisów dokonanych przez ludzi oraz z zapisów
zachowanych przez samą przyrodę.
Te pierwsze to różnego rodzaju pamiętniki, dzienniki, kalendarze pogody
prowadzone przez różnych zarządców majątków, handlarzy zbożem, hodowców
winnic oraz opowieści wielu podróżników.
Przyroda, nie licząc na ludzką inwencję, sama zapisywała dane pogodowe-
w słojach drzew, skamielinach, różnych osadach, stalaktytach , stalagmitach
i lodowcach.
Np.roczne warstwy osadów na dnie olbrzymiego słonego jeziora na Krymie
skatalogowano wstecz aż do roku 2294 p.n.e
Obliczono, że niektóre gigantyczne stalagmity z jaskini Aven d' Orgnac w Jurze
we Francji, mają ponad 7000 lat. A różnice gęstości zawartych w nich złóż
kalcytu są odbiciem poziomów opadu deszczu w poszczególnych epokach.
Ruch lodowców też jest istotnym żródłem informacji klimatycznych- w okresach
zimnych lodowiec posuwa się naprzód, natomiast w okresach stosunkowo ciepłej
pogody cofa się. Ruchy lodowców były często odnotowywane również w starych
księgach podatkowych, bowiem zdarzały się tak długie i chłodne okresy, że
posuwający się do przodu lodowiec niszczył doszczętnie całe wioski. Lata 1599
do 1770 , w których lodowce schodziły bardzo nisko uznaje się dziś za "małą
epokę lodowcową w Europie". Niestety od roku 1850 lodowce zaczęły się cofać
i to zjawisko trwa do dziś, stopniowo się nasilając.
W latach trzydziestych XVI wieku wybryki pogodowe można też odczytać na
słojach drzew w Niemczech, jak i w notatkach hodowców winogron we Francji i
Szwajcarii.
Najzimniejszy sezon w europejskich winnicach przypadł na rok 1816, kiedy to
zbiór zniszczonych pogodą winogron rozpoczął się dopiero 1 listopada.
Podobno Mary Shelley, która spędzała wakacje w tym okresie w Szwajcarii,
z powodu bardzo złej pogody nie mogła nawet wychodzić z domu na spacery.
I zapewne w tym właśnie okresie napisała Frankensteina, który został wydany
w 1818 roku.
A to jesienne widoczki z Alp, w których zimą coraz mniej prawdziwego
śniegu, a dla turystów naśnieża się stoki by mieli gdzie szlusować.
A tak na marginesie- to proces bardzo niszczący glebę.
** powiększ zdjęcie "kliknięciem" kursora w obrazek.
wtorek, 17 lipca 2018
"Moje" drzewa
Są upały, więc nie tylko my cierpimy - drzewa również. Zauważyłam,
że niektórym drzewom w mojej okolicy pęka kora. Ponieważ proces zaczął
się od dołu, pomyślałam, że jacyś miejscowi chuligani zajęli się zdzieraniem
kory z drzew. Ale gdy któregoś dnia zerknęłam na górne partie tych drzew to
oniemiałam - na wysoko rosnących gałęziach i pniu też potrzaskała kora i
nawet już miejscami odpadła. Oczywiście z miejsca dopadłam Google i po
kilku minutach się uspokoiłam- te drzewa z odpadającą korą to platany
klonolistne. Ten na zdjęciu dość dokładnie zgubił korę i teraz prezentuje
swe jaśniutkie gałęzie pozbawione kory.**
Tak w ogóle to gapa jestem, bo jeszcze jesienią zaliczyłam te drzewa do
platanów, bo miały "łaciatą" korę. Gdy wyrosły im wiosną nowe liście,
uznałam, że głupia jestem, bo te liście wskazują raczej na klon. No a teraz
już nie wytrzymałam- musiałam sprawdzić co to za drzewa.
No nic- potwierdza się stare powiedzenie, że do końca życia się czegoś nowego
uczymy.
** kliknijcie w zdjęcie - na powiększonym lepiej te nowa korę widać.
że niektórym drzewom w mojej okolicy pęka kora. Ponieważ proces zaczął
się od dołu, pomyślałam, że jacyś miejscowi chuligani zajęli się zdzieraniem
kory z drzew. Ale gdy któregoś dnia zerknęłam na górne partie tych drzew to
oniemiałam - na wysoko rosnących gałęziach i pniu też potrzaskała kora i
nawet już miejscami odpadła. Oczywiście z miejsca dopadłam Google i po
kilku minutach się uspokoiłam- te drzewa z odpadającą korą to platany
klonolistne. Ten na zdjęciu dość dokładnie zgubił korę i teraz prezentuje
swe jaśniutkie gałęzie pozbawione kory.**
Tak w ogóle to gapa jestem, bo jeszcze jesienią zaliczyłam te drzewa do
platanów, bo miały "łaciatą" korę. Gdy wyrosły im wiosną nowe liście,
uznałam, że głupia jestem, bo te liście wskazują raczej na klon. No a teraz
już nie wytrzymałam- musiałam sprawdzić co to za drzewa.
No nic- potwierdza się stare powiedzenie, że do końca życia się czegoś nowego
uczymy.
** kliknijcie w zdjęcie - na powiększonym lepiej te nowa korę widać.
niedziela, 15 lipca 2018
Mix
Kto przeczyta doceni dni, w których nie piszę;)
Moi jak na razie są w Karyntii, czyli tam gdzie można korzystać z wycieczek
w malownicze Alpy i moczyć kupry w ciepłych jeziorach, które miejscowi
nazywaja wannami, bo temperatura wody to 26 -28 stopni a na plaży zamiast
piachu króluje trawa. Takich "jezior kąpielowych" jest w Karyntii siedem.
Po tygodniu pojadą dalej.
A ja - robię nic.
Trochę oglądam Tour de France, bo w trakcie dłubię szydełkiem kamizelkę
dla siebie.
Już trzeci dzień piszę list - "ręcznie" i z przerażeniem odkrywam, że coraz mi
trudniej pisać. Chyba jednak za bardzo przyzwyczaiłam się do klawiatury.
Coś mi się wydaje, że skończy się tym, że będzie to jednak list "drukowany"-
to ma i dobre strony, przynajmniej będzie czytelny. Napiszę na kompie i
wydrukuję. Że nie elegancko? Ojej, nie moja wina ,że adresatka dopomina
się o listy a nie posiada komputera tylko dlatego, że nie chce go mieć.
Tego to ja akurat nie rozumiem bo jakoś nie wyobrażam sobie życia bez kompa.
Mieszkamy tu już całe 9 miesięcy i cały czas z zaciekawieniem obserwuję
naszych Krasnali. Chłopców dzieli różnica 2 lat i 40 dni. Wychowywani byli tak
samo, ale bardzo się między sobą różnią. Wcale nie są do siebie podobni pod
względem wyglądu.
Starszy jest zawsze z głową w chmurach, śmiejemy się z córką, że prowadzi
"odrębny żywot równoległy". Jak już wiecie jest bardzo zdolny, jest najmłodszym
uczniem klasy V podstawówki (w styczniu ukończył 9 lat), a zdaniem nauczycieli
poziomem inteligencji przerasta dzieci ze swojej klasy tak o 3 lata.
Tę piątą i szóstą klasę Starszy robi w gimnazjum, czyli ma nieco rozszerzony
program. Córka nie chciała zapisać go do szkoły dla bardzo zdolnych dzieci,
ale nawet nie dopytywałam się dlaczego.
Młodszy Krasnal od pierwszych dni życia był zapatrzony w starszego brata- to
za nim wodził wciąż oczkami jak słonecznik za Słońcem.
Młodszy trafił do szkoły w wieku 6 lat, bardzo dobrze sobie radzi w szkole, ale
na szczęście nie wyprzedza klasy tak jak było ze Starszym. Tu szkoła bacznie
obserwuje dzieciaki, wyłapuje te zdolniejsze, przesuwa bez problemu wyżej
ale jednocześnie nie ma kłopotu z powtarzaniem klasy- tu respektują tempo
w jakim dziecko przyswaja sobie nowe wiadomości. Pozostanie na drugi rok
w tej samej klasie to żaden wstyd. Niewątpliwie duży wpływ na takie ustawienie
szkoły ma fakt, że bardzo wiele dzieci jest z innych narodowości. W klasach
1 - 3 wiele lekcji jest łączonych, a dzieci z klasy 3 są nauczone by opiekować się
wszystkimi "pierwszakami". I opiekują się bardzo troskliwie - pilnują by nowi
trafiali do swojej klasy, by zjadali obiad na stołówce, a gdy pierwszak kończy
lekcje dopilnowują by zabrał wszystkie swoje rzeczy.
Oba Krasnale są kochane, ale Młodszy jest bardziej "życiowo nastawiony"-
zawsze pomoże w domu, lubi brać udział w zakupach, a pieczenie ciastek to dla
niego super zabawa.
Młodszy ma przyjaciółkę i ostatnio wreszcie się ośmielił, by ją zaprosić do domu.
I chyba nie zgadniecie co robili - zgodnie powyjmowali ze zmywarki stos naczyń,
poustawiali je na miejsca a następnie razem usmażyli dla wszystkich naleśniki.
Starszy jest na etapie nierozmawiania z dziewczynami - żaden z kolegów nie
zadaje się z dziewczynami. "Z nimi się nie rozmawia" - tak poinformował swą
mamę, gdy go zapytała jakie są jego koleżanki.
Starszy ma dwóch bliskich kolegów, z którymi się odwiedzają - tamci też
tacy nieco odlotowi- czasami bawią się w opracowywanie sposobu uczenia
dzieci nowych wzorów i obliczeń matematycznych -rzecz dotyczy głównie
logistyki tego zagadnienia...Wymiękam gdy coś takiego słyszę.
Bycie babcią to fajna sprawa, zwłaszcza gdy mam Krasnali na wyciągnięcie
ręki.
A poza tym - poza tym jest mi tu jakoś dobrze.I niech tak trwa.
Miłego nowego tygodnia dla Was!
A na YT znalazłam takie filmiki o Karyntii
Moi jak na razie są w Karyntii, czyli tam gdzie można korzystać z wycieczek
w malownicze Alpy i moczyć kupry w ciepłych jeziorach, które miejscowi
nazywaja wannami, bo temperatura wody to 26 -28 stopni a na plaży zamiast
piachu króluje trawa. Takich "jezior kąpielowych" jest w Karyntii siedem.
Po tygodniu pojadą dalej.
A ja - robię nic.
Trochę oglądam Tour de France, bo w trakcie dłubię szydełkiem kamizelkę
dla siebie.
Już trzeci dzień piszę list - "ręcznie" i z przerażeniem odkrywam, że coraz mi
trudniej pisać. Chyba jednak za bardzo przyzwyczaiłam się do klawiatury.
Coś mi się wydaje, że skończy się tym, że będzie to jednak list "drukowany"-
to ma i dobre strony, przynajmniej będzie czytelny. Napiszę na kompie i
wydrukuję. Że nie elegancko? Ojej, nie moja wina ,że adresatka dopomina
się o listy a nie posiada komputera tylko dlatego, że nie chce go mieć.
Tego to ja akurat nie rozumiem bo jakoś nie wyobrażam sobie życia bez kompa.
Mieszkamy tu już całe 9 miesięcy i cały czas z zaciekawieniem obserwuję
naszych Krasnali. Chłopców dzieli różnica 2 lat i 40 dni. Wychowywani byli tak
samo, ale bardzo się między sobą różnią. Wcale nie są do siebie podobni pod
względem wyglądu.
Starszy jest zawsze z głową w chmurach, śmiejemy się z córką, że prowadzi
"odrębny żywot równoległy". Jak już wiecie jest bardzo zdolny, jest najmłodszym
uczniem klasy V podstawówki (w styczniu ukończył 9 lat), a zdaniem nauczycieli
poziomem inteligencji przerasta dzieci ze swojej klasy tak o 3 lata.
Tę piątą i szóstą klasę Starszy robi w gimnazjum, czyli ma nieco rozszerzony
program. Córka nie chciała zapisać go do szkoły dla bardzo zdolnych dzieci,
ale nawet nie dopytywałam się dlaczego.
Młodszy Krasnal od pierwszych dni życia był zapatrzony w starszego brata- to
za nim wodził wciąż oczkami jak słonecznik za Słońcem.
Młodszy trafił do szkoły w wieku 6 lat, bardzo dobrze sobie radzi w szkole, ale
na szczęście nie wyprzedza klasy tak jak było ze Starszym. Tu szkoła bacznie
obserwuje dzieciaki, wyłapuje te zdolniejsze, przesuwa bez problemu wyżej
ale jednocześnie nie ma kłopotu z powtarzaniem klasy- tu respektują tempo
w jakim dziecko przyswaja sobie nowe wiadomości. Pozostanie na drugi rok
w tej samej klasie to żaden wstyd. Niewątpliwie duży wpływ na takie ustawienie
szkoły ma fakt, że bardzo wiele dzieci jest z innych narodowości. W klasach
1 - 3 wiele lekcji jest łączonych, a dzieci z klasy 3 są nauczone by opiekować się
wszystkimi "pierwszakami". I opiekują się bardzo troskliwie - pilnują by nowi
trafiali do swojej klasy, by zjadali obiad na stołówce, a gdy pierwszak kończy
lekcje dopilnowują by zabrał wszystkie swoje rzeczy.
Oba Krasnale są kochane, ale Młodszy jest bardziej "życiowo nastawiony"-
zawsze pomoże w domu, lubi brać udział w zakupach, a pieczenie ciastek to dla
niego super zabawa.
Młodszy ma przyjaciółkę i ostatnio wreszcie się ośmielił, by ją zaprosić do domu.
I chyba nie zgadniecie co robili - zgodnie powyjmowali ze zmywarki stos naczyń,
poustawiali je na miejsca a następnie razem usmażyli dla wszystkich naleśniki.
Starszy jest na etapie nierozmawiania z dziewczynami - żaden z kolegów nie
zadaje się z dziewczynami. "Z nimi się nie rozmawia" - tak poinformował swą
mamę, gdy go zapytała jakie są jego koleżanki.
Starszy ma dwóch bliskich kolegów, z którymi się odwiedzają - tamci też
tacy nieco odlotowi- czasami bawią się w opracowywanie sposobu uczenia
dzieci nowych wzorów i obliczeń matematycznych -rzecz dotyczy głównie
logistyki tego zagadnienia...Wymiękam gdy coś takiego słyszę.
Bycie babcią to fajna sprawa, zwłaszcza gdy mam Krasnali na wyciągnięcie
ręki.
A poza tym - poza tym jest mi tu jakoś dobrze.I niech tak trwa.
Miłego nowego tygodnia dla Was!
środa, 11 lipca 2018
Dziś nam.....
...odbiło.
I tak , jak to mówią, ni z gruchy ni z pietruchy, pojechaliśmy dziś do...Słubic.
To zaledwie 105 km od naszego domu.
Droga prosta, choć chwilami spowolniona do 60 km/godz. bo są niektóre odcinki
autostrady w remoncie.
A wszystko przez to, że doszłam do genialnego wniosku, że muszę się ostrzyc
bo jeszcze trochę a jakiś ptaszor uwije sobie gniazdo w mych włosach.
Już od pewnego czasu podglądam tutejsze fryzjerki, jako że mam na swojej ulicy
przynajmniej trzy zakłady/salony fryzjerskie i dwa gdy się wybieram do sklepu
spożywczego. Pierwsze co mnie zniechęca do wizyty , to fakt, że siedzi się
"na widoku" i każdy może się poprzyglądać mojej facjacie gdy mnie fryzjer
strzyże.Mnie to akurat przeszkadza, bo z mokrymi kudłami wyglądam jak kot
pers ze zmoczonym futrem, albo i gorzej.
Mój mąż, który już wcześniej doszedł do wniosku, że czas się ostrzyc, miesiąc
temu został przymuszony do roli testera.
Po pierwszym tygodniu zaczęły ukazywać się niedoróby, bo pani fryzjerka
operowała tylko i jedynie maszynką (podobną moja znajoma strzygła swego psa).
Nawet przez moment nie użyła nożyczek. No więc podglądałam te fryzjerki,
czekałam zaczajona aż klientki wyjdą i za każdym razem coraz mniej miałam
ochotę na to strzyżenie.
Tutejsze fryzjerki wyraznie czują wstręt do nożyczek i chyba znają tylko jeden
"sznyt". I ten sznyt, niezależnie od płci, kosztuje od 16 do 25 €, a obejmuje
tylko i wyłącznie strzyżenie maszynką, bez układania fryzury i bez mycia włosów.
I tak jakoś wczoraj stwierdziliśmy, że może lepiej pojechać do Słubic, bo tam
też fryzjerów multum, ale chodzi fama, że świetnie strzygą, super farbują a
do tego wspaniale rozjaśniają na blond, który nie przypomina jajecznicy lub
omletu. To akurat mnie nie dotyczy, mam siwe włosy.
Ponieważ nie lubię myć włosów u fryzjera umyłam je dziś rano i wyruszyliśmy
w drogę.
Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu i wpierw odwiedziliśmy aptekę,
potem kilka sklepów- wszędzie letnia przecena. I tym sposobem nabyłam
markowy kapelusz od słońca za 35,-złotych, mój mąż pantofle domowe włoskie
za 65 zł (takie same widziałam w Warszawie za nieco ponad 100 zł), leki bez
recepty też tańsze niż w Warszawie, zakupiłam zamykane na klamry słoiki
szklane wecki, za 3 zł sztuka, 4 pary skarpetek bawełnianych damskich za
niecałe 6 złotych i wcale nie są chińskie, w sklepie z odżywkami dla
sportowców glukozaminę na 150 dni i wreszcie wylądowaliśmy w całkiem
miłym saloniku fryzjerskim.
Czysto, przytulnie, wygodne fotele , dwie młode fryzjerki. Umówiliśmy się,
że przyjdziemy za pół godziny i oboje będziemy jednocześnie strzyżeni.
Okazało się, że obie panie są Ukrainkami i naprawdę świetnie wyszkolonymi.
Już od chwili gdy "moja" zaczęła mi rozdzielać włosy do strzyżenia, wiedziałam,
że trafiłam w dobre i fachowe ręce. Calutkie strzyżenie było "nożyczkowe" i
mam tak ostrzyżone włosy, że wystarczy, że potrząsnę głową a włosy układają
się tak jak mi to odpowiada. Maria strzygła mnie całe 45 minut.
Byłam tak zadowolona, że poprosiłam o jej imię i wizytówkę, bo tu jest więcej
fryzjerek, a będę chciała tu przyjechać za dwa miesiące właśnie do niej.
Mąż też został świetnie ostrzyżony przez tę drugą fryzjerkę..
Najbardziej podoba mi się w Słubicach, że w ciągu pół godziny można załatwić
niemal wszystko- odległości są małe, jak się śmiałam 5 kroków w lewo, tyle
samo w prawo, 3 do tyłu i załatwiliśmy wszystko co nam było do szczęścia
potrzebne, nawet zdążyliśmy wypić kawę espresso i zjeść kawał sernika.
Po powrocie do domu (w sumie całość zabrała nam niecałe 5 godzin) mój
mąż, który nie wiem dlaczego nigdy nie kończył ekonomii a elektronikę,
starannie policzył wszystkie nasze wydatki, łącznie z przejazdem i stwierdził,
że "jesteśmy do przodu", czyli wyjazd był wielce opłacalny.
Mieliśmy również szczęście do pogody - w godzinę po naszym powrocie spadł
rzęsisty deszcz i nawet trochę grzmiało.
A jutro- no nie wiem jeszcze co nam strzeli go głowy. Wg prognozy ma być upalnie.
I tak , jak to mówią, ni z gruchy ni z pietruchy, pojechaliśmy dziś do...Słubic.
To zaledwie 105 km od naszego domu.
Droga prosta, choć chwilami spowolniona do 60 km/godz. bo są niektóre odcinki
autostrady w remoncie.
A wszystko przez to, że doszłam do genialnego wniosku, że muszę się ostrzyc
bo jeszcze trochę a jakiś ptaszor uwije sobie gniazdo w mych włosach.
Już od pewnego czasu podglądam tutejsze fryzjerki, jako że mam na swojej ulicy
przynajmniej trzy zakłady/salony fryzjerskie i dwa gdy się wybieram do sklepu
spożywczego. Pierwsze co mnie zniechęca do wizyty , to fakt, że siedzi się
"na widoku" i każdy może się poprzyglądać mojej facjacie gdy mnie fryzjer
strzyże.Mnie to akurat przeszkadza, bo z mokrymi kudłami wyglądam jak kot
pers ze zmoczonym futrem, albo i gorzej.
Mój mąż, który już wcześniej doszedł do wniosku, że czas się ostrzyc, miesiąc
temu został przymuszony do roli testera.
Po pierwszym tygodniu zaczęły ukazywać się niedoróby, bo pani fryzjerka
operowała tylko i jedynie maszynką (podobną moja znajoma strzygła swego psa).
Nawet przez moment nie użyła nożyczek. No więc podglądałam te fryzjerki,
czekałam zaczajona aż klientki wyjdą i za każdym razem coraz mniej miałam
ochotę na to strzyżenie.
Tutejsze fryzjerki wyraznie czują wstręt do nożyczek i chyba znają tylko jeden
"sznyt". I ten sznyt, niezależnie od płci, kosztuje od 16 do 25 €, a obejmuje
tylko i wyłącznie strzyżenie maszynką, bez układania fryzury i bez mycia włosów.
I tak jakoś wczoraj stwierdziliśmy, że może lepiej pojechać do Słubic, bo tam
też fryzjerów multum, ale chodzi fama, że świetnie strzygą, super farbują a
do tego wspaniale rozjaśniają na blond, który nie przypomina jajecznicy lub
omletu. To akurat mnie nie dotyczy, mam siwe włosy.
Ponieważ nie lubię myć włosów u fryzjera umyłam je dziś rano i wyruszyliśmy
w drogę.
Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu i wpierw odwiedziliśmy aptekę,
potem kilka sklepów- wszędzie letnia przecena. I tym sposobem nabyłam
markowy kapelusz od słońca za 35,-złotych, mój mąż pantofle domowe włoskie
za 65 zł (takie same widziałam w Warszawie za nieco ponad 100 zł), leki bez
recepty też tańsze niż w Warszawie, zakupiłam zamykane na klamry słoiki
szklane wecki, za 3 zł sztuka, 4 pary skarpetek bawełnianych damskich za
niecałe 6 złotych i wcale nie są chińskie, w sklepie z odżywkami dla
sportowców glukozaminę na 150 dni i wreszcie wylądowaliśmy w całkiem
miłym saloniku fryzjerskim.
Czysto, przytulnie, wygodne fotele , dwie młode fryzjerki. Umówiliśmy się,
że przyjdziemy za pół godziny i oboje będziemy jednocześnie strzyżeni.
Okazało się, że obie panie są Ukrainkami i naprawdę świetnie wyszkolonymi.
Już od chwili gdy "moja" zaczęła mi rozdzielać włosy do strzyżenia, wiedziałam,
że trafiłam w dobre i fachowe ręce. Calutkie strzyżenie było "nożyczkowe" i
mam tak ostrzyżone włosy, że wystarczy, że potrząsnę głową a włosy układają
się tak jak mi to odpowiada. Maria strzygła mnie całe 45 minut.
Byłam tak zadowolona, że poprosiłam o jej imię i wizytówkę, bo tu jest więcej
fryzjerek, a będę chciała tu przyjechać za dwa miesiące właśnie do niej.
Mąż też został świetnie ostrzyżony przez tę drugą fryzjerkę..
Najbardziej podoba mi się w Słubicach, że w ciągu pół godziny można załatwić
niemal wszystko- odległości są małe, jak się śmiałam 5 kroków w lewo, tyle
samo w prawo, 3 do tyłu i załatwiliśmy wszystko co nam było do szczęścia
potrzebne, nawet zdążyliśmy wypić kawę espresso i zjeść kawał sernika.
Po powrocie do domu (w sumie całość zabrała nam niecałe 5 godzin) mój
mąż, który nie wiem dlaczego nigdy nie kończył ekonomii a elektronikę,
starannie policzył wszystkie nasze wydatki, łącznie z przejazdem i stwierdził,
że "jesteśmy do przodu", czyli wyjazd był wielce opłacalny.
Mieliśmy również szczęście do pogody - w godzinę po naszym powrocie spadł
rzęsisty deszcz i nawet trochę grzmiało.
A jutro- no nie wiem jeszcze co nam strzeli go głowy. Wg prognozy ma być upalnie.
wtorek, 10 lipca 2018
Wspominkowo
Był rok 1973, lipiec. I w tymże czasie otrzymaliśmy klucze do swego własnego
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było w odrębnym pomieszczeniu..
Pokoje na osiedlu były wykończone dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
ścianach całkiem ładne "jugolskie" tapety i płytki PCV na podłodze, inne miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo starannie wysprzątane, okna lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu przenieść kuchenką
gazową i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić, nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.
Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było w odrębnym pomieszczeniu..
Pokoje na osiedlu były wykończone dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
ścianach całkiem ładne "jugolskie" tapety i płytki PCV na podłodze, inne miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo starannie wysprzątane, okna lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu przenieść kuchenką
gazową i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić, nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.
Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach
| i muchomory z trawnika, gdzie przedtem hulały "burze piaskowe" |
środa, 4 lipca 2018
U mnie jak na....
....działkach- nic się nie dzieje.
No może tylko to, że dziś jakoś upalnie jest.Słońce świeci uparcie i grzeje.
Gdy mój osobisty przedstawiciel mocnej płci był ostatnim razem u naszego
pana doktora POZ (podstawowej opieki zdrowotnej) w maju, to dostał
skierowanie do trzech specjalistów- kardiologa, pulmonologa i okulisty.
Oczywiście zapisalismy sie telefonicznie, a skierowanie dostarcza się w dniu
wizyty.
Tu jest nieco śmiesznie z tymi skierowaniami- skierowanie jest ważne kwartał,
więc czasami się zdarza, że trzeba je przedłużyć, ale to nie problem.
I już dwie wizyty mamy za sobą - pulmonolog okazał się być czeskiego rodu,
więc nawet bez problemu rozczytał się w polskich dokumentach.
Najważniejsze, że na miejscu były wykonane podstawowe badania i zmieniono
mojemu chłopu leki. Teraz ma tak dobrane, że bierze tylko 1, dwa razy dziennie
(dotychczas 4 razy dziennie, dwa różne leki) i przestał się zanosić kaszelkiem.
I już ma wyznaczony termin następnej wizyty, za 2.5 miesiąca.
I ciekawostka- wszystkie swe uwagi na temat zdrowia i leków pan dr.pulmonolog
przekazał "od ręki", mailowo, do lekarza kierującego.
A dziś byliśmy u okulisty - dostał skierowanie do szpitala na operację zaćmy.
Będziemy się starać by był to szpital odległy od nas o ok.700m, bo jest tu ponoć
najlepszy oddział okulistyczny. I może uda się tę zaćmę usunąć jeszcze w sierpniu.
A tak przy okazji nie mógł się tutejszy okulista nadziwić, że po zoperowaniu
pierwszego oka nie dobrano mojemu właściwych okularów, tylko pozostawiono te
sprzed operacji. A przecież był operowany wtedy prywatnie, za pieniądze.
No i 1 sierpnia ma mój jeszcze wizytę u kardiologa w klinice specjalizującej
się w zastawkach sercowych. Ciekawa jestem jak ocenią jego stan zdrowia i czy
pozostawią te leki które ma, czy dostanie inne. Mam tylko nadzieję, że jego
implantowana zastawka nadal jest dobra.
Wczoraj miałam zwariowany dzień, bo starszy Krasnal miał pływanie w akwenie
naturalnym. Co prawda jakoś odnalezlismy jezioro w którym mial pływać, tylko
córka nie podała drobnego szczegółu- w którym miejscu na tym jeziorze będą
pływać. A tam jest kilka miejsc do tego się nadających. I bez nudystów;))
No ale w końcu, niemal po 20 minutach, znależliśmy to miejsce- nie byliśmy
w tym szukaniu osamotnieni, bo i inne dziecię też szukało wraz z mamą tego
miejsca zbiórki.
Dziś było tu zakończenie roku szkolnego- Młodszy Krasnal dostał w ramach
nagrody czerwoną gerberę z doczepionym karnetem pochwalnym.
Starszy oscyluje ze stopniami od 1 do 3 w skali 6 stopniowej, z tym,że 1 to tak
jak u nas 6. Trochę się w tych ocenach trudno połapać, bo on ma tzw. "bloki"
i ocena łączna jest np. za blok chemia, biologia, fizyka no ale z matematyki
to oczywiście ma 1, z muzyki i języka ojczystego również. Z WF, ktorego
zdecydowanie nie lubi ( w coś tam grają) ma tylko 3.
W poniedziałek wyjeżdżają - będę miała wakacje - całe 3 tygodnie.
Chyba pozwiedzam nieco Berlin.
No może tylko to, że dziś jakoś upalnie jest.Słońce świeci uparcie i grzeje.
Gdy mój osobisty przedstawiciel mocnej płci był ostatnim razem u naszego
pana doktora POZ (podstawowej opieki zdrowotnej) w maju, to dostał
skierowanie do trzech specjalistów- kardiologa, pulmonologa i okulisty.
Oczywiście zapisalismy sie telefonicznie, a skierowanie dostarcza się w dniu
wizyty.
Tu jest nieco śmiesznie z tymi skierowaniami- skierowanie jest ważne kwartał,
więc czasami się zdarza, że trzeba je przedłużyć, ale to nie problem.
I już dwie wizyty mamy za sobą - pulmonolog okazał się być czeskiego rodu,
więc nawet bez problemu rozczytał się w polskich dokumentach.
Najważniejsze, że na miejscu były wykonane podstawowe badania i zmieniono
mojemu chłopu leki. Teraz ma tak dobrane, że bierze tylko 1, dwa razy dziennie
(dotychczas 4 razy dziennie, dwa różne leki) i przestał się zanosić kaszelkiem.
I już ma wyznaczony termin następnej wizyty, za 2.5 miesiąca.
I ciekawostka- wszystkie swe uwagi na temat zdrowia i leków pan dr.pulmonolog
przekazał "od ręki", mailowo, do lekarza kierującego.
A dziś byliśmy u okulisty - dostał skierowanie do szpitala na operację zaćmy.
Będziemy się starać by był to szpital odległy od nas o ok.700m, bo jest tu ponoć
najlepszy oddział okulistyczny. I może uda się tę zaćmę usunąć jeszcze w sierpniu.
A tak przy okazji nie mógł się tutejszy okulista nadziwić, że po zoperowaniu
pierwszego oka nie dobrano mojemu właściwych okularów, tylko pozostawiono te
sprzed operacji. A przecież był operowany wtedy prywatnie, za pieniądze.
No i 1 sierpnia ma mój jeszcze wizytę u kardiologa w klinice specjalizującej
się w zastawkach sercowych. Ciekawa jestem jak ocenią jego stan zdrowia i czy
pozostawią te leki które ma, czy dostanie inne. Mam tylko nadzieję, że jego
implantowana zastawka nadal jest dobra.
Wczoraj miałam zwariowany dzień, bo starszy Krasnal miał pływanie w akwenie
naturalnym. Co prawda jakoś odnalezlismy jezioro w którym mial pływać, tylko
córka nie podała drobnego szczegółu- w którym miejscu na tym jeziorze będą
pływać. A tam jest kilka miejsc do tego się nadających. I bez nudystów;))
No ale w końcu, niemal po 20 minutach, znależliśmy to miejsce- nie byliśmy
w tym szukaniu osamotnieni, bo i inne dziecię też szukało wraz z mamą tego
miejsca zbiórki.
Dziś było tu zakończenie roku szkolnego- Młodszy Krasnal dostał w ramach
nagrody czerwoną gerberę z doczepionym karnetem pochwalnym.
Starszy oscyluje ze stopniami od 1 do 3 w skali 6 stopniowej, z tym,że 1 to tak
jak u nas 6. Trochę się w tych ocenach trudno połapać, bo on ma tzw. "bloki"
i ocena łączna jest np. za blok chemia, biologia, fizyka no ale z matematyki
to oczywiście ma 1, z muzyki i języka ojczystego również. Z WF, ktorego
zdecydowanie nie lubi ( w coś tam grają) ma tylko 3.
W poniedziałek wyjeżdżają - będę miała wakacje - całe 3 tygodnie.
Chyba pozwiedzam nieco Berlin.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







