drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 21 lipca 2018

3. Kto chce niech czyta.....Thron

Prekursorem krzesła był tron. Było to siedziszcze dość obszerne,
opatrzone  wysokim oparciem i poręczami, zdobione rzeżbami a z czasem
drogimi kamieniami, wyściełane szlachetnymi futrami i bogatymi tkaninami.
Kto i kiedy wymyślił oraz wykonał ów przedmiot tak naprawdę nie wiadomo.
Nie mniej był to sprzęt przeznaczony tylko dla władców, z czasem  też dla
wysokich rangą kapłanów.
Umożliwiał on przyjęcie swobodnej a jednocześnie pełnej godności
pozycji, wynosząc siedzącego ponad wszystkich, którzy stali u jego stóp.
Bo władcy słuchało się stojąc w pewnym pełnym czci oddaleniu.

Z królewskich pałaców, jako oznaka władzy,  tron najwcześniej trafił do Stolicy
Apostolskiej oraz biskupstw jako  Cathedra, a następnie na uniwersytety jako
katedra profesorska.

Nie wiadomo również kto zrobił pierwsze krzesło, podobne  do tych, które
dziś posiadamy.
Wiadomo za to, że pierwsi zaczęli używać krzeseł zakonnicy w swych celach -
widać ktoś odkrył, że wygodniej czytać w pozycji siedzącej niż stojąc przy
jakimś pulpicie.
A jako mebel do siedzenia krzesło rozpoczęło swą karierę dopiero w XVI wieku.
Oczywiście nie było wtedy standardowym wyposażeniem domów, taki luksus
miały tylko bardzo zamożne domy.
Szkoły i biura zostały wyposażone w krzesła dopiero pod koniec XIX wieku.
Dręczy kogoś pytanie  na czym siedziano gdy nie było krzeseł?
No cóż możliwości było sporo- bezpośrednio na podłożu, czasem na ławach,
zydlach, ściętych i wysuszonych pniakach, rozłożonych matach.

Nawet najdroższe i najpiękniejsze krzesło ma poważną  wadę - nie odpowiada
wymogom ludzkiej anatomii.
Siedzeniem, które odpowiada tym wymogom jest końskie siodło, bo znaczna
część wagi jeżdzca jest przenoszona na strzemiona, co pozwala zachować
naturalne  wygięcie kręgosłupa.
A krzesło wymaga ustawienia górnej części nóg pod katem prostym do tułowia
co poważnie zakłóca stan równowagi szkieletu.
Mamy wtedy unieruchomioną miednicę a stawy biodrowe i okolice lędzwiowe są
sztucznie obciążone. To z tego nabawiamy się dokuczliwych bóli pleców i
stawów biodrowych. Wiercąc się na krzesłach, przyjmując bardzo dziwne pozycje,
dzieci podświadomie dążą do przyjęcia prawidłowej dla szkieletu pozycji.

tron hiszpańskiego króla Karola III

                                                      sala tronowa w Korei Południowej


czwartek, 19 lipca 2018

2. Kto chce niech czyta.... Alpy w pigułce

Zapewne każdy wie, że Alpy są najwyższym łańcuchem górskim Europy. Długi to
łańcuch, bo od  Morza Śródziemnego w okolicach Savony  aż po dolinę Dunaju
w okolicy Wiednia. Jego długość to 1200km, szerokość od 150 do 250 kilometrów
a powierzchnia  to 220 tysięcy kilometrów kwadratowych.
Skoro już znamy wizytówkę Alp, możemy  się trochę zająć ich historią.
Wydawać się to może dziwne, ale wysoko położone alpejskie doliny były
miejscem bardzo wczesnego osadnictwa. Zapewniały swym mieszkańcom dużo
słońca, słodkiej wody, materiału budowlanego i opału a ich odosobnienie
gwarantowało bezpieczeństwo.
W dolinie Taminy (Szwajcaria), w jaskini Drachemloch, która jest na wysokości
2445metrów, odnaleziono ślady palenisk, które są datowane na epokę między
lodowcową, a ślady wypasu bydła pochodzą sprzed 12 000 lat.
W średniowieczu wiele społeczności rejonu Alp wypracowało sobie niezależność.
52 komuny Briancon uzyskały Kartę Swobód w 1343 roku i zachowały swą
niezależność aż do czasu rewolucji francuskiej.
Wiele miejsc w Alpach uniknęło ścisłej kontroli władców z powodu braku dróg.
Np. Barcelonette, do której drogę wybudowano dopiero w 1883roku. Wcześniej
można tam było dotrzeć po 15 godzinach spędzonych w siodle na....mule.
Wsie okręgu Gorges du Verdon połączenie ze światem zewnętrznym uzyskały
dopiero w 1947 roku.
Najniższa przełęcz Alp  zachodnich nadal nie posiada całorocznej czynnej drogi,
która  łączyłaby obie strony.
W Alpach wiele dróg powstało w celach strategicznych, np. najwyżej położona
droga w Europie na przełęczy Col du Galibier (3242m), wybudowana w latach
30-tych XIX wieku jako część francuskiej przygranicznej linii obronnej.
Po II wojnie światowej Alpy zaczęły przeżywać masowe najazdy turystów -
narciarzy zwłaszcza.
Najkrótszym przejściem przez  Alpy jest przełęcz  św. Gotarda- leży na wysokości
2108m i jest konkurencyjna dla innych dróg położonych na wyższych przełęczach.
W 1822 roku otwarto linię kolejową przez przełęcz św. Gotarda. Trasa prowadzi
systemem tuneli, w tym przez tunel spiralny, w którym pociąg nabiera wysokości.
W 1980 roku uruchomiono obok tunelu kolejowego tunel dla samochodów.
Jego długość wynosi 16,5 km, ma 6  pasm jezdni i czynny jest cały rok, bez
względu na pogodę.

I znów kilka zdjęć, na zachętę, by obejrzeć Alpy w naturze



                                                   A tu zdjęcie Salzburga na tle Alp
Dla mnie jest to prześliczne miasto.Polecam, mimo tego, że w każdym
niemal sklepiku z pamiątkami królują czekoladki z profilem Mozarta.

środa, 18 lipca 2018

Znielubicie mnie......

......bo czytam teraz dzieło pana Normana Davies'a  "Europa". I dłuugo będę to
czytać, bo książka swym formatem i grubością mogłaby służyć za narzędzie
zbrodni. Jedno przyłożenie nią komuś w głowę z całą pewnością skróciłoby na
zawsze jego żywot.
Format z gatunku złośliwych, nie da się jej czytać w łóżku.
A znielubicie mnie za to, że postanowiłam dzielić się z Wami jej treścią- nie tą
główną, chronologicznie ujętą  historią Europy, ale tematami uzupełniającymi,
dotyczącymi różnych dziedzin życia ówczesnej ale i w pewnym sensie Europy
współczesnej. Bo wiadomo - historia kołem się toczy.
I będę te notki zamieszczać pod hasłem "kto chce niech czyta ..." a w miejscu
kropek napiszę o czym dana notka będzie. Tym sposobem ci, których to nie
interesuje nie stracą czasu na czytanie moich wypocin.
Lojalnie uprzedzam, że dzieło Davies'a ma ponad 1000 stron. A więc:

1.Kto chce niech czyta... o klimatologii historycznej.
Wiadomości na temat tego jaki kiedyś był klimat na interesującym nas terenie
czerpiemy z dwóch żródeł:  zapisów dokonanych przez ludzi oraz z zapisów
zachowanych przez samą przyrodę.
Te pierwsze to różnego rodzaju pamiętniki, dzienniki, kalendarze pogody
prowadzone przez różnych zarządców majątków, handlarzy zbożem, hodowców
winnic oraz opowieści wielu podróżników.
Przyroda, nie licząc na ludzką inwencję, sama  zapisywała dane pogodowe-
w słojach drzew, skamielinach, różnych osadach, stalaktytach , stalagmitach
i lodowcach.
Np.roczne warstwy osadów na dnie olbrzymiego słonego jeziora na Krymie
skatalogowano wstecz aż do roku 2294 p.n.e             
Obliczono, że niektóre gigantyczne stalagmity z jaskini Aven d' Orgnac w Jurze
we Francji, mają ponad 7000 lat. A różnice gęstości zawartych w nich złóż
kalcytu są odbiciem poziomów opadu deszczu w poszczególnych epokach.
Ruch lodowców też jest istotnym żródłem informacji klimatycznych- w okresach
zimnych lodowiec posuwa się naprzód, natomiast w okresach stosunkowo ciepłej
pogody cofa się. Ruchy lodowców były często odnotowywane również w starych
księgach podatkowych, bowiem zdarzały się tak długie i chłodne okresy, że
posuwający się do przodu lodowiec niszczył doszczętnie całe wioski. Lata 1599
do 1770 ,  w których lodowce schodziły bardzo nisko uznaje się dziś za  "małą
epokę lodowcową w Europie". Niestety od roku 1850 lodowce zaczęły się cofać
 i to zjawisko trwa do dziś, stopniowo się nasilając.
W latach trzydziestych XVI wieku wybryki pogodowe  można też odczytać na
słojach drzew w Niemczech, jak i w notatkach hodowców winogron we Francji i
Szwajcarii.
Najzimniejszy sezon w  europejskich  winnicach przypadł na rok 1816, kiedy to
zbiór zniszczonych pogodą winogron rozpoczął się dopiero 1 listopada.
Podobno Mary Shelley, która spędzała wakacje w tym okresie w Szwajcarii,
z powodu bardzo złej pogody nie mogła nawet wychodzić z domu na spacery.
I zapewne w tym właśnie okresie napisała Frankensteina, który został wydany
w 1818 roku.


A to jesienne widoczki z Alp, w których zimą coraz mniej prawdziwego
śniegu, a dla turystów naśnieża się stoki by mieli gdzie szlusować.
A tak na marginesie- to proces bardzo niszczący glebę.

** powiększ zdjęcie "kliknięciem" kursora w obrazek.







wtorek, 17 lipca 2018

"Moje" drzewa

Są upały, więc nie tylko my cierpimy - drzewa również.  Zauważyłam,
że niektórym drzewom  w mojej okolicy pęka  kora. Ponieważ proces zaczął
się od dołu, pomyślałam, że jacyś miejscowi chuligani zajęli się zdzieraniem
kory z drzew. Ale gdy któregoś dnia zerknęłam na górne partie tych drzew to
oniemiałam - na wysoko rosnących gałęziach i pniu też potrzaskała kora i
nawet już miejscami odpadła.  Oczywiście z miejsca  dopadłam Google i po
kilku minutach się uspokoiłam- te  drzewa z odpadającą korą to platany
klonolistne. Ten  na zdjęciu dość dokładnie zgubił korę i teraz prezentuje
swe jaśniutkie gałęzie pozbawione kory.**
Tak w ogóle to gapa jestem, bo jeszcze jesienią zaliczyłam te drzewa do
platanów, bo miały "łaciatą" korę. Gdy wyrosły im wiosną nowe liście,
 uznałam, że głupia jestem, bo te liście wskazują raczej na klon. No a teraz
już nie  wytrzymałam- musiałam sprawdzić co to za drzewa.
No nic- potwierdza się stare powiedzenie, że do  końca życia się czegoś nowego
uczymy.
** kliknijcie w zdjęcie - na powiększonym  lepiej te nowa korę widać.

niedziela, 15 lipca 2018

Mix

Kto przeczyta  doceni dni, w których nie piszę;)
Moi jak na razie są w Karyntii, czyli tam gdzie można korzystać z wycieczek
w malownicze Alpy i moczyć kupry w ciepłych jeziorach, które miejscowi
nazywaja wannami, bo temperatura wody to 26 -28 stopni a na plaży zamiast
piachu króluje trawa. Takich "jezior kąpielowych" jest w Karyntii siedem.
Po tygodniu pojadą dalej.
A ja - robię nic.
Trochę oglądam Tour de France, bo w trakcie dłubię szydełkiem kamizelkę
dla siebie.
 Już trzeci dzień piszę list - "ręcznie" i z przerażeniem odkrywam, że coraz mi
trudniej pisać.  Chyba jednak za bardzo przyzwyczaiłam się  do klawiatury.
Coś mi się wydaje, że skończy się tym, że będzie to jednak list "drukowany"-
to ma  i dobre strony, przynajmniej będzie czytelny. Napiszę na kompie i
wydrukuję. Że nie elegancko? Ojej, nie moja wina ,że adresatka dopomina
się o listy a nie posiada komputera  tylko dlatego, że nie chce go mieć.
Tego to ja  akurat nie rozumiem bo jakoś nie wyobrażam sobie życia  bez kompa.
Mieszkamy tu już całe 9 miesięcy i cały czas z zaciekawieniem obserwuję
naszych Krasnali. Chłopców dzieli różnica 2 lat i 40 dni. Wychowywani byli tak
samo, ale bardzo się między sobą różnią. Wcale nie są do siebie podobni pod
względem wyglądu.
Starszy jest zawsze z głową w chmurach, śmiejemy się z córką, że prowadzi
"odrębny żywot równoległy". Jak już wiecie jest bardzo zdolny, jest najmłodszym
uczniem klasy V podstawówki (w styczniu ukończył 9 lat), a zdaniem nauczycieli
poziomem inteligencji przerasta  dzieci ze swojej klasy tak o 3 lata.
Tę piątą i szóstą klasę Starszy robi w gimnazjum, czyli ma nieco rozszerzony
program. Córka nie chciała zapisać go do szkoły dla bardzo zdolnych dzieci,
ale nawet nie dopytywałam się dlaczego.
Młodszy Krasnal od pierwszych dni życia był zapatrzony w starszego  brata- to
za nim wodził wciąż oczkami jak słonecznik za Słońcem.
Młodszy trafił do szkoły w wieku 6 lat, bardzo dobrze sobie radzi w szkole, ale
na szczęście nie wyprzedza  klasy tak jak było ze Starszym. Tu szkoła bacznie
obserwuje dzieciaki, wyłapuje te zdolniejsze, przesuwa bez problemu wyżej
ale jednocześnie nie ma kłopotu z powtarzaniem klasy- tu respektują tempo
w jakim dziecko przyswaja sobie nowe wiadomości. Pozostanie na drugi rok
w tej samej klasie to żaden wstyd. Niewątpliwie duży wpływ na takie ustawienie
szkoły ma fakt, że bardzo wiele dzieci jest z innych narodowości. W klasach
1 - 3 wiele lekcji jest łączonych, a dzieci z klasy 3 są nauczone by opiekować się
wszystkimi "pierwszakami". I opiekują się bardzo troskliwie - pilnują by nowi
trafiali do swojej klasy, by zjadali obiad na stołówce, a gdy pierwszak kończy
lekcje dopilnowują by zabrał wszystkie swoje rzeczy.
Oba Krasnale są kochane, ale Młodszy jest bardziej "życiowo nastawiony"-
zawsze pomoże w domu, lubi brać udział w zakupach, a pieczenie ciastek to dla
niego super zabawa.
Młodszy ma przyjaciółkę i ostatnio wreszcie się ośmielił, by ją zaprosić do domu.
I chyba nie zgadniecie co robili - zgodnie powyjmowali ze zmywarki stos naczyń,
poustawiali je na miejsca a następnie razem usmażyli dla wszystkich naleśniki.
Starszy jest na etapie nierozmawiania z dziewczynami - żaden z kolegów nie
zadaje się z dziewczynami. "Z nimi się nie rozmawia" - tak poinformował swą
mamę, gdy go zapytała jakie są jego koleżanki.
Starszy ma dwóch bliskich kolegów, z którymi się odwiedzają - tamci też
tacy nieco odlotowi- czasami bawią się w opracowywanie sposobu uczenia
dzieci nowych wzorów i obliczeń matematycznych -rzecz dotyczy głównie
logistyki tego zagadnienia...Wymiękam gdy coś takiego słyszę.
Bycie  babcią to fajna sprawa, zwłaszcza gdy  mam Krasnali na wyciągnięcie
ręki.
A poza tym - poza tym jest mi tu jakoś dobrze.I niech tak trwa.
Miłego nowego tygodnia dla Was!
                                  A na YT znalazłam takie  filmiki o  Karyntii


środa, 11 lipca 2018

Dziś nam.....

...odbiło.
I tak , jak to mówią, ni z gruchy ni z pietruchy, pojechaliśmy dziś do...Słubic.
To zaledwie 105 km od naszego domu.
Droga prosta, choć chwilami spowolniona do 60 km/godz. bo są niektóre odcinki
autostrady w remoncie.
A wszystko przez to, że doszłam do  genialnego wniosku, że muszę się ostrzyc
bo jeszcze trochę  a  jakiś ptaszor uwije sobie gniazdo  w mych włosach.
Już od pewnego czasu podglądam tutejsze fryzjerki, jako że mam na swojej ulicy
przynajmniej trzy zakłady/salony fryzjerskie i dwa gdy się wybieram do sklepu
spożywczego. Pierwsze co mnie zniechęca do wizyty , to fakt, że siedzi się
"na widoku" i każdy może się poprzyglądać mojej facjacie gdy mnie fryzjer
strzyże.Mnie to akurat przeszkadza, bo z mokrymi kudłami wyglądam jak kot
pers ze zmoczonym futrem, albo i gorzej.
Mój mąż, który już wcześniej doszedł do wniosku, że czas się ostrzyc, miesiąc
temu został przymuszony do roli testera.
Po pierwszym tygodniu zaczęły ukazywać się niedoróby, bo pani fryzjerka
operowała tylko i jedynie maszynką (podobną moja znajoma strzygła swego psa).
Nawet przez moment nie użyła nożyczek. No więc podglądałam te fryzjerki,
czekałam zaczajona aż klientki wyjdą i za każdym razem coraz mniej miałam
ochotę na to strzyżenie.
Tutejsze fryzjerki wyraznie czują wstręt do nożyczek i chyba znają tylko jeden
 "sznyt". I ten sznyt, niezależnie od płci, kosztuje od 16 do 25 €, a obejmuje
tylko i wyłącznie strzyżenie maszynką, bez układania fryzury i bez mycia włosów.
I tak jakoś wczoraj stwierdziliśmy, że może lepiej pojechać do Słubic, bo tam
też  fryzjerów multum, ale chodzi fama, że świetnie strzygą, super farbują a
do tego wspaniale rozjaśniają na blond, który nie przypomina jajecznicy lub
omletu. To akurat mnie  nie dotyczy, mam siwe włosy.
Ponieważ nie lubię myć włosów u fryzjera umyłam je dziś rano i wyruszyliśmy
w drogę.
Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu i wpierw odwiedziliśmy aptekę,
potem kilka sklepów- wszędzie letnia przecena. I tym sposobem nabyłam
markowy kapelusz od słońca  za 35,-złotych, mój mąż pantofle domowe włoskie
za 65 zł (takie same widziałam w Warszawie za nieco ponad 100 zł), leki bez
recepty też tańsze niż w Warszawie, zakupiłam zamykane na klamry słoiki
szklane wecki, za 3 zł sztuka, 4 pary skarpetek  bawełnianych damskich za
niecałe  6 złotych i wcale nie są chińskie, w sklepie z odżywkami dla
sportowców glukozaminę na 150 dni i wreszcie wylądowaliśmy w całkiem
miłym saloniku fryzjerskim.
Czysto, przytulnie, wygodne fotele , dwie młode fryzjerki. Umówiliśmy się,
że przyjdziemy za pół godziny i oboje będziemy jednocześnie strzyżeni.
Okazało się, że obie panie są Ukrainkami i naprawdę świetnie wyszkolonymi.
Już od chwili gdy "moja" zaczęła mi rozdzielać włosy do strzyżenia, wiedziałam,
że trafiłam w dobre i fachowe ręce. Calutkie  strzyżenie było "nożyczkowe" i
mam tak ostrzyżone włosy, że wystarczy, że potrząsnę głową a włosy układają
się tak jak mi to odpowiada. Maria strzygła mnie całe 45 minut.
Byłam tak zadowolona, że poprosiłam o jej  imię i wizytówkę, bo tu jest więcej
fryzjerek, a będę chciała tu przyjechać za dwa miesiące właśnie do niej.
 Mąż też został świetnie ostrzyżony przez tę drugą fryzjerkę..
Najbardziej podoba mi się w Słubicach, że w ciągu pół godziny można załatwić
niemal wszystko- odległości są małe, jak się śmiałam 5 kroków  w lewo, tyle
samo w prawo, 3 do tyłu i załatwiliśmy wszystko co nam było do szczęścia
potrzebne, nawet zdążyliśmy wypić  kawę  espresso i zjeść kawał sernika.
Po powrocie do domu (w sumie całość zabrała nam  niecałe 5 godzin) mój
mąż, który nie wiem dlaczego nigdy nie kończył ekonomii a elektronikę,
starannie policzył wszystkie nasze wydatki, łącznie z przejazdem i stwierdził,
że  "jesteśmy do przodu", czyli wyjazd był wielce opłacalny.
Mieliśmy również szczęście do pogody - w godzinę po naszym powrocie spadł
rzęsisty deszcz i nawet trochę grzmiało.
A jutro- no nie wiem jeszcze co nam strzeli go głowy. Wg prognozy ma być upalnie.

wtorek, 10 lipca 2018

Wspominkowo

Był rok 1973, lipiec. I w tymże czasie otrzymaliśmy klucze do swego własnego
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z  kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra  szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od  urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było  w odrębnym pomieszczeniu..
 Pokoje  na osiedlu były wykończone  dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
 ścianach całkiem ładne "jugolskie"  tapety i płytki PCV na podłodze, inne  miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo  starannie wysprzątane, okna  lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył  wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze  złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed  drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu  przenieść  kuchenką
gazową  i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam  faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie  własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić,  nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez  ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie  bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota  "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.




                                   Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach


i muchomory z trawnika, gdzie przedtem hulały "burze  piaskowe"