drewniana rzezba
poniedziałek, 6 września 2010
56. Jakoś nie jestem zadowolona
Oto efekty mojej ostatniej działalności,żebyście aby nie pomyśleli, że
siedzę z założonymi rękami.
To "czarne"- to chusta- robiona szydełkiem, ścieg bajecznie prosty, ale
jestem z lekka gapowata i dopiero w połowie robótki doszłam do wniosku,
że mogłam wziąć grubsze szydełko. Gdybym to robiła z gładkiej włóczki,
to pewnie bym spruła, ale ta włóczka to akryl udający mohair , o nazwie
"Gucio". Zużyłam niecałe 20 dag. Chusta jest ciepła i lekka i o to szło.
Wystraszona deszczem, wiatrem i zimnem postanowiłam zrobić coś na
głowę, bo jakoś nie chce mi się wierzyć, że będzie ciepła, złota jesień i
z tego wszystkiego zrobiłam czapko-kapelusz. Namotałam się okrutnie,
ale najfajniejsze są na nim kwiaty, bo jeden kwiatek robi się zaledwie 20
minut.
Na rondku postawiłam najnowszy element mego szydełkowego zwie-
rzyńca, malutkiego hipopotama, którego podejrzałam na blogu by-giraffe.
Szkoda, że nie zaczekałam z tą robotą dzień dłużej, bo potem właścicielka
bloga podała instrukcje wykonania i pewnie wtedy hipcio byłby ładniejszy.
Zajrzyjcie w wolnej chwili na blog by-giraffe, jest w moich linkach, a zoba-
czycie jakie prześliczne zabaweczki robi jego autorka szydełkiem.
Zaniepokojonym uprzejmie donoszę, że nie będę chodziła z hipciem na
rondku.
Poza tym znów jakaś epidemia znikania komentarzy, zżarło mi to co
napisałam u Effci , Smoothoperatora i u Akwarelii i zupełnie nie mogę
pojąć przyczyny tego. Mam nadzieję, że to nie jest efekt wprowadzenia
jakiegoś programu do cenzurowania tekstów.
I jestem zła, bo wczoraj wywiesiłam z okazji słoneczka pranie na loggii,
wieczorem było niemal suche, więc zostawiłam na noc, żeby doschło i
oczywiście wszystko mokre, bo w nocy zaczęło padać i wciąż pada.
A może to kara za narzekanie na upały?
niedziela, 5 września 2010
55. Poddaję się
Już dwie przemiłe osoby, tzn. Lotnica i Akwarelia, zaprosiły mnie do zabawy
w "to lubię". Poddaję się, choć trudno wymienić tylko 10 rzeczy. które lubię,
bo choć nie jestem optymistką, to z natury jestem dość zabawową istotą i
wiele rzeczy lubię.
1. lubię pisać - od zawsze, od pierwszych wypracowań w szkole i dlatego
katuję ludzi swym blogiem,
2. lubię czytać - a zaczynałam nim poszłam do szkoły, składając mozolnie
litery w Świerszczyku,
3. lubię wszelakie prace ręczne, każda dłubanina jest cudownym dla mnie
zajęciem,
4. lubię muzykę, każdą, która nie przyprawia mnie o ból głowy i żałuję, że
gdy miałam okazję, nie chciałam się uczyć gry na fortepianie,
5. lubię malarstwo, choć gdy oglądam zawsze czuję w sercu ukłucie
zazdrości, że ja tak nie potrafię,
6. lubię las, zapach lasu nagrzanego słońcem, wędrówki kilometrami po
lesie, grzybobranie, las jesienią gdy liście zaczynają zmieniać kolor,
7. lubię podróże do miejsc, w których jeszcze nie byłam i powroty do
miejsc, które bardzo mi się podobały, lubię łażenie po ulicach obcych
miast, zaglądanie do sklepów, szwendanie się po targowiskach, wizyty
w muzeach i galeriach,
8. lubię kontakt z przyrodą , a w tym zachody słońca nad morzem, pły-
wanie żaglówką, wędrówki po Tatrach i Bieszczadach, leniuchowanie
w basenie na Antałówce połączone z gapieniem się na Giewont,
9. lubię gotować, a zwłaszcza eksperymentować z nowymi smakami,
przyprawami, wypróbowywać nowe przepisy,
10. lubię siebie, ze swymi niedoskonałościami wnętrza i niezbyt inte-
resującą zewnętrznością.
A teraz zapraszam do zabawy: Serpentynę, Nolę, Mijkę
w "to lubię". Poddaję się, choć trudno wymienić tylko 10 rzeczy. które lubię,
bo choć nie jestem optymistką, to z natury jestem dość zabawową istotą i
wiele rzeczy lubię.
1. lubię pisać - od zawsze, od pierwszych wypracowań w szkole i dlatego
katuję ludzi swym blogiem,
2. lubię czytać - a zaczynałam nim poszłam do szkoły, składając mozolnie
litery w Świerszczyku,
3. lubię wszelakie prace ręczne, każda dłubanina jest cudownym dla mnie
zajęciem,
4. lubię muzykę, każdą, która nie przyprawia mnie o ból głowy i żałuję, że
gdy miałam okazję, nie chciałam się uczyć gry na fortepianie,
5. lubię malarstwo, choć gdy oglądam zawsze czuję w sercu ukłucie
zazdrości, że ja tak nie potrafię,
6. lubię las, zapach lasu nagrzanego słońcem, wędrówki kilometrami po
lesie, grzybobranie, las jesienią gdy liście zaczynają zmieniać kolor,
7. lubię podróże do miejsc, w których jeszcze nie byłam i powroty do
miejsc, które bardzo mi się podobały, lubię łażenie po ulicach obcych
miast, zaglądanie do sklepów, szwendanie się po targowiskach, wizyty
w muzeach i galeriach,
8. lubię kontakt z przyrodą , a w tym zachody słońca nad morzem, pły-
wanie żaglówką, wędrówki po Tatrach i Bieszczadach, leniuchowanie
w basenie na Antałówce połączone z gapieniem się na Giewont,
9. lubię gotować, a zwłaszcza eksperymentować z nowymi smakami,
przyprawami, wypróbowywać nowe przepisy,
10. lubię siebie, ze swymi niedoskonałościami wnętrza i niezbyt inte-
resującą zewnętrznością.
A teraz zapraszam do zabawy: Serpentynę, Nolę, Mijkę
wtorek, 31 sierpnia 2010
54. Ciekawostka... dla kobiet zwłaszcza
Jak już pewnie wiecie, jestem dość wierną czytelniczką tygodnika "Forum",
w którym można przeczytać przedruki z różnych zagranicznych czasopism.
Tym razem przeczytany artykuł wprawił mnie w niemałe zdumienie i niemal
popłoch - bo co będzie jeśli to dotknie i mnie? Chyba spełniam wszystkie
warunki - jestem mężatką o długim stażu, dziecko urodziłam, wiodę w miarę
spokojne życie, trochę mnie denerwują ci z Marsa i ich często pokrętna logika,
więc kto wie?
Wiem, ciągle nie wiecie o co biega w tym wszystkim - już wyjaśniam- rzecz
dotyczy zmiany orientacji seksualnej u kobiet dorosłych, które zawsze były
heteroseksualne, mają za sobą dość długi staż małżeński, urodziły i wychowały
dzieci.
Sprawa jest dość trudna, bo wiele kobiet jest przerażonych, gdy nagle
odkrywa, że są zainteresowane osobą tej samej płci i skrzętnie ten stan ukrywa.
Zwłaszcza w Polsce.
Zapewne sporo z Was oglądało serial "Seks w wielkim mieście" i kojarzycie
postać Mirandy, którą gra Cynthia Nixon. Aktorka przez 15 lat żyła z męż-
czyzną, urodziła w tym związku dwoje dzieci i nagle, w 2004 roku zakochała
się... w kobiecie. Owo uczucie było na tyle silne, że Cynthia Nixon odeszła od
męża i dzieci i związała się z Christie Marinoni, nowojorską działaczką
oświatową.
Mary Portas, gwiazda brytyjskiej telewizji, po 13 latach małżeństwa i uro-
dzeniu dwójki dzieci, zakochała się w Melanie Rickey, szefowej działu mody
w magazynie "Grazia". Na początku tego roku zawarły związek partnerski.
Czterdziestoczteroletnia Carren Strock, po dwudziestu pięciu latach mał-
żeństwa i urodzeniu dwójki dzieci, zdała sobie sprawę, że jest zakochana
w swojej przyjaciółce, ale to jej uczucie nie było odwzajemnione. Strock
postanowiła porozmawiać o tym z innymi zamężnymi kobietami, które
także zakochały się w kobietach. Z tych rozmów powstała książka "Married
Women Who Love Women" (Mężatki, które kochają kobiety). Przed drugim
wydaniem książki Strock poszukała rozmówczyń w internecie i zgłosiło się
tak wiele kobiet, że nie ze wszystkimi zdołała porozmawiać.
Pomimo faktu, że Strock określiła się jako lesbijka, pozostała ze swym
mężem, który wie o zmianie jej preferencji seksualnych, mają oddzielne
sypialnie, ale jednak łączy ich silniejsze uczucie niż seks, nie chcą się roz-
stawać.
Badania prowadzone przez naukowców wykazują, że niezależnie od tego,
czy się nam to podoba, czy też nie, seksualność jest kwestią bardziej płynną
i niejednoznaczną niż się powszechnie uważa.
Fakt, że nasza seksualność może nagle dokonać zwrotu o 180 stopni, nie jest
przyjmowana z entuzjazmem, bo w naszej kulturze seksualność skierowana
na tę samą płeć jest wciąż piętnowana , a ludziom trudno jest zaakceptować
to, że nie wiemy o sobie wszystkiego, zwłaszcza w tak osobistych i intym-
nych kwestiach.
Wiele kobiet mówi, że zakochały się w osobie, a nie w jej płci. Na to uczucie
składały się wspólne zainteresowania, upodobania i porozumienie, którego
nigdy nie osiągnęły w związkach z mężczyznami. To były przemiany, na
które one nie miały żadnego wpływu. Odbywało się to poza kontrolą, tak jak
przemiany związane z dojrzewaniem. Wszystkie podkreślały, że z kobietami
"na każdym poziomie" miały znacznie głębsze porozumienie niż z mężczyz-
nami.
I tak sobie myślę , że my naprawdę niewiele wiemy o naturze człowieka.
Żyjemy wg pewnych wymyślonych przez nas samych kanonów, ale czy one
zawsze są zgodne z biologią? Wiemy bardzo wiele o rozmnażaniu, potrafimy
już prowadzić zapłodnienie pozaustrojowe, a do dziś nie wiemy co warunkuje
zagnieżdzenie się zapłodnionej komórki jajowej w macicy. Wiemy, że w ciągu
okresu rozrodczego kobiety wiele razy następuje zapłodnienie komórki
jajowej, ale zagnieżdżenie się tej komórki w macicy jest wciąż uważane za cud,
biorąc pod uwagę częstotliwość zapłodnień.
Potępiamy homoseksualizm jako coś niezgodnego z naturą, ale w naturze to
zjawisko też występuje.
Nie wiemy jakie są realne możliwości mózgu człowieka, nie jesteśmy w stanie
zrozumieć znaczenia podświadomości, wciąż niewiele możemy pomóc ludziom
dotkniętym chorobami psychicznymi, nie wiemy dlaczego mogą nastąpić
samowyleczenia i dlaczego dotyk pomaga w uśmierzaniu bólu.
Wiemy dużo, ale nie wszystko i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będziemy
wiedzieć wszystko.
w którym można przeczytać przedruki z różnych zagranicznych czasopism.
Tym razem przeczytany artykuł wprawił mnie w niemałe zdumienie i niemal
popłoch - bo co będzie jeśli to dotknie i mnie? Chyba spełniam wszystkie
warunki - jestem mężatką o długim stażu, dziecko urodziłam, wiodę w miarę
spokojne życie, trochę mnie denerwują ci z Marsa i ich często pokrętna logika,
więc kto wie?
Wiem, ciągle nie wiecie o co biega w tym wszystkim - już wyjaśniam- rzecz
dotyczy zmiany orientacji seksualnej u kobiet dorosłych, które zawsze były
heteroseksualne, mają za sobą dość długi staż małżeński, urodziły i wychowały
dzieci.
Sprawa jest dość trudna, bo wiele kobiet jest przerażonych, gdy nagle
odkrywa, że są zainteresowane osobą tej samej płci i skrzętnie ten stan ukrywa.
Zwłaszcza w Polsce.
Zapewne sporo z Was oglądało serial "Seks w wielkim mieście" i kojarzycie
postać Mirandy, którą gra Cynthia Nixon. Aktorka przez 15 lat żyła z męż-
czyzną, urodziła w tym związku dwoje dzieci i nagle, w 2004 roku zakochała
się... w kobiecie. Owo uczucie było na tyle silne, że Cynthia Nixon odeszła od
męża i dzieci i związała się z Christie Marinoni, nowojorską działaczką
oświatową.
Mary Portas, gwiazda brytyjskiej telewizji, po 13 latach małżeństwa i uro-
dzeniu dwójki dzieci, zakochała się w Melanie Rickey, szefowej działu mody
w magazynie "Grazia". Na początku tego roku zawarły związek partnerski.
Czterdziestoczteroletnia Carren Strock, po dwudziestu pięciu latach mał-
żeństwa i urodzeniu dwójki dzieci, zdała sobie sprawę, że jest zakochana
w swojej przyjaciółce, ale to jej uczucie nie było odwzajemnione. Strock
postanowiła porozmawiać o tym z innymi zamężnymi kobietami, które
także zakochały się w kobietach. Z tych rozmów powstała książka "Married
Women Who Love Women" (Mężatki, które kochają kobiety). Przed drugim
wydaniem książki Strock poszukała rozmówczyń w internecie i zgłosiło się
tak wiele kobiet, że nie ze wszystkimi zdołała porozmawiać.
Pomimo faktu, że Strock określiła się jako lesbijka, pozostała ze swym
mężem, który wie o zmianie jej preferencji seksualnych, mają oddzielne
sypialnie, ale jednak łączy ich silniejsze uczucie niż seks, nie chcą się roz-
stawać.
Badania prowadzone przez naukowców wykazują, że niezależnie od tego,
czy się nam to podoba, czy też nie, seksualność jest kwestią bardziej płynną
i niejednoznaczną niż się powszechnie uważa.
Fakt, że nasza seksualność może nagle dokonać zwrotu o 180 stopni, nie jest
przyjmowana z entuzjazmem, bo w naszej kulturze seksualność skierowana
na tę samą płeć jest wciąż piętnowana , a ludziom trudno jest zaakceptować
to, że nie wiemy o sobie wszystkiego, zwłaszcza w tak osobistych i intym-
nych kwestiach.
Wiele kobiet mówi, że zakochały się w osobie, a nie w jej płci. Na to uczucie
składały się wspólne zainteresowania, upodobania i porozumienie, którego
nigdy nie osiągnęły w związkach z mężczyznami. To były przemiany, na
które one nie miały żadnego wpływu. Odbywało się to poza kontrolą, tak jak
przemiany związane z dojrzewaniem. Wszystkie podkreślały, że z kobietami
"na każdym poziomie" miały znacznie głębsze porozumienie niż z mężczyz-
nami.
I tak sobie myślę , że my naprawdę niewiele wiemy o naturze człowieka.
Żyjemy wg pewnych wymyślonych przez nas samych kanonów, ale czy one
zawsze są zgodne z biologią? Wiemy bardzo wiele o rozmnażaniu, potrafimy
już prowadzić zapłodnienie pozaustrojowe, a do dziś nie wiemy co warunkuje
zagnieżdzenie się zapłodnionej komórki jajowej w macicy. Wiemy, że w ciągu
okresu rozrodczego kobiety wiele razy następuje zapłodnienie komórki
jajowej, ale zagnieżdżenie się tej komórki w macicy jest wciąż uważane za cud,
biorąc pod uwagę częstotliwość zapłodnień.
Potępiamy homoseksualizm jako coś niezgodnego z naturą, ale w naturze to
zjawisko też występuje.
Nie wiemy jakie są realne możliwości mózgu człowieka, nie jesteśmy w stanie
zrozumieć znaczenia podświadomości, wciąż niewiele możemy pomóc ludziom
dotkniętym chorobami psychicznymi, nie wiemy dlaczego mogą nastąpić
samowyleczenia i dlaczego dotyk pomaga w uśmierzaniu bólu.
Wiemy dużo, ale nie wszystko i nie wiadomo, czy kiedykolwiek będziemy
wiedzieć wszystko.
niedziela, 29 sierpnia 2010
53. O niczym ważnym
Wreszcie zrobiłam tę lampę i wczoraj powędrowała do mojej koleżanki, z
siedmiomiesięcznym zaledwie opóznieniem. Tak to jest, gdy się kogoś zna
od czasu piaskownicy. W naturze wyszedł naprawdę "brudny róż".
Od wczoraj już cztery razy usłyszałam, że teraz wreszcie ma wszystko
pod kolor i jej pokoik zyskał miano buduaru. Na koniec stwierdziła, że
teraz jeszcze tylko sekretnych gości brak. :)))
A tak w ogóle to się jakoś za nic nie mogę pozbierać. Czas mi przecieka
między palcami, wciąż tkwię w jakichś nieskończonych pracach domowych,
kamizelki nie sprułam, czarnej chusty jeszcze nie skończyłam, zrobiłam za
to malutkiego hipopotama, 3/4 kotka i znów się lenię , ale za to już kończę
książkę Arciniegasa.
Brakuje mi mojego psa - to dziwne, bo nie brakuje mi psa jako takiego, ale
właśnie tego mojego, tej kochanej mordki. Tęsknię tylko za nim, na inne
spoglądam bez żadnych emocji. No cóż, ponad 16 lat wspólnego życia
wycisnęło piętno.
Byliśmy ze ślubnym na spotkaniu , u znajomych i przyznam się, że po
godzinie poczułam przemożną chęć opuszczenia towarzystwa. Bo jedna
z pań przyczłapała z wnuczką, chyba 5 - latką. Mała nudziła się jak
pies w studni i co chwilę wtrącała się do rozmowy, a nawet sama nas zaga-
dywała. W pewnej chwili urocze dziecko zapytało się mnie, czy mam dzieci.
Udzieliłam odpowiedzi, tak, mam. A ile?- dziecię drążyło temat. Jedno, odpo-
wiadam zgodnie z prawdą. "To mało, pewnie bardzo uważaliście, żeby nie
mieć drugiego. Moi też uważają, żeby więcej nie mieć." Babcia małej
spłonęła rumieńcem, a ja zapytałam się małej, skąd ma takie wiadomości.
"Słyszałam jak mama mówiła do cioci". Towarzystwo trochę się pośmiało,
co mała odebrała jako zachętę do dalszej produkcji. "To może ja zaśpiewam"?
Babcia małej obrzuciła nas wszystkich błagalnym spojrzeniem i mała
zaczęła występ. Jeżeli sądzicie, że zaśpiewała coś z repertuaru przed -
szkolnego to jesteście w wielkim błędzie. Ona zaśpiewała piosenkę zespołu
O.N.A., "A kiedy powiem sobie dość". Troszeczkę sfałszowała, ale słowa
znała bezbłędnie. Gdyby tak bardzo nie starała się zaśpiewać jak Agnieszka,
pewnie nawet by nie sfałszowała. Potem była jakaś piosenka z repertuaru
grupy Myslowitz, a potem dziecię na szczęście musiało udać się do toalety,
o czym nas radośnie poinformowała: "a teraz idę sikać, chodz babciu".
W pokoju zaległa cisza, a ja poprosiłam panią domu o ołówek i kilka kartek.
Gdy mała wróciła z łazienki, usadziłam ją przy małym stoliku i poprosiłam o
narysowanie kwiatków, zwierzątek, domku itp. Popatrzyła na mnie ze
złością: " nie lubię, ja będę piosenkarką, będę występować w TV, ja mam
talent". Szczęka mi opadła a perspektywa wysłuchania kolejnej piosenki
z repertuaru Agnieszki Chylińskiej wywołała przemożną chęć opuszczenia
towarzystwa.
Następnego dnia zadzwoniłam do koleżanki z zapytaniem, co było dalej.
Oczywiście mała się rozkręciła, odśpiewała jeszcze kilka piosenek, a potem
odstawiła ponoć taniec a la Madonna. I była bardzo nieszczęśliwa, gdy
około 21, 30 babcia wzięła ją wreszcie do domu.
I tak się zastanawiam -nigdy nie brałam swojej córki ze sobą na spotkania
dorosłych osób, chyba, że miały być również inne dzieci i przebywały one
w osobnym pokoju, w którym się razem bawiły. Moi znajomi też nigdy nie
zabierali ze sobą dzieci na stricte "dorosłe spotkania". Nie wiedziałam, że
teraz aż tak się wszystko zmieniło.
siedmiomiesięcznym zaledwie opóznieniem. Tak to jest, gdy się kogoś zna
od czasu piaskownicy. W naturze wyszedł naprawdę "brudny róż".
Od wczoraj już cztery razy usłyszałam, że teraz wreszcie ma wszystko
pod kolor i jej pokoik zyskał miano buduaru. Na koniec stwierdziła, że
teraz jeszcze tylko sekretnych gości brak. :)))
A tak w ogóle to się jakoś za nic nie mogę pozbierać. Czas mi przecieka
między palcami, wciąż tkwię w jakichś nieskończonych pracach domowych,
kamizelki nie sprułam, czarnej chusty jeszcze nie skończyłam, zrobiłam za
to malutkiego hipopotama, 3/4 kotka i znów się lenię , ale za to już kończę
książkę Arciniegasa.
Brakuje mi mojego psa - to dziwne, bo nie brakuje mi psa jako takiego, ale
właśnie tego mojego, tej kochanej mordki. Tęsknię tylko za nim, na inne
spoglądam bez żadnych emocji. No cóż, ponad 16 lat wspólnego życia
wycisnęło piętno.
Byliśmy ze ślubnym na spotkaniu , u znajomych i przyznam się, że po
godzinie poczułam przemożną chęć opuszczenia towarzystwa. Bo jedna
z pań przyczłapała z wnuczką, chyba 5 - latką. Mała nudziła się jak
pies w studni i co chwilę wtrącała się do rozmowy, a nawet sama nas zaga-
dywała. W pewnej chwili urocze dziecko zapytało się mnie, czy mam dzieci.
Udzieliłam odpowiedzi, tak, mam. A ile?- dziecię drążyło temat. Jedno, odpo-
wiadam zgodnie z prawdą. "To mało, pewnie bardzo uważaliście, żeby nie
mieć drugiego. Moi też uważają, żeby więcej nie mieć." Babcia małej
spłonęła rumieńcem, a ja zapytałam się małej, skąd ma takie wiadomości.
"Słyszałam jak mama mówiła do cioci". Towarzystwo trochę się pośmiało,
co mała odebrała jako zachętę do dalszej produkcji. "To może ja zaśpiewam"?
Babcia małej obrzuciła nas wszystkich błagalnym spojrzeniem i mała
zaczęła występ. Jeżeli sądzicie, że zaśpiewała coś z repertuaru przed -
szkolnego to jesteście w wielkim błędzie. Ona zaśpiewała piosenkę zespołu
O.N.A., "A kiedy powiem sobie dość". Troszeczkę sfałszowała, ale słowa
znała bezbłędnie. Gdyby tak bardzo nie starała się zaśpiewać jak Agnieszka,
pewnie nawet by nie sfałszowała. Potem była jakaś piosenka z repertuaru
grupy Myslowitz, a potem dziecię na szczęście musiało udać się do toalety,
o czym nas radośnie poinformowała: "a teraz idę sikać, chodz babciu".
W pokoju zaległa cisza, a ja poprosiłam panią domu o ołówek i kilka kartek.
Gdy mała wróciła z łazienki, usadziłam ją przy małym stoliku i poprosiłam o
narysowanie kwiatków, zwierzątek, domku itp. Popatrzyła na mnie ze
złością: " nie lubię, ja będę piosenkarką, będę występować w TV, ja mam
talent". Szczęka mi opadła a perspektywa wysłuchania kolejnej piosenki
z repertuaru Agnieszki Chylińskiej wywołała przemożną chęć opuszczenia
towarzystwa.
Następnego dnia zadzwoniłam do koleżanki z zapytaniem, co było dalej.
Oczywiście mała się rozkręciła, odśpiewała jeszcze kilka piosenek, a potem
odstawiła ponoć taniec a la Madonna. I była bardzo nieszczęśliwa, gdy
około 21, 30 babcia wzięła ją wreszcie do domu.
I tak się zastanawiam -nigdy nie brałam swojej córki ze sobą na spotkania
dorosłych osób, chyba, że miały być również inne dzieci i przebywały one
w osobnym pokoju, w którym się razem bawiły. Moi znajomi też nigdy nie
zabierali ze sobą dzieci na stricte "dorosłe spotkania". Nie wiedziałam, że
teraz aż tak się wszystko zmieniło.
piątek, 27 sierpnia 2010
52. Odchudzanie i okolice
Chyba jednak idzie jesień. Właściwie to jest dość ciepło, bo 20 stopni, tylko
jeszcze trochę dżdżu, a zaczniemy obrastać mchem. Jak dla mnie to za dużo
wilgoci. Przed deszczem schroniłam się w Empiku.
Trafiłam pomiędzy regały z tzw. "prasą kobiecą" i rzuciło mi się w oczy,
że najwięcej miejsca przeróżne pisemka poświęcają odchudzaniu.
W odchudzaniu się, to ja akurat jestem niezła, pół życia się odchudzałam.
Od kilku lat wiem, że jest to sprawa z góry skazana na niepowodzenie, o
czym poinformowała mnie pani endokrynolog. Początkowo nie wierzyłam,
ale teraz wiem, że to prawda.
W każdym razie temat odchudzania jest sztandarowym tematem większości
kobiecych czasopism, bo każda z nas chce wyglądać zgrabnie.
Kilka lat temu postanowiłyśmy wraz z koleżanką zrzucić nadmiary wagowe
i wybrałyśmy się do... dietetyczki. Gabinet pani specjalistki robił miłe
wrażenie, na ścianie wisiały certyfikaty i dyplomy. Dietetyczka poprosiła
o ostatnie badania, jęknęła na widok mojego poziomu trójglicerydów i patrząc
mi głęboko w oczy wyszeptała:" musi pani jeść mniej tłustych mięs i wędlin, a
więcej warzyw, ale o tym porozmawiamy za chwilę". Rzeczywiście, za chwilę
zaczęła mnie wypytywać co jem i w jakich ilościach i jej oczy zaczynały pomału
wychodzić z orbit. Wreszcie wyjąkała : " już nic nie rozumiem, to skąd takie
złe wyniki? Czy pani na coś choruje?". Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że
owszem, choruję na jedną z chorób autoimmunologicznych i to prawdopo-
dobnie już od dłuższego czasu, ale zdiagnozowana zostałam niedawno.
"To czemu mi pani o tym nie powiedziała?" A czemu pani mnie o to nie
zapytała?
Pani dietetyczka rozłożyła bezradnie rączki, oddała mi mi moje wyniki badań,
wydała karteczkę do recepcji, że wizyta była bezpłatna.
Koleżanka była "prostszym" przypadkiem, dostała rozpiskę co i w jakiej ilości
ma jeść, oraz zapewnienie, że po 3 miesiącach owej diety nie będzie już nigdy
tyła. Rzeczywiście, przez te 3 miesiące schudła, po 3 następnych wróciła do
poprzedniej wagi.
A piszę o tym wszystkim dlatego, że czasopisma dla pań załadowane są
dobrymi radami jak schudnąć, co jeść, jak jeść, jak często i jak przestawić
swą psychikę by wytrwać w tym wyścigu do smukłej sylwetki.
Niestety żadne pisemko nawet słówkiem nie pisnęło, że dieta odchudzająca,
taka uniwersalna, jest tylko dla stuprocentowo zdrowych osób; że przed
każdą zmianą sposobu odżywiania powinna się dana osoba dokładnie prze-
badać u internisty i endokrynologa. Bo niektóre tak modne i skuteczne
( w sensie spadku wagi) diety mogą zrujnować zdrowie, narazić na udar,
doprowadzić do choroby nerek, pogłębić niektóre dolegliwości.
Po prostu dieta odchudzająca musi być indywidualnie dopasowana do danej
osoby, niczym proteza.
Podczas tych kilku miesięcy, które przeżyłam w wielkim stresie, schudłam.
Funkcjonowałam na granicy nadczynności tarczycy i nawet czekolada mi nie
szkodziła. Nie schudłam za dużo, ogólnie 1 rozmiar, ale w spodnie rozmiaru
"M" bez trudu wchodzę. Czy lepiej wyglądam? - ależ skąd, stres pozostawia
bardzo widoczne ślady. Czy się lepiej czuję - też nie, nie mogę pozbyć się wew-
nętrznego "dygotu" i jakiegoś irracjonalnego lęku.
A tak przy okazji: odkryłyśmy z koleżanką, że wiele tych diet rodem z pise-
mek dla pań, układają nie dietetycy, ale redaktorki danego czasopisma
"na podstawie własnego doświadczenia", jak nas poinformowano w jednej
z redakcji.
Podejrzewam, że to pewnie w ramach oszczędności- dietetykowi trzeba
przecież zapłacić odpowiednią stawkę za artykuł.
jeszcze trochę dżdżu, a zaczniemy obrastać mchem. Jak dla mnie to za dużo
wilgoci. Przed deszczem schroniłam się w Empiku.
Trafiłam pomiędzy regały z tzw. "prasą kobiecą" i rzuciło mi się w oczy,
że najwięcej miejsca przeróżne pisemka poświęcają odchudzaniu.
W odchudzaniu się, to ja akurat jestem niezła, pół życia się odchudzałam.
Od kilku lat wiem, że jest to sprawa z góry skazana na niepowodzenie, o
czym poinformowała mnie pani endokrynolog. Początkowo nie wierzyłam,
ale teraz wiem, że to prawda.
W każdym razie temat odchudzania jest sztandarowym tematem większości
kobiecych czasopism, bo każda z nas chce wyglądać zgrabnie.
Kilka lat temu postanowiłyśmy wraz z koleżanką zrzucić nadmiary wagowe
i wybrałyśmy się do... dietetyczki. Gabinet pani specjalistki robił miłe
wrażenie, na ścianie wisiały certyfikaty i dyplomy. Dietetyczka poprosiła
o ostatnie badania, jęknęła na widok mojego poziomu trójglicerydów i patrząc
mi głęboko w oczy wyszeptała:" musi pani jeść mniej tłustych mięs i wędlin, a
więcej warzyw, ale o tym porozmawiamy za chwilę". Rzeczywiście, za chwilę
zaczęła mnie wypytywać co jem i w jakich ilościach i jej oczy zaczynały pomału
wychodzić z orbit. Wreszcie wyjąkała : " już nic nie rozumiem, to skąd takie
złe wyniki? Czy pani na coś choruje?". Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że
owszem, choruję na jedną z chorób autoimmunologicznych i to prawdopo-
dobnie już od dłuższego czasu, ale zdiagnozowana zostałam niedawno.
"To czemu mi pani o tym nie powiedziała?" A czemu pani mnie o to nie
zapytała?
Pani dietetyczka rozłożyła bezradnie rączki, oddała mi mi moje wyniki badań,
wydała karteczkę do recepcji, że wizyta była bezpłatna.
Koleżanka była "prostszym" przypadkiem, dostała rozpiskę co i w jakiej ilości
ma jeść, oraz zapewnienie, że po 3 miesiącach owej diety nie będzie już nigdy
tyła. Rzeczywiście, przez te 3 miesiące schudła, po 3 następnych wróciła do
poprzedniej wagi.
A piszę o tym wszystkim dlatego, że czasopisma dla pań załadowane są
dobrymi radami jak schudnąć, co jeść, jak jeść, jak często i jak przestawić
swą psychikę by wytrwać w tym wyścigu do smukłej sylwetki.
Niestety żadne pisemko nawet słówkiem nie pisnęło, że dieta odchudzająca,
taka uniwersalna, jest tylko dla stuprocentowo zdrowych osób; że przed
każdą zmianą sposobu odżywiania powinna się dana osoba dokładnie prze-
badać u internisty i endokrynologa. Bo niektóre tak modne i skuteczne
( w sensie spadku wagi) diety mogą zrujnować zdrowie, narazić na udar,
doprowadzić do choroby nerek, pogłębić niektóre dolegliwości.
Po prostu dieta odchudzająca musi być indywidualnie dopasowana do danej
osoby, niczym proteza.
Podczas tych kilku miesięcy, które przeżyłam w wielkim stresie, schudłam.
Funkcjonowałam na granicy nadczynności tarczycy i nawet czekolada mi nie
szkodziła. Nie schudłam za dużo, ogólnie 1 rozmiar, ale w spodnie rozmiaru
"M" bez trudu wchodzę. Czy lepiej wyglądam? - ależ skąd, stres pozostawia
bardzo widoczne ślady. Czy się lepiej czuję - też nie, nie mogę pozbyć się wew-
nętrznego "dygotu" i jakiegoś irracjonalnego lęku.
A tak przy okazji: odkryłyśmy z koleżanką, że wiele tych diet rodem z pise-
mek dla pań, układają nie dietetycy, ale redaktorki danego czasopisma
"na podstawie własnego doświadczenia", jak nas poinformowano w jednej
z redakcji.
Podejrzewam, że to pewnie w ramach oszczędności- dietetykowi trzeba
przecież zapłacić odpowiednią stawkę za artykuł.
wtorek, 24 sierpnia 2010
51. Zmierzch korsarzy
Chyba każdy zna ten widok z filmów- smukły, szybki żaglowiec, na głównym
maszcie czarna flaga z wizerunkiem czaszki i dwoma skrzyżowanymi
piszczelami. Legenda o nich jest zarazem legendą Morza Karaibskiego.
Podwaliny potęgi morskiej Anglii wzniósł Król Henryk VIII , ale pod panowa-
niem królowej Elżbiety I rozkwitło korsarstwo. Korsarze byli potrzebni, by
walczyć z Hiszpanią o panowanie na morzach, odkrywać i zdobywać nowe
tereny dla Korony, a przede wszystkim zabierać Hiszpanom cenne ładunki
przewożone statkami z Nowego Świata. To właśnie za jej panowania wielu
zaczynało karierę jako korsarz, a kończyło ją w randze królewskiego admi-
rała.
Mijały wieki, sytuacja się zmieniła i Anglicy doszli do wniosku, że więcej
strat niż pożytku przynoszą korsarze królestwu Anglii.
We wrześniu 1718 roku król wydał dekret, nakazujący bezwzględne ści-
ganie korsarzy. Pozostawia im jednak pewną furtkę - ci, którzy do 5
września wyrażą swą skruchę i porzucą piracki fach, dostąpią łaski króla
i nie będą wobec nich wyciągane konsekwencje.
I tak zaczęła się stuletnia wojna z piratami.
Większość piratów pochodziła ze Szkocji, a ich bazą wypadową była wyspa
Providencia w archipelagu Bahama.
W swoich wyprawach trafiali na Kubę, Martynikę, Meksyk, Cartagenę i
było im obojętne, czyją własnością był rabowany przez nich statek- równie
skutecznie rabowali statki angielskie, hiszpańskie, francuskie.
W pierwszych latach wojny z piratami najwięcej strat ponieśli właśnie
Anglicy, lecz król nie ustawał w ściganiu piratów- królewskie statki patro-
lowały Morze Karaibskie, lecz piraci, ci morscy włóczędzy, skutecznie
wymykali się patrolom, docierając nawet do wybrzeży Afryki.
Niekiedy jednak udawało się schwytać przestępców- raz nawet dwudziestu
czterech - i zawiśli na drzewach w White Point, niedaleko Charlestonu.
Przyznacie, że była to specyficzna dekoracja.
W okresie wojny z piratami, wielu z nich przeszło do historii, głównie z powodu
swych krwawych wyczynów.
Oczywiście nie wszyscy piraci byli Anglikami, wielu z nich pochodziło z
Nowego Jorku, Jamajki i Hiszpanii.
To w tamtych czasach świat dowiadywał się o istnieniu kapitana Teach, zwane-
go Czarną Brodą, o pięknym katalończyku , don Pedro Gilbercie, którego
wielkie, czarne oczy, bujne, kruczoczarne włosy i zniewalający uśmiech
przyprawiały kobiety o drżenie serca. Niemniej znany był Edward Low,
urodzony w Westminsterze i Charles Gibbs z Rhode Island w Ameryce Płn.
W owym czasie najwięksi piraci spotykali się w Nowym Orleanie. Położenie
Nowego Orleanu sprzyjało takim spotkaniom, bo każda wyspa na rozlewisku
Missisipi była tajnym obozem piratów. To właśnie w Nowym Orleanie kwitł
handel niewolnikami, a największe zyski czerpał z niego Jean Lafitte.
Lafitte sprzedawał niewolników...na wagę, po dolarze za funt. Flota Lafitte'a
była w ciągłym ruchu, napadając bez różnicy statki amerykańskie i
angielskie. Wysepka Barataria staje się królestwem tego pirata, jego flota
prawdziwym postrachem wszystkich statków.
Wiek XIX zupełnie nie sprzyja korsarstwu i Lafitte jest w wielkich tarapa-
tach. W ciągu dwóch miesięcy stara się , by jego ludzie mogli podjąć
normalne życie i osiedla ich wszędzie tam, gdzie kto wyrazi życzenie. Gdy
wyspa Barataria całkowicie pustoszeje, Lafitte podkłada ogień i wysadza
w powietrze wszelkie zabudowania, sam przechodząc do legendy.
A to wszystko również wyczytałam w książce "Burzliwe dzieje Morza
Karaibskiego".
maszcie czarna flaga z wizerunkiem czaszki i dwoma skrzyżowanymi
piszczelami. Legenda o nich jest zarazem legendą Morza Karaibskiego.
Podwaliny potęgi morskiej Anglii wzniósł Król Henryk VIII , ale pod panowa-
niem królowej Elżbiety I rozkwitło korsarstwo. Korsarze byli potrzebni, by
walczyć z Hiszpanią o panowanie na morzach, odkrywać i zdobywać nowe
tereny dla Korony, a przede wszystkim zabierać Hiszpanom cenne ładunki
przewożone statkami z Nowego Świata. To właśnie za jej panowania wielu
zaczynało karierę jako korsarz, a kończyło ją w randze królewskiego admi-
rała.
Mijały wieki, sytuacja się zmieniła i Anglicy doszli do wniosku, że więcej
strat niż pożytku przynoszą korsarze królestwu Anglii.
We wrześniu 1718 roku król wydał dekret, nakazujący bezwzględne ści-
ganie korsarzy. Pozostawia im jednak pewną furtkę - ci, którzy do 5
września wyrażą swą skruchę i porzucą piracki fach, dostąpią łaski króla
i nie będą wobec nich wyciągane konsekwencje.
I tak zaczęła się stuletnia wojna z piratami.
Większość piratów pochodziła ze Szkocji, a ich bazą wypadową była wyspa
Providencia w archipelagu Bahama.
W swoich wyprawach trafiali na Kubę, Martynikę, Meksyk, Cartagenę i
było im obojętne, czyją własnością był rabowany przez nich statek- równie
skutecznie rabowali statki angielskie, hiszpańskie, francuskie.
W pierwszych latach wojny z piratami najwięcej strat ponieśli właśnie
Anglicy, lecz król nie ustawał w ściganiu piratów- królewskie statki patro-
lowały Morze Karaibskie, lecz piraci, ci morscy włóczędzy, skutecznie
wymykali się patrolom, docierając nawet do wybrzeży Afryki.
Niekiedy jednak udawało się schwytać przestępców- raz nawet dwudziestu
czterech - i zawiśli na drzewach w White Point, niedaleko Charlestonu.
Przyznacie, że była to specyficzna dekoracja.
W okresie wojny z piratami, wielu z nich przeszło do historii, głównie z powodu
swych krwawych wyczynów.
Oczywiście nie wszyscy piraci byli Anglikami, wielu z nich pochodziło z
Nowego Jorku, Jamajki i Hiszpanii.
To w tamtych czasach świat dowiadywał się o istnieniu kapitana Teach, zwane-
go Czarną Brodą, o pięknym katalończyku , don Pedro Gilbercie, którego
wielkie, czarne oczy, bujne, kruczoczarne włosy i zniewalający uśmiech
przyprawiały kobiety o drżenie serca. Niemniej znany był Edward Low,
urodzony w Westminsterze i Charles Gibbs z Rhode Island w Ameryce Płn.
W owym czasie najwięksi piraci spotykali się w Nowym Orleanie. Położenie
Nowego Orleanu sprzyjało takim spotkaniom, bo każda wyspa na rozlewisku
Missisipi była tajnym obozem piratów. To właśnie w Nowym Orleanie kwitł
handel niewolnikami, a największe zyski czerpał z niego Jean Lafitte.
Lafitte sprzedawał niewolników...na wagę, po dolarze za funt. Flota Lafitte'a
była w ciągłym ruchu, napadając bez różnicy statki amerykańskie i
angielskie. Wysepka Barataria staje się królestwem tego pirata, jego flota
prawdziwym postrachem wszystkich statków.
Wiek XIX zupełnie nie sprzyja korsarstwu i Lafitte jest w wielkich tarapa-
tach. W ciągu dwóch miesięcy stara się , by jego ludzie mogli podjąć
normalne życie i osiedla ich wszędzie tam, gdzie kto wyrazi życzenie. Gdy
wyspa Barataria całkowicie pustoszeje, Lafitte podkłada ogień i wysadza
w powietrze wszelkie zabudowania, sam przechodząc do legendy.
A to wszystko również wyczytałam w książce "Burzliwe dzieje Morza
Karaibskiego".
piątek, 20 sierpnia 2010
50. Skleroza czy co?
Dziś się wściekłam i podłamałam- wreszcie zmierzyłam kamizelkę i......szok.
Kamizelka jest dla mnie za duża, a do tego zle wymodelowałam wycięcie. Tak
to jest gdy się coś robi bez wykroju i wzoru. A więc od jutra zacznie się super
prucie. Zupełnie nie wiem po jakie licho dodałam do każdego przodu po dwa
raporty wzoru. Chyba zupełnie mnie porąbało. Fakt, że nieco mi się wymiary
ostatnio zmniejszyły, czego nie uwzględniłam. Jutro spruję, potem
odłożę na trochę w kąt i zabiorę się wreszcie za lampę, która wciąż czeka na
przypływ weny i spadek temperatury.
Jak zapewne pamietacie, czytam teraz "Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego."
I wpadła mi do głowy pewna myśl ; tak bardzo wszyscy potępiamy tych, dla
których zdobycie pieniędzy, majątku jest najważniejszą sprawą w życiu, a
przecież to był koronny motyw większości wypraw. Starożytni wypływali
statkami po to, by poszukać lepszych pastwisk, bogatszych w kopaliny
terenów, lub by zdobyć siłę roboczą.
Odkrywcy nowych lądów, tylko dzięki chciwości swych sponsorów mieli
szansę na wybudowanie statków i zaopatrzenie ich w odpowiednią ilość
załogi oraz prowiantu. Gdyby nie chciwość, dążenie władców Hiszpanii do
zdobycia nowych terenów i bogactw, wiek XVI nie byłby tak bogaty w nowe
odkrycia. Gdyby nie chęć zdobycia pieniędzy nie byłoby załóg tych
statków. Perspektywa zdobycia dużych pieniędzy osładzała im ciężką
harówę na statku, choroby, niebezpieczeństwa.
To myśl o bogactwach pchała konkwistadorów naprzód, poprzez bardzo
trudne tereny, bagna i góry, pełne niebezpieczeństw i wrogich tubylców.
Eldorado - miraż, za którym uganiali się po terenach dzisiejszej Kolumbii,
Ekwadoru, Wenezueli- Hiszpanie i Niemcy. Pokonując dżunglę i pustynię,
wypalone słońcem doliny i oblodzone szczyty górskie dotarli do płasko-
wyżu Bogota. Rozczarowanie było ogromne - nie było żadnych kopalni
złota, a mieszkańcy tego terenu byli ludzmi ubogimi - sadzili kartofle,
garnki lepili z gliny, tkali koce z bawełny, a z wnętrza gór wydobywali nie
złoto, ale sól. Za sól i koce bawełniane dostawali od innych plemion drobne
wyroby ze złota.
Eldorado - marzenie, za którego spełnienie wszyscy gotowi byli oddać
własne życie. A ci, którzy go wciąż nie odkryli, wracali do Hiszpanii i im
więcej kilometrów dzieliło ich od Ameryki Południowej tym bardziej
pragnęli powrotu do niej i szukania tajemniczego Eldorado.
Eldorado - wciąż zmieniające swe miejsce- od wyżyny Bogoty poprzez wyspę
Trynidad, aż po Kalifornię.
Eldorado - podstępny wymysł Indian, którzy za wszelką cenę chcieli
pozbyć się Hiszpanów ze swej ziemi, pokazując im wyroby ze złota i mówiąc,
że pochodzą one z Eldorado.
Eldorado - kraina wielkiej szczęśliwości i bogactwa, gdzieś za horyzontem,
za następnym pasmem górskim, po drugiej stronie dżungli, gdzieś...
Kamizelka jest dla mnie za duża, a do tego zle wymodelowałam wycięcie. Tak
to jest gdy się coś robi bez wykroju i wzoru. A więc od jutra zacznie się super
prucie. Zupełnie nie wiem po jakie licho dodałam do każdego przodu po dwa
raporty wzoru. Chyba zupełnie mnie porąbało. Fakt, że nieco mi się wymiary
ostatnio zmniejszyły, czego nie uwzględniłam. Jutro spruję, potem
odłożę na trochę w kąt i zabiorę się wreszcie za lampę, która wciąż czeka na
przypływ weny i spadek temperatury.
Jak zapewne pamietacie, czytam teraz "Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego."
I wpadła mi do głowy pewna myśl ; tak bardzo wszyscy potępiamy tych, dla
których zdobycie pieniędzy, majątku jest najważniejszą sprawą w życiu, a
przecież to był koronny motyw większości wypraw. Starożytni wypływali
statkami po to, by poszukać lepszych pastwisk, bogatszych w kopaliny
terenów, lub by zdobyć siłę roboczą.
Odkrywcy nowych lądów, tylko dzięki chciwości swych sponsorów mieli
szansę na wybudowanie statków i zaopatrzenie ich w odpowiednią ilość
załogi oraz prowiantu. Gdyby nie chciwość, dążenie władców Hiszpanii do
zdobycia nowych terenów i bogactw, wiek XVI nie byłby tak bogaty w nowe
odkrycia. Gdyby nie chęć zdobycia pieniędzy nie byłoby załóg tych
statków. Perspektywa zdobycia dużych pieniędzy osładzała im ciężką
harówę na statku, choroby, niebezpieczeństwa.
To myśl o bogactwach pchała konkwistadorów naprzód, poprzez bardzo
trudne tereny, bagna i góry, pełne niebezpieczeństw i wrogich tubylców.
Eldorado - miraż, za którym uganiali się po terenach dzisiejszej Kolumbii,
Ekwadoru, Wenezueli- Hiszpanie i Niemcy. Pokonując dżunglę i pustynię,
wypalone słońcem doliny i oblodzone szczyty górskie dotarli do płasko-
wyżu Bogota. Rozczarowanie było ogromne - nie było żadnych kopalni
złota, a mieszkańcy tego terenu byli ludzmi ubogimi - sadzili kartofle,
garnki lepili z gliny, tkali koce z bawełny, a z wnętrza gór wydobywali nie
złoto, ale sól. Za sól i koce bawełniane dostawali od innych plemion drobne
wyroby ze złota.
Eldorado - marzenie, za którego spełnienie wszyscy gotowi byli oddać
własne życie. A ci, którzy go wciąż nie odkryli, wracali do Hiszpanii i im
więcej kilometrów dzieliło ich od Ameryki Południowej tym bardziej
pragnęli powrotu do niej i szukania tajemniczego Eldorado.
Eldorado - wciąż zmieniające swe miejsce- od wyżyny Bogoty poprzez wyspę
Trynidad, aż po Kalifornię.
Eldorado - podstępny wymysł Indian, którzy za wszelką cenę chcieli
pozbyć się Hiszpanów ze swej ziemi, pokazując im wyroby ze złota i mówiąc,
że pochodzą one z Eldorado.
Eldorado - kraina wielkiej szczęśliwości i bogactwa, gdzieś za horyzontem,
za następnym pasmem górskim, po drugiej stronie dżungli, gdzieś...
Subskrybuj:
Posty (Atom)