.....jakoś chyłkiem nadchodzi. Noce bardzo zimne, bo trudno powiedzieć, że +2
w terenie zabudowanym to ciepełko.
Sikorki nadal przylatują do mojej stołówki, bo chyba jeszcze wszystkie robale
śpią. Żywopłoty mają mini listki, bardzo marnie kwitną wszelkie owocowe
drzewa, a zwłaszcza różne odmiany jabłonek, których na osiedlu jest sporo.
Forsycje też się nie wysilają. Chyba wciąż za mało ciepła i słońca a za dużo wiatru.
Z lekkim opóznieniem dostałam zdjęcia moich Krasnali z ferii wielkanocnych.
Największą frajdę mieli z wycieczki do "Parku Linowego".
Na miejscu się okazało, że młodszy jest za mały- nie było takiej malutkiej "uprzęży",
ale właściciel parku był tak miły, że wypożyczył dla niego prywatną uprząż
swego synka.
Mały szedł tak skupiony, że gdy już pokonał calutką trasę to się rozpłakał.
Starszy wpierw jęczał, ze nie da rady, ale po przejściu całości
zażyczył sobie przejść jeszcze raz.
A ja dostałam od nich zdjęcia ametystów- przecież babcia uwielbia
kolorowe kamyki
Wyobrazcie sobie , że mój pierwszoklasista ma w roku szkolnym aż 18 tygodni
wolnych od nauki.
Dobrze, że chociaż tam odgórnie jest rozwiązany problem opieki nad dziećmi
w te wolne od nauki tygodnie.
Po prostu w te wolne dni jest czynna szkolna świetlica.
drewniana rzezba
czwartek, 23 kwietnia 2015
piątek, 17 kwietnia 2015
Geomancja? A z czym się to je???
Geomancja - wg prawdziwych naukowców jest to PSEUDONAUKA, czyli
brednie i banialuki, złudzenia i co tam jeszcze kto chce. Bo jeśli czegoś nie
można zmierzyć, zważyć, przedstawić wzorem matematycznym to tego
czegoś nie ma - i już.
Ale geomancja to nic innego niż wybieranie na podstawie obserwacji ziemi
oraz innych elementów otaczającego nas środowiska miejsc o najlepszych i
dobrych właściwościach bioenergetycznych.
Może gdybyśmy my, współcześnie żyjący ludzie nie byli tak w sobie zadufani
i poświęcili nieco więcej uwagi temu w jakich miejscach stawiali domy i
budowali swe miasta starożytni to nie budowano by całych dzielnic w Polsce
np. na terenach zalewowych.
Stosując zasady geomancji zakładali swe miasta Etruskowie, a potem podbici
przez nich pod koniec VII wieku p.n.e. Rzymianie. Naprawdę tak było, wtedy
Etruskowie byli bardziej rozwinięci cywilizacyjnie niż Rzymianie, którzy
przejęli ich dorobek a następnie go rozwinęli. Około 100 roku p.n.e. Etruskowie
i Rzymianie tworzyli już jeden naród.
Jak zapewne wszyscy pamiętamy z lekcji historii Imperium Rzymskie było
wielce ekspansywne. Mało jest miejsc w Europie, do których nie dotarli i
nie założyli tam swych miast.
Marek Witruwiusz, już w I wieku p.ne. napisał traktat o sposobie wybierania
właściwego miejsca do zamieszkania.
Sposób był dość prosty i logiczny -na wybranym "na oko" terenie należało
wpierw przez jakiś czas wypasać bydło i dokładnie sprawdzać stan zdrowia
zwierząt.
Jeżeli krowy dawały dużo mleka, nic im nie dolegało, można było uznać dany
teren za dobry do zamieszkania.
Należało również obserwować szatę roślinną danego terenu - roślinami które
rosły na terenach dobrych do zamieszkania były dęby, leszczyny, jabłonie
oraz grusze.
Na terenach niewłaściwych do budowy rosły paprocie, dęby skalne (zimozielone
krzewy ze strefy śródziemnomorskiej) oraz jeżyny.
Hipokrates i Avicenna też polecali by starannie dobierać lokalizację domów.
Czas wszystko zmienia i "pożera", nadszedł również kres potężnego Imperium,
ale do dziś w wielu miejscach w Europie przetrwało sporo obiektów zbudowanych
przez Rzymian.
Niedaleko Bazylei przetrwały do współczesności pozostałości założonego przez
Rzymian w roku 44 p.n.e miasteczka Augusta Raurica (dziś Kaiser August)..
Oprócz zabudowy mieszkalnej były tu równiez dwa teatry, kilka budynków
świątynnych i obronnych, termy oraz forum z bazyliką i kurią.
Dwaj szwajcarscy architekci i radiesteci, M.Mettler z Zurrychu i H. Stachelin
z Bazylei przeprowadzili radiestezyjne badania tego miasteczka i okazało się, że
położenie wszystkich budowli zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.
Wszystkie miejsca kultu i centralne obiekty zostały wkomponowane w siatkę
szwajcarską i diagonalną - czyli w dwa podstawowe rodzaje układającego się
w sieci promieniowania kosmicznego znanego w radiestezji.
Ściany budowli, rzędy kolumn i statuy pokrywają się dokładnie z pasmami lub
skrzyżowaniami siatek.
Całe miasteczko, jego zarys odzwierciedlał porządek Kosmosu i był zgodny
z istniejącymi strefami energetycznymi.
Główne ulice rzymskich miast wytyczano jako dwie prostopadłe do siebie osie -
pierwsza na linii wschód-zachód, druga na linii północ- południe.
W miejscu ich przecięcia budowano zawsze rynek (forum). Te dwie podstawowe
główne ulice decydowały o planie miasta. Pozostałe ulice miasta były do nich
równoległe.
Znano już wtedy również szkodliwe promieniowanie geopatyczne i by się przed
nim uchronić stosowano posadzki będące jednocześnie ekranem ochronnym.
Współczesna analiza chemiczna wykazała, że używano do ich zrobienia mieszanki
piasku rzecznego i wapna z domieszką białka zwierzęcego.
Przez długie lata nie zastanawiałam się dlaczego w jednych miejscach czuję się
świetnie a w innych nie mogę usiedzieć na miejscu.
A radiestezję, promieniowanie, cieki wodne traktowałam podobnie jak "prawdziwi
naukowcy, pakując to wszystko do worka z etykietą "bzdury".
Do czasu aż pojawiło się u nas dziecko. Wraz z małą zamieszkałam w małym
pokoju. Pod jedną ścianą stał mój tapczan, pod drugą, w odległości 1,5 m stało
drewniane łóżeczko małej. Stało i tylko stało- puste, bo ilekroć w nim ułożyłam
małą ta po kilkunastu minutach darła się jak zarzynana. Gdy ją przekładałam
na tapczan- wrzasków nie było.
Sprowadziłam do domu radiestetę. Nie mówiłam nic o tym dziwnym zachowaniu
się dziecka. Pan radiesteta (dyplomowany, z Tow. Psychotronicznego) obszedł
całe mieszkanie, usiadł, narysował plan mego mieszkania i zakreskował na
czerwono miejsca, w których jest niekorzystne dla człowieka promieniowanie.
W tych miejscach nie powinny stać łóżka- powiedział. A dziecię nie powinno
w takim miejscu leżeć. Dopiero wtedy powiedziałam mu o tym ,że we własnym
łóżeczku mała wciąż się drze.
Oj, pani ma w domu taki świetny wykrywacz cieków wodnych a wzywa pani mnie?
Niepotrzebnie wydaje pani pieniądze- śmiał się.
Zgodnie z zaleceniami poprzestawiałam w mieszkaniu miejsca do spania a poza
tym zakupiłam odpromiennik bursztynowy.
I od tej pory zaczęłam się interesować tym, co jest "bzdurą, banialukami i
zwyczajnie pseudonauką" oraz początkami ludzkiej cywilizacji.
brednie i banialuki, złudzenia i co tam jeszcze kto chce. Bo jeśli czegoś nie
można zmierzyć, zważyć, przedstawić wzorem matematycznym to tego
czegoś nie ma - i już.
Ale geomancja to nic innego niż wybieranie na podstawie obserwacji ziemi
oraz innych elementów otaczającego nas środowiska miejsc o najlepszych i
dobrych właściwościach bioenergetycznych.
Może gdybyśmy my, współcześnie żyjący ludzie nie byli tak w sobie zadufani
i poświęcili nieco więcej uwagi temu w jakich miejscach stawiali domy i
budowali swe miasta starożytni to nie budowano by całych dzielnic w Polsce
np. na terenach zalewowych.
Stosując zasady geomancji zakładali swe miasta Etruskowie, a potem podbici
przez nich pod koniec VII wieku p.n.e. Rzymianie. Naprawdę tak było, wtedy
Etruskowie byli bardziej rozwinięci cywilizacyjnie niż Rzymianie, którzy
przejęli ich dorobek a następnie go rozwinęli. Około 100 roku p.n.e. Etruskowie
i Rzymianie tworzyli już jeden naród.
Jak zapewne wszyscy pamiętamy z lekcji historii Imperium Rzymskie było
wielce ekspansywne. Mało jest miejsc w Europie, do których nie dotarli i
nie założyli tam swych miast.
Marek Witruwiusz, już w I wieku p.ne. napisał traktat o sposobie wybierania
właściwego miejsca do zamieszkania.
Sposób był dość prosty i logiczny -na wybranym "na oko" terenie należało
wpierw przez jakiś czas wypasać bydło i dokładnie sprawdzać stan zdrowia
zwierząt.
Jeżeli krowy dawały dużo mleka, nic im nie dolegało, można było uznać dany
teren za dobry do zamieszkania.
Należało również obserwować szatę roślinną danego terenu - roślinami które
rosły na terenach dobrych do zamieszkania były dęby, leszczyny, jabłonie
oraz grusze.
Na terenach niewłaściwych do budowy rosły paprocie, dęby skalne (zimozielone
krzewy ze strefy śródziemnomorskiej) oraz jeżyny.
Hipokrates i Avicenna też polecali by starannie dobierać lokalizację domów.
Czas wszystko zmienia i "pożera", nadszedł również kres potężnego Imperium,
ale do dziś w wielu miejscach w Europie przetrwało sporo obiektów zbudowanych
przez Rzymian.
Niedaleko Bazylei przetrwały do współczesności pozostałości założonego przez
Rzymian w roku 44 p.n.e miasteczka Augusta Raurica (dziś Kaiser August)..
Oprócz zabudowy mieszkalnej były tu równiez dwa teatry, kilka budynków
świątynnych i obronnych, termy oraz forum z bazyliką i kurią.
Dwaj szwajcarscy architekci i radiesteci, M.Mettler z Zurrychu i H. Stachelin
z Bazylei przeprowadzili radiestezyjne badania tego miasteczka i okazało się, że
położenie wszystkich budowli zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.
Wszystkie miejsca kultu i centralne obiekty zostały wkomponowane w siatkę
szwajcarską i diagonalną - czyli w dwa podstawowe rodzaje układającego się
w sieci promieniowania kosmicznego znanego w radiestezji.
Ściany budowli, rzędy kolumn i statuy pokrywają się dokładnie z pasmami lub
skrzyżowaniami siatek.
Całe miasteczko, jego zarys odzwierciedlał porządek Kosmosu i był zgodny
z istniejącymi strefami energetycznymi.
Główne ulice rzymskich miast wytyczano jako dwie prostopadłe do siebie osie -
pierwsza na linii wschód-zachód, druga na linii północ- południe.
W miejscu ich przecięcia budowano zawsze rynek (forum). Te dwie podstawowe
główne ulice decydowały o planie miasta. Pozostałe ulice miasta były do nich
równoległe.
Znano już wtedy również szkodliwe promieniowanie geopatyczne i by się przed
nim uchronić stosowano posadzki będące jednocześnie ekranem ochronnym.
Współczesna analiza chemiczna wykazała, że używano do ich zrobienia mieszanki
piasku rzecznego i wapna z domieszką białka zwierzęcego.
Przez długie lata nie zastanawiałam się dlaczego w jednych miejscach czuję się
świetnie a w innych nie mogę usiedzieć na miejscu.
A radiestezję, promieniowanie, cieki wodne traktowałam podobnie jak "prawdziwi
naukowcy, pakując to wszystko do worka z etykietą "bzdury".
Do czasu aż pojawiło się u nas dziecko. Wraz z małą zamieszkałam w małym
pokoju. Pod jedną ścianą stał mój tapczan, pod drugą, w odległości 1,5 m stało
drewniane łóżeczko małej. Stało i tylko stało- puste, bo ilekroć w nim ułożyłam
małą ta po kilkunastu minutach darła się jak zarzynana. Gdy ją przekładałam
na tapczan- wrzasków nie było.
Sprowadziłam do domu radiestetę. Nie mówiłam nic o tym dziwnym zachowaniu
się dziecka. Pan radiesteta (dyplomowany, z Tow. Psychotronicznego) obszedł
całe mieszkanie, usiadł, narysował plan mego mieszkania i zakreskował na
czerwono miejsca, w których jest niekorzystne dla człowieka promieniowanie.
W tych miejscach nie powinny stać łóżka- powiedział. A dziecię nie powinno
w takim miejscu leżeć. Dopiero wtedy powiedziałam mu o tym ,że we własnym
łóżeczku mała wciąż się drze.
Oj, pani ma w domu taki świetny wykrywacz cieków wodnych a wzywa pani mnie?
Niepotrzebnie wydaje pani pieniądze- śmiał się.
Zgodnie z zaleceniami poprzestawiałam w mieszkaniu miejsca do spania a poza
tym zakupiłam odpromiennik bursztynowy.
I od tej pory zaczęłam się interesować tym, co jest "bzdurą, banialukami i
zwyczajnie pseudonauką" oraz początkami ludzkiej cywilizacji.
wtorek, 14 kwietnia 2015
Gotyckie świątynie, cz.II
Nie mam pojęcia skąd średniowieczni budowniczowie gotyckich świątyń czerpali
swą wiedzę.
Jedno jest pewne - w swych budowlach odzwierciedlali prawdziwą miarę Natury,
a jak uważają niektórzy, cała Natura to matematyka.
Wielką wagę przywiązywali do odpowiednich proporcji między poszczególnymi
częściami budowli.
Punktem wyjścia architektury sakralnej był stosunek koła do kwadratu lub kuli do
sześcianu.
Kolista kopuła zawieszona nad sześcianem była odzwierciedleniem nieba ponad
ziemią.
Projekty gotyckie opierały się na tzw. złotej proporcji czyli wzajemnym stosunku
dwóch części (1:1,618)
W katedrze w Chartres odległości pomiędzy filarami, długość nawy, transeptów oraz
prezbiterium stanowią wielokrotność liczby 1,618.
Czy wiecie, że liczba Pi (3,14.) była uważana za świętą i często można ją odnalezć
w średniowiecznych kościołach?
Pierwiastki kwadratowe z dwójki i trójki też były liczbami magicznymi. Pierwiastek
z dwójki (1,414) reprezentuje kwadrat, będący znakiem Ziemi. Pierwiastek z trójki,
który wynosi 1,732 to pradawny znak mandorli ( w języku włoskim migdał) i od
czasów starożytnych symbolizował dziewiczą płodność.
W ikonografii chrześcijańskiej umieszczano w nim postać Chrystusa.
Mam wrażenie, że budowniczowie gotyku bardzo lubili "szyfrogramy" i dość
namiętnie się nimi posługiwali.
W alfabecie greckim i hebrajskim każda litera miała swój odpowiednik liczbowy.
Gdy sumujemy poszczególne litery wyrazu, otrzymujemy wartość liczbową całości.
To zamienianie liter na cyfry nosi nazwę gematrii.
Odpowiednikiem słowa Jezus w języku greckim jest liczba 888, więc umieszczano
ten wymiar w centralnej części świątyni, w prezbiterium lub między głównymi
filarami, by uzyskać występowanie pewnych subtelnych wibracji.
Bardzo często w niektórych kościołach umieszczano w posadzkach labirynty. Miały
one być elementem praktyk prowadzących do rozwijania wnętrza człowieka i
jego mistycznego oświecenia. W tradycji chrześcijańskiej znalezienie drogi do
centrum labiryntu i pokonanie jej z powrotem nazywano pielgrzymką do Niebiańskiej
Jerozolimy, o której była mowa w Piśmie Świętym.
Niewiele tych labiryntów posadzkowych przetrwało do dziś.
Ale w Chartres przetrwał - ma średnicę 9 metrów, a długość jego wynosi 250m.
W średniowieczu, w Wielkanoc, wierni prowadzeni przez biskupa tańczyli w nim.
Labiryntem w Chartres zajęli się również różni badacze zjawisk paranormalnych.
Podobno pod względem energetycznym ma on działanie uzdrawiające. Podobno
chodzenie po nim, a nawet tylko patrzenie na niego ma moc terapeutyczną, daje
równowagę psychiczną i głębokie przeżycia duchowe.
Labirynt w Chartres odsłaniany jest całkowicie tylko w piątki. Odsuwa się wtedy
stojące na nim na co dzień ławki by był dostępny w całości dla wiernych.
Najlepsze efekty daje ponoć chodzenie po nim boso. I chodzą po nim nie tylko
wierni- ludzie innych wyznań także.
John James, australijski architekt poświęcił wiele lat na zgłębianie znaczenia tego
labiryntu i doszedł do wniosku, że "jego jedenaście kręgów i zawiła ścieżka
prowadząca do środka stanowi odbicie drogi, jaką człowiek musi przebyć, aby
zostać zbawiony".
Zastanowiło mnie jedno - czy to było jego jedyne zajęcie?
Kolejną ciekawostką świątyni w Chartres są jej wieże, które są różnej wysokości.
To nie jest jakaś niedoróba, ale zabieg celowy by absorbować energię zarówno
Słońca jak i Księżyca. Wyższa wieża absorbuje energię Słońca, niższa- Księżyca.
Podobny manewr zastosowano w katedrze w Amiens.
W południowym transepcie (boczna nawa( katedry w Chartres zwraca uwagę na
posadzce jedna z płytek posadzki, ustawiona inaczej niż pozostałe.
Jeśli będziemy w Chartres w samo południe w momencie przesilenia letniego,
ta właśnie płytka zostanie oświetlona słońcem przechodzącym przez odpowiednio
ustawiony otwór w witrażu św. Apolinarego.
I tak moi mili, wymieszane są skutecznie obrzędy i tradycje pogańskie z religią
chrześcijańską.
Mnie osobiście zupełnie to nie przeszkadza, daje to obraz jakiejś ciągłości i
powtarzalności dziejów człowieka.
swą wiedzę.
Jedno jest pewne - w swych budowlach odzwierciedlali prawdziwą miarę Natury,
a jak uważają niektórzy, cała Natura to matematyka.
Wielką wagę przywiązywali do odpowiednich proporcji między poszczególnymi
częściami budowli.
Punktem wyjścia architektury sakralnej był stosunek koła do kwadratu lub kuli do
sześcianu.
Kolista kopuła zawieszona nad sześcianem była odzwierciedleniem nieba ponad
ziemią.
Projekty gotyckie opierały się na tzw. złotej proporcji czyli wzajemnym stosunku
dwóch części (1:1,618)
W katedrze w Chartres odległości pomiędzy filarami, długość nawy, transeptów oraz
prezbiterium stanowią wielokrotność liczby 1,618.
Czy wiecie, że liczba Pi (3,14.) była uważana za świętą i często można ją odnalezć
w średniowiecznych kościołach?
Pierwiastki kwadratowe z dwójki i trójki też były liczbami magicznymi. Pierwiastek
z dwójki (1,414) reprezentuje kwadrat, będący znakiem Ziemi. Pierwiastek z trójki,
który wynosi 1,732 to pradawny znak mandorli ( w języku włoskim migdał) i od
czasów starożytnych symbolizował dziewiczą płodność.
W ikonografii chrześcijańskiej umieszczano w nim postać Chrystusa.
Mam wrażenie, że budowniczowie gotyku bardzo lubili "szyfrogramy" i dość
namiętnie się nimi posługiwali.
W alfabecie greckim i hebrajskim każda litera miała swój odpowiednik liczbowy.
Gdy sumujemy poszczególne litery wyrazu, otrzymujemy wartość liczbową całości.
To zamienianie liter na cyfry nosi nazwę gematrii.
Odpowiednikiem słowa Jezus w języku greckim jest liczba 888, więc umieszczano
ten wymiar w centralnej części świątyni, w prezbiterium lub między głównymi
filarami, by uzyskać występowanie pewnych subtelnych wibracji.
Bardzo często w niektórych kościołach umieszczano w posadzkach labirynty. Miały
one być elementem praktyk prowadzących do rozwijania wnętrza człowieka i
jego mistycznego oświecenia. W tradycji chrześcijańskiej znalezienie drogi do
centrum labiryntu i pokonanie jej z powrotem nazywano pielgrzymką do Niebiańskiej
Jerozolimy, o której była mowa w Piśmie Świętym.
Niewiele tych labiryntów posadzkowych przetrwało do dziś.
Ale w Chartres przetrwał - ma średnicę 9 metrów, a długość jego wynosi 250m.
W średniowieczu, w Wielkanoc, wierni prowadzeni przez biskupa tańczyli w nim.
Labiryntem w Chartres zajęli się również różni badacze zjawisk paranormalnych.
Podobno pod względem energetycznym ma on działanie uzdrawiające. Podobno
chodzenie po nim, a nawet tylko patrzenie na niego ma moc terapeutyczną, daje
równowagę psychiczną i głębokie przeżycia duchowe.
Labirynt w Chartres odsłaniany jest całkowicie tylko w piątki. Odsuwa się wtedy
stojące na nim na co dzień ławki by był dostępny w całości dla wiernych.
Najlepsze efekty daje ponoć chodzenie po nim boso. I chodzą po nim nie tylko
wierni- ludzie innych wyznań także.
John James, australijski architekt poświęcił wiele lat na zgłębianie znaczenia tego
labiryntu i doszedł do wniosku, że "jego jedenaście kręgów i zawiła ścieżka
prowadząca do środka stanowi odbicie drogi, jaką człowiek musi przebyć, aby
zostać zbawiony".
Zastanowiło mnie jedno - czy to było jego jedyne zajęcie?
Kolejną ciekawostką świątyni w Chartres są jej wieże, które są różnej wysokości.
To nie jest jakaś niedoróba, ale zabieg celowy by absorbować energię zarówno
Słońca jak i Księżyca. Wyższa wieża absorbuje energię Słońca, niższa- Księżyca.
Podobny manewr zastosowano w katedrze w Amiens.
W południowym transepcie (boczna nawa( katedry w Chartres zwraca uwagę na
posadzce jedna z płytek posadzki, ustawiona inaczej niż pozostałe.
Jeśli będziemy w Chartres w samo południe w momencie przesilenia letniego,
ta właśnie płytka zostanie oświetlona słońcem przechodzącym przez odpowiednio
ustawiony otwór w witrażu św. Apolinarego.
I tak moi mili, wymieszane są skutecznie obrzędy i tradycje pogańskie z religią
chrześcijańską.
Mnie osobiście zupełnie to nie przeszkadza, daje to obraz jakiejś ciągłości i
powtarzalności dziejów człowieka.
poniedziałek, 13 kwietnia 2015
Gotyckie świątynie
Wczoraj Stokrotka napisała na swym blogu o katedrze Notre Dame.
Jej post sprowokował mnie do napisania kilku słów o gotyckich świątyniach.
Już dawno miałam taki zamiar, ale jakoś się nie składało.
Jak wszystkim wiadomo, styl gotycki nastąpił po stylu romańskim.
Świątynie romańskie swym wyglądem przypominały warownie - potężne mury,
"rozłożyste kształty". Można się było w tym budynku modlić, a można było
również się schować i z poza murów bronić.
I nagle, nie wiadomo skąd, w latach 1130 - 1140 pojawiły się świątynie nowego
formatu.
Nowe formy wcale nie były prostą kontynuacją poprzedniego budownictwa. Do
dziś wiele osób zastanawia się skąd nagle znalazła się cała rzesza wybitnych
specjalistów a gotyk stał się produktem od razu doskonałym.
We Francji, w ciągu tylko jednego stulecia powstało ponad 80 gotyckich katedr
i kościołów. Jednocześnie takie same świątynie powstawały w całej Europie.
Należy też pamiętać o tym, że budowniczowie gotyckich świątyń tworzyli zamkniętą
grupę zawodową obejmującą muratorów, kamieniarzy, rzezbiarzy.
Swoje wysokie umiejętności przekazywali tylko drogą indywidualnego wtajemniczenia,
mistrz - czeladnik.
Obowiązywał ścisły zakaz spisywania posiadanej wiedzy, by przypadkiem nie dostała
się w niepowołane ręce.
Budowniczowie gotyckich świątyń nie byli związani z konkretnymi miastami czy też
obszarami, przenosili się z miejsca na miejsce i najczęściej pozostawali anonimowi.
Pierwszą świątynią gotycką był kościół Saint Denis , leżący dziś na przedmieściu Paryża.
Powstał w latach 1135-44. Benedyktyński opat tamtejszego klasztoru , ojciec Suger,
zaliczany był do elity wtajemniczonych mistrzów- doskonale wiedział, że nośnikiem
najwyższych energii jest światło, a odpowiednie nim sterowanie wpływa na wnętrze
człowieka. Napisał nawet na ten temat traktat, w którym przekonywał, że Bóg jest
światłem.
Zgodnie ze swym przekonaniem postanowił wpuścić do świątyni jak najwięcej światła, wykorzystując w całej pełni zalety sklepienia żebrowego. Powstało miejsce na duże
oszklone powierzchnie okien z witrażami i na rozety.
W ten sposób miało do świątyni przenikać nie tylko światło słoneczne ale i światło Boże.
I tu ciekawostka - przeprowadzone w Saint Denis badania radiestezyjne wykazały, że
Saint Denis została wybudowana w prawdziwym miejscu mocy. Poziom energetyczny
wynosi 54000 jednostki Bovisa, co świadczy, że zbudowana została ze wszystkimi
prawidłami sztuki geomantycznej. W jej wnętrzu dominują wibracje koloru białego.
Dla większości królów francuskich jest miejscem ostatniego spoczynku.
Katedra Notre Dame też ma swoje "paranormalne tajemnice". Inicjatorem jej budowy
był biskup Maurice de Sully.
Świątynia stoi w bardzo znaczącym miejscu energetycznym, które jeszcze w czasach prehistorycznych pełniło funkcję miejsca kultowego.
Pomiary radiestezyjne wykazały, że promieniowanie tego miejsca odpowiada zieleni i
błękitowi, co ma działanie oczyszczające i wyciszające.
Prowadzone badania archeologiczne wykazały, że Celtowie też mieli tu swoje miejsce
kultu.Osiedlili się na bagnistych brzegach Sekwany i jej wyspach około 350 r p.n.e.
A trzy wieki pózniej Juliusz Cezar założył tu galicyjsko-rzymską osadę o nazwie
Lutetia Parisiorum i wzniesiono sanktuarium Jowisza - tu gdzie dziś znajduje się
Notre Dame.
Gdy się spojrzy na rozmieszczenie francuskich katedr, to okaże się, że świątynie
gotyckie w Chartres, Reims, Amiens, Bayeux, Evreux, Abbeville, Laon, Paryżu i
Etampes są odzwierciedleniem gwiazdozbioru Panny.
I jeszcze słów kilka o szybach.W gotyckich oknach zastosowano specjalny rodzaj szkła,
które posiadało zdolność wzmacniania blasku a jednocześnie zatrzymywało szkodliwe promieniowanie UV. Podobno sekret produkcji takiego szkła templariusze pozyskali od
arabskich alchemików.
Największą kolekcję średniowiecznych witraży zobaczymy w katedrze w Chartres,
gdzie występuje specjalny odcień barwy niebieskiej, nazwany "błękitem z Chartres",
dający promieniowanie o określonym zakresie widma.
Przed pojawieniem się druku witraże przekazywały wiernym nauki Kościoła,ukazywały
życie apostołów i świętych oraz dokonania Chrystusa.
Prawdę mówiąc, katedrze w Chartres należy się zupełnie osobny post, tyle jest w niej
niespotykanych rzeczy.
A więc - liczcie się z tym, że zamęczę Was jeszcze jednym postem o świątyniach
gotyckich.
Jej post sprowokował mnie do napisania kilku słów o gotyckich świątyniach.
Już dawno miałam taki zamiar, ale jakoś się nie składało.
Jak wszystkim wiadomo, styl gotycki nastąpił po stylu romańskim.
Świątynie romańskie swym wyglądem przypominały warownie - potężne mury,
"rozłożyste kształty". Można się było w tym budynku modlić, a można było
również się schować i z poza murów bronić.
I nagle, nie wiadomo skąd, w latach 1130 - 1140 pojawiły się świątynie nowego
formatu.
Nowe formy wcale nie były prostą kontynuacją poprzedniego budownictwa. Do
dziś wiele osób zastanawia się skąd nagle znalazła się cała rzesza wybitnych
specjalistów a gotyk stał się produktem od razu doskonałym.
We Francji, w ciągu tylko jednego stulecia powstało ponad 80 gotyckich katedr
i kościołów. Jednocześnie takie same świątynie powstawały w całej Europie.
Należy też pamiętać o tym, że budowniczowie gotyckich świątyń tworzyli zamkniętą
grupę zawodową obejmującą muratorów, kamieniarzy, rzezbiarzy.
Swoje wysokie umiejętności przekazywali tylko drogą indywidualnego wtajemniczenia,
mistrz - czeladnik.
Obowiązywał ścisły zakaz spisywania posiadanej wiedzy, by przypadkiem nie dostała
się w niepowołane ręce.
Budowniczowie gotyckich świątyń nie byli związani z konkretnymi miastami czy też
obszarami, przenosili się z miejsca na miejsce i najczęściej pozostawali anonimowi.
Pierwszą świątynią gotycką był kościół Saint Denis , leżący dziś na przedmieściu Paryża.
Powstał w latach 1135-44. Benedyktyński opat tamtejszego klasztoru , ojciec Suger,
zaliczany był do elity wtajemniczonych mistrzów- doskonale wiedział, że nośnikiem
najwyższych energii jest światło, a odpowiednie nim sterowanie wpływa na wnętrze
człowieka. Napisał nawet na ten temat traktat, w którym przekonywał, że Bóg jest
światłem.
Zgodnie ze swym przekonaniem postanowił wpuścić do świątyni jak najwięcej światła, wykorzystując w całej pełni zalety sklepienia żebrowego. Powstało miejsce na duże
oszklone powierzchnie okien z witrażami i na rozety.
W ten sposób miało do świątyni przenikać nie tylko światło słoneczne ale i światło Boże.
I tu ciekawostka - przeprowadzone w Saint Denis badania radiestezyjne wykazały, że
Saint Denis została wybudowana w prawdziwym miejscu mocy. Poziom energetyczny
wynosi 54000 jednostki Bovisa, co świadczy, że zbudowana została ze wszystkimi
prawidłami sztuki geomantycznej. W jej wnętrzu dominują wibracje koloru białego.
Dla większości królów francuskich jest miejscem ostatniego spoczynku.
Katedra Notre Dame też ma swoje "paranormalne tajemnice". Inicjatorem jej budowy
był biskup Maurice de Sully.
Świątynia stoi w bardzo znaczącym miejscu energetycznym, które jeszcze w czasach prehistorycznych pełniło funkcję miejsca kultowego.
Pomiary radiestezyjne wykazały, że promieniowanie tego miejsca odpowiada zieleni i
błękitowi, co ma działanie oczyszczające i wyciszające.
Prowadzone badania archeologiczne wykazały, że Celtowie też mieli tu swoje miejsce
kultu.Osiedlili się na bagnistych brzegach Sekwany i jej wyspach około 350 r p.n.e.
A trzy wieki pózniej Juliusz Cezar założył tu galicyjsko-rzymską osadę o nazwie
Lutetia Parisiorum i wzniesiono sanktuarium Jowisza - tu gdzie dziś znajduje się
Notre Dame.
Gdy się spojrzy na rozmieszczenie francuskich katedr, to okaże się, że świątynie
gotyckie w Chartres, Reims, Amiens, Bayeux, Evreux, Abbeville, Laon, Paryżu i
Etampes są odzwierciedleniem gwiazdozbioru Panny.
I jeszcze słów kilka o szybach.W gotyckich oknach zastosowano specjalny rodzaj szkła,
które posiadało zdolność wzmacniania blasku a jednocześnie zatrzymywało szkodliwe promieniowanie UV. Podobno sekret produkcji takiego szkła templariusze pozyskali od
arabskich alchemików.
Największą kolekcję średniowiecznych witraży zobaczymy w katedrze w Chartres,
gdzie występuje specjalny odcień barwy niebieskiej, nazwany "błękitem z Chartres",
dający promieniowanie o określonym zakresie widma.
Przed pojawieniem się druku witraże przekazywały wiernym nauki Kościoła,ukazywały
życie apostołów i świętych oraz dokonania Chrystusa.
Prawdę mówiąc, katedrze w Chartres należy się zupełnie osobny post, tyle jest w niej
niespotykanych rzeczy.
A więc - liczcie się z tym, że zamęczę Was jeszcze jednym postem o świątyniach
gotyckich.
niedziela, 12 kwietnia 2015
Odwyk
Na odwyku jestem. To koszmar. W ramach odwyku zrobiłam kilka pierścionków.
Ale jak to zwykle ja - na bakier jestem z fotografowaniem.
W ramach oszczędzania paluszków zrobiłam pierścionki, bo to łatwa praca.
Przy okazji zagospodarowałam różne resztki kryształkowe i jeden howlit
udający turkus. Po raz pierwszy robiłam pierścionek techniką haftu
koralikowego- właśnie ten z howlitem. Całkiem dobrze wyszło, pewnie
powtórzę ten eksperyment.
Wiecie, ja to jestem cholerna gapa - właściwie to cud, że to zdjęcie jest, bo
miałam już całkiem niemal padniętą baterię w aparacie. O tym, że trzeba
ją naładować to wiedziałam , ale wciąż odkładałam to na pózniej.
A potem dorobiłam jeszcze jeden pierścionek, z muszlą Paua w roli głównej,
ale wszystko spakowałam i wysłałam, zapominając zrobić porządne zdjęcie,
choć w międzyczasie naładowałam baterię.
Mój drogi mąż mawia, że "g. chłopu, nie zegarek". I pewnie ma rację:)))
Mam pomysł na zrobienie kompletu pierścionek + bransoletka, a wszystko
w tonacji czarne/białe, ale to trochę potrwa, bo na odwyku muszę jednej
rzeczy przestrzegać - jednorazowo nie dłubać przy koralikach dłużej niż
trzydzieści minut.
W ramach odwyku porządkuję swoje notatki o dzielnicy, w której
mieszkam.
Miałam sąsiada, ( nie żyje od kilku lat) który bardzo wiele wiedział o mojej
dzielnicy.Planowaliśmy napisać coś razem na ten temat, ale nie wyszło, bo
dość długo i to z powodzeniem walczył z rakiem, a potem to ja miałam
problemy ze zdrowiem swego męża i tak się to rozeszło po kościach.
A potem pan Mietek przeniósł się w inny wymiar, dożywszy 87 lat. Do
samego końca był wielce trzezwym, miłym i bystrym człowiekiem.
Zapewne to co napiszę o swojej dzielnicy niewiele osób przeczyta, ale to
będzie mój hołd dla pana Mietka.
W końcu to mój blog, mogę uprawiać prywatę, prawda???
Ale jak to zwykle ja - na bakier jestem z fotografowaniem.
W ramach oszczędzania paluszków zrobiłam pierścionki, bo to łatwa praca.
Przy okazji zagospodarowałam różne resztki kryształkowe i jeden howlit
udający turkus. Po raz pierwszy robiłam pierścionek techniką haftu
koralikowego- właśnie ten z howlitem. Całkiem dobrze wyszło, pewnie
powtórzę ten eksperyment.
Wiecie, ja to jestem cholerna gapa - właściwie to cud, że to zdjęcie jest, bo
miałam już całkiem niemal padniętą baterię w aparacie. O tym, że trzeba
ją naładować to wiedziałam , ale wciąż odkładałam to na pózniej.
A potem dorobiłam jeszcze jeden pierścionek, z muszlą Paua w roli głównej,
ale wszystko spakowałam i wysłałam, zapominając zrobić porządne zdjęcie,
choć w międzyczasie naładowałam baterię.
Mój drogi mąż mawia, że "g. chłopu, nie zegarek". I pewnie ma rację:)))
Mam pomysł na zrobienie kompletu pierścionek + bransoletka, a wszystko
w tonacji czarne/białe, ale to trochę potrwa, bo na odwyku muszę jednej
rzeczy przestrzegać - jednorazowo nie dłubać przy koralikach dłużej niż
trzydzieści minut.
W ramach odwyku porządkuję swoje notatki o dzielnicy, w której
mieszkam.
Miałam sąsiada, ( nie żyje od kilku lat) który bardzo wiele wiedział o mojej
dzielnicy.Planowaliśmy napisać coś razem na ten temat, ale nie wyszło, bo
dość długo i to z powodzeniem walczył z rakiem, a potem to ja miałam
problemy ze zdrowiem swego męża i tak się to rozeszło po kościach.
A potem pan Mietek przeniósł się w inny wymiar, dożywszy 87 lat. Do
samego końca był wielce trzezwym, miłym i bystrym człowiekiem.
Zapewne to co napiszę o swojej dzielnicy niewiele osób przeczyta, ale to
będzie mój hołd dla pana Mietka.
W końcu to mój blog, mogę uprawiać prywatę, prawda???
środa, 8 kwietnia 2015
Jajka marmurkowe dla studentów
Z takimi jajkami pierwszy raz spotkałam się u mojej znajomej. Na stole wylądował
litrowy szklany słój typu wek, a w nim w zalewie jasno brązowego koloru tkwiły
jajka w skorupkach.
Bardzo mi te jajka smakowały, a znajoma określiła je, że to marmurkowe jajka
dla studentów.
Jak zwał, tak zwał, pomyślałam, grunt, że to smaczne. No a skoro mi smakowały to
postanowiłam wziąć przepis.
Jajka myjemy, gotujemy na małym ogniu "na twardo". Gdy już wg nas są gotowe,
chłodzimy je zimną wodą i delikatnie je obtłukujemy , tak by skorupka dość
równomiernie popękała. Nie obieramy ze skorupki!
W garnku gotujemy lekką zalewę octową,czyli mieszankę octu jabłkowego lub
winnego z wodą), do której dodajemy listek laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego,
małą, kawową łyżeczkę curry, 50ml sosu sojowego ciemnego. Niektórzy dodają też
kilka ziaren pieprzu.
Gotujemy wszystko kilka minut, do zalewy wkładamy jajka i jeszcze chwilę
gotujemy.
Wyławiamy łyżką jajka i układamy je w czystym wyparzonym słoju, po czym
zalewamy gorącą zalewą tak by były całe w zalewie i zamykamy słoik.
Stawiamy go do góry dnem, by się dobrze zassał.
Po tygodniu jajka są gotowe do jedzenia.
Jest to również dobre "pogotowie" do tworzenia kanapek w razie niespodziewanych
gości.
Celowo nie podaję ilości składników, bo są one uzależnione od indywidualnych
preferencji smakowych, ilości jajek i wielkości słoja i fantazji kucharza.
litrowy szklany słój typu wek, a w nim w zalewie jasno brązowego koloru tkwiły
jajka w skorupkach.
Bardzo mi te jajka smakowały, a znajoma określiła je, że to marmurkowe jajka
dla studentów.
Jak zwał, tak zwał, pomyślałam, grunt, że to smaczne. No a skoro mi smakowały to
postanowiłam wziąć przepis.
Jajka myjemy, gotujemy na małym ogniu "na twardo". Gdy już wg nas są gotowe,
chłodzimy je zimną wodą i delikatnie je obtłukujemy , tak by skorupka dość
równomiernie popękała. Nie obieramy ze skorupki!
W garnku gotujemy lekką zalewę octową,czyli mieszankę octu jabłkowego lub
winnego z wodą), do której dodajemy listek laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego,
małą, kawową łyżeczkę curry, 50ml sosu sojowego ciemnego. Niektórzy dodają też
kilka ziaren pieprzu.
Gotujemy wszystko kilka minut, do zalewy wkładamy jajka i jeszcze chwilę
gotujemy.
Wyławiamy łyżką jajka i układamy je w czystym wyparzonym słoju, po czym
zalewamy gorącą zalewą tak by były całe w zalewie i zamykamy słoik.
Stawiamy go do góry dnem, by się dobrze zassał.
Po tygodniu jajka są gotowe do jedzenia.
Jest to również dobre "pogotowie" do tworzenia kanapek w razie niespodziewanych
gości.
Celowo nie podaję ilości składników, bo są one uzależnione od indywidualnych
preferencji smakowych, ilości jajek i wielkości słoja i fantazji kucharza.
Poszła baba do lekarza....
.....a ta baba to jestem ja. Dawno się tak nie ubawiłam. Chichaliśmy się z panem
doktorem tak nieprzyzwoicie głośno, że było nas słychać na korytarzu, o czym mi
drogi mój mąz doniósł.
Ale jak się nie śmiać, gdy przychodzi baba do lekarza, oświadcza na dzień dobry,
że jest naprawdę zdrowa i w ramach owego zdrowia dostaje skierowanie na tyle
badań, że chyba zasłabnę, gdy mi tę krew do badań utoczą.
Ale prawdziwym powodem do niekontrolowanego wybuchu śmiechu był moment,
gdy lekarz musiał odnalezć kod badań, które mi zadysponował. Wyciągnął biedak
smartfona i zaczęło się dziesięciominutowe poszukiwanie kodów.
Bo lekarz musi teraz wpisać w kartę pacjenta kod zleconego badania, nie jego nazwę.
Tyle tylko, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo w czym to ma usprawnić pracę
lekarza, bo nikt nie jest w stanie zapamiętać tylu setek kodów.
Bo inny kod ma badanie poziomu glukozy na czczo, a inny kod badanie tejże
glukozy pod obciążeniem. Wysnułam teorię, że może takie szyfrowanie ma na celu
ochronę danych pacjenta no i ta teoria ogromnie rozbawiła mego doktorka.
No i potem już wszystko nas śmieszyło - nawet to, że pani endokrynolog obiecała
mi za rok USG tarczycy wraz z biopsją, bo badanie sprzed 2 lat opiewało jakieś
"konglomeraty guzków", a ta biedula pewnie nie mogła odnalezć właściwego kodu,
więc z pewnością za rok już się tego kodu na pamięć wyuczy, no a jeśli te guzki są
"niedobre" to za rok zmienią się z konglomeratu w jeden super guz i bez biopsji
będzie wiadomo co robić dalej (tylko kod się zmieni),rozśmieszyło nas i to, że teraz
lekarz pierwszego kontaktu musi dać skierowanie do okulisty i dermatologa, co tak
naprawdę utrudniło dostęp do lekarza I kontaktu, a nie zmniejszyło kolejek do tych
specjalistów.
Potem ja się pośmiałam, bo doktorek mi zalecił, bym wzięła rozwód z robótkami
ręcznymi i przy okazji modliła się, by badania wykazały, że moje dolegliwości to tylko
sprawy zwyrodnieniowe.
Wyszłam z gabinetu tak rozbawiona, że aż się mąż zapytał, czy doktorek może mnie
łaskotał w jakimś wrażliwym miejscu.
Z zaleceń zdrowotnych "na teraz" mam sobie kupić wit.D3 i łykać, odstawić szydełko,
druty i "co tam jeszcze pani wyczynia", szybko zrobić badania i pomodlić się by
było wszystko w normie. A więc lecę do apteki- oczywiście internetowej.
No i to byłoby na tyle, jak mawiał klasyk.
doktorem tak nieprzyzwoicie głośno, że było nas słychać na korytarzu, o czym mi
drogi mój mąz doniósł.
Ale jak się nie śmiać, gdy przychodzi baba do lekarza, oświadcza na dzień dobry,
że jest naprawdę zdrowa i w ramach owego zdrowia dostaje skierowanie na tyle
badań, że chyba zasłabnę, gdy mi tę krew do badań utoczą.
Ale prawdziwym powodem do niekontrolowanego wybuchu śmiechu był moment,
gdy lekarz musiał odnalezć kod badań, które mi zadysponował. Wyciągnął biedak
smartfona i zaczęło się dziesięciominutowe poszukiwanie kodów.
Bo lekarz musi teraz wpisać w kartę pacjenta kod zleconego badania, nie jego nazwę.
Tyle tylko, że tak naprawdę nie bardzo wiadomo w czym to ma usprawnić pracę
lekarza, bo nikt nie jest w stanie zapamiętać tylu setek kodów.
Bo inny kod ma badanie poziomu glukozy na czczo, a inny kod badanie tejże
glukozy pod obciążeniem. Wysnułam teorię, że może takie szyfrowanie ma na celu
ochronę danych pacjenta no i ta teoria ogromnie rozbawiła mego doktorka.
No i potem już wszystko nas śmieszyło - nawet to, że pani endokrynolog obiecała
mi za rok USG tarczycy wraz z biopsją, bo badanie sprzed 2 lat opiewało jakieś
"konglomeraty guzków", a ta biedula pewnie nie mogła odnalezć właściwego kodu,
więc z pewnością za rok już się tego kodu na pamięć wyuczy, no a jeśli te guzki są
"niedobre" to za rok zmienią się z konglomeratu w jeden super guz i bez biopsji
będzie wiadomo co robić dalej (tylko kod się zmieni),rozśmieszyło nas i to, że teraz
lekarz pierwszego kontaktu musi dać skierowanie do okulisty i dermatologa, co tak
naprawdę utrudniło dostęp do lekarza I kontaktu, a nie zmniejszyło kolejek do tych
specjalistów.
Potem ja się pośmiałam, bo doktorek mi zalecił, bym wzięła rozwód z robótkami
ręcznymi i przy okazji modliła się, by badania wykazały, że moje dolegliwości to tylko
sprawy zwyrodnieniowe.
Wyszłam z gabinetu tak rozbawiona, że aż się mąż zapytał, czy doktorek może mnie
łaskotał w jakimś wrażliwym miejscu.
Z zaleceń zdrowotnych "na teraz" mam sobie kupić wit.D3 i łykać, odstawić szydełko,
druty i "co tam jeszcze pani wyczynia", szybko zrobić badania i pomodlić się by
było wszystko w normie. A więc lecę do apteki- oczywiście internetowej.
No i to byłoby na tyle, jak mawiał klasyk.
Subskrybuj:
Posty (Atom)