Znowu o tym remoncie - zamiast się cieszyć jestem
mocno nieszczęśliwa. Powodem mego nieszczęścia są.....
moje nowe meble.
Dziś usiłowałam wtłoczyć w nie swój dotychczasowy
dobytek kuchenny. Niech mi ktoś powie jak zmieścić
w szafce o głębokości 46 cm to co dotychczas stało
w szafce o głębokości 60 cm? Znów muszę wytypować
rzeczy, których mogłabym się pozbyć.
W pokoju nadal mam przysłowiowy groch z kapustą
okraszony stojącymi pudłami. Bo też nie wiem jak
się z tym "koksem" pomieścić.
Ale niektórzy to mają gorzej.
Zadzwoniła jedna z moich znajomych i łkając mi
w słuchawkę powiedziała, że nie wie co ma zrobić.
Jej mocno dorosła córka, która ma 5-letnie dziecię
"wyjechała podstępnie za granicę", zostawiając małą
pod jej opieką. Po prostu zadzwoniła do swej mamy.
poprosiła by mama wzięła małą na kilka dni, bo ona
musi wyjechać w delegację i ... zwiała.
Po tygodniu zadzwoniła, że ona nie wróci prędko
bo tu, gdzie się znalazła dostała dobrą pracę, poznała
b. interesującego faceta i że wreszcie chce mieć coś
z życia.
Oczywiście nie powiedziała gdzie jest, a zapytana
o dziecko powiedziała tylko, że będzie przysyłała
pieniądze na wychowanie córki i że może kiedyś ją
do siebie zabierze.
Prawdę mówiąc zdębiałam nieco i nie za bardzo
wiedziałam co powiedzieć- chciało mi się śmiać i
płakać jednocześnie.
Na razie doradziłam by się skontaktowała z prawnikiem-
ja naprawdę nie ma pojęcia co należy w takiej sytuacji
zrobić.
Poza tym podejrzewam, że gdy ów interesujący facet
przestanie być interesujący, ten wzór macierzyństwa
powróci. Przez jej życie przewinęło się już tylu
interesujących facetów, że można by z nich stworzyć
ze dwie drużyny piłkarskie.
Poza tym łudzę się ,że może jednak uda mi się uniknąć
pobytu w szpitalu. Oby!!!
drewniana rzezba

wtorek, 11 czerwca 2013
niedziela, 9 czerwca 2013
Dzień wariatki
Cały dzień biegam między piętrami - to wprawdzie tylko
z parteru na I piętro, ale pomiędzy jedną a drugą przebieżką
coś myję, odkurzam, przykręcam, rozpaczam, że "nie mam
gdzie tego schować" lub kłócę się z mężem. Oboje jesteśmy
niczym zapalniki iskrowe.
A wczoraj wieczorem dokonałam niemiłego odkrycia - nie
zdziwcie się, gdy wyczytacie w wiadomościach, że pewna
zdesperowana osoba płci żeńskiej utłukła bez litości faceta,
który u niej przeprowadzał remont.
Mam w mieszkaniu ustrojstwo pt. pawlacz-jest to wielce
przydatne miejsce, w którym przechowujemy walizki i nie
sezonową aktualnie odzież.
I właśnie zachciało mi się schować pierwszą z opróżnionych
walizek, więc wparowałam na drabinę, otworzyłam
drzwiczki pawlacza i mało nie zleciałam z drabiny z wrażenia.
Wnętrze pawlacza przypominało plac budowy - wszędzie
walały się resztki gruzu, pośrodku królował kłąb różnego
rodzaju kabli a róg ściany przy łazience był odłupany,
tapeta , którą był pawlacz oklejony zerwana w kilku miejscach.
Jak dorwę jutro Mistrzu do go obedrę ze skóry -mieli przez
pawlacz przeprowadzić kabel internetowy i nowe zasilanie
do łazienki- naprawdę nie było potrzeby zrywania tapety
ani rozwalania narożnika ściany- no a jeśli już coś takiego
się im niechcący przytrafiło, to należało to wszystko
na koniec uporządkować.
Mąż też wściekły, nie tylko na nich, na siebie też, że tam
nie zajrzał nim skończyli remont.
Drugim powodem jego wściekłości jest fakt, że zamówił
do kuchni za mały stolik - jest on wybitnie stolikiem dla
jednej osoby. A gdy zamawiał tłumaczyłam, że to będzie
stolik jednoosobowy, ale to jakoś do niego nie trafiało.
Dziś się przekonał doświadczalnie, że miałam rację.
I teraz biedaczek ma zagwozdkę a ja się nie odzywam by
zbyt wiele nie powiedzieć. Powiedziałam tylko, że ja
mogę jeść śniadanie przy komputerze a obiad w swoim
pokoju przy dużym stole.
A propos "jeść" - od dziś wolno mi jeść biały ser i chudą
drobiową wędlinę. W najbliższy piątek kończę kurację
metronidazolem i jeśli w dwa tygodnie po niej nie będzie
nawrotu dolegliwości to uznają, że jestem wyleczona.
Oby tak było. Trzymajcie kciuki, proszę.
Poza tym - dziś zalało Warszawę - u mnie szczęśliwym
trafem kilka dni temu oczyścili studzienki, więc "wyrobiły".
Inne dzielnice miały mniej szczęścia, co można obejrzeć
na Onecie. Ulewa była ogromna, burza też się trafiła.
Mam podejrzenie, że czeka nas kiepskie lato.
z parteru na I piętro, ale pomiędzy jedną a drugą przebieżką
coś myję, odkurzam, przykręcam, rozpaczam, że "nie mam
gdzie tego schować" lub kłócę się z mężem. Oboje jesteśmy
niczym zapalniki iskrowe.
A wczoraj wieczorem dokonałam niemiłego odkrycia - nie
zdziwcie się, gdy wyczytacie w wiadomościach, że pewna
zdesperowana osoba płci żeńskiej utłukła bez litości faceta,
który u niej przeprowadzał remont.
Mam w mieszkaniu ustrojstwo pt. pawlacz-jest to wielce
przydatne miejsce, w którym przechowujemy walizki i nie
sezonową aktualnie odzież.
I właśnie zachciało mi się schować pierwszą z opróżnionych
walizek, więc wparowałam na drabinę, otworzyłam
drzwiczki pawlacza i mało nie zleciałam z drabiny z wrażenia.
Wnętrze pawlacza przypominało plac budowy - wszędzie
walały się resztki gruzu, pośrodku królował kłąb różnego
rodzaju kabli a róg ściany przy łazience był odłupany,
tapeta , którą był pawlacz oklejony zerwana w kilku miejscach.
Jak dorwę jutro Mistrzu do go obedrę ze skóry -mieli przez
pawlacz przeprowadzić kabel internetowy i nowe zasilanie
do łazienki- naprawdę nie było potrzeby zrywania tapety
ani rozwalania narożnika ściany- no a jeśli już coś takiego
się im niechcący przytrafiło, to należało to wszystko
na koniec uporządkować.
Mąż też wściekły, nie tylko na nich, na siebie też, że tam
nie zajrzał nim skończyli remont.
Drugim powodem jego wściekłości jest fakt, że zamówił
do kuchni za mały stolik - jest on wybitnie stolikiem dla
jednej osoby. A gdy zamawiał tłumaczyłam, że to będzie
stolik jednoosobowy, ale to jakoś do niego nie trafiało.
Dziś się przekonał doświadczalnie, że miałam rację.
I teraz biedaczek ma zagwozdkę a ja się nie odzywam by
zbyt wiele nie powiedzieć. Powiedziałam tylko, że ja
mogę jeść śniadanie przy komputerze a obiad w swoim
pokoju przy dużym stole.
A propos "jeść" - od dziś wolno mi jeść biały ser i chudą
drobiową wędlinę. W najbliższy piątek kończę kurację
metronidazolem i jeśli w dwa tygodnie po niej nie będzie
nawrotu dolegliwości to uznają, że jestem wyleczona.
Oby tak było. Trzymajcie kciuki, proszę.
Poza tym - dziś zalało Warszawę - u mnie szczęśliwym
trafem kilka dni temu oczyścili studzienki, więc "wyrobiły".
Inne dzielnice miały mniej szczęścia, co można obejrzeć
na Onecie. Ulewa była ogromna, burza też się trafiła.
Mam podejrzenie, że czeka nas kiepskie lato.
piątek, 7 czerwca 2013
Prawo serii
Z całą pewnością to znacie - gdy tylko zaczynają się jakieś
kłopoty to nigdy nie są one pojedyncze - zawsze występują
stadami. To samo jest z wydatkami.
Normą jest (przynajmniej u mnie), że gdy już widzę
przysłowiowe światełko w tunelu, ten zaczyna się pomału
zawalać a wyjście z niego nie może nastąpić dość szybko.
Właśnie zaczęłam się głupawo cieszyć, że już remont się
szybciutko skończy a wraz z jego końcem przestaną mi
wypływać pieniądze z konta a tu bach - nowe, zupełnie nie
przewidziane wydatki i problemy.
Oczywiście padł mi komputer. I to w tak młodym wieku-
miał zaledwie pięć i pół roku. Fakt, że ostatnio był coraz
wolniejszy, no ale ponieważ nie gram w żadne gry, to jego
powolność właściwie w niczym mi nie przeszkadzała.
Ja też zbyt szybko ostatnio nie działam. Do tej powolności
dołączył się też nagle specyficzny dzwięk- tak jakby
intensywne skrobanie psich pazurków na parkiecie - wtedy
gdy pies chce wystartować a pazurki mu się ślizgają.
Ten odgłos "drapania" pochodził niestety z dysku.
Diagnoza - komputer chory nieuleczalnie- potrzebny nowy.
Nowy komputer = nowy wydatek.
Piątek - 7.06.
Dziś nastąpił koniec remontu. Trwała ta masakra niemal
7 tygodni - a dokładnie zabrakło do tej siódemki jednego
dnia.
Nie było mnie tu dość długo, bo wpierw musiałam kupić
nowy komputer, potem, w fazie końcowej remontu odłączyli
mnie od internetu, a do tego wszystkiego choruję - właściwie
uciekam przed szpitalem. A wszystko to po antybiotykach.
Po prostu zaatakowały mnie beztlenowce.
Mimo wszystko mam nadzieję,że nie dam się tam umieścić.
Grzecznie łykam to co muszę, odżywiam się waflami ryżowymi
a największą rozpustą jedzeniową jest gotowany kurczak
doprawiony nieco solą i kartofelki z wody. Fuj, już mam dość.
Piszę ten post już z własnego mieszkania, które teraz wygląda
jak cygański obóz- wszędzie stoją pudła.
Oczywiście czeka mnie jeszcze sprzątanie, bo w dobie
szalonego bezrobocia nie ma chętnych na taką fuchę.
Ale już dziś umyłam nieco okien, ostatnimi dniami niemal
ukradkiem myłam glazury, odkurzałam co się dało, więc
jakoś dam radę to ogarnąć.
Ale mam wreszcie nowe mebelki- bo nie są to meble. Są tak
mało pojemne, że zupełnie nie wiem jak ja się z moimi
gratami pomieszczę.
Niemniej przecudnej urody jest zwłaszcza garderoba w
przedpokoju i mój nowy stolik komputerowy.
Do szczęścia brakuje mi tylko dwóch duuużych oszklonych
wiszących gablot na książki. Ale już wiem gdzie je zamówić.
Gdy już się rozpakuję i nie zamkną mnie w szpitalu, to
postaram się trochę "obfocić" to i owo.
Nie jest to proste, bo brak mi perspektywy- mieszkanie
małe, więc ciężko to "zdjąć".
Dziękuję wszystkim za maile pełne niepokoju i komentarze
pod ostatnim postem.
Naprawdę jesteście kochani!!!
kłopoty to nigdy nie są one pojedyncze - zawsze występują
stadami. To samo jest z wydatkami.
Normą jest (przynajmniej u mnie), że gdy już widzę
przysłowiowe światełko w tunelu, ten zaczyna się pomału
zawalać a wyjście z niego nie może nastąpić dość szybko.
Właśnie zaczęłam się głupawo cieszyć, że już remont się
szybciutko skończy a wraz z jego końcem przestaną mi
wypływać pieniądze z konta a tu bach - nowe, zupełnie nie
przewidziane wydatki i problemy.
Oczywiście padł mi komputer. I to w tak młodym wieku-
miał zaledwie pięć i pół roku. Fakt, że ostatnio był coraz
wolniejszy, no ale ponieważ nie gram w żadne gry, to jego
powolność właściwie w niczym mi nie przeszkadzała.
Ja też zbyt szybko ostatnio nie działam. Do tej powolności
dołączył się też nagle specyficzny dzwięk- tak jakby
intensywne skrobanie psich pazurków na parkiecie - wtedy
gdy pies chce wystartować a pazurki mu się ślizgają.
Ten odgłos "drapania" pochodził niestety z dysku.
Diagnoza - komputer chory nieuleczalnie- potrzebny nowy.
Nowy komputer = nowy wydatek.
Piątek - 7.06.
Dziś nastąpił koniec remontu. Trwała ta masakra niemal
7 tygodni - a dokładnie zabrakło do tej siódemki jednego
dnia.
Nie było mnie tu dość długo, bo wpierw musiałam kupić
nowy komputer, potem, w fazie końcowej remontu odłączyli
mnie od internetu, a do tego wszystkiego choruję - właściwie
uciekam przed szpitalem. A wszystko to po antybiotykach.
Po prostu zaatakowały mnie beztlenowce.
Mimo wszystko mam nadzieję,że nie dam się tam umieścić.
Grzecznie łykam to co muszę, odżywiam się waflami ryżowymi
a największą rozpustą jedzeniową jest gotowany kurczak
doprawiony nieco solą i kartofelki z wody. Fuj, już mam dość.
Piszę ten post już z własnego mieszkania, które teraz wygląda
jak cygański obóz- wszędzie stoją pudła.
Oczywiście czeka mnie jeszcze sprzątanie, bo w dobie
szalonego bezrobocia nie ma chętnych na taką fuchę.
Ale już dziś umyłam nieco okien, ostatnimi dniami niemal
ukradkiem myłam glazury, odkurzałam co się dało, więc
jakoś dam radę to ogarnąć.
Ale mam wreszcie nowe mebelki- bo nie są to meble. Są tak
mało pojemne, że zupełnie nie wiem jak ja się z moimi
gratami pomieszczę.
Niemniej przecudnej urody jest zwłaszcza garderoba w
przedpokoju i mój nowy stolik komputerowy.
Do szczęścia brakuje mi tylko dwóch duuużych oszklonych
wiszących gablot na książki. Ale już wiem gdzie je zamówić.
Gdy już się rozpakuję i nie zamkną mnie w szpitalu, to
postaram się trochę "obfocić" to i owo.
Nie jest to proste, bo brak mi perspektywy- mieszkanie
małe, więc ciężko to "zdjąć".
Dziękuję wszystkim za maile pełne niepokoju i komentarze
pod ostatnim postem.
Naprawdę jesteście kochani!!!
wtorek, 28 maja 2013
Rzęzi mi komputer
Coś się dzieje złego z moim kompem i obym nie musiała kupować
nowego, bo zwyczajnie już nie mam na to forsy.
Dziś wypróbuję swą nowiutką kabinę prysznicową - takie dostałam
polecenie od Mistrzu.
Trzeba po prostu sprawdzić, czy wszystko dobrze działa, czy jest
wszystko szczelne, bo jak powiedział Mistrzu "z wodą i kabiną
to nigdy nic nie wiadomo".
W tym momencie przypomniało mi się, że gdy pół roku temu
oglądałam gotowe kabiny prysznicowe - takie z hydromasażem,
radiem i innymi gadżetami, jeden z klientów podszedł i wskazując
na kabinę, którą się właśnie zachwycałam, powiedział:
"tylko niech pani nie kupuje tego badziewia! co odkręcę kran
leci woda z pięciu dysz, czy sobie tego życzę czy nie! właśnie
szukam normalnej kabiny, bez tych udziwnień! i w ogóle ciasno
w niej i duszno!"
A wierzcie mi - kabina wyglądała super i miała wielce atrakcyjną
cenę.
Ja za swoje drzwi wnękowe, składane i ściankę oraz brodzik z
wyposażeniem zapłaciłam dwa razy tyle co kosztowało tamto cudo
z brodzikiem, siedziskiem, pięcioma dyszami, deszczownicą, półkami,
radiem i wentylacją.
Wygląda na to, że będę po klatce schodowej krążyć w szlafroku:)))
P.S.
Jeśli mnie tu nie będzie dłużej to znaczy, że jestem pozbawiona kompa.
nowego, bo zwyczajnie już nie mam na to forsy.
Dziś wypróbuję swą nowiutką kabinę prysznicową - takie dostałam
polecenie od Mistrzu.
Trzeba po prostu sprawdzić, czy wszystko dobrze działa, czy jest
wszystko szczelne, bo jak powiedział Mistrzu "z wodą i kabiną
to nigdy nic nie wiadomo".
W tym momencie przypomniało mi się, że gdy pół roku temu
oglądałam gotowe kabiny prysznicowe - takie z hydromasażem,
radiem i innymi gadżetami, jeden z klientów podszedł i wskazując
na kabinę, którą się właśnie zachwycałam, powiedział:
"tylko niech pani nie kupuje tego badziewia! co odkręcę kran
leci woda z pięciu dysz, czy sobie tego życzę czy nie! właśnie
szukam normalnej kabiny, bez tych udziwnień! i w ogóle ciasno
w niej i duszno!"
A wierzcie mi - kabina wyglądała super i miała wielce atrakcyjną
cenę.
Ja za swoje drzwi wnękowe, składane i ściankę oraz brodzik z
wyposażeniem zapłaciłam dwa razy tyle co kosztowało tamto cudo
z brodzikiem, siedziskiem, pięcioma dyszami, deszczownicą, półkami,
radiem i wentylacją.
Wygląda na to, że będę po klatce schodowej krążyć w szlafroku:)))
P.S.
Jeśli mnie tu nie będzie dłużej to znaczy, że jestem pozbawiona kompa.
niedziela, 26 maja 2013
Wbrew pozorom...
...wciąż istnieję. Marna to co prawda egzystencja, ale widać na taką
zasłużyłam. Mam na myśli cały wachlarz prześladujących mnie
dolegliwości.
Remont idzie do przodu, ale jakby w żółwim tempie.
"Remontowo" jest ukończony mały pokój, już nawet stoją w nim meble.
Nie tylko męża (bo to jego pokój), stoi również tam pionowo moja
wersalka, leży rulon wykładziny, mój fotel i stół z drugiego pokoju.
Teoretycznie gotowa jest łazienka, a brak w niej tylko pralki wraz
z podłączeniem i drugiej , małej szafki wiszącej.
Kuchnia też na etapie "teoretycznej skończoności", bo meble kuchenne
są, ale w nadal w paczkach.
Przedpokój wymalowany, ale oczywiście brak mu wykładziny.
Gdy remontowcy zdarli w "dużym pokoju" tapety ze ścian, oczom naszym
ukazał się smutny widok - smutny głównie z tego powodu, że trzeba jeszcze
sporo pracy w to włożyć, by można ściany pomalować. Na razie Mistrzu
cała sobotę zasuwał jak dziki i ściany są już przygotowane do tapety
podkładowej, którą położą jutro.
A w piątek przyjeżdżają meble- złożone, nie w paczkach.
Ostatnie moje dni miały dziwny rozkład - pobudka, śniadanie, zejście
do Mistrzu, zebranie poleceń co należy jeszcze zakupić, jazda na
rehabilitację, wycieczka do....OBI.
Doszłam do etapu, w którym dzień bez OBI to dzień stracony.
Zastanawiam się, czy nie powinnam od kierownictwa tegoż marketu
dostac jakiejś prowizji za taką ilość zakupionego towaru. W każdym razie
obsługę kas już rozpoznaję z daleka.Oni mnie też.
Dziś mój mąż, który prowadzi wykaz wydatków, poinformował mnie
ile już pieniędzy nam wyciekło na wszelkie zakupy, ile jeszcze wydamy
na planowane zakupy i na robociznę.
Dobrze, że siedziałam w fotelu- ze stołka to bym pewnie spadła.
A teraz coś dla oka. Gdy spoglądam przez okno, mam takie widoki:
Na drugim zdjęciu od góry "moja brzoza"- mieszka tu z nami
od samego początku.
zasłużyłam. Mam na myśli cały wachlarz prześladujących mnie
dolegliwości.
Remont idzie do przodu, ale jakby w żółwim tempie.
"Remontowo" jest ukończony mały pokój, już nawet stoją w nim meble.
Nie tylko męża (bo to jego pokój), stoi również tam pionowo moja
wersalka, leży rulon wykładziny, mój fotel i stół z drugiego pokoju.
Teoretycznie gotowa jest łazienka, a brak w niej tylko pralki wraz
z podłączeniem i drugiej , małej szafki wiszącej.
Kuchnia też na etapie "teoretycznej skończoności", bo meble kuchenne
są, ale w nadal w paczkach.
Przedpokój wymalowany, ale oczywiście brak mu wykładziny.
Gdy remontowcy zdarli w "dużym pokoju" tapety ze ścian, oczom naszym
ukazał się smutny widok - smutny głównie z tego powodu, że trzeba jeszcze
sporo pracy w to włożyć, by można ściany pomalować. Na razie Mistrzu
cała sobotę zasuwał jak dziki i ściany są już przygotowane do tapety
podkładowej, którą położą jutro.
A w piątek przyjeżdżają meble- złożone, nie w paczkach.
Ostatnie moje dni miały dziwny rozkład - pobudka, śniadanie, zejście
do Mistrzu, zebranie poleceń co należy jeszcze zakupić, jazda na
rehabilitację, wycieczka do....OBI.
Doszłam do etapu, w którym dzień bez OBI to dzień stracony.
Zastanawiam się, czy nie powinnam od kierownictwa tegoż marketu
dostac jakiejś prowizji za taką ilość zakupionego towaru. W każdym razie
obsługę kas już rozpoznaję z daleka.Oni mnie też.
Dziś mój mąż, który prowadzi wykaz wydatków, poinformował mnie
ile już pieniędzy nam wyciekło na wszelkie zakupy, ile jeszcze wydamy
na planowane zakupy i na robociznę.
Dobrze, że siedziałam w fotelu- ze stołka to bym pewnie spadła.
A teraz coś dla oka. Gdy spoglądam przez okno, mam takie widoki:
Na drugim zdjęciu od góry "moja brzoza"- mieszka tu z nami
od samego początku.
sobota, 18 maja 2013
Kilka fotek
Wczoraj postanowiłam uwiecznić jak aktualnie wygląda nasze
"remontowisko". Jestem totalnie wpieniona, bo jeszcze nie skończyli
łazienki i kuchni a już rozwalili mniejszy pokój, który prezentuje się
tak:
"duży" pokój jest jeszcze ciągle przez nas opróżniany z naszych rzeczy,
stoją tam meble z małego pokoju , resztka moich, narzędzia i licho
wie co jeszcze. Ogólnie wygląda to tak:
Łazienka jest już wprawdzie okafelkowana, kabina już umocowana,
ale trzeba jeszcze zasilikonować naroża łazienki, uszczelnić z zewnątrz
brodzik, zamontować szafkę z umywalką i przyległościami, zrobić biały
montaż, że już nie wspomnę o pomalowaniu drzwi łazienkowych.
Kabina prezentuje się tak:
Bystroty zamontowały uchwyt na ręcznik w środku kabiny, myślałam
że się posiusiam ze śmiechu.
A w kuchni króluje na ścianie samotna szafka - oczywiście nie ta, co
powinna, ale o tym pisałam już poprzednio.
I ta samotna szafka prezentuje się tak:
Niestety zdjęcie robiłam wieczorem, kolory przekłamane.
Szafka jest ewidentnie dla mańkutów.
W najbliższą środę przywożą nam już wykładziny do pokoi.
Ciekawa jestem gdzie będzie leżał rulon wielkości 4 na 5 metrów.
Pewnie go wrzucą tu, na "koczowisko", będzie leżał w charakterze
osobliwego łącznika pomiędzy dwoma pokojami.
Meble do mojego pokoju przyjdą za dwa tygodnie.
A ja znów mam nawrót zapalenia krtani - chyba się jednak zabiję
i wcale nie będę żałować!!!
"remontowisko". Jestem totalnie wpieniona, bo jeszcze nie skończyli
łazienki i kuchni a już rozwalili mniejszy pokój, który prezentuje się
tak:
"duży" pokój jest jeszcze ciągle przez nas opróżniany z naszych rzeczy,
stoją tam meble z małego pokoju , resztka moich, narzędzia i licho
wie co jeszcze. Ogólnie wygląda to tak:
Łazienka jest już wprawdzie okafelkowana, kabina już umocowana,
ale trzeba jeszcze zasilikonować naroża łazienki, uszczelnić z zewnątrz
brodzik, zamontować szafkę z umywalką i przyległościami, zrobić biały
montaż, że już nie wspomnę o pomalowaniu drzwi łazienkowych.
Kabina prezentuje się tak:
Bystroty zamontowały uchwyt na ręcznik w środku kabiny, myślałam
że się posiusiam ze śmiechu.
A w kuchni króluje na ścianie samotna szafka - oczywiście nie ta, co
powinna, ale o tym pisałam już poprzednio.
I ta samotna szafka prezentuje się tak:
Niestety zdjęcie robiłam wieczorem, kolory przekłamane.
Szafka jest ewidentnie dla mańkutów.
W najbliższą środę przywożą nam już wykładziny do pokoi.
Ciekawa jestem gdzie będzie leżał rulon wielkości 4 na 5 metrów.
Pewnie go wrzucą tu, na "koczowisko", będzie leżał w charakterze
osobliwego łącznika pomiędzy dwoma pokojami.
Meble do mojego pokoju przyjdą za dwa tygodnie.
A ja znów mam nawrót zapalenia krtani - chyba się jednak zabiję
i wcale nie będę żałować!!!
czwartek, 16 maja 2013
Wreszcie....
....usiadłam.Rano zdążyłam tylko odpowiedzieć na kilka komentarzy i trzeba
było jechać znowu po materiały. Potem miałam odłączony internet, bo ekipie
przeszkadzał wiszący luzem mój kabel internetowy. A potem zabawiłam się
w opróżnianie regałów. Przerzuciłam dziś zawartość ośmiu półek , każda
o dług.90cm,na każdej dwa rzędy książek, do pudeł. Jutro ekipa wyniesie to
do piwnicy.Są to książki mojej córy, więc tam poczekają, w pudłach, na
regale, aż je sobie zabierze.
A tak niedawno cieszyłam się, że mam pustą piwnicę. Świetnym pomysłem
było wyłożenie całej podłogi piwnicznej gumowymi wycieraczkami.
Wreszcie nic się nie kurzy z betonowej podłogi.
Potem wynosiłam swoje skarby i ogólnie jestem piekielnie zmęczona.
Dziś wreszcie zamontowali mi brodzik. W łazience są już wszystkie ściany
i podłoga okafelkowane, pomalowane ściany ponad kafelkami, część już
zafugowana. Jutro dalsze fugowanie. Pojutrze montaż kabiny i armatury.
W kuchni już stoi lodówka i kuchenka. Chłopcy zmontowali jedną szafkę,
bo tylko jedna wisi na ścianie przylegającej do pokoju (ścianka cienka,
więc oczywiście ją przejechali na wylot). Musieli to zrobić dziś, bo jutro
zaczynają remontować mały pokój, więc dziś mogli bezkarnie robić
dziury w ścianie.
Gdy szafka już wisiała, mój się ocknął, że w tym miejscu nie ta szafka ma
wisieć a jakaś witrynka ozdobna. Drobiazg, bo tę się zdejmie a w to
miejsca powiesi witrynkę.
Na razie nic nie pstrykam, bo czekam aż wreszcie bez trudu będzie
można odróżnić kuchnię od łazienki. Jutro jeden będzie robił mały pokój,
drugi walczył z fugami. Starszy z nich miał dziś 48 urodziny. Ciekawam czy
jutro dotrą do nas.
Został mi jeszcze jeden regał do opróżnienia i witrynka z duperelkami
typu słonik, kotek, piesek, muszelki i moje wytworki przeróżne.
Mieszkanie emigracyjne zaczyna teraz przypominać dzikie koczowisko-
wszędzie pudła, torby,siatki. Ledwie się w tym poruszam.
No nic, jeszcze kilka tygodni i zacznie się znoszenie wszystkiego w dół.
Tych, co czekają na dalszy ciąg losów Lilki zapewniam, że jutro napiszę.
Dziś już nie mam siły.
było jechać znowu po materiały. Potem miałam odłączony internet, bo ekipie
przeszkadzał wiszący luzem mój kabel internetowy. A potem zabawiłam się
w opróżnianie regałów. Przerzuciłam dziś zawartość ośmiu półek , każda
o dług.90cm,na każdej dwa rzędy książek, do pudeł. Jutro ekipa wyniesie to
do piwnicy.Są to książki mojej córy, więc tam poczekają, w pudłach, na
regale, aż je sobie zabierze.
A tak niedawno cieszyłam się, że mam pustą piwnicę. Świetnym pomysłem
było wyłożenie całej podłogi piwnicznej gumowymi wycieraczkami.
Wreszcie nic się nie kurzy z betonowej podłogi.
Potem wynosiłam swoje skarby i ogólnie jestem piekielnie zmęczona.
Dziś wreszcie zamontowali mi brodzik. W łazience są już wszystkie ściany
i podłoga okafelkowane, pomalowane ściany ponad kafelkami, część już
zafugowana. Jutro dalsze fugowanie. Pojutrze montaż kabiny i armatury.
W kuchni już stoi lodówka i kuchenka. Chłopcy zmontowali jedną szafkę,
bo tylko jedna wisi na ścianie przylegającej do pokoju (ścianka cienka,
więc oczywiście ją przejechali na wylot). Musieli to zrobić dziś, bo jutro
zaczynają remontować mały pokój, więc dziś mogli bezkarnie robić
dziury w ścianie.
Gdy szafka już wisiała, mój się ocknął, że w tym miejscu nie ta szafka ma
wisieć a jakaś witrynka ozdobna. Drobiazg, bo tę się zdejmie a w to
miejsca powiesi witrynkę.
Na razie nic nie pstrykam, bo czekam aż wreszcie bez trudu będzie
można odróżnić kuchnię od łazienki. Jutro jeden będzie robił mały pokój,
drugi walczył z fugami. Starszy z nich miał dziś 48 urodziny. Ciekawam czy
jutro dotrą do nas.
Został mi jeszcze jeden regał do opróżnienia i witrynka z duperelkami
typu słonik, kotek, piesek, muszelki i moje wytworki przeróżne.
Mieszkanie emigracyjne zaczyna teraz przypominać dzikie koczowisko-
wszędzie pudła, torby,siatki. Ledwie się w tym poruszam.
No nic, jeszcze kilka tygodni i zacznie się znoszenie wszystkiego w dół.
Tych, co czekają na dalszy ciąg losów Lilki zapewniam, że jutro napiszę.
Dziś już nie mam siły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)