drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 3 sierpnia 2026

U mnie dziś prawie jak....

 ....... w powojennych  audycjach  Radia Wolna  Europa, czyli "wieści dobre i  złe - ale zawsze prawdziwe".

Podejrzewam, że niewiele osób tu  zaglądających wie  o  co chodzi. Wprawdzie  byłam wtedy jeszcze prawdziwym małolatem,  ale  dobrze pamiętam ten charakterystyczny dźwięk "bum bum bum " i męski głos  mówiący "Tu Radio   Londyn, wiadomości  dobre i  złe  ale  zawsze prawdziwe" i zaraz   potem mój osobisty  dziadek mi przypominał, żebym się czasem nie  wygadała  w szkole, że u moim  domu  słucha  się zakazanych  wiadomości emitowanych przez  "Radio Londyn"  i  "Radio Wolna  Europa".

Może  zacznę od  tych złych  wiadomości - miałam  dziś zrobiony rezonans magnetyczny. Pełny luz, dla  mnie  zero problemu bo nie mam klaustrofobii, a na  dodatek "ustrojstwo" wydawało mi polecenia w języku polskim. Jak dla  mnie  to tylko zbyt głośno pracowało, ale  reszta to "luzik". I w kwadrans  po  zakończeniu "seansu"  otrzymałam  wynik badania. No nie jest fajnie, bo jednak  ten ból to nie  moja  histeria, ale fakt, że ma  z czego boleć. Mam wynik w  dwóch językach, niemieckim i polskim. Wyszło na badaniu, że boli mnie i od  starej i od  nowej kontuzji. 

Teraz  trzeba  złapać termin do tego lekarza ortopedy który mnie na owe  badania  skierował. Jedno, co mnie  akurat bardzo pocieszyło- przyczyną bólu nie  są stawy krzyżowo biodrowe ale uszkodzenie kręgów lędźwiowych, jedno uszkodzenie jest stare, ale  drugie  jest świeżutkie i nawet  zaczyna  wstępować w fazę  "samogojenia  się". Pocieszająca  wiadomość to taka, że można  to poprawić "faszerując" te nieco uszkodzone kręgi specjalnym  "cementem", co wzmocni owe kręgi i jednocześnie uwolni mnie od  bólu. A co będzie  zrobione?  Nie  wiem- to zależy tylko i  wyłącznie od pana ortopedy. A tak  w ogóle - to wszystko jest wynikiem mojej metryki. 

Ale jak wyczytałyśmy  obie  z córką to takie łatanie kręgów jest dość powszechne, zapobiega  dalszej degradacji tych kręgów i uwalnia od  bólu. No i  wreszcie  dotarło do mojej osobistej  córki,  że ból który odczuwam to nie moja histeria  a moja przygarbiona postawa i niemożność  wyprostowania  się w odcinku "krzyża" nie wynika  z mego wrodzonego lub  lenistwa  lub  niechlujstwa ale  tylko i wyłącznie z powodu bólu.

Jutro mam kolejny  dzień  rehabilitacji i córka  postanowiła przesłać do nich mailem wynik tego rezonansu. Bo może  wtedy nieco  zmienią  działania w  zakresie  rehabilitacji.

A wczoraj  wieczorem miałam z okna  taki widok:


Jakby to ktoś  namalował to zaraz  by się  dowiedział, że to "kiczowaty obraz". A te kolory  wcale  nie  są przekłamane.

No to po tych medycznych  atrakcjach  zaraz  się wezmę  za niemiecki, chociaż- wierzcie  mi -  najchętniej bym  się katapultowała przez okno bo składnia  niemieckich  zdań przyprawia  mnie o mdłości.

Miłego WSZYSTKIM!!!!! 

 

 

 

 

 

 

piątek, 31 lipca 2026

Stawy krzyżowo biodrowe

 Dziś  miałam kolejny dzień  tortur - primo - pogoda godna  lipca, czyli  30 stopni  ciepełka   w cieniu już o godzinie 10 rano. Dobrze, że w pełnym słońcu to miałam  niewielki odcinek drogi do pokonania ale i tak było mi za ciepło. 

Ale  gdy musiałam położyć   się lędźwiową częścią kręgosłupa  na piekielnie  gorącym"rozgrzewaczu" to aż mnie zatkało i aż  mi łzy napłynęły do oczu. Ale twardo wytrzymałam  wymagane  20 minut tego nagrzewania.

A poniżej pokażę  wam na obrazku gdzie  sobie  zrobiłam "kuku"padając z impetem na obydwa kolana. Kolanom to jakoś niewiele  zaszkodziło, ale stawy krzyżowo-biodrowe dostały łupnia.

 

 

 

Staw  krzyżowo-biodrowy jest połączeniem pomiędzy kością krzyżową i kością  biodrową. Obie te  kości bardzo ściśle  do siebie przylegają na całkiem  dużej powierzchni a  szpara stawowa jest bardzo  wąska. Przyczyną  bólu owego  stawu jest  zawsze uraz  mechaniczny - w moim przypadku upadek na obydwa kolana.  Jest to rejon, gdzie są upchane  "na  duś" ścięgna i mięśnie . Na obrazku  kolorkiem  czerwonym  jest zaznaczona szpara  stawowa.  

Znalazłam też  drugi obrazek poglądowy:


     Na  tym obrazeczku  dokładnie  widać calutką  kość krzyżową- jest pomalowana  na kolorek  zielony, a  kość  biodrowa  jest pomalowana  na żółto.   

A tak nawiasem - w drugiej połowie lat sześćdziesiątych  byłam uprzejma  złamać ową kość krzyżową w trakcie  pobierania  nauki jazdy na  nartach.  Ale wtedy miałam  przez kilka miesięcy  bardzo fachowo prowadzoną rehabilitację - niestety  nie  bezbolesną -  i  po roku od  złamania  na rtg nie  było nawet  śladu, że była  ta  kość  złamana. 

Jedno jest pewne - klękanie  szkodzi -  zwłaszcza  gdy się klęka nagle  i niespodziewanie.

Miłego Wszystkim!!!! 

wtorek, 28 lipca 2026

Wczoraj.....

 .......byłam na pierwszym  zabiegu rehabilitacji na te  bolące  stawy krzyżowo-biodrowe. Mam naprawdę  dużo  szczęścia, bo do  punktu zabiegów rehabilitacyjnych jest bardzo blisko ode mnie i jest to miejsce znane mi już, bywałam tam w 2019 roku po złamaniu główki kości udowej. Tym razem raczej niczego nie  złamałam tylko nieco  "obiłam". Od początku wiedziałam, że nic mi się nie  złamało, bo niestety ja już  znam ból jaki jest przy nawet tylko pęknięciu kości - to taki ból, przy którym żołądek lotem błyskawicy podskakuje do gardła. A poznałam go bardzo wiele  lat temu gdy na nartach padłam na glebą i złamałam kość krzyżową. Tak naprawdę to w moim odczuciu była ona  tylko pęknięta, ale panowie  chirurdzy stwierdzili, że to było złamanie. I wtedy  niemal rok miałam rehabilitację. I po tej rehabilitacji tak się  fajnie  wygoiło, że w 2 lata  później na zdjęciu Rtg  nie  było śladu po tym wypadku.

Doczłapałam się na rehabilitację  z rollatorem w 12 minut, pokonując po drodze  dwie  jezdnie ze światłami, więc nawet  nie  musiałam kombinować, wystarczyło popatrzeć jakie aktualnie jest światełko. W recepcji nikt nie narzekał, że rozmawiam  za pomocą  tłumacza  smartfonowego. Z przyjemnością odnotowałam fakt, że w  stosunku do roku 2019 nastąpiły  zmiany, lokal jest chyba  świeżuteńko po remoncie i teraz  każdy pacjent jest sam w pokoju. I oczywiście informują zaraz  na początku, że po zakończeniu cyklu zabiegów ( na razie mam ich  sześć) będę musiała dopłacić 10% ich całkowitego kosztu. Wpierw zostałam ułożona  na bardzo ciepłej i czymś  wysmarowanej  cieniutkiej dość  gorącej podkładce i naprawdę to niewiele  brakowało a byłabym spokojnie  zasnęła. Potem pani rehabilitantka zaczęła swoje operacje   manualne a wszystko było wykonywane powoli, delikatnie , bez pośpiechu. Na koniec wręczono mi olbrzymi  puchaty ręcznik kąpielowy na którym leżałam i poproszono, bym go przynosiła na  następne  zabiegi. Następny  zabieg mam za 3 dni. W sumie  mam  6 zabiegów  a 3 sierpnia  mam kolejną wizytę u pana chirurga -ortopedy. I mało mnie  to cieszy bo jakiś  mało sympatyczny mi się wydał ten pan doktor, a poza  tym to sporo czasu to wszystko zajęło.

Fajnie  mi  się  drepcze z tym rollatorem i zaczynam  podejrzewać, że  sama świadomość, tego, że mogę  w każdej jednej  chwili  usiąść i odpocząć -  dodaje  mi sił. Rozkładam go nim wejdę do windy, a w ogóle rozkładanie i składanie go jest bajecznie  proste a sam rollator  waży tylko 7 kg. Poza tym nie  czuję  się źle pod  względem psychicznym, że muszę korzystać z takiego wspomagania, bo jest to tutaj sprzęt bardzo powszechny od pewnego wieku i nikogo nie  stygmatyzuje  fakt, że musi korzystać z pomocy jakiegoś  sprzętu by zachować nadal mobilność. Pamiętam, jak moja ukochana babcia po złamaniu kości  szyjki udowej musiała  używać do chodzenia  dwóch kul i w związku z tym za nic w świecie  nie chciała wyjść ze mną z domu  nawet na krótki spacer  bo.... "co ludzie powiedzą". I z uporem maniaka  siedziała  w domu i nie wyszła  z niego aż  do śmierci.

I tyle  nowin na dziś. Miłego dnia WSZYSTKIM!!! 

niedziela, 26 lipca 2026

Chrzest bojowy- przeszłam

 Zacznę  dziś od słów, którymi nie  powinno się  zaczynać  żadnej opowieści, czyli:  ............"no więc" już pospacerowałam  sama  z rollatorem. I nawet zrobiłam  zakupy w  sklepie. Jedno co jest pewne, to fakt, że będę  musiała  robić zakupy 2 razy w  tygodniu a nie tak jak  dotychczas tylko w czwartki - po prostu  moja dotychczasowa torba  zakupowa z kółkami była  duża i bez problemu mieściło się w niej wszystko to co kupowałam na  cały tydzień. I ciągnięcie  jej nie  sprawiało mi problemu, bo kółka  były  dostatecznie  duże, by bez najmniejszego problemu pokonywać nawet  spore  krawężniki, a  w moim budynku pół piętra po schodach w  dół.  Bo w "moim" budynku winda  zatrzymuje  się na półpiętrach - to bardzo stary budynek, zbudowany w roku 1900 i wtedy nie  miał  windy. W ramach rewitalizacji jest winda, ale  zewnętrzna, więc wyjścia z niej zostały utworzone na  półpiętrach. I ja  zawsze gdy do niej chcę  się dostać lub  z niej wyjść to mam do swego mieszkania pół piętra w dół. I naprawdę  nie jest to problem. W ramach rewitalizacji budynek ma centralne  ogrzewanie, kiedyś  były tu piece. Niestety  ciepła  woda  w kranie to efekt term przepływowych i oczywiście  to obciąża  domowy  budżet. No ale coś za coś - mieszkania mają wysokość 3,5 metra a nie  2m z niedużym kawałkiem jak w  betonowych budynkach  z "wielkiej płyty". Kiedyś  te   mieszkania  miały  wysokość 4 m, ale  w ramach rewitalizacji budynku zostały obniżone i sufity  są podwieszane, czyli  pomiędzy moim  sufitem a podłogą tych co mieszkają  wyżej jest pół metra "luzu". I widziałam to na własne  oczy, gdy ze dwa lata wcześniej  u sąsiadów nade mną trzasnęła rura i mnie  zalali. I nie  była to wina sąsiadów, ta  rura była u nich w murze, więc nie  mieli nawet  bladego pojęcia, że u  mnie się leje  woda. No a potem ze trzy tygodnie miałam w łazience "ustrojstwo", którego rura  z ciepłym nawiewem była wetknięta  w ową wolną przestrzeń, a u  mnie  w łazience  stał miernik wskazujący jaki jest poziom "suchości" w owej wolnej przestrzeni.

A pogodę mam dziś dziwną - bo jest 24 stopnie  ciepła, niebo równomiernie  sine i jest  w 40% możliwe, że  zacznie  coś  z nieba kapać.  Tak naprawdę  to mnie  rozbrajają te komunikaty meteo, bo zawsze  podają w ilu procentach  jest możliwe, że będzie jednak padać  deszcz. No i  poza  tym  tu każda  dzielnica  ma własną  zapowiedź pogody, więc ja  czytam tylko to co dotyczy "mojej" dzielnicy. A mieszkam niestety w rozległej dzielnicy i to blisko granicy z  sąsiednią, więc mam  zawsze  szansę  że ta prognoza  może nie być w 100% dokładna. No i właśnie  "przelatuje" jakiś  drobny  deszcz.

No to mam  tylko jedną  prośbę do pogody- żeby jutro nie padało, bo jutro zaczynam  rehabilitację  a muszę na  nią dotrzeć per  pedes i oczywiście będę z "chodzikiem" więc trzymanie  parasolki raczej jest  nierealne.

Miłego Wszystkim!!! 

czwartek, 16 lipca 2026

To jest tylko......

 ........podwórko,




 taki widok mam z kuchennego okna. Wczoraj ze zdumieniem  odkryłam, że ten  nieduży krzaczek na pierwszym zdjęciu (bardzo  blisko  budynku) to krzaczek .... cukinii i już nawet jest na nim jedna mała jeszcze cukinia. Obok niego jest krzak...pomidorów. Nie mam nawet  bladego pojęcia jak nazywa  się ten duży krzaczor z tymi dużymi baldachowymi kwiatostanami, ale jest też jego wersja, jeszcze  duuużo mniejsza, bo zapewne  młodsza, w wersji całkowicie  białej.

Ale to nie koniec "rzeczy zadziwiających" w tym  mieście  stołecznym - gdy wracałyśmy do domu po pożarciu przepysznych lodów - ja  wzięłam spory kubek lodów z orzechów laskowych i gorzkiej  czekolady- nagle na kompletnie  zaniedbanym  trawniku bo teren "niczyj" -zobaczyłyśmy takie oto cudo:



  

No normalnie  aż  nas  wkopało w miejscu ze  zdumienia- po pierwsze  zdumiała  nas wielkość  tego grzybowego "kapelusza", bo tak "na oko" rzecz ujmując  miał średnicę  minimum 20 cm. I rosło to grzybowe  dziwactwo na zachwaszczonym  pasku trawnika, tuż przy chodniku z jednej z  strony a krawężnikiem jezdni z drugiej. Pierwszy raz  w życiu zobaczyłam grzyb o takim  rozmiarze a na  dodatek na zachwaszczonym  zaniedbanym miejskim trawniku. Właśnie wracałyśmy do mojego  domu po pożarciu owych pysznych lodów i narzekałyśmy, że w tym roku trawniki w naszej okolicy są tak bardzo zaniedbane, bo kasa  miejska świeci pustkami a  "czyny społeczne" już  zdążyły zgasnąć spokojną śmiercią, choć jeszcze 2 lata  wcześniej  te trawniki były naprawdę ładne, porośnięte porządnie  przystrzyżoną  trawą i skakały po  nich...kosy. Miasto wyraźnie cierpi na brak pieniędzy i na  brak rąk do pracy. A dzielnica,  w której  mieszkam nie  należy do dzielnic  podmiejskich, to dzielnica  naprawdę  drogich mieszkań, to dzielnica Charlottenburg - Wilmersdorf. A ceny najmu mieszkań wyznacza  miasto a nie poszczególni właściciele  budynków.

U mnie dziś  +27,  ma  być +29, i pewnie  będzie, a  na szczęście co jakiś  czas  słońce  przysłaniają  chmury, a ja wyjdę w towarzystwie  rollatora dopiero pod  wieczór.

Miłego dnia  Wszystkim!!! 

wtorek, 14 lipca 2026

Dziś .......

 .......poczułam  się niczym rodowita mieszkanka Niemiec. A wszystko za sprawą  tego  "pojazdu":


 To jest chodzik - roller  dla seniorów. Jest sprzętem składanym, posiada torbę na  zakupy, miejsce  do siedzenia i to nawet z oparciem, ma nawet hamulce, waży raptem 7 kilogramów i od  dziś będzie moim wiernym towarzyszem poza domem. Całe trzy dni biłam  się z myślami czy zgodzić  się na ów chodzik, ale ponieważ po ostatnim upadku we własnym  domu nie jestem w stanie  jednym ciągiem pokonać drogi do sklepu, stwierdziłam, że już nie  muszę  być tak ogromnie  dzielna i mogę  dołączyć do użytkowników tego bardzo tu popularnego wyposażenia.  Ilekroć robię zakupy przed  południem zawsze w pobliskim markecie jest minimum  jedna osoba z takim  sprzętem - i nie  tylko "słaba płeć" z niego korzysta  ale i przedstawiciele płci męskiej.

Poza tym mam już "załapany" termin na rehabilitację, na którą będę maszerowała z pomocą owego chodzika. Na trzech pierwszych zabiegach będzie  się nade znęcała  frau  W., na następnych trzech  herr V. I już jest  wszystko rozpisane godzinowo i wiem, że  wpierw  będę  miała  przed  zabiegiem jakiś okład rozgrzewający i dopiero potem będzie  się znęcał nade mną  rehabilitant. Mam nadzieję, że przeżyję, choć  ani  chybi pół dnia  będę  miała  z głowy. Oczywiście i do chodzika i do rehabilitacji będę  musiała  się nieco dołożyć  finansowo - poprzednim razem też  dopłacałam do rehabilitacji.

A jutro mamy zamiar z córką  wybrać  się pod wieczór na lody, bo mamy w pobliżu malutką  lodziarnię, w której  są naprawdę  pyszne  lody.

Miłego Wszystkim!!! 

 

wtorek, 7 lipca 2026

Lojalnie uprzedzam - poniżej nic ciekawego nie wyczytacie....

 ......bo nic a nic  ciekawego się u mnie  nie dzieje. 

Jak już wspominałam zaliczyłam w domu podłogę, a że nadal jestem obolała jak bym bez  spadochronu wylądowała  na  glebie, lekarka rodzinna wystawiła  mi skierowanie  na rtg. obolałej strefy, czyli kręgosłupa  od talii w  dół, choć wcale  nie  padłam na plecy , tylko mocno na  własne  kolana, a na lewe zwłaszcza.  Córka  zawiozła mnie do rentgena, trochę to trwało bo to dość  spora przychodnia o tej właśnie  specjalności. No ale zdjęcie  zostało wykonane, ale  miejscowi  spece nie potrafili opisać czy i co ewentualnie zostało uszkodzone i ja wraz ze zdjęciem  zostałam skierowana do chirurga -ortopedy. Tu natknęłam się na dość zabawną  ( ale nie dla mnie) sytuację, bo lekarka, która  miała  nas przyjąć nagle poczuła przemożny zew wyjścia z przychodni i......zostałam porzucona przez nią. Na szczęście panie w recepcji były na tyle  miłe, że przekierowały mnie  do innego lekarza, który na pewno  nie był z tego powodu szczęśliwy, sądząc  z jego miny. 

W tej sytuacji nie mogłam  wyjść ze stanu zadziwienia, że nie ma opisu zdjęcia rtg, co jest normalne  w kraju nad  Wisłą. Gdy  nadwiślańska przychodnia rentgenowska wydawała   pacjentowi zdjęcie  rtg to było ono dokładnie opisane przez lekarza -specjalistę od narządu, który  był prześwietlany. Pan doktor wyświetlił  sobie ów  wynik na dużym monitorze, popatrzył na nie  z wielką dezaprobatą  i stwierdził, że on nie jest w stanie w stanie  niczego wydedukować z owego zdjęcia , więc - wydał mi skierowanie  na....rezonans magnetyczny. I wcale   mnie  to nie  zdziwiło bo nawet  za sporą nagrodą  nie odgadłabym, że to jest zdjęcie kręgosłupa - wyglądało to jak kłąb czegoś spowitego białymi puszystymi chmurami i jedyne  co ja tam zobaczyłam to był kawałek mojej kości ogonowej. No ale ona  mnie nie  bolała.

No więc pan doktor wystawił mi skierowanie na rezonans magnetyczny, powiedział mi, że może mi tylko doraźnie  dać  zastrzyk w okolice tegoż odcinka  kręgosłupa, więc dostałam dwa zastrzyki   w okolicę stawów krzyżowo biodrowych a miejsce  wstrzyknięcia  było wyraźnie wybrane " na oko", skoro ów pan niczego nie mógł się dopatrzeć na zdjęciu. Na  zakończenie kazał nam się pokazać za trzy tygodnie i w międzyczasie  zrobić ów rezonans magnetyczny. 

Zastrzyki były niestety b. bolesne. I niestety pomogły mi mniej więcej tak, jak umarłemu pomaga kadzidło. Do tego wieczorem dostałam zupełnie  nie  wiem dlaczego piekielnego bólu prawej nogi ilekroć musiałam ją unieść nieco w górę, np. gdy  się rozbierałam ze spodni. Zapisał mi też  jakieś tabletki anty bólowe, których oczywiście  w pobliskiej aptece  nie było i dopiero zostaną  sprowadzone. To już trzeci lek anty bólowy, z którym mam kontakt po tym twardym lądowaniu.

Ponieważ siedzę w tym kraju od października 2017 roku, zdążyłam  zauważyć,  że w Polsce lekarze  są  zdecydowanie lepsi, choć organizacja całej  służby zdrowia nieco szwankuje pod  względem organizacyjnym.  Wiem o  czym piszę, bo już zdążyłam się przez ten czas nie jeden raz zetknąć  się z tutejszą  służbą  zdrowia,  już  nawet zdołałam raz  zaliczyć pobyt w  szpitalu.  Zdaję  sobie też  sprawę  z tego, że co Land to mogą  być nieco inne warunki a ja na dodatek  mieszkam w  stolicy. A z reguły  to chyba  zawsze stolica ma zapewne  wyższe nieco nakłady na wiele resortów.

No i muszę  się rozejrzeć za jakąś  rehabilitacją, z tym że będę musiała  mieć na  nią skierowanie od lekarza, czyli rzecz będzie aktualna po kolejnej wizycie u ortopedy.

Miłego dla  Wszystkich!!!!