......ze zwykłego zdumienia.
Jeszcze nie maj a tu już całkiem przyzwoicie kwitnie bez, a magnolie to właściwie już przekwitły, więc zrezygnowałam z ich pokazania.
To jeszcze dość młode drzewko, ale ładnie kwitnie.
......ze zwykłego zdumienia.
Jeszcze nie maj a tu już całkiem przyzwoicie kwitnie bez, a magnolie to właściwie już przekwitły, więc zrezygnowałam z ich pokazania.
To jest tylko "dodatek" do poprzedniego posta- czyli "zieleń od frontu budynku":
Na pierwszym zdjęciu to jeszcze młode drzewa, ale i one już są coraz bliżej mojego balkonu. Jak już zauważyłam, to miejscowe służby porządkowe każdej późnej jesieni i w końcu zimy starannie oglądają wszystkie drzewa i usuwają uschnięte gałęzie.
W dzielnicy, w której mieszkam jest jest wiele pięknych starych drzew, w tym dużo platanów, a platany niestety potrzebuje duuużo wody, więc latem nieco cierpią, bo jest nakaz oszczędzania wody i drzewa nie są podlewane przez służby miejskie. Stare drzewa lepiej sobie radzą bo mają już bardzo długie korzenie i jakoś sięgają nimi do bardziej wilgotnej warstwy ziemi, ale młodsze wyraźnie cierpią na jej niedobór.
A niedawno wyczytałam, że na miejskie drzewa świetne są......lipy i w mojej okolicy jest ich nawet sporo, dzięki czemu gdy już jest okres ich kwitnienia powietrze jest przesycone słodkim zapachem kwitnących lip.
Mnie to bardzo pasuje,że tak wiele jest lip wzdłuż ulic, ale posiadaczy samochodów parkujących pod chmurką "krew zalewa" gdy rano muszą karoserię uwolnić od lepkiego lipowego soku, co wcale nie jest takie proste. Na szczęście już nie mam samochodu, oddałam go córce. Teraz ona walczy z sokiem lip.
Na razie u mnie słońce za chmurami, jest 13 stopni ciepła i zapowiadają, że od godziny piętnastej w mojej dzielnicy jest 50% szans na.....deszcz. I ja im wierzę, bo jakimś cudem te ich prognozy się sprawdzają.
Miłej niedzieli wszystkim!!!!
......doczekałam się z mojego kuchennego okna widoku, za którym już tęskniłam:
Gdy jeszcze była bezlistna wypatrzyłam na niej ptasie gniazdo, kilka dni temu jeszcze z lokatorami , ale już jest puste. Nawet nie zdążyłam podglądnąć jakie to ptaki się tam zameldowały bo ta brzoza wcale nie stoi na "moim" podwórku tylko na nieco odleglejszym. Ze dwa lata wcześniej na tej samej brzozie miały gniazdo ....wrony i dochowały się 4 piskląt. Potem, gdy już gniazdo było opuszczone przylatywały do niego różne ptaki i w ciągu 2 tygodni rozebrały całkiem gniazdo - było niezłą bazą materiałową dla innych ptaków, bo było naprawdę spore.
Pogoda u mnie iście wiosenna za oknem 20 stopni w cieniu i pięknie pracuje słońce, ale już jutro ma być tylko 12 stopni i deszcz, Czyli wszystko zgodnie z przysłowiem- "Kwiecień-plecień bo przeplata, trochę zimy, trochę lata".
Miłego weekendu - WSZYSTKIM!!!!!!
.......ale zdrowa- tak o mnie mówi tutejsza lekarka rodzinna. Nie chcę być niemiła, ale ta pani jest z całą pewnością w wieku bardzo zbliżonym do mojego.
Wczoraj, z racji mojego dzisiejszego osobistego święta, byłam z córką w Theater am Potsdamer Platz na występach kanadyjskiego Cirque du Soleil ALIZE.
Być może niektórzy z Was mieli możliwość oglądać ten program w Polsce, bowiem ten zespół występował w 2023 roku w Gliwicach i w gdańskiej ERGO Arenie.
Osobiście nigdy nie lubiłam cyrku i bardzo rzadko bywałam - bo żal mi było w równym stopniu występujących tam zwierząt i ludzi i zupełnie nie mogłam zrozumieć co jest śmiesznego w widoku człowieka, który dla rozbawienia widzów potyka się teatralnie o własne nogi , sam się z tego śmieje a widzowie rechoczą niczym żaby w stawie.
Ale z wczorajszego występu tego niezwykłego cyrku wyszłam oczarowana- po pierwsze jest to cyrk, w którym nie występują zwierzęta. Po drugie - sprawność fizyczna artystów - zapierająca dech w piersiach, poza tym współgrające z całością stroje artystów, dekoracje, inscenizacja. Jedyny mankament- cena biletu 60,00 Euro.
......dokonałam odkrycia. Wielkiego i wstrząsającego. Zwłaszcza wstrząsającego, bo nagle, jak to mówią- "wyszło szydło z worka". Wczoraj był Wielki Piątek, a ja w czwartek wieczorem doszłam do wielce odkrywczego wniosku, że jeszcze muszę koniecznie jeszcze coś dokupić w pobliskim markecie spożywczym, więc bladym świtem, ( u mnie świt zaczyna się około ósmej rano), nieco zaspana i ledwie przytomna, bo przed śniadaniem i poranną kawą - wyszłam z domu.
I tu pierwszy szok - na "mojej" ulicy ani jednego człowieka i nie przejeżdżał ani jeden samochód. To samo gdy skręciłam w ulicę prowadzącą do sklepu - ulica była pusta aż po horyzont, byłam na niej zupełnie sama. No ale nie zastanawiając się nad tym faktem parłam z uporem maniaka do przodu- bo tak wczesna godzina wielce upośledza moje procesy myślowe. Kątem oka zauważyłam, że wszystkie mijane punkty usługowe są zamknięte, ale dalej parłam do przodu do sklepu. I.......okazało się, że sklep jest zamknięty. Nie mogę napisać co pomyślałam, bowiem była to myśl wielce niecenzuralna.
No cóż- sklep zamknięty, wiec zrobiłam zwrot przez sztag i zawróciłam, niczym przysłowiowy "samotny biały żagiel" w stronę domu. Co prawda już nie byłam na ulicy sama, bo pod pobliskim platanem starsza pani namawiała pieska by przestał węszyć i ruszył dalej. W drodze do domu znowu byłam jedynym użytkownikiem chodnika, ale pomalutku włączyło mi się myślenie i gdy wreszcie dotarłam do budynku, w którym mieszkam i doczłapałam się do swego mieszkania rzuciłam się do komputera by sprawdzić co się dzieje.
No cóż- mieszkam tu od 2017 roku i dopiero wczoraj dotarło do mego nieco opóźnionego w rozwoju mózgu, że w Niemczech Wielki Piątek jest tak zwanym cichym dniem wolnym od pracy. Sklepy i kawiarnie są nieczynne, poza nielicznymi sklepami spożywczymi, które są na dworcach. Kawy można się natomiast napić w niektórych piekarniach. W kinach w ten dzień nie są wyświetlane komedie, w ten dzień nie ma dansingów, a wieczorem wierni idą do kościołów na tzw. "adorację Krzyża". Pewnie się dziwicie, że o tym wszystkim nie wiedziałam wcześniej, skoro mieszkam tu od października 2017 roku - no cóż po prostu po raz pierwszy gdy robiłam czwartkowe zakupy zapomniałam o czymś, co powinnam była kupić. Wniosek - muszę jednak zacząć zapisywać co mam kupić bo wyraźnie widać, że mnie zaczyna dopadać skleroza.
Życzę Wszystkim tu zaglądającym Spokojnych, pełnych rodzinnego ciepełka i radości Świąt!!!!
Wczoraj doznałam lekkiego szoku gdy wyjrzałam na nasze podwórko- zupełnie nagle, bez ostrzeżenia - rozkwitło owocowe drzewko:
A dziś było + 15 stopni, prześlicznie świeciło słońce i aż się dziwiłam,że drzewa nadal mają golutkie gałęzie.
A poza tym- dostałam nowe słuchaweczki do swojego aparatu słuchowego i jestem nimi zachwycona- są tak wygodne, że będę musiała pamiętać, że należy je zdjąć idąc pod prysznic. Tu co 2 lata należą się nowe słuchaweczki w ramach zwyczajnego ubezpieczenia.
O tym, że coś jest nie za fajnie z moim słuchem to się przekonałam w 1976 roku w czasie badania lekarskiego związanego z prawem jazdy. Pan doktor stanął za mną kazał mi zakryć lewe ucho i powiedział coś szeptem i prosił bym powtórzyła co on wyszeptał. No więc grzecznie powtórzyłam, a potem- okazało się, że owego teatralnego szeptu nie usłyszałam lewym uchem- no ale gdy nieco głośniej poszemrał usłyszałam i pan doktor zezwolił bym pozwolił bym dalej kontynuowała naukę jazdy. Bardzo długo wystarczało mi dosłuchania tylko prawe ucho, ale córka zorientowała się, że tak naprawdę to ja słyszę tylko jednym uchem i doprowadziła mnie 2 lata temu do poradni audiologicznej i zostałam "zaaparatowana". A że tu jest porządek, to w tym roku przychodnia sama z siebie wezwała mnie na kontrolę słuchu i dostałam nowe słuchaweczki i nowe do nich ustrojstwo elektroniczne. Przy okazji zrobiono kolejne odlewy wnętrz mych uszu i zrobione nowe słuchaweczki są naprawdę super- mniejsze od poprzednich, część elektroniczna też mniejsza i dziś właśnie się nimi zachwycam bo są naprawdę ekstra wygodne- w ogóle ich nie czuję.
A co do słuchu - to nie kwestia mego podeszłego wieku, tylko ja w dzieciństwie chorowałam na szkarlatynę a były to czasy gdy nikt nie słyszał o czymś takim jak antybiotyki, leczono mnie z początku sulfatiazolem, po dwóch dniach okazało się, że mam zapewne uczulenie na ów lek bo puchły mi węzły chłonne, co było mało zabawne. W wiele lat później okazało się, że ja faktycznie mam uczulenie na sulfatiazol i inne sulfonamidy. Teraz już wiem i zawsze w "ankiecie zdrowia" podaję ten fakt do wiadomości lekarza.
A poza tym - nic się u nie ciekawego nie dzieje, kompletna stagnacja. Pogoda z reguły nie zachęcała do wyjścia z domu, więc spacery ograniczały się do wędrówki na zakupy. Poza tym wciąż mi daje do wiwatu nerw obwodowy zaatakowany bardzo wiele lat temu przez wirusa półpaśca.
No cóż- nie da się ukryć, że życie nie jest jednak romansem.
Wszystkiego dobrego dla tych, którzy tu czasem zaglądają.