Jest takie stare polskie przysłowie, że dzień należy chwalić dopiero po zachodzie słońca. No i wyszło mi na to, że "przysłowia są mądrością narodu" - to też jest przysłowie.
Dziś mogę Wam tylko napisać,że ......już "wróciłam" z tej eleganckiej kliniki ortopedycznej, bowiem oni wymagają od swoich pacjentów dobrej znajomości języka niemieckiego a nie tylko znajomości zwrotów grzecznościowych w rodzaju "dzień dobry" czy też "do zobaczenia". Więc mój pobyt tam mogę zaliczyć do spraw nieaktualnych. Co najwyżej mogę postarać się prywatnie o jakiś pobyt sanatoryjny w Polsce, ponieść jego koszty, a potem wystąpić do AOK o zwrot kosztów pobytu. Oczywiście musiałabym wpierw opłacić koszty pobytu sama, a potem dopiero starać się o zwrot kosztów. A czy i ile by zwrócili - tego nie wie nikt.
Jeszcze w ubiegłym roku pacjenci mieszkający w Niemczech (bez względu na narodowość i obywatelstwo) mogli być kierowani do polskich placówek sanatoryjnych, ale w tym już nie. Ta umowa już nie istnieje. Co zabawniejsze, to ja teraz nie mogę również korzystać z polskich placówek medycznych ponieważ już nie jestem zameldowana w Polsce a tylko i wyłącznie mam meldunek w Berlinie. I......cieszę się ogromnie, że mam sporo cyferek w metryce i że mam już wykupioną kwaterę na swoją urnę na tutejszym cmentarzu. Choć tak naprawdę to mi "wisi i powiewa" gdzie moje prochy się znajdą.
Nie mam pojęcia czemu zaprzestano wysyłania pacjentów niemieckich do Polski na leczenie sanatoryjne, ale mam podejrzenie, że obie strony prowadziły przy okazji jakieś szemrane interesy i coś komuś nie wypaliło na większą skalę i się wydało.
Tak naprawdę to się tym nie zmartwiłam, zwłaszcza, że termin pobytu nie był dla mnie zbyt interesujący.
Miłego Wszystkim!!!







