drewniana rzezba

drewniana rzezba

niedziela, 25 października 2026

Starość.......

 ..........podobnie jak śmierć jest stanem, którego się nie uniknie jeśli  się nie umrze w młodości. Osobiście od 4 roku życia byłam "oswojona" ze starością, bowiem wychowywali mnie  rodzice  mojego ojca i dziadków tytułowałam  jak rodziców, czyli mówiłam na  babcię mama, na dziadka - tata, choć naprawdę  wiedziałam , że to nie są moi rodzice. Po prostu w moim  życiu sprawdziło  się  powiedzenie, że rodzicami nie są ci, co nas  powołali do życia,  ale ci co nas  wychowali.

A u mnie w ciągu dosłownie kilku  dni zrobiła  się złota jesień, z tym ,że  dziś  to się biedaczka  nieco "popłakała". Od samego rana wiał paskudny  wiatr i dziś   ze  zdziwieniem zobaczyłam, że  nagle za oknem  już prawie  nie ma  zieleni tylko króluje  żółtość a wiatr  z uporem  maniaka usiłuje zerwać jak najwięcej liści, a na  dodatek  dołączył  do niego deszcz.

Gdy  zmuszona  głodem wyszłam  po południu z domu do sklepu to wpierw  musiałam walczyć  z wiatrem a gdy wracałam  to dodatkowo  z deszczem.

Ale drzewa widziane  z mojego okna bardzo ładnie  wyglądają:




 Podwórkowe   brzozy też  już żegnają  się  z  zielenią,  sieją swe nieduże złociste  listeczki i  pani zarządzająca co jakiś  czas albo zgarnia opadłe  liście tradycyjnie  miotłą, albo przegania  je dmuchawą w jedno  miejsce i wtedy je pakuje  w  worki. 

A ja -  jak ta głupia  sterczałam  dziś  przy oknie i przyglądałam  się  jak pięknie  te złociste  brzozowe listki  migoczą  na tle  zieleni. Dziś do  mnie  dotarło, że to już dziewiąta  moja  jesień  w Berlinie. A jutro też ma padać, zwłaszcza  rano, więc pewnie  będzie  mi  się  dobrze  spało.

Miłej  niedzieli  Wszystkim życzę!!!! 


 

piątek, 16 października 2026

Moja ulubiona ......

 ........roślinka.

Moja ulubiona roślinka tak naprawdę hoduje  się niemal sama i oczywiście  dlatego jest moją ulubioną domową  roślinką. Mogę  spokojnie  zostawić  ją w domu samą na  dwa tygodnie  bez podlewania a ona znosi to ze stoickim  spokojem.


 

I tak jej u mnie  z tą moją   małą  dbałością  dobrze, że cichcem,  cichcem   zaczęła  wypuszczać nowe liście.

 




 No i powiedzcie  sami - jak  nie  kochać takiej roślinki???

Ale  mam jeszcze  jedną, która  też jest  straszliwie  odporna  na  brak pielęgnacji - spokojnie i  dwa  tygodnie wytrzyma  bez podlewania.

 


 Przyjechała ze mną  z Warszawy do Berlina  i tak naprawdę  to nawet  chciałam  się  z nią rozstać i usunęłam z doniczki  wszystkie łodyżki , które  były już baardzo długie ( bo to jest  roślinka  pnąco- zwisająca) i zostawiłam dosłownie  dwie łodyżki a  roślinka  nagle  dostała  "wiatr  w żagle" i postanowiła dalej  spokojnie  rosnąć. 

W Warszawie, wiele lat  temu, urosła do długości 3 metrów i pięknie  mi  dekorowała  ścianę, ale  gdy trzeba  było malować pokój roślinka   została  wyeksmitowana i zostawiłam  wtedy tylko malutką rozsadę. I ciągle  nie  mogę sobie przypomnieć  jak  się owa roślinka  nazywa. W każdym razie   na pewno powinna  być odznaczona  medalem za niesamowitą odporność. Ci co dobrze znają mój antytalent do hodowli roślin nie  mogą  się nadziwić  odporności tej  roślinki, bo ja  to nawet kaktusy potrafiłam  dość  szybko wykończyć.

Miłego  Wszystkim!!!!! 

poniedziałek, 5 października 2026

Papageiensiedlung......

 .......czyli Papugowe  Osiedle.

Byłam wczoraj na Osiedlu Papugowym - jest to osiedle mieszkaniowe , które  w lipcu tego roku zostało wpisane  na Listę Światowego  dziedzictwa  UNESCO jako  część zespołu modernistycznych osiedli Berlina. 

Wybudowane  zostało w latach 1926 - 1932 na skraju  lasu Grunewald.  Głównym  projektantem był Bruno Taut a  współpracowali z nim Hugo Haring i Otto Rudolf Salvisberg,  a pracami na  miejscu  budowy kierowała  architektka Ludmilla Herzenstein.

Osiedle  ma   bardzo ciekawą i według mnie  szalenie  dobrze  zaprojektowaną  stację  metra (linia 3), bo stacja  ma kryty pasaż  handlowy. Jak dla  mnie  super- wysiadasz  po pracy z metra i od razu możesz  zrobić  zakupy.  Stację  zaprojektował Onkel Toms  Hutte.

Osiedle  zajmuje obszar 45 hektarów, zostały  zachowane  drzewa leśne. Znajduje  się  tu około 2000 mieszkań, w tym 1100 mieszkań  czynszowych oraz 900 domów szeregowych i obecnie  mieszka  na tym osiedlu 5000 osób.

A nazwa  osiedla  wzięła się  z tego, że budynki  są  w różnych kolorach białe,  zielone  żółte, ciemno niebieskie. 

Wstawiam  tu kilka  zdjęć, moje to te, na których  nie ma śniegu, reszta  wzięta  z internetu.








 

A na koniec - tak dziś  ślicznościowo kończył  się  berliński  dzień:


 

 Miłego  dla  Wszystkich!!!

 

wtorek, 29 września 2026

Post, który jest odpowiedzią do komentarzy pod moim poprzednim postem

 Kochani - sanatoria, podobnie jak i inne placówki lecznicze  nie  są identyczne, zasadniczo każde z nich ma  jakąś  swoją "specjalizację"- tak jak lekarze i  szpitale. I jest  to w  pełni logiczny  sposób organizacji służby  zdrowia. Ja wiem, że  wielu osobom  sanatorium  kojarzy  się bardziej  z jakimiś ekskluzywnymi wczasami, ale tak  naprawdę sanatoria    mają różne  specjalizacje. Osobiście  po przechorowaniu żółtaczki  zakaźnej- wszczepiennej, po miesięcznym pobycie  w  szpitalu  zakaźnym  trafiłam do  sanatorium dla "stanów pożółtaczkowych". To  było wręcz  wieki temu, bo jeszcze  przed moim  zamążpójściem.  Nie  mniej nadal istnieje rodzaj  specjalizacji sanatoriów i to ma sens, bo wtedy łatwiej jest zorganizować  całe  leczenie wspomagające powrót  do zdrowia. 

Trafiłam wtedy do  Długopola-Zdroju i......świetnie  się tam bawiłam, bowiem przeważali pacjenci w młodym  wieku, co prawda  nie  wolno nam było wybierać  się na pobliskie  górki, ale codziennie niemal  wszyscy  pacjenci  gromadzili  się na wieczorkach tanecznych, jedni by tylko posłuchać  muzyki, inni by nawet nieco poprzebierać nogami po parkiecie. Poza tym we  wszystkich trzech  budynkach  sanatoryjnych przeważała  młodzież i średnia  wieku nie przekraczała  lat 40. I, co było dla  mnie  zupełnym  zaskoczeniem- owe  dietetyczne posiłki, które nam  serwowano -  były naprawdę  smaczne a nie  tylko zdrowe. 

Co dwa lub 3  dni były wykłady na temat jak powinniśmy  się po przechorowaniu owej żółtaczki odżywiać  oraz  jak przyrządzać różne  dania tak, by  nie rujnować  swej wątroby. Po każdym obiedzie  wszyscy pacjenci  mieli nakaz leżenia przez  2 godziny. 

W owym  Długopolu podobała mi się szalenie  jedna  rzecz - wzdłuż szosy przecinającej Długopole  rosły drzewa owocowe i to nie tak  zwane  "dziczki", ale naprawdę dobre jabłonie. Poza  tym był w owym Długopolu Zdroju park,  zwany Parkiem  Zdrojowym, ale z jakiegoś zupełnie  nie znanego mi powodu  nie  było w nim.....ławek. Drugą, dla  mnie  dość  dziwną  rzeczą był fakt ,że posiłki, gabinety  zabiegowe, szczątkowa biblioteka , stołówka były w  zupełnie odrębnym  budynku, co wymuszało na  wszystkich spacerek bez  względu na pogodę. Dobrze, że przez  te 30  dni, które tam spędziłam tylko raz padał deszcz.

Owe  Długopole  Zdrój  odwiedziłam  w  wiele lat później, gdy już  byłam zamężna a córcia  miała już 3 lata. I - ze  zdumieniem stwierdziłam, że czas  się tam jakby  zatrzymał -  tylko jabłek już nie  było na  drzewach, bo to już  był październik. 

sobota, 26 września 2026

Usiądżcie nim poczytacie dalej.....

 Jest takie stare polskie przysłowie, że  dzień  należy  chwalić  dopiero po   zachodzie  słońca. No i wyszło mi na  to, że  "przysłowia  są  mądrością  narodu" - to też jest  przysłowie. 

Dziś mogę  Wam tylko napisać,że ......już "wróciłam" z tej eleganckiej  kliniki ortopedycznej, bowiem oni wymagają od  swoich  pacjentów dobrej  znajomości języka  niemieckiego a nie  tylko znajomości  zwrotów  grzecznościowych w  rodzaju  "dzień  dobry" czy też  "do zobaczenia". Więc mój pobyt  tam mogę zaliczyć do spraw nieaktualnych. Co najwyżej  mogę postarać  się prywatnie o jakiś pobyt  sanatoryjny  w Polsce, ponieść  jego koszty, a potem wystąpić  do AOK o  zwrot kosztów  pobytu. Oczywiście  musiałabym  wpierw opłacić koszty pobytu sama, a potem  dopiero starać  się o zwrot kosztów. A czy i  ile  by  zwrócili -  tego nie  wie nikt.

Jeszcze  w ubiegłym  roku pacjenci mieszkający w Niemczech (bez  względu na narodowość i obywatelstwo)  mogli być kierowani do  polskich placówek  sanatoryjnych, ale w tym już nie.  Ta umowa  już nie istnieje. Co zabawniejsze, to ja teraz nie mogę również korzystać z   polskich placówek medycznych ponieważ  już nie  jestem  zameldowana  w Polsce a tylko i wyłącznie mam meldunek w Berlinie. I......cieszę się ogromnie, że mam  sporo  cyferek w  metryce i że mam  już wykupioną kwaterę na  swoją  urnę na tutejszym cmentarzu. Choć tak naprawdę to mi "wisi i powiewa" gdzie moje prochy się  znajdą.

Nie mam pojęcia czemu zaprzestano wysyłania  pacjentów niemieckich do Polski na leczenie  sanatoryjne, ale mam podejrzenie, że obie  strony prowadziły przy okazji jakieś  szemrane interesy i coś komuś  nie  wypaliło na  większą  skalę i się  wydało.

Tak naprawdę  to się tym nie  zmartwiłam, zwłaszcza, że termin  pobytu nie był dla mnie  zbyt interesujący.

Miłego Wszystkim!!! 


czwartek, 24 września 2026

Szczęka - moja własna, nie sztuczna.....

 ......omal  nie  wyleciała mi z paszczęki z totalnego  zdumienia, bowiem dostałam  zawiadomienie, że niemiecka  Kasa Chorych czyli AOK  przyznała  mi  rehabilitację w Klinice  Ortopedycznej  niedaleko  Berlina, a pobyt  zaczyna  się 30 listopada i trwa do 22 grudnia.


 

 Oczywiście zaraz wyszukałam w  sieci gdzie  to jest i okazuje  się, że owa klinika jest  zaledwie  34 kilometry na północ od  Berlina i nawet jest jej  zdjęcie. Jak widać  kompleks   nie jest  malutki, powiedziałabym, że  raczej nawet okazały. 

No to będzie  hardcorowo  nieco, bo mój niemiecki to czysta iluzja, no ale wszak ja  już leżałam  w berlińskim  szpitalu w  2019  roku i też jakoś "dałam radę", personel  szpitalny także to wytrzymał. Nie  da  się ukryć, że wygodniej jest  mieć zimą rehabilitację bez  wychodzenia z domu.

Przy okazji  dowiedziałam  się, że już nie funkcjonuje żadna umowa z polskimi  sanatoriami. Mało tego-  ponieważ nie mam już meldunku w  Polsce to  mogę korzystać  tylko i  wyłącznie  z usług medycznych  w Niemczech, gdzie jestem  zameldowana. Nie jest istotny  fakt, że moje leczenie pokrywa ZUS- to są rozliczenia pomiędzy ZUS i AOK.  Nie  mam pojęcia dlaczego zaprzestano podpisywania  umów z polskimi  sanatoriami.

A i tak  dla mnie  najistotniejszy jest  fakt, że nie  będą mi grzebać w kręgach i nie  będą  nic tam wstrzykiwać. Bo naprawdę  to się tego bałam.

U mnie  dziś  już baaardzo jesiennie - co jakiś  czas przelatuje deszcz, wietrzycho nie  wróży pogody bo zasuwa głównie  z północnego  zachodu i a temperatura  też  raczej  nie  rozpieszcza, jest  tylko 14 stopni i bardzo się cieszyłam  drepcząc  do sklepu, że wzięłam kurtkę  odporną na  wiatr.

"Moje" podwórkowe   brzozy jeszcze   całkiem nieźle trzymają  kolor 


 

ale po drugiej  stronie  budynku, od strony ulicy już widać, że to jednak jest już jesień: 



 

No wiem- teoretycznie jesień  też  bywa  ładna, ale  jakoś nie nacieszyłam  się  w tym roku latem, bo albo był dziki upał więc siedziałam  w domu a w  weekendy to albo nie  było pogody, albo był taki wściekły upał, że nikomu z nas  nie marzyło się by gdziekolwiek jechać.

A tak naprawdę  to jestem mocno nieszczęśliwa bo ten rok jest jakiś bardzo grzybny, no ale  nie  w okolicach  Berlina. Marzą mi  się Bory Tucholskie i wyprawy  bladym świtem do lasu  i nawet  wstanie o 4  rano jakoś by mi nie przeszkadzało.

No to sobie ponarzekałam i ......wcale  a wcale mi nie lepiej.

Miłego  Wszystkim!!!

czwartek, 10 września 2026

Post o niczym ......

 .........bo  najzwyczajniej  w  świecie nic a nic  się u  mnie nie  dzieje. 

Nigdzie  nie  bywam poza  najbliższym marketem spożywczym, bo mam  do niego zaledwie 450 metrów - nie  mierzyłam, ale taką liczbę  metrów dostałam w odpowiedzi na  wrzucone do sieci pytanie jaka to odległość dzieli mnie od  najbliższego marketu spożywczego.

Co do bywania - bywam też na rehabilitacji po tym  niefortunnym moim kontakcie z podłogą  we własnym mieszkaniu.  Najważniejsze, że  już nie  budzę  się   w nocy z bólu gdy  muszę  zmienić pozycję. I jestem  "zakochana"  w swoim rollatorze - lekki, bez trudu  można  go złożyć i rozłożyć i w każdej  chwili (byle nie na środku  jezdni)  wygodnie   na  nim  usiąść i odpocząć. Już kilka  razy odpoczęłam na  nim  w drodze na rehabilitację, choć mam do niej przysłowiowy  rzut  beretem. Ale  nagle, nie wiadomo  skąd  wziął  się upał, więc odpoczęłam spokojnie  w cieniu dużego drzewa. I już  wypróbowałam rollator w  miejskiej  komunikacji - stał  się moim ulubionym sprzętem. "Garażuje" u  mnie  na klatce  schodowej na moim piętrze.


 Wprawdzie u  mnie   za oknem nadal  zielono,  ale  już czuje  się powiew  jesieni - słońce  zdecydowanie  mniej grzeje, rano na chodniku sporo opadłych  żołędzi chociaż jeszcze  zielone i coraz  więcej opadłych już żółtych liści-  bo nadal panuje  susza a nikt  tu  drzew miejskich  nie podlewa. Nie wiem- może  w bardziej reprezentacyjnych  miejscach  Berlina drzewa  są podlewane, no ale  nie  w mojej okolicy.



 

A gdy wyjdę na  balkon to ciągle  jeszcze   bardzo  zielono za nim  jest. I dobrze, bo od  pewnego czasu  "moja"  cicha przedtem ulica  stała  się szalenie  ruchliwą ulicą bo nadal  na  szosie  trwa budowa tak  zwanej  obwodnicy Berlina,  więc spora  część  ruchu przeniosła się na  "moją"  ulicę, która  jest na  dość  długim odcinku równoległa do  szosy, więc  "wtajemniczeni" z  niej namiętnie  korzystają. Oczywiście  nie cały dzień  jest taki  ruch- głównie rano  do 11,00, potem jest nieco spokoju  a potem zaczyna się około 17,00 znowu, ale i tak  jest  mniejszy niż  rano. Gdy  "zjechałam" do Berlina w 2017 roku to już słyszałam o obwodnicy, mało tego - w  niedługi czas potem przypadkiem  trafiłam  na jakiś  jej budowany fragment ( a tak  dokładnie na jakiś  zjazd  z niej) i pamiętam, że strasznie  długo sterczeliśmy w korku. A potem i  tak  musiałam  telefonować  do zięcia  jak  się mamy z tego  miejsca  wydostać i dojechać  do swego miejsca zamieszkania.

Właśnie  przeżyłam "Najwyższy  Stopień Ostrzegawczy"  - wpierw rozjarzył mi się na  czerwono druk w smartfonie i z lekka ustrojstwo  zawyło a teraz, gdy już jest po  tej  "atrakcji" (i to już  2  godziny po  niej) dostałam  na  smartfona  powiadomienie, że będzie taki ogólny  Najwyższy  Stopień  Ostrzegawczy, że się rozwrzeszczą komórki, telefony i syreny alarmowe. No i rozwrzeszczał mi się  smartfon, tekst  był w eleganckim  rzucającym  się w oczy czerwonym kolorku,  ale żadnych  syren alarmowych  nie  słyszałam- nie  wykluczam, że w  dzielnicy w której  mieszkam po prostu ich nie  ma. Trochę  się  w duchu pośmiałam z tego  wszystkiego, bo odkąd tu  mieszkam to coraz  bardziej staje  się wyblakły  mit o  tym jacy  to Niemcy  są  zdyscyplinowani,  świetnie  zorganizowani i w  ogóle  "najlepsi" niemal pod każdym względem. Nie  wiem- może  gdzieś  na prowincji, gdzie  nie  ma  wielu przybyszów z innych stron Europy i  świata są tacy  mieszkańcy - ale  Berlin  jest bardzo wielonarodowym miastem. I nadal lubię  to  miasto jak i dzielnicę  w której mieszkam.

Miłego  Wszystkim!!!!