...... a życie się jakoś się toczy, choć czasem z lekka kulejąc.
Jak już niektóry wiedzą, mam lekkiego świra na punkcie tanga argentyńskiego - lubiłam je tańczyć i lubię oglądać moje ulubione dwie pary argentyńskie- Roxanę Suarez i Sebastiana Achavala oraz drugą parę- Ariadnę Naveira i Fernanda Sancheza. Obie pary są rodem z Argentyny, ale mieszkają w Europie - Roxana i Sebastian w Barcelonie, Ariadna i Fernando we Włoszech. Ariadna i Fernando udowodnili światu, że taniec i macierzyństwo można z powodzeniem pogodzić i często oglądając ich filmy nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że Ariadna nieomal wprost z parkietu pędziła na salę porodową. Tym sposobem już mają troje pociech, systemem niemal "rok po roku". Natomiast Roxana i Sebastian mieli nawet definitywnie się rozejść, o czym mówili otwarcie przed kamerami podczas jednego z wywiadów, a kilka dni temu oczęta mi wyszły na wierzch, gdy przeglądałam ostatnie filmy, bo wygląda to tak:
A tak tańczyli tego lata w Warszawie i również w Kijowie.
Bardzo mi się już marzy powrót do normalności bezmaseczkowej, ale mam świadomość, że najwcześniej może to być wiosną następnego roku. O ile Kosmos nie obdaruje nas jakąś następną pandemią. Szkoda, że nie może na ludzkość spaść pandemia mądrości i zdrowego rozsądku!
...... spędziłam w Filharmonii Berlińskiej, która w trakcie przerwy w koncercie
wyglądała tak:
a od strony ulicy prezentuje się tak:
Wszystkie miejsca były na widowni zajęte, czyli 2 215 miejsc i.......uwaga moi Rodacy - wszyscy słuchacze, co do jednego, siedzieli cały czas w maseczkach i to bez względu na wiek.
Architektem głównej sali koncertowej był Hans Schauron, urodzony w Bremie, który swe dzieciństwo spędził w Bremerhaven, mieście nie za wielkim, ale za to związanym mocno ze statkami.
Zanim Schauron przystąpił do projektowania, bardzo bystro obserwował ludzi słuchających muzyki poza salami koncertowymi. Zauważył, że najczęściej ludzie umieszczają muzykę w kręgu , słuchacze otaczają śpiewającego lub grającego na jakimś instrumencie artystę, zanikają podziały na "lepszych i gorszych", nie tworzą żadnych barier. I te obserwacje zastosował w swym projekcie. Nie ma tu żadnej bariery oddzielającej wyraźnie orkiestrę od widowni.
W pierwszym momencie projekt został bardzo skrytykowany, ale bardzo spodobał się ówczesnemu dyrygentowi, Herbertowi von Karajanowi. Podobno Karajan napisał nawet list do władz Berlina, że jeżeli Filharmonia nie będzie wybudowana wg tego wspaniałego projektu Schaurona, to on natychmiast porzuci orkiestrę filharmonii berlińskiej. Złośliwi twierdzili, że Karajan był dość samolubnym typem lubiącym mocno brylować i dlatego tak bardzo popierał projekt, bo wtedy byłby w centrum zainteresowania.
Sufit głównej sali koncertowej jest na wysokości ponad 20 metrów. Gdy stanie się pośrodku miejsca dla orkiestry, przy odrobinie wyobraźni można się poczuć jak w dolinie otoczonej wzgórzami o różnej wysokości. Te wszystkie zwisające z sufitu "akcesoria" mają znaczenie dla akustyki sali. Co ciekawe, właściwie wszystko co się tu znajduje jest podporządkowane akustyce- nawet rozmiar oparć foteli, który jest zależny od ich usytuowania na sali. Na dole sali są one niższe, na samej górze dużo wyższe. W transmisji dźwięków biorą udział nawet obudowy reflektorów nad sceną, pełniąc też i drugą funkcję - ozdobną. Niewątpliwą ciekawostką jest fakt, że bez potrzeby opuszczania widowni można swobodnie przemieszczać się pomiędzy sektorami. Umożliwiają to liczne schody z metalowymi poręczami, co niektórzy kojarzą z wpływem na Schaurona jego dzieciństwa spędzonego w mieście, w którym królowały statki.
Z uwagi na 4 falę pandemii musieliśmy siedzieć w maskach ( nie wiem jak będę żyła bez maski), widzowie zostali podzieleni na różne grupy , by przy szatni nie było w tym samym czasie zbyt wielu osób na raz. Przy wejściu sprawdzano nam świadectwa szczepień skanerami oraz dowody osobiste.
Samym koncertem byłam ciutkę rozczarowana- najwięcej było takiego prawdziwego flamenco, tanga były "cieniutkie", no bo co to za tango gdy gra tylko pianista, kontrabasista, bandoneonista, 2 gitary i perkusista. Takie prawdziwe tango wymaga jednak orkiestry, w której są też i skrzypce. Poza tym para taneczna nie błyszczała. No ale ja jestem rozbestwiona. Miałam nadzieję, że zagrają "Libertango" Piazzolli, z solówką bandoneonu:
Moim koncert się podobał, Młodszy cały czas "pracował" rękami - wszak on uczy się nadal gry na gitarze.
Lubię bywać w berlińskiej Filharmonii - spędziłam już tu kilka miłych koncertów noworocznych, w których brał udział mój starszy wnuczek, gdy śpiewał w Mozartowskim Berlińskim Chórze Dziecięcym.
Teraz bardzo chcemy "upolować" bilety na koncert przy świecach. Tym bardziej, że w programie ma być Vivaldi i jego "Cztery Pory Roku". Może być trudno, bo sala jest nieduża.
W niedzielę byłam z własnym zięciem w Centrum Szczepień (6 minut drogi od domu jeśli jedzie się ode mnie autostradą) i oboje zaszczepiliśmy się - on dodatkową szczepionką, bo pierwszą miał szczepionkę J&J i tym razem dostał Pfizera, ja trzecią dawką Pfizera. I od ręki dostaliśmy eleganckie wydruki,że mamy komplet szczepień no i oczywiście wszystko wgrane jest też na smartfona.
Pan doktor, który nas szczepił ( bo tu injekcji dokonują lekarze, nie pielęgniarki) wpierw swym masywnym kciukiem sprawdził, gdzie mam ten wątły mięsień, w który należy wstrzyknąć szczepionkę, a po zaszczepieniu nas obojga uciął sobie dość długą pogawędkę z moim zięciem, na końcu przepraszając go, że tak się rozgadał. Ja natomiast zastanawiałam się, patrząc na niego, jak lekarz może być taką antyreklamą zdrowia - pan miał na moje oko ze 175 cm wzrostu i wyglądał niczym olbrzymia beczka w której leżakuje whisky. Patrząc na niego pomyślałam , że musi chyba wszystkie swe ubrania mieć robione na zamówienie.
Tym razem miałam "reakcję poszczepienną" - każda zmiana pozycji ręki była okupiona bólem no i nawet "zagorączkowałam" aż do 37,8 stopni. Dla mnie to naprawdę już gorączka, bo ja normalnie, na co dzień, mam obłędną temperaturę 35,0 do 35,5 podczas gdy normalni ludzie mają temperaturę 36,4. A gdy piszę, że jestem świrówa to nikt niemal mi nie wierzy. W związku z tym sięgnęłam po najlepsze dla mnie lekarstwo - poszłam po prostu spać. Pospałam grzecznie 12 godzin i już wróciłam niemal do normy.
Jakoś w tym roku nie odnotowałam Halloweenowych zabaw dzieciaków, chyba z uwagi na pandemię wbito im do łebków, że nie ma latania po cudzych mieszkaniach.
Teraz okazuje się, że podanie drugiej dawki szczepionki w zaledwie dwa tygodnie po pierwszej dawce było błędem w sztuce medycznej, bo przez dwa tygodnie nie wytworzyła się szczepionym odpowiednia ilość przeciwciał. No niestety w tej sytuacji była cała "armia" mieszkańców wszelakich domów opieki i spokojnej starości i część społeczeństwa, np. ja. Poza tym wyartykułowano przypomnienie, że szczepionka przeciw "covid-19" nie chroni przed "grypą sezonową", więc należy się szczepić przeciw grypie. Ale to wiem i bez nich i już miesiąc wcześniej się zaszczepiłam.
Dziś wyczytałam radosną wiadomość, że już na wiosnę przyszłego roku będzie można ogłosić w Niemczech, że pandemia koronawirusa się skończyła.
Znów muszę udać się do Polskiego Konsulatu, by udowodnić ZUS-owi, że jeszcze żyję i należy mi się w dalszym ciągu moja renta rodzinna. Dobrze, że taka radocha jest tylko raz do roku.
I coś co mnie rozbawiło. We Wrocławiu, w "Oknie Życia", nad którym sprawują opiekę siostry zakonne "boromeuszki" znalazł się zaklinowany pijany w trupa dwudziestolatek. Owo Okno Życia duże nie jest, jego rozmiar pozwala tylko na umieszczenie w znajdującej się w środku kuwecie noworodka. Wezwani przez zakonnice policjanci nie mogli się nadziwić, jak się w to nieduże okno wpasował ten młody człowiek. Niestety był tak pijany, że nie mogli od ręki rozwiązać tej zagadki, bo biedak zupełnie nie kontaktował.
A na koniec- lekarze , na podstawie obserwacji ustalili, że zakażenie covidem-19 daje u wszystkich pacjentów takie same dolegliwości w niżej wymienionej kolejności:
I chociaż szczepienie nie uchroni Was w 100% przed zachorowaniem, to uchroni Was przed ciężkimi powikłaniami, a głównie przed uszkodzeniem miąższu płuc i śmiercią.
A dziś pokażę Wam miejsce, do którego chciałabym znów powrócić.
Przed nami długie jesienne wieczory, więc można już zacząć marzyc o przyszłych letnich wyprawach.
Mało piszę, bo mi szkodzi pozycja siedząca, to raz, a dwa- muszę sobie wymodzić coś na tzw. głowę, bo zima idzie, co oznacza, że sobie dziabię szydełkiem czapeczkę. Ale mi jakoś słabo idzie, dawno nic nie "heklowałam". Więc dzielę czas pomiędzy siedzeniem przy kompie lub dłubaniu czapeczki.
Poza tym w najbliższą niedzielę idę się po raz trzeci szczepić p. covid 19. I idę to zrobić w dobrym towarzystwie, czyli w towarzystwie własnego zięcia, który z kolei przyjmie drugą, inną szczepionkę, tym razem Pfizera, bo poprzednio szczepił się szczepionką J &J. Niestety siedmiodniowy wskaźnik zachorowalności wzrósł z 80,4 (w poprzednim tygodniu) na 118 dziś. Ten wskaźnik to jest ilość zachorowań na 100 tysięcy mieszkańców. No i lepiej żebym nie zachorowała, bo brak jest pielęgniarek a na każdych dwóch pacjentów OIOM-u potrzeba aż trzech pielęgniarek. Czyli wg statystyki na jednego pacjenta covidowego potrzeba półtorej pielęgniarki.
Znów śniło mi się, że jadę samochodem z Monachium w stronę Alp, znów zamierało mi serce na widok startujących paralotniarzy i czułam ten nieco groźny oddech gór. Wiem, wiem, mamy w Polsce Tatry, ale nic im nie ujmując w porównaniu z Alpami to miniatura gór. Alpy mają 1200 km długości, 150 - 250 km szerokości i powierzchnię 220 tysięcy km kwadratowych. Ciągną się od Morza Śródziemnego po Dolinę Dunaju w okolicy Wiednia. Wiele wysoko położonych dolin alpejskich było miejscem wczesnego osadnictwa i prymitywnego rolnictwa. Miejsca te były bardzo nasłonecznione, miały dużo słodkiej, czystej wody, opału i materiału budowlanego a ich odosobnienie zapewniało osiedlającym się tam ludziom bezpieczeństwo. W Szwajcarii, w jaskini Drachenloch, położonej na wysokości 2445m nad poziomem morza, odnaleziono ślady palenisk, które są datowane na epokę międzylodowcową, a ślady wypasu bydła, wg archeologów pochodzą sprzed 12000 lat.
W Alpach nadmorskich i Haupte-Provance osady były zawieszone na niezdobytych skałach co skutecznie broniło osadników przed bandytami, najeźdźcami a z czasem przed poborcami podatków.
W czasach Średniowiecza wiele społeczności rejonu Alp wypracowało sobie niezależność. 52 Komuny Briancon uzyskały kartę swobód już w 1343 roku i zachowało swą samorządność aż do czasu rewolucji francuskiej.
Wiele miejsc uniknęło ścisłej kontroli władców z powodu braku dogodnej łączności. Np. do Barcelonette drogę wybudowano dopiero w 1883 roku - do tego czasu można tu było dotrzeć tylko po 15 godzinach jazdy na mule. A wsie w okręgu Gorges du Verdon dostąpiły połączenia ze światem zewnętrznym dopiero w...1947roku.
Wiele dróg w Alpach powstało w celach czysto strategicznych, np. najwyżej położona droga w Europie na przełęczy Col du Galibier, 3242 km nad poziomem morza, wybudowana w latach trzydziestych XIX wieku jako część francuskiej przygranicznej linii obronnej.
Najkrótszym przejściem przez Alpy jest przełęcz Św. Gotarda. Leży na wysokości 2108 m i jest konkurencją dla innych dróg na przełęczach wyżej położonych. W 1882 roku otwarto linię kolejową przełęczą św. Gotarda. Trasa prowadzi przez system tuneli, w tym również przez tunel spiralny. W 1980r uruchomiono obok tunelu kolejowego tunel dla samochodów- jego długość to 16,5 km, ma 6 "nitek" i ma tę zaletę, że jest czynny okrągły rok, bez względu na pogodę.
Dołączam kilka filmików z YT, jako że własnych nie mam, a zdjęcia , które miałam w dalszym ciągu tkwią na dysku zepsutego starego kompa.
A poza tym już czekam na ten wieczór listopadowy w Filharmonii- flamenco i tango - "to je ono" jak mawiają bracia Czesi.
A na początek muszę Wam pokazać obraz, w którym się zakochałam od pierwszego spojrzenia:
Namalowała go moja "Bratnia Duszyczka", czyli Joanna Rodowicz. I wiedząc, że zawsze czekam na to co namaluje przysłała mi jego zdjęcie i jeszcze dwóch obrazów: poniżej Saksofonistka
I w deszczu może być kolorowo.
Joasiu, jest mi smutno, bo sobie uświadomiłam, że ostatni raz widziałyśmy się cztery lata temu.
No tak, 17 tego miesiąca stuknęło mi 4 lata od chwili zamieszkania w Berlinie. Czas zleciał szybko, choć jak wiecie nie zawsze było fajnie i wesoło.
A więcej obrazów Joanny możecie zobaczyć np. tu: www.joannaart.eu
A dziś u mnie rano wyglądało całkiem jesiennie:
I nawet było niemal ciepło, bo 16 stopni. Ale gdy właśnie "dojrzałam" do wyjścia z domu - zaczął padać deszcz.
Budynek po drugiej stronie ulicy przyodziany w rusztowania i pokrowce ochronne -przechodzi lifting- na razie z miesiąc urzędowali na dachu, teraz biorą się za renowację elewacji.
Wyczytałam wczoraj, że jeżeli sytuacja epidemiologiczna w Niemczech nadal będzie tak dobra jak teraz, to dzień 30 listopada będzie ostatnim dniem "stanu wyjątkowego", co oznacza, że wreszcie będą normalnie otwarte muzea i galerie. Ale kilka linijek dalej wyczytałam już mniej radosne wieści z dnia dzisiejszego, że w Wielkiej Brytanii wariant Delta ujawnił się u iluś osób w nowej postaci, czyli wariant Delta Covid-19 raczył zmutować. Zwariować można ze szczęścia! W kilka godzin później już pozbawiono ludzi złudzeń, twierdząc, że nadal będą obowiązywały maseczki w publicznych miejscach o zamkniętej przestrzeni i wymagane świadectwa szczepień lub negatywne testy.
Wczoraj w swym pobliskim sklepie doznałam lekkiego wstrząsu - ponieważ tu prasa podaje komunikaty, co wkrótce zdrożeje, przezorni i oszczędni ruszyli do boju. Ma zdrożeć papier, więc była pusta półka z papierem toaletowym, ale udało mi się załapać na ostatnie dwie rolki ręcznika kuchennego, który był celem mojej wizyty w tej części sklepu. Brakowało też papieru do pieczenia, takiego w arkuszach no ale były aż dwa opakowania takiego w rolce, więc sobie jedną zafundowałam. Ponieważ jesień to u mnie zaczynają gościć ciasteczka owsiane lub inne wypieki bezglutenowe, znurkowałam w poszukiwaniu odpowiednich składników- duże opakowania czekolady do wypieków już wyparowały, rodzynki nasączone rumem też przetrzebione, mielone orzechy, migdały i tp.- wyparowały.
Na dzisiejszą noc i na jutro przewidywane są w Niemczech bardzo silne wichury i obfite opady deszczu. Z tego powodu mogą być duże utrudnienia w ruchu kolejowym i lotniczym zwłaszcza we Frankfurcie nad Menem, Kolonii, Bonn. A najbliższy weekend będzie kiepściuni- temperatury nie przekroczą 10 stopni Celsjusza.
Polak potrafi- w poniedziałek na autostradzie A4 w Niemczech 22-letni nasz rodak wjechał na autostradę "pod prąd", zderzył się z kilkoma pojazdami a w końcu rozbił się o barierki. Jego Opel-Corsa niemal całkowicie był zgnieciony, on sam i towarzyszący mu pies ulegli bardzo rozległym i ciężkim obrażeniom. Kierowcę helikopterem zabrano do szpitala, wstępne badanie wykazało, że był pod wpływem narkotyków. A pies, który w chwili przybycia policji był już konający, został po prostu zastrzelony. Autostrada A4 była całkowicie wyłączona z ruchu w obu kierunkach przez kilka godzin.
23 b.m. ma wejść na niemieckie ekrany film Wojtka Smarzowskiego "Wesele". Wg reżysera film ma być o manipulowaniu emocjami i ostrzeżeniem przed mową nienawiści. Tylko nie wiem, czy kina będą czynne.
I coś co mnie nieco bulwersuje- 96-letnia sekretarka obozu koncentracyjnego Stutthof, która kilka dni temu uciekła, została w ciągu jednego dnia złapana i doprowadzona przed sąd i osądzona za współudział w zabójstwach więźniów. Śmieszy mnie to - bo od końca wojny minęło 76 lat, więc nie rozumiem, czemu nikt nie wpadł wcześniej na to by karać za współudział.
I ostatnia radosna wiadomość- nie będzie w Niemczech ograniczenia szybkości do 130 km/h na odcinkach dotychczas nie objętych ograniczeniem szybkości. Temat był aktualny na czas wyborów. No i coś do posłuchania, czyli Mozart dobry na wszystko
Zauważyłam, że ostatnio coraz częściej gdy oglądam na zdjęciach różne ciekawe i ładne miejsca dochodzę do niezbyt radosnego wniosku, że na pewno nie obejrzę tego w naturze. Po prostu dlatego, że raczej nie rozpoczynam wędrówki po Ziemi, ale systematycznie dążę ku jej końcowi, co mnie jednak nie smuci.
Dziś chcę Wam pokazać dwa miejsca, w których nie będę- jedno jest w Europie, drugie w Wietnamie.
W kwietniu tego roku, w północnej Portugalii, w gminie Arouca otwarto najdłuższy na świecie most wiszący. Budowa tego mostu rozpoczęła się w maju 2018 roku, most ma długość 516 metrów. Wsparty jest na dwóch wieżach betonowych, wyprofilowanych w kształcie litery "V". Most nie jest co prawda szeroki, ma zaledwie 120 cm szerokości, wisi na wysokości 175 metrów nad rzeką Paira, a jego budowa pochłonęła 2 miliony Euro. Z mostu jest podobno przepiękny widok na Geopark Arouca, który jest wpisany na listę UNESCO. Dzieci mogą po nim spacerować tylko w towarzystwie dorosłych i muszą mieć ukończone 6 lat. A spacerowicze muszą z kolei mieć mocne nerwy, bo przy każdym kroku most chwieje się na boki. No i spacer nie jest darmowy, przed wejściem należy przez internet wykupić bilety.
Drugim miejscem, do którego z całą pewnością nie dotrę jest Golden Bridge w Wietnamie. Jest zawieszony nad powierzchnią Morza Południowochińskiego i można z niego podziwiać panoramę miasta Da Nang. Most znajduje się na wysokości 1414 metrów nad poziomem morza, w kurorcie Sun World Na Na Hills . Nosi nazwę Złoty Most, budowa jego trwała rok, ma długość 150 metrów, 8 przęseł i podtrzymują go ogromne dłonie. I choć wyglądają jakby były wyrzeźbione z kamienia, nic z kamieniem lub betonem nie mają wspólnego. Szkielet owych dłoni jest wykonany z prętów metalowych, które następnie obudowano włóknem szklanym.
Mam nadzieję,że ktoś z Was pokusi się by odwiedzić te miejsca. I potem opisze wszystko na swym blogu.
Przed Muzeum Tempel, w bawarskiej miejscowości Etsdorf, pewien artysta, p. Wilhelm Koch, by uczcić szesnastoletnie rządy odchodzącej właśnie pani Kanclerz Angeli Merkel, wykonał taki oto pomnik:
Złota w kolorze pani Angela, siedząca na złotym koniu, oboje wpatrzeni na wschód, w stronę wschodzącego słońca.
Pomnik jest wykonany z lekkiego betonu pochodzącego z recyklingu, wykonany w technice 3D. Przez sześć miesięcy będzie własnością Muzeum a potem trafi .........na sprzedaż.
No więc jeśli ktoś z Was ma jakąś niewielką posiadłość może wystartować by się na ten pomniczek załapać.
Mnie to się on nawet podoba, poza tym jakoś przez te 16 lat polubiłam panią Angelę Merkel i smutno mi, że już odchodzi. No ale ja nie mam żadnej posiadłości więc nie miałabym gdzie tego postawić.
Miłego nowego tygodnia dla Was! I może teraz trochę jazzu?