...gdy przeczytałam w poprzednim numerze miesięcznika "Świat Wiedzy"
czym się odurzają ostatnio młodzi ludzie.
Strach mieć w domu nastolatka, komputer z dostępem do internetu i
takie kosmetyki jak: dezodoranty, lakier do włosów, zmywacz do
paznokci, leki takie jak syrop przeciw kaszlowy, tabletki stosowane
w przeziębieniach a nawet niewinną gałkę muszkatołową wśród
przypraw kuchennych.
Te wszystkie wyżej wymienione substancje służą młodym ludziom
do odurzania się. Informacje na temat "sposobu użycia" bez trudu
znajdują w internecie, a wszystkie te środki są przecież do nabycia
w każdym markecie, a poza tym dawka odurzająca to nie jest
wydatek kilkudziesięciu złotych, ale kilkudziesięciu groszy. I żaden
dealer do tego nie jest potrzebny i rodzicom trudniej zauważyć, że
dziecko odurza się dezodorantem czy też lakierem do włosów.
Najczęściej dowiadują się o tym wtedy, gdy znajdują dziecko
nieprzytomne lub wręcz martwe na podłodze.
Pojemniki z dezodorantem i lakierem do włosów zawierają
propan-butan. Ta mieszanina gazów łatwo rozpuszcza się w tłuszczu,
łatwo pokonuje barierę krew-mózg i szybko się w nim rozprze-
strzenia. Niestety często ten pierwszy "odlot" staje się również
ostatnim. 150ml pojemnik z dezodorantem zawiera ilość propanu-
butanu na 100 narkotycznych "odlotów".
Wiele zmywaczy do paznokci zawiera związek o nazwie gamma-
butyrolakton,GBL. Odkąd w dyskotekach nasilono kontrolę i walkę
z ecstasy, ktoś odkrył, że zmywacz do paznokci z powodzeniem
może zastąpić ecstasy. Niestety w Polsce można tę substancję
legalnie nabyć jako rozpuszczalnik. Dodana do alkoholu może
spowodować zatrzymanie oddechu. Częstym skutkiem
ubocznym jest dokuczliwa wysypka i długotrwałe zawroty głowy.
Syropy i tabletki p. kaszlowe zawierają DXM (dekstrometorfan).
Zażycie 20 tabletek naraz powoduje omamy, urojenia, zawroty
głowy. 40 tabletek może spowodować zatrzymanie akcji serca.
A w internecie można znalezć "kalkulatory odurzenia" - młody klient
podaje swoją wagę, nazwę leku i poziom odurzenia jaki chce
osiągnąć, w zamian otrzymuje wskazówki odnośnie dawkowania,
co daje mu pozór bezpieczeństwa użycia.
Gałka muszkatołowa, obecna niemal w każdej kuchni, dostępna
w każdym sklepie spożywczym. Zawiera mirystycynę, psycho-
aktywny zwiazek chemiczny o działaniu podobnym do ecstasy.
Zaledwie kilka gramów sproszkowanej gałki muszkatołowej
może już wywołać zatrucie, a 20 g spowodować śmierć.
Dziś słyszałam euforyczne zachwyty jak to walka w Polsce
z dopalaczami i likwidacja sklepów nimi handlujących przyniosła
już wymierne efekty, że spadła ilość zatruć.
Tylko jakoś nikt nie zauważył, że handel nimi spokojnie przeniósł
się do internetu i bez problemu można je zamówić z dostawą do domu.
Na podst. "Świat Wiedzy", listopad 2011
drewniana rzezba
środa, 16 listopada 2011
poniedziałek, 14 listopada 2011
233. Mam 3 lata
Trzy lata temu, drżącymi z emocji paluszkami klikałam w klawiaturę,
a potem z drżeniem serca skierowałam kursor na "publikuj post" - klik i..
poszło. Zaczęłam działalność blogerską dzięki pomocy Jacka z
"Dziurawego worka", który dzielnie wytrzymywał moje głupawe
pytania dotyczące zakładania bloga i jego obsługi.
Jacku, jeszcze raz dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość.
Zaczęłam pisanie blogiem "procontra-anabell", potem krótko były
dwa blogi, a teraz jest ten, chyba więcej mówiący o mnie niż tamten.
****
Mam 3 lata i lenia, niechcieja, zwis totalny. Najchętniej leżałabym
cały dzień i gapiła się w sufit. I co z tego, że kupiłam sobie nową
książkę, a nawet dwie:
Howard Jacobson "Kwestia Finklera" (nagroda Bookera 2010r);
Tom Wolfe "Facet z zasadami", ponoć to światowy bestseller,
skoro nawet czytać mi się nie chce.
****
Zmusiłam się dziś, by zrobić agaty nie dla Agaty, a dla wczorajszej
jubilatki. Po raz pierwszy łączę plaster agatu z koralami agatu i złotymi
toho. To właśnie ten wisior:
Mam nadzieję, że się spodoba i nie będę musiała nic przerabiać.
A na zmiłowanie i przypływ weny czekają jeszcze dwa wisiorki:
Musze im jeszcze upleść jakieś "sznurki".
A na założenie zapięcia czeka taki śmieszny wisiorek:
Byłoby całkiem miło, gdybym się wreszcie ocknęła z tego letargu
i ruszyła do roboty. Mam nawet kilka pomysłów , ale gorzej z ich
realizacją. Całe szczęście, że skończyłam i wysłałam do córki
choinkowe "duperele". W tym nastroju już nic bym nie skończyła.
****
Idzie zima - zrujnowałam się wczoraj na kurtkę puchówkę - teraz
czekam na mróz. Jest leciutka, nieprzyzwoicie ciepła, w kolorze
śliwki-węgierki, mocno dojrzałej. Od wielu lat kurtki kupuję w firmie,
która sprowadza kurtki ze Szwecji - są naprawdę znakomite, a
na dodatek ładne i trwałe.
a potem z drżeniem serca skierowałam kursor na "publikuj post" - klik i..
poszło. Zaczęłam działalność blogerską dzięki pomocy Jacka z
"Dziurawego worka", który dzielnie wytrzymywał moje głupawe
pytania dotyczące zakładania bloga i jego obsługi.
Jacku, jeszcze raz dziękuję za cierpliwość i wyrozumiałość.
Zaczęłam pisanie blogiem "procontra-anabell", potem krótko były
dwa blogi, a teraz jest ten, chyba więcej mówiący o mnie niż tamten.
****
Mam 3 lata i lenia, niechcieja, zwis totalny. Najchętniej leżałabym
cały dzień i gapiła się w sufit. I co z tego, że kupiłam sobie nową
książkę, a nawet dwie:
Howard Jacobson "Kwestia Finklera" (nagroda Bookera 2010r);
Tom Wolfe "Facet z zasadami", ponoć to światowy bestseller,
skoro nawet czytać mi się nie chce.
****
Zmusiłam się dziś, by zrobić agaty nie dla Agaty, a dla wczorajszej
jubilatki. Po raz pierwszy łączę plaster agatu z koralami agatu i złotymi
toho. To właśnie ten wisior:
Mam nadzieję, że się spodoba i nie będę musiała nic przerabiać.
A na zmiłowanie i przypływ weny czekają jeszcze dwa wisiorki:
Musze im jeszcze upleść jakieś "sznurki".
A na założenie zapięcia czeka taki śmieszny wisiorek:
Byłoby całkiem miło, gdybym się wreszcie ocknęła z tego letargu
i ruszyła do roboty. Mam nawet kilka pomysłów , ale gorzej z ich
realizacją. Całe szczęście, że skończyłam i wysłałam do córki
choinkowe "duperele". W tym nastroju już nic bym nie skończyła.
****
Idzie zima - zrujnowałam się wczoraj na kurtkę puchówkę - teraz
czekam na mróz. Jest leciutka, nieprzyzwoicie ciepła, w kolorze
śliwki-węgierki, mocno dojrzałej. Od wielu lat kurtki kupuję w firmie,
która sprowadza kurtki ze Szwecji - są naprawdę znakomite, a
na dodatek ładne i trwałe.
czwartek, 10 listopada 2011
232. Dostałam
Popatrzcie, kochani, co dziś dostałam od Kankanki :
To są przepiękne kurki-chwytaki do garnkowych uszu. I wierzcie mi,
są niezwykle starannie wykończone, żadnych supłów, poplątanych
nitek, dziwnych zmarszczeń. Powiem Wam, że często-gęsto nawet
sukienki i bluzki są mniej starannie wykończone. Zresztą spójrzcie
sami na to zbliżenie:
Te dzióbki i grzebyki kurek to sam majstersztyk!
Na razie kurki wylądowały w mojej witrynce z różnymi robótkami.
Musze się na nie napatrzeć i pochwalić przed koleżankami. Niech
im będzie żal!
Anuś, ogromnie Ci dziękuję, są prześliczne. Zdolniacha z Ciebie
nieprzeciętna, naprawdę!
To są przepiękne kurki-chwytaki do garnkowych uszu. I wierzcie mi,
są niezwykle starannie wykończone, żadnych supłów, poplątanych
nitek, dziwnych zmarszczeń. Powiem Wam, że często-gęsto nawet
sukienki i bluzki są mniej starannie wykończone. Zresztą spójrzcie
sami na to zbliżenie:
Te dzióbki i grzebyki kurek to sam majstersztyk!
Na razie kurki wylądowały w mojej witrynce z różnymi robótkami.
Musze się na nie napatrzeć i pochwalić przed koleżankami. Niech
im będzie żal!
Anuś, ogromnie Ci dziękuję, są prześliczne. Zdolniacha z Ciebie
nieprzeciętna, naprawdę!
wtorek, 8 listopada 2011
231.Cutty Sark
Oto właśnie przepiękny kliper herbaciany, Cutty Sark. Zdjęcie z sieci.
Chorowanie ma też swoje dobre strony - udało mi się upolować
na TV History program o jedynym, zachowanym do teraz
żaglowcu, transportującym herbatę z Chin do Europy.
Do dziś fascynują mnie duże, transportowe żaglowce, które niczym
gigantyczne motyle przemierzały bezmiar oceanów.
Ten piękny statek został zbudowany w 1869 roku w stoczni
brytyjskiej, w Dumbardon. Jest to trójmasztowiec, którego
grot ma aż 45 m wysokości - tak na miastowe pojęcie to będzie,
o ile dobrze liczę, wysokość 15-piętrowego wieżowca .
Cała długość statku to 85 metrów, a pełne ożaglowanie ma aż
blisko 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Na grocie
znajduje się sześć pięter żagli. Kadłub statku ma metalowy szkielet,
obudowany belkami z drewna tekowego. Załoga to zaledwie 25
stałych załogantów i kilku uczniów.
Galion pod bukszprytem przedstawia wiedzmę z poematu Roberta
Burnsa. Ubrana jest w króciutką koszulę, którą Szkoci nazywali
cutty sark i stąd taka nazwa statku. Kiedyś myślałam, że to imię
i nazwisko.
Popatrzcie na ten galion:
to właśnie wiedzma Nannie trzymająca koński ogon.
Cutty Sark został zwodowany w dość niefortunnym momencie - dwa
tygodnie wcześniej otwarto Kanał Sueski i pomału parowce zaczęły
wypierać klipery z herbacianego szlaku. Kanał Sueski nie stwarzał dla
żaglowców warunków do szybkiego pływania.
A Cutty Sark na pełnym morzu rozwijał szybkość do 17,15 węzłów
na godzinę i mógł przepłynąć 350 mil morskich, czyli 650 km dziennie.
Zamiast do Chin Cutty Sark zaczął pływać do Australii po wełnę,
budząc po drodze podziw i zazdrość wielu kapitanów parowców,
którym niewiele ustępował szybkością.
Ale era pięknych, wielkich fregat pomału odchodziła do lamusa.
Cutyy Sark dwukrotnie zmieniał właściciela i od ostatniego z nich
odkupił go w 1923 roku kapitan Wilfred Dowman, darowując Cutty
Sark Anglii.
Obecnie Cutty Sark stoi w Greenwich, gdzie ostatnio przechodzi
gruntowną renowację.Nie obyło się bez kłopotów, ponieważ
w 2007 roku na statku, przechodzącym remont, wybuchł pożar.
Na szczęście nie było na nim stałego wyposażenia, żagli, reji, kubryków,
eksponatów muzealnych. Pożar strawił stare drewno a metalowy
szkielet nie uległ uszkodzeniu od pożaru. Ponaprawiano wszystkie
nadwątlone części kadłuba, położono nowe tekowe belki na burty i
pokład. Pomału Cutty Sark wraca do swej świetności.
Spójrzcie na tę fregatę jeszcze raz. To taki piękny, zjawiskowy widok.
Jaka szkoda, że zniknęły jako stały element morskiego krajobrazu.
Zdjęcia wzięłam z sieci, wiadomości z TV History
Chorowanie ma też swoje dobre strony - udało mi się upolować
na TV History program o jedynym, zachowanym do teraz
żaglowcu, transportującym herbatę z Chin do Europy.
Do dziś fascynują mnie duże, transportowe żaglowce, które niczym
gigantyczne motyle przemierzały bezmiar oceanów.
Ten piękny statek został zbudowany w 1869 roku w stoczni
brytyjskiej, w Dumbardon. Jest to trójmasztowiec, którego
grot ma aż 45 m wysokości - tak na miastowe pojęcie to będzie,
o ile dobrze liczę, wysokość 15-piętrowego wieżowca .
Cała długość statku to 85 metrów, a pełne ożaglowanie ma aż
blisko 3 tysiące metrów kwadratowych powierzchni. Na grocie
znajduje się sześć pięter żagli. Kadłub statku ma metalowy szkielet,
obudowany belkami z drewna tekowego. Załoga to zaledwie 25
stałych załogantów i kilku uczniów.
Galion pod bukszprytem przedstawia wiedzmę z poematu Roberta
Burnsa. Ubrana jest w króciutką koszulę, którą Szkoci nazywali
cutty sark i stąd taka nazwa statku. Kiedyś myślałam, że to imię
i nazwisko.
Popatrzcie na ten galion:
to właśnie wiedzma Nannie trzymająca koński ogon.
Cutty Sark został zwodowany w dość niefortunnym momencie - dwa
tygodnie wcześniej otwarto Kanał Sueski i pomału parowce zaczęły
wypierać klipery z herbacianego szlaku. Kanał Sueski nie stwarzał dla
żaglowców warunków do szybkiego pływania.
A Cutty Sark na pełnym morzu rozwijał szybkość do 17,15 węzłów
na godzinę i mógł przepłynąć 350 mil morskich, czyli 650 km dziennie.
Zamiast do Chin Cutty Sark zaczął pływać do Australii po wełnę,
budząc po drodze podziw i zazdrość wielu kapitanów parowców,
którym niewiele ustępował szybkością.
Ale era pięknych, wielkich fregat pomału odchodziła do lamusa.
Cutyy Sark dwukrotnie zmieniał właściciela i od ostatniego z nich
odkupił go w 1923 roku kapitan Wilfred Dowman, darowując Cutty
Sark Anglii.
Obecnie Cutty Sark stoi w Greenwich, gdzie ostatnio przechodzi
gruntowną renowację.Nie obyło się bez kłopotów, ponieważ
w 2007 roku na statku, przechodzącym remont, wybuchł pożar.
Na szczęście nie było na nim stałego wyposażenia, żagli, reji, kubryków,
eksponatów muzealnych. Pożar strawił stare drewno a metalowy
szkielet nie uległ uszkodzeniu od pożaru. Ponaprawiano wszystkie
nadwątlone części kadłuba, położono nowe tekowe belki na burty i
pokład. Pomału Cutty Sark wraca do swej świetności.
Spójrzcie na tę fregatę jeszcze raz. To taki piękny, zjawiskowy widok.
Jaka szkoda, że zniknęły jako stały element morskiego krajobrazu.
Zdjęcia wzięłam z sieci, wiadomości z TV History
poniedziałek, 7 listopada 2011
230. Diagnoza
Powinnam właściwie urządzić konkurs pt: "jaka jest diagnoza?" I jestem
pewna, że długo byście nie zgadli.
Znam ją od wczoraj, ale musiałam się upewnić, że to prawda. Postawił
ją zaprzyjazniony lekarz, po obmacaniu mych powłok brzusznych i
wyników badań - wszystkie dolegliwości moje to wynik.....
odwodnienia.
Chwilami mój dialog z tym panem brzmiał niczym "dialogi na cztery nogi".
Bo po badaniu, wsadził nos w wyniki i ni to stwierdził, ni to zapytał :
"od jak dawna pani nie pije". Zbaraniałam , ale grzecznie odpowiadam:
"nigdy nie piłam". Tym razem p. doktor popatrzył na mnie badawczo
i mówi : "przecież widzę,że jest pani odwodniona i to już od dłuższego
czasu, te przedoperacyjne wyniki też o tym świadczą".
Gdy wyspowiadałam się, ile to płynu dziennie wypijam, zostałam
pouczona, że mam dziennie wypijać 2 litry w postaci: wody słabo
zmineralizowanej, rozwodnionych soków owocowych i warzywnych
oraz wywarów z warzyw + zupy.
Jeść mam niemal wszystko, byle chudo i mało na raz i co 3-4 godz.
Więc od wczoraj trenuję picie i jem i.....nic mnie nie boli. Tyle tylko,
że nie mogę się oprzeć wrażeniu, że bez przerwy jestem uczepiona
jakiejś szklanki czy też kubka.
Nie podoba mi się jedna sprawa - mój objaw braku pragnienia to
dla mnie nic nowego - zawsze tak miałam. Niestety reakcja mego
organizmu to znak, że przestał być młody.
Dobrze, że mój mózg tego nie zauważył.
pewna, że długo byście nie zgadli.
Znam ją od wczoraj, ale musiałam się upewnić, że to prawda. Postawił
ją zaprzyjazniony lekarz, po obmacaniu mych powłok brzusznych i
wyników badań - wszystkie dolegliwości moje to wynik.....
odwodnienia.
Chwilami mój dialog z tym panem brzmiał niczym "dialogi na cztery nogi".
Bo po badaniu, wsadził nos w wyniki i ni to stwierdził, ni to zapytał :
"od jak dawna pani nie pije". Zbaraniałam , ale grzecznie odpowiadam:
"nigdy nie piłam". Tym razem p. doktor popatrzył na mnie badawczo
i mówi : "przecież widzę,że jest pani odwodniona i to już od dłuższego
czasu, te przedoperacyjne wyniki też o tym świadczą".
Gdy wyspowiadałam się, ile to płynu dziennie wypijam, zostałam
pouczona, że mam dziennie wypijać 2 litry w postaci: wody słabo
zmineralizowanej, rozwodnionych soków owocowych i warzywnych
oraz wywarów z warzyw + zupy.
Jeść mam niemal wszystko, byle chudo i mało na raz i co 3-4 godz.
Więc od wczoraj trenuję picie i jem i.....nic mnie nie boli. Tyle tylko,
że nie mogę się oprzeć wrażeniu, że bez przerwy jestem uczepiona
jakiejś szklanki czy też kubka.
Nie podoba mi się jedna sprawa - mój objaw braku pragnienia to
dla mnie nic nowego - zawsze tak miałam. Niestety reakcja mego
organizmu to znak, że przestał być młody.
Dobrze, że mój mózg tego nie zauważył.
niedziela, 6 listopada 2011
229. Jesień
sobota, 5 listopada 2011
228. Wpadłam ukradkiem
Kochani, mając Was wokół to nawet chorować miło.
A teraz się wytłumaczę, co narozrabiałam - po pierwsze uwierzyłam
pewnemu lekarzowi, że powinnam już jeść wszystko, po drugie
raz sobie poćwiczyłam mięśnie brzucha, proste i skośne. Zaledwie
20 minut ćwiczyłam.
Od poniedziałkowego popołudnia zdychałam z bólu, mdłości i tym
podobnych atrakcji do wtorkowego ranka, do brzucha nie mogłam
się dotknąć przez 3 dni i na dodatek cokolwiek zjem to mnie boli tak
jakbym nadal miała pęcherzyk żółciowy, a do tego mam temperaturę
powyżej 38,5.
Diagnoza może będzie po analizach krwi i USG. Możliwości są
trzy- 1.zapalenie trzustki, 2. kamyczki w przewodach żółciowych,
3. 10-15% pacjentów tak ma, dopóki ich wspólny przewód żółciowy
nie przejmie funkcji usuniętego narządu.
Osobiście stawiam na trzecią opcję bo mnie się zawsze przytrafiają
w kwestiach zdrowotnych te niskie procenty.
No i mam leżeć, bo może sobie co "obluzowałam" w brzuchu, może
któraś klamra mi zleciała? A może zapalenie trzustki, skoro tak
ślicznie gorączkuję? Same znaki zapytania.
Wracam do łóżka, strażnik wraca.
A teraz się wytłumaczę, co narozrabiałam - po pierwsze uwierzyłam
pewnemu lekarzowi, że powinnam już jeść wszystko, po drugie
raz sobie poćwiczyłam mięśnie brzucha, proste i skośne. Zaledwie
20 minut ćwiczyłam.
Od poniedziałkowego popołudnia zdychałam z bólu, mdłości i tym
podobnych atrakcji do wtorkowego ranka, do brzucha nie mogłam
się dotknąć przez 3 dni i na dodatek cokolwiek zjem to mnie boli tak
jakbym nadal miała pęcherzyk żółciowy, a do tego mam temperaturę
powyżej 38,5.
Diagnoza może będzie po analizach krwi i USG. Możliwości są
trzy- 1.zapalenie trzustki, 2. kamyczki w przewodach żółciowych,
3. 10-15% pacjentów tak ma, dopóki ich wspólny przewód żółciowy
nie przejmie funkcji usuniętego narządu.
Osobiście stawiam na trzecią opcję bo mnie się zawsze przytrafiają
w kwestiach zdrowotnych te niskie procenty.
No i mam leżeć, bo może sobie co "obluzowałam" w brzuchu, może
któraś klamra mi zleciała? A może zapalenie trzustki, skoro tak
ślicznie gorączkuję? Same znaki zapytania.
Wracam do łóżka, strażnik wraca.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


