drewniana rzezba

drewniana rzezba

sobota, 19 marca 2016

Mix

Byłam w piątek u dentysty - ale już nie było tak miło. Zmienił mi lek
w kanale i była to wielce bolesna operacja, ale lekarz twierdził, że szkoda
dawać znieczulenie, skoro cała operacja potrwa w sumie kilka sekund.
Faktycznie- bolało, ale były to rzeczywiście sekundy i to z przerwami.
Niestety przez resztę dnia, do póznego wieczora zastanawiałam się
czy aby nie podratować się proszkiem p. bólowym.
Ale stwierdziłam, że skoro mnie to nie rwie, a tylko mam pewien dyskomfort,
bo mnie  ćmi, zrezygnowałam z p.bólowca.
Dziś już jest wszystko w porządku a w Wielki Piątek znów mam wizytę.
Chcąc odwrócić swą uwagę od niemiłych odczuć, wzięłam się za
czytanie o rzeczach dziwnych, do końca nie rozwiązanych i nie poznanych.

                                            *****
Oczywiście "padło" na Trójkąt Bermudzki - miejsce  wciąż kontrowersyjne.
Tak prawdę mówiąc to odnoszę wrażenie, że znacznie lepiej znamy Kosmos
niż to wszystko co kryją głębie  oceanów. 
Latem 1968 roku, grupa dwunastu zawodowych płetwonurków poszukiwała
w rejonie Wysp Bahama wraków zatopionych statków, które przewoziły
ongiś duże ilości złota. 
Wśród nurków znajdował się dr Ray Brown, lekarz medycyny, który potem,
całą historię tej i następnej wyprawy w ten rejon opowiedział. 
Podczas tej wyprawy nurkowie z pełnym poświęceniem  przekopywali tony
piachu w miejscu zwanym Wielkim Językiem Oceanu -w tym właśnie miejscu
kiedyś nastąpiło obsunięcie  się Ziemi, a magnetometry wskazywały, że
w głębinie znajdują się jakieś metalowe artefakty.
Nurkowie wykopali setki dołów na terenie obejmującym 25 km długości i
8 km szerokości.
Niestety ta wyprawa zakończyła się fiaskiem, a pochłonęła około półtora
miliona dolarów. 
Zniechęceni i bardzo zmęczeni poszukiwacze rozjechali się do domów. 
Ale świadomość istnienia gdzieś, na dnie  Oceanu nieodkrytych skarbów
sprawiła, że w dwa lata póżniej  znów skompletowano ekipę nurków i
kontynuowano poszukiwania w tym samym rejonie. 
Ray Brown znów brał udział w tej wyprawie. Tym razem często filmował
podwodny świat. Pewnego dnia był tak pochłonięty filmowaniem sytuacji
pomiędzy nurkiem, krabem i węgorzem, że zbyt pózno zorientował się, że
ma już tylko resztki powietrza w butli i w pewnej chwili butla całkowicie
opustoszała, a do powierzchni pozostało mu jeszcze 30 metrów.
Pech sprawił, że w tym czasie na tym terenie odbywały się zawody
łodzi motorowych. Ray, który już nie mógł dłużej wstrzymywać oddechu,
postanowił wynurzyć się tuż obok przepływającej obok łodzi - ale nim
zdążył nabrać powietrza, druga łódz skotłowała go ponownie w wodę.
Ray doświadczył bardzo dziwnego stanu oddzielenia się świadomości od
ciała, jego świadomość wędrowała w różne miejsca, również w Kosmos.
W pewnym momencie poczuł, że jest wyciągany z wody i rzucony na
twarde dno łodzi. Potem helikopter podjął go z łodzi i przetransportował
do szpitala w Fort Lauderdale. Ray słyszał głosy ratowników, którzy
między sobą mówili, że on już nie żyje i chyba nic mu już nie pomoże.
W końcu założono mu maskę tlenową, a on, ku zdumieniu wszystkich, 
zaczął oddychać. Lekarze nie mogli uwierzyć własnym oczom , bo od
chwili najechania na niego łodzi do chwili nałożenia maski tlenowej minęło
około godziny a może nawet dłużej.
W każdym razie przypadek był dziwny i bardzo zmienił spojrzenie Raya
na życie. Był przeświadczony, że czas, w którym pracuje w swej klinice
jest niejako mu pożyczony, a  nie on jest jego prawdziwym dysponentem.
Ray wieczorem tego samego dnia został wypisany ze szpitala i w dzień
pózniej dołączył do ekipy nurków.
Tym razem powrócili w miejsce, w którym przeszukiwali teren dwa lata
wcześniej. W krótkim czasie po dopłynięciu do okolic wyspy Bari natrafili 
na bardzo gwałtowny sztorm w czasie którego ekipa straciła dużo sprzętu 
i musiała schronić się na małej, bezludnej wysepce.
Tuż przed sztormem nurkowie  znalezli pod wodą jakieś ruiny i gdy tylko  
ucichł sztorm, powrócili w to miejsce.
Do wody zeszło pięciu nurków. W wodzie unosiły się jeszcze duże ilości
wzburzonego piasku,  ale nurkowie dość wyraznie widzieli obrysy
monumentalnych budowli.
Ray płynął jako ostatni i w pewnej chwili odczuł wielkie zmęczenie, więc
przysiadł  na pobliskim koralu, by wyrównać oddech, odpocząć. 
Gdy rozglądał się pomału dookoła, jego wzrok wychwycił kształt piramidy,
co go ogromnie zdziwiło. Żałował,że nie ma ze sobą kamery lub chociaż
aparatu fotograficznego. Był przekonany, że  widok podwodnej piramidy
jest mirażem, coś jak fatamorgana. 
Pomimo zmęczenia  i pełen niedowierzania popłynął w jej kierunku.
Piramida wcale nie była złudzeniem optycznym- była tam, wystawała
z piasku na około 30 metrów w górę, a powierzchnia jej była niezwykle
gładka, kamienne bloki były ściśle ze sobą spasowane.
Zafascynowany Ray zaczął pomału opływać wystającą część budowli,
za  każdym okrążeniem schodząc nieco niżej.  
Przy trzecim okrążeniu zobaczył w ścianie otwór -zaciekawiony wpłynął
do środka. Wszak nie jeden raz wpływał do pomieszczeń zatopionych
wraków.
Po przepłynięciu niedługiego korytarza natrafił na pojedynczą salę , która
miała kształt prostokąta a jej ściany zbiegały się ku górze tworząc 
kształt piramidy. 
Na środku sali stał kamienny stół , dookoła niego stały kamienne fotele. 
Z punktu, w którym zbiegły się ściany tworzące sufit zwieszał się w dół
pręt grubości ok. 8cm, wyglądający tak, jak stare złoto.
W pierwszej chwili Ray chciał go oderwać i zabrać ze sobą, ale jego 
starania spełzły na niczym. Przysiadł więc na jednym z kamiennych foteli
by spokojnie zebrać myśli i dopiero wtedy dostrzegł, że na stole, tuż pod 
końcem pręta znajduje się jakaś rzezba- para metalowych dłoni a w nich
spoczywa przezroczysta kula, w której znajduje się piramida, a raczej
trzy piramidy- jedna w drugiej. 
Ray, wciąż nie bardzo wierząc własnym oczom sięgnął po tę kulę, która
miała zaledwie 10 cm  średnicy. 
Twierdził, że gdy ją wziął ostrożnie do rąk, poczuł głęboki spokój  a jakiś
głos- wewnętrzny lub może dopływający gdzieś z zewnątrz powiedział:
"Przybyłeś tu i masz, po co przybyłeś.Teraz odejdz i nie powracaj tu więcej."
Ray rozejrzał się jeszcze raz po tej salce i wypłynął z powrotem do
wyjścia.
Po wypłynięciu na powierzchnię i dostaniu się z powrotem do łodzi ,
dowiedział się  każdy z tej piątki nurków przeżył podobną sytuację i co
jeszcze bardziej zadziwiające słyszał te same  słowa gdy brał jakiś
znaleziony pod wodą artefakt.  
Swoje trofea znajdowali w różnych budynkach tego zatopionego miasta-
jedne leżały na kamiennym stole w budynku, który kojarzył się z galerią, inne znalezli w budynku, który wydawał się budynkiem mieszkalnym.
Niektórzy  znalezli małe, prostokątne  urządzenia podobne do kieszonkowego
kalkulatora z okienkiem, ale bez klawiszy.
Niestety nigdy nie udało się ustalić z czego były wykonane, choć na oko 
sprawiały wrażenie, że są z metalu ani dociec do czego służyły. 
Ray wziął sobie do serca słowa usłyszane w podwodnej piramidzie. 
Nigdy więcej nie nurkował w tym miejscu ani w jego pobliżu, gdzie trafił na
tę niezwykłą piramidę.
Po  nurkowaniu w tym niezwykłym miejscu z niewiadomego  powodu
minęła pomiędzy tą piątką kolegów dawna zażyłość.
W ciągu kilku lat tylko Ray pozostał przy życiu - czwórka jego kolegów
zginęła w oceanie -jeden w rejonie Bimini wyskoczył z łodzi i złamał kgosłup
przy uderzeniu w piasek, drugi  został zaatakowany przez rekina w odległości
60 km od Bimini, kolejny wypłynął na  Haiti na małej łodzi i nigdy nie powrócił,
a ostatni zginął gdzieś z  dala od Jamajki, skutkiem jakiegoś wypadku pod wodą. 
Wszyscy oni wracali w miejsce, w którym znalezli to podwodne miasto.
Przez pięć lat Ray nie pokazywał tej kryształowej kuli publicznie. 
Badanie jej   niewiele dostarczyło wiadomości -dowiedziano się jedynie,
że jest to kryształ kwarcu i z pewnością został wytoczony, gdyż kryształ kwarcu nie formuje się samoistnie w kształt kuli.
Przy okazji zaobserwowano, że kula emanowała energią, zwłaszcza gdy się
ją umieściło w modelu piramidy. 
Poza tym dziwnie zachowywał się kompas położony tuż przy tej kuli- gdy
leżał blisko kryształu to igła kompasu obracała się w stronę przeciwną do
ruchu wskazówek zegara, ale gdy kompas był umieszczony 5 cm powyżej
wskazówka obracała się zgodnie z ruchem wskazówek zegara.  
W roku 1970 kryształ ten został wyceniony na około 20.000 dolarów USA.
                                         *****
Podwodne miasto ze swą piramidą było obserwowane już wcześniej, przed
odnalezieniem go przez  dr.Raya Browna. 
Przez wiele lat pasażerowie i załogi samolotów twierdzili, że gdy przelatywali
nad wodami w pobliżWysp Bahama poprzez wodę widzieli zatopione
miasto i piramidę.Oczywiście nie zawsze, ale czasami,zwłaszcza po bardzo
silnym sztormie.
Ale nawet dobrze udokumentowane raporty z tych obserwacji były i są
nadal usuwane przez oficjalne  władze jako obserwacje spowodowane
przez "optyczne iluzje", a wszelkie zaginięcia  małych samolotów i jachtów
opisywane są jako wynik absolutnej nieudolności ludzi - pilotów i żeglarzy.
Obszar Trójkąta Bermudzkiego jest również miejscem, w którym występują
w rejonie Wysp Bahama tzw. "błękitne dziury" , które również można
zaobserwować z pokładu samolotu.
Są to miejsca, gdzie na olbrzymim obszarze wypływa świeża woda ze
środka dna Oceanu. Te ogromne baseny erupcji świeżej wody mają czasem średnicę    8 kilometrów. Morze w takim miejscu podnosi się nawet
do wysokości  jednego metra pod wpływem strumienia prądu słodkiej wody
w oceanie wody słonej.
                                        *****
Trójkąt Bermudzki jest nadal terenem badań różnych naukowców,  ale
wiadomości o tym fakcie nie  są nigdzie regularnie ogłaszane.
Co tydzień wielki wycieczkowiec kursujący z USA na Wyspy Bahama, który pod swym pokładem na wielkie laboratoria i skomplikowane oprzyrządowanie
bez przerwy bada ten tajemniczy akwen.   
 
  
 

środa, 16 marca 2016

Taka sobie środa

Dziś miałam małe interwiew,u pana dentysty, na które dostarczyłam 
swoje portfolio.
Tak dokładnie portfolio dotyczyło raczej  mojej paszczęki - klisza
nie miała za grosz litości i ukazała każdy ząb wraz z kanałami i wadami.
Trochę mi pan dentysta współczuł, bo gdy ktoś do 60 roku życia
posiadał ząb mleczny, to nie wiadomo co o kimś takim  tak naprawdę
myśleć. 
Pan dentysta z uwagą oglądał podobiznę mojej paszczęki co jakiś czas
zerkając na  "oryginał', w końcu grobowym głosem oznajmił, że czegoś
mu na tej kliszy bardzo  brakuje, a tym czymś jest kanał zęba, w którym
ma umieścić wkład korzeniowo-koronowy.
W końcu głęboko westchnął, znieczulił mnie i zaczął poszukiwać wejścia
do kanału by zatruć nerw.
Owe poszukiwania trwały dość długo i nawet wysnułam tezę, że może
jestem pozbawiona czegoś takiego, bo tak naprawdę to jestem bardzo
wybrakowanym egzemplarzem, no ale w końcu po kolejnych odwiertach
udało się ten kanał odnalezć. 
Kanał odnaleziony (wlot był zarośnięty), trucizna założona a ja mam
kolejną wizytę w piątek rano.
Po raz pierwszy miałam zrobione znieczulenie takie, że nie zdrętwiało 
mi pół szczęki , co wprowadziło mnie w dobry nastrój na resztę dnia.
Ten dentysta należy do tych, którzy są zainteresowani ogólnym 
stanem zdrowia pacjenta i którzy dokładnie tłumaczą co i dlaczego robią.
Koleżance, która mnie do niego "dopuściła" i jeszcze sprawiła, że
zostałam przyjęta nadprogramowo, wyraziłam dziś dozgonną wdzięczność.
Ogółem czeka mnie  instalacja jeszcze jednego takiego wkładu i już tylko
pozostanie  "łatwizna", czyli dwie  korony a na pożegnanie założenie
"normalnej" plomby w trzecim zębie.
Człowiek to jednak wielce niedoskonały twór. Wciąż nie rozumiem jakim
cudem zostaliśmy "panami świata".

niedziela, 13 marca 2016

Post niejako ku przestrodze....

......czyli nie zawsze warto we wszystko wierzyć co się nam w głowie
wylęgnie.

Był rok 1428. Na zamku Vaucoulers pojawiła się skromnie odziana mloda
dziewczyna, żądając audiencji u miejscowego burmistrza,  niejakiego
Roberta de Baudricourt. 
Twierdziła, że przyszła za namową trzech  świętych: Małgorzaty,
Katarzyny i  Michała, którzy powierzyli jej misję wygnania Anglików
z Francji oraz osadzenia na tronie delfina Karola, prawowitego następcy
tronu.
Poruszony jej słowami burmistrz de Baudricourt zaprowadził ją do Karola
Lotaryńskiego, którego owa dziwna dziewczyna zaczęła przekonywać do
porzucenia niemoralnego stylu  życia. 
W zamian za te nauki książę podarował dziewczynie konia, a burmistrz 
dorzucił miecz.
Książę zabrał dziewczynę do Chinon na spotkanie z delfinem.
Aby przetestować jej  nadzwyczajne  zdolności, delfin  dostał polecenie 
ubrania się w  zwykły, codzienny strój swych dworzan, wśród których
 miał się ukryć.
Po przybyciu do Chinon, dziewczyna bez trudu odnalazła wśród dworzan
delfina i zaczęli rozmawiać. Jak potem powiedział delfin, mówiła mu
o rzeczach, o których wiedział tylko on i jego spowiednik.
Następnie dziewczyną zajęli się księża i....lekarze. 
Ci pierwsi wypytywali ją dokładnie o głosy świętych, które słyszała, a
lekarze stwierdzili, że dziewczyna była......dziewicą, co w tych czasach
było raczej rzadkością. 
Po tych wszystkich "sprawdzianach" delfin wyposażył dziewczynę w zbroję,
lancę i sztandar (konia i miecz już posiadała) a następnie oddał
w jej dowództwo swoje armie, co nie wzbudziło zupełnie entuzjazmu  wśród
arystokratów, którzy nie chcieli się podporządkować prostej wieśniaczce.
Rok pózniej, pod Orleanem, wojska pod dowództwem tej wieśniaczki odniosły
zwycięstwo nad Anglikami a ona  od tej pory była znana jako Joanna d'Arc, Dziewica Orleańska. 
Kolejne bitwy również były dla Joanny d'Arc zwycięskie i w końcu , w dniu
17 lipca 1429 roku Joanna poprowadziła delfina do koronacji w Rheims.
Karol uznał sprawę za  załatwioną i zdemobilizował armię we wrześniu.
Ale Joanna czuła się nadal zobowiązana przysięgą złożoną świętym, że
przepędzi całkowicie wszystkich Anglików z Francji, więc rozpoczęła
samotną walkę z minimalną ilością wojska i ponosiła porażkę za porażką.
24 maja 1430 roku wyruszyła z Compiegne na spotkanie sił angielskich
i ich burgundzkich sojuszników.
Wzięta w kleszcze usiłowała dostać się z powrotem do miasta, ale bramy 
były zamknięte i podniesiony  zwodzony most nad głęboką fosą.
W ciągu kilku godzin stała się więzniem Burgundczyków. 
Rok pózniej stanęła przed sądem inkwizycji. Wyrok wydany przez tę
ponurą formację brzmiał:
"zważywszy cele, sposoby i tematy objawień Joanny, jakość jej osoby,
a także miejsce czynów i inne okoliczności, głosy które słyszała są
albo kłamstwami wyobrazni zgubnymi i zepsutymi, albo wspomniane
zjawiska i  objawienia są wymyślone i pochodzą od złośliwych i
diabolicznych duchów, Beliala, Szatana czy Behamota".
We wrześniu 1430 roku wojska Burgundów sprzedały ją Anglikom.
24 maja 1931r została spalona na stosie tak wysokim, że kat nie mógł
nawet zadać jej zwyczajowego ciosu miłosierdzia, by nieco  krócej 
cierpiała.
Gwoli przypomnienia - Inkwizycja, która skazała Joannę, została
ustanowiona 200 lat wcześniej z myślą o zwalczaniu herezji katarów,
sekty propagującej życie w ubóstwie i wolną miłość a co gorsze,
postulowała zrzeczenie się przez Kościół  wszelkich dóbr doczesnych.
W 1209 roku rozpoczęła się szeroko zakrojona krucjata przeciwko
katarom i tysiące katarów pozbawiono życia. 
W 1215 r papież Innocenty III powołal nowy zakon- dominikanów, 
na czele którego stanął hiszpański ksiądz Domingo de Guzman.
Uzbrojeni w bullę papieską  Ad Extirpanda ("o tych, którzy muszą być
zniszczeni") inkwizytorzy mogli  wtrącać do więzienia każdego, kogo
uznali za podejrzanego, bez żadnego procesu, a także poddawać
torturom, konfiskować ich własność oraz- skazywać na stos. 
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że duch Inkwizycji nadal żyje, tylko
 przysiadł cichutko w kąciku , zmienił szatki duchowne na świeckie
i czeka na swą kolej w nowej odsłonie.

piątek, 11 marca 2016

Byłam dziś......

....u ortopedy, w Konstancinie, w Centrum Kompleksowej Rehabilitacji.
Stali czytacze wiedzą, że regularnie co pół roku mam dwutygodniowy
cykl zabiegów rehabilitacyjnych.
Nie da się ukryć, że od chwili zapisu do owej pożytecznej placówki do
pierwszej wizyty minęło ponad dwa lata, za to teraz, regularnie co pół 
roku  jestem dopuszczana do ortopedy, a ten kieruje mnie na zabiegi. 
Dziś co prawda nie było prowadzącego mnie lekarza, ale był inny ortopeda,
  zastępstwie. Bardzo sympatyczny - sam wyruszył na poszukiwanie
opisu mojego wyniku Rtg, który miał podobno  już na mnie czekać
w gabinecie  lekarza prowadzącego . Usiłował co prawda odczytać wynik
z płytki CD, którą otrzymałam zaraz po prześwietleniu kręgosłupa, ale ku 
jego i mojemu  zdziwieniu, płytka nie dała się odczytać. Nie ten program.
Dowiedziałam się, że od pierwszych dni życia zarabiamy rzetelnie na 
wszystkie bóle, które nas potem "na starość" prześladują. 
Na pożegnanie dostałam oczywiście skierowanie na zabiegi i informację, 
która mnie uradowała -jest trochę gorzej niż było, ale nie ma osteoporozy
ani martwicy aseptycznej.
Mniej fajna sprawa - muszę ćwiczyć codziennie do końca  życia, więc
znów do wystroju pokoju wraca piłka. No cóż zieleń pasuje i do moich
mebli i do ścian w kolorze ecru.
Wracałam do Warszawy radosna jak szczeniak na łące i nawet fakt, że
zabiegi  będę miała dopiero od 11 kwietnia  mnie  nie zmartwił.
I taka radosna obserwowałam kraj w ruinie. 
Jeszcze kilka lat temu, wzdłuż drogi do Konstancina ciągnęły się pola
uprawne- cały przekrój upraw. Teraz ciągną się szeregi domów -osiedle za osiedlem. 
Szosa biegnie równolegle do Wisły i sądzę, że całkiem niedługo cały teren
od wałów przeciwpowodziowych do szosy zostanie równo zabudowany.
W pobliżu tegoż wału już stoi sporo domów.
Po drugiej stronie szosy teren budowy jest ograniczony Lasem Kabackim.
Jest tylko nadzieja, że Lasu Kabackiego nie wyrąbią, może minister
od  pól i lasów nie zauważy go i las ocaleje? Jest znacznie mniej rzucający
się w oczy niż Puszcza Białowieska i żubrów w nim nie ma.
Poza budownictwem wielorodzinnym, jak grzyby po ciepłym deszczu wyrosły osiedla domków jednorodzinnych. I nie są to jak kiedyś małe domki, typu
"buda dla dużego psa" ale "skromne pałacyki" dla nieco mniej bogatych
szejków. I ciągle coś się buduje.
Jechałam statecznie z prędkością 70 km na godzinę ( bo na większości
drogi obowiązuje 60km/h ) i...byłam wciąż ostatnia wśród aut osobowych-
a wyprzedzały mnie strasznie stare samochody,wśród których najstarsze 
było sprzed pięciu lat- reszta nówki lub prawie nówki, same wypasione
bryki jak  audi,bmw, infinity, lexus i mój pięcio miejscowy samochodzik getz
wyglądał przy nich jak 126p przy autobusie. No cóż, bieda aż piszczy i te
ruiny dookoła. 
I z rozrzewnieniem wspominałam czas, gdy do Powsina i Konstancina
jechało się kolejką wąskotorową - wlokła się sapała, gwizdała, ale dowoziła
do celu.
I nikt nie mówił, że kraj jest w ruinie, choć nie wszystkie zburzone w czasie
wojny domy były odbudowane.
Miłego weekendu! 

piątek, 4 marca 2016

Wczoraj.....

....dołączyłam do grona tych, co gromy rzucają na instytucję zwaną
NFZ. 
Bo akurat wczoraj nastąpił dzień, w którym zgodnie z pomysłem NFZ
mogłam, po rocznej przerwie, ujrzeć twarz pani endokrynolog.
W związku z tym musiałam się zwlec bladym świtem z łóżka i pojechać
do przyszpitalnej przychodni endokrynologicznej.
Trafił mi się autobus z kierowcą, który zapewne był przekonany, że wozi
wory kartofli a nie ludzi- człowiek hamował z takim impetem, że za każdym
razem tłum pasażerów (to była godzina szczytu porannego) wpierw
leciał w przód, by zaraz potem zgodnie polecieć w tył. 
Ale jakoś dotarłam, tylko nieznacznie byłam zdeptana, ale mam wrażenie,
że wszyscy którzy nie mieli miejsca siedzącego byli w tej samej sytuacji.
Dobrze, że przyjechałam nieco wcześniej, bo pierwsze co mnie zaskoczyło
to fakt, że gabinety poradni endokrynologicznej zostały przeniesione do
innego budynku. Wyruszyłam  więc na poszukiwania nowej  lokalizacji,
pokonując kilometry szpitalnego budynku.  Od chwili, gdy zaczęłam się
leczyć w tej przychodni,  gabinety już 4 razy zmieniały swe miejsce.
Budynek jest  ogromny, a ktoś obdarzony wielkim poczuciem humoru tak
go zaprojektował, że korytarze przypominają swym układem labirynt. 
Efekt taki, że  wchodząc do tego molocha oznaczonego literą A, nagle  
się człowiek znajduje w budynku oznaczonym jako bud. C, tyle tylko, że 
nic o tym nie wie, bo oznaczenia  są widoczne tylko ....na zewnątrz.
Na wszystkich korytarzach kłębiły się tłumy pacjentów - jedni szukali
pożądanej przez siebie przychodni, inni szatni, a jeszcze inni szukali
rejestracji. Bo w ramach "Ulepszeń", jakiś geniusz zlikwidował centralną
rejestrację pacjentów i teraz  porozdzielano rejestracje do specjalistów
w różne miejsca. I może to nie był całkiem zły pomysł, gdyby nie fakt, że
nigdzie nie wisi dokładna informacja co gdzie można znalezć.
W końcu , na kilka minut przed wyznaczonym czasem wylądowałam pod
właściwym gabinetem. I tu niespodzianka - miałam wizytę wyznaczoną 
na godz. 9,50, a tu oczekiwało 6 osób zapisanych na godz.9,00 no i
oczywiście ci pozapisywani na pózniejsze godziny musieli spokojnie
przeczekać tych sześć dodatkowych osób.
I cała ta sytuacja to wina NFZ, bo ich zdaniem pacjent "endo" nie ma
potrzeby oglądania swego specjalisty częściej niż raz na rok.
Częściej to sobie pacjent może chodzić do endokrynologa prywatnie, 
średnio za 150 zł, z tym, że wszelkie potrzebne  badania też musi
wtedy robić na własny koszt.
Pani endo zmartwiła się nieco moimi wynikami, no ale przecież nie może
być w tej sytuacji inaczej i zostałam zakwalifikowana do tych
pacjentów, którym trzeba na nowo ustawić dawkę hormonu i  w maju
znów mam się stawić przed jej oblicze.
Fakt ten musiała odnotować w jakimś wykazie.
Trochę mnie siekło, bo rok temu już miałam nieco gorsze niż trzeba
wyniki, to wtedy stwierdziła, że latem mi się poprawi.
No i się nie poprawiło a znacznie pogorszyło. 
I w tym miejscu powinnam zacytować poprzednią panią endo - lepsze 
Hashimoto niż rak. Zapewne.
W następny piątek mam kolejną fajną wizytę, tym razem u ortopedy-
w Konstancinie.
Mam tylko nadzieję, że nie  będę musiała pobyć tam 2 lub 3 tygodnie, a wystarczy  rehabilitacja "na przychodne".
Pożyjemy- zobaczymy.
Ciekawość mnie zżera jak mi będzie po nowej dawce tyroksyny.

 

niedziela, 28 lutego 2016

Na ukojenie nerwów

                              Moja ulubiona samba pa-ti


A teraz coś na poprawę humoru - druga część cytatów
z zeszytów szkolnych.
Znajoma nauczycielka stwierdziła, że po 25 latach pracy
jakoś mało ją to bawi, raczej przyprawia o smutek, bo ona ma
"takie kwiatki"  w realu.
No ale nie wszyscy mają to w realu, więc:
                                       *****
Rak jest stawonogiem, bo trzyma nogi w stawie.
                         
W szpitalu ciężko chorym podali kaczki jako przystawkę.

Danuśka stanęła na ławie i zagrała na lutownicy.

Chcę studiować filozofię polską, aby zostać pełnowartościową
krawcową.

W dniu wiosny poszliśmy nad rzekę wesołym konduktem. 

Na klimat Europy wpływa morze, które nas olewa.

Rozalkę leczono niekonwencjonalnie- w piecu.

Pszczoła gryzie tyłem, bo przód ma do zbierania miodu.

Kury w zimie zawsze znoszą droższe jajka.

Ślimak to jednocześnie płeć męska i żeńska, ale z niej nie korzysta.

Lato spędzę w górach u kuzynek, z których zejdę po wakacjach.

Mimo śmierci Norwid nie załamuje się i dalej wierzy w zwycięstwo.

Kochali się do utraty tchu, ale bez wzajemności. 

Jurand był rycerzem szybkiego reagowania.

Klara była ładna i hoża jak dynia.

Darek miał na plecach tornister i niebieskie oczy. 
                                         *****
"To byłoby na tyle"- jak mawiał klasyk. Jeszcze nie wracam, bo będę się  jeszcze nieco leczyć, mam nadzieję że nie będzie to niekonwencjonalne
leczenie  w piecu.
A tak w ogóle to bardzo mi się podobał wesoły kondukt maszerujący 
wczoraj przez stolicę.
I myślę, że powinnam  brać przykład z Norwida, on nie stracił nadziei
i wiary w zwycięstwo.
Miłego nowego tygodnia!!!

Humorek z zeszytów szkolnych z "Nieznany Świat", nr3/2016