....nadszedł czas powagi.
Nie prowadzę bloga "politycznego", no ale czasami nasi wspaniali politycy
i bieżące wydarzenia zmuszają mnie do napisania kilku niemiłych słów.
Zauważyłam pewną zależność- im większą broszkę ma pani premier tym
większe bzdury wyplata swym monotonnym głosuniem.
Przyszło mi do głowy, że w tej ozdobie kryje się jakiś mini głośnik i bez
przerwy podpowiada co pani premier ma zapodać "suwerenowi".
Zastanawiam się, jak można tym monotonnym głosem wciskać Europie,
że Polska to kraj, który przestrzega zasad - nie bardzo tylko wiem o jakie
to zasady biega.
Z pewnością nie o zasady demokracji -TK właściwie ma już tylko samą nazwę
i nie obroni Konstytucji, niezawisłość sądów wisi na cienkiej nitce, prokuratura
już podporządkowana ministrowi sprawiedliwości a obronność kraju idzie się
paść na łąkę i wąchać kwiatki.
Szukam tych zasad, z przestrzegania których pani premier jest tak dumna
i podejrzewam, że główną zasadą jest wieczne kłamstwo, na które złapało
się mnóstwo osób i oddało swe głosy na rządzącą obecnie partię.
W czasie gdy pani premier tak bardzo chwali owe zasady, których Polska
czuje się ostoją, codziennie niemal dowiadujemy się , że kolejne bardzo
małe dziecko zostało pobite lub wręcz zabite. Bo uświadamianie młodzieży
jest "be", antykoncepcja jest jeszcze gorsza , a aborcja nawet jeśli jeszcze
jest gdzieniegdzie możliwa, to tak naprawdę jest niedostępna, bo to jest
najgorsze zło. Najważniejsze jest to życie poczęte, nieważne czy z gwałtu
zbiorowego czy kazirodczego czy też poczęte w pijanym widzie. Kobieta
ma rodzić i trzymać dziób na kłódkę. Nie trudno więc wysnuć wniosek, że
rozwalenie niemowlęciu główki i spowodowanie jego śmierci jest wg
rządzących mniejszym złem niz antykoncepcja lub aborcja płodu.
Mogłabym właściwie wypiąć się na to wszystko bo jestem stara, nie mam tu
dzieci i jak większość bloggerów stwierdzić, że szkoda nerwów, jakoś się
to wszystko przeczeka.
Ale tak naprawdę wściekłość mnie ogarnia bo to mój kraj, tu się urodziłam,
przeżyłam komunę, nauczyłam się funkcjonować po okresie transformacji
a oni spychają teraz Polskę na margines, marnując to wszystko co dotąd
osiągnęliśmy i jeszcze cofają kraj do średniowiecza.
Miłego nowego tygodnia wszystkim życzę;)
drewniana rzezba
środa, 26 kwietnia 2017
sobota, 22 kwietnia 2017
Pośmiejmy się trochę
Nadszedł czas różnego rodzaju egzaminów i testów- mam wrażenie, że
gimnazjaliści już coś pisali, za niedługo matury, więc zaglądnijmy do prac
napisanych w poprzednich latach:
Aleksander Głowacki to panieńskie nazwisko Bolesława Prusa.
Antygona czuła miłość do brata i dlatego go zakopała mimo zakazu króla.
Antygona pochowała brata, splunęła moralnie na króla i powiesiła się.
Baryka zakopał precjoza wraz z żoną i synkiem.
Beniowski zabił 6 kozaków. Jeden z nich umarł, a inni uciekli.
Biesiadowali przy suto zastawionych stolcach.
Bił swoją żonę, z którą miał dzieci przy pomocy sznurka.
Bohaterów "Krzyżaków" dzielimy na historycznych i erotycznych.
Była to wyspa położona daleko od morza.
Chłopi chodzili po polu pionowo i poziomo.
Chłop pańszczyzniany chodził przygarbiony, bo mieszkanie było ciasne.
Chory więzień nie dość, że nie był leczony, musiał niekiedy umierać.
Czytałem sztuki Szekspira. Dwie zapamiętałem: Romeo i Julia.
Do ludności w Balladach Mickiewicza zaliczamy nie tylko pojawienie się
rusałki, ale również jęki chłopa pod jaworem.
Dobrze rozwijający się przemysł chemiczny przerabia węgiel na sól kamienną.
Dr Judym do szkoły chodził w ciotki szpilkach.
Dulska była powodem ciąży Hanki.
Edward III nie mógł zostać królem Francji, bo jego matka nie była mężczyzną.
Faraonowi wmurowano do grobowca jego najlepszą żonę.
Gerwazy wyciągnął szablę i strzelił.
Góral ma na głowie kapelusz, spodnie i kierpce.
Grając na fortepianie koń przeleciał koło okna.
Pogłaskał konia po głowie i cicho zarżał.
Uśmiałam się setnie ale zaraz potem zrobiło mi się smutno. Nawet bardzo smutno.
gimnazjaliści już coś pisali, za niedługo matury, więc zaglądnijmy do prac
napisanych w poprzednich latach:
Aleksander Głowacki to panieńskie nazwisko Bolesława Prusa.
Antygona czuła miłość do brata i dlatego go zakopała mimo zakazu króla.
Antygona pochowała brata, splunęła moralnie na króla i powiesiła się.
Baryka zakopał precjoza wraz z żoną i synkiem.
Beniowski zabił 6 kozaków. Jeden z nich umarł, a inni uciekli.
Biesiadowali przy suto zastawionych stolcach.
Bił swoją żonę, z którą miał dzieci przy pomocy sznurka.
Bohaterów "Krzyżaków" dzielimy na historycznych i erotycznych.
Była to wyspa położona daleko od morza.
Chłopi chodzili po polu pionowo i poziomo.
Chłop pańszczyzniany chodził przygarbiony, bo mieszkanie było ciasne.
Chory więzień nie dość, że nie był leczony, musiał niekiedy umierać.
Czytałem sztuki Szekspira. Dwie zapamiętałem: Romeo i Julia.
Do ludności w Balladach Mickiewicza zaliczamy nie tylko pojawienie się
rusałki, ale również jęki chłopa pod jaworem.
Dobrze rozwijający się przemysł chemiczny przerabia węgiel na sól kamienną.
Dr Judym do szkoły chodził w ciotki szpilkach.
Dulska była powodem ciąży Hanki.
Edward III nie mógł zostać królem Francji, bo jego matka nie była mężczyzną.
Faraonowi wmurowano do grobowca jego najlepszą żonę.
Gerwazy wyciągnął szablę i strzelił.
Góral ma na głowie kapelusz, spodnie i kierpce.
Grając na fortepianie koń przeleciał koło okna.
Pogłaskał konia po głowie i cicho zarżał.
Uśmiałam się setnie ale zaraz potem zrobiło mi się smutno. Nawet bardzo smutno.
wtorek, 18 kwietnia 2017
Coś jakby po świętach
Dziękuję Wszystkim za życzenia, mam nadzieję, że się spełnią!!!
Jak wiecie wszelakie święta to dla mnie dzień jak co dzień. Pogoda tym razem
doszła do tego samego wniosku, więc bez wyrzutów sumienia przesiedziałam
te dwa dni nie wychodząc z domu.
Dziś poranny widok z okna zniesmaczył mnie doszczętnie- na trawnikach i
krzewach beztrosko polegiwał śnieg.
Od razu przypomniał mi mój mąż jedną z naszych podróży w kwietniu do
Zakopanego -gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy świeciło słońce i zapowiadało się,
że będzie to słoneczny, wiosenny pobyt.
Było już tak ciepło i wiosennie, że w ostatniej chwili mąż postanowił, że nie
wezmie nart- ani swoich ani dziecka.
Do samego Krakowa droga była super- słonko świeciło, dookoła zielono, nawet
korków nie było.
W Krakowie zajechaliśmy do zaprzyjaznionej restauracji, niespiesznie zjedliśmy
super obiad zakończony kawą i domowym ciastem.
Nim dotarliśmy do granic Krakowa, na niebo nadpłynęły diablo ciemne chmury
i zaczął z nich padać....śnieg i to bardzo intensywnie.
Był mokry, ciężki i wszystko zalepiał, łącznie ze znakami drogowymi.
Wycieraczki bardzo ciężko pracowały.
No i zaczęło się - przed podjazdem na Obidową staliśmy w korku ponad godzinę.
Przed nami sznur samochodów, za nami także, zero informacji, dookoła biało
a śnieg chyba zarabiał na jakąś premię - cały czas sypał.
Gdy wreszcie pomalutku ruszyliśmy okazało się, że po obu stronach szosy
leżały poprzewracane samochody. Niektóre na dachu, inne na boku.
Że leżały te, które zjeżdżały w stronę Krakowa to mnie nie dziwiło, ale dlaczego
leżały również te wjeżdżające pod górę???
Na ogół pod górę nikt zbyt szybko nie jezdzi, w przeciwieństwie do tych co
radośnie szpulują z góry.
W pensjonacie wszyscy orzekli, że przywiezliśmy ze sobą zimę. Śnieg utrzymał
się jeszcze 10 dni, co wprawiło mego ślubnego w zły humor - nie miał ze
sobą sprzętu narciarskiego. Wszystko - kombinezon, buty, narty zostało w domu.
Ale ja byłam zadowolona- chociaż raz nie musiałam lepić z dziecięciem bałwana.
W każdej z Reglowych Dolinek, oprócz Olczyskiej, stało ich wspólne dzieło -
duży bałwan z marchewkowym nosem.
W przedświąteczną środę złożyłam wniosek na nowy paszport. Nie było żadnej
kolejki, pełny Wersal i kultura. I nawet udało się pobrać odciski moich palców.
A dziś ta sztuka (pobrania odcisków palców) nie powiodła się u mego męża-
urzędniczka orzekła, że nie ma to większego znaczenia, zamiast zaszyfrowanych
odcisków palców będzie informacja, że nie dało się ich pobrać.
Czuję się w obowiązku zachwycić się Urzędem Gminy Ursynów- bardzo dobra
organizacja, dobra informacja i duży parking, na którym zawsze można znależć
miejsce.
W dalszym ciągu nie mam jeszcze nowego mieszkania za miedzą i czekam na
wieści. Zupełnie jakbym czekała na Godota;)
To nie Tatry, ale Alpy. Też ładne, prawda?
Jak wiecie wszelakie święta to dla mnie dzień jak co dzień. Pogoda tym razem
doszła do tego samego wniosku, więc bez wyrzutów sumienia przesiedziałam
te dwa dni nie wychodząc z domu.
Dziś poranny widok z okna zniesmaczył mnie doszczętnie- na trawnikach i
krzewach beztrosko polegiwał śnieg.
Od razu przypomniał mi mój mąż jedną z naszych podróży w kwietniu do
Zakopanego -gdy wyjeżdżaliśmy z Warszawy świeciło słońce i zapowiadało się,
że będzie to słoneczny, wiosenny pobyt.
Było już tak ciepło i wiosennie, że w ostatniej chwili mąż postanowił, że nie
wezmie nart- ani swoich ani dziecka.
Do samego Krakowa droga była super- słonko świeciło, dookoła zielono, nawet
korków nie było.
W Krakowie zajechaliśmy do zaprzyjaznionej restauracji, niespiesznie zjedliśmy
super obiad zakończony kawą i domowym ciastem.
Nim dotarliśmy do granic Krakowa, na niebo nadpłynęły diablo ciemne chmury
i zaczął z nich padać....śnieg i to bardzo intensywnie.
Był mokry, ciężki i wszystko zalepiał, łącznie ze znakami drogowymi.
Wycieraczki bardzo ciężko pracowały.
No i zaczęło się - przed podjazdem na Obidową staliśmy w korku ponad godzinę.
Przed nami sznur samochodów, za nami także, zero informacji, dookoła biało
a śnieg chyba zarabiał na jakąś premię - cały czas sypał.
Gdy wreszcie pomalutku ruszyliśmy okazało się, że po obu stronach szosy
leżały poprzewracane samochody. Niektóre na dachu, inne na boku.
Że leżały te, które zjeżdżały w stronę Krakowa to mnie nie dziwiło, ale dlaczego
leżały również te wjeżdżające pod górę???
Na ogół pod górę nikt zbyt szybko nie jezdzi, w przeciwieństwie do tych co
radośnie szpulują z góry.
W pensjonacie wszyscy orzekli, że przywiezliśmy ze sobą zimę. Śnieg utrzymał
się jeszcze 10 dni, co wprawiło mego ślubnego w zły humor - nie miał ze
sobą sprzętu narciarskiego. Wszystko - kombinezon, buty, narty zostało w domu.
Ale ja byłam zadowolona- chociaż raz nie musiałam lepić z dziecięciem bałwana.
W każdej z Reglowych Dolinek, oprócz Olczyskiej, stało ich wspólne dzieło -
duży bałwan z marchewkowym nosem.
W przedświąteczną środę złożyłam wniosek na nowy paszport. Nie było żadnej
kolejki, pełny Wersal i kultura. I nawet udało się pobrać odciski moich palców.
A dziś ta sztuka (pobrania odcisków palców) nie powiodła się u mego męża-
urzędniczka orzekła, że nie ma to większego znaczenia, zamiast zaszyfrowanych
odcisków palców będzie informacja, że nie dało się ich pobrać.
Czuję się w obowiązku zachwycić się Urzędem Gminy Ursynów- bardzo dobra
organizacja, dobra informacja i duży parking, na którym zawsze można znależć
miejsce.
W dalszym ciągu nie mam jeszcze nowego mieszkania za miedzą i czekam na
wieści. Zupełnie jakbym czekała na Godota;)
To nie Tatry, ale Alpy. Też ładne, prawda?
czwartek, 13 kwietnia 2017
Wielkanoc
niezależnie od tego czy świętują czy też nie
życzę radości i wytchnienia od trosk
w gronie miłych sercu ludzi
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
I jeszcze nieco "staroci"
| prababcia |
| pradziadek |
A to moi pradziadkowie, rodzice babci, która mnie wychowała.
Sprowadzili na świat jedenaścioro dzieci, do wieku dorosłego wyżyło sześcioro.
Trzy córki i trzech synów. I wszystkie dzieci otrzymały wykształcenie - chłopcy
wyższe, dziewczyny oczywiście niższe.
Dwie ukończyły Szkołę Handlową, a trzecia Seminarium Nauczycielskie.
Pradziadek był sporo starszy od prababci i był wdowcem. W posagu wniósł do
związku córkę.
Na zdjęciu poniżej, zrobionym w 1890 roku jest ojciec mojej prababci z jednym
z synów.
Zdjęcie jest już mocno "sfatygowane" no ale jakby na to nie patrzeć
to ma już 127 lat.
Mam w albumie znacznie więcej zdjęć rodziny babci niż dziadka a do
tego nie mam zupełnie zdjęć rodziny mojej mamy.
Tak to jest gdy małżeństwo się rozpada w krótkim czasie po ślubie,
a dziecko trafia do rodziny jednego z rodziców ( w tym wypadku do
rodziny ojca).
Gdy jeszcze byłam dzieckiem bardzo lubiłam babcine opowiadania
o jej dzieciństwie, o Lwowie w ktorym się urodziła i wychowała i za
którym bardzo tęskniła gdy w 1930 roku przeprowadziła się z mężem
i dwójką dzieci do Warszawy.
Przeżyła ogromnie fakt, gdy w dowodzie osobistym jako miejsce
urodzenia wpisano jej ...ZSRR.
Śmiałam się kiedyś, że gdyby nie wybuch pierwszej wojny światowej
zapewne moi dziadkowie wcale by się nie spotkali.
Bo dziadek przed wybuchem I wojny światowej mieszkał i pracował
w Wiedniu, a w chwili wybuchu wojny jego firma wraz z pracownikami
została przeniesiona do Lwowa, do macierzystej centrali.
A w tej centrali pracowała wtedy moja babcia. Ślub brali w czasie wojny.
I było mało odświętnie, bo nie było wesela ani pięknej ślubnej sukni.
I chyba jakieś fatum wisiało nad rodziną- moi rodzice też pobierali się
w czasie wojny i mama była w granatowym kostiumie i wesela też nie
było.
A ja podtrzymałam tradycję- ślub brałam w białym kostiumie, a wesela
też nie było, bo byłam w tym czasie w żałobie po śmierci dziadka.
Na szczęście wojny wtedy nie było tylko zwyczajny PRL.
Stare zdjęcia
Zajrzałam na blog Stokrotki, a tam zdjęcie z 1917 roku.
I pytanie, czy ma ktoś takie stareńkie zdjęcia.
Mam takie stareńkie zdjęcia, a niektóre nawet jeszcze starsze.
To zdjęcie poniżej jest z 1916 roku. Są na nim moi dziadkowie,
którzy mnie wychowali.
Zdjęcie zrobione w marcu 1916 roku we Lwowie. I jest to zdjęcie ślubne.
To jest zdjęcie mojej babci prawdopodobnie z 1908 roku
I zdjęcie mego dziadka z okresu studiów w Wiedniu, zapewne
z 1909 lub 1910 roku.
Mam w swych zbiorach jeszcze starsze zdjęcia- są to zdjęcia rodziców
tej pary, czyli moich pradziadków. Niestety nie wiem dokładnie z jakiego są
okresu.
Jest też sporo zdjęć opisanych enigmatycznie, np. Józef z synami, ale nie
mam bladego pojęcia kim był ów Józef ani jak mieli na imię jego synowie.
I nie ma już w rodzinie nikogo, kto mógłby mi to powiedzieć.
Dwie wojny światowe skutecznie zniszczyły wiele dokumentów i zdjęć
rodzinnych.
Gdy w 1945 roku dziadkowie powrócili do Warszawy znalezli w swym
mieszkaniu, na podłodze, wiele nadpalonych zdjęć rodzinnych. Żałowali, że
nie wzięli ich ze sobą na tułaczkę, gdy ich wypędzono z miasta po upadku
Powstania, ale wtedy wolno było wziąć ze sobą zaledwie 1 walizkę, więc nikt
z wypędzanych nie myślał o zabraniu ze sobą albumów ze zdjęciami.
Nie wiedzieli nawet czy ocalą własne życie, czy dojdą spokojnie do granic
miasta i dokąd zostaną wywiezieni.
I pytanie, czy ma ktoś takie stareńkie zdjęcia.
Mam takie stareńkie zdjęcia, a niektóre nawet jeszcze starsze.
To zdjęcie poniżej jest z 1916 roku. Są na nim moi dziadkowie,
którzy mnie wychowali.
Zdjęcie zrobione w marcu 1916 roku we Lwowie. I jest to zdjęcie ślubne.
To jest zdjęcie mojej babci prawdopodobnie z 1908 roku
I zdjęcie mego dziadka z okresu studiów w Wiedniu, zapewne
z 1909 lub 1910 roku.
Mam w swych zbiorach jeszcze starsze zdjęcia- są to zdjęcia rodziców
tej pary, czyli moich pradziadków. Niestety nie wiem dokładnie z jakiego są
okresu.
Jest też sporo zdjęć opisanych enigmatycznie, np. Józef z synami, ale nie
mam bladego pojęcia kim był ów Józef ani jak mieli na imię jego synowie.
I nie ma już w rodzinie nikogo, kto mógłby mi to powiedzieć.
Dwie wojny światowe skutecznie zniszczyły wiele dokumentów i zdjęć
rodzinnych.
Gdy w 1945 roku dziadkowie powrócili do Warszawy znalezli w swym
mieszkaniu, na podłodze, wiele nadpalonych zdjęć rodzinnych. Żałowali, że
nie wzięli ich ze sobą na tułaczkę, gdy ich wypędzono z miasta po upadku
Powstania, ale wtedy wolno było wziąć ze sobą zaledwie 1 walizkę, więc nikt
z wypędzanych nie myślał o zabraniu ze sobą albumów ze zdjęciami.
Nie wiedzieli nawet czy ocalą własne życie, czy dojdą spokojnie do granic
miasta i dokąd zostaną wywiezieni.
niedziela, 9 kwietnia 2017
To i owo....
....czyli mix o niczym.
Odkryłam "nową" mąkę bezglutenową. I jest to mąka konopna.
Nie wiem jaki jest stan Waszej wiedzy na temat konopi, ale przekonałam się,
że naprawdę wiele osób nie ma pojęcia o tym, że są dwa rodzaje konopi-
konopie indyjskie i konopie siewne.
Konopie indyjskie to jak powszechnie wiadomo " są be", bo z ich liści jest
"produkowana" marihuana oraz sałatki powodujące u konsumentów wielce
dobry humor.
A konopie siewne, choć wygląd ich liści jest podobny do liści konopi
indyjskich nic a nic nie mają z nimi wspólnego. Z nasion konopi siewnych
można otrzymać bezglutenową mąkę i takąż kaszę, poza tym produkuje się
olej konopny, który doskonale pomaga skórze, poza tym otrzymuje się również
włókno, z którego powstają mocne sznury.
Mąka konopna jest dość ciemna, pozbawiona glutenu i skrobi oraz tłuszczów
nasyconych, za to jest mieszanką łatwo przyswajalnych białek, korzystnych dla
naszego organizmu,ponadto ma w odpowiednich proporcjach kwasy omega 3 i
omega 6, cenne witaminy i 9 niezbędnych aminokwasów EAA, których nasz
organizm nie jest w stanie wyprodukować.
Dodatkowo mąka konopna dodaje energii, przyspiesza nasz metabolizm,
redukuje poziom cholesterolu LDL, obniża cisnienie krwi, zmniejsza stany
zapalne stawów.
Wczoraj, w pobliskim "spożywczaku" kupiłam torebkę tej mąki.
Wygląda może nieciekawie, w niczym nie przypomina mąki pszennej lub żytniej.
Postanowiłam zrobić z niej najprostsze pod słońcem placki.
Do pół szklanki mąki dodałam jedno duże jajko, połówkę bardzo dojrzałego,
rozgniecionego banana, łyżkę kakao i wszystko razem dokładnie wymieszałam.
Usmażyłam na oleju kokosowym małe placuszki, które nakładałam na patelnię
łyżką stołową. Usmażone placuszki potraktowałam drugą połówką banana
zmiksowaną razem z łyżeczką mleka kokosowego.
Całe szykowanie i smażenie zabrało mi chyba aż 20 minut.
Ale jedzenie trwało bardzo szybko - żałowałam, że nie zrobiłam ich więcej.
A dziś zrobiłam na obiad schab karkowy pieczony ( a właściwie duszony)
w winie czerwonym, półsłodkim.
Ponad tydzień temu kupiłam niesłychanie chudy schab karkowy, potraktowałam
go mielonym cynamonem , odrobiną mielonego gozdzika i ziołami prowansalskimi.
Zawinęłam w pergamin, następnie w folię aluminiową i wsadziłam do zamrażalnika.
Rozmrażałam potem w lodówce na najniższej półce, nie odwijając z folii.
Rozmrażał się biedak 24 godziny. Dziś rano odwinęłam z tych "powijaków",
umieściłam w żaroodpornym naczyniu, nalałam dużo czerwonego, półsłodkiego
wina, nakryłam pokrywką i wstawiłam do piekarnika na 150 stopni.
Po 1,5 godziny wyłączyłam piekarnik i pozostawiłam w nim jeszcze mięso.
Wiecie co, tak dobrego mięsa już dawno nie jadłam.
Było mięciutkie i bardzo, bardzo soczyste.
Jutro pokombinuję co by jeszcze "wymodzić " z mąki konopnej.Może jakiś chlebek?
A może połączę mąkę konopną i orzechową i zrobię kolejne, nowe placuszki?
Bo gotowych "bezglutenowców" mam dość i tych krajowych i tych z importu.
Odkryłam "nową" mąkę bezglutenową. I jest to mąka konopna.
Nie wiem jaki jest stan Waszej wiedzy na temat konopi, ale przekonałam się,
że naprawdę wiele osób nie ma pojęcia o tym, że są dwa rodzaje konopi-
konopie indyjskie i konopie siewne.
Konopie indyjskie to jak powszechnie wiadomo " są be", bo z ich liści jest
"produkowana" marihuana oraz sałatki powodujące u konsumentów wielce
dobry humor.
A konopie siewne, choć wygląd ich liści jest podobny do liści konopi
indyjskich nic a nic nie mają z nimi wspólnego. Z nasion konopi siewnych
można otrzymać bezglutenową mąkę i takąż kaszę, poza tym produkuje się
olej konopny, który doskonale pomaga skórze, poza tym otrzymuje się również
włókno, z którego powstają mocne sznury.
Mąka konopna jest dość ciemna, pozbawiona glutenu i skrobi oraz tłuszczów
nasyconych, za to jest mieszanką łatwo przyswajalnych białek, korzystnych dla
naszego organizmu,ponadto ma w odpowiednich proporcjach kwasy omega 3 i
omega 6, cenne witaminy i 9 niezbędnych aminokwasów EAA, których nasz
organizm nie jest w stanie wyprodukować.
Dodatkowo mąka konopna dodaje energii, przyspiesza nasz metabolizm,
redukuje poziom cholesterolu LDL, obniża cisnienie krwi, zmniejsza stany
zapalne stawów.
Wczoraj, w pobliskim "spożywczaku" kupiłam torebkę tej mąki.
Wygląda może nieciekawie, w niczym nie przypomina mąki pszennej lub żytniej.
Postanowiłam zrobić z niej najprostsze pod słońcem placki.
Do pół szklanki mąki dodałam jedno duże jajko, połówkę bardzo dojrzałego,
rozgniecionego banana, łyżkę kakao i wszystko razem dokładnie wymieszałam.
Usmażyłam na oleju kokosowym małe placuszki, które nakładałam na patelnię
łyżką stołową. Usmażone placuszki potraktowałam drugą połówką banana
zmiksowaną razem z łyżeczką mleka kokosowego.
Całe szykowanie i smażenie zabrało mi chyba aż 20 minut.
Ale jedzenie trwało bardzo szybko - żałowałam, że nie zrobiłam ich więcej.
A dziś zrobiłam na obiad schab karkowy pieczony ( a właściwie duszony)
w winie czerwonym, półsłodkim.
Ponad tydzień temu kupiłam niesłychanie chudy schab karkowy, potraktowałam
go mielonym cynamonem , odrobiną mielonego gozdzika i ziołami prowansalskimi.
Zawinęłam w pergamin, następnie w folię aluminiową i wsadziłam do zamrażalnika.
Rozmrażałam potem w lodówce na najniższej półce, nie odwijając z folii.
Rozmrażał się biedak 24 godziny. Dziś rano odwinęłam z tych "powijaków",
umieściłam w żaroodpornym naczyniu, nalałam dużo czerwonego, półsłodkiego
wina, nakryłam pokrywką i wstawiłam do piekarnika na 150 stopni.
Po 1,5 godziny wyłączyłam piekarnik i pozostawiłam w nim jeszcze mięso.
Wiecie co, tak dobrego mięsa już dawno nie jadłam.
Było mięciutkie i bardzo, bardzo soczyste.
Jutro pokombinuję co by jeszcze "wymodzić " z mąki konopnej.Może jakiś chlebek?
A może połączę mąkę konopną i orzechową i zrobię kolejne, nowe placuszki?
Bo gotowych "bezglutenowców" mam dość i tych krajowych i tych z importu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

