Są upały, więc nie tylko my cierpimy - drzewa również. Zauważyłam,
że niektórym drzewom w mojej okolicy pęka kora. Ponieważ proces zaczął
się od dołu, pomyślałam, że jacyś miejscowi chuligani zajęli się zdzieraniem
kory z drzew. Ale gdy któregoś dnia zerknęłam na górne partie tych drzew to
oniemiałam - na wysoko rosnących gałęziach i pniu też potrzaskała kora i
nawet już miejscami odpadła. Oczywiście z miejsca dopadłam Google i po
kilku minutach się uspokoiłam- te drzewa z odpadającą korą to platany
klonolistne. Ten na zdjęciu dość dokładnie zgubił korę i teraz prezentuje
swe jaśniutkie gałęzie pozbawione kory.**
Tak w ogóle to gapa jestem, bo jeszcze jesienią zaliczyłam te drzewa do
platanów, bo miały "łaciatą" korę. Gdy wyrosły im wiosną nowe liście,
uznałam, że głupia jestem, bo te liście wskazują raczej na klon. No a teraz
już nie wytrzymałam- musiałam sprawdzić co to za drzewa.
No nic- potwierdza się stare powiedzenie, że do końca życia się czegoś nowego
uczymy.
** kliknijcie w zdjęcie - na powiększonym lepiej te nowa korę widać.
drewniana rzezba
wtorek, 17 lipca 2018
niedziela, 15 lipca 2018
Mix
Kto przeczyta doceni dni, w których nie piszę;)
Moi jak na razie są w Karyntii, czyli tam gdzie można korzystać z wycieczek
w malownicze Alpy i moczyć kupry w ciepłych jeziorach, które miejscowi
nazywaja wannami, bo temperatura wody to 26 -28 stopni a na plaży zamiast
piachu króluje trawa. Takich "jezior kąpielowych" jest w Karyntii siedem.
Po tygodniu pojadą dalej.
A ja - robię nic.
Trochę oglądam Tour de France, bo w trakcie dłubię szydełkiem kamizelkę
dla siebie.
Już trzeci dzień piszę list - "ręcznie" i z przerażeniem odkrywam, że coraz mi
trudniej pisać. Chyba jednak za bardzo przyzwyczaiłam się do klawiatury.
Coś mi się wydaje, że skończy się tym, że będzie to jednak list "drukowany"-
to ma i dobre strony, przynajmniej będzie czytelny. Napiszę na kompie i
wydrukuję. Że nie elegancko? Ojej, nie moja wina ,że adresatka dopomina
się o listy a nie posiada komputera tylko dlatego, że nie chce go mieć.
Tego to ja akurat nie rozumiem bo jakoś nie wyobrażam sobie życia bez kompa.
Mieszkamy tu już całe 9 miesięcy i cały czas z zaciekawieniem obserwuję
naszych Krasnali. Chłopców dzieli różnica 2 lat i 40 dni. Wychowywani byli tak
samo, ale bardzo się między sobą różnią. Wcale nie są do siebie podobni pod
względem wyglądu.
Starszy jest zawsze z głową w chmurach, śmiejemy się z córką, że prowadzi
"odrębny żywot równoległy". Jak już wiecie jest bardzo zdolny, jest najmłodszym
uczniem klasy V podstawówki (w styczniu ukończył 9 lat), a zdaniem nauczycieli
poziomem inteligencji przerasta dzieci ze swojej klasy tak o 3 lata.
Tę piątą i szóstą klasę Starszy robi w gimnazjum, czyli ma nieco rozszerzony
program. Córka nie chciała zapisać go do szkoły dla bardzo zdolnych dzieci,
ale nawet nie dopytywałam się dlaczego.
Młodszy Krasnal od pierwszych dni życia był zapatrzony w starszego brata- to
za nim wodził wciąż oczkami jak słonecznik za Słońcem.
Młodszy trafił do szkoły w wieku 6 lat, bardzo dobrze sobie radzi w szkole, ale
na szczęście nie wyprzedza klasy tak jak było ze Starszym. Tu szkoła bacznie
obserwuje dzieciaki, wyłapuje te zdolniejsze, przesuwa bez problemu wyżej
ale jednocześnie nie ma kłopotu z powtarzaniem klasy- tu respektują tempo
w jakim dziecko przyswaja sobie nowe wiadomości. Pozostanie na drugi rok
w tej samej klasie to żaden wstyd. Niewątpliwie duży wpływ na takie ustawienie
szkoły ma fakt, że bardzo wiele dzieci jest z innych narodowości. W klasach
1 - 3 wiele lekcji jest łączonych, a dzieci z klasy 3 są nauczone by opiekować się
wszystkimi "pierwszakami". I opiekują się bardzo troskliwie - pilnują by nowi
trafiali do swojej klasy, by zjadali obiad na stołówce, a gdy pierwszak kończy
lekcje dopilnowują by zabrał wszystkie swoje rzeczy.
Oba Krasnale są kochane, ale Młodszy jest bardziej "życiowo nastawiony"-
zawsze pomoże w domu, lubi brać udział w zakupach, a pieczenie ciastek to dla
niego super zabawa.
Młodszy ma przyjaciółkę i ostatnio wreszcie się ośmielił, by ją zaprosić do domu.
I chyba nie zgadniecie co robili - zgodnie powyjmowali ze zmywarki stos naczyń,
poustawiali je na miejsca a następnie razem usmażyli dla wszystkich naleśniki.
Starszy jest na etapie nierozmawiania z dziewczynami - żaden z kolegów nie
zadaje się z dziewczynami. "Z nimi się nie rozmawia" - tak poinformował swą
mamę, gdy go zapytała jakie są jego koleżanki.
Starszy ma dwóch bliskich kolegów, z którymi się odwiedzają - tamci też
tacy nieco odlotowi- czasami bawią się w opracowywanie sposobu uczenia
dzieci nowych wzorów i obliczeń matematycznych -rzecz dotyczy głównie
logistyki tego zagadnienia...Wymiękam gdy coś takiego słyszę.
Bycie babcią to fajna sprawa, zwłaszcza gdy mam Krasnali na wyciągnięcie
ręki.
A poza tym - poza tym jest mi tu jakoś dobrze.I niech tak trwa.
Miłego nowego tygodnia dla Was!
A na YT znalazłam takie filmiki o Karyntii
Moi jak na razie są w Karyntii, czyli tam gdzie można korzystać z wycieczek
w malownicze Alpy i moczyć kupry w ciepłych jeziorach, które miejscowi
nazywaja wannami, bo temperatura wody to 26 -28 stopni a na plaży zamiast
piachu króluje trawa. Takich "jezior kąpielowych" jest w Karyntii siedem.
Po tygodniu pojadą dalej.
A ja - robię nic.
Trochę oglądam Tour de France, bo w trakcie dłubię szydełkiem kamizelkę
dla siebie.
Już trzeci dzień piszę list - "ręcznie" i z przerażeniem odkrywam, że coraz mi
trudniej pisać. Chyba jednak za bardzo przyzwyczaiłam się do klawiatury.
Coś mi się wydaje, że skończy się tym, że będzie to jednak list "drukowany"-
to ma i dobre strony, przynajmniej będzie czytelny. Napiszę na kompie i
wydrukuję. Że nie elegancko? Ojej, nie moja wina ,że adresatka dopomina
się o listy a nie posiada komputera tylko dlatego, że nie chce go mieć.
Tego to ja akurat nie rozumiem bo jakoś nie wyobrażam sobie życia bez kompa.
Mieszkamy tu już całe 9 miesięcy i cały czas z zaciekawieniem obserwuję
naszych Krasnali. Chłopców dzieli różnica 2 lat i 40 dni. Wychowywani byli tak
samo, ale bardzo się między sobą różnią. Wcale nie są do siebie podobni pod
względem wyglądu.
Starszy jest zawsze z głową w chmurach, śmiejemy się z córką, że prowadzi
"odrębny żywot równoległy". Jak już wiecie jest bardzo zdolny, jest najmłodszym
uczniem klasy V podstawówki (w styczniu ukończył 9 lat), a zdaniem nauczycieli
poziomem inteligencji przerasta dzieci ze swojej klasy tak o 3 lata.
Tę piątą i szóstą klasę Starszy robi w gimnazjum, czyli ma nieco rozszerzony
program. Córka nie chciała zapisać go do szkoły dla bardzo zdolnych dzieci,
ale nawet nie dopytywałam się dlaczego.
Młodszy Krasnal od pierwszych dni życia był zapatrzony w starszego brata- to
za nim wodził wciąż oczkami jak słonecznik za Słońcem.
Młodszy trafił do szkoły w wieku 6 lat, bardzo dobrze sobie radzi w szkole, ale
na szczęście nie wyprzedza klasy tak jak było ze Starszym. Tu szkoła bacznie
obserwuje dzieciaki, wyłapuje te zdolniejsze, przesuwa bez problemu wyżej
ale jednocześnie nie ma kłopotu z powtarzaniem klasy- tu respektują tempo
w jakim dziecko przyswaja sobie nowe wiadomości. Pozostanie na drugi rok
w tej samej klasie to żaden wstyd. Niewątpliwie duży wpływ na takie ustawienie
szkoły ma fakt, że bardzo wiele dzieci jest z innych narodowości. W klasach
1 - 3 wiele lekcji jest łączonych, a dzieci z klasy 3 są nauczone by opiekować się
wszystkimi "pierwszakami". I opiekują się bardzo troskliwie - pilnują by nowi
trafiali do swojej klasy, by zjadali obiad na stołówce, a gdy pierwszak kończy
lekcje dopilnowują by zabrał wszystkie swoje rzeczy.
Oba Krasnale są kochane, ale Młodszy jest bardziej "życiowo nastawiony"-
zawsze pomoże w domu, lubi brać udział w zakupach, a pieczenie ciastek to dla
niego super zabawa.
Młodszy ma przyjaciółkę i ostatnio wreszcie się ośmielił, by ją zaprosić do domu.
I chyba nie zgadniecie co robili - zgodnie powyjmowali ze zmywarki stos naczyń,
poustawiali je na miejsca a następnie razem usmażyli dla wszystkich naleśniki.
Starszy jest na etapie nierozmawiania z dziewczynami - żaden z kolegów nie
zadaje się z dziewczynami. "Z nimi się nie rozmawia" - tak poinformował swą
mamę, gdy go zapytała jakie są jego koleżanki.
Starszy ma dwóch bliskich kolegów, z którymi się odwiedzają - tamci też
tacy nieco odlotowi- czasami bawią się w opracowywanie sposobu uczenia
dzieci nowych wzorów i obliczeń matematycznych -rzecz dotyczy głównie
logistyki tego zagadnienia...Wymiękam gdy coś takiego słyszę.
Bycie babcią to fajna sprawa, zwłaszcza gdy mam Krasnali na wyciągnięcie
ręki.
A poza tym - poza tym jest mi tu jakoś dobrze.I niech tak trwa.
Miłego nowego tygodnia dla Was!
środa, 11 lipca 2018
Dziś nam.....
...odbiło.
I tak , jak to mówią, ni z gruchy ni z pietruchy, pojechaliśmy dziś do...Słubic.
To zaledwie 105 km od naszego domu.
Droga prosta, choć chwilami spowolniona do 60 km/godz. bo są niektóre odcinki
autostrady w remoncie.
A wszystko przez to, że doszłam do genialnego wniosku, że muszę się ostrzyc
bo jeszcze trochę a jakiś ptaszor uwije sobie gniazdo w mych włosach.
Już od pewnego czasu podglądam tutejsze fryzjerki, jako że mam na swojej ulicy
przynajmniej trzy zakłady/salony fryzjerskie i dwa gdy się wybieram do sklepu
spożywczego. Pierwsze co mnie zniechęca do wizyty , to fakt, że siedzi się
"na widoku" i każdy może się poprzyglądać mojej facjacie gdy mnie fryzjer
strzyże.Mnie to akurat przeszkadza, bo z mokrymi kudłami wyglądam jak kot
pers ze zmoczonym futrem, albo i gorzej.
Mój mąż, który już wcześniej doszedł do wniosku, że czas się ostrzyc, miesiąc
temu został przymuszony do roli testera.
Po pierwszym tygodniu zaczęły ukazywać się niedoróby, bo pani fryzjerka
operowała tylko i jedynie maszynką (podobną moja znajoma strzygła swego psa).
Nawet przez moment nie użyła nożyczek. No więc podglądałam te fryzjerki,
czekałam zaczajona aż klientki wyjdą i za każdym razem coraz mniej miałam
ochotę na to strzyżenie.
Tutejsze fryzjerki wyraznie czują wstręt do nożyczek i chyba znają tylko jeden
"sznyt". I ten sznyt, niezależnie od płci, kosztuje od 16 do 25 €, a obejmuje
tylko i wyłącznie strzyżenie maszynką, bez układania fryzury i bez mycia włosów.
I tak jakoś wczoraj stwierdziliśmy, że może lepiej pojechać do Słubic, bo tam
też fryzjerów multum, ale chodzi fama, że świetnie strzygą, super farbują a
do tego wspaniale rozjaśniają na blond, który nie przypomina jajecznicy lub
omletu. To akurat mnie nie dotyczy, mam siwe włosy.
Ponieważ nie lubię myć włosów u fryzjera umyłam je dziś rano i wyruszyliśmy
w drogę.
Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu i wpierw odwiedziliśmy aptekę,
potem kilka sklepów- wszędzie letnia przecena. I tym sposobem nabyłam
markowy kapelusz od słońca za 35,-złotych, mój mąż pantofle domowe włoskie
za 65 zł (takie same widziałam w Warszawie za nieco ponad 100 zł), leki bez
recepty też tańsze niż w Warszawie, zakupiłam zamykane na klamry słoiki
szklane wecki, za 3 zł sztuka, 4 pary skarpetek bawełnianych damskich za
niecałe 6 złotych i wcale nie są chińskie, w sklepie z odżywkami dla
sportowców glukozaminę na 150 dni i wreszcie wylądowaliśmy w całkiem
miłym saloniku fryzjerskim.
Czysto, przytulnie, wygodne fotele , dwie młode fryzjerki. Umówiliśmy się,
że przyjdziemy za pół godziny i oboje będziemy jednocześnie strzyżeni.
Okazało się, że obie panie są Ukrainkami i naprawdę świetnie wyszkolonymi.
Już od chwili gdy "moja" zaczęła mi rozdzielać włosy do strzyżenia, wiedziałam,
że trafiłam w dobre i fachowe ręce. Calutkie strzyżenie było "nożyczkowe" i
mam tak ostrzyżone włosy, że wystarczy, że potrząsnę głową a włosy układają
się tak jak mi to odpowiada. Maria strzygła mnie całe 45 minut.
Byłam tak zadowolona, że poprosiłam o jej imię i wizytówkę, bo tu jest więcej
fryzjerek, a będę chciała tu przyjechać za dwa miesiące właśnie do niej.
Mąż też został świetnie ostrzyżony przez tę drugą fryzjerkę..
Najbardziej podoba mi się w Słubicach, że w ciągu pół godziny można załatwić
niemal wszystko- odległości są małe, jak się śmiałam 5 kroków w lewo, tyle
samo w prawo, 3 do tyłu i załatwiliśmy wszystko co nam było do szczęścia
potrzebne, nawet zdążyliśmy wypić kawę espresso i zjeść kawał sernika.
Po powrocie do domu (w sumie całość zabrała nam niecałe 5 godzin) mój
mąż, który nie wiem dlaczego nigdy nie kończył ekonomii a elektronikę,
starannie policzył wszystkie nasze wydatki, łącznie z przejazdem i stwierdził,
że "jesteśmy do przodu", czyli wyjazd był wielce opłacalny.
Mieliśmy również szczęście do pogody - w godzinę po naszym powrocie spadł
rzęsisty deszcz i nawet trochę grzmiało.
A jutro- no nie wiem jeszcze co nam strzeli go głowy. Wg prognozy ma być upalnie.
I tak , jak to mówią, ni z gruchy ni z pietruchy, pojechaliśmy dziś do...Słubic.
To zaledwie 105 km od naszego domu.
Droga prosta, choć chwilami spowolniona do 60 km/godz. bo są niektóre odcinki
autostrady w remoncie.
A wszystko przez to, że doszłam do genialnego wniosku, że muszę się ostrzyc
bo jeszcze trochę a jakiś ptaszor uwije sobie gniazdo w mych włosach.
Już od pewnego czasu podglądam tutejsze fryzjerki, jako że mam na swojej ulicy
przynajmniej trzy zakłady/salony fryzjerskie i dwa gdy się wybieram do sklepu
spożywczego. Pierwsze co mnie zniechęca do wizyty , to fakt, że siedzi się
"na widoku" i każdy może się poprzyglądać mojej facjacie gdy mnie fryzjer
strzyże.Mnie to akurat przeszkadza, bo z mokrymi kudłami wyglądam jak kot
pers ze zmoczonym futrem, albo i gorzej.
Mój mąż, który już wcześniej doszedł do wniosku, że czas się ostrzyc, miesiąc
temu został przymuszony do roli testera.
Po pierwszym tygodniu zaczęły ukazywać się niedoróby, bo pani fryzjerka
operowała tylko i jedynie maszynką (podobną moja znajoma strzygła swego psa).
Nawet przez moment nie użyła nożyczek. No więc podglądałam te fryzjerki,
czekałam zaczajona aż klientki wyjdą i za każdym razem coraz mniej miałam
ochotę na to strzyżenie.
Tutejsze fryzjerki wyraznie czują wstręt do nożyczek i chyba znają tylko jeden
"sznyt". I ten sznyt, niezależnie od płci, kosztuje od 16 do 25 €, a obejmuje
tylko i wyłącznie strzyżenie maszynką, bez układania fryzury i bez mycia włosów.
I tak jakoś wczoraj stwierdziliśmy, że może lepiej pojechać do Słubic, bo tam
też fryzjerów multum, ale chodzi fama, że świetnie strzygą, super farbują a
do tego wspaniale rozjaśniają na blond, który nie przypomina jajecznicy lub
omletu. To akurat mnie nie dotyczy, mam siwe włosy.
Ponieważ nie lubię myć włosów u fryzjera umyłam je dziś rano i wyruszyliśmy
w drogę.
Zaparkowaliśmy na strzeżonym parkingu i wpierw odwiedziliśmy aptekę,
potem kilka sklepów- wszędzie letnia przecena. I tym sposobem nabyłam
markowy kapelusz od słońca za 35,-złotych, mój mąż pantofle domowe włoskie
za 65 zł (takie same widziałam w Warszawie za nieco ponad 100 zł), leki bez
recepty też tańsze niż w Warszawie, zakupiłam zamykane na klamry słoiki
szklane wecki, za 3 zł sztuka, 4 pary skarpetek bawełnianych damskich za
niecałe 6 złotych i wcale nie są chińskie, w sklepie z odżywkami dla
sportowców glukozaminę na 150 dni i wreszcie wylądowaliśmy w całkiem
miłym saloniku fryzjerskim.
Czysto, przytulnie, wygodne fotele , dwie młode fryzjerki. Umówiliśmy się,
że przyjdziemy za pół godziny i oboje będziemy jednocześnie strzyżeni.
Okazało się, że obie panie są Ukrainkami i naprawdę świetnie wyszkolonymi.
Już od chwili gdy "moja" zaczęła mi rozdzielać włosy do strzyżenia, wiedziałam,
że trafiłam w dobre i fachowe ręce. Calutkie strzyżenie było "nożyczkowe" i
mam tak ostrzyżone włosy, że wystarczy, że potrząsnę głową a włosy układają
się tak jak mi to odpowiada. Maria strzygła mnie całe 45 minut.
Byłam tak zadowolona, że poprosiłam o jej imię i wizytówkę, bo tu jest więcej
fryzjerek, a będę chciała tu przyjechać za dwa miesiące właśnie do niej.
Mąż też został świetnie ostrzyżony przez tę drugą fryzjerkę..
Najbardziej podoba mi się w Słubicach, że w ciągu pół godziny można załatwić
niemal wszystko- odległości są małe, jak się śmiałam 5 kroków w lewo, tyle
samo w prawo, 3 do tyłu i załatwiliśmy wszystko co nam było do szczęścia
potrzebne, nawet zdążyliśmy wypić kawę espresso i zjeść kawał sernika.
Po powrocie do domu (w sumie całość zabrała nam niecałe 5 godzin) mój
mąż, który nie wiem dlaczego nigdy nie kończył ekonomii a elektronikę,
starannie policzył wszystkie nasze wydatki, łącznie z przejazdem i stwierdził,
że "jesteśmy do przodu", czyli wyjazd był wielce opłacalny.
Mieliśmy również szczęście do pogody - w godzinę po naszym powrocie spadł
rzęsisty deszcz i nawet trochę grzmiało.
A jutro- no nie wiem jeszcze co nam strzeli go głowy. Wg prognozy ma być upalnie.
wtorek, 10 lipca 2018
Wspominkowo
Był rok 1973, lipiec. I w tymże czasie otrzymaliśmy klucze do swego własnego
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było w odrębnym pomieszczeniu..
Pokoje na osiedlu były wykończone dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
ścianach całkiem ładne "jugolskie" tapety i płytki PCV na podłodze, inne miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo starannie wysprzątane, okna lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu przenieść kuchenką
gazową i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić, nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.
Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach
mieszkania.
Mieszkanie oczywiście spółdzielcze, lokatorskie, standardowe M3, czyli dwa
pokoje z kuchnią, łazienką, osobnym WC i loggią. Całe 42,5 metra szczęścia.
No i na Mokotowie, na osiedlu ochrzczonym Stegny.
Blok był czteropiętrowy, mieliśmy nawet możliwość wyboru mieszkania, więc
mając na względzie moje niesprawne kolano, wybraliśmy parter.
Na ten cud budownictwa czekaliśmy równo 9 lat, przez ten czas wzbogacając
tych, co wynajmowali takim jak my bezdomnym, "pokoje z wygodami".
Finansowo wyglądało to tak ,że ja pracowałam na opłatę wynajmu, mąż na
nasze utrzymanie.
Gdybyśmy zdecydowali się na mieszkanie na Nowym Bródnie, czyli na
prawym brzegu Wisły,czekalibyśmy dwa lata krócej.
No ale oboje przywykliśmy od urodzenia do Mokotowa, oboje też mieliśmy
pracę w tej dzielnicy i nadal chcieliśmy pozostać na lewym brzegu Wisły.
Jak doświadczalnie wypróbowaliśmy, mieszkając na Bródnie a pracując na
Mokotowie tracilibyśmy od 3 - do 4 godzin dziennie na dojazdy.
Mąż odebrał klucze i zaraz następnego dnia pojechaliśmy obejrzeć nasze
włości.
Stegny były osiedlem "pokazowym", oczkiem w głowie I sekretarza jedynej
słusznej partii, Edwarda Gierka.
Ponieważ pan I sekretarz wychowywał się był za granicą, miał nawet niezłą
wizję małych mieszkań - wszystkie mieszkania, nawet kawalerki, miały
kuchnie z oknem, nie to co mieszkania budowane za Gomółki Wiesława.
Kuchnie były wyposażone w zlewozmywaki ( stalowe,jugosłowiańskie) oraz
była sprawna armatura i kuchenka gazowa z piekarnikiem. W łazience była
wanna, w której można było nawet leżeć, umywalka, jeden pasek glazury nad
wanną i umywalką oraz miejsce na pralkę i oczywiście komplet armatury.
WC było w odrębnym pomieszczeniu..
Pokoje na osiedlu były wykończone dwojako - jedne ( jak u nas) miały na
ścianach całkiem ładne "jugolskie" tapety i płytki PCV na podłodze, inne miały
ściany pomalowane na biało, za to na podłodze była mozaika parkietowa.
Przedpokoje były na tyle duże, że bez trudu można było tam zamontować duużą,
trzy drzwiową szafę i wieszak wraz ze skrzynią na obuwie.
Mieszkanie było bardzo starannie wysprzątane, okna lśniły, płytki podłogowe
również. Nawet nie było co sprzątać po budowlańcach.
Obejrzałam pokoje, wyjrzałam na loggię, obejrzałam łazienkę, weszłam do
kuchni i z lekka mnie zatrzęsło. Pomiędzy zlewozmywakiem a kuchenką
gazową było raptem 30 cm odległości. Mój biedny mąż zamiast zobaczyć na mej
twarzy wielką radość, zobaczył wściekłość. Jak można było tak spartolić
projekt kuchni? Nawściekałam się, spłakałam ze złości i ledwo usłyszałam
lekkie pukanie do drzwi . Przed drzwiami stał człowiek w kombinezonie
roboczym, ukłonił się i spytał czy może trzeba coś pomóc , bo on wie, że te
kuchnie są kiepsko zaprojektowane, ale- można bez trudu przenieść kuchenką
gazową i zlewozmywak, żeby każdemu pasowało.
Wierzcie mi, mało nie ucałowałam faceta z radości. Szybciutko rozrysowałam
jak to sobie wyobrażam i za dwa dni kuchnia była przeprojektowana.
W ciągu tygodnia wprowadziliśmy się do wreszcie własnego mieszkania.
Przez pierwszy rok walczyliśmy z odgłosami dochodzącymi z wymiennika
ciepła, który był pod naszą kuchnią. Ciągle dochodziły stamtąd gwizdy a czasem
dziwne warkoty. W końcu uznano, że aparaturę trzeba wymienić, nie tylko
a naszym budynku, a właściwie we wszystkich.
Przez pierwszy rok mieszkania od strony ulicy mieliśmy istne rosarium- ktoś
wpadł na pomysł, żeby trawniki równo obsadzić różami rabatowymi.Po roku
nie było śladu po różach, bo nie miał kto tych trawników pielić.
Dla równowagi. co by się w głowach nie pomieszało, przez ponad 3 lata po
drugiej stronie budynku trwał księżycowy zaiste krajobraz. Moje niemowlę
nie mogło leżakować na loggii, bo z tej strony szalały "burze piaskowe".
Wreszcie którejś nocy przyjechał spychacz, zniwelował teren, tylko nie wiem
dlaczego robili to nocą, a rano "piekiełko" wylało asfalt tworząc krętą i dość
szeroką ścieżkę. A potem w ramach radosnej twórczości na te resztki gruzu
i piachu nawieziono ziemi a nawet usypano "wało-górkę" pod stojącym
na przeciw naszego blokiem, pod naszym tylko trawnik został zrobiony.
I jakaś debilka z ADM , na tym asfalcie kazała ustawić drabinki dla dzieci.
Sama słyszałam, gdy tłumaczyła rodzicom, że drabinki celowo są ustawione
na asfalcie, żeby się dzieci kulturalnie bawiły. Wieczorami, co bardziej
zdenerwowani rodzice, których dzieci miały bolesny kontakt z asfaltem
zlatując z drabinek, ukradkiem psuli te drabinki.
Rozebrane zostały dopiero wtedy, gdy pani od dbania o kulturalne zabawy
dziecięce odeszła z ADM-u.
Przeżyliśmy na tym osiedlu sporo radości i kłopotów w czasie 44 lat
mieszkania.
A teraz - wcale, a wcale nie tęsknię-ani za tamtym mieszkaniem ani
za osiedlem, które przez te lata bardzo wyładniało i teraz jest naprawdę
dobrze zagospodarowane i bardzo zadbane.
Gorzej- za Warszawą też nie tęsknię.
Tęsknię tylko za niektórymi osobami, ale podobno tęsknota "dobrze robi"
na inwencję twórczą. No nie wiem.
Róże spod mego okna kuchennego na Stegnach
| i muchomory z trawnika, gdzie przedtem hulały "burze piaskowe" |
środa, 4 lipca 2018
U mnie jak na....
....działkach- nic się nie dzieje.
No może tylko to, że dziś jakoś upalnie jest.Słońce świeci uparcie i grzeje.
Gdy mój osobisty przedstawiciel mocnej płci był ostatnim razem u naszego
pana doktora POZ (podstawowej opieki zdrowotnej) w maju, to dostał
skierowanie do trzech specjalistów- kardiologa, pulmonologa i okulisty.
Oczywiście zapisalismy sie telefonicznie, a skierowanie dostarcza się w dniu
wizyty.
Tu jest nieco śmiesznie z tymi skierowaniami- skierowanie jest ważne kwartał,
więc czasami się zdarza, że trzeba je przedłużyć, ale to nie problem.
I już dwie wizyty mamy za sobą - pulmonolog okazał się być czeskiego rodu,
więc nawet bez problemu rozczytał się w polskich dokumentach.
Najważniejsze, że na miejscu były wykonane podstawowe badania i zmieniono
mojemu chłopu leki. Teraz ma tak dobrane, że bierze tylko 1, dwa razy dziennie
(dotychczas 4 razy dziennie, dwa różne leki) i przestał się zanosić kaszelkiem.
I już ma wyznaczony termin następnej wizyty, za 2.5 miesiąca.
I ciekawostka- wszystkie swe uwagi na temat zdrowia i leków pan dr.pulmonolog
przekazał "od ręki", mailowo, do lekarza kierującego.
A dziś byliśmy u okulisty - dostał skierowanie do szpitala na operację zaćmy.
Będziemy się starać by był to szpital odległy od nas o ok.700m, bo jest tu ponoć
najlepszy oddział okulistyczny. I może uda się tę zaćmę usunąć jeszcze w sierpniu.
A tak przy okazji nie mógł się tutejszy okulista nadziwić, że po zoperowaniu
pierwszego oka nie dobrano mojemu właściwych okularów, tylko pozostawiono te
sprzed operacji. A przecież był operowany wtedy prywatnie, za pieniądze.
No i 1 sierpnia ma mój jeszcze wizytę u kardiologa w klinice specjalizującej
się w zastawkach sercowych. Ciekawa jestem jak ocenią jego stan zdrowia i czy
pozostawią te leki które ma, czy dostanie inne. Mam tylko nadzieję, że jego
implantowana zastawka nadal jest dobra.
Wczoraj miałam zwariowany dzień, bo starszy Krasnal miał pływanie w akwenie
naturalnym. Co prawda jakoś odnalezlismy jezioro w którym mial pływać, tylko
córka nie podała drobnego szczegółu- w którym miejscu na tym jeziorze będą
pływać. A tam jest kilka miejsc do tego się nadających. I bez nudystów;))
No ale w końcu, niemal po 20 minutach, znależliśmy to miejsce- nie byliśmy
w tym szukaniu osamotnieni, bo i inne dziecię też szukało wraz z mamą tego
miejsca zbiórki.
Dziś było tu zakończenie roku szkolnego- Młodszy Krasnal dostał w ramach
nagrody czerwoną gerberę z doczepionym karnetem pochwalnym.
Starszy oscyluje ze stopniami od 1 do 3 w skali 6 stopniowej, z tym,że 1 to tak
jak u nas 6. Trochę się w tych ocenach trudno połapać, bo on ma tzw. "bloki"
i ocena łączna jest np. za blok chemia, biologia, fizyka no ale z matematyki
to oczywiście ma 1, z muzyki i języka ojczystego również. Z WF, ktorego
zdecydowanie nie lubi ( w coś tam grają) ma tylko 3.
W poniedziałek wyjeżdżają - będę miała wakacje - całe 3 tygodnie.
Chyba pozwiedzam nieco Berlin.
No może tylko to, że dziś jakoś upalnie jest.Słońce świeci uparcie i grzeje.
Gdy mój osobisty przedstawiciel mocnej płci był ostatnim razem u naszego
pana doktora POZ (podstawowej opieki zdrowotnej) w maju, to dostał
skierowanie do trzech specjalistów- kardiologa, pulmonologa i okulisty.
Oczywiście zapisalismy sie telefonicznie, a skierowanie dostarcza się w dniu
wizyty.
Tu jest nieco śmiesznie z tymi skierowaniami- skierowanie jest ważne kwartał,
więc czasami się zdarza, że trzeba je przedłużyć, ale to nie problem.
I już dwie wizyty mamy za sobą - pulmonolog okazał się być czeskiego rodu,
więc nawet bez problemu rozczytał się w polskich dokumentach.
Najważniejsze, że na miejscu były wykonane podstawowe badania i zmieniono
mojemu chłopu leki. Teraz ma tak dobrane, że bierze tylko 1, dwa razy dziennie
(dotychczas 4 razy dziennie, dwa różne leki) i przestał się zanosić kaszelkiem.
I już ma wyznaczony termin następnej wizyty, za 2.5 miesiąca.
I ciekawostka- wszystkie swe uwagi na temat zdrowia i leków pan dr.pulmonolog
przekazał "od ręki", mailowo, do lekarza kierującego.
A dziś byliśmy u okulisty - dostał skierowanie do szpitala na operację zaćmy.
Będziemy się starać by był to szpital odległy od nas o ok.700m, bo jest tu ponoć
najlepszy oddział okulistyczny. I może uda się tę zaćmę usunąć jeszcze w sierpniu.
A tak przy okazji nie mógł się tutejszy okulista nadziwić, że po zoperowaniu
pierwszego oka nie dobrano mojemu właściwych okularów, tylko pozostawiono te
sprzed operacji. A przecież był operowany wtedy prywatnie, za pieniądze.
No i 1 sierpnia ma mój jeszcze wizytę u kardiologa w klinice specjalizującej
się w zastawkach sercowych. Ciekawa jestem jak ocenią jego stan zdrowia i czy
pozostawią te leki które ma, czy dostanie inne. Mam tylko nadzieję, że jego
implantowana zastawka nadal jest dobra.
Wczoraj miałam zwariowany dzień, bo starszy Krasnal miał pływanie w akwenie
naturalnym. Co prawda jakoś odnalezlismy jezioro w którym mial pływać, tylko
córka nie podała drobnego szczegółu- w którym miejscu na tym jeziorze będą
pływać. A tam jest kilka miejsc do tego się nadających. I bez nudystów;))
No ale w końcu, niemal po 20 minutach, znależliśmy to miejsce- nie byliśmy
w tym szukaniu osamotnieni, bo i inne dziecię też szukało wraz z mamą tego
miejsca zbiórki.
Dziś było tu zakończenie roku szkolnego- Młodszy Krasnal dostał w ramach
nagrody czerwoną gerberę z doczepionym karnetem pochwalnym.
Starszy oscyluje ze stopniami od 1 do 3 w skali 6 stopniowej, z tym,że 1 to tak
jak u nas 6. Trochę się w tych ocenach trudno połapać, bo on ma tzw. "bloki"
i ocena łączna jest np. za blok chemia, biologia, fizyka no ale z matematyki
to oczywiście ma 1, z muzyki i języka ojczystego również. Z WF, ktorego
zdecydowanie nie lubi ( w coś tam grają) ma tylko 3.
W poniedziałek wyjeżdżają - będę miała wakacje - całe 3 tygodnie.
Chyba pozwiedzam nieco Berlin.
środa, 27 czerwca 2018
Koszmarki dla Stokrotki
Te koszmarki dla Stokrotki to wieżowce.
Nie wiem czy jest jakaś metropolia, która nie zafundowała swoim mieszkańcom
wieżowców ze szkła, stali i betonu. Wieżowce takie to rodzaj wizytówki.
Patrząc na historię budownictwa wszelakiego, można się pokusić o stwierdzenie,
że ludzie zawsze starali się wznosić jak najwyższe budowle - na początku, gdy
jeszcze nie imponowały wysokością to budowano je na wzniesieniach i były
to zamki obronne, potem usiłowano głosić chwałę bożą właśnie w drodze
budowania wysokich kościołów. Coś ludzi ciągnie w niebo;)
Zmiany techniczne i technologiczne w dziedzinie materiałów budowlanych
sprawiły, że i domy mieszkalne stawały się coraz wyższe, miasta rosły nie tylko
powierzchniowo ale i w zakresie wysokości.
A tak na zdrowy chłopski rozum rzecz ujmując, duże miasto, rozległe, stwarza
wiele problemów - dostarczenie miastu wody, różnego rodzaju energii, dróg
i całej listy innych, niezbędnych do życia rzeczy.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że miasto powinno piąć się w górę -zamiast pięciu
budynków obok siebie można postawić jeden, ale b. wysoki. I tak się zaczęło
budowanie wieżowców i wyścig kto wybuduje wyższy wieżowiec, ładniejszy
o lepszych parametrach i walorach użytkowych dla mieszkańców.
Jeśli idzie o stronę finansową zagadnienia, to budowa wieżowców wcale nie jest
tanim przedsięwzięciem, bo wraz z wysokością budynku wzrastają koszty systemu
dostarczenia w górę wszystkich potrzebnych a wręcz niezbędnych mediów, oraz
różnego rodzaju zabezpieczeń, aby wieżowiec nie stał się dla jego użytkowników
niebezpieczną dla życia pułapką.
Jest wiele miejsc na świecie, gdzie każdy metr kwadratowy powierzchni jest na
wagę złota. Do takich miejsc należy Singapur, miasto- państwo usytuowane na
wysepce wielkości 576 km kwadratowych , leżącej 137 km od równika, blisko
południowego krańca Półwyspu Malajskiego, z którym jest połączony groblą
i mostem. Do Singapuru należy też 60 mikroskopijnych wysepek, z których
większość jest otoczonych rafą koralową.
Miałam tę frajdę, że tam byłam wiele lat temu i to całe 2 tygodnie. Były to czasy
gdy w PRL-u królowały puste półki a do wieżowców w Warszawie należał
PKiN oraz hotel Warszawa i smętne mrówkowce na kilku osiedlach.
I, przyznam się bez bicia, tamte "prawdziwe" wieżowce, oczarowały mnie- bo
nigdy takich w naturze nie widziałam. Wszystko lśniło, błyszczało, budynki
miały różne kształty a nie były tylko prostopadłościanami.
Tak się dziś prezentuje singapurskie centrum biznesowe, wtedy wieżowców
było znacznie mniej. Poza tym część z nich została przebudowana od
podstaw. Na tym zdjęciu doskonale widać różnicę pomiędzy starą a obecną
zabudową miasta. Wbrew pozorom te czerwone daszki nie należą do psich
bud, ale to zwyczajne, domy mieszkalne. Co prawda tych "normalnych" domów
też jest nieco mniej, bo są systematycznie rozbierane w ich miejsce buduje się
mieszkalne wieżowce.
I na pożegnanie widok biznesowego centrum Singapuru z lotu ptaka.
Na pierwszym planie ten "biały patyk z daszkiem" to trzy hotele połączone
wspólnym dachem-tarasem.
To była daleka wycieczka w poszukiwaniu "koszmarków". Czas zajrzeć nieco
bliżej.
Mam to szczęście, że mieszkam w starej berlińskiej dzielnicy, wśród budynków
zbudowanych na samym początku XX wieku. I blisko mnie, w zasięgu wzroku
nie ma ani pół wieżowca.
Ale one są tak ze 3, 4 przystanki jazdy metrem ode mnie.
Największe ich skupisko jest na Placu Poczdamskim. Kiedyś był to największy
węzeł komunikacyjny w Berlinie i najruchliwszy plac w Europie.
Aż nastał rok 1961, w którym Berlin został podzielony murem a Plac Poczdamski
stał się martwą strefą śmierci.
Gdy tylko nastapiło zjednoczenie Niemiec a Wielki Niedzwiedż z podkulonym
ogonem zabrał swe szmatki, lalki i wrócił do siebie, na dotychczas okupowanym
terenie pełna para ruszyły prace budowlane. Miejsca do budowania było sporo,
bo część budynków mieszkalnych z wielkiej płyty nadawała się tylko do
rozbiórki.
Teraz na Placu Poczdamskim nie brak wieżowców:
Jest tu teraz duże centrum biznesowe.
I nawet ja, nie przepadająca za wieżowcami znalazłam tu dla siebie całkiem
miłe miejsce: jest ukryte pod tą wielką parasolką,
a wieczorem wygląda tak:
To jest "podwórko" kompleksu "sony Center". Co roku w lutym, przez dwa
tygodnie odbywa się tu Festiwal Filmowy Berlinale.
Podwórko jest utworzone przez siedem przeszklonych wieżowców stojących
w kręgu.
Upamiętnieniem tych tragicznych lat gdy Niemcy były krajem podzielonym,
jest stała wystawa-ściana z fragmentami Muru Berlińskiego.
Znalazłam jeszcze jeden berliński wieżowiec , w moim odczuciu zupełnie nie
pasujący do tego co tu stoi, czyli Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma.
Mnie ten budynek kojarzy się z ....olbrzymim silosem na zboże.
Szukając zdjęć do tej notki znalazłam również i takie- budynek który stoi
w dawniej wschodniej części Berlina, zaprojektowany przez Gehry'ego:
Podoba mi się, jest po prostu zabawny i będę się musiała któregoś dnia tam
wybrać.
A na zakończenie - warszawskie wieżowce nocą.
Jak widać Pałacu Kultury i Nauki nie da się za nimi ukryć, nadal jest
najwyższym budynkiem Warszawy.
Nie jestem pewna, czy wszystkie wieżowce są koszmarkami, ale jednego to
jestem pewna- z całą pewnością nie chciałabym w takim wieżowcu mieszkać.
_________________
Wszystkie zdjęcia są z internetu.
Nie wiem czy jest jakaś metropolia, która nie zafundowała swoim mieszkańcom
wieżowców ze szkła, stali i betonu. Wieżowce takie to rodzaj wizytówki.
Patrząc na historię budownictwa wszelakiego, można się pokusić o stwierdzenie,
że ludzie zawsze starali się wznosić jak najwyższe budowle - na początku, gdy
jeszcze nie imponowały wysokością to budowano je na wzniesieniach i były
to zamki obronne, potem usiłowano głosić chwałę bożą właśnie w drodze
budowania wysokich kościołów. Coś ludzi ciągnie w niebo;)
Zmiany techniczne i technologiczne w dziedzinie materiałów budowlanych
sprawiły, że i domy mieszkalne stawały się coraz wyższe, miasta rosły nie tylko
powierzchniowo ale i w zakresie wysokości.
A tak na zdrowy chłopski rozum rzecz ujmując, duże miasto, rozległe, stwarza
wiele problemów - dostarczenie miastu wody, różnego rodzaju energii, dróg
i całej listy innych, niezbędnych do życia rzeczy.
I wtedy ktoś wpadł na pomysł, że miasto powinno piąć się w górę -zamiast pięciu
budynków obok siebie można postawić jeden, ale b. wysoki. I tak się zaczęło
budowanie wieżowców i wyścig kto wybuduje wyższy wieżowiec, ładniejszy
o lepszych parametrach i walorach użytkowych dla mieszkańców.
Jeśli idzie o stronę finansową zagadnienia, to budowa wieżowców wcale nie jest
tanim przedsięwzięciem, bo wraz z wysokością budynku wzrastają koszty systemu
dostarczenia w górę wszystkich potrzebnych a wręcz niezbędnych mediów, oraz
różnego rodzaju zabezpieczeń, aby wieżowiec nie stał się dla jego użytkowników
niebezpieczną dla życia pułapką.
Jest wiele miejsc na świecie, gdzie każdy metr kwadratowy powierzchni jest na
wagę złota. Do takich miejsc należy Singapur, miasto- państwo usytuowane na
wysepce wielkości 576 km kwadratowych , leżącej 137 km od równika, blisko
południowego krańca Półwyspu Malajskiego, z którym jest połączony groblą
i mostem. Do Singapuru należy też 60 mikroskopijnych wysepek, z których
większość jest otoczonych rafą koralową.
Miałam tę frajdę, że tam byłam wiele lat temu i to całe 2 tygodnie. Były to czasy
gdy w PRL-u królowały puste półki a do wieżowców w Warszawie należał
PKiN oraz hotel Warszawa i smętne mrówkowce na kilku osiedlach.
I, przyznam się bez bicia, tamte "prawdziwe" wieżowce, oczarowały mnie- bo
nigdy takich w naturze nie widziałam. Wszystko lśniło, błyszczało, budynki
miały różne kształty a nie były tylko prostopadłościanami.
Tak się dziś prezentuje singapurskie centrum biznesowe, wtedy wieżowców
było znacznie mniej. Poza tym część z nich została przebudowana od
podstaw. Na tym zdjęciu doskonale widać różnicę pomiędzy starą a obecną
zabudową miasta. Wbrew pozorom te czerwone daszki nie należą do psich
bud, ale to zwyczajne, domy mieszkalne. Co prawda tych "normalnych" domów
też jest nieco mniej, bo są systematycznie rozbierane w ich miejsce buduje się
mieszkalne wieżowce.
I na pożegnanie widok biznesowego centrum Singapuru z lotu ptaka.
Na pierwszym planie ten "biały patyk z daszkiem" to trzy hotele połączone
wspólnym dachem-tarasem.
To była daleka wycieczka w poszukiwaniu "koszmarków". Czas zajrzeć nieco
bliżej.
Mam to szczęście, że mieszkam w starej berlińskiej dzielnicy, wśród budynków
zbudowanych na samym początku XX wieku. I blisko mnie, w zasięgu wzroku
nie ma ani pół wieżowca.
Ale one są tak ze 3, 4 przystanki jazdy metrem ode mnie.
Największe ich skupisko jest na Placu Poczdamskim. Kiedyś był to największy
węzeł komunikacyjny w Berlinie i najruchliwszy plac w Europie.
Aż nastał rok 1961, w którym Berlin został podzielony murem a Plac Poczdamski
stał się martwą strefą śmierci.
Gdy tylko nastapiło zjednoczenie Niemiec a Wielki Niedzwiedż z podkulonym
ogonem zabrał swe szmatki, lalki i wrócił do siebie, na dotychczas okupowanym
terenie pełna para ruszyły prace budowlane. Miejsca do budowania było sporo,
bo część budynków mieszkalnych z wielkiej płyty nadawała się tylko do
rozbiórki.
Teraz na Placu Poczdamskim nie brak wieżowców:
Jest tu teraz duże centrum biznesowe.
I nawet ja, nie przepadająca za wieżowcami znalazłam tu dla siebie całkiem
miłe miejsce: jest ukryte pod tą wielką parasolką,
a wieczorem wygląda tak:
tygodnie odbywa się tu Festiwal Filmowy Berlinale.
Podwórko jest utworzone przez siedem przeszklonych wieżowców stojących
w kręgu.
Upamiętnieniem tych tragicznych lat gdy Niemcy były krajem podzielonym,
jest stała wystawa-ściana z fragmentami Muru Berlińskiego.
Znalazłam jeszcze jeden berliński wieżowiec , w moim odczuciu zupełnie nie
pasujący do tego co tu stoi, czyli Kościoła Pamięci Cesarza Wilhelma.
Mnie ten budynek kojarzy się z ....olbrzymim silosem na zboże.
Szukając zdjęć do tej notki znalazłam również i takie- budynek który stoi
w dawniej wschodniej części Berlina, zaprojektowany przez Gehry'ego:
Podoba mi się, jest po prostu zabawny i będę się musiała któregoś dnia tam
wybrać.
A na zakończenie - warszawskie wieżowce nocą.
Jak widać Pałacu Kultury i Nauki nie da się za nimi ukryć, nadal jest
najwyższym budynkiem Warszawy.
jestem pewna- z całą pewnością nie chciałabym w takim wieżowcu mieszkać.
_________________
Wszystkie zdjęcia są z internetu.
wtorek, 26 czerwca 2018
Wczoraj .....
...byłam na koncercie dwóch chórów.
Koncert był w Nowym Kościele Pamięci Cesarza Wilhelma na Breitschedplatz.
Tak wyglądają witraże w Nowym Kościele
< to widok ogólny
kościoła.
To zdjęcie "nie na czasie" bo z okresu świąt BN., ale nie mogłam
znależć w sieci lepszego zdjęcia całości- Starego Kościoła i Nowego.
Myślę, że nazwa tego Placu jest Wam znana- to tu zginęli ludzie w czasie
bożonarodzeniowego jarmarku.
A wczoraj był występ dwóch chórów- gościnnie występował chór Woodson
Chorale pod dyrekcją Michaela Ehrlicha oraz Berliner Mozart-Chor
oraz Berliner Mozart-Kinderchor, Mozartini, pod dyrekcją Sabine Fenske.
Woodson Chorale ma aż 275 członków rekrutujących się spośród studentów.
Tu przyjechało około 100 osób.
Berliner Mozart Chor skupia młodzież w wieku 15-25 lat, a w Berliner
Mozart-Kinderchor śpiewają dzieci w wieku 10-13 lat.
Pani dyrektor Sabine Fenske szkoli również młodsze dzieci, tę odnóżkę
chóru o nazwie Mozartini - są tam naprawdę małe dzieci, od 5 roku życia.
I za tę pracę z tymi maluchami, które wczoraj występowały samodzielnie,
nie tylko ze starszymi dziećmi - podziwiam ją niesamowicie.
Mój starszy Krasnal śpiewa w tej starszej grupie i to już od niemal 2 lat,
chociaż dopiero w styczniu tego roku skończył 9 lat. A wczoraj, po raz
pierwszy, odważył się na wykonanie maleńkiego fragmentu solówki.
Koncert był naprawdę piękny a na jego zakończenie połączone chóry
zaśpiewały What a Wonderful World.
Występ tak się wszystkim podobał, że wszyscy biliśmy brawo długo,
bardzo mocno i na stojąco.
W okresie letnim odbywają się tu otwarte koncerty dwa, czasem trzy razy
w tygodniu.
A na zakończenie kilka słów o miejscu, w którym był koncert.
W listopadzie 1943 roku został zbombardowany stary Kościół Pamięci
Cesarza Wilhelma, którego 68 metrowej wysokości wieża była najwyższym
budynkiem Berlina. Z wieży pozostały tylko ruiny, budynek kościoła był
bardzo uszkodzony.
W 1957 r rozstrzygnięto konkurs na projekt nowego kościoła- został zbudowany
na planie sześciokąta. Początkowo planowano całkowite zburzenie starego
kościoła, ale w końcu po wielu dyskusjach wewnątrz go z lekka odrestaurowano,
odpowiednio zabezpieczono i teraz mieści się tam niewielkie muzeum.
Ten Nowy Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma jest Pomnikiem Przeciw Wojnie.
Zdjęcia są z internetu.
Koncert był w Nowym Kościele Pamięci Cesarza Wilhelma na Breitschedplatz.
Tak wyglądają witraże w Nowym Kościele
< to widok ogólny
kościoła.
To zdjęcie "nie na czasie" bo z okresu świąt BN., ale nie mogłam
znależć w sieci lepszego zdjęcia całości- Starego Kościoła i Nowego.
Myślę, że nazwa tego Placu jest Wam znana- to tu zginęli ludzie w czasie
bożonarodzeniowego jarmarku.
A wczoraj był występ dwóch chórów- gościnnie występował chór Woodson
Chorale pod dyrekcją Michaela Ehrlicha oraz Berliner Mozart-Chor
oraz Berliner Mozart-Kinderchor, Mozartini, pod dyrekcją Sabine Fenske.
Woodson Chorale ma aż 275 członków rekrutujących się spośród studentów.
Tu przyjechało około 100 osób.
Berliner Mozart Chor skupia młodzież w wieku 15-25 lat, a w Berliner
Mozart-Kinderchor śpiewają dzieci w wieku 10-13 lat.
Pani dyrektor Sabine Fenske szkoli również młodsze dzieci, tę odnóżkę
chóru o nazwie Mozartini - są tam naprawdę małe dzieci, od 5 roku życia.
I za tę pracę z tymi maluchami, które wczoraj występowały samodzielnie,
nie tylko ze starszymi dziećmi - podziwiam ją niesamowicie.
Mój starszy Krasnal śpiewa w tej starszej grupie i to już od niemal 2 lat,
chociaż dopiero w styczniu tego roku skończył 9 lat. A wczoraj, po raz
pierwszy, odważył się na wykonanie maleńkiego fragmentu solówki.
Koncert był naprawdę piękny a na jego zakończenie połączone chóry
zaśpiewały What a Wonderful World.
Występ tak się wszystkim podobał, że wszyscy biliśmy brawo długo,
bardzo mocno i na stojąco.
W okresie letnim odbywają się tu otwarte koncerty dwa, czasem trzy razy
w tygodniu.
A na zakończenie kilka słów o miejscu, w którym był koncert.
W listopadzie 1943 roku został zbombardowany stary Kościół Pamięci
Cesarza Wilhelma, którego 68 metrowej wysokości wieża była najwyższym
budynkiem Berlina. Z wieży pozostały tylko ruiny, budynek kościoła był
bardzo uszkodzony.
W 1957 r rozstrzygnięto konkurs na projekt nowego kościoła- został zbudowany
na planie sześciokąta. Początkowo planowano całkowite zburzenie starego
kościoła, ale w końcu po wielu dyskusjach wewnątrz go z lekka odrestaurowano,
odpowiednio zabezpieczono i teraz mieści się tam niewielkie muzeum.
Ten Nowy Kościół Pamięci Cesarza Wilhelma jest Pomnikiem Przeciw Wojnie.
Zdjęcia są z internetu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)















