....że w mitach i legendach na całym świecie występują giganci i potop?
Te mity powstawały w bardzo, bardzo odległych czasach, a opowiadały o
czasach jeszcze bardziej odległych, wręcz o początku świata.
Wg mitologii inkaskiej czterej bracia, giganci należący do rasy Ayar-aucca
podtrzymywali niebiosa i jednocześnie rządzili rasą ludzką.
Ale ludzie stawali się z czasem coraz bardziej nieposłuszni i niewdzięczni,
więc bracia zdecydowali się opuścić niebiosa na Ziemię i zatopić ją w morzu.
Skutek był taki, że nastąpił wszechświatowy potop, powodując niemal
całkowitą zagładę ludzkości.
W odległej od krainy Inków Irlandii też spotkamy mit o gigantycznych
ludziach nazywanych Fermorami, którzy mieszkali na morzu. Zaraz po
Wielkim Potopie ich przywódca, Balor, wyprowadził ich na wybrzeże
irlandzkie i oni stali się rdzennymi mieszkańcami tej wyspy.
W Anatolii, około 2000 roku przed nowa erą,gdy Hetyci pokonali dominującą
wówczas tam rasę Hurytów, rozprzestrzenili mit o Alalu- gigantycznym
bogu, pierwszym królu niebios, który żył na wyspie na Oceanie Zachodnim.
Ocean Zachodni to dawna nazwa Atlantyku.
Plemię Kai z Nowej Gwinei wspomina rasę półbogów, gigantów, zwanych
Ne-Mu. To oni rządzili Ziemią przed Potopem.Byli wyżsi i silniejsi od innych,
nauczyli przodków Kai podstaw rolnictwa i budowania domów.
Ale Wielki Potop starł ich z powierzchni Ziemi a ich ciała zamieniły się
w wielkie kamienne bloki.
Rdzenni mieszkańcy wysp Fidżi wierzą, że kraj ich przodków, Burutu, zatonął
bardzo, bardzo dawno w wodach Pacyfiku gdy na Ziemię spadły niebiosa,
a ogień i woda zmieszały się z sobą i w ten sposób powstały wyspy Samoa.
Ci, którzy przeżyli kataklizm, znani jako Hiti, byli rasą gigantów, dziećmi
Atlantydy.
Arabski mit opowiada z kolei o rasie gigantów zwanych Adytami, którzy byli
wspaniałymi architektami i budowniczymi.
Arabowie zamieszkujący Bliski Wschód od samych początków swej historii
pisanej wszystkie wielkie budowle przypisywali tym gigantom z czasów
starożytnych.
Dwa najstarsze i wielce poważane święte teksty hinduskie opowiadają
o wodnych gigantach, Daitya, potomstwie boga Wisznu.
Wg Wisznu Purany (jedna z tych świętych ksiąg) wodni giganci rezydowali
w Tripurze- Potrójnym Mieście, które było na zatopionej wyspie za nieprzebytym
Oceanem Zachodnim.
Żeby Was tak całkiem nie zanudzić wyliczanką opowiem Wam o gigancie
chińskim, Pangu.
Chińczycy uważają, że na początku cały kosmos był uwięziony w jednym
jaju. Wewnątrz niego panował okropny chaos, nie było granicy między niebem
a ziemią, nie było słońca, księżyca oraz gwiazd i panowała ciemność.
Z tego chaosu wyłoniła się pierwsza istota - gigant Pangu, który postanowił
uporządkować panujący chaos.
Pierwszym jego działaniem było rozbicie skorupy jaja.
Lżejsza jej część (jang) uniosła się w górę i stała się niebem, zaś cięższa jej
część (jin) opadła w dół i stała się ziemią.
Pangu stał na Ziemi nieprzerwanie przez 18000 lat, pilnując by nie spadły na
nią niebiosa i podpierał je własnym czołem.
W końcu Pangu położył się i usnął. Niestety podczas tego snu umarł. Głowa
Pangu i jego brwi przemieniły się w planety i gwiazdy. Jego lewe oko stało
się słońcem a prawe- księżycem. Z ciała Pangu powstała gleba a z krwi- rzeki
i oceany. Zęby i kości stały się skałami, minerałami i drogimi kamieniami.
Z oddechu Pangu powstały chmury i wiatr a głos zmienił się w grzmoty i
błyskawice, zaś pot w deszcz i rosę.
Z włosów na ciele Pangu powstały drzewa, rośliny i kwiaty, a pasożyty na jego
skórze zmieniły się w ryby i inne zwierzęta.
Wszystkie mity i legendy zawsze zawierały w sobie dużo prawdy, która nie
zawsze pasowała współczesnym historykom, lub wręcz zaprzeczała odkryciom
i wnioskom dawniejszych archeologów i badaczy.
Ale o tym napiszę innym razem. Bo jednak giganci żyli kiedyś na Ziemi.
drewniana rzezba
czwartek, 30 marca 2017
poniedziałek, 27 marca 2017
Coraz lepiej, coraz lepiej
Włączam dziś telewizornię, patrzę i myślę - ki diabeł, czyżby powrócił poseł
Gabriel Janowski?
Patrzę na tę zaróżowioną buzkę, okrągłe, lekko nieprzytomne oczęta, słucham
co wyplata i dotarło do mnie, że to nie p.Gabriel Janowski po leczeniu dotarł,
ale to nowy kandydat na leczenie psychiatryczne, w osobie jednego
z ministrów dobrej zmiany.
Właściwie to może powinnam napisać list dziękczynny, bo każde wystąpienie
oficjeli z tego ugrupowania sprawia, że mija mi strach przed przeprowadzką,
mało tego, zaczynam się martwić, że wciąż tu jeszcze jestem.
I czasami rozbawiają mnie wręcz do łez, np. projektem wybudowania nowego
super lotniska i super stacji kolejowej pomiędzy Łodzią a stolicą. A stolica
miałaby sięgać od Bugu po Odrę i od Bałtyku do Tatr, z małym marginesem
dookoła tego tworu.
Margines potrzebny do tego, żeby można była wmówić ludziom, że jest tzw.
demokracja.
Rozumiem, że grypa przenosi się metodą kropelkową i łatwo się nią zarazić, ale
nie podejrzewałam, że tak samo rozprzestrzenia się głupota.
Jak dotąd była to cecha osobnicza, wrodzona lub wynikająca z braku
wykształcenia, no a teraz okazuje się należeć do chorób zakażnych.
Ciekawa jestem jak się przenosi- czy jest jak żółtaczka pokarmowa lub salmonella
czy też jest chorobą brudnych rąk lub brudnych strzykawek?
Bardzo mi się podoba wynik referendum przeprowadzonego w podwarszawskim
Legionowie- otóż mieszkańcy tej miłej acz niewielkiej miejscowości wcale nie
życzą sobie przyłączenia do rozdętego miasta stołecznego. I chwała im za to,
95% mieszkańców wypowiedziało się przeciw temu projektowi.
A pani minister od unicestwiania szkolnictwa wyraziła dzis nadzieję, że ogólnopolski
strajk nauczycieli nie odbędzie się.
Nie podzielam tych jej nadziei, nawet w Rosji opozycja w 80 miastach podniosła
głowę i ludzie wyszli na ulice miast protestując przeciwko skorumpowanej władzy.
Zaczynam wierzyć, że wiosna jednak do stolicy pomału dociera- żywopłoty na
naszym osiedlu mają już 3 milimetrowe pączki, prawie listki.
I nawet słońce dziś świeciło i nie zamarzłam wędrując Ursynowem- tam zawsze
jest straszny wygwizdów.
Miłego tygodnia dla Was!
Gabriel Janowski?
Patrzę na tę zaróżowioną buzkę, okrągłe, lekko nieprzytomne oczęta, słucham
co wyplata i dotarło do mnie, że to nie p.Gabriel Janowski po leczeniu dotarł,
ale to nowy kandydat na leczenie psychiatryczne, w osobie jednego
z ministrów dobrej zmiany.
Właściwie to może powinnam napisać list dziękczynny, bo każde wystąpienie
oficjeli z tego ugrupowania sprawia, że mija mi strach przed przeprowadzką,
mało tego, zaczynam się martwić, że wciąż tu jeszcze jestem.
I czasami rozbawiają mnie wręcz do łez, np. projektem wybudowania nowego
super lotniska i super stacji kolejowej pomiędzy Łodzią a stolicą. A stolica
miałaby sięgać od Bugu po Odrę i od Bałtyku do Tatr, z małym marginesem
dookoła tego tworu.
Margines potrzebny do tego, żeby można była wmówić ludziom, że jest tzw.
demokracja.
Rozumiem, że grypa przenosi się metodą kropelkową i łatwo się nią zarazić, ale
nie podejrzewałam, że tak samo rozprzestrzenia się głupota.
Jak dotąd była to cecha osobnicza, wrodzona lub wynikająca z braku
wykształcenia, no a teraz okazuje się należeć do chorób zakażnych.
Ciekawa jestem jak się przenosi- czy jest jak żółtaczka pokarmowa lub salmonella
czy też jest chorobą brudnych rąk lub brudnych strzykawek?
Bardzo mi się podoba wynik referendum przeprowadzonego w podwarszawskim
Legionowie- otóż mieszkańcy tej miłej acz niewielkiej miejscowości wcale nie
życzą sobie przyłączenia do rozdętego miasta stołecznego. I chwała im za to,
95% mieszkańców wypowiedziało się przeciw temu projektowi.
A pani minister od unicestwiania szkolnictwa wyraziła dzis nadzieję, że ogólnopolski
strajk nauczycieli nie odbędzie się.
Nie podzielam tych jej nadziei, nawet w Rosji opozycja w 80 miastach podniosła
głowę i ludzie wyszli na ulice miast protestując przeciwko skorumpowanej władzy.
Zaczynam wierzyć, że wiosna jednak do stolicy pomału dociera- żywopłoty na
naszym osiedlu mają już 3 milimetrowe pączki, prawie listki.
I nawet słońce dziś świeciło i nie zamarzłam wędrując Ursynowem- tam zawsze
jest straszny wygwizdów.
Miłego tygodnia dla Was!
sobota, 25 marca 2017
No nie wiem.....
......a tego czego nie wiem jest coraz więcej.
Może po prostu pomału głupieję. Zaczynam z wolna robić remanenty, bo
przecież w lecie mamy się przeprowadzić.
Pierwszy efekt remanentu ? Natknęłam się na włóczkę tzw. "skarpetkową",
czyli 75% wełny i 25% poliamidu. I....zabrałam się do dziergania tzw.
wdzianka-otulacza. Idzie szybko, grube druty, fason prosty bo wdzianko
powstaje z odpowiednio zszytego prostokąta. I właściwie nie jest to taki
wielce durny pomysł, ale w związku z tym przerwałam dzierganie dla siebie
ażurowej bluzki.
Wiem, pisałam ,że nigdy więcej nie tknę ażuru, ale właśnie przez ten remanent
natknęłam się na włóczkę bawełnę z akrylem, 50/50% i na naprawdę łatwy
wzór ażurowych paseczków. Zrobiłam próbkę i..... "zaskoczyłam"- mam już
zrobiony tył i spory kawałek przodu. I właśnie gdy usiłowałam "wymajaczyć"
jaki zrobić dekolt, to znalazłam tę skarpetkową włóczkę i jak na złość trafiłam
na blog Anny. Ania właśnie udziergała takie wdzianko. No i zaraz rączki
zaczęły mnie swędzieć i zaczęłam dziergać.
Jak na razie to remanent robię tylko w drobiazgach, bo naprawdę są kłopoty
ze znalezieniem mieszkania akurat w tej okolicy, która nam wszystkim pasuje.
Gdybyśmy chcieli mieszkanie takie około 100 metrów lub więcej- nie byłoby
problemu. Takich powierzchni tam nie brakuje. No ale po co nam taki metraż?
Nie zamierzam jezdzić po domu na wrotkach.
Trochę się już oswoiłam z myślą o przeprowadzce - gdy o tym myślę już mi
serce nie skacze do gardła i tętno nie usiłuje dogonić rakiety kosmicznej.
Kwiecień to miesiąc, w którym zmienia mi się cyferka w metryce. Kiedyś bardzo
mnie to cieszyło- teraz raczej budzi zdziwienie i smutek, że tak szybko mija
życie. Jesteśmy tu tylko chwilę i chyba nie zawsze potrafimy to dobrze
wykorzystać. No ale jak na razie to jeszcze mamy marzec.
Czekam z utęsknieniem na prawdziwą wiosnę, z zielonymi krzewami, kwitnącymi
drzewami owocowymi i całym tym wiosennym szaleństwem zieleni i kolorów.
A tymczasem marzec zgodnie idzie z przysłowiem- miesza się wciąż pogoda. a to
co widać na termometrze "w użyciu" wypada jakoś blado - termometr pokazuje
+10, ale jakoś trudno poczuć to ciepło będąc na ulicy.
Życzę wszystkim miłego, słonecznego weekendu;)
Może po prostu pomału głupieję. Zaczynam z wolna robić remanenty, bo
przecież w lecie mamy się przeprowadzić.
Pierwszy efekt remanentu ? Natknęłam się na włóczkę tzw. "skarpetkową",
czyli 75% wełny i 25% poliamidu. I....zabrałam się do dziergania tzw.
wdzianka-otulacza. Idzie szybko, grube druty, fason prosty bo wdzianko
powstaje z odpowiednio zszytego prostokąta. I właściwie nie jest to taki
wielce durny pomysł, ale w związku z tym przerwałam dzierganie dla siebie
ażurowej bluzki.
Wiem, pisałam ,że nigdy więcej nie tknę ażuru, ale właśnie przez ten remanent
natknęłam się na włóczkę bawełnę z akrylem, 50/50% i na naprawdę łatwy
wzór ażurowych paseczków. Zrobiłam próbkę i..... "zaskoczyłam"- mam już
zrobiony tył i spory kawałek przodu. I właśnie gdy usiłowałam "wymajaczyć"
jaki zrobić dekolt, to znalazłam tę skarpetkową włóczkę i jak na złość trafiłam
na blog Anny. Ania właśnie udziergała takie wdzianko. No i zaraz rączki
zaczęły mnie swędzieć i zaczęłam dziergać.
Jak na razie to remanent robię tylko w drobiazgach, bo naprawdę są kłopoty
ze znalezieniem mieszkania akurat w tej okolicy, która nam wszystkim pasuje.
Gdybyśmy chcieli mieszkanie takie około 100 metrów lub więcej- nie byłoby
problemu. Takich powierzchni tam nie brakuje. No ale po co nam taki metraż?
Nie zamierzam jezdzić po domu na wrotkach.
Trochę się już oswoiłam z myślą o przeprowadzce - gdy o tym myślę już mi
serce nie skacze do gardła i tętno nie usiłuje dogonić rakiety kosmicznej.
Kwiecień to miesiąc, w którym zmienia mi się cyferka w metryce. Kiedyś bardzo
mnie to cieszyło- teraz raczej budzi zdziwienie i smutek, że tak szybko mija
życie. Jesteśmy tu tylko chwilę i chyba nie zawsze potrafimy to dobrze
wykorzystać. No ale jak na razie to jeszcze mamy marzec.
Czekam z utęsknieniem na prawdziwą wiosnę, z zielonymi krzewami, kwitnącymi
drzewami owocowymi i całym tym wiosennym szaleństwem zieleni i kolorów.
A tymczasem marzec zgodnie idzie z przysłowiem- miesza się wciąż pogoda. a to
co widać na termometrze "w użyciu" wypada jakoś blado - termometr pokazuje
+10, ale jakoś trudno poczuć to ciepło będąc na ulicy.
Życzę wszystkim miłego, słonecznego weekendu;)
poniedziałek, 20 marca 2017
Kto chce niech czyta
Zapewne nie jest to ciekawostka dla wszystkich, ale w moim odczuciu rzecz jest
ciekawa.
Nie wiem czy wiecie, ale w stratosferze uczeni zainstalowali specjalne pułapki
magnetyczne i na początku 2015 roku w taką magnetyczną pułapkę wpadły
bardzo niezwykłe kuleczki ze zdecydowanie niezwykłą zawartością - była to
galaretowata substancja organiczna zawierająca DNA.
I żeby było jeszcze dziwniej, ta substancja to był mały, żywy stworek.
Oczywiście kuleczki, stanowiące opakowanie galaretowatych stworków i owe
stworki są bardzo skrupulatnie badane.
Badania prowadzi i nadzoruje prof. Milton Wainwright z University of
Buckingham .
W trakcie badań okazało się, że konfiguracja DNA tajemniczych stworków na
naszej planecie nie występuje.
Obejrzawszy wyniki badań owej przedziwnej, nieznanej konfiguracji DNA
profesor wykrzyknął: "Wow, to wydaje się być niesamowite!"
Jak zapewne większość z moich "czytaczy" wie, DNA są to kwasy nukleinowe,
czyli wielkocząsteczkowe organiczne związki chemiczne, pełniące rolę nośnika
informacji genetycznej w żywych organizmach.
Są one bardzo trwałą instrukcją/planem budowy i fizjologii każdego żywego
organizmu. To z nich wychodzą sekwencje wszystkich rozkazów na etapie
rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego ( rozwoju rodowego i osobniczego),
czyli przemian anatomicznych i fizjologicznych określonego osobnika od
momentu poczęcia aż do śmierci.
Badanie kuleczki,(sferuli) stanowiącej "opakowanie" stworka wykazało, że posiada
ona idealnie kulisty kształt i wszelkie cechy produktu sztucznie wytworzonego.
Jest wytworzona z kompozytów wieloskładnikowych, w sposób zapewniający jej
ochronę przed promieniowaniem kosmicznym oraz bezpieczny przelot przez
gęstą atmosferę naszej planety.
Zewnętrzna powłoka składa się z kilku pierwiastków kosmogenicznych, czyli
metali ziem rzadkich, występujących w niezwykle małych ilościach. Jednym
z tych składników okazał się pierwiastek Dysproz, który na Ziemi stosowany
jest tylko w reaktorach jądrowych.
Na temat samej sferuli i jej zawartości nie podano zbyt wiele informacji, nie
mniej w informacji przekazanej mediom jednoznacznie użyto sformułowania, że
zawartość tej dziwnej kuleczki to żywe zwierzątko wyposażone w specyficzną
informację genetyczną, czyli taką z zakodowaną sekwencją poleceń.
Tyle tylko, że ten kosmiczny przybysz nie ma żadnych odpowiedników ani też
powiązań genetycznych ze znanymi ziemskiej nauce zwierzętami.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt badawczy są przekonani, że właśnie
otrzymali pozytywną odpowiedz czy rzeczywiście istnieje gdzieś w Kosmosie
życie.
Oczywiście jak na razie brak jest odpowiedzi na wiele innych pytań , ponieważ
zupełnie nie wiadomo z którego miejsca w Kosmosie przysłano nam tę dziwną
przesyłkę i dlaczego.
Burza mózgów trwa a pytań jest coraz więcej.
Chcą nas wykończyć bo Ziemi grozi przeludnienie czy może tylko ulepszyć???
Uczeni mają problem, a ja, idiotka, przejmuję się, że się mam gdzieś-tam
przeprowadzić.
ciekawa.
Nie wiem czy wiecie, ale w stratosferze uczeni zainstalowali specjalne pułapki
magnetyczne i na początku 2015 roku w taką magnetyczną pułapkę wpadły
bardzo niezwykłe kuleczki ze zdecydowanie niezwykłą zawartością - była to
galaretowata substancja organiczna zawierająca DNA.
I żeby było jeszcze dziwniej, ta substancja to był mały, żywy stworek.
Oczywiście kuleczki, stanowiące opakowanie galaretowatych stworków i owe
stworki są bardzo skrupulatnie badane.
Badania prowadzi i nadzoruje prof. Milton Wainwright z University of
Buckingham .
W trakcie badań okazało się, że konfiguracja DNA tajemniczych stworków na
naszej planecie nie występuje.
Obejrzawszy wyniki badań owej przedziwnej, nieznanej konfiguracji DNA
profesor wykrzyknął: "Wow, to wydaje się być niesamowite!"
Jak zapewne większość z moich "czytaczy" wie, DNA są to kwasy nukleinowe,
czyli wielkocząsteczkowe organiczne związki chemiczne, pełniące rolę nośnika
informacji genetycznej w żywych organizmach.
Są one bardzo trwałą instrukcją/planem budowy i fizjologii każdego żywego
organizmu. To z nich wychodzą sekwencje wszystkich rozkazów na etapie
rozwoju filogenetycznego i ontogenetycznego ( rozwoju rodowego i osobniczego),
czyli przemian anatomicznych i fizjologicznych określonego osobnika od
momentu poczęcia aż do śmierci.
Badanie kuleczki,(sferuli) stanowiącej "opakowanie" stworka wykazało, że posiada
ona idealnie kulisty kształt i wszelkie cechy produktu sztucznie wytworzonego.
Jest wytworzona z kompozytów wieloskładnikowych, w sposób zapewniający jej
ochronę przed promieniowaniem kosmicznym oraz bezpieczny przelot przez
gęstą atmosferę naszej planety.
Zewnętrzna powłoka składa się z kilku pierwiastków kosmogenicznych, czyli
metali ziem rzadkich, występujących w niezwykle małych ilościach. Jednym
z tych składników okazał się pierwiastek Dysproz, który na Ziemi stosowany
jest tylko w reaktorach jądrowych.
Na temat samej sferuli i jej zawartości nie podano zbyt wiele informacji, nie
mniej w informacji przekazanej mediom jednoznacznie użyto sformułowania, że
zawartość tej dziwnej kuleczki to żywe zwierzątko wyposażone w specyficzną
informację genetyczną, czyli taką z zakodowaną sekwencją poleceń.
Tyle tylko, że ten kosmiczny przybysz nie ma żadnych odpowiedników ani też
powiązań genetycznych ze znanymi ziemskiej nauce zwierzętami.
Naukowcy zaangażowani w ten projekt badawczy są przekonani, że właśnie
otrzymali pozytywną odpowiedz czy rzeczywiście istnieje gdzieś w Kosmosie
życie.
Oczywiście jak na razie brak jest odpowiedzi na wiele innych pytań , ponieważ
zupełnie nie wiadomo z którego miejsca w Kosmosie przysłano nam tę dziwną
przesyłkę i dlaczego.
Burza mózgów trwa a pytań jest coraz więcej.
Chcą nas wykończyć bo Ziemi grozi przeludnienie czy może tylko ulepszyć???
Uczeni mają problem, a ja, idiotka, przejmuję się, że się mam gdzieś-tam
przeprowadzić.
sobota, 18 marca 2017
Piotrowy Tron
Okładkę ostatniego dwutygodnika FORUM zdobi zdjęcie papieża Franciszka.
Nad zdjęciem tytuł: "Wojna w Watykanie. Kto poluje na Franciszka?
Jedno jest pewne- z pewnością nikt z wiernych- ci darzą go szacunkiem .
Więc kto? - odpowiedz jest niezmiernie prosta.
W chwili gdy tylko papież Franciszek podjął pierwsze próby wprowadzenia
Kościoła katolickiego w XXI wiek, zreformowania jego władz, przelania części
kompetencji na terenowych biskupów, napotkał silny opór watykańskiego
establishmentu.
No bo jak - nagle Kościół ma być ubogi? Jak to - uporządkować finanse?
Zlikwidować część intratnych urzędów w kurii? A do tego jeszcze kajać się
i przyznawać do błędów? - niedoczekanie.
Udzielać Komunii rozwodnikom?- zgroza.
Nawet jeśli ponownie wstąpili w związek małżeński, a Kościół unieważnił
za opłatą ich dotychczasowe małżeństwo.
Przyjąć do grona wiernych homoseksualistę, który przyznaje się do swej
orientacji? - mowy nie ma. Przecież on nie ma prawa poszukiwać Boga!
A że wśród duchownych takowych nie brak? A kto nam coś udowodni?
I w ogóle po co powołać trybunał, przed którym stawaliby biskupi
ukrywający przypadki molestowania seksualnego dzieci?
Niedawno przeczytałam, w ramach pogłębiania swej wiedzy, książkę
Johna Hogue "Ostatni papież".
To książka o przeszłości, terazniejszości a może i przyszłości Kościoła
rzymskokatolickiego.
Lektura wielce pouczająca, chwilami można się pośmiać, ale ogólnie parę
łez uronić nad naiwnością "ciemnego ludu".
Poznajemy tu pontyfikaty 111 urzędujących dotychczas papieży.
Aktualnie urzędujący papież Franciszek jest 112.
A teraz ciekawostka - w 1139 roku irlandzki biskup Malachiasz wygłosił
w Rzymie proroctwa dotyczące losów kolejnych papieży aż do chwili
Sądu Ostatecznego, który ma nastąpić na początku III tysiąclecia.
Manuskrypt zawierający sto jedenaście łacińskich sentencji spoczywał
ukryty w Watykanie.
W 1595 roku manuskrypt został potępiony przez władze kościelne, chociaż
bardzo celnie opisywał charaktery, losy papieży i wydarzenia związane z ich
pontyfikatami od XII wieku aż po dzień dzisiejszy.
A wg tych przepowiedni pontyfikat obecnego papieża ma być ostatnim.
Jak się okazuje, to aż 90% przepowiedni irlandzkiego biskupa spełniło się.
Książka "Ostatni papież" została napisana w 1998 roku. W 2016 roku
autor uzupełnił ją rozdziałami opisującymi pontyfikaty Benedykta XVI
i Franciszka. I właśnie to wydanie nabyłam.
Poza tym znajdziecie tu dokładny, zgodny z historią, niekoniecznie zgodny
z tym, czego nauczyliście się na religii, opis początków chrześcijaństwa.
Chyba nie odmówię sobie przyjemności i w następnej notce napiszę o kilku
wyjątkowo "radosnych" papieżach, znacznie mniej znanych niż Borgia, ale
mających równie ciekawe pomysły.
Nad zdjęciem tytuł: "Wojna w Watykanie. Kto poluje na Franciszka?
Jedno jest pewne- z pewnością nikt z wiernych- ci darzą go szacunkiem .
Więc kto? - odpowiedz jest niezmiernie prosta.
W chwili gdy tylko papież Franciszek podjął pierwsze próby wprowadzenia
Kościoła katolickiego w XXI wiek, zreformowania jego władz, przelania części
kompetencji na terenowych biskupów, napotkał silny opór watykańskiego
establishmentu.
No bo jak - nagle Kościół ma być ubogi? Jak to - uporządkować finanse?
Zlikwidować część intratnych urzędów w kurii? A do tego jeszcze kajać się
i przyznawać do błędów? - niedoczekanie.
Udzielać Komunii rozwodnikom?- zgroza.
Nawet jeśli ponownie wstąpili w związek małżeński, a Kościół unieważnił
za opłatą ich dotychczasowe małżeństwo.
Przyjąć do grona wiernych homoseksualistę, który przyznaje się do swej
orientacji? - mowy nie ma. Przecież on nie ma prawa poszukiwać Boga!
A że wśród duchownych takowych nie brak? A kto nam coś udowodni?
I w ogóle po co powołać trybunał, przed którym stawaliby biskupi
ukrywający przypadki molestowania seksualnego dzieci?
Niedawno przeczytałam, w ramach pogłębiania swej wiedzy, książkę
Johna Hogue "Ostatni papież".
To książka o przeszłości, terazniejszości a może i przyszłości Kościoła
rzymskokatolickiego.
Lektura wielce pouczająca, chwilami można się pośmiać, ale ogólnie parę
łez uronić nad naiwnością "ciemnego ludu".
Poznajemy tu pontyfikaty 111 urzędujących dotychczas papieży.
Aktualnie urzędujący papież Franciszek jest 112.
A teraz ciekawostka - w 1139 roku irlandzki biskup Malachiasz wygłosił
w Rzymie proroctwa dotyczące losów kolejnych papieży aż do chwili
Sądu Ostatecznego, który ma nastąpić na początku III tysiąclecia.
Manuskrypt zawierający sto jedenaście łacińskich sentencji spoczywał
ukryty w Watykanie.
W 1595 roku manuskrypt został potępiony przez władze kościelne, chociaż
bardzo celnie opisywał charaktery, losy papieży i wydarzenia związane z ich
pontyfikatami od XII wieku aż po dzień dzisiejszy.
A wg tych przepowiedni pontyfikat obecnego papieża ma być ostatnim.
Jak się okazuje, to aż 90% przepowiedni irlandzkiego biskupa spełniło się.
Książka "Ostatni papież" została napisana w 1998 roku. W 2016 roku
autor uzupełnił ją rozdziałami opisującymi pontyfikaty Benedykta XVI
i Franciszka. I właśnie to wydanie nabyłam.
Poza tym znajdziecie tu dokładny, zgodny z historią, niekoniecznie zgodny
z tym, czego nauczyliście się na religii, opis początków chrześcijaństwa.
Chyba nie odmówię sobie przyjemności i w następnej notce napiszę o kilku
wyjątkowo "radosnych" papieżach, znacznie mniej znanych niż Borgia, ale
mających równie ciekawe pomysły.
czwartek, 16 marca 2017
Znowu......
Odchodzi moje pokolenie. Pokolenie poetów a nie tekściarzy, pokolenie
piosenkarzy a nie wyjców bez dykcji.
Posłuchajcie tekstów. Piosenki Wojtka Młynarskiego zawsze były podsumowaniem
rzeczywistości, która nas otaczała.
Jego odejście to ogromna strata, a dla mnie wielki smutek.
sobota, 11 marca 2017
Wiszę.....
.... a tego stanu nie lubię.
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji, a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych kilka
wariantów i możliwych scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam. Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
Miłej niedzieli wszystkim życzę;>)
Chcąc opisać stan, w którym obecnie się znajduję muszę użyć wielu słów -
"jestem rozdarta", "żyję w zawieszeniu", "czuję się między młotem a
kowadłem".
I wszystko to sprawia, że nie czuję się komfortowo.
Chyba trzeba do tej całej sytuacji podejść nieco filozoficznie i może postarać
się wsłuchać w to, co podpowiada podświadomość. Tyle tylko, że ona chyba
wyjechała gdzieś na wakacje. Niczego mi nie podpowiada.
Po raz pierwszy w życiu nie umiem błyskawicznie podjąć decyzji, a dotąd
nigdy nie miałam z tym problemu. Mój ślubny też zawsze nie miał z tym
problemu, wśród znajomych uchodziliśmy za takich, co podejmują decyzję
bez najmniejszego namysłu.A tak naprawdę zawsze wszystko było przez nas
przeanalizowane, zawsze mieliśmy wcześniej przeanalizowanych kilka
wariantów i możliwych scenariuszy, więc wybranie właściwego nie sprawiało
nam nigdy kłopotu.
Ale zawsze były to wybory które nas od nikogo nie uzależniały.
A teraz sytuacja jest inna -obcy kraj, nikła znajomość języka, procedur kopa
z górką, problem ze znalezieniem mieszkania, które musi być w ściśle
określonym miejscu.
A na samym końcu- koniec z robieniem tylko tego co nam pasuje.
No i jeszcze dojdzie problem finansowy - tu wprawdzie nie mamy "kokosów",
ale skłamałabym mówiąc, że cierpimy biedę. Ale te pieniądze tam = problemy
finansowe.
I tak miotam się, a jednocześnie daję się unosić fali, czekając co wyniknie
z poszukiwania mieszkania.
Gdy patrzę na to wszystko co mam spakować to aż głowa mi pęka w szwach.
Ślubny też nie wykazuje entuzjazmu, zamartwia się na zapas jak to będzie
z opieką medyczną dla niego.
Mieszkanie, które córka oglądała (dzień wcześniej ktoś je rezerwował) już
zostało sprzedane, więc czeka na kolejną propozycję.
Wiele lat temu, gdy córka była jeszcze w liceum, zapytała mnie, czy jeśli
ona wyjedzie z Polski na stałe, to my do niej dołączymy. I wtedy jej to
obiecałam. Nie sądziłam, że naprawdę wyjedzie stąd na stałe, ale jednak
wyjechała. I zdaję sobie sprawę, że muszę dotrzymać tego co przed
wielu laty obiecałam. Zawsze realizuję swoje obietnice.
Rozpatrując sprawę z innego punktu widzenia- to co się dzieje w kraju
doprowadza mnie chwilami do białej gorączki a do tego mam świadomość,
że tu nigdy nie będzie stabilizacji, bo przeskok z systemu feudalnego wprost
do liberalizmu jeszcze nikomu się nie udał.
I z tego powodu wizja zamieszkania w innym miejscu podoba mi się, choć
jak wiadomo wszędzie dobrze gdzie nas nie ma;))
Wolność i demokrację trzeba wypracowywać latami a u nas było to wszystko
za szybko, zabrakło przysłowiowej pracy u podstaw.
No nic, pójdę poczytać o korzeniach religii. Może przy okazji dowiem się
coś o zaczarowywaniu rzeczywistości, bo każda religia zawsze miała i ma
w sobie elementy magii.
Subskrybuj:
Posty (Atom)