To całkiem zabawne wracać, gdy się nigdzie nie wyjeżdżało.
No i mamy tak zwany Nowy Rok. Jesli idzie o mój stosunek do tego czegoś,
zwanego Nowym Rokiem, to nigdy nie mogłam pojąć po co cały ten cyrk i
z czego tu się cieszyć. Przybywa nam kolejny rok zmagań z życiem, czasem
nowe zmarszczki i siwe włosy a roztropności nie zawsze.Sama sobie zawsze
życzę dostatecznego dystansu do otaczającej mnie rzeczywistości.
Pomimo różnych pogodowych kłopotów córka z mężem i dzieckiem
przylecieli, samolot przyleciał zaledwie z dwugodzinnym opóznieniem.
Malucha widziałam "na żywo" gdy miał 10 miesięcy, teraz ma prawie 2 lata.
Ilekroć córka mi opowiada o nim na Skype, podchodzę do tego z pewną
rezerwą, bo wiadomo - każda mama widzi w swoim dziecku małego geniusza.
Ale muszę zwrócić honor - mały jest naprawdę świetny. Po pierwsze dzieciak
jest dwujęzyczny- mówi i po polsku i po niemiecku, a do tego śpiewa piosenki
po angielsku. I on naprawdę śpiewa - bez trudu odtwarza melodię.
Skłamałabym mówiąc, że go dobrze rozumiałam - rozumiałam tylko to, co
mówił po polsku, bo ja niemieckiego nie znam wcale. A dziecko rozumie oba
języki i na pytanie zadane po polsku odpowiada po niemiecku. Wyraznie sobie
upraszcza sprawę, bo część wyrazów jest naprawdę łatwiejsza do wymówienia
w języku niemieckim. Zresztą buzia mu się nie zamyka - gdy sam czymś się
bawi to też cały czas "nawija". A najmilsze zajęcie to oglądanie książeczki,
w której jest wydrukowany cały alfabet i namalowane zwierzęta lub przedmioty
zaczynające się daną literą. Cwaniaczek potrafi nazwać każdą literę alfabetu, a
do tego wyszukać ją w innej książeczce. Liczy po niemiecku do dziesięciu, po
polsku tylko do pięciu, ale cyfry odnajdzie, nawet gdy powie się je po polsku.
Gdy liczy pamięciowo -mówi "dziesięć", ale gdy odczytuje to jest - " jeden i
zero". No i fajnie, bo on dopiero za kilka dni skończy dwa lata.
Może jestem niedzisiejsza, ale nieco mnie przerażają jego umiejętności.
Kierowniczka żłobka chce go po wakacjach skierować już do przedszkola.
Jestem ciekawa jaki będzie drugi chłopaczek. Na razie córka wyglada
jakby połknęła b. dużą plażową piłkę i mam wrażenie, że nawet w czasie
tego ich pobytu "piłka" się nieco powiększyła.
A tak w ogóle to jestem wykończona , bo nie tylko tańczyłam wśród garów,
musiałam również bawić się z dziecięciem. Co za szczęście, że nie jest
drobiazgowy i moje helikoptery i samoloty spełniały jego wymagania.
Podobnie jak uproszczone "konstrukcyjnie" tunele. Furorę zrobił tutorial
Akwarelii - malowanie jesiennego pejzażu . Tyle tylko, że musiałam te
filmiki kilka razy puszczać, raz za razem.
Dziś towarzystwo odleciało a ja zabieram się za zasłużony odpoczynek.
drewniana rzezba
poniedziałek, 3 stycznia 2011
sobota, 18 grudnia 2010
96. Podsłuchane, podpatrzone, przypomniane
Poza rozczarowaniem się wczoraj zachowaniem mojej koleżanki , miałam też
całkiem zabawny moment - dwie panie omawiały jakiś przepis, a brzmiało to tak:
"rozumiesz, bierzesz monke, trochę solisz, dajesz te serwetke, bełtasz,
bełtasz, aż ta monka wciągnie serwetke"
"ale po co mi ta serwetka?" zaczęła dociekać słuchająca przepisu kobieta.
"no przecież zamiast wody! na serwetce som znacznie lepsze".
Uciekłam w drugi koniec autobusu, bo mnie skręciło ze śmiechu.
***
Od dłuższego czasu z rozczuleniem obserwuję parę starszych ludzi,
mieszkańców naszego osiedla. Idąc ulica zawsze trzymają się za rękę - pani
jest zdecydowanie w lepszej kondycji fizycznej, pan z laseczką i często musi
przystawać, by złapać oddech. Z pewnością oboje są już mocno po 70-ce.
Zawsze razem robią w sklepie zakupy - on z powagą pcha sklepowy wózek,
czeka cierpliwie aż żona wybierze towar, potem po odejściu od kasy
stara się pomóc zapakować zakupy do toreb. Żona wybiera dla niego
lżejszą siatkę, sama bierze tę ciężką i pomalutku, z przystankami , wciąż
trzymając się za rękę, wracają do domu.
W dobie krótkich związków, rozbitych małżeństw, taki widok jest, jak
dla mnie, wzruszający.
***
Przypomniały mi się święta Bożego Narodzenia w 1980 roku, które
spędziliśmy w Gdyni, u rodziny. Święta były długie, bo było aż kilka dni
wolnych. Tak ogólnie towarzysko to było miło, dzieci brata i moja były
zachwycone, bo samo rozpakowywanie prezentów zajęło im ponad
godzinę.
Wreszcie święta się skończyły, spakowaliśmy manatki , a było tego
znacznie więcej niż przywiezlismy i raniutko mieliśmy zapakować
wszystko do samochodu (fiat 126p) i wracać do domu. Jak zwykle, gdy
mój mąż miał w perspektywie załadowanie naszych maneli do auta,
którego bagażnik z trudem mieścił większą teczkę, dostawał amoku.
Już wieczorem wysłuchiwałam, że tych rzeczy jest za dużo, że się nie
zmieści itp.
Rano mój ślubny szarpie mnie za ramię i szepcze: nie ma samochodu!
Otrzezwiałam nieco, podeszłam do okna, nie bacząc, że zima i zimno,
otwieram okno, wychylam się i.......rzeczywiście nie ma.
Obrzucam wzrokiem całe podwórko - nie ma nigdzie. Tymczasem mąż
ubrał się i zbiegł na dół. Obiegł wszystkie zakamarki rozległego
podwórka, pobiegł zobaczyć, czy aby go kto złośliwie nie przestawił
w inne miejsce, ale samochodu nie było. Zadzwoniliśmy na milicję, a
oni kazali mężowi natychmiast przyjechać. Biedak poleciał bez śniada-
dania, bo miało być natychmiast. Na "dzień dobry" zrobili mu badanie
krwi na obecność alkoholu, które jak na złość było ujemne. Gdy już był
wynik, uprzejmie poinformowali, że nasz samochód stoi na milicyjnym
parkingu, że jest rozbity, a złodzieje rozbili go 3 km od miejsca kradzieży.
No po prostu wpadli na słup, "lewym przodem", jak ślicznie to panowie
określili. Pojechalismy razem z dzieckiem na ten parking- na widok
rozbitego fiacika moje dziecię uderzyło w okropny ryk, zupełnie nie
mogłam jej uspokoić.
Były to jedne z gorszych świąt- wydaliśmy masę pieniędzy, ja wracałam
z małą samolotem, mąż pomocą drogową z worem tego wszelakiego
dobra, którymi nas obdarowano, w całej Warszawie nie było nowego
nadwozia, wóz był robiony w Łodzi, a więc kolejne holowanie, byliśmy
bez samochodu ze 2 miesiące, a nasz prześliczna karoseria w kolorze
"meksykańskiej czerwieni" zamieniła się w oranż, bo tylko takie były
dostępne.
W następnym roku już nie pojechaliśmy do nich- był stan wojenny.
całkiem zabawny moment - dwie panie omawiały jakiś przepis, a brzmiało to tak:
"rozumiesz, bierzesz monke, trochę solisz, dajesz te serwetke, bełtasz,
bełtasz, aż ta monka wciągnie serwetke"
"ale po co mi ta serwetka?" zaczęła dociekać słuchająca przepisu kobieta.
"no przecież zamiast wody! na serwetce som znacznie lepsze".
Uciekłam w drugi koniec autobusu, bo mnie skręciło ze śmiechu.
***
Od dłuższego czasu z rozczuleniem obserwuję parę starszych ludzi,
mieszkańców naszego osiedla. Idąc ulica zawsze trzymają się za rękę - pani
jest zdecydowanie w lepszej kondycji fizycznej, pan z laseczką i często musi
przystawać, by złapać oddech. Z pewnością oboje są już mocno po 70-ce.
Zawsze razem robią w sklepie zakupy - on z powagą pcha sklepowy wózek,
czeka cierpliwie aż żona wybierze towar, potem po odejściu od kasy
stara się pomóc zapakować zakupy do toreb. Żona wybiera dla niego
lżejszą siatkę, sama bierze tę ciężką i pomalutku, z przystankami , wciąż
trzymając się za rękę, wracają do domu.
W dobie krótkich związków, rozbitych małżeństw, taki widok jest, jak
dla mnie, wzruszający.
***
Przypomniały mi się święta Bożego Narodzenia w 1980 roku, które
spędziliśmy w Gdyni, u rodziny. Święta były długie, bo było aż kilka dni
wolnych. Tak ogólnie towarzysko to było miło, dzieci brata i moja były
zachwycone, bo samo rozpakowywanie prezentów zajęło im ponad
godzinę.
Wreszcie święta się skończyły, spakowaliśmy manatki , a było tego
znacznie więcej niż przywiezlismy i raniutko mieliśmy zapakować
wszystko do samochodu (fiat 126p) i wracać do domu. Jak zwykle, gdy
mój mąż miał w perspektywie załadowanie naszych maneli do auta,
którego bagażnik z trudem mieścił większą teczkę, dostawał amoku.
Już wieczorem wysłuchiwałam, że tych rzeczy jest za dużo, że się nie
zmieści itp.
Rano mój ślubny szarpie mnie za ramię i szepcze: nie ma samochodu!
Otrzezwiałam nieco, podeszłam do okna, nie bacząc, że zima i zimno,
otwieram okno, wychylam się i.......rzeczywiście nie ma.
Obrzucam wzrokiem całe podwórko - nie ma nigdzie. Tymczasem mąż
ubrał się i zbiegł na dół. Obiegł wszystkie zakamarki rozległego
podwórka, pobiegł zobaczyć, czy aby go kto złośliwie nie przestawił
w inne miejsce, ale samochodu nie było. Zadzwoniliśmy na milicję, a
oni kazali mężowi natychmiast przyjechać. Biedak poleciał bez śniada-
dania, bo miało być natychmiast. Na "dzień dobry" zrobili mu badanie
krwi na obecność alkoholu, które jak na złość było ujemne. Gdy już był
wynik, uprzejmie poinformowali, że nasz samochód stoi na milicyjnym
parkingu, że jest rozbity, a złodzieje rozbili go 3 km od miejsca kradzieży.
No po prostu wpadli na słup, "lewym przodem", jak ślicznie to panowie
określili. Pojechalismy razem z dzieckiem na ten parking- na widok
rozbitego fiacika moje dziecię uderzyło w okropny ryk, zupełnie nie
mogłam jej uspokoić.
Były to jedne z gorszych świąt- wydaliśmy masę pieniędzy, ja wracałam
z małą samolotem, mąż pomocą drogową z worem tego wszelakiego
dobra, którymi nas obdarowano, w całej Warszawie nie było nowego
nadwozia, wóz był robiony w Łodzi, a więc kolejne holowanie, byliśmy
bez samochodu ze 2 miesiące, a nasz prześliczna karoseria w kolorze
"meksykańskiej czerwieni" zamieniła się w oranż, bo tylko takie były
dostępne.
W następnym roku już nie pojechaliśmy do nich- był stan wojenny.
czwartek, 16 grudnia 2010
95. Bardzo cienka linia
"Pomiędzy dobrocią a głupotą jest bardzo cienka linia i łatwo ją przekroczyć"-
to ulubione powiedzenie jednego z naszych kolegów.
"Każdy dobry uczynek zawsze zostaje ukarany" - to drugie jego powiedzenie.
I coś w tym jest. Wstałam skoro świt, bo jak Wam wczoraj pisałam, dziś
robiłam za samarytankę. Po omacku trafiłam do mego obroku medycznego,
który muszę spożyć na czczo, ziewając i klnąc w duchu zimę zaczęłam się
szykować do wyjścia. Mróz niby zelżał i zamiast -9 było tylko -7, ale zrobiło
się bardziej wilgotno i nieco wietrznie i śnieg zaczął prószyć.Opatulona
stosownie do sytuacji powędrowałam do autobusu i pojechałam po moją
koleżankę, by ją odebrać z badania. Dotarłam w chwili, gdy wychodziła
dziarskim krokiem z gabinetu, z uśmiechem na ustach. Ucieszyłam się, że
już taka przytomna, bo obawiałam się, że będzie w gorszym stanie.
"Przyjechałaś samochodem?" zapytała. Nie , autobusem, bo samochodem
pojechał mój mąż.
"O, to kiepsko, będę musiała wziąć taksówkę do domu"- skonstatowała.
Czułam, że szczęka mi opada niebezpiecznie w dół i mam ochotę coś
niemiłego palnąć. Z tego wszystkiego zakaszlałam i oświadczyłam, że tym
razem jakoś dobrze zniosła badanie co mnie ewidentnie cieszy.
Zjechałyśmy do szatni, ja zamówiłam dla niej taksówkę w zaprzyjaznionej
korporacji i nie wyrobiłam; musiałam dowiedzieć się po jakie licho mnie
wyciągnęła z miłego, ciepłego domu na wiatr i mróz.
"No bo wiem, że ty zimą też jezdzisz, więc myślałam, że mnie odwieziesz do
domu, posiedzisz u mnie trochę, napijemy się herbatki, pogadamy.."
"No to może mniej myśl o sobie, a trochę więcej o innych" - warknęłam.
Na szczęście podjechała taksówka, wepchnęłam ją do środka i poczła-
pałam do autobusu. Po 45 minutach już byłam w domu.
Idąc od autobusu powtarzałam w myśli ulubione powiedzonko kolegi.
Czuję, że tym razem przekroczyłam tę cienką linię.
No i żeby Wam uzmysłowić całą sytuację - mieszkamy w przeciwnych
końcach miasta, dzieli nas prawie 20 km. Spotkanie miałyśmy w centrum,
w godzinach szczytu porannego, więc jazda samochodem w tym czasie
sprowadza się do stania w korkach.Autobus ma wyznaczone "BUS-pasy"
więc jakoś się przebija.
Szybko się z nią nie zobaczę, tego jestem pewna.
to ulubione powiedzenie jednego z naszych kolegów.
"Każdy dobry uczynek zawsze zostaje ukarany" - to drugie jego powiedzenie.
I coś w tym jest. Wstałam skoro świt, bo jak Wam wczoraj pisałam, dziś
robiłam za samarytankę. Po omacku trafiłam do mego obroku medycznego,
który muszę spożyć na czczo, ziewając i klnąc w duchu zimę zaczęłam się
szykować do wyjścia. Mróz niby zelżał i zamiast -9 było tylko -7, ale zrobiło
się bardziej wilgotno i nieco wietrznie i śnieg zaczął prószyć.Opatulona
stosownie do sytuacji powędrowałam do autobusu i pojechałam po moją
koleżankę, by ją odebrać z badania. Dotarłam w chwili, gdy wychodziła
dziarskim krokiem z gabinetu, z uśmiechem na ustach. Ucieszyłam się, że
już taka przytomna, bo obawiałam się, że będzie w gorszym stanie.
"Przyjechałaś samochodem?" zapytała. Nie , autobusem, bo samochodem
pojechał mój mąż.
"O, to kiepsko, będę musiała wziąć taksówkę do domu"- skonstatowała.
Czułam, że szczęka mi opada niebezpiecznie w dół i mam ochotę coś
niemiłego palnąć. Z tego wszystkiego zakaszlałam i oświadczyłam, że tym
razem jakoś dobrze zniosła badanie co mnie ewidentnie cieszy.
Zjechałyśmy do szatni, ja zamówiłam dla niej taksówkę w zaprzyjaznionej
korporacji i nie wyrobiłam; musiałam dowiedzieć się po jakie licho mnie
wyciągnęła z miłego, ciepłego domu na wiatr i mróz.
"No bo wiem, że ty zimą też jezdzisz, więc myślałam, że mnie odwieziesz do
domu, posiedzisz u mnie trochę, napijemy się herbatki, pogadamy.."
"No to może mniej myśl o sobie, a trochę więcej o innych" - warknęłam.
Na szczęście podjechała taksówka, wepchnęłam ją do środka i poczła-
pałam do autobusu. Po 45 minutach już byłam w domu.
Idąc od autobusu powtarzałam w myśli ulubione powiedzonko kolegi.
Czuję, że tym razem przekroczyłam tę cienką linię.
No i żeby Wam uzmysłowić całą sytuację - mieszkamy w przeciwnych
końcach miasta, dzieli nas prawie 20 km. Spotkanie miałyśmy w centrum,
w godzinach szczytu porannego, więc jazda samochodem w tym czasie
sprowadza się do stania w korkach.Autobus ma wyznaczone "BUS-pasy"
więc jakoś się przebija.
Szybko się z nią nie zobaczę, tego jestem pewna.
środa, 15 grudnia 2010
94. Mix
Wreszcie dotarło do mnie, że święta już blisko. W moim spokojnym osiedlowym
sklepie typu mini market zaczęły się kłebić tłumy, a wszyscy jacyś wściekli. Tylko
kasjerki spokojniutkie, zamiast 3 kas - czynna jedna.
Wczoraj po raz pierwszy wylądowałam w sklepie Biedronki. W sumie to byłam
tak jakby dwa razy- pierwszy i z pewnością ostatni. Sklep jest beznadziejnie
urządzony, a ludzie wyrywali sobie z rąk tacki ze świeżym łososiem, by zaraz je
z powrotem rzucić na półkę, bo ważny był tylko do 18 grudnia. Chyba wszyscy
tak się przyzwyczaili do konserwantów, że jak coś nie jest ważne z miesiąc to
jest niejadalne. Ja kupiłam i zrobiłam wczoraj na kolację. Był naprawdę
smaczny, zwłaszcza, że wpierw go posmarowałam chrzanem, a w kilka godzin
pózniej usmażyłam.
***
Wczoraj wylądowałam też w Best Mallu, bo musiałam odwiedzić drogerię
Rossmana. Musiałam zakupić Pampersy na przyjazd wnuczka.
Po raz pierwszy w tym roku w sklepach Best Malla byli klienci! Bo zwykle to
ekspedientki są sam na sam z towarem. Zawsze się zastanawiam skąd
właściciele tych sklepów czerpią zyski, bo sklepy są puste, niezależnie od
dnia tygodnia, a czynsze za lokale spore.
Przy okazji pokręciłam się po stoiskach świątecznych ozdób i upominków.
Niestety, wszystko to co mi się podobało, było zbyt drogie. Oczywiście,
jak każda kobieta, zajrzałam również i do jubilera. No i skończyło się na
popatrzeniu. Była prześliczna, delikatna kolia, przy której postałam dłuższą
chwilę, zastanawiając się, czemu to srebro takie drogie - wreszcie do mnie
dotarło, że to nie srebro a białe złoto. No cóż, życie jest ciężkie.
***
Dziś kolejne zakupy. Zakupiłam mnóstwo bakalii na wagę i nieco słodyczy.
W piątek wybieram się do Empiku - spędzę tam jak zwykle mnóstwo czasu
i z pewnością wyjdę bez pieniędzy w portfelu. Uwielbiam kupować książki,
nie lubię ich natomiast wypożyczać. Lubię mieć własne, by można za jakiś
czas do nich wrócić.
***
Jutro zastanowię się dokładnie co znajdzie się w świątecznym menu.
A pomiędzy zakupami i porządkami usiłuję dokończyć dawno rozpoczęty
własny sweterek.Zostały mi jeszcze do zrobienia plisy przy dekolcie, u dołu
i przy rękawach.
***
I bardzo mnie bawi to globalne ocieplenie. Bo w ramach tegoż ocieplenia
zamarzają mi od środka szyby w samochodzie. Dobrze, że nabyłam dziś
odmrażacz i nim przetarłam szyby. Podobno ma to pomóc przeciwko
ponownemu ich zamarznięciu. Pożyjemy, zobaczymy.
***
Jutro mam "dzień samarytański " - odbieram z gastroskopii swą koleżankę
i odstawiam ją do domu. Badanie będzie miała wykonywane pod narkozą,
bo pobiorą materiał do histopatologii, więc muszę jej pomóc. Nie bardzo
rozumiem dlaczego nie robią tego badania w ramach jednodniowego
pobytu w szpitalu. Ciągle mnie coś dziwi w organizacji naszej kochanej
służby zdrowia. Bo środki to nawet są, niestety nie każdy ordynator
oddziału i dyrektor szpitala jest dobrym organizatorem.
No to sobie ponarzekałam, teraz jeszcze trochę pomacham drutami mój
sweterek.
sklepie typu mini market zaczęły się kłebić tłumy, a wszyscy jacyś wściekli. Tylko
kasjerki spokojniutkie, zamiast 3 kas - czynna jedna.
Wczoraj po raz pierwszy wylądowałam w sklepie Biedronki. W sumie to byłam
tak jakby dwa razy- pierwszy i z pewnością ostatni. Sklep jest beznadziejnie
urządzony, a ludzie wyrywali sobie z rąk tacki ze świeżym łososiem, by zaraz je
z powrotem rzucić na półkę, bo ważny był tylko do 18 grudnia. Chyba wszyscy
tak się przyzwyczaili do konserwantów, że jak coś nie jest ważne z miesiąc to
jest niejadalne. Ja kupiłam i zrobiłam wczoraj na kolację. Był naprawdę
smaczny, zwłaszcza, że wpierw go posmarowałam chrzanem, a w kilka godzin
pózniej usmażyłam.
***
Wczoraj wylądowałam też w Best Mallu, bo musiałam odwiedzić drogerię
Rossmana. Musiałam zakupić Pampersy na przyjazd wnuczka.
Po raz pierwszy w tym roku w sklepach Best Malla byli klienci! Bo zwykle to
ekspedientki są sam na sam z towarem. Zawsze się zastanawiam skąd
właściciele tych sklepów czerpią zyski, bo sklepy są puste, niezależnie od
dnia tygodnia, a czynsze za lokale spore.
Przy okazji pokręciłam się po stoiskach świątecznych ozdób i upominków.
Niestety, wszystko to co mi się podobało, było zbyt drogie. Oczywiście,
jak każda kobieta, zajrzałam również i do jubilera. No i skończyło się na
popatrzeniu. Była prześliczna, delikatna kolia, przy której postałam dłuższą
chwilę, zastanawiając się, czemu to srebro takie drogie - wreszcie do mnie
dotarło, że to nie srebro a białe złoto. No cóż, życie jest ciężkie.
***
Dziś kolejne zakupy. Zakupiłam mnóstwo bakalii na wagę i nieco słodyczy.
W piątek wybieram się do Empiku - spędzę tam jak zwykle mnóstwo czasu
i z pewnością wyjdę bez pieniędzy w portfelu. Uwielbiam kupować książki,
nie lubię ich natomiast wypożyczać. Lubię mieć własne, by można za jakiś
czas do nich wrócić.
***
Jutro zastanowię się dokładnie co znajdzie się w świątecznym menu.
A pomiędzy zakupami i porządkami usiłuję dokończyć dawno rozpoczęty
własny sweterek.Zostały mi jeszcze do zrobienia plisy przy dekolcie, u dołu
i przy rękawach.
***
I bardzo mnie bawi to globalne ocieplenie. Bo w ramach tegoż ocieplenia
zamarzają mi od środka szyby w samochodzie. Dobrze, że nabyłam dziś
odmrażacz i nim przetarłam szyby. Podobno ma to pomóc przeciwko
ponownemu ich zamarznięciu. Pożyjemy, zobaczymy.
***
Jutro mam "dzień samarytański " - odbieram z gastroskopii swą koleżankę
i odstawiam ją do domu. Badanie będzie miała wykonywane pod narkozą,
bo pobiorą materiał do histopatologii, więc muszę jej pomóc. Nie bardzo
rozumiem dlaczego nie robią tego badania w ramach jednodniowego
pobytu w szpitalu. Ciągle mnie coś dziwi w organizacji naszej kochanej
służby zdrowia. Bo środki to nawet są, niestety nie każdy ordynator
oddziału i dyrektor szpitala jest dobrym organizatorem.
No to sobie ponarzekałam, teraz jeszcze trochę pomacham drutami mój
sweterek.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
93. Grudniowa zapiekanka
Pogoda jaka jest - każdy widzi. Brakuje nam słońca, ciepełka i wtedy
nadchodzi czas na grudniową zapiekankę.
Obieramy 25 dkg kartofli i kroimy je w cienkie plasterki. Do tego dajemy jedno
duże jabłko, jeżeli ma twardą skórkę to je obieramy, kroimy w cienkie plastry
i skrapiamy sokiem z cytryny, by nie ściemniało.
W naczyniu żaroodpornym, wysmarowanym masłem, układamy warstwami
kartofle i jabłka. Zalewamy wszystko sosem z : 200ml śmietanki, 50 ml mleka,
1 torebki cukru waniliowego, 1 łyżeczki kardamonu, 50g rodzynek i 20 g masła.
Pieczemy wszystko 60 minut w temp.150 stopni C (termoobieg)
Smacznego!!!
nadchodzi czas na grudniową zapiekankę.
Obieramy 25 dkg kartofli i kroimy je w cienkie plasterki. Do tego dajemy jedno
duże jabłko, jeżeli ma twardą skórkę to je obieramy, kroimy w cienkie plastry
i skrapiamy sokiem z cytryny, by nie ściemniało.
W naczyniu żaroodpornym, wysmarowanym masłem, układamy warstwami
kartofle i jabłka. Zalewamy wszystko sosem z : 200ml śmietanki, 50 ml mleka,
1 torebki cukru waniliowego, 1 łyżeczki kardamonu, 50g rodzynek i 20 g masła.
Pieczemy wszystko 60 minut w temp.150 stopni C (termoobieg)
Smacznego!!!
piątek, 10 grudnia 2010
92. Bezdomne dzieci
Dzieci - skarb rodziców, przyszłość narodu.
Powinny być kochane, przytulane, mieć dom, kochających rodziców i
możliwości rozwoju. Ale coraz więcej dzieci, pod róznymi szerokościami
geograficznymi, jest pozbawionych tych podstawowych warunków. Od dawna
wiemy,że w Brazylii są setki małych dzieci niczyich, żebrzących lub usiłujących
znależć jakieś zajęcie za nędzne wynagrodzenie. Często te dzieci są eliminowane
w brutalny sposób, po prostu zabijane. Bo na co komu taki dzieciak bez domu
i rodziców?Wiemy, że w Chinach, Indiach i wielu krajach "trzeciego świata" małe
dzieci są pozbawione opieki i zatrudniane do niewolniczej wręcz pracy.
Ale jakoś z tą świadomością żyjemy, może dlatego, że to daleko od nas i tak
naprawdę niewiele możemy pomóc.
Wczoraj znalazłam wreszcie wolną chwilę i przeczytałam w ostatnim Forum
wstrząsający reportaż "Bezprizorni z ulicy". Kochani, to się nie dzieje gdzieś na
krańcach świata, to reportaż z Petersburga, a więc z Europy.
Okazuje się, że nikt nie ma pojęcia ile jest tych bezdomnych dzieci - ich ilość
szacowana jest od dwóch do 20 tysięcy, a dane dotyczą Petersburga.
Teoretycznie jest wdrożony program pomocy dla dzieci bezdomnych, ale to
tylko program. Jedynym konkretnym działaniem jest wyłapywanie po godz.
22-giej dzieci przebywających bez opieki dorosłego na ulicy. Ale wśród nich
najczęściej nie ma dzieci bezdomnych. To dzieci, które z jakichś powodów nie
zdążyły po prostu do domu.
Łatwo się takimi zająć, wystarczy raz na miesiąc odwiedzić taką rodzinę, która
zostaje nazwana patologiczną i sprawa odfajkowana.
Bezdomne dzieci to w większości uciekinierzy z domów, gdzie główną rolę
grał alkohol. To dzieci bite, zaniedbane, przeszkadzające swą obecnością
dorosłym, bo przecież trzeba je karmić, a to zubaża budżet, jest mniej
kasy na alkohol.
Bezdomne dzieci łączą się we wspólnoty.Niektóre usiłują pracować wynajmując
się do sprzątania, rozładowywania ciężarówek, zbieraniem i sprzedażą opakowań.
Niektóre na okrągło kradną, oddając zysk do wspólnej kasy. Większość się już
narkotyzuje i upija. Większość tych bezdomnych istot jest zarażona HIV,
żółtaczką lub gruzlicą.
Prawie wszystkie bezdomne dziewczynki zajmują się prostytucją.
Niektóre z tych dzieci są już wobec prawa dorośli, a na ulicy spędzili po 10, 12
lat.
Wielu tych starszych bezdomnych ma już własne dzieci- zauważono w grupach
tych mlodych bezdomnych dzieci poniżej szóstego roku życia, a w tym wieku
raczej żadne dziecko nie ucieka z domu.
Przeprowadzona przed kilku laty reforma systemu opieki socjalnej niewiele jak
dotąd pomogła. Przede wszystkim brak jest doświadczonych specjalistów
psychologów i pedagogów.
Wszelkie akcje pomocowe rozbijają się o biurokrację. Dziecko bez dokumentów
nie może być zapisane do szkoły czy też do lekarza, nie może zostać
adoptowane, nawet gdy są chętni by je adoptować.
Najprawdopodobniej większość tych dzieci zasili szeregi więzniów, bo brak im
innych perspektyw.
I tak się zastanawiam kiedy taka tragedia dotknie i nasz naród. Bo coraz więcej
jest rodzin niewydolnych wychowawczo a ja jakoś nie widzę żadnego
sensownego działania pomagającego takim rodzinom.
A może ja mam po prostu czarnowidztwo w genach.
Powinny być kochane, przytulane, mieć dom, kochających rodziców i
możliwości rozwoju. Ale coraz więcej dzieci, pod róznymi szerokościami
geograficznymi, jest pozbawionych tych podstawowych warunków. Od dawna
wiemy,że w Brazylii są setki małych dzieci niczyich, żebrzących lub usiłujących
znależć jakieś zajęcie za nędzne wynagrodzenie. Często te dzieci są eliminowane
w brutalny sposób, po prostu zabijane. Bo na co komu taki dzieciak bez domu
i rodziców?Wiemy, że w Chinach, Indiach i wielu krajach "trzeciego świata" małe
dzieci są pozbawione opieki i zatrudniane do niewolniczej wręcz pracy.
Ale jakoś z tą świadomością żyjemy, może dlatego, że to daleko od nas i tak
naprawdę niewiele możemy pomóc.
Wczoraj znalazłam wreszcie wolną chwilę i przeczytałam w ostatnim Forum
wstrząsający reportaż "Bezprizorni z ulicy". Kochani, to się nie dzieje gdzieś na
krańcach świata, to reportaż z Petersburga, a więc z Europy.
Okazuje się, że nikt nie ma pojęcia ile jest tych bezdomnych dzieci - ich ilość
szacowana jest od dwóch do 20 tysięcy, a dane dotyczą Petersburga.
Teoretycznie jest wdrożony program pomocy dla dzieci bezdomnych, ale to
tylko program. Jedynym konkretnym działaniem jest wyłapywanie po godz.
22-giej dzieci przebywających bez opieki dorosłego na ulicy. Ale wśród nich
najczęściej nie ma dzieci bezdomnych. To dzieci, które z jakichś powodów nie
zdążyły po prostu do domu.
Łatwo się takimi zająć, wystarczy raz na miesiąc odwiedzić taką rodzinę, która
zostaje nazwana patologiczną i sprawa odfajkowana.
Bezdomne dzieci to w większości uciekinierzy z domów, gdzie główną rolę
grał alkohol. To dzieci bite, zaniedbane, przeszkadzające swą obecnością
dorosłym, bo przecież trzeba je karmić, a to zubaża budżet, jest mniej
kasy na alkohol.
Bezdomne dzieci łączą się we wspólnoty.Niektóre usiłują pracować wynajmując
się do sprzątania, rozładowywania ciężarówek, zbieraniem i sprzedażą opakowań.
Niektóre na okrągło kradną, oddając zysk do wspólnej kasy. Większość się już
narkotyzuje i upija. Większość tych bezdomnych istot jest zarażona HIV,
żółtaczką lub gruzlicą.
Prawie wszystkie bezdomne dziewczynki zajmują się prostytucją.
Niektóre z tych dzieci są już wobec prawa dorośli, a na ulicy spędzili po 10, 12
lat.
Wielu tych starszych bezdomnych ma już własne dzieci- zauważono w grupach
tych mlodych bezdomnych dzieci poniżej szóstego roku życia, a w tym wieku
raczej żadne dziecko nie ucieka z domu.
Przeprowadzona przed kilku laty reforma systemu opieki socjalnej niewiele jak
dotąd pomogła. Przede wszystkim brak jest doświadczonych specjalistów
psychologów i pedagogów.
Wszelkie akcje pomocowe rozbijają się o biurokrację. Dziecko bez dokumentów
nie może być zapisane do szkoły czy też do lekarza, nie może zostać
adoptowane, nawet gdy są chętni by je adoptować.
Najprawdopodobniej większość tych dzieci zasili szeregi więzniów, bo brak im
innych perspektyw.
I tak się zastanawiam kiedy taka tragedia dotknie i nasz naród. Bo coraz więcej
jest rodzin niewydolnych wychowawczo a ja jakoś nie widzę żadnego
sensownego działania pomagającego takim rodzinom.
A może ja mam po prostu czarnowidztwo w genach.
czwartek, 9 grudnia 2010
91. Ofiara
Całe szczęście, że tym razem nie stało się wiele złego, ale piszę to, żeby
każdej z pań uświadomić, że we własnym domu też można ulec wypadkowi,
nawet gdy się jest stosunkowo sprawną i wygimnastykowaną osobą.
Właśnie skończyłam wieszać firanki, gdy zadzwonił telefon.
"Co robisz?"; "skończyłam wieszać firanki"- odpowiadam zgodnie z prawdą.
"No to masz szczęście, bo Maryśka jest w szpitalu, przez firanki".
Owa Maryśka, to nasza wspólna koleżanka, bardzo wygimnastykowana i
sprawna osoba, która uprawia jogę, odstawia jakieś truchty poranne bez
względu na pogodę i nawet regularnie chodzi na aerobik. Bez wątpienia
należy do grona bardzo sprawnych osób. I nagle taka wiadomość!
Okazało się, że Maryśka, bardzo pewna swej sprawności, a opanowana
leciutkim lenistwem, pomyślała, że z firankami rozprawi się bez użycia
drabiny, metodą stołek + parapet. Jak pomyślała, tak zrobiła. Parapety
w naszych mieszkaniach są w dwóch szerokościach - 29 i 15 cm. Na tym
szerszym bez trudu można stać, gorzej na tym węższym. No i właśnie
Marysi zsunęła się noga z tego wąskiego parapetu. Efekt - lekki wstrząs
mózgu, złamana ręka, naciągnięte ścięgno w kolanie. No a przecież
wystarczyło wziąć drabinę. I wtedy przypomniało mi się, jak to inna
z moich koleżanek szalała na drabinie kilkanaście lat temu, w ramach
amoku wielkanocnego. Spadła z drabiny i za nic w świecie nie mogła się
podnieść, a była sama w domu. Przeleżała na podłodze kilka godzin, do
chwili powrotu męża z pracy. Jej mąż przezornie wezwał natychmiast
pogotowie, bo bał się ją ruszyć. I dobrze zrobił - miała pęknięte dwa
kręgi. Święta spędziła w szpitalu, potem rok w bardzo niewygodnym
gorsecie, z dużymi ograniczeniami ruchowymi. I stąd mój apel - nie
szalejcie na drabinach i parapetach gdy nie ma nikogo dorosłego
w domu. I nie wierzcie zbyt mocno we własną sprawność fizyczną- to
dość zwodnicza wiara.
każdej z pań uświadomić, że we własnym domu też można ulec wypadkowi,
nawet gdy się jest stosunkowo sprawną i wygimnastykowaną osobą.
Właśnie skończyłam wieszać firanki, gdy zadzwonił telefon.
"Co robisz?"; "skończyłam wieszać firanki"- odpowiadam zgodnie z prawdą.
"No to masz szczęście, bo Maryśka jest w szpitalu, przez firanki".
Owa Maryśka, to nasza wspólna koleżanka, bardzo wygimnastykowana i
sprawna osoba, która uprawia jogę, odstawia jakieś truchty poranne bez
względu na pogodę i nawet regularnie chodzi na aerobik. Bez wątpienia
należy do grona bardzo sprawnych osób. I nagle taka wiadomość!
Okazało się, że Maryśka, bardzo pewna swej sprawności, a opanowana
leciutkim lenistwem, pomyślała, że z firankami rozprawi się bez użycia
drabiny, metodą stołek + parapet. Jak pomyślała, tak zrobiła. Parapety
w naszych mieszkaniach są w dwóch szerokościach - 29 i 15 cm. Na tym
szerszym bez trudu można stać, gorzej na tym węższym. No i właśnie
Marysi zsunęła się noga z tego wąskiego parapetu. Efekt - lekki wstrząs
mózgu, złamana ręka, naciągnięte ścięgno w kolanie. No a przecież
wystarczyło wziąć drabinę. I wtedy przypomniało mi się, jak to inna
z moich koleżanek szalała na drabinie kilkanaście lat temu, w ramach
amoku wielkanocnego. Spadła z drabiny i za nic w świecie nie mogła się
podnieść, a była sama w domu. Przeleżała na podłodze kilka godzin, do
chwili powrotu męża z pracy. Jej mąż przezornie wezwał natychmiast
pogotowie, bo bał się ją ruszyć. I dobrze zrobił - miała pęknięte dwa
kręgi. Święta spędziła w szpitalu, potem rok w bardzo niewygodnym
gorsecie, z dużymi ograniczeniami ruchowymi. I stąd mój apel - nie
szalejcie na drabinach i parapetach gdy nie ma nikogo dorosłego
w domu. I nie wierzcie zbyt mocno we własną sprawność fizyczną- to
dość zwodnicza wiara.
Subskrybuj:
Posty (Atom)