drewniana rzezba

drewniana rzezba

poniedziałek, 4 maja 2015

Maj, czyli wypada.....

......napisać coś o miłości.
Gdy wymieniamy nazwisko  "Poniatowski" to na ogół przychodzą nam na myśl dwie
osoby- król Stanisław August Poniatowski  i książę Józef Poniatowski.
Ale czy ktoś słyszał o  księciu Stanisławie Poniatowskim? Podejrzewam, że nie tylko
dla mnie książę Stanisław był niczym " terra incognita".
A obaj panowie Poniatowscy byli bratankami króla Stanisława Augusta-  Józef był
synem księcia Andrzeja i hrabianki Kinskiej, a Stanisław był synem najstarszego
brata króla- księcia Kazimierza i Apolonii Ustrzyckiej, kasztelanki przemyskiej.
Niestety najstarszy brat króla zle się zapisał w pamięci potomnych - jego talent do
marnotrawienia pieniędzy , zamiłowanie do pięknych kobiet i całkowite nieróbstwo
znane było nie tylko w kraju.
Jego wielka miłość do urodziwej kasztelanki przemyskiej trwała krótko i książę
Kazimierz wyekspediował ją wraz z dwójką dzieci -Stanisławem i Konstancją do
jej dóbr rodzinnych, sam zostając w stolicy.
Gdy bratanek króla ukończył siedem lat jego dalszym losem zajął się król - chłopiec
został sprowadzony do Warszawy i umieszczony w specjalnie dla niego utworzonym
konwikcie, prowadzonym przez włoskich zakonników, ojców teatynów.
Oprócz wiedzy młodziutki książę wyniósł z niego wielkie umiłowanie kultury włoskiej.
Wiosną 1769 roku piętnastoletni książę Stanisław wyruszył w swą pierwszą podróż
zagraniczną. Pomimo młodego wieku był już pułkownikiem gwardii, choć prawdę
mówiąc wcale mu kariera wojskowa nie odpowiadała.  Pierwszym etapem jego
podróży był obóz polowy jego stryja , Andrzeja. Dalszym etapem podróży był Wiedeń,
w którym pracowicie przetańczył zimę na balach, potem Paryż, wreszcie zimą 1771 r.
dotarł do Londynu. Przedstawił się u dworu, odświeżył kontakty nawiązane przez
swego dziada i stryja.
Na własną rękę nawiązał wiele nowych znajomości, poznał wiele wybitnych osób,
wśród nich prawników, geografów, sławnych podróżników, specjalistów od spraw
ekonomii. Wreszcie wyruszył w konny rajd dookoła Anglii, który trwał kilka miesięcy.
Po powrocie podjął studia w Cambridge, na kilku wydziałach jednocześnie.
Studiował z takim zaangażowaniem, aż się to zaczęło odbijać na jego zdrowiu.
Do kraju wrócił wezwany listem swego ojca, któremu król odmówił buławy
hetmańskiej.
Młody książę wrócił do Polski w chwili sejmu Ponińskiego, który trwał  trzy lata
i zatwierdził rozbiór Polski. Młody książę popadł w silną depresję i król tym razem
wysłał swego kochanego bratanka w podróż "zdrowotną" do Paryża.
Oczywiście młody książę został przedstawiony królowi i królewskiej rodzinie, ale
odmówił złożenia wizyty królewskiej faworycie, madame Dubarry. Krok ten zjednał
mu przyjazń młodego delfina i jego małżonki, Marii Antoniny.
Z Paryża książę  udał się jeszcze do Tuluzy, gdzie był aż rok, a zimę 1775/76 spędził
we Włoszech.
Jego wędrówki po włoskich antykwariatach zaowocowały pasją do zbierania  okazów
starożytności, gemm, kamei, która pozostała mu do końca życia.
Wiosną 1776 r książę powrócił do kraju.
Z balującego młodego donżuana zupełnie niespodziewanie wyrósł energiczny działacz
polityczny o zacięciu reformatora społecznego. Połączyły się w nim najlepsze cechy
dwóch jego stryjów- króla Stanisława Augusta i prymasa - po pierwszym odziedziczył
wartości umysłowe, po drugim stanowczość i konsekwencję. Cechy te sprawiły, że
król upatrywał w nim swego następcę.
Książę Stanisław, jeszcze przed ukończeniem 22 lat stał się bardzo bogatym
człowiekiem.
Był właścicielem wielkich i bogatych dóbr korsuńskich, tahanieckich, bohusławskich,
kaniowskich, horochowskich i nowodworskich.
Poza tym stale poszerzał stan liczebny posiadłości w drodze ich zakupu i wcielał w życie
to wszystko, czego się nauczył podczas swych podróży i studiów w Cambridge.
Każdego dnia młody książę w otoczeniu swych administratorów przemierzał swoje
włości.
Z jego inicjatywy powstały w Korsuniu fabryki  sukna, zamszu, jedwabiu, saletry.
W Taraszczy huta szkła i fabryka zwierciadeł, a w Sachanówce winnica i fabryka tytoniu.
Jako pierwszy w kraju zniósł pańszczyznę w swych dobrach zastępując ją stałym
czynszem. Ten wielki plan rozpoczęty wpierw w trzech wsiach "państwa korsuńskiego"
był tam przeprowadzany konsekwentnie  aż do Sejmu Czteroletniego. Ale już w 1778r
książę Stanisław wprowadził tę ideę także do swoich dóbr w Polsce centralnej.
W życiu osobistym nie wiodło się księciu Stanisławowi najlepiej.
Większość  planowanych małżeństw nie dochodziła do skutku. Po prostu książę wcale
a wcale nie palił się  do zmiany stanu cywilnego.
Tymczasem wydarzenia historyczne, które miały miejsce w Europie i także Polsce
spowodowały, że książę postanowił wyemigrować. Początkowo zamierzał osiedlić się
w pobliżu Wiednia, zakupił nawet piękny zamek Lichtenstein. Ale po dokładnym
przestudiowaniu sytuacji w Europie i przyjrzeniu się armii austriackiej doszedł do
wniosku, że bezpieczniej będzie osiedlić się w Rzymie. Nie bardzo można określić
dokładnie rok,  w którym to  nastąpiło.
Wiadomo natomiast, że na przełomie roku 1806-1807 miało miejsce następujące
wydarzenie- naprzeciw pałacu księcia Stanisława, przy małej uliczce via Fratina,
stała kamienica mieszczańska, w której był mały sklep szewca pochodzenia
hiszpańskiego, nazwiskiem Luci.
Z tego sklepu ciągle dochodziły do uszu mieszkańców pałacu przerażliwe kobiece
płacze i jęki. Okazało się, że szewc miał młodą i piękną żonę, którą  bił niemal
codziennie gdy tylko wysączył swoją porcję trunku.
Pewnego dnia, szewcowi jakoś bardziej podpadła żona i chwycił w złości za nóż-
przerażona kobieta wyskoczyła  ze sklepu i pobiegła schronić się za otwarte drzwi
książęcego pałacu. Odzwierny natychmiast zatrzasnął  drzwi, udaremniając tym
samym pościg wściekłemu mężowi.
Książę, zawiadomiony o zajściu, pochwalił odzwiernego i kazał przyprowadzić
nieszczęsną szewcową, co  niezwłocznie uczyniono.
Stanęła przed  nim posiniaczona, rozczochrana , zapłakana i drżąca Kassandra
Luci.
I wtedy - zupełnie nie wiadomo dlaczego - ten stary samotnik zakochał się w tej
drobnej, posiniacznej, zapłakanej żonie rzymskiego szewca.
Pani Kassandra Luci otrzymała stałą pracę w pałacu, jako gospodyni.
Książę Stanisław , jak wspominają współczesne pamiętniki, wciąż poszukiwał jej
towarzystwa i w rok pózniej przyszedł na świat syn pięknej Kassandry i księcia.
Na imię otrzymał Karol, nazwisko na razie było nieokreślone.
Książę zlecił swym prawnikom wszczęcie układów z panem Luci, by ów odstąpił
od swych praw małżeńskich.
Układy potoczyły się dość gładko, bo pan Luci doszedł do wniosku, że w zamian
za  byłą żonę może oczekiwać stałych dochodów.
Ale sprawa nie zakończyła się tak szybko  - drobnomieszczaństwo rzymskie nie
mogło podarować księciu porwania  szewcowi żony, a arystokracja z kolei była
oburzona, że obiektem uczuć stała się plebejka.
Jak wiemy, plotki rozchodzą się lotem błyskawicy i sprawa dotarła do Watykanu.
Papież i kardynałowie wielokrotnie wzywali księcia na długie rozmowy, w czasie
których usiłowali przekonać go, by oddalił z pałacu swą konkubinę.
Ale książę absolutnie nie wyrażał na to zgody. Rząd watykański bardzo  chciał się
pozbyć szewcowej, ale nie chciał, by z miasta wyjechał również bogaty książę.
Zmuszono więc szewca, by wystapił do sądu o swoje prawa mężowskie, dano mu
nawet adwokata, a nad księciem roztoczono "dyskretny" nadzór policji i czyniono
przygotowania do procesu.
Ale książę Stanisław, który niegdyś wymknął się z carskiego Petersburga, gdy tylko
zorientował się, że jest pilnowany, wymknął się wraz z piękną szewcową i dzieckiem
z Rzymu do ....Florencji.
W zacisznej dzielnicy wystawił dla siebie i rodziny skromny ale wygodny pałacyk,
w okolicach Livorno zakupił feudalne dobra Monte Rotondo, z którymi był  związany
włoski tytuł książęcy.
We Florencji przyszło na świat jeszcze troje dzieci: syn Józef i dwie córki, Helena
i Konstancja.
Nie wiadomo, czy książę zawarł z szewcową formalny związek małżeński.
Piękna Kassandra do końca jego życia używała nazwiska swego byłego męża, ale
we włoskiej wersji językowej - Luigi.
Książę załatwił z rządem Toskanii nadanie swoim dzieciom dziedzicznego tytułu
książęcego od dóbr Monte Rotondo. Od tego czasu ich  nazwisko rodowe brzmiało:
książęta di Monte Rotondo.
Książę Stanisław zmarł 13 lutego 1833 roku we Florencji.
Polska  arystokracja nigdy nie wybaczyła księciu związku z plebejką - jego dom
we Florencji starannie omijano.
Zgodnie z ostatnią wolą księcia, włoski rzeżbiarz Villa ozdobił jego grobowiec
płaskorzezbami, które przedstawiały sceny z oczynszowania chłopów w jego dobrach
w Polsce. Uznał, że to było jego największym osiągnięciem życiowym.
Jeżeli kiedyś będziecie we Florencji, to wpadnijcie do rzadko odwiedzanego przez
turystów Kościoła  św.Marka - w jednej z bocznych naw znajduje się grób księcia
Stanisława Poniatowskiego.
A gdy będziecie w Paryżu może traficie na ulicę starych pałaców- rue Berton i tam
poszukajcie pałacu oznaczonego nr 17 - należy on do książąt Poniatowskich di Monte
Rotondo, potomków w prostej linii tego mało znanego księcia Poniatowskiego.

piątek, 1 maja 2015

Mieszane uczucia mam

Dowiedziałam się dziś, że mój Starszy Krasnal od trzech tygodni należy do
Berliner Mozart Kinderchor i miał już wraz z tym chórem pierwszy publiczny
występ.
Koncert był w Ogrodzie Zoologicznym i występowało wiele chórów.
Estrada jest usytuowana przed letnią restauracją , więc umilano gościom posiłek.
Podobno Krasnal na początku był nieco zdenerwowany, bo raptem miał przedtem
3 próby, ale się opanował, posłusznie wszedł na scenę i ...śpiewał.
Poza tym w połowie czerwca ma wyjazd z chórem na krótki obóz, ale będzie
musiało z nim jechać któreś z rodziców, bo on jest jeszcze za mały na taki
samodzielny wyjazd. To ma być zgrupowanie,  na którym dzieci mają nieco
wypocząć i ćwiczyć głos.
Poza tym dziecię było na próbnej lekcji gry na fortepianie, spodobało mu  się i
od najbliższego poniedziałku będzie chodził na lekcje muzyki.
Prawdopodobnie trzeba będzie wypożyczyć do domu instrument.
Wyobrażam sobie co przeżywa teściowa mojej córki, bo ze 3 lata temu sprzedała,
bez porozumienia z synem, jego pianino.
No to mam wnuczka matematyko-muzyka.
Śmieję się, że młodszy, który dobrze chwyta tonację, nauczy się grać na gitarze i
chłopcy stworzą zespół. Ale lekcje gry na gitarze są dopiero od IV klasy.
Mam wrażenie, że moja córka jest nieco przestraszona rozwojem sytuacji, bo to
"pożera" czas, którego ciągle jej brakuje.




środa, 29 kwietnia 2015

Dialogi domowe

Mam w domu mały, składany stolik, przy którym dłubię ( a raczej dłubałam)
biżutki. Jest świetny, bo mogę go ustawić w dowolnym miejscu w domu.
Jak wiecie mam szlaban na wszelkie precyzyjne robótki ( w to również jest
wliczone szydełkowanie i dzianie  na drutach), ale na stoliczku w dalszym ciagu
leżą rozpoczęte biżutki.
Wczoraj mój ślubny  zrobił wielce poważną minę i zapytał: "a dlaczego tego nie
schowałaś, tylko to wszystko leży, jakby na ciebie czekało?"
Przez sekundę byłam zdecydowana powiedzieć, że to leży, bo faktycznie czeka,
ale ugryzłam się w język i odpowiedziałam: "a czemu u  ciebie na biurku wciąż
leżą przeczytane tygodniki, będziesz drugi raz czytał?"
Odpowiedzi nie było, zapowietrzył się biedak.
A ja nie mogłam się przyznać, że w ramach "szlabanu" codziennie 15 minut coś
dłubię. Słowo- tylko 15 minut.

Dowiedziałam się, że MUSZĘ dziennie wypijać 10 szklanek wody, oprócz  kawy,
herbaty i ewentualnie zupy i dostałam jakąś rozpiskę diety - jedyne co mi w  niej
pasuje to wiśnie i sok niesłodzony z jabłek.
No ale codziennie wiśnie (teraz mrożone) i ten sok własnoręcznie robiony i te
10 szklanek wody - przecież nie będę  mogła się ruszyć z domu!
Na moje pytanie, czy nerki wyrobią tyle płynu doktorek odpowiedział- wyrobią,
nie ma obawy.
A potem z miłym uśmiechem dodał- to kara za to, że zawsze za mało pani piła.
Fakt, mnie się nigdy nie chce pić.

Dziś słyszałam prześliczną prognozę pogody na majowy weekend - ma być
30 stopni ciepła! W piatek 10, w sobotę 10 i w niedzielę 10.
No to razem w weekend będzie 30!

Już mam wiosnę na osiedlu - troche słońca i te deszcze wreszcie spowodowały
kwitnienie rajskich jabłonek. Jest super!

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Instrukcja, jak sprawić by córka.......

......przestała rozmawiać z  własną  matką.
Zadzwoniła do mnie koleżanka (wiek emerytalny) z pytaniem, czy aby nie mam
ochoty wybrać się z nią na działkę, bo mogłybyśmy sobie pogadać.
No niestety pomimo niewątpliwie pięknej pogody nie miałam ochoty tłuc się
na działkę, ale zamiast tego zaproponowałam spotkanie na pogadanie.
Umówiłyśmy się w jednej z kawiarni w pobliżu  pałacu w Wilanowie.
Pogoda była  super i  tak cieplutko, że skusiłyśmy się na lody.
Nie widziałyśmy się ponad rok, czyli mniej więcej od  chwili gdy Ulka po raz
drugi została babcią.
Pokazała mi zdjęcie dorodnego bobasa, który wyglądał niczym miniatura
zawodnika sumo.
Uśmiałyśmy się, że nasze córki zaludniają świat ginącym  ponoć gatunkiem- obie
mamy po dwóch wnuczków.
Z tym, że u moich jest między chłopczykami różnica  dwóch lat, u niej nieco
ponad rok.
Ulka, pomimo przejścia na emeryturę, pracowała jeszcze w wymiarze 1/2 etatu.
Po pierwsze miała bardzo niską emeryturę bo cały czas pracowała w instytucie
naukowym, gdzie niestety wynagrodzenia były niskie, po drugie udało się jej
zrobić uprawnienia rzecznika patentowego, więc po odejściu na emeryturę
udało się jej "załapać" na pracę w  tej nowej specjalności.
Gdy jej córka urodziła pierwsze dziecko, Ulka tak sobie  zorganizowała pracę, że
rano zajmowała się wnukiem, potem przychodziła do małego opiekunka, a Ulka
szła do pracy.
Gdy okazało się, że karmienie dziecka piersią nie sprawdziło się w roli środka
antykoncepcyjnego i  będzie drugie dziecko, młodzi podjęli decyzję o budowie
domu. Tak naprawdę mieli całkiem niezłe mieszkanie, ładne trzy pokoje w całkiem
dobrym miejscu, niedaleko miejsca zamieszkania Ulki.
A wybrany przez nich developer budował osiedle domków jednorodzinnych w gminie
poza granicami Warszawy. Część domków już była gotowa do kupienia, więc
sprzedali mieszkanie, resztę kwoty uzupełnili kredytem bankowym i wyprowadzili
się.
Pierwszy zgrzytem był odejście opiekunki, która powiedziała, że nie będzie jezdziła
 "na takie zadupie". Ulka powiedziała, że ona też nie wyobraża sobie opieki nad
wnuczkiem, bo to od niej zbyt daleko. Żeby rano dojechać do niego musiałaby
wyjeżdżać z domu o 6,15  rano, no a poza tym nie ma zamiaru rezygnować z pracy,
bo kwota, którą dorabia do swej emerytury jest jej potrzebna.
Zięć stwierdził, że Ulka jest podłą babcią, bo przecież jej obowiązkiem jest pomóc
córce w trudnej sytuacji. A sytuacja jest trudna, bo jedno dziecko już jest a drugie
niedługo będzie na świecie.
Ulka wpierw się zapytała, czy jego matka jest zwolniona z obowiązku pomagania
swemu dziecku.
Jednocześnie wyjaśniła, że nie jej zasługą jest fakt, że na świecie będzie drugie
dziecko, podobnie jak pomysł zamieszkania poza miastem.
A potem całkiem spokojnie wyjaśniła, że ona tylko w tym wypadku zajmie się
dziećmi, jeżeli oni zapewnią jej dwie rzeczy - pensję taką, jaką ona ma  teraz w swej
firmie i pokój w domku, bo nie będzie  dwa razy dziennie pokonywać drogi
z Warszawy do nich i z powrotem do siebie. No i soboty i niedziele będzie zawsze
spędzać u siebie.
Rozpętało się istne piekło, bo według zięcia to jej wymagania to zwyczajna podłość,
bezczelność, egoizm itp.
A córeczka - popatrzyła się z odrazą na własną matkę i oświadczyła- wiedz, że
w tej chwili straciłaś córkę. Po wygłoszeniu tego tekstu wyniosła się z mężem
i dzieckiem z domu Ulki, uprzednio trzasnąwszy drzwiami.
I od tej pory ani razu nie zadzwoniła do Ulki.
Zdjęcie drugiego wnuczka Ulka dostała od swej kuzynki, która była u młodych z wizytą.
Teraz już wiecie co zrobić by zdobyć kilka epitetów i stracić córkę.


czwartek, 23 kwietnia 2015

Wiosna......

.....jakoś chyłkiem nadchodzi. Noce bardzo zimne, bo trudno powiedzieć, że +2
w terenie zabudowanym to ciepełko.
Sikorki nadal przylatują do mojej stołówki, bo chyba jeszcze wszystkie robale
śpią. Żywopłoty mają mini listki, bardzo marnie kwitną wszelkie owocowe
drzewa, a zwłaszcza różne odmiany jabłonek, których na osiedlu jest sporo.
Forsycje też się nie wysilają. Chyba wciąż za mało ciepła i słońca a za dużo wiatru.

Z lekkim opóznieniem dostałam zdjęcia moich Krasnali z ferii wielkanocnych.
Największą frajdę mieli z  wycieczki do "Parku  Linowego".
Na miejscu się okazało, że młodszy jest za mały- nie było takiej malutkiej "uprzęży",
ale właściciel parku był tak miły, że wypożyczył dla niego prywatną uprząż
swego synka.
Mały szedł tak skupiony, że gdy już pokonał calutką trasę to się rozpłakał.
Starszy wpierw jęczał, ze nie da rady, ale po przejściu całości
zażyczył sobie przejść jeszcze raz.

A ja dostałam od nich zdjęcia ametystów- przecież babcia uwielbia
kolorowe kamyki

Wyobrazcie sobie , że mój pierwszoklasista ma w roku szkolnym aż 18 tygodni
wolnych od nauki.
Dobrze, że chociaż tam odgórnie jest rozwiązany problem opieki nad dziećmi
w te wolne od nauki tygodnie.
Po prostu w te wolne dni jest czynna szkolna  świetlica.
























piątek, 17 kwietnia 2015

Geomancja? A z czym się to je???

Geomancja -  wg prawdziwych naukowców jest to PSEUDONAUKA, czyli
brednie i banialuki, złudzenia i co tam jeszcze kto chce.  Bo jeśli czegoś nie
można zmierzyć, zważyć, przedstawić wzorem matematycznym to tego
czegoś nie ma - i już.
Ale geomancja to nic innego niż wybieranie na podstawie obserwacji ziemi
oraz innych elementów otaczającego nas środowiska miejsc o najlepszych i
dobrych właściwościach bioenergetycznych.
Może gdybyśmy my, współcześnie żyjący ludzie nie byli tak w sobie zadufani
i poświęcili nieco więcej uwagi temu w jakich miejscach stawiali domy i
budowali swe miasta starożytni to nie budowano by całych dzielnic w Polsce
np. na terenach zalewowych.
Stosując zasady geomancji zakładali swe miasta Etruskowie, a potem podbici
przez nich pod koniec VII wieku p.n.e. Rzymianie. Naprawdę tak było, wtedy
Etruskowie byli bardziej rozwinięci cywilizacyjnie niż Rzymianie, którzy
przejęli ich dorobek a następnie go rozwinęli. Około 100 roku p.n.e. Etruskowie
i Rzymianie tworzyli już jeden naród.
Jak zapewne wszyscy pamiętamy z lekcji historii Imperium Rzymskie było
wielce ekspansywne. Mało jest miejsc w Europie, do których nie dotarli i
nie założyli tam swych miast.
Marek Witruwiusz, już w I wieku p.ne. napisał traktat o sposobie wybierania
właściwego miejsca do zamieszkania.
Sposób był dość prosty i logiczny -na wybranym "na oko" terenie należało
wpierw przez jakiś czas wypasać bydło i dokładnie sprawdzać stan zdrowia
zwierząt.
Jeżeli krowy dawały dużo mleka, nic im nie dolegało, można było uznać dany
teren za dobry do zamieszkania.
Należało również obserwować szatę roślinną danego terenu - roślinami które
rosły na terenach dobrych do zamieszkania były dęby, leszczyny, jabłonie
oraz grusze.
Na terenach niewłaściwych do budowy rosły paprocie, dęby skalne (zimozielone
krzewy ze strefy śródziemnomorskiej) oraz jeżyny.
Hipokrates i Avicenna też polecali by starannie dobierać lokalizację domów.
Czas wszystko zmienia i "pożera", nadszedł również kres potężnego Imperium,
ale do dziś w wielu miejscach w Europie przetrwało sporo obiektów zbudowanych
przez Rzymian.
Niedaleko Bazylei przetrwały do współczesności pozostałości założonego  przez
Rzymian w roku 44 p.n.e miasteczka Augusta Raurica (dziś Kaiser August)..
Oprócz zabudowy mieszkalnej były tu równiez dwa teatry, kilka budynków
świątynnych i obronnych, termy  oraz forum z bazyliką i kurią.
Dwaj szwajcarscy architekci i radiesteci, M.Mettler  z  Zurrychu  i  H. Stachelin
z Bazylei przeprowadzili radiestezyjne badania tego miasteczka i okazało się, że
położenie wszystkich budowli zostało przemyślane w najdrobniejszych szczegółach.
Wszystkie miejsca kultu i centralne obiekty zostały wkomponowane w siatkę
szwajcarską i diagonalną - czyli w dwa podstawowe rodzaje układającego się
w sieci promieniowania kosmicznego znanego w radiestezji.
Ściany budowli, rzędy kolumn i statuy pokrywają się dokładnie z pasmami lub
skrzyżowaniami siatek.
Całe miasteczko, jego zarys odzwierciedlał porządek Kosmosu i był zgodny
z istniejącymi strefami energetycznymi.
Główne ulice rzymskich miast  wytyczano jako dwie prostopadłe do siebie osie -
pierwsza na linii wschód-zachód, druga  na linii   północ- południe.
W miejscu ich przecięcia budowano zawsze rynek (forum). Te dwie podstawowe
główne ulice  decydowały o planie miasta. Pozostałe ulice miasta były do nich
równoległe.
Znano już wtedy również szkodliwe promieniowanie geopatyczne i by się przed
nim uchronić stosowano posadzki będące jednocześnie ekranem ochronnym.
Współczesna analiza chemiczna wykazała, że używano do ich zrobienia mieszanki
piasku rzecznego i wapna z domieszką białka zwierzęcego.
Przez długie lata nie zastanawiałam się dlaczego w jednych miejscach czuję się
świetnie a w innych nie mogę usiedzieć na miejscu.
A radiestezję, promieniowanie, cieki wodne traktowałam podobnie jak "prawdziwi
naukowcy, pakując to wszystko do worka  z etykietą  "bzdury".
 Do czasu aż pojawiło się  u nas dziecko. Wraz z małą zamieszkałam w małym
pokoju. Pod jedną ścianą stał mój tapczan, pod drugą, w odległości 1,5 m stało
drewniane łóżeczko małej.  Stało i tylko stało- puste, bo ilekroć w nim ułożyłam
małą ta po kilkunastu minutach darła się jak zarzynana.  Gdy ją przekładałam
na tapczan- wrzasków nie było.
Sprowadziłam do domu radiestetę. Nie mówiłam nic o tym dziwnym zachowaniu
się dziecka. Pan radiesteta (dyplomowany, z Tow. Psychotronicznego) obszedł
całe mieszkanie, usiadł, narysował plan mego mieszkania i zakreskował na
czerwono miejsca, w których jest  niekorzystne dla człowieka promieniowanie.
W tych miejscach nie powinny stać łóżka- powiedział. A  dziecię nie powinno
w takim miejscu leżeć. Dopiero wtedy powiedziałam mu o tym ,że we własnym
łóżeczku mała  wciąż się drze.
Oj, pani ma w domu taki świetny wykrywacz cieków wodnych a wzywa pani mnie?
Niepotrzebnie wydaje pani pieniądze- śmiał się.
Zgodnie z zaleceniami poprzestawiałam w mieszkaniu miejsca do spania a poza
tym zakupiłam odpromiennik bursztynowy.
I od tej pory zaczęłam się interesować tym, co jest "bzdurą, banialukami i
zwyczajnie  pseudonauką" oraz początkami ludzkiej cywilizacji.



wtorek, 14 kwietnia 2015

Gotyckie świątynie, cz.II

Nie mam pojęcia skąd średniowieczni budowniczowie gotyckich świątyń czerpali
swą wiedzę.
Jedno jest pewne - w swych budowlach  odzwierciedlali prawdziwą miarę Natury,
a jak uważają niektórzy, cała Natura to matematyka.
Wielką wagę przywiązywali do odpowiednich proporcji między poszczególnymi
częściami budowli.
Punktem wyjścia architektury sakralnej był stosunek koła do kwadratu lub kuli do
sześcianu.
Kolista kopuła zawieszona nad sześcianem była odzwierciedleniem nieba ponad
ziemią.
Projekty gotyckie opierały się na tzw.  złotej proporcji czyli wzajemnym stosunku
dwóch części  (1:1,618)
W katedrze w Chartres odległości pomiędzy filarami, długość nawy, transeptów oraz
prezbiterium stanowią wielokrotność liczby 1,618.
Czy wiecie, że liczba Pi (3,14.) była uważana za świętą i często można ją odnalezć
w średniowiecznych kościołach?
Pierwiastki kwadratowe z dwójki i trójki też były liczbami magicznymi. Pierwiastek
z dwójki (1,414) reprezentuje kwadrat, będący znakiem Ziemi. Pierwiastek z trójki,
który wynosi 1,732  to pradawny znak mandorli ( w języku włoskim migdał) i od
czasów starożytnych  symbolizował dziewiczą płodność.
W ikonografii chrześcijańskiej  umieszczano w nim postać Chrystusa.
Mam wrażenie, że budowniczowie gotyku bardzo lubili "szyfrogramy" i dość
namiętnie się nimi posługiwali.
W alfabecie greckim i hebrajskim każda litera miała swój odpowiednik liczbowy.
Gdy sumujemy poszczególne litery wyrazu, otrzymujemy wartość liczbową całości.
To zamienianie liter na cyfry nosi nazwę gematrii.
Odpowiednikiem słowa Jezus w języku greckim jest liczba 888, więc umieszczano
ten wymiar w centralnej części świątyni, w prezbiterium lub między głównymi
filarami, by uzyskać występowanie pewnych subtelnych wibracji.
Bardzo często w niektórych kościołach umieszczano w posadzkach labirynty. Miały
one być elementem praktyk prowadzących do rozwijania wnętrza człowieka  i
jego mistycznego oświecenia. W tradycji chrześcijańskiej znalezienie drogi do
centrum labiryntu i pokonanie jej z powrotem nazywano pielgrzymką do Niebiańskiej
Jerozolimy, o której była mowa w Piśmie  Świętym.
Niewiele tych labiryntów posadzkowych przetrwało do dziś.
Ale w  Chartres przetrwał - ma średnicę 9 metrów, a długość jego wynosi 250m.
W średniowieczu, w Wielkanoc, wierni prowadzeni przez biskupa tańczyli w nim.
Labiryntem w Chartres zajęli się również różni badacze zjawisk paranormalnych.
Podobno pod względem energetycznym ma on działanie uzdrawiające. Podobno
chodzenie po nim, a nawet tylko patrzenie na niego ma moc terapeutyczną, daje
równowagę psychiczną i głębokie przeżycia duchowe.
Labirynt w Chartres odsłaniany jest całkowicie tylko w piątki. Odsuwa się wtedy
stojące na nim na co dzień ławki by był dostępny  w całości dla wiernych.
Najlepsze efekty daje ponoć chodzenie po nim boso. I chodzą po nim nie tylko
wierni- ludzie innych wyznań także.
John James, australijski architekt poświęcił wiele lat na zgłębianie znaczenia tego
labiryntu i doszedł do wniosku, że  "jego jedenaście kręgów i zawiła ścieżka
prowadząca do środka stanowi odbicie drogi, jaką człowiek musi przebyć, aby
zostać zbawiony".
Zastanowiło mnie jedno - czy to było jego jedyne zajęcie?
Kolejną ciekawostką świątyni w Chartres są jej wieże, które są różnej wysokości.
To nie jest jakaś niedoróba, ale zabieg celowy by absorbować energię zarówno
Słońca jak i Księżyca. Wyższa wieża absorbuje energię Słońca, niższa- Księżyca.
Podobny manewr zastosowano w katedrze w Amiens.
W południowym transepcie (boczna nawa( katedry w Chartres zwraca uwagę na
posadzce jedna z płytek posadzki, ustawiona inaczej niż pozostałe.
Jeśli będziemy w Chartres w samo południe w momencie przesilenia letniego,
ta właśnie płytka zostanie oświetlona słońcem przechodzącym przez odpowiednio
ustawiony otwór w witrażu św. Apolinarego.
I tak moi mili, wymieszane są skutecznie obrzędy i tradycje  pogańskie z religią
chrześcijańską.
Mnie osobiście zupełnie to nie przeszkadza, daje to obraz jakiejś ciągłości i
powtarzalności dziejów człowieka.