Muszę się do czegoś przyznać - jestem wredna, bo ogromnie
ubawiłam się w sobotę 1-majową, gdy obserwowałam moich
sąsiadów wybierających się na działeczkę.
Pogoda była marna, z nieba coś padało, a moi sąsiedzi z vis a vis
mniej więcej o 7 rano zaczęli przygotowania.Wszystko zaczęło
się od trzaskania drzwiami - miałam wrażenie,że z ich mieszkania
wychodzi batalion wojska, a rodzina składa się zaledwie z 3 osób.
W pewnej chwili nie zdzierżyłam i poszłam do kuchni popatrzeć
co się dzieje. Okno kuchenne wychodzi na naszą uliczkę, przy
której stoją nasze samochody. Combi sąsiadów stało tyłem do
budynku i miało szeroko rozdziawiony bagażnik.Cała trójka
krążyła pomiędzy mieszkaniem a samochodem przynosząc tzw. w
garści przeróżne rzeczy: sprzęt kuchenny, ubrania, garnki z jakąś
zawartością, zabawki,koce i poduszki, bieliznę pościelową, buty,
jednym słowem wszystko to, co się może na działce przydać.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przynosili
to wszystko niemal po 1 sztuce, bez żadnego opakowania- ot tak,
luzem.Przybory toaletowe też wzięli, widziałam. Zajęło im to prawie
godzinę, a deszcz cały czas padał na te wszystkie zgromadzone w
bagażniku dobra. Wreszcie nieco zmachani i niezle przemoczeni
zapakowali do samochodu siebie i odjechali.
We wtorek po południu powrócili i przedstawienie zaczęło się od
nowa, tyle tylko,że w druga stronę. I znów padał deszcz. Ciekawe,
czy w każdy weekend będą tak po sztuce pakować potrzebne
rzeczy?
P.S.
Jakieś torby podróżne mają, widziałam ich gdy wyjeżdżali gdzieś na
wakacje.
drewniana rzezba
środa, 5 maja 2010
poniedziałek, 3 maja 2010
6. Nie nadążam
Nie nadążam za rzeczywistością, czyli primo: bo jestem stara, secundo:
jestem niereformowalna.
Maj to miesiąc komunijny, więc wydawałoby się logiczne, że społeczność
katolicka powinna się cieszyć, że kolejne pokolenie wstępuje w szeregi
świadomych katolików. A tu każdy zmartwiony, skrzywiony i narzeka.
Narzekają rodzice dziecka, bo "zjedzie się cała zgraja rodziny i trzeba tych
ludzi nakarmić, ugościć, gdzieś przenocować, dziecięciu strój odpowiedni
zakupić, a potem przez tydzień codziennie z nim do kościoła maszerować",
narzekają chrzestni, bo już od roku odkładali forsę na prezent, a teraz nie
bardzo wiedzą, czy prezent będzie się podobał", martwią się również inni
członkowie rodziny bo "nie wypada z pustą ręką przyjechać, ale też nie
wiadomo co kupić, żeby na sknerę nie wyjść".
Najzabawniejsze, że bardzo martwią się tą uroczystością główni bohate-
rowie- dzieci. Dziewczynki mają znacznie więcej zmartwień w tej materii:
" jaka sukienka, czy wianek będzie ładny, czy mam mieć malutką torebkę,
czy uczesanie utrzyma się cały dzień, co dostanę w prezencie". Chłopców
martwi fakt, że "muszę być w garniturze,a to niewygodny strój i co
fajnego dostanę".
Osobiście nie mam takich zmartwień, z wielu powodów. Ale moje kole-
żanki, które są babciami, już prawie rok mają zatrute życie. Bo przecież
trzeba coś dziecku kupić w prezencie a i sobie coś przyzwoitego na grzbiet.
Opowiadała mi koleżanka, że jej synowa "już zadbała o włosy małej i fry-
zjerka zrobiła jej trwałą", wszelkie białe ciuszki już są, nawet biała wełnia-
na pelerynka, sala w pobliskiej kawiarni zamówiona, menu ustalone,
sesja fotograficzna zamówiona, "pan od video" też.
Dobrze, że siedziałam, bo pewnie zemdlałabym z wrażenia.
Gości będzie coś około 5o osób , więc mowy nie ma, żeby się taka zgraja
pomieściła w mieszkaniu a i przygotować "coś na ząb" dla tylu osób nie
jest sprawą prostą.
Zapytałam, żeby zrobić koleżance przyjemność, co kupili małej z tej
okazji - ustalili z rodzicami dziecka, że kupią aparat fotograficzny, taki
"przyzwoitszy", za 1000 zł. Pomyślałam złośliwie, że powinien mieć w takim
przypadku wygrawerowaną cenę na obudowie, by wszyscy widzieli, że to
nie byle chłam elektroniczny.
Powiedzcie mi, co się ludziom stało, że wszystkie okazje kościelne stały
się okazją do spektaklu próżności i demonstracji zamożności? Może z
powodu odłączenia się od KRK coś przegapiłam, czegoś nie zrozumiałam?
Może obecnie Bóg dostrzega tylko tych, którzy są zamożni i wystrojeni?
A co z tymi, których nie stać na drogie prezenty, wytworną sukienkę czy
też elegancki garniturek dla dziecka? Dlaczego dzieci z mniej zamożnych
rodzin maja się czuć gorsze tylko dlatego, że ich rodziców nie stać
na takie ekscesy?
Podobno w mojej osiedlowej parafii "personel" zaproponował, by dzieci
były ubrane jednakowo i......wszyscy rodzice protestowali gorąco. Więc
znowu będą ulicami osiedla dreptały małe księżniczki w miniaturowych,
prawie ślubnych sukienkach, z włosami misternie ułożonymi w loki, mocno
nieszczęśliwi chłopcy w sztywnych garniturkach a w szkole znów zacznie się
giełda prezentów komunijnych. Ciekawe, co w tym sezonie jest na topie?
I niech mi ktoś wytłumaczy co to ma wspólnego z tym sakramentem?
jestem niereformowalna.
Maj to miesiąc komunijny, więc wydawałoby się logiczne, że społeczność
katolicka powinna się cieszyć, że kolejne pokolenie wstępuje w szeregi
świadomych katolików. A tu każdy zmartwiony, skrzywiony i narzeka.
Narzekają rodzice dziecka, bo "zjedzie się cała zgraja rodziny i trzeba tych
ludzi nakarmić, ugościć, gdzieś przenocować, dziecięciu strój odpowiedni
zakupić, a potem przez tydzień codziennie z nim do kościoła maszerować",
narzekają chrzestni, bo już od roku odkładali forsę na prezent, a teraz nie
bardzo wiedzą, czy prezent będzie się podobał", martwią się również inni
członkowie rodziny bo "nie wypada z pustą ręką przyjechać, ale też nie
wiadomo co kupić, żeby na sknerę nie wyjść".
Najzabawniejsze, że bardzo martwią się tą uroczystością główni bohate-
rowie- dzieci. Dziewczynki mają znacznie więcej zmartwień w tej materii:
" jaka sukienka, czy wianek będzie ładny, czy mam mieć malutką torebkę,
czy uczesanie utrzyma się cały dzień, co dostanę w prezencie". Chłopców
martwi fakt, że "muszę być w garniturze,a to niewygodny strój i co
fajnego dostanę".
Osobiście nie mam takich zmartwień, z wielu powodów. Ale moje kole-
żanki, które są babciami, już prawie rok mają zatrute życie. Bo przecież
trzeba coś dziecku kupić w prezencie a i sobie coś przyzwoitego na grzbiet.
Opowiadała mi koleżanka, że jej synowa "już zadbała o włosy małej i fry-
zjerka zrobiła jej trwałą", wszelkie białe ciuszki już są, nawet biała wełnia-
na pelerynka, sala w pobliskiej kawiarni zamówiona, menu ustalone,
sesja fotograficzna zamówiona, "pan od video" też.
Dobrze, że siedziałam, bo pewnie zemdlałabym z wrażenia.
Gości będzie coś około 5o osób , więc mowy nie ma, żeby się taka zgraja
pomieściła w mieszkaniu a i przygotować "coś na ząb" dla tylu osób nie
jest sprawą prostą.
Zapytałam, żeby zrobić koleżance przyjemność, co kupili małej z tej
okazji - ustalili z rodzicami dziecka, że kupią aparat fotograficzny, taki
"przyzwoitszy", za 1000 zł. Pomyślałam złośliwie, że powinien mieć w takim
przypadku wygrawerowaną cenę na obudowie, by wszyscy widzieli, że to
nie byle chłam elektroniczny.
Powiedzcie mi, co się ludziom stało, że wszystkie okazje kościelne stały
się okazją do spektaklu próżności i demonstracji zamożności? Może z
powodu odłączenia się od KRK coś przegapiłam, czegoś nie zrozumiałam?
Może obecnie Bóg dostrzega tylko tych, którzy są zamożni i wystrojeni?
A co z tymi, których nie stać na drogie prezenty, wytworną sukienkę czy
też elegancki garniturek dla dziecka? Dlaczego dzieci z mniej zamożnych
rodzin maja się czuć gorsze tylko dlatego, że ich rodziców nie stać
na takie ekscesy?
Podobno w mojej osiedlowej parafii "personel" zaproponował, by dzieci
były ubrane jednakowo i......wszyscy rodzice protestowali gorąco. Więc
znowu będą ulicami osiedla dreptały małe księżniczki w miniaturowych,
prawie ślubnych sukienkach, z włosami misternie ułożonymi w loki, mocno
nieszczęśliwi chłopcy w sztywnych garniturkach a w szkole znów zacznie się
giełda prezentów komunijnych. Ciekawe, co w tym sezonie jest na topie?
I niech mi ktoś wytłumaczy co to ma wspólnego z tym sakramentem?
niedziela, 2 maja 2010
5. Ciężkie życie Krasnoludków
Pewien mój znajomy Krasnoludek ma na imię Ksawery i ma aż 3 lata i 4
miesiące. Spotykam go bardzo często, ponieważ z jego drogą do przed-
szkola krzyżuje się spacerowa ścieżka mojego psa. "Siawuś", bo tak
mawia o sobie ten Krasnoludek ma bardzo wielkie problemy - musi
chodzić do przedszkola. Normalny poranny widok to maluch ciągnięty
za rękę przez mamę lub przez babcię, protestujący gorąco przeciwko
prowadzeniu go do przedszkola. Ostatnio Siawuś zatrzymał się gwałtownie
obok mego psa i wyseplenił: "zobac babcia, to jest dziecko nasego Sejka".
Zaczęłyśmy tłumaczyć malcowi, że to piesek zupełnie innej rasy niż Szejk,
i że nie jest szczeniakiem a bardzo starym pieskiem, tylko taki nieduży.
Siawuś nie był przekonany , ale było już dość pózno, więc został pociągnięty
w stronę przedszkola. Siawuś mieszka przy mojej ulicy, po drugiej stronie
jezdni, a ja pamiętam jego mamusię, gdy była właśnie w jego wieku. Ale ona
nie była ciągana do przedszkola, wychowywała się w domu. Wczoraj, gdy
przestał wreszcie padać deszcz i lekko podeschło, wybrałam się z psem na
spacer. W pobliżu integracyjnego placu zabaw znów spotkałam Siawka.
Mały klęczał na asflatowej ścieżce i z zapałem rysował coś kredą. Na mój
widok zawołał:"chodz, popac, lysuje. Nalysować twojego pieska?"Nie
czekając na odpowiedz zaczął pracowicie mazać kredą. Wyobrazcie sobie,
że maluch naprawdę świetnie rysował. Wprawdzie jak na jamnika to
narysowany pies miał za długie łapy, ale reszta była świetna. Zaczęłam
podpytywać go o przedszkole. "nie lubię, kazą tańcyć, kazą śpiewać,
jeść kasę , tsymać za ręce na spaceze, nie lubię, nie lubię i juz".
Rzeczywiście, można nie lubić przedszkola gdy do tylu strasznych rzeczy
zmuszają Krasnoludka.
Ciężkie jest życie Krasnoludków. I jeszcze to imię, którego pewnie
jeszcze długo nie będzie umiał wymówić. Ksawery...
miesiące. Spotykam go bardzo często, ponieważ z jego drogą do przed-
szkola krzyżuje się spacerowa ścieżka mojego psa. "Siawuś", bo tak
mawia o sobie ten Krasnoludek ma bardzo wielkie problemy - musi
chodzić do przedszkola. Normalny poranny widok to maluch ciągnięty
za rękę przez mamę lub przez babcię, protestujący gorąco przeciwko
prowadzeniu go do przedszkola. Ostatnio Siawuś zatrzymał się gwałtownie
obok mego psa i wyseplenił: "zobac babcia, to jest dziecko nasego Sejka".
Zaczęłyśmy tłumaczyć malcowi, że to piesek zupełnie innej rasy niż Szejk,
i że nie jest szczeniakiem a bardzo starym pieskiem, tylko taki nieduży.
Siawuś nie był przekonany , ale było już dość pózno, więc został pociągnięty
w stronę przedszkola. Siawuś mieszka przy mojej ulicy, po drugiej stronie
jezdni, a ja pamiętam jego mamusię, gdy była właśnie w jego wieku. Ale ona
nie była ciągana do przedszkola, wychowywała się w domu. Wczoraj, gdy
przestał wreszcie padać deszcz i lekko podeschło, wybrałam się z psem na
spacer. W pobliżu integracyjnego placu zabaw znów spotkałam Siawka.
Mały klęczał na asflatowej ścieżce i z zapałem rysował coś kredą. Na mój
widok zawołał:"chodz, popac, lysuje. Nalysować twojego pieska?"Nie
czekając na odpowiedz zaczął pracowicie mazać kredą. Wyobrazcie sobie,
że maluch naprawdę świetnie rysował. Wprawdzie jak na jamnika to
narysowany pies miał za długie łapy, ale reszta była świetna. Zaczęłam
podpytywać go o przedszkole. "nie lubię, kazą tańcyć, kazą śpiewać,
jeść kasę , tsymać za ręce na spaceze, nie lubię, nie lubię i juz".
Rzeczywiście, można nie lubić przedszkola gdy do tylu strasznych rzeczy
zmuszają Krasnoludka.
Ciężkie jest życie Krasnoludków. I jeszcze to imię, którego pewnie
jeszcze długo nie będzie umiał wymówić. Ksawery...
wtorek, 27 kwietnia 2010
3. Mój staruszeczek
Dziś chcę Wam przedstawić najważniejszego
członka naszej rodziny.
To nasz szorstkowłosy jamnik, typ. karłowy,
co oznacza, że jest znacznie mniejszy od stan-
dardowego.
Kupiłam go 16 lat temu i gdy przywiozłam do
domu miał sześć i pół tygodnia i był porażająco
malutki. Od pierwszego dnia stał się naszym
oczkiem w głowie. Trzy dorosłe osoby śledziły uważnie każdy jego kroczek,
i zaśmiewały się chwilami do łez z jego figli.
Psiątko od samego początku było godnym reprezentantem swej rasy- typowy
indywidualista, który przychodził na zawołanie tylko wtedy, gdy miał na to
ochotę. Na wszelkie odmowy i nakazy reagował obrażaniem się - odwracał się
do nas tyłem, siadał i cała jego sylwetka wyrażała jedno - mam was w nosie.
Obrażał się czasami nawet na kilka godzin. Dopiero po 2 latach pojął, że gdy
pies obraża się na właścicieli, to wiele wtedy traci.
Był i jest nadal pieszczochem, ale nie każdy ma prawo go pogłaskać. Już wiele
razy słyszałam, że jest zle wychowany, bo gdy obca osoba chce go pogłaskać
on warczy i usiłuje kłapnąć zębiskami. Zawsze musiałam wtedy tłumaczyć, że
on ma prawidłowe odruchy, że my też nie tolerujemy sytuacji, by ktoś obcy
głaskał nas ni z tego , ni z owego po głowie lub poklepywał po plecach.
Najczęściej jedyną odpowiedzią był tekst: bo on taki ładny!
Drugiego lutego skończył 16 lat. Już coraz mniej przypomina tego rozbryka-
nego psiaka - mniej chętnie wychodzi na spacery, bardzo dużo śpi, jest prawie
głuchy, ma ograniczone pole widzenia, czasami łapy się rozjeżdżają i troszkę się
na nich chwieje. Ale nadal jest naszym najmilszym pod słońcem psem, który
darzy nas ogromnym zaufaniem i miłością.
Wiem, że może niedługo przenieść się na ścieżki niekończącego się lasu i bę-
dziemy za nim tęsknić łudząc się, że tam mu lepiej, w tej krainie wiecznych
łowów.
niedziela, 25 kwietnia 2010
2. Domowy recykling
morfozie, dzięki decoupage'owi. Dla mnie decoupage
to swoisty recykling. Można tym sposobem nadać nowe
życie wielu przedmiotom. Mój mąż śmieje się ze mnie,
że chodzę po domu i tylko patrzę co by tu jeszcze zde-
coupage'ować, co by tu jeszcze? Stąd też wziął się tytuł
mojego bloga.
Nie da się ukryć, że wielce czasochłonny jest ten domowy
recykling. I zupełnie nie można się przy tym zajęciu
spieszyć.
Przyznam się szczerze,że ostatnie 4 miesiące zupełnie
nie zajmowałam się moimi robótkami. Efekt taki, że
mam mnóstwo "rozgrzebanych" prac. Gdy już największe zmartwienia jakoś
odeszły, nawaliło mi zdrowie. Od trzech tygodni nie mogę sobie poradzić z
jakąś paskudną infekcją , już nawet napasłam się antybiotykami, a końca
choroby wciąż nie widać. Od jutra mam brać jakiś kolejny lek i lekarz jest
pewien,że ....za 2 tygodnie mi pomoże. Zupełnie mu nie wierzę.
No a skoro nic nowego teraz nie robię, to będę pokazywać to, co dotychczas
zrobiłam.
czwartek, 22 kwietnia 2010
1. Z pewną nieśmiałością....
zaczynam ten blog, bo przyznaje się tu do mojego hobby, czyli robienia tego, co
nikomu żadnego pożytku na ogół nie przynosi. W czasach "grzesznej młodości"
byłam ganiona za wszelką działalność plastyczną, bo po pierwsze to zadaniem
dziecka jest przede wszystkim nauka, a wszelkie takie prace to bałagan i nic
pożytecznego z nich nie wynika.
Z tego wszystkiego nauczyłam się szyć, korzystając z wykrojów czasopisma dla
dziewcząt, o wdzięcznym tytule "Filipinka". Moim pierwszym dziełem były
zimowe rękawiczki z jednym palcem. Z czasem zaczęłam nawet szyć dla siebie
sukienki i, żeby było ciekawiej, szyłam to wszystko ręcznie, ponieważ nie
miałam maszyny do szycia.
Namiętnie robiłam też korale z przeróżnych dziwnych materiałów ; z pestek
ogórka, które po nanizaniu na nitkę były zanurzane w lakierze do bombek cho-
inkowych, z trójkątnych pasków ciętych z kolorowych czasopism, z masy solnej
a nawet lakierowanego makaronu.
Gdy wyprowadziłam się z domu rodzinnego na "własne śmiecie" odkryłam
druty i szydełko. Nastała u mnie era swetrów i bluzek dzierganych na szydełku
lub na drutach. Sukienki tak robione też się zdarzały.
Potem przez wiele lat na nic nie miałam czasu, "zalatana" taka byłam. A kilka
lat temu powróciłam do różnych ręcznych robótek. Tym razem już nie robiłam
na szydełku sweterków i bluzek, zabrałam się za serwety, serwetki, obrusy,
haft krzyżykowy, haft płaski, haft wstążeczkowy, haft gobelinowy i za decou-
page. Ten zegar jest robiony właśnie techniką decoupage.
nikomu żadnego pożytku na ogół nie przynosi. W czasach "grzesznej młodości"
byłam ganiona za wszelką działalność plastyczną, bo po pierwsze to zadaniem
dziecka jest przede wszystkim nauka, a wszelkie takie prace to bałagan i nic
pożytecznego z nich nie wynika.
Z tego wszystkiego nauczyłam się szyć, korzystając z wykrojów czasopisma dla
dziewcząt, o wdzięcznym tytule "Filipinka". Moim pierwszym dziełem były
zimowe rękawiczki z jednym palcem. Z czasem zaczęłam nawet szyć dla siebie
sukienki i, żeby było ciekawiej, szyłam to wszystko ręcznie, ponieważ nie
miałam maszyny do szycia.
Namiętnie robiłam też korale z przeróżnych dziwnych materiałów ; z pestek
ogórka, które po nanizaniu na nitkę były zanurzane w lakierze do bombek cho-
inkowych, z trójkątnych pasków ciętych z kolorowych czasopism, z masy solnej
a nawet lakierowanego makaronu.
Gdy wyprowadziłam się z domu rodzinnego na "własne śmiecie" odkryłam
druty i szydełko. Nastała u mnie era swetrów i bluzek dzierganych na szydełku
lub na drutach. Sukienki tak robione też się zdarzały.
Potem przez wiele lat na nic nie miałam czasu, "zalatana" taka byłam. A kilka
lat temu powróciłam do różnych ręcznych robótek. Tym razem już nie robiłam
na szydełku sweterków i bluzek, zabrałam się za serwety, serwetki, obrusy,
haft krzyżykowy, haft płaski, haft wstążeczkowy, haft gobelinowy i za decou-
page. Ten zegar jest robiony właśnie techniką decoupage.
Subskrybuj:
Posty (Atom)