Gorąco w dzień, gorąco w nocy. Okna pootwierane w mieszkaniu na
przestrzał i zero przewiewu.Wczoraj gorący piłkarski wieczór, chyba
wszyscy mieszkańcy mego osiedla oglądali mecz i to na pełnym wzmoc-
nieniu, powrzaskując przy tym dramatycznie.
Mieszkam na parterze, wśród dużej ilości zieleni i stara lipa wraz z brzozą
chronią całkiem niezle przed promieniami wściekłego słońca aż do bardzo
poznego popołudnia. Potem wspomagam się grubą zasłoną.
Po meczowych emocjach, tak między 24 , a 1 w nocy, przy szeroko otwar-
tych po obu stronach mieszkania oknach, udało mi się zasnąć.
Obudził mnie donośny głos sąsiadki zza ściany, która komuś wymyślała.
Zastanawiałam się tylko, leżąc z zamkniętymi oczami, co ona robi w moim
pokoju? Byłam pół przytomna i zupełnie nie mogłam oczu otworzyć.
"Wynoś się"-wrzeszczała, (chyba do mnie?) sąsiadka. Wreszcie otworzyłam
oczy- w pokoju nie było nikogo poza mną i psem, który powarkiwał, a sąsiadka
nadal kogoś wyganiała. Wreszcie zwlokłam się z łóżka i wyszłam na loggię.
-co się stało? -pytanie skierowałam do niewidocznej dla mnie sąsiadki.
-to te przeklęte koty, włażą mi na balkon i do mieszkania , duchota i upał,
a ja nie mogę mieć otwartych drzwi na loggię, to już drugą noc, ale tym razem
wlazły mi dwa- informowała mnie sąsiadka. - A do ciebie nie włażą? zaintere-
sowała się.
-Przecież winobluszcz masz na balustradzie, to łatwiej im się wspiąć do ciebie
niż do mnie- dociekała sąsiadka.
-nie wchodzą, nie mogą, mam całą loggię zabezpieczoną siatką na woliery,
bo właziły mi na balkon zimą i wiosną.
-to czemu mi nie powiedziałaś?
-bo do ciebie nie właziły przecież.
-przepraszam,że cię obudziłam, zreflektowała się sąsiadka,
ale mnie te koty wystraszyły.
-mnie też obudziłaś, zabasował sąsiad z I piętra.
Wycofałam się do mieszkania zauważając smętnie, że temperatura na loggii
niczym nie odbiega od tej w mieszkaniu.
I przypomniała mi się stara, przedwojenna piosenka:
"Noce takie są gorące, a słowiki spać nie dają
i po nocy, do mej izby, jakieś strachy zaglądają".
Słowiki na moim osiedlu nie śpiewają, ale straszą koty, którym często mylą
się loggie. Bo to są koty sąsiadów, które nocą są wypuszczane z domu na dwór.
Jestem pewna, że dziś zostanie wdrożone przez sąsiadkę śledztwo - wszak
trzeba ustalić czyje to koty. A może jakąś komisję śledczą powoła- to takie
modne teraz. :)))))
drewniana rzezba
poniedziałek, 12 lipca 2010
sobota, 10 lipca 2010
34. Upał a ja......
bardzo się cieszę , ale nie z upału.
Przeczytałam wywiad ze znanym genetykiem, Johnem Craigiem
Venterem. J.C. Venter jest biologiem molekularnym, jednym z twórców
stworzenia mapy ludzkiego genomu. Ponadto jest pionierem w zakresie
syntetycznego tworzenia żywych organizmów. Ostatnio wraz ze swym
zespołem stworzył pierwszy żywy organizm- bakterię- z syntetycznego
materiału genetycznego. Niewiele jeszcze ta bakteria potrafi zdziałać, ale
zdolna jest do samodzielnego życia i rozmnaża się.
Najbardziej ucieszył mnie fakt, że raczej nie prędko sprawdzą się przepo-
wiednie zarówno entuzjastów jak i przeciwników badań genetycznych.
Entuzjaści piali, że z chwilą poznania sekwencji DNA otwiera się przed
ludzkością świetlana przyszłość. Bo: "zrobimy badania genetyczne i będzie
od razu wiadomo na co będziemy chorować lub nie". A okazuje się, że to,
jak na razie fikcja, rodem z powieści sf.
W organizmie ludzkim zachodzi mnóstwo przeróżnych skomplikowanych
procesów chemicznych, mających wpływ na fizjologię. Nie ma szans na
wynalezienie indywidualnej terapii dla każdego pacjenta, skomponowanie
dla niego indywidualnej pigułki.
Ucieszyła mnie jeszcze jedna wiadomość- rozszyfrowanie mapy ludzkiego
genomu wcale, a wcale nie spowoduje "produkcji" ludzkich komórek.
Komórka ludzkiego ciała jest po prostu zbyt skomplikowana by ją można
dokładnie poznać. Okazuje się , że uczeni nie wiedzą nawet, jak działa
najprostsza bakteria.
A ludzkości przydałyby się bakterie wytwarzające benzynę, plastik,
asfalt, czyli wszystko to, co jest wytwarzane z ropy naftowej, której zasoby
ubożeją z roku na rok. Na razie jedyne co produkują dla nas bakterie to
alkohol.
Ale by stworzyć te nowe bakterie trzeba wpierw zbudować całkowicie
nowy genom bakterii.W chwili obecnej technologia, którą stosuje zespół,
pozwala na wytworzenie w ciągu jednego dnia zaledwie kilku nowych
bakterii, które ciągle jeszcze nic nie potrafią. A takich bakterii powinno być
produkowanych dziennie milion. No a potem trzeba je tak wyposażyć
genetycznie by wytwarzały biopaliwa z dwutlenku węgla. No cóż, nie da
się ukryć, że zupełnie nie wiadomo, kiedy takie pożyteczne "żyjątka"
zaczną z sukcesem działać na naszą korzyść. Może za 5 , a może za 20 lat.
Badania zespołu Ventera zainteresowały bardzo koncern ExxonMobil,
który wyasygnował na nie kwotę 600 mln dolarów.
zródło: Forum 27/2010
Przeczytałam wywiad ze znanym genetykiem, Johnem Craigiem
Venterem. J.C. Venter jest biologiem molekularnym, jednym z twórców
stworzenia mapy ludzkiego genomu. Ponadto jest pionierem w zakresie
syntetycznego tworzenia żywych organizmów. Ostatnio wraz ze swym
zespołem stworzył pierwszy żywy organizm- bakterię- z syntetycznego
materiału genetycznego. Niewiele jeszcze ta bakteria potrafi zdziałać, ale
zdolna jest do samodzielnego życia i rozmnaża się.
Najbardziej ucieszył mnie fakt, że raczej nie prędko sprawdzą się przepo-
wiednie zarówno entuzjastów jak i przeciwników badań genetycznych.
Entuzjaści piali, że z chwilą poznania sekwencji DNA otwiera się przed
ludzkością świetlana przyszłość. Bo: "zrobimy badania genetyczne i będzie
od razu wiadomo na co będziemy chorować lub nie". A okazuje się, że to,
jak na razie fikcja, rodem z powieści sf.
W organizmie ludzkim zachodzi mnóstwo przeróżnych skomplikowanych
procesów chemicznych, mających wpływ na fizjologię. Nie ma szans na
wynalezienie indywidualnej terapii dla każdego pacjenta, skomponowanie
dla niego indywidualnej pigułki.
Ucieszyła mnie jeszcze jedna wiadomość- rozszyfrowanie mapy ludzkiego
genomu wcale, a wcale nie spowoduje "produkcji" ludzkich komórek.
Komórka ludzkiego ciała jest po prostu zbyt skomplikowana by ją można
dokładnie poznać. Okazuje się , że uczeni nie wiedzą nawet, jak działa
najprostsza bakteria.
A ludzkości przydałyby się bakterie wytwarzające benzynę, plastik,
asfalt, czyli wszystko to, co jest wytwarzane z ropy naftowej, której zasoby
ubożeją z roku na rok. Na razie jedyne co produkują dla nas bakterie to
alkohol.
Ale by stworzyć te nowe bakterie trzeba wpierw zbudować całkowicie
nowy genom bakterii.W chwili obecnej technologia, którą stosuje zespół,
pozwala na wytworzenie w ciągu jednego dnia zaledwie kilku nowych
bakterii, które ciągle jeszcze nic nie potrafią. A takich bakterii powinno być
produkowanych dziennie milion. No a potem trzeba je tak wyposażyć
genetycznie by wytwarzały biopaliwa z dwutlenku węgla. No cóż, nie da
się ukryć, że zupełnie nie wiadomo, kiedy takie pożyteczne "żyjątka"
zaczną z sukcesem działać na naszą korzyść. Może za 5 , a może za 20 lat.
Badania zespołu Ventera zainteresowały bardzo koncern ExxonMobil,
który wyasygnował na nie kwotę 600 mln dolarów.
zródło: Forum 27/2010
czwartek, 8 lipca 2010
32a. Ciąg dalszy lenienia się
Zmobilizowałam się i dokończyłam zająca. Nawet dodałam mu koszyczek
z sałatą. Możecie się ze mnie trochę pośmiać, bo zając wyszedł mi tak
trochę przypadkowo. Gdy zaczynam jakieś zwierzątko, zawsze zaczynam
od zrobienia głowy. Gdy postanowiłam zrobić misia grizli, zaczęłam od
zrobienia tułowia i dolnych kończyn. Potem wymodziłam łapy przednie i
zabrałam się za robienie łebka. I tu nieco zle obliczyłam ilość oczek i gdy
właściwie łepetyna była gotowa, za nic nie pasowała do tułowia- była za
mała. Musiałam zrobić nową głowę dla misia. Tym sposobem miałam jedną
niezbyt udaną główkę. Gdy ją nerwowo miętosiłam w rękach, złoszcząc się
na własną nieudolność, nieco zmieniłam jej kształt i pomyślałam, że można
z niej zrobić główkę dla zająca. Potem szybciutko zrobiłam uszy, umocowa-
łam oczka, zrobiłam nosek i wydziergałam tułów. Dziś dorobiłam resztę
i obdarowałam zająca koszykiem z sałatą.
Przed wielu, wielu laty lepiłam różne drobiazgi z modeliny i chcę wrócić
do tej zabawy. Na szczęście jest teraz wybór przeróżnych mas plastycznych.
Ostatnio, gdy byłam w Empiku buszowałam w artykułach do craftu.
Czułam się jak małe dziecko w sklepie z zabawkami. Najchętniej kupiłabym
wszystko.
Przeglądając blogi osób zajmujących się craftem zachwyciłam się różnymi
drobiazgami- dwa blogi są w moich linkach. Wystarczy gdy klikniecie na
"OOAK-moja pasja", a zobaczycie zupełnie niewiarygodne miniaturki niemo-
wląt i zwierzaczków. I koniecznie kliknijcie też na "by-giraffe" tam jest mul-
tum misiów, przy których moje to siermiężne sierotki. Oczywiście jest wiele
innych blogów z misiami i innymi zabawkami, ale te dwa mam w linkach.
Misie, zając i piesek są w środku wypchane pianką poliuretanową, a
wszystkie zabawki wylądują na choince u mojego wnuczka.
A ja postanowiłam zrobić mu małego misia, nieco większego od tych , muszę
tylko wpierw sobie narysować formę. Bo będzie to miś szyty z polaru, oczka
i nosek będą zakupione w sklepie z artykułami lalkarskimi. I będzie to miś
do prania, gdy małe łapki go wybrudzą.
Przyrzekam, że go pokażę, gdy zrobię.
z sałatą. Możecie się ze mnie trochę pośmiać, bo zając wyszedł mi tak
trochę przypadkowo. Gdy zaczynam jakieś zwierzątko, zawsze zaczynam
od zrobienia głowy. Gdy postanowiłam zrobić misia grizli, zaczęłam od
zrobienia tułowia i dolnych kończyn. Potem wymodziłam łapy przednie i
zabrałam się za robienie łebka. I tu nieco zle obliczyłam ilość oczek i gdy
właściwie łepetyna była gotowa, za nic nie pasowała do tułowia- była za
mała. Musiałam zrobić nową głowę dla misia. Tym sposobem miałam jedną
niezbyt udaną główkę. Gdy ją nerwowo miętosiłam w rękach, złoszcząc się
na własną nieudolność, nieco zmieniłam jej kształt i pomyślałam, że można
z niej zrobić główkę dla zająca. Potem szybciutko zrobiłam uszy, umocowa-
łam oczka, zrobiłam nosek i wydziergałam tułów. Dziś dorobiłam resztę
i obdarowałam zająca koszykiem z sałatą.
Przed wielu, wielu laty lepiłam różne drobiazgi z modeliny i chcę wrócić
do tej zabawy. Na szczęście jest teraz wybór przeróżnych mas plastycznych.
Ostatnio, gdy byłam w Empiku buszowałam w artykułach do craftu.
Czułam się jak małe dziecko w sklepie z zabawkami. Najchętniej kupiłabym
wszystko.
Przeglądając blogi osób zajmujących się craftem zachwyciłam się różnymi
drobiazgami- dwa blogi są w moich linkach. Wystarczy gdy klikniecie na
"OOAK-moja pasja", a zobaczycie zupełnie niewiarygodne miniaturki niemo-
wląt i zwierzaczków. I koniecznie kliknijcie też na "by-giraffe" tam jest mul-
tum misiów, przy których moje to siermiężne sierotki. Oczywiście jest wiele
innych blogów z misiami i innymi zabawkami, ale te dwa mam w linkach.
Misie, zając i piesek są w środku wypchane pianką poliuretanową, a
wszystkie zabawki wylądują na choince u mojego wnuczka.
A ja postanowiłam zrobić mu małego misia, nieco większego od tych , muszę
tylko wpierw sobie narysować formę. Bo będzie to miś szyty z polaru, oczka
i nosek będą zakupione w sklepie z artykułami lalkarskimi. I będzie to miś
do prania, gdy małe łapki go wybrudzą.
Przyrzekam, że go pokażę, gdy zrobię.
środa, 7 lipca 2010
32. Lenię się
A tak właśnie wyglądają skutki mojego lenistwa. W przerwie pomiędzy
uporczywym dzierganiem zielonej serwety a czytaniem nowości z dziedziny
genetyki zrobiłam te "duperelki". Motylki podpatrzyłam na blogu Aty, czyli
na http://hobbyata.blogspot.
To coś u góry na prawo to ma być ważka, wagi ciężkiej. Po prostu powinna
być chyba zrobiona ze znacznie cieńszej nitki, ale z powodu upału nie chciało
mi się jechać do pasmanterii. Motylki zrobiłam z muliny, miś to chuligan
rasy grizli, a pies to jamnik krótkowłosy. Tak wyjaśniam, bo wcale nie
jestem pewna, że to można rozpoznać.
A wszystko ułożyłam z wielkim trudem na zrobionej kiedyś serwetce
siatkowej.
Jutro polenię się jeszcze trochę i dokończę zająca. Na razie zając ma głowę
wraz z uszami , oczkami i noskiem, tułów i czeka na skoki, ogonek i
przednie łapki. Mam nadzieję, że się doczeka.
No proszę, Niemcy przegrali mimo obecności trzech piłkarzy polskiego po-
chodzenia.
Zaczyna się robić ciekawie.
uporczywym dzierganiem zielonej serwety a czytaniem nowości z dziedziny
genetyki zrobiłam te "duperelki". Motylki podpatrzyłam na blogu Aty, czyli
na http://hobbyata.blogspot.
To coś u góry na prawo to ma być ważka, wagi ciężkiej. Po prostu powinna
być chyba zrobiona ze znacznie cieńszej nitki, ale z powodu upału nie chciało
mi się jechać do pasmanterii. Motylki zrobiłam z muliny, miś to chuligan
rasy grizli, a pies to jamnik krótkowłosy. Tak wyjaśniam, bo wcale nie
jestem pewna, że to można rozpoznać.
A wszystko ułożyłam z wielkim trudem na zrobionej kiedyś serwetce
siatkowej.
Jutro polenię się jeszcze trochę i dokończę zająca. Na razie zając ma głowę
wraz z uszami , oczkami i noskiem, tułów i czeka na skoki, ogonek i
przednie łapki. Mam nadzieję, że się doczeka.
No proszę, Niemcy przegrali mimo obecności trzech piłkarzy polskiego po-
chodzenia.
Zaczyna się robić ciekawie.
niedziela, 4 lipca 2010
31. Miniaturowa republika
Miniaturową republikę zamieszkuje 30 tysięcy mieszkańców, jej
powierzchnia to zaledwie 61,6 kilometrów kwadratowych, językiem
urzędowym jest włoski, walutą euro, terytorium jest podzielone na
9 okręgów, zwanych tu zamkami i chociaż republika ta jest wzorem
współczesnej demokracji, wszystko opiera się na konstytucji z 1600 r.
Nie jest łatwo zostać obywatelem tej Republiki - trzeba się albo tu
urodzić, albo wyjść za mąż za jej obywatela. Mężczyzni żeniący się z
obywatelką Republiki, nie nabywają takiego statusu.
Owa miniaturowa republika to San Marino. Początki San Marino zawdzię-
cza cesarzowi Dioklecjanowi, który okrutnie prześladował chrześcijan.
Legenda głosi, że pewien uciekinier z Dalmacji, kamieniarz nazwiskiem
Marinus, ukrył się w Rimini, ale ponieważ bał się ,że jego częste modlitwy
zwrócą na niego uwagę otoczenia, opuścił miasto i osiedlił się na pobliskiej
górze Monte Titano. Z czasem zaczęli do niego dołączać prześladowani
chrześcijanie.
Po śmierci Dioklecjana panowanie rozpoczął Konstantyn, który w 313 roku
edyktem mediolańskim wprowadził w cesarstwie rzymskim wolność wyz-
nania. Wówczas coraz więcej ludzi osiedlało się na Monte Titano, pustelnia
w której mieszkał Marinus stała się miejscem kultu i nadano jej nazwę San
Marino. Z czasem wokół pustelni wzniesiono mury obronne i powstał
klasztor.
W r. 366, tuż przed swą śmiercią, Marinus pobłogosławił członków tej
wspólnoty i wypowiedział te słowa: "Pozostawiam was wolnymi ludzmi,
którzy nikomu nie są podlegli". I temu przesłaniu mieszkańcy San
Marino pozostali wierni. Ich prawo do życia "w duchu wolności"zostało
potwierdzone werdyktem z 885. Niestety nie jeden raz mieszkańcy
musieli zbrojnie bronic swego prawa do wolności. Powtarzające się napady
wymusiły wzniesienie trzech cytadel: Guaita, Cesta i Montale, które do
dziś stoją na szczycie góry Titano.
W średniowieczu po San Marino sięgali i papieże i cesarze i miejscowi
książęta.
Ale Napoleon podczas swej kampanii włoskiej w 1796 r uznał, że należy
zachować niezależność San Marino, gdyż jest ono godnym naśladowania
państwem szanującym wolność i swobodę.
Walczący o zjednoczenie Włoch Giuseppe Garibaldi znalazł tu azyl wraz
ze swoimi 250 żołnierzami. Na pamiątkę tych wydarzeń główny plac
miasta nosi imię Garibaldiego.
San Marino jest niewątpliwie rekordzistą pod względem ilości muzeów
na głowę mieszkańca. Oprócz trzech cytadeli jest Muzeum Tortur, Muzeum
Kuriozów, Muzeum Figur Woskowych, Muzeum Samochodów, Muzeum
Starej Broni.
Jest wiele kramów z bronią i elementami zbroi. Można nabyć kusze i miecze
średniowieczne a nawet pistolety maszynowe. Oczywiście nie jest to
prawdziwa broń.
Co roku latem odbywa się tu festiwal Dni Średniowiecza. Dekoracje są
zbędne, tu nie ma wieżowców ani współczesnych bloków. W tym roku Dni
Średniowiecza będą 22 - 25 lipca. Biorą w nich udział wszyscy mieszkańcy,
którzy przebieraja się w stroje z epoki. Restauracje serwują dania przy-
gotowane wg średniowiecznych receptur, a podawane są na glinianych
naczyniach, odtworzonych dokładnie wg zachowanych opisów. Odbywają się
zawody strzeleckie łuczników i kuszników, turnieje rycerskie i występują
różne zespoły folklorystyczne.
Jeżeli wybierzecie się do Włoch zajrzyjcie koniecznie do San Marino, powita
Was symboliczna brama z napisem: "Witajcie na Ziemi Wolności"
zródło:Forum 25/2010
powierzchnia to zaledwie 61,6 kilometrów kwadratowych, językiem
urzędowym jest włoski, walutą euro, terytorium jest podzielone na
9 okręgów, zwanych tu zamkami i chociaż republika ta jest wzorem
współczesnej demokracji, wszystko opiera się na konstytucji z 1600 r.
Nie jest łatwo zostać obywatelem tej Republiki - trzeba się albo tu
urodzić, albo wyjść za mąż za jej obywatela. Mężczyzni żeniący się z
obywatelką Republiki, nie nabywają takiego statusu.
Owa miniaturowa republika to San Marino. Początki San Marino zawdzię-
cza cesarzowi Dioklecjanowi, który okrutnie prześladował chrześcijan.
Legenda głosi, że pewien uciekinier z Dalmacji, kamieniarz nazwiskiem
Marinus, ukrył się w Rimini, ale ponieważ bał się ,że jego częste modlitwy
zwrócą na niego uwagę otoczenia, opuścił miasto i osiedlił się na pobliskiej
górze Monte Titano. Z czasem zaczęli do niego dołączać prześladowani
chrześcijanie.
Po śmierci Dioklecjana panowanie rozpoczął Konstantyn, który w 313 roku
edyktem mediolańskim wprowadził w cesarstwie rzymskim wolność wyz-
nania. Wówczas coraz więcej ludzi osiedlało się na Monte Titano, pustelnia
w której mieszkał Marinus stała się miejscem kultu i nadano jej nazwę San
Marino. Z czasem wokół pustelni wzniesiono mury obronne i powstał
klasztor.
W r. 366, tuż przed swą śmiercią, Marinus pobłogosławił członków tej
wspólnoty i wypowiedział te słowa: "Pozostawiam was wolnymi ludzmi,
którzy nikomu nie są podlegli". I temu przesłaniu mieszkańcy San
Marino pozostali wierni. Ich prawo do życia "w duchu wolności"zostało
potwierdzone werdyktem z 885. Niestety nie jeden raz mieszkańcy
musieli zbrojnie bronic swego prawa do wolności. Powtarzające się napady
wymusiły wzniesienie trzech cytadel: Guaita, Cesta i Montale, które do
dziś stoją na szczycie góry Titano.
W średniowieczu po San Marino sięgali i papieże i cesarze i miejscowi
książęta.
Ale Napoleon podczas swej kampanii włoskiej w 1796 r uznał, że należy
zachować niezależność San Marino, gdyż jest ono godnym naśladowania
państwem szanującym wolność i swobodę.
Walczący o zjednoczenie Włoch Giuseppe Garibaldi znalazł tu azyl wraz
ze swoimi 250 żołnierzami. Na pamiątkę tych wydarzeń główny plac
miasta nosi imię Garibaldiego.
San Marino jest niewątpliwie rekordzistą pod względem ilości muzeów
na głowę mieszkańca. Oprócz trzech cytadeli jest Muzeum Tortur, Muzeum
Kuriozów, Muzeum Figur Woskowych, Muzeum Samochodów, Muzeum
Starej Broni.
Jest wiele kramów z bronią i elementami zbroi. Można nabyć kusze i miecze
średniowieczne a nawet pistolety maszynowe. Oczywiście nie jest to
prawdziwa broń.
Co roku latem odbywa się tu festiwal Dni Średniowiecza. Dekoracje są
zbędne, tu nie ma wieżowców ani współczesnych bloków. W tym roku Dni
Średniowiecza będą 22 - 25 lipca. Biorą w nich udział wszyscy mieszkańcy,
którzy przebieraja się w stroje z epoki. Restauracje serwują dania przy-
gotowane wg średniowiecznych receptur, a podawane są na glinianych
naczyniach, odtworzonych dokładnie wg zachowanych opisów. Odbywają się
zawody strzeleckie łuczników i kuszników, turnieje rycerskie i występują
różne zespoły folklorystyczne.
Jeżeli wybierzecie się do Włoch zajrzyjcie koniecznie do San Marino, powita
Was symboliczna brama z napisem: "Witajcie na Ziemi Wolności"
zródło:Forum 25/2010
środa, 30 czerwca 2010
30. Kulinarne wpadki......
..młodej mężatki, czyli moje, wiele, wiele lat temu. Tak się jakoś złożyło, że
opuszczając dom rodzinny nie miałam nawet bladego pojęcia o gotowaniu.
Jedyne co umiałam ugotować to była woda na herbatę i to tylko wtedy, gdy
ktoś zapalił mi gaz, bo ja się bałam. W domu rodzinnym miałam zakaz
wstępu do kuchni, co najwyżej mogłam po coś przyjść gdy było więcej
talerzy do przeniesienia do pokoju.
O tych wszystkich mankamentach mój mąż był dokładnie poinformowany,
bo ich nie ukrywałam.
Początkowo było nawet niezle, bo mogliśmy stołować się w kasynie oficer-
skim, karty wstępu załatwił nam mąż koleżanki. Tak mniej więcej po roku
urwało się , a wszystkie dostępne stołówki miały koszmarne obiady.
Postanowiłam gotować sama, ale nie miałam żadnej książki kucharskiej.
W księgarni nie było takiego "rarytasu", była tylko broszurka z przepisa-
mi na wypieki. Postanowiłam sama coś wykombinować, czyli ugotować
moją ulubioną zupę jarzynową. Wiedziałam,że potrzeba do niej włoszczyzny,
fasolki szparagowej, ziemniaków i śmietany. I to było wszystko co wiedzia-
łam.... za nic w świecie nie wiedziałam, skąd się bierze ów smaczny płyn
w zupie. Ponieważ nie mogłam nic wymyślić, zadzwoniłam do domu- dość
długo babcia nie mogła pojąć o co mi idzie, w końcu, bliska załamania, kazała
mi wziąć kartkę i długopis i pisać: "nalej do garnka wody"....i w tym momen-
cie załapałam, skąd był ten smaczny płyn w zupie. Możecie się pośmiać, ja
do dziś śmieję się z mężem, gdy to sobie przypomnimy.
Moim następnym niewypałem były sznycle cielęce - kupiłam już pokrojone
na plastry mięso. Posoliłam, wytytłałam w jajku i bułce i wrzuciłam na
patelnię. Nawet udało mi się ich nie przypalić. Dumna i blada nałożyłam
na talerz ziemniaczki młode, jakąś jarzynkę i sznycel. Mina mi zrzedła, gdy
dobrałam się do tego sznycla. Był nieziemsko twardy, bo zapomniałam go
przed smażeniem "zbić". Ale mąż był dzielny, przeżuł go jakoś.
Z czasem postanowiłam rozszerzyć asortyment i zrobić pierogi z truskaw-
kami. Akurat tego dnia przypałętał nam się na obiad kolega męża. Tym
razem korzystałam już z książki kucharskiej, pt. "Kuchnia śląska".
Znalazłam przepis i zaczęłam robić ciasto. Wszystkie moje koleżanki w pracy
twierdziły, że nie ma nic prostszego niż ciasto na pierogi - wierzyłam, bo one
były o te kilka lat ode mnie starsze i wiekiem i stażem kulinarnym.
W pewnej chwili obie moje ręce były już tak oblepione ciastem, że nie mogłam
się od niego uwolnić. Przerażona zaczęłam krzyczeć rozpaczliwie i obaj pano-
wie wpadli do kuchni, przekonani, że się skaleczyłam lub coś sobie ucięłam.
A ja stałam nad miską z ciastem w pozycji chirurga tuż przed operacją-
pozostawało tylko powiedzieć-"siostro, skalpel poproszę". Kolega męża
czasem widywał jak się robi pierogi, więc przytomnie posypał mi ręce mąka,
zeskrobał ciasto do miski i komisyjnie dosypaliśmy do niej mąki. Mimo
wszystko pierogi mi się udały, ale moi panowie wszystko zjedli, ja się nie
załapałam. Wierzcie mi, ugotuję wszystko, upiekę też prawie wszystko , ale
nigdy więcej nie zrobiłam pierogów. Mam do nich awersję. Kupuję gotowe.
opuszczając dom rodzinny nie miałam nawet bladego pojęcia o gotowaniu.
Jedyne co umiałam ugotować to była woda na herbatę i to tylko wtedy, gdy
ktoś zapalił mi gaz, bo ja się bałam. W domu rodzinnym miałam zakaz
wstępu do kuchni, co najwyżej mogłam po coś przyjść gdy było więcej
talerzy do przeniesienia do pokoju.
O tych wszystkich mankamentach mój mąż był dokładnie poinformowany,
bo ich nie ukrywałam.
Początkowo było nawet niezle, bo mogliśmy stołować się w kasynie oficer-
skim, karty wstępu załatwił nam mąż koleżanki. Tak mniej więcej po roku
urwało się , a wszystkie dostępne stołówki miały koszmarne obiady.
Postanowiłam gotować sama, ale nie miałam żadnej książki kucharskiej.
W księgarni nie było takiego "rarytasu", była tylko broszurka z przepisa-
mi na wypieki. Postanowiłam sama coś wykombinować, czyli ugotować
moją ulubioną zupę jarzynową. Wiedziałam,że potrzeba do niej włoszczyzny,
fasolki szparagowej, ziemniaków i śmietany. I to było wszystko co wiedzia-
łam.... za nic w świecie nie wiedziałam, skąd się bierze ów smaczny płyn
w zupie. Ponieważ nie mogłam nic wymyślić, zadzwoniłam do domu- dość
długo babcia nie mogła pojąć o co mi idzie, w końcu, bliska załamania, kazała
mi wziąć kartkę i długopis i pisać: "nalej do garnka wody"....i w tym momen-
cie załapałam, skąd był ten smaczny płyn w zupie. Możecie się pośmiać, ja
do dziś śmieję się z mężem, gdy to sobie przypomnimy.
Moim następnym niewypałem były sznycle cielęce - kupiłam już pokrojone
na plastry mięso. Posoliłam, wytytłałam w jajku i bułce i wrzuciłam na
patelnię. Nawet udało mi się ich nie przypalić. Dumna i blada nałożyłam
na talerz ziemniaczki młode, jakąś jarzynkę i sznycel. Mina mi zrzedła, gdy
dobrałam się do tego sznycla. Był nieziemsko twardy, bo zapomniałam go
przed smażeniem "zbić". Ale mąż był dzielny, przeżuł go jakoś.
Z czasem postanowiłam rozszerzyć asortyment i zrobić pierogi z truskaw-
kami. Akurat tego dnia przypałętał nam się na obiad kolega męża. Tym
razem korzystałam już z książki kucharskiej, pt. "Kuchnia śląska".
Znalazłam przepis i zaczęłam robić ciasto. Wszystkie moje koleżanki w pracy
twierdziły, że nie ma nic prostszego niż ciasto na pierogi - wierzyłam, bo one
były o te kilka lat ode mnie starsze i wiekiem i stażem kulinarnym.
W pewnej chwili obie moje ręce były już tak oblepione ciastem, że nie mogłam
się od niego uwolnić. Przerażona zaczęłam krzyczeć rozpaczliwie i obaj pano-
wie wpadli do kuchni, przekonani, że się skaleczyłam lub coś sobie ucięłam.
A ja stałam nad miską z ciastem w pozycji chirurga tuż przed operacją-
pozostawało tylko powiedzieć-"siostro, skalpel poproszę". Kolega męża
czasem widywał jak się robi pierogi, więc przytomnie posypał mi ręce mąka,
zeskrobał ciasto do miski i komisyjnie dosypaliśmy do niej mąki. Mimo
wszystko pierogi mi się udały, ale moi panowie wszystko zjedli, ja się nie
załapałam. Wierzcie mi, ugotuję wszystko, upiekę też prawie wszystko , ale
nigdy więcej nie zrobiłam pierogów. Mam do nich awersję. Kupuję gotowe.
niedziela, 27 czerwca 2010
29. Skutki poszukiwania koloru
Od dłuższego czasu usiłuję otrzymać kolor zwany indyjskim różem.
W codziennej nomenklarurze nosi on nazwę "brudnego różu". Jakoś mi to
nie wychodzi. Bo inaczej wygląda ten otrzymany kolor w postaci farby
przygotowanej do nałożenia, a zupełnie inaczej, gdy już nim pokryje się
powierzchnię, a potem polakieruje. Aby nie marnować farby i jednocześ-
nie wypróbować efekt końcowy, zrobiłam tzw. chustecznik, czyli pudełko
na chusteczki jednorazowe. To dość wygodne urządzenie, bo wkłada się
do środka pudełko tekturowe z chusteczkami - dno chustecznika jest
wysuwane.
Jak widać na zdjęciach otrzymanie "brudnego różu" niezbyt mi wychodzi.
Ostateczny kolor słoika w niczym nie przypomina tego, co chciałam osiąg-
nąć. Ale nawet nie mam o to do siebie żalu, bo słoik w tym kolorze pasuje
na bakalie, zwłaszcza, że będzie stał w kredensie, na co dzień niewidoczny.
Kolor chustecznika już bardziej zbliżony do pożądanego- gdy mieszanka
kolorów była jeszcze w miseczce, wydawało mi się, że jest całkiem udana.
Ale po pomalowaniu , wyschnięciu i polakierowaniu, też nie jest to ten
pożądany kolor.
Mówi się trudno i próbuje się dalej. Ale kto wie, czy nie pójdę na łatwiznę,
czyli wyprawię się na poszukiwanie gotowej farby w sklepach interneto-
wych oferujących materiały do decoupage'u. Jest ich całkiem sporo i każdy
ma nieco inne zaopatrzenie.
Pamiętacie zapewne, że zaczęłam robić serwetę "wiosenną". Mam już połą-
czone ze sobą 52 kwadraciki i jest to połowa jej długości. Dość wolno mi ta
robótka idzie, bo robiąc zerkam na Mundial i na rozgrywki tenisowe.
Gdy skończę, to pokażę na blogu jak wyszła.
Subskrybuj:
Posty (Atom)