Rozgorzała dyskusja wokół zakazu korridy w Katalonii.
Padają stwierdzenia: "to decyzja polityczna", "to zwykła hipokryzja" a
jeszcze inni stwierdzają: "przecież to barbarzyństwo, znęcanie się nad
zwierzęciem w celu rozrywki". Nawet rodzina królewska jest podzielona-
król Juan Carlos i księżniczka Elena są miłośnikami corridy, natomiast
królowa Zofia nie jest zainteresowana tą rozrywką, uważając ponadto, że
nie powinno się gwoli rozrywki zadawać bykom na arenie cierpień.
Podzielona jest cała Hiszpania - w Madrycie, po wprowadzeniu zakazu
w Katalonii, korrida urosła do rangi symbolu kultury narodowej, w Barce-
lonie o korridzie mówi się : "cudzoziemski obyczaj", bowiem w Katalonii nie
należała do tradycji.
Kiedyś w Barcelonie były trzy areny przeznaczone do korridy, teraz była
już tylko jedna, mogąca pomieścić ok. 20 tysięcy widzów.
Podobnie jak i inni cudzoziemcy, nie mogę pojąć czym się tak ludzie
zachwycają- nie jest to żadna uczciwa forma walki "jeden na jednego",
wiadomo, że przeznaczeniem byka jest śmierć i nie ma on żadnych szans.
Kilka lat temu oglądałam film dokumentalny o korridzie. Nie opiszę Wam
wszystkiego dokładnie, bo zrobiło mi się nieco mdło i wyszłam z pokoju.
A muszę się przyznać, że oglądam wiele filmów o tematyce medycznej,
między innymi te z sali operacyjnej i nie robi na mnie wrażenia widok
krwi i wnętrza ludzkiego organizmu.
Do walki na arenie są przeznaczone specjalne byki, rasy Toros Bravo,
które posiadają wrodzony instynkt atakowania i zabijania. Są one hodowane
na specjalnych farmach, bardzo dobrze karmione i zadbane. Nie mniej
przychodzi dzień, w którym nadchodzi kres ich wspaniałego, wygodnego
życia. Jest to rasa hodowana tylko dla celów korridy, gdy korrida ulegnie
całkowitej likwidacji, rasa ta wyginie. Czy wiecie, że w prasie hiszpańskiej
sprawozdania z korridy są na stronach poświęconych wydarzeniom kultu-
ralnym, takim jak recenzje z przedstawień teatralnych lub operowych?
Publiczność przychodząca na korridę jest wystrojona jak do opery.Kobiety
stanowią mniej więcej połowę widowni, co mnie osobiście dziwi. No, ale skoro
chodzą na mecze bokserskie zawodowców....widać krwawa jatka sprawia im
przyjemność. Ponieważ ławki są ustawione amfiteatralnie wszyscy mają
dobry widok na to, co rozgrywa się na arenie.
Na początku na arenę wchodzi matador, trzech banderilleros, człowiek
trzymający miecz oraz wjeżdżają na koniach dwaj pikadorzy. Wszyscy oni
przedstawiają się lokalnym notablom, po czym na arenę jest wypuszczany
byk. Nie wpada na arenę jak oszalały, wygląda raczej na ogłupiałego.
Matador i banderilleros okrążają arenę, w końcu jeden z pikadorów pro-
wokuje byka do ataku na swojego konia. Gdy byk go atakuje pikador wbija
zwierzęciu lancę w grzbiet w z góry określone miejsce. Dzięki temu mane-
wrowi matador może się zorientować na którą stronę byk chętniej atakuje-
na lewo, czy na prawo. Po tej szarzy na arenie pozostają z bykiem tylko
banderilleros, których zadaniem jest prowokowanie byka do kolejnych
ataków, w czasie których wbijają w niego kolorowe piki. Byk zaczyna nieco
przypominać krwawiącego jeżozwierza. Jest obolały, ogłupiały, półprzy-
tomny i wtedy na arenę wkracza matador i przez sześć minut wykonuje
ten słynny taniec z czerwona muletą, wywijając nią bykowi przed nosem.
Zaprasza byka, by go zaatakował. W końcu udaje się po miecz i dzierżąc
go w wyprostowanej ręce prowokuje byka do ostatecznego ataku. Stoi
bardzo blisko byka, mniej więcej metr od zwierzęcia i gdy byk atakuje
wbija mu miecz między łopatki. Byk ma szczęście, gdy matador jest
wprawny, znacznie gorzej to wygląda, gdy wbije miecz w nieodpowiednie
miejsce, a byka muszą dobijać banderilleros. Martwy byk jest doczepiany
do dwóch koni, które wywlekają go z areny. Publiczność bije brawo,
wznosi okrzyki. Podczas całego przedstawienia gra bez przerwy
orkiestra dęta. A mówi się, że muzyka łagodzi obyczaje.
Oczywiście nie ma nakazu chodzenia na korridę, kto nie chce, nie idzie.
Wśród dyskutantów padają głosy, że zakaz korridy jest zamachem na
swobody demokratyczne i że żądają tego nie wegetarianie, ale konsu-
menci steków wołowych i wszelakiego mięsiwa, co jest jawną hipokryzją.
Dla mnie osobiście korrida jest takim samym okrucieństwem jak walki
kogutów lub psów i cieszę się, że nie ma u nas tej formy rozrywki.
drewniana rzezba
poniedziałek, 2 sierpnia 2010
środa, 28 lipca 2010
41. Na uspokojenie
Jestem obrzydliwą egoistką, ale z ulgą przyjęłam załamanie pogody- nawet
caluteńki deszczowy poniedziałek, poprzecinany deszczem wtorek i lekko
mokry dzień dzisiejszy bardzo mi się podobają.
Połowę poniedziałku spędziłam w murach szpitala. To co mnie najbardziej
zezłościło, to całkowity bałagan na oddziale kardiologii zachowawczej. A cały
mój kontakt miał być ograniczony do przybycia tam na czczo o 7,30 rano,
odebraniu zlecenia do pracowni echokardiografii, otrzymaniu wenflonu w
lewą górną kończynę i udaniu się na badanie.
Ponieważ jestem dość zdyscyplinowanym pacjentem, przywlokłam się na
wskazaną godzinę, oczywiście na czczo. Sekretariat oddziału nawet był już
czynny, dostałam papierki i pomaszerowałam na oddział.Wpierw pani
pielęgniarka zadała mi mnóstwo bardzo dziwnych pytań, skrupulatnie notu-
jąc moje odpowiedzi, potem zdziwiła się, że nie posiadam ze sobą bielizny
nocnej, w końcu umieściła kartkę z moim nazwiskiem na tablicy rozmiesz-
czenia chorych w poszczególnych salach i kazała mi czekać, odsyłając mnie
na "drewniane ławeczki", w holu. Ławeczki rzeczywiście były drewniane,
o czym świadczyły liczne zadry, czepiające się ubrania. Poza tym odnoszę
wrażenie, że ich projektant nigdy nie siedział na ławce własnego projektu.
Oparcie było tak wyprofilowane, że spychało siedzącego z siedziszcza. No
wprost rewelacyjny projekt. Trochę siedząc, trochę spacerując, zaczęłam
czekać. O godzinie 10 miałam już dość, poczłapałam na oddział, dopytać
się kiedy wreszcie dostanę ów świstek. Odpowiedzią było głównie wzru-
szenie ramionami i zapewnienie mnie, że moje papiery leżą już w pokoju
lekarzy. Moje tłumaczenie, że przecież badanie miało być o 8,00 nie
zrobiło na pielęgniarce żadnego wrażenia. Wściekła, zadzwoniłam do
pracowni echa i opowiedziałam, co jest grane. Za 5 minut pielęgniarka
wcisnęła mi w garść moje papiery, w rękę wenflon i wysłała mnie bez
zlecenia do pracowni.
Z tym oddziałem już miałam do czynienia, bo mąż przebywał na nim 40 dni.
Tak kiepskiego oddziału dawno nie widziałam. Najbardziej rozbawił mnie ich
oddział intensywnej terapii. Przy każdym łóżku były zainstalowane monitory,
każdy pacjent podłączony i.....tylko przy jednym łóżku można było zmierzyć
pacjentowi ciśnienie skurczowe i rozkurczowe oraz tętno. Przy pozostałych
aparatach zawsze czegoś brakowało. Miernik u mego męża pokazywał ciśnie-
nie jedno i drugie, ale ponieważ ktoś , gdzieś "zapieprzył" sondę, nie pokazywał
tętna, a akurat ten wynik był w jego przypadku istotny. By zmierzyć tętno
przynosiłam z domu własny ciśnieniomierz. I to wcale nie był wynik niedo-
finansowania, tylko zwykłego niechlujstwa i wielkiego "niechciejstwa".
Badania zrobiłam, wszelkie dolegliwości są wynikiem nerwicy wegetatywnej.
I to właściwie jest dobra wiadomość, nie mniej, trzeba je powtórzyć za rok.
A ja mam dla Was maleńki filmik. Ciekawa jestem jak się Wam podoba.
caluteńki deszczowy poniedziałek, poprzecinany deszczem wtorek i lekko
mokry dzień dzisiejszy bardzo mi się podobają.
Połowę poniedziałku spędziłam w murach szpitala. To co mnie najbardziej
zezłościło, to całkowity bałagan na oddziale kardiologii zachowawczej. A cały
mój kontakt miał być ograniczony do przybycia tam na czczo o 7,30 rano,
odebraniu zlecenia do pracowni echokardiografii, otrzymaniu wenflonu w
lewą górną kończynę i udaniu się na badanie.
Ponieważ jestem dość zdyscyplinowanym pacjentem, przywlokłam się na
wskazaną godzinę, oczywiście na czczo. Sekretariat oddziału nawet był już
czynny, dostałam papierki i pomaszerowałam na oddział.Wpierw pani
pielęgniarka zadała mi mnóstwo bardzo dziwnych pytań, skrupulatnie notu-
jąc moje odpowiedzi, potem zdziwiła się, że nie posiadam ze sobą bielizny
nocnej, w końcu umieściła kartkę z moim nazwiskiem na tablicy rozmiesz-
czenia chorych w poszczególnych salach i kazała mi czekać, odsyłając mnie
na "drewniane ławeczki", w holu. Ławeczki rzeczywiście były drewniane,
o czym świadczyły liczne zadry, czepiające się ubrania. Poza tym odnoszę
wrażenie, że ich projektant nigdy nie siedział na ławce własnego projektu.
Oparcie było tak wyprofilowane, że spychało siedzącego z siedziszcza. No
wprost rewelacyjny projekt. Trochę siedząc, trochę spacerując, zaczęłam
czekać. O godzinie 10 miałam już dość, poczłapałam na oddział, dopytać
się kiedy wreszcie dostanę ów świstek. Odpowiedzią było głównie wzru-
szenie ramionami i zapewnienie mnie, że moje papiery leżą już w pokoju
lekarzy. Moje tłumaczenie, że przecież badanie miało być o 8,00 nie
zrobiło na pielęgniarce żadnego wrażenia. Wściekła, zadzwoniłam do
pracowni echa i opowiedziałam, co jest grane. Za 5 minut pielęgniarka
wcisnęła mi w garść moje papiery, w rękę wenflon i wysłała mnie bez
zlecenia do pracowni.
Z tym oddziałem już miałam do czynienia, bo mąż przebywał na nim 40 dni.
Tak kiepskiego oddziału dawno nie widziałam. Najbardziej rozbawił mnie ich
oddział intensywnej terapii. Przy każdym łóżku były zainstalowane monitory,
każdy pacjent podłączony i.....tylko przy jednym łóżku można było zmierzyć
pacjentowi ciśnienie skurczowe i rozkurczowe oraz tętno. Przy pozostałych
aparatach zawsze czegoś brakowało. Miernik u mego męża pokazywał ciśnie-
nie jedno i drugie, ale ponieważ ktoś , gdzieś "zapieprzył" sondę, nie pokazywał
tętna, a akurat ten wynik był w jego przypadku istotny. By zmierzyć tętno
przynosiłam z domu własny ciśnieniomierz. I to wcale nie był wynik niedo-
finansowania, tylko zwykłego niechlujstwa i wielkiego "niechciejstwa".
Badania zrobiłam, wszelkie dolegliwości są wynikiem nerwicy wegetatywnej.
I to właściwie jest dobra wiadomość, nie mniej, trzeba je powtórzyć za rok.
A ja mam dla Was maleńki filmik. Ciekawa jestem jak się Wam podoba.
czwartek, 22 lipca 2010
40. Co to ja chciałam...?
Czy zdarza się Wam wejść np. do kuchni i nagle poczuć całkowitą pustkę
w głowie - weszliśmy, ale zupełnie nie wiemy po co.
Mnie się to zdarza średnio raz na tydzień i początkowo byłam tym przera-
żona, nic tylko Alzheimer stoi u drzwi. Potem przeanalizowałam sprawę i
wiem, że taki przypadek trafia mi się wtedy, gdy robię kilka rzeczy na raz,
a owa rzecz, która mnie ściągnęła do kuchni nie ma nic wspólnego z tym
co robię i tym samym nie skupiałam na tym uwagi.
Nie da się ukryć, że z wiekiem nasz mózg , podobnie jak i inne części orga-
nizmu, zaczyna nieco gorzej funkcjonować. Jesteśmy mniej sprawni rucho-
wo, bo nasze chrząstki stawowe ulegają ścienieniu, zbyt rzadko używane
mięśnie tracą swą elastyczność i wydolność, do tego często dochodzi nad-
waga. No i kłopoty z pamięcią. Co raz więcej osób starszych już choruje na
chorobę Alzheimera, a lekarze przewidują wzrost zachorowań. Na razie trwa
walka o jak najwcześniejsze rozpoznanie tej koszmarnej choroby, która
gdy jest zaawansowana, sprowadza człowieka do poziomu niemowlaka.
Już dziś wiadomo, że za stan chorobowy odpowiada zetknięcie się
w mózgu dwóch nieprawidłowych białek. Jedno z nich, które występuje
w neuronach, gdy jest zle rozszczepione przez enzymy, wytwarza
"peptydy amyloidu beta".Gdy są one nie usuwane, tworzą złogi w postaci
"blaszek amyloidowych", które utrudniają prawidłową komunikację komó-
rek nerwowych w obszarach istotnych dla pamięci. Drugim winowajcą jest
białko tau, które, gdy jest wadliwe, przestaje stabilizować strukturę
włókien nerwowych i neurony rozpadają się.
Gdy ukończymy 75 lat każdy z nas ma w mózgu te anormalne białka
w niedużych ilościach, ale nie powodują one demencji. W chwili, gdy ich
ilość się zwiększa i zaczynają się ze sobą stykać, mamy stan chorobowy.
Leków, które wyleczyłyby chorobę Alzheimera wciąż nie ma, choć
istnieją leki opózniające jej rozwój. Ale oprócz leków my sami dla siebie
możemy sporo zrobić i to już od dziś.
Przede wszystkim należy dobrze odżywiać mózg , czyli stosować dietę
śródziemnomorską, bogatą w warzywa, owoce i wielonienasycone kwasy
tłuszczowe. A więc od dziś zamiast chlebek smarować masłem, maczamy go
w oliwie, tej tłoczonej na zimno.
Codziennie wychodzimy przynajmniej na półgodzinny spacer.
Osoby, które nie pracują zawodowo powinny stymulować swe życie
intelektualne. A więc brać żywy udział w życiu społecznym, rozwiązywać
krzyżówki, czytać, dyskutować, często bywać poza domem i w miarę
swych możliwości starać się podróżować. Jednym słowem- dostarczać
swemu mózgowi nowych bodzców.
No właśnie- w ramach dostarczania sobie nowych bodzców idę za chwilę
na spacer ze psem, który dbając o pełnię moich wrażeń i stymulację
mózgu, znów trochę choruje.
w głowie - weszliśmy, ale zupełnie nie wiemy po co.
Mnie się to zdarza średnio raz na tydzień i początkowo byłam tym przera-
żona, nic tylko Alzheimer stoi u drzwi. Potem przeanalizowałam sprawę i
wiem, że taki przypadek trafia mi się wtedy, gdy robię kilka rzeczy na raz,
a owa rzecz, która mnie ściągnęła do kuchni nie ma nic wspólnego z tym
co robię i tym samym nie skupiałam na tym uwagi.
Nie da się ukryć, że z wiekiem nasz mózg , podobnie jak i inne części orga-
nizmu, zaczyna nieco gorzej funkcjonować. Jesteśmy mniej sprawni rucho-
wo, bo nasze chrząstki stawowe ulegają ścienieniu, zbyt rzadko używane
mięśnie tracą swą elastyczność i wydolność, do tego często dochodzi nad-
waga. No i kłopoty z pamięcią. Co raz więcej osób starszych już choruje na
chorobę Alzheimera, a lekarze przewidują wzrost zachorowań. Na razie trwa
walka o jak najwcześniejsze rozpoznanie tej koszmarnej choroby, która
gdy jest zaawansowana, sprowadza człowieka do poziomu niemowlaka.
Już dziś wiadomo, że za stan chorobowy odpowiada zetknięcie się
w mózgu dwóch nieprawidłowych białek. Jedno z nich, które występuje
w neuronach, gdy jest zle rozszczepione przez enzymy, wytwarza
"peptydy amyloidu beta".Gdy są one nie usuwane, tworzą złogi w postaci
"blaszek amyloidowych", które utrudniają prawidłową komunikację komó-
rek nerwowych w obszarach istotnych dla pamięci. Drugim winowajcą jest
białko tau, które, gdy jest wadliwe, przestaje stabilizować strukturę
włókien nerwowych i neurony rozpadają się.
Gdy ukończymy 75 lat każdy z nas ma w mózgu te anormalne białka
w niedużych ilościach, ale nie powodują one demencji. W chwili, gdy ich
ilość się zwiększa i zaczynają się ze sobą stykać, mamy stan chorobowy.
Leków, które wyleczyłyby chorobę Alzheimera wciąż nie ma, choć
istnieją leki opózniające jej rozwój. Ale oprócz leków my sami dla siebie
możemy sporo zrobić i to już od dziś.
Przede wszystkim należy dobrze odżywiać mózg , czyli stosować dietę
śródziemnomorską, bogatą w warzywa, owoce i wielonienasycone kwasy
tłuszczowe. A więc od dziś zamiast chlebek smarować masłem, maczamy go
w oliwie, tej tłoczonej na zimno.
Codziennie wychodzimy przynajmniej na półgodzinny spacer.
Osoby, które nie pracują zawodowo powinny stymulować swe życie
intelektualne. A więc brać żywy udział w życiu społecznym, rozwiązywać
krzyżówki, czytać, dyskutować, często bywać poza domem i w miarę
swych możliwości starać się podróżować. Jednym słowem- dostarczać
swemu mózgowi nowych bodzców.
No właśnie- w ramach dostarczania sobie nowych bodzców idę za chwilę
na spacer ze psem, który dbając o pełnię moich wrażeń i stymulację
mózgu, znów trochę choruje.
czwartek, 15 lipca 2010
38. Towar deficytowy
Czy wiecie, co jest najbardziej deficytowym towarem? Nie, nie szczęście -
tym deficytowym towarem jest myślenie. Teoretycznie wszyscy myślimy,
z tym, że niektórzy nałogowo wyłączają funkcję zwaną myśleniem. Gdy już
życie im się całkowicie poplącze, zapytani dlaczego tak a nie inaczej postą-
pili, nie znają odpowiedzi, lub cichutko przyznają : " nie pomyślałam/łem."
Mieszkam w tym samym miejscu już 37 lat, a mimo tego nie znam wielu
osób mieszkających nie tylko na mojej ulicy, ale nawet w tym samym
bloku. Taka mało towarzyska jestem. A do tego nie lubię stać na ulicy i
mleć ozorem. Mam za to inną, koszmarną cechę - uśmiecham się do dzieci
i zagaduję do psów. Uśmiecham się do dzieci, bo w ten sposób one uczą się
uśmiechać nawet do obcych, zagaduję do psów, bo sama mam psa i znam
prawie wszystkie.
Ze 3 lata temu uśmiechnęłam się do ślicznej małej dziewczynki, która od tej
pory zawsze mówiła mi z uśmiechem "dobly" i czasem coś opowiadała, a to
o lalce, którą niosła, a to o kaloszach, które miała na nóżkach. Towarzyszyła
jej bardzo szczupła kobieta o figurze modelki i czasem wymieniałyśmy uwa-
gi na temat pogody. Zauważyłam,że One mieszkają kilka klatek ode mnie,
w tym samym bloku. Pewnego dnia mała zaćwierkała do niej per "babciu",
a mnie aż szczęka opadła. Pani zauważyła moje zdziwienie i wyjaśniła, że
jest faktycznie babcią małej. I wtedy coś w niej pękło, bo nie pytana, zaczęła
mi opowiadać.
Mała była nieślubnym dzieckiem jej córki, którym ona się opiekuje, bo
córka mieszka z jakimś facetem, który nie życzy sobie "bachora" w domu.
Do małej przyjeżdża bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy partner o tym nie wie.
Gdy ją spotkałam następnym razem odprowadzała małą po raz pierwszy do
przedszkola. I powiedziała, że córka wróciła do domu, bo właśnie jest w ciąży,
ale partner nie życzy sobie tego dziecka i ją wyrzucił z mieszkania, w którym
oczywiście nie była zameldowana.
Za kilka miesięcy zobaczyłam tę córkę z maleństwem i starszą córeczką. Po
pewnym czasie zniknęła, zostawiając mamie drugie dziecko. Po jakimś
czasie zabrała maleństwo, twierdząc, że tym razem trafiła na człowieka,
który ją kocha, zgadza się by wzięła ze sobą dziecko ( ale tylko to mniejsze,
bo o starszej córeczce nic nie wiedział) i że tym razem to wszystko będzie
pięknie, bo oni się pobiorą. Idylla nie trwała zbyt długo, plany małżeńskie
rozwiały się, gdy tylko okazało się, że będzie kolejne dziecko. Jest tylko
jedna zmiana- partner chce koniecznie odebrać "swoje" dziecko, gdy tylko
przyjdzie ono na świat, bo co to za matka, która miewa nieślubne dzieci.
I nawet jej z domu jeszcze nie wyrzucił, choć jej wciąż robi awantury.
Sąsiadka, ilekroć mnie spotka zadaje mi retoryczne pytanie, co ona ma zrobić.
A ja naprawdę nie wiem. Bo to nie jest jakaś patologiczna rodzina, ta
córka pracuje i nawet robi jakieś studia zaoczne, dba o to dziecko, które
jest razem z nią. Z kolei ja zadałam sąsiadce pytanie, czy córka wie, że
istnieje coś takiego jak antykoncepcja.I wiecie co - ona wie, ale jej partnerzy
lubią spontaniczność i naturalność w tej materii, więc wszystkie środki,
jako nienaturalne, odpadają.
I powiedzcie mi, czy nie mam racji,że myślenie jest towarem deficytowym?
Ostatnio, gdy wychodzę z domu i widzę na horyzoncie sąsiadkę, zmieniam
kierunek drogi. No bo co ja mam jej na to wszystko powiedzieć?
tym deficytowym towarem jest myślenie. Teoretycznie wszyscy myślimy,
z tym, że niektórzy nałogowo wyłączają funkcję zwaną myśleniem. Gdy już
życie im się całkowicie poplącze, zapytani dlaczego tak a nie inaczej postą-
pili, nie znają odpowiedzi, lub cichutko przyznają : " nie pomyślałam/łem."
Mieszkam w tym samym miejscu już 37 lat, a mimo tego nie znam wielu
osób mieszkających nie tylko na mojej ulicy, ale nawet w tym samym
bloku. Taka mało towarzyska jestem. A do tego nie lubię stać na ulicy i
mleć ozorem. Mam za to inną, koszmarną cechę - uśmiecham się do dzieci
i zagaduję do psów. Uśmiecham się do dzieci, bo w ten sposób one uczą się
uśmiechać nawet do obcych, zagaduję do psów, bo sama mam psa i znam
prawie wszystkie.
Ze 3 lata temu uśmiechnęłam się do ślicznej małej dziewczynki, która od tej
pory zawsze mówiła mi z uśmiechem "dobly" i czasem coś opowiadała, a to
o lalce, którą niosła, a to o kaloszach, które miała na nóżkach. Towarzyszyła
jej bardzo szczupła kobieta o figurze modelki i czasem wymieniałyśmy uwa-
gi na temat pogody. Zauważyłam,że One mieszkają kilka klatek ode mnie,
w tym samym bloku. Pewnego dnia mała zaćwierkała do niej per "babciu",
a mnie aż szczęka opadła. Pani zauważyła moje zdziwienie i wyjaśniła, że
jest faktycznie babcią małej. I wtedy coś w niej pękło, bo nie pytana, zaczęła
mi opowiadać.
Mała była nieślubnym dzieckiem jej córki, którym ona się opiekuje, bo
córka mieszka z jakimś facetem, który nie życzy sobie "bachora" w domu.
Do małej przyjeżdża bardzo rzadko, tylko wtedy, gdy partner o tym nie wie.
Gdy ją spotkałam następnym razem odprowadzała małą po raz pierwszy do
przedszkola. I powiedziała, że córka wróciła do domu, bo właśnie jest w ciąży,
ale partner nie życzy sobie tego dziecka i ją wyrzucił z mieszkania, w którym
oczywiście nie była zameldowana.
Za kilka miesięcy zobaczyłam tę córkę z maleństwem i starszą córeczką. Po
pewnym czasie zniknęła, zostawiając mamie drugie dziecko. Po jakimś
czasie zabrała maleństwo, twierdząc, że tym razem trafiła na człowieka,
który ją kocha, zgadza się by wzięła ze sobą dziecko ( ale tylko to mniejsze,
bo o starszej córeczce nic nie wiedział) i że tym razem to wszystko będzie
pięknie, bo oni się pobiorą. Idylla nie trwała zbyt długo, plany małżeńskie
rozwiały się, gdy tylko okazało się, że będzie kolejne dziecko. Jest tylko
jedna zmiana- partner chce koniecznie odebrać "swoje" dziecko, gdy tylko
przyjdzie ono na świat, bo co to za matka, która miewa nieślubne dzieci.
I nawet jej z domu jeszcze nie wyrzucił, choć jej wciąż robi awantury.
Sąsiadka, ilekroć mnie spotka zadaje mi retoryczne pytanie, co ona ma zrobić.
A ja naprawdę nie wiem. Bo to nie jest jakaś patologiczna rodzina, ta
córka pracuje i nawet robi jakieś studia zaoczne, dba o to dziecko, które
jest razem z nią. Z kolei ja zadałam sąsiadce pytanie, czy córka wie, że
istnieje coś takiego jak antykoncepcja.I wiecie co - ona wie, ale jej partnerzy
lubią spontaniczność i naturalność w tej materii, więc wszystkie środki,
jako nienaturalne, odpadają.
I powiedzcie mi, czy nie mam racji,że myślenie jest towarem deficytowym?
Ostatnio, gdy wychodzę z domu i widzę na horyzoncie sąsiadkę, zmieniam
kierunek drogi. No bo co ja mam jej na to wszystko powiedzieć?
środa, 14 lipca 2010
37. Skończyłam
A więc stało się, wreszcie skończyłam serwetę.
Zrobiona jest z 77 kwadratów, łączonych ze sobą w trakcie roboty. Leży na
stoliku wielkości 97 x 58 cm.
Co bystrzejsze osoby dostrzegą bez trudu , że serweta jeszcze nie jest roz-
prasowana, ale rozprasuję ją gdy skończą się upały. Sama myśl o włączeniu
żelazka jest dla mnie przerażająca.
Serwetę robiłam z bawełny tureckiej Altin Basak Maxi, zużyłam na nią ok.
1700 metrów nitki, czyli 300 gramów. Robiłam szydełkiem nr 1,75
Bardzo lubię robić serwety tą bawełną, ma ładny połysk i trwały kolor.
Wzór można znależć w pisemku "Robótki ręczne-extra". nr 4/2010.
Właśnie dziś je zakupiłam w Empiku, w dziale "prasy kobiecej". Ten numer
pisemka zawiera najładniejsze wzory serwet, wybrane z różnych numerów
miesięcznika "Robótki ręczne".
wtorek, 13 lipca 2010
36. Trochę spóznione wspomnienie
Czy pamiętacie powieść Salingera "Buszujący w zbożu"? W Polsce ukazała się
po raz pierwszy w 1961 roku, w dziesięć lat po ukazaniu się jej w USA.
Rodzice Jerome Davida Salingera pochodzili z Polski, byli narodowości
żydowskiej, w Bydgoszczy posiadali duży sklep rzezniczy. Jerome urodził
się w 1919 roku w USA, dokąd jego rodzice wyemigrowali tuż przed jego
narodzinami.
Salinger ukończył Akademię Wojskową, w czasie wojny służył w armii
amerykańskiej, brał udział w lądowaniu wojsk w Normandii.
Swą jedyną powieść "Buszujący w zbożu" zaczął pisać gdy miał 15 lat.
To zaledwie 3 dni z życia szesnastolatka, który buntuje się przeciw obłudzie
świata dorosłych.
Oprócz tej powieści Salinger wydał trzy zbiory opowiadań: "Dziewięć opo-
wiadań" , "Wyżej podnieście strop cieśle;Seymour","Franny i Zooey".
W Polsce te opowiadania ukazały się w latach 1966-67.
Napisał też dość sporo opowiadań, które ukazywały się w czasopismach
amerykańskich.
W 1965 roku podjął decyzję o wycofaniu się z czynnego życia pisarza i
całkowicie zaprzestał publikowania swoich opowiadań.
Nie zgodził się nigdy na zekranizowanie swojej powieści, odmówił również
wydania zgody pewnemu szwedzkiemu pisarzowi na napisanie jej konty-
nuacji.
Zniknął całkowicie z życia publicznego, chroniąc się w maleńkiej wiosce
Cornish, w stanie New Hampshire.
Bardzo rzadko widywano go w miejscowym markecie, restauracji lub
kawiarni. Regularnie uczestniczył raz w miesiącu w obiedzie w małym
kościele unitarian uniwersalistów w miasteczku Hartland, odległym od
Cornish o całe 15 kilometrów.
Nie bardzo wiadomo, dlaczego tak całkiem wycofał się z życia. Czy zabrakło
weny, czy może obawiał się, że już żadna napisana książka nie dorówna
jego pierwszej i jedynej powieści , a krytyczne opinie będą zbyt bolesne?
Podobno pisarzami zostają ci, którzy mają trudności w pełnym i prawdziwym
komunikowaniu się z innymi ludzmi drogą wymiany słów. Często są to ludzie
pełni kompleksów, bardzo nieśmiali. Pisanie jest dla nich swego rodzaju
przymusem, sposobem porozumiewania się z innymi.
J.D. Salinger zmarł 27 stycznia tego roku, przeżywszy 91 lat, do samego końca
pozostając mieszkańcem Cornish.
po raz pierwszy w 1961 roku, w dziesięć lat po ukazaniu się jej w USA.
Rodzice Jerome Davida Salingera pochodzili z Polski, byli narodowości
żydowskiej, w Bydgoszczy posiadali duży sklep rzezniczy. Jerome urodził
się w 1919 roku w USA, dokąd jego rodzice wyemigrowali tuż przed jego
narodzinami.
Salinger ukończył Akademię Wojskową, w czasie wojny służył w armii
amerykańskiej, brał udział w lądowaniu wojsk w Normandii.
Swą jedyną powieść "Buszujący w zbożu" zaczął pisać gdy miał 15 lat.
To zaledwie 3 dni z życia szesnastolatka, który buntuje się przeciw obłudzie
świata dorosłych.
Oprócz tej powieści Salinger wydał trzy zbiory opowiadań: "Dziewięć opo-
wiadań" , "Wyżej podnieście strop cieśle;Seymour","Franny i Zooey".
W Polsce te opowiadania ukazały się w latach 1966-67.
Napisał też dość sporo opowiadań, które ukazywały się w czasopismach
amerykańskich.
W 1965 roku podjął decyzję o wycofaniu się z czynnego życia pisarza i
całkowicie zaprzestał publikowania swoich opowiadań.
Nie zgodził się nigdy na zekranizowanie swojej powieści, odmówił również
wydania zgody pewnemu szwedzkiemu pisarzowi na napisanie jej konty-
nuacji.
Zniknął całkowicie z życia publicznego, chroniąc się w maleńkiej wiosce
Cornish, w stanie New Hampshire.
Bardzo rzadko widywano go w miejscowym markecie, restauracji lub
kawiarni. Regularnie uczestniczył raz w miesiącu w obiedzie w małym
kościele unitarian uniwersalistów w miasteczku Hartland, odległym od
Cornish o całe 15 kilometrów.
Nie bardzo wiadomo, dlaczego tak całkiem wycofał się z życia. Czy zabrakło
weny, czy może obawiał się, że już żadna napisana książka nie dorówna
jego pierwszej i jedynej powieści , a krytyczne opinie będą zbyt bolesne?
Podobno pisarzami zostają ci, którzy mają trudności w pełnym i prawdziwym
komunikowaniu się z innymi ludzmi drogą wymiany słów. Często są to ludzie
pełni kompleksów, bardzo nieśmiali. Pisanie jest dla nich swego rodzaju
przymusem, sposobem porozumiewania się z innymi.
J.D. Salinger zmarł 27 stycznia tego roku, przeżywszy 91 lat, do samego końca
pozostając mieszkańcem Cornish.
poniedziałek, 12 lipca 2010
35. Noce takie są upalne.....
Gorąco w dzień, gorąco w nocy. Okna pootwierane w mieszkaniu na
przestrzał i zero przewiewu.Wczoraj gorący piłkarski wieczór, chyba
wszyscy mieszkańcy mego osiedla oglądali mecz i to na pełnym wzmoc-
nieniu, powrzaskując przy tym dramatycznie.
Mieszkam na parterze, wśród dużej ilości zieleni i stara lipa wraz z brzozą
chronią całkiem niezle przed promieniami wściekłego słońca aż do bardzo
poznego popołudnia. Potem wspomagam się grubą zasłoną.
Po meczowych emocjach, tak między 24 , a 1 w nocy, przy szeroko otwar-
tych po obu stronach mieszkania oknach, udało mi się zasnąć.
Obudził mnie donośny głos sąsiadki zza ściany, która komuś wymyślała.
Zastanawiałam się tylko, leżąc z zamkniętymi oczami, co ona robi w moim
pokoju? Byłam pół przytomna i zupełnie nie mogłam oczu otworzyć.
"Wynoś się"-wrzeszczała, (chyba do mnie?) sąsiadka. Wreszcie otworzyłam
oczy- w pokoju nie było nikogo poza mną i psem, który powarkiwał, a sąsiadka
nadal kogoś wyganiała. Wreszcie zwlokłam się z łóżka i wyszłam na loggię.
-co się stało? -pytanie skierowałam do niewidocznej dla mnie sąsiadki.
-to te przeklęte koty, włażą mi na balkon i do mieszkania , duchota i upał,
a ja nie mogę mieć otwartych drzwi na loggię, to już drugą noc, ale tym razem
wlazły mi dwa- informowała mnie sąsiadka. - A do ciebie nie włażą? zaintere-
sowała się.
-Przecież winobluszcz masz na balustradzie, to łatwiej im się wspiąć do ciebie
niż do mnie- dociekała sąsiadka.
-nie wchodzą, nie mogą, mam całą loggię zabezpieczoną siatką na woliery,
bo właziły mi na balkon zimą i wiosną.
-to czemu mi nie powiedziałaś?
-bo do ciebie nie właziły przecież.
-przepraszam,że cię obudziłam, zreflektowała się sąsiadka,
ale mnie te koty wystraszyły.
-mnie też obudziłaś, zabasował sąsiad z I piętra.
Wycofałam się do mieszkania zauważając smętnie, że temperatura na loggii
niczym nie odbiega od tej w mieszkaniu.
I przypomniała mi się stara, przedwojenna piosenka:
"Noce takie są gorące, a słowiki spać nie dają
i po nocy, do mej izby, jakieś strachy zaglądają".
Słowiki na moim osiedlu nie śpiewają, ale straszą koty, którym często mylą
się loggie. Bo to są koty sąsiadów, które nocą są wypuszczane z domu na dwór.
Jestem pewna, że dziś zostanie wdrożone przez sąsiadkę śledztwo - wszak
trzeba ustalić czyje to koty. A może jakąś komisję śledczą powoła- to takie
modne teraz. :)))))
przestrzał i zero przewiewu.Wczoraj gorący piłkarski wieczór, chyba
wszyscy mieszkańcy mego osiedla oglądali mecz i to na pełnym wzmoc-
nieniu, powrzaskując przy tym dramatycznie.
Mieszkam na parterze, wśród dużej ilości zieleni i stara lipa wraz z brzozą
chronią całkiem niezle przed promieniami wściekłego słońca aż do bardzo
poznego popołudnia. Potem wspomagam się grubą zasłoną.
Po meczowych emocjach, tak między 24 , a 1 w nocy, przy szeroko otwar-
tych po obu stronach mieszkania oknach, udało mi się zasnąć.
Obudził mnie donośny głos sąsiadki zza ściany, która komuś wymyślała.
Zastanawiałam się tylko, leżąc z zamkniętymi oczami, co ona robi w moim
pokoju? Byłam pół przytomna i zupełnie nie mogłam oczu otworzyć.
"Wynoś się"-wrzeszczała, (chyba do mnie?) sąsiadka. Wreszcie otworzyłam
oczy- w pokoju nie było nikogo poza mną i psem, który powarkiwał, a sąsiadka
nadal kogoś wyganiała. Wreszcie zwlokłam się z łóżka i wyszłam na loggię.
-co się stało? -pytanie skierowałam do niewidocznej dla mnie sąsiadki.
-to te przeklęte koty, włażą mi na balkon i do mieszkania , duchota i upał,
a ja nie mogę mieć otwartych drzwi na loggię, to już drugą noc, ale tym razem
wlazły mi dwa- informowała mnie sąsiadka. - A do ciebie nie włażą? zaintere-
sowała się.
-Przecież winobluszcz masz na balustradzie, to łatwiej im się wspiąć do ciebie
niż do mnie- dociekała sąsiadka.
-nie wchodzą, nie mogą, mam całą loggię zabezpieczoną siatką na woliery,
bo właziły mi na balkon zimą i wiosną.
-to czemu mi nie powiedziałaś?
-bo do ciebie nie właziły przecież.
-przepraszam,że cię obudziłam, zreflektowała się sąsiadka,
ale mnie te koty wystraszyły.
-mnie też obudziłaś, zabasował sąsiad z I piętra.
Wycofałam się do mieszkania zauważając smętnie, że temperatura na loggii
niczym nie odbiega od tej w mieszkaniu.
I przypomniała mi się stara, przedwojenna piosenka:
"Noce takie są gorące, a słowiki spać nie dają
i po nocy, do mej izby, jakieś strachy zaglądają".
Słowiki na moim osiedlu nie śpiewają, ale straszą koty, którym często mylą
się loggie. Bo to są koty sąsiadów, które nocą są wypuszczane z domu na dwór.
Jestem pewna, że dziś zostanie wdrożone przez sąsiadkę śledztwo - wszak
trzeba ustalić czyje to koty. A może jakąś komisję śledczą powoła- to takie
modne teraz. :)))))
Subskrybuj:
Posty (Atom)