Nareszcie nieco mniejszy upał no i jak na razie nie świeci słońce. Ale w domu
nadal gorąco. Dobre i to.
Jak pamiętacie, zabawiam się robieniem kiszonek. Miedzy innymi zakisiłam
umyte, obrane i pokrojone w paski buraczki. Same buraczki to nie wywołaly
swym smakiem mego entuzjazmu- nadal w tle mają smak surowizny i są nieco
twarde. Ale zalewa jest świetna do picia.Wyciągnęła z buraków nie tylko super
barwę ale i smak.
Zrezygnowałam z samodzielnego robienia kefiru, skoro wypróbowałam, że te
gotowe nie szkodzą mi w niczym i poza tym smakują.
Byłam na kontroli u gastroenterologa i test na szczelnośc jelit wykazał znaczną
poprawę ich stanu.
Za kilka dni wyjeżdżamy, a do nas na ten czas przyjadą z Krakowa znajomi.
Bardzo mi to pasuje, bo przynajmniej tym razem kwiatki mi nie padną martwym
bykiem. Oni będą mieli darmowe lokum z pełnymi wygodami a ja podlane na
czas kwiatki. Już przygotowałam dla nich plan Warszawy + przewodnik po
Warszawie oraz "ściągę" gdzie co jest na naszym osiedlu oraz jakimi autobusami
mają się stąd wydostawac, oraz zarezerwowałam im miejsce na parkingu.
W Europie już od wielu lat istnieje tego typu turystyka - nieznani sobie ludzie
zamieniają się na czas wakacji miejscem zamieszkania i rzecz dotyczy zamiany
pomiędzy mieszkańcami różnych państw.
Przyznam się szczerze, że aż tak odważna, do wymiany z nieznanymi osobami to
ja nie jestem.
Podobno od jutra wracają upały a do tego temperatury będą wyższe niż dotychczas-
zupełnie jakby +32 w cieniu było jeszcze za niska temperaturą.
Mało mnie to cieszy, oj mało.
drewniana rzezba
piątek, 1 sierpnia 2014
wtorek, 29 lipca 2014
Tajemnice snu
Jak wiecie sny bywają różne - kolorowe, miłe, męczące, czasem podobno
prorocze.
Od wieków ludzi fascynował fenomen snu. Usiłowano skojarzyć nasze
marzenia senne z tym co ma nas spotkać w przyszłości, więc spece układali
senniki. Wg senników każdy sen coś oznaczał. Senników było wiele i co
bardziej zabawne - czasem jedno marzenie senne miało wg różnych
senników zupełnie różne znaczenie. Senniki były najczęściej bardzo
szczegółowe - jeśli śnił się komuś ząb, to sennik szczegółowo rozpatrywał
w jaki sposób śnił się nam ten ząb- bo co innego oznaczał ząb który się
chwiał, co innego gdy śniliśmy o tym, że nam wypadł.
Wraz z postępem medycyny i badań nad ludzkim mózgiem zauważono, że
sny zależą również od stanu zdrowia śniącej osoby.
Między innymi zauważono, że osobom z zaburzeniami krążenia często się
śni, że jadą szybką windą w dół, lub spadają z wysokości.
Generalnie neurolodzy uważają, że podczas snu nasz mózg porządkuje
wszystkie doznania i doświadczenia zebrane podczas stanu czuwania.
Ale marzeniami sennymi interesują się nie tylko neurolodzy - zagadkę
marzeń sennych usiłują również zgłębić psycholodzy i parapsycholodzy.
Zwłaszcza, że zdarza się, i to dość często, że dwie osoby śnią ten sam sen
sen.
Kilka lat temu jedna z moich koleżanek twierdziła, że ona i jej siostra
śniły ten sam sen - dotyczył on ich matki, która wówczas leżała w szpitalu
i oczekiwała na operację guza mózgu. Lekarze byli dobrej myśli bo guz
był operacyjny, stan pacjentki nie budził obaw jednak operacja była
przekładana, bo pacjentka, ilekroć wyznaczono termin operacji, dostawała
wysokiej gorączki i zdradzała objawy jakiejś infekcji.
Siostry nie mieszkały w jednym mieszkaniu, ich domy dzieliła spora
odległość, jedna mieszkała na południowych peryferiach miasta, druga na
północnych.
Pewnej nocy obie śniły ten sam sen - w nim ich matka stała nad grobem,
w którym był pochowany jej mąż i usiłowała odsunąć płytę grobową.
Oczywiście obie zaraz rano do siebie zadzwoniły i opowiedziały sobie ten
sen i pewne, że być może ich mama już odeszła, pełne niepokoju pognały
do szpitala. Ich mama umarła w dwa dni pózniej, nie doczekawszy operacji.
Gdy mi koleżanka powiedziała, że obie śniły ten sam sen, pomyślałam, że to
raczej bzdura- jedna z nich śniła to na pewno, ale druga to raczej nie.
A teraz czytam, że przeprowadzone eksperymenty ujawniły, że wskutek luk
w sennej świadomości możemy mieć dostęp do treści nocnych marzeń lub
myśli innych osób.
Jeden z badaczy wysunął wniosek, że nie jest istotne co śnimy, ale raczej czyj
sen przeżywamy, lub kto steruje jego treścią.
Oczywiście badania nadal trwają, bo tak dokładnie trudno zbadać to zjawisko,
jakby nie było zahaczające o telepatię.
Dziś myślę,że mogły obie śnić ten sam sen, bo najprawdopodobniej w jakiś
telepatyczny sposób ich mama myśląc o nich i o tym, że raczej z tej choroby
nie wyzdrowieje, przekazała im tę wizję.
Czy nie sądzicie, że im więcej wiemy tym więcej rodzi się nowych pytań,
zagadek i wątpliwości?
prorocze.
Od wieków ludzi fascynował fenomen snu. Usiłowano skojarzyć nasze
marzenia senne z tym co ma nas spotkać w przyszłości, więc spece układali
senniki. Wg senników każdy sen coś oznaczał. Senników było wiele i co
bardziej zabawne - czasem jedno marzenie senne miało wg różnych
senników zupełnie różne znaczenie. Senniki były najczęściej bardzo
szczegółowe - jeśli śnił się komuś ząb, to sennik szczegółowo rozpatrywał
w jaki sposób śnił się nam ten ząb- bo co innego oznaczał ząb który się
chwiał, co innego gdy śniliśmy o tym, że nam wypadł.
Wraz z postępem medycyny i badań nad ludzkim mózgiem zauważono, że
sny zależą również od stanu zdrowia śniącej osoby.
Między innymi zauważono, że osobom z zaburzeniami krążenia często się
śni, że jadą szybką windą w dół, lub spadają z wysokości.
Generalnie neurolodzy uważają, że podczas snu nasz mózg porządkuje
wszystkie doznania i doświadczenia zebrane podczas stanu czuwania.
Ale marzeniami sennymi interesują się nie tylko neurolodzy - zagadkę
marzeń sennych usiłują również zgłębić psycholodzy i parapsycholodzy.
Zwłaszcza, że zdarza się, i to dość często, że dwie osoby śnią ten sam sen
sen.
Kilka lat temu jedna z moich koleżanek twierdziła, że ona i jej siostra
śniły ten sam sen - dotyczył on ich matki, która wówczas leżała w szpitalu
i oczekiwała na operację guza mózgu. Lekarze byli dobrej myśli bo guz
był operacyjny, stan pacjentki nie budził obaw jednak operacja była
przekładana, bo pacjentka, ilekroć wyznaczono termin operacji, dostawała
wysokiej gorączki i zdradzała objawy jakiejś infekcji.
Siostry nie mieszkały w jednym mieszkaniu, ich domy dzieliła spora
odległość, jedna mieszkała na południowych peryferiach miasta, druga na
północnych.
Pewnej nocy obie śniły ten sam sen - w nim ich matka stała nad grobem,
w którym był pochowany jej mąż i usiłowała odsunąć płytę grobową.
Oczywiście obie zaraz rano do siebie zadzwoniły i opowiedziały sobie ten
sen i pewne, że być może ich mama już odeszła, pełne niepokoju pognały
do szpitala. Ich mama umarła w dwa dni pózniej, nie doczekawszy operacji.
Gdy mi koleżanka powiedziała, że obie śniły ten sam sen, pomyślałam, że to
raczej bzdura- jedna z nich śniła to na pewno, ale druga to raczej nie.
A teraz czytam, że przeprowadzone eksperymenty ujawniły, że wskutek luk
w sennej świadomości możemy mieć dostęp do treści nocnych marzeń lub
myśli innych osób.
Jeden z badaczy wysunął wniosek, że nie jest istotne co śnimy, ale raczej czyj
sen przeżywamy, lub kto steruje jego treścią.
Oczywiście badania nadal trwają, bo tak dokładnie trudno zbadać to zjawisko,
jakby nie było zahaczające o telepatię.
Dziś myślę,że mogły obie śnić ten sam sen, bo najprawdopodobniej w jakiś
telepatyczny sposób ich mama myśląc o nich i o tym, że raczej z tej choroby
nie wyzdrowieje, przekazała im tę wizję.
Czy nie sądzicie, że im więcej wiemy tym więcej rodzi się nowych pytań,
zagadek i wątpliwości?
niedziela, 27 lipca 2014
Skończył się.....
Polak zdobył prestiżową koszulkę najlepszego kolarza w klasyfikacji górskiej.
Tak na wszelki wypadek napiszę - zdobył ją Rafał Majka, który został w
ostatniej chwili wezwany do udziału w tym wyścigu.
Ostatnie polskie zwycięstwo etapowe na wyścigu TdF było aż 21 lat temu!
To strasznie dawno, a odniósł je Zenon Jaskuła.
Jeżeli ktoś myśli, że oglądam ten wyścig, bo jestem miłośniczką roweru, to
jest w wielkim błędzie - ja nawet nie jeżdżę na rowerze.
Ale od 2002 roku wyścig jest komentowany przez dwóch moich ulubionych
komentatorów- Tomasza Jarońskiego i Krzysztofa Wyrzykowskiego.
A słuchanie ich komentarzy jest zawsze dla mnie wielką przyjemnością -
panowie nie tylko są znawcami sportu, mają również świetne poczucie humoru.
W tym roku tandem Jaroński-Wyrzykowski dał czadu w czasie relacji z TdF!
Nic dziwnego, sama emocjonowałam się nieprzytomnie gdy Majka forsował
Alpy i Pireneje i gdy raz był drugi a dwa razy wygrał piekielnie trudne etapy
górskie.
Jęczałam gdy widziałam jak kolarze zaliczają asfalt, cieszyłam się gdy któryś
wygrywał, no a wygrana naszego kolarza przyprawiała mnie o stan euforii.
Byłam zadziwiona tłumami widzów w Anglii, gdzie rozgrywane były pierwsze
etapy - tam były niesamowite ilości widzów wzdłuż trasy przejazdu.
sobota, 26 lipca 2014
Podobno.....
...Kosmici są wśród nas. I to są od dość dawna. Na tyle długo już tu są, że zdołali
przybrać ludzkie kształty.
Dotychczas takie rewelacje puszczałam mimo uszu - teraz zaczynam w to wierzyć.
Bo jak w to nie wierzyć, skoro kler domaga się od władz wykazu polskich szpitali,
w których jest przeprowadzana zgodnie z przepisami aborcja.
Odpowiedzi na pytanie "a po co?" mogę Wam udzielić - żeby pozostali Kosmici
mogli pod tymi szpitalami organizować pikiety. To jasne jak wszystkie Słońca we
Wszechświecie.
Bo tylko Kosmitom się wydaje, że aborcja jest czymś miłym, wielce pożądanym
przez kobiety zabiegiem, niemal równym a może wręcz przewyższającym orgazm
doznaniem.
Bo normalni ludzie wiedzą dobrze, że to zabieg niebezpieczny i niesie za sobą kilka
zagrożeń, więc decyzja o poddaniu się jemu jest smutną koniecznością.
Ale Kosmici o tym nie wiedzą.
Ciekawa tylko jestem czy władze w odpowiedzi zażądają od Kościoła wykazu
parafii i kościołów, w których rezydują księżą- pedofile. Bo że tacy są to rzecz
wiadoma, potwierdzona nawet przez papieża Franciszka I.
Swoją drogą odważny człowiek - w moim odczuciu dużo ryzykuje.
No a rodziny posyłając dzieci do kościoła, np. by służyły do mszy jako ministranci,
powinny wiedzieć, w której z placówek może ich dziecko spotkać wątpliwa frajda
kontaktu z księdzem- pedofilem.
Co za niedopatrzenie ze strony bociana, który mnie zrzucił na ziemię właśnie
w tym kraju!!! Nie mógł tobołka z niemowlakiem upuścić gdzieś bardziej
na południu lub zachodzie Europy?
Miłej niedzieli wszystkim życzę:)
przybrać ludzkie kształty.
Dotychczas takie rewelacje puszczałam mimo uszu - teraz zaczynam w to wierzyć.
Bo jak w to nie wierzyć, skoro kler domaga się od władz wykazu polskich szpitali,
w których jest przeprowadzana zgodnie z przepisami aborcja.
Odpowiedzi na pytanie "a po co?" mogę Wam udzielić - żeby pozostali Kosmici
mogli pod tymi szpitalami organizować pikiety. To jasne jak wszystkie Słońca we
Wszechświecie.
Bo tylko Kosmitom się wydaje, że aborcja jest czymś miłym, wielce pożądanym
przez kobiety zabiegiem, niemal równym a może wręcz przewyższającym orgazm
doznaniem.
Bo normalni ludzie wiedzą dobrze, że to zabieg niebezpieczny i niesie za sobą kilka
zagrożeń, więc decyzja o poddaniu się jemu jest smutną koniecznością.
Ale Kosmici o tym nie wiedzą.
Ciekawa tylko jestem czy władze w odpowiedzi zażądają od Kościoła wykazu
parafii i kościołów, w których rezydują księżą- pedofile. Bo że tacy są to rzecz
wiadoma, potwierdzona nawet przez papieża Franciszka I.
Swoją drogą odważny człowiek - w moim odczuciu dużo ryzykuje.
No a rodziny posyłając dzieci do kościoła, np. by służyły do mszy jako ministranci,
powinny wiedzieć, w której z placówek może ich dziecko spotkać wątpliwa frajda
kontaktu z księdzem- pedofilem.
Co za niedopatrzenie ze strony bociana, który mnie zrzucił na ziemię właśnie
w tym kraju!!! Nie mógł tobołka z niemowlakiem upuścić gdzieś bardziej
na południu lub zachodzie Europy?
Miłej niedzieli wszystkim życzę:)
czwartek, 24 lipca 2014
Warszawa w wakacje....
....jest cudna. Wiem, część z Was mi napisze, że mam fioła, bo to okres wielu prac
drogowych i miejscami miasto wciąż wygląda jak po pożarze.
Ale w wakacje Warszawa pustoszeje w widoczny sposób - jest znacznie mniej
samochodów, nareszcie mogę bez trudu przewidzieć ile czasu będę jechała do
sąsiedniej dzielnicy bo nie ma korków!!!. Chwilami mam wrażenie, że jadę w złym
kierunku, takie pustki na jezdni!
Dziś pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu po recepty na leki, które niestety
muszę brać do końca swych dni.
Wpadam do przychodni, pewna, że odsiedzę z godzinę pod gabinetem, a tu...ani
pół pacjenta. Panie recepcjonistki ogryzają paznokietki i coś szepczą - mówię
więc co mnie przygnało , a one twierdzą, że pan doktor już czeka na mnie.
Sprawę załatwiłam w dziesięć minut, łącznie ze zmierzeniem ciśnienia i poziomu
saturacji. Bo mój pan doktor to taki bardzo dbały o pacjentów człowiek.
Potem w aptece też nie było zupełnie chętnych do kupowania leków - no normalnie
luksus.
Korzystając z takich udogodnień wybiorę się jutro by wyrobić sobie nowy dowód
osobisty, bo już w lutym mi dotychczasowy expirował.
Zrobienie zdjęcia też zajęło mi w sumie 5 minut. I nawet jestem w stanie się na nim
rozpoznać. Bo na tym w paszporcie to naprawdę nie wiem kto jest:))
Aż zaczynam żałować, że na trochę opuszczę Warszawę i wyjadę do dzieci.
I tak zachwycam się tymi pustkami w Warszawie i bardzo się cieszę, że nie jestem
gdzieś nad morzem.
Pociesza mnie tylko fakt, że w Berlinie też nieco mniej ludzi niż poza wakacjami.
drogowych i miejscami miasto wciąż wygląda jak po pożarze.
Ale w wakacje Warszawa pustoszeje w widoczny sposób - jest znacznie mniej
samochodów, nareszcie mogę bez trudu przewidzieć ile czasu będę jechała do
sąsiedniej dzielnicy bo nie ma korków!!!. Chwilami mam wrażenie, że jadę w złym
kierunku, takie pustki na jezdni!
Dziś pojechałam do lekarza pierwszego kontaktu po recepty na leki, które niestety
muszę brać do końca swych dni.
Wpadam do przychodni, pewna, że odsiedzę z godzinę pod gabinetem, a tu...ani
pół pacjenta. Panie recepcjonistki ogryzają paznokietki i coś szepczą - mówię
więc co mnie przygnało , a one twierdzą, że pan doktor już czeka na mnie.
Sprawę załatwiłam w dziesięć minut, łącznie ze zmierzeniem ciśnienia i poziomu
saturacji. Bo mój pan doktor to taki bardzo dbały o pacjentów człowiek.
Potem w aptece też nie było zupełnie chętnych do kupowania leków - no normalnie
luksus.
Korzystając z takich udogodnień wybiorę się jutro by wyrobić sobie nowy dowód
osobisty, bo już w lutym mi dotychczasowy expirował.
Zrobienie zdjęcia też zajęło mi w sumie 5 minut. I nawet jestem w stanie się na nim
rozpoznać. Bo na tym w paszporcie to naprawdę nie wiem kto jest:))
Aż zaczynam żałować, że na trochę opuszczę Warszawę i wyjadę do dzieci.
I tak zachwycam się tymi pustkami w Warszawie i bardzo się cieszę, że nie jestem
gdzieś nad morzem.
Pociesza mnie tylko fakt, że w Berlinie też nieco mniej ludzi niż poza wakacjami.
środa, 23 lipca 2014
Nie wiem- optymizm to czy trzezwość oceny
Jakiś czas temu poznałam w naszym osiedlowym sklepie starszą panią, która
mieszka w tym samym bloku co ja, ale kilka klatek dalej.
Prawdopodobnie gdyby się jej zakupy nie rozsypały wprost pod moje nogi nie
zaczęłybyśmy rozmawiać - mało kontaktowa jestem po prostu.
Pani Hania przyznaje się do faktu, że już ukończyła dość dawno 80 wiosen.
Widać po niej, że musiała być w młodości naprawdę śliczną dziewczyną.
Ponieważ nasz osiedlowy sklep jest zaledwie kilka kroków od naszego bloku,
nic dziwnego, że dość często się spotykałyśmy - ja mam do przejścia aż 100
metrów, pani Hania zaledwie 60.
Ponieważ zawsze chodzę do sklepu z moim "mercedesem" czyli wózkiem na
zakupy, ilekroć spotkałyśmy się na zakupach, ładowałam zakupy pani Hani na
wierzch swego wózka i podwoziłam je pod jej klatkę.
Pani Hania wyraznie łaknęła czyjegoś towarzystwa i sądziłam , że jest osobą
samotną. Poza tym cały czas narzekała na ból w stawie biodrowym.
Pewnego bardzo upalnego dnia , zauważyłam,że pani Hania ma na ręce
wytatuowany numer- cyferki były nadal bardzo widoczne i było ich sporo.
Chyba zbyt wyraznie się im przyjrzałam, bo pani Hania powiedziała:
"tak dziecinko, byłam w obozie i to w Ravensbruk. Ale byłam wtedy jeszcze
bardzo młoda i całkiem ładna. A poza tym znałam perfekt niemiecki i francuski,
umiałam grać na fortepianie i miałam chyba dobry głos, bo ukończyłam szkołę
muzyczną w klasie śpiewu. Czasem uroda może kobietę uratować, choć niestety
częściej z urody wynikają kłopoty niż pożytek. Zostałam służącą-opiekunką
starej matki jednego z wyższych rangą oficerów. Wiesz, to nie było miłe,
starzy ludzie są obrzydliwi i najczęściej niemili. Ale przynajmniej przeżyłam, to
też się przecież liczy."
Przez jakiś czas po tej rozmowie nie spotykałam pani Hani.
Gdy ją znów spotkałam byłam zszokowana- z pani Hani została co najwyżej
połowa - był straszliwie wychudzona i posługiwała się dwiema kulami.
Towarzyszyła jej młoda dziewczyna, którą pani Hania przedstawiła jako swą
opiekunkę z PCK. Pani Hania mrugnęła do mnie i powiedziała: "jest dobrze,
choć bez muzyki i śpiewu. A pobyt w szpitalu jest naprawdę świetną kuracją
odchudzającą, zwłaszcza gdy do tego dodasz infekcję jelitową".
Pani Hania pomału wracała do sprawności, bo jednak wiek robił swoje.
Gdy ją spotkałam ostatnim razem, uśmiechnęła się , pogłaskała mnie po ręce
i powiedziała: "wiesz dziecinko, jest dobrze- moja mądra synowa rzuciła wreszcie
mego syna, miała rację, to drań. Biodro nadal mnie boli i trzeba drugi raz
operować. Tylko nie bardzo mam już z czego chudnąć. Ale cieszę się, że idę
znów do szpitala, nie będę z tym ponurakiem siedzieć w domu , to po nim
syn jest taki nie do wytrzymania. Żadna z nim nie wytrzymała. A jak dobrze
pójdzie to już z tego szpitala nie wrócę . Więc jest dobrze. A ty dziecinko,
dbaj o siebie i nie ubieraj się na ciemno."
Pani Hani już nie spotkałam więcej. Ale nie widziałam też klepsydry, więc może
po szpitalu znalazła się w jakiejś specjalistycznej placówce?
Smutno mi, nikt już do mnie nie mówi "dziecinko".
mieszka w tym samym bloku co ja, ale kilka klatek dalej.
Prawdopodobnie gdyby się jej zakupy nie rozsypały wprost pod moje nogi nie
zaczęłybyśmy rozmawiać - mało kontaktowa jestem po prostu.
Pani Hania przyznaje się do faktu, że już ukończyła dość dawno 80 wiosen.
Widać po niej, że musiała być w młodości naprawdę śliczną dziewczyną.
Ponieważ nasz osiedlowy sklep jest zaledwie kilka kroków od naszego bloku,
nic dziwnego, że dość często się spotykałyśmy - ja mam do przejścia aż 100
metrów, pani Hania zaledwie 60.
Ponieważ zawsze chodzę do sklepu z moim "mercedesem" czyli wózkiem na
zakupy, ilekroć spotkałyśmy się na zakupach, ładowałam zakupy pani Hani na
wierzch swego wózka i podwoziłam je pod jej klatkę.
Pani Hania wyraznie łaknęła czyjegoś towarzystwa i sądziłam , że jest osobą
samotną. Poza tym cały czas narzekała na ból w stawie biodrowym.
Pewnego bardzo upalnego dnia , zauważyłam,że pani Hania ma na ręce
wytatuowany numer- cyferki były nadal bardzo widoczne i było ich sporo.
Chyba zbyt wyraznie się im przyjrzałam, bo pani Hania powiedziała:
"tak dziecinko, byłam w obozie i to w Ravensbruk. Ale byłam wtedy jeszcze
bardzo młoda i całkiem ładna. A poza tym znałam perfekt niemiecki i francuski,
umiałam grać na fortepianie i miałam chyba dobry głos, bo ukończyłam szkołę
muzyczną w klasie śpiewu. Czasem uroda może kobietę uratować, choć niestety
częściej z urody wynikają kłopoty niż pożytek. Zostałam służącą-opiekunką
starej matki jednego z wyższych rangą oficerów. Wiesz, to nie było miłe,
starzy ludzie są obrzydliwi i najczęściej niemili. Ale przynajmniej przeżyłam, to
też się przecież liczy."
Przez jakiś czas po tej rozmowie nie spotykałam pani Hani.
Gdy ją znów spotkałam byłam zszokowana- z pani Hani została co najwyżej
połowa - był straszliwie wychudzona i posługiwała się dwiema kulami.
Towarzyszyła jej młoda dziewczyna, którą pani Hania przedstawiła jako swą
opiekunkę z PCK. Pani Hania mrugnęła do mnie i powiedziała: "jest dobrze,
choć bez muzyki i śpiewu. A pobyt w szpitalu jest naprawdę świetną kuracją
odchudzającą, zwłaszcza gdy do tego dodasz infekcję jelitową".
Pani Hania pomału wracała do sprawności, bo jednak wiek robił swoje.
Gdy ją spotkałam ostatnim razem, uśmiechnęła się , pogłaskała mnie po ręce
i powiedziała: "wiesz dziecinko, jest dobrze- moja mądra synowa rzuciła wreszcie
mego syna, miała rację, to drań. Biodro nadal mnie boli i trzeba drugi raz
operować. Tylko nie bardzo mam już z czego chudnąć. Ale cieszę się, że idę
znów do szpitala, nie będę z tym ponurakiem siedzieć w domu , to po nim
syn jest taki nie do wytrzymania. Żadna z nim nie wytrzymała. A jak dobrze
pójdzie to już z tego szpitala nie wrócę . Więc jest dobrze. A ty dziecinko,
dbaj o siebie i nie ubieraj się na ciemno."
Pani Hani już nie spotkałam więcej. Ale nie widziałam też klepsydry, więc może
po szpitalu znalazła się w jakiejś specjalistycznej placówce?
Smutno mi, nikt już do mnie nie mówi "dziecinko".
wtorek, 22 lipca 2014
Mix
Teoretycznie dobrze mieć tuż obok domu wiele drzew. O tak, jak u mnie.
Tłumią hałas od pobliskiej przelotowej arterii komunikacyjnej, chronią przed
nadmiernym słońcem i kurzem. To duże drzewa, mają co najmniej po 40 lat.
Ale w tym roku nie jestem szczęśliwa z ich sąsiedztwa , bo bardzo się one
spodobały srokom. Dzień w dzień, skoro świt, sroki zaczynają wrzeszczeć.
Niestety, choć mają tyle samo mięśni w gardle co ptaki śpiewające jak np.
słowiki, to zupełnie nie potrafią ich wykorzystywać. Obrzydliwie skrzeczą
a do tego na cały regulator. Pierwsze wrzaski rozlegają się gdy jest jeszcze szaro.
Potem na godzinę lub nieco dłużej łaskawie milkną i znów rozlegają się ich
wrzaski.
W tym roku chyba dość pózno odbyły lęgi, bo dopiero niedawno wyprowadziły
młode z gniazda.
Młode już potrafią nieco latać, ale jeszcze nie potrafią same znalezć dla siebie
pokarmu.
Codziennie obserwuję jak dorosłe "tresują" młode. To metoda wychowania przez
nagrody. Młode siedzi na trawie pod drzewem i drze dziób dopominając się
pokarmu. Rodzic odlatuje poza ogrodzenie trawnika, coś znajduje do jedzenia i
siada na szczycie ogrodzenia, nawołując młode. Młode zadziera łepek do góry,
niezdarnie rozkłada skrzydła i płaczliwie skrzeczy. Ale rodzic jest twardy - czeka
na swe dziecię na ogrodzeniu. W końcu małe się mobilizuje i bez problemu
dolatuje do rodzica. W nagrodę jakiś kąsek ląduje w dziobie malca. Obserwując
sroki myślę, że wielu ludzkich rodziców powinno się uczyć od ptaków konsekwencji w
wychowaniu potomstwa.
Przez sroki i cudze koty mam na loggii zainstalowaną wolierową siatkę.
Gdy stróż loggii, mój pies, odszedł na wieczne łowy, "parterowe" koty z miejsca
odnotowały ten fakt w swoich móżdżkach i zaczęły się meldować na mojej loggii-
wreszcie mogły się dorwać do fotela i sztucznej trawki i nawet bezczelnie zajrzeć
przez otwarte okno do pokoju.
A sroki codziennie rano robiły dokładną inspekcję na loggii sprawdzając dość
dokładnie zawartość skrzynek balkonowych i doniczek.
Po zainstalowaniu siatki skończyły się kocie i srocze wizyty.
Wizytują mnie tylko od pazdziernika do wiosny sikorki, bo mam na zewnątrz
zainstalowany dla nich karmnik, który przezornie usuwam na okres lata.
Kolejnym mankamentem tych wielkich drzew jest to, że nic już pod nimi nie
rośnie - drzewa skutecznie wysysają z podłoża wszelkie składniki pokarmowe i
wilgoć.
No tak - upał jest a ja muszę się wywlec z domu.
nadmiernym słońcem i kurzem. To duże drzewa, mają co najmniej po 40 lat.
Ale w tym roku nie jestem szczęśliwa z ich sąsiedztwa , bo bardzo się one
spodobały srokom. Dzień w dzień, skoro świt, sroki zaczynają wrzeszczeć.
Niestety, choć mają tyle samo mięśni w gardle co ptaki śpiewające jak np.
słowiki, to zupełnie nie potrafią ich wykorzystywać. Obrzydliwie skrzeczą
a do tego na cały regulator. Pierwsze wrzaski rozlegają się gdy jest jeszcze szaro.
Potem na godzinę lub nieco dłużej łaskawie milkną i znów rozlegają się ich
wrzaski.
W tym roku chyba dość pózno odbyły lęgi, bo dopiero niedawno wyprowadziły
młode z gniazda.
Młode już potrafią nieco latać, ale jeszcze nie potrafią same znalezć dla siebie
pokarmu.
Codziennie obserwuję jak dorosłe "tresują" młode. To metoda wychowania przez
nagrody. Młode siedzi na trawie pod drzewem i drze dziób dopominając się
pokarmu. Rodzic odlatuje poza ogrodzenie trawnika, coś znajduje do jedzenia i
siada na szczycie ogrodzenia, nawołując młode. Młode zadziera łepek do góry,
niezdarnie rozkłada skrzydła i płaczliwie skrzeczy. Ale rodzic jest twardy - czeka
na swe dziecię na ogrodzeniu. W końcu małe się mobilizuje i bez problemu
dolatuje do rodzica. W nagrodę jakiś kąsek ląduje w dziobie malca. Obserwując
sroki myślę, że wielu ludzkich rodziców powinno się uczyć od ptaków konsekwencji w
wychowaniu potomstwa.
Przez sroki i cudze koty mam na loggii zainstalowaną wolierową siatkę.
Gdy stróż loggii, mój pies, odszedł na wieczne łowy, "parterowe" koty z miejsca
odnotowały ten fakt w swoich móżdżkach i zaczęły się meldować na mojej loggii-
wreszcie mogły się dorwać do fotela i sztucznej trawki i nawet bezczelnie zajrzeć
przez otwarte okno do pokoju.
A sroki codziennie rano robiły dokładną inspekcję na loggii sprawdzając dość
dokładnie zawartość skrzynek balkonowych i doniczek.
Po zainstalowaniu siatki skończyły się kocie i srocze wizyty.
Wizytują mnie tylko od pazdziernika do wiosny sikorki, bo mam na zewnątrz
zainstalowany dla nich karmnik, który przezornie usuwam na okres lata.
Kolejnym mankamentem tych wielkich drzew jest to, że nic już pod nimi nie
rośnie - drzewa skutecznie wysysają z podłoża wszelkie składniki pokarmowe i
wilgoć.
No tak - upał jest a ja muszę się wywlec z domu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)