Nareszcie jest pogoda w sam raz dla mnie! Słońce świeci, wiaterek
wieje a temperatura sympatyczna i przyjazna.
Mam wielce mordercze zakusy względem NFZ i Min. Zdrowia za ich
super genialny pomysł wprowadzenia wymogu posiadania skierowania
na wizytę do okulisty lub dermatologa.
Zdaniem tych niedorobionych umysłowo pomysłodawców ten krok
miał zmniejszyć kolejki do specjalistów.
I zmniejszyły się, za to nagle zrobiły się kolejki do okulistów którzy
przyjmują odpłatnie.
Ostatnio miałam jakąś infekcję oka, poszłam do "pierwszego kontaktu"
po skierowanie , a p. doktor uznała, że wizyta u okulisty jest zbędna
i zapisała mi kropelki.
To było tydzień temu, a wczoraj dostałam w oku pięknego, krwawego
wylewu, więc zaraz idę do okulisty- prywatnie.
O ile kiedyś do prywatnego okulisty można było się dostać "z marszu",
to tym razem wczoraj już się nie załapałam na wizytę.
*****
Żal mi niezmiernie wszystkich uchodzców, rozumiem ich trudną
sytuację życiową, ale wciąż powraca mi na myśl pewna książka,
napisana 40 lat temu przez Jeana Raspail'a "Obóz Świętych".
Zaskakuje mnie jej niebywała aktualność i wynikająca z niej
konkluzja - Europa nie mogąca sobie poradzić z sytuacją napływu
uchodzców - umiera.
Jak na razie to rosną mury na różnych granicach, teraz przeciwko
tym spoza Europy, ale to już krok od tego, by zaczęto się bardzo
intensywnie zastanawiać czy aby wszyscy obywatele tego
kontynentu są godni tego, by być razem, bez granic, z możliwością
swobodnego przepływu pomiędzy państwami.
A tym, którzy choć trochę interesują się zdrowiem swoich i swych
bliskich, polecam książkę naturopaty p. Jerzego Zięby "UkryteTerapie.
Czego ci lekarz nie powie".
Nie jest to podręcznik medycyny, ani nie służy do diagnostyki ale
jest zbiorem informacji o różnych metodach leczenia, które u nas
często są nieznane. Autor jest dyplomowanym naturoterapeutą.
To nie jest zbiór teorii spiskowych ale zbiór informacji z różnych
czasopism medycznych i prac naukowych, których "zwykły"
śmiertelnik nie czyta. Śmiertelnik zwany lekarzem też najczęściej nie.
Lektura ta pomoże nam zastanowić się czy aby naprawdę jesteśmy
dobrze leczeni i pomoże zorientować się o czym porozmawiać z lekarzem
w trakcie wizyty lekarskiej. Ja to mam zamiar kupić tę książkę swemu
lekarzowi rodzinnemu - facet ma "otwartą głowę" , więc dobrze
wykorzysta jej zawartość. Bo to pozycja dla wszystkich -i lekarzy i
pacjentów.
*****
Właśnie wróciłam od okulistki - za wizytę zapłaciłam cenę o 30%
niższą od regularnej, z uwagi na status emerycki. Te 30% kwoty
pokrywa im NFZ. Wg mnie powinno być odwrotnie.
No cóż, starość nie radość, choć podobno i młodość nie wesele.
Dostałam kropelki z rutyną, rutinoscorbinę do łykania i wiadomość, że
w tym nie zalanym krwią oku będę miała za kilka lat zaćmę.
Gdy zapytałam się, czy mam już rejestrować się do szpitala, pani
z uśmiechem odrzekła : "eee, to taki stan, że nim się rozwinie to
może już nie będzie potrzebna operacja". No cóż, nic dodać, nic ująć.
Z zaleceń ogólnych mam: nie wychodzić z domu w upały, nie schylać
się, nie dzwigać i nie denerwować.
Naprawdę nie wychodziłam w upały, nie dzwigałam bo mam wózek na
zakupy, a tylko zdenerwowałam się przedwczoraj piekielnie.
Pozostaje mi tylko dostojnie leżeć lub siedzieć. Poezja życia, no nie?
Ale był też zabawny moment w tej przychodni -podeszłam do recepcji,
podaję swoje imię i nazwisko, pani patrzy w monitor kompa, potem na
mnie i wreszcie pyta: a ile właściwie ma pani lat? Wyciągam więc
dowodzik osobisty i pcham kobiecie przed oczy. Poczytała i mówi:
wyraznie ma pani sobowtóra, bo jest pacjentka o tym samym imieniu
i nazwisku, no ale ona ma 18 lat!
Mąż mój stoi obok, więc go szturcham i mówię: "no to ładnie, ładnie".
Pani recepcjonistka też się na niego patrzy i mówi :" i co pan na to?".
Zapłaciłam, idziemy poczekać pod gabinetem i nagle mam olśnienie-
Mój "sobowtór" to najwyrazniej albo pózna córka albo wnuczka
stryjecznego brata mego męża. Bo nikt inny w tym mieście nie ma
tego nazwiska. Bo nie sadzę, by stryjeczny brat mego męża zgłupiał
doszczętnie i ożenił się z osiemnastką.
Trochę mnie to rozbawiło, że czasem trzeba wybrać się prywatnie do
okulisty, by dowiedzieć się czegoś o rodzinie.
******
Wszystkich, którzy nie boją się myśleć samodzielnie i trzezwo
zapraszam do wizyty na tym blogu
drewniana rzezba
środa, 19 sierpnia 2015
sobota, 15 sierpnia 2015
Mix.......
......bo na więcej mnie nie stać.
Wreszcie zrozumiałam, dlaczego tyle osób głosowało na p. Dudę.
Skoro 5,8 procent mieszkańców naszej planety słyszy głosy
w swojej głowie i ma zwidy, to jakiś procent z tego przypada też
na nasz kraj, więc nie powinnam się dziwić, że tak głosowali.
*****
Wyczekuję z wielką niecierpliwością deszczu, niech wreszcie pada
i najlepiej kilka dni z rzędu.
Z każdym lekkim powiewem wiatru lecą z drzew pożółkłe liście,
trawa całkowicie wyschła, schną krzewy i liściaste i iglaki.
Kilka lat temu też były takie wysokie temperatury przez niemal dwa
miesiące, ale można było przynajmniej podlewać- teraz niestety
nie można.
*****
Obejrzałam dość niepokojący program dokumentalny- zależności
pomiędzy szczelinowaniem gruntu w procesie wydobywania gazu
łupkowego a trzęsieniami ziemi. Nas jeszcze ten problem nie dotyczy,
ale może warto się jednak uczyć na cudzych doświadczeniach.
W rejonach, w których szczelinuje się grunt i gdzie dotąd nie było
żadnych trzęsień ziemi (bo nie leżą na styku płyt tektonicznych),
owe trzęsienia zaczęły występować. Wtłaczanie zanieczyszczonej
wody w szczeliny gruntu powoduje wzrost naprężeń ziemskiej
skorupy i tym samym wywołuje trzęsienia ziemi.
Podobnie jest przy budowie super dużych zbiorników wodnych -
przy napełnianiu zbiorników przy zaporze asuańskiej, jak również
przy na rzece Jangcy w Chinach i zaporze Hoovera w USA w dość
nieodległym czasie wystąpiły trzęsienia ziemi.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ludzkość w dość niedługim
czasie sama sobie zrobi wielkie "kuku".
To ciągłe "więcej, szybciej, wyżej, dalej" nie wyjdzie nam na zdrowie.
*****
Miłośniczkom Johnny'ego Depp'a donoszę, że ów aktor za cztery
miliony euro zakupił grecką wyspę Stroggilo. Jest okazja, bo teraz
Grecja z całą pewnością będzie się pozbywać części ze swych
6 tysięcy wysepek. Niektóre są bezludne, więc zabawa w Robinsona
Cruzoe murowana. To chyba lepsze niż działka. Zapewne jedyne co
tam wyrośnie to kaktusy.
*****
A tym, które czują się za grube, donoszę, że królowa Wiktoria
miała w talii 132 cm. Niestety nie podali ileż cm miała w obwodzie
królewskich bioder.
I jeszcze jedna ciekawostka - wartość Mony Lizy szacuje się na
dwa miliardy euro, a chuda wszak nie była.
Trzeba się zastanowić, może warto dać się sportretować a potomni
potem będą mieli zyski???:)))
Liczbowe ciekawostki pochodzą z Forum 16/2015.
Wreszcie zrozumiałam, dlaczego tyle osób głosowało na p. Dudę.
Skoro 5,8 procent mieszkańców naszej planety słyszy głosy
w swojej głowie i ma zwidy, to jakiś procent z tego przypada też
na nasz kraj, więc nie powinnam się dziwić, że tak głosowali.
*****
Wyczekuję z wielką niecierpliwością deszczu, niech wreszcie pada
i najlepiej kilka dni z rzędu.
Z każdym lekkim powiewem wiatru lecą z drzew pożółkłe liście,
trawa całkowicie wyschła, schną krzewy i liściaste i iglaki.
Kilka lat temu też były takie wysokie temperatury przez niemal dwa
miesiące, ale można było przynajmniej podlewać- teraz niestety
nie można.
*****
Obejrzałam dość niepokojący program dokumentalny- zależności
pomiędzy szczelinowaniem gruntu w procesie wydobywania gazu
łupkowego a trzęsieniami ziemi. Nas jeszcze ten problem nie dotyczy,
ale może warto się jednak uczyć na cudzych doświadczeniach.
W rejonach, w których szczelinuje się grunt i gdzie dotąd nie było
żadnych trzęsień ziemi (bo nie leżą na styku płyt tektonicznych),
owe trzęsienia zaczęły występować. Wtłaczanie zanieczyszczonej
wody w szczeliny gruntu powoduje wzrost naprężeń ziemskiej
skorupy i tym samym wywołuje trzęsienia ziemi.
Podobnie jest przy budowie super dużych zbiorników wodnych -
przy napełnianiu zbiorników przy zaporze asuańskiej, jak również
przy na rzece Jangcy w Chinach i zaporze Hoovera w USA w dość
nieodległym czasie wystąpiły trzęsienia ziemi.
Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ludzkość w dość niedługim
czasie sama sobie zrobi wielkie "kuku".
To ciągłe "więcej, szybciej, wyżej, dalej" nie wyjdzie nam na zdrowie.
*****
Miłośniczkom Johnny'ego Depp'a donoszę, że ów aktor za cztery
miliony euro zakupił grecką wyspę Stroggilo. Jest okazja, bo teraz
Grecja z całą pewnością będzie się pozbywać części ze swych
6 tysięcy wysepek. Niektóre są bezludne, więc zabawa w Robinsona
Cruzoe murowana. To chyba lepsze niż działka. Zapewne jedyne co
tam wyrośnie to kaktusy.
*****
A tym, które czują się za grube, donoszę, że królowa Wiktoria
miała w talii 132 cm. Niestety nie podali ileż cm miała w obwodzie
królewskich bioder.
I jeszcze jedna ciekawostka - wartość Mony Lizy szacuje się na
dwa miliardy euro, a chuda wszak nie była.
Trzeba się zastanowić, może warto dać się sportretować a potomni
potem będą mieli zyski???:)))
Liczbowe ciekawostki pochodzą z Forum 16/2015.
poniedziałek, 10 sierpnia 2015
Działka i ja
Tytuł nieco przewrotny, bo nie posiadam działki. Pomimo nacisków i wielu
perswazji nie daliśmy się namówić na posiadanie działki poza miastem.
Nasi przyjaciele bardzo starali się przekonać nas do pomysłu pt, "działka".
Był to okres, w którym niektóre instytucje załatwiały dla swych pracowników
tzw. "działki pracownicze".
Transakcja taka była niezmiernie korzystna dla rolników, którzy posiadali
ziemię bardzo niskiej klasy, żeby nie powiedzieć - nieużytki.
Nasz przyjaciel pracował właśnie w takiej instytucji i jedną z działek, nic
nam nie mówiąc, zarezerwował dla nas. Teoretycznie było to niedaleko
Warszawy, drobne siedemdziesiąt kilka kilometrów, nad Bugiem.
Już pierwsza wizyta na tym miejscu dostarczyła nam wielu wrażeń, niekoniecznie pozytywnych.
Wpierw przejazd w poprzek przez całą Warszawę, potem kilkadziesiąt km
zatłoczoną szosą, wreszcie skręt w leśną drogę, piaszczystą, nieutwardzoną
Ta droga wynosiła 4 km i była świetna do spacerów ale wymuszała na kierowcy halsowanie, żeby się nie zakopać w piachu. Potem "kawałek" w prawo, przez coś jakby dużą piaskownicę, potem w lewo, po 1 km minąć wieś zostawiając ją po lewej i dalej prosto ze 2 km, drogą polną.
I tu już zaczynały się działki, czyli ogrodzone pole. Okazało się,że działki mają już coś ponad rok i wszyscy ich właściciele, oprócz nas, już coś na nich zdziałali. U niektórych już stały domki, u innych jakieś chatki, działki były od siebie oddzielone małymi żywopłotami, które łatwo można było pokonać górą.
Uwagę moją przykuł fakt, że wszystkie domki miały niezwykle wysokie
podmurówki, niektóre wręcz dwumetrowe. Rzecz wyjaśniła się wkrótce -
Bug, jako rzeka nieuregulowana, regularnie wylewał, najczęściej rozlewisko miało kilka, a czasami kilkanaście km długości. Ta wielka piaskownica, którą pokonywaliśmy po wyjezdzie z lasu była właśnie pamiątką po wiosennej powodzi.
Działki, które leżały zaledwie pół km od rzeki były zalewane regularnie i cały ten teren był pokryty półtorametrową warstwą wody.
Drugie ponure odkrycie - na calutkim terenie rosło tylko jedno, jedyne stare
drzewo i to akurat na ewentualnie naszej działce. Drugą "atrakcją" tej działki
był dół - pozostałość po wybieraniu gliny, co zdaniem naszych przyjaciół
dawało nam szansę na posiadanie własnego oczka wodnego lub - basenu.
I byłby to nawet niezły basen- nie tyle o dużej powierzchni, co o sporej głębokości.
Jedynym miłym dla mnie akcentem był młodnik, w którym można było codziennie rano zbierać maślaki. I był poza terenem działek.
A wszystko to było w okresie, gdy jeszcze w Polsce nie było wolnych
sobót, jako że budowa socjalizmu szła pełną parą.
No a my, dwa podłe indywidua, typowe bachory betonowej dżungli, wcale
nie mieliśmy ochoty na posiadanie działki.
Argumenty moje, że : nie jestem amatorem grzebania w ziemi, nie znam się
na uprawie czegokolwiek a na mój widok nawet kwiaty doniczkowe mrą, że jestem leniwa i robota w drugim domu nie jest moim marzeniem, że każda
mucha, giez czy inne paskudztwo przyprawia mnie o histerię - zupełnie do
nikogo (oprócz mego męża) nie trafiały.
Argument, że nie mamy zamiaru spędzać na działce każdego urlopu też im
wydawał się dziwny.
W końcu dyskusja stanęła na dziwnej argumentacji -nie bo nie i nie ma o
czym gadać.
W kilka lat pózniej ich córka telefonowała do mnie z prośbą bym wytłumaczyła
jej "starym", że ona chce w niedzielę być w Warszawie, bo na tej działce to
można kota dostać.
Ja tak bardzo nie lubię działek, że nawet jako gość nie lubię na nich bywać.
Czemu? - nie bo nie.
P.S.
Jak ktoś chce, niech zajrzy na drugi blog.
perswazji nie daliśmy się namówić na posiadanie działki poza miastem.
Nasi przyjaciele bardzo starali się przekonać nas do pomysłu pt, "działka".
Był to okres, w którym niektóre instytucje załatwiały dla swych pracowników
tzw. "działki pracownicze".
Transakcja taka była niezmiernie korzystna dla rolników, którzy posiadali
ziemię bardzo niskiej klasy, żeby nie powiedzieć - nieużytki.
Nasz przyjaciel pracował właśnie w takiej instytucji i jedną z działek, nic
nam nie mówiąc, zarezerwował dla nas. Teoretycznie było to niedaleko
Warszawy, drobne siedemdziesiąt kilka kilometrów, nad Bugiem.
Już pierwsza wizyta na tym miejscu dostarczyła nam wielu wrażeń, niekoniecznie pozytywnych.
Wpierw przejazd w poprzek przez całą Warszawę, potem kilkadziesiąt km
zatłoczoną szosą, wreszcie skręt w leśną drogę, piaszczystą, nieutwardzoną
Ta droga wynosiła 4 km i była świetna do spacerów ale wymuszała na kierowcy halsowanie, żeby się nie zakopać w piachu. Potem "kawałek" w prawo, przez coś jakby dużą piaskownicę, potem w lewo, po 1 km minąć wieś zostawiając ją po lewej i dalej prosto ze 2 km, drogą polną.
I tu już zaczynały się działki, czyli ogrodzone pole. Okazało się,że działki mają już coś ponad rok i wszyscy ich właściciele, oprócz nas, już coś na nich zdziałali. U niektórych już stały domki, u innych jakieś chatki, działki były od siebie oddzielone małymi żywopłotami, które łatwo można było pokonać górą.
Uwagę moją przykuł fakt, że wszystkie domki miały niezwykle wysokie
podmurówki, niektóre wręcz dwumetrowe. Rzecz wyjaśniła się wkrótce -
Bug, jako rzeka nieuregulowana, regularnie wylewał, najczęściej rozlewisko miało kilka, a czasami kilkanaście km długości. Ta wielka piaskownica, którą pokonywaliśmy po wyjezdzie z lasu była właśnie pamiątką po wiosennej powodzi.
Działki, które leżały zaledwie pół km od rzeki były zalewane regularnie i cały ten teren był pokryty półtorametrową warstwą wody.
Drugie ponure odkrycie - na calutkim terenie rosło tylko jedno, jedyne stare
drzewo i to akurat na ewentualnie naszej działce. Drugą "atrakcją" tej działki
był dół - pozostałość po wybieraniu gliny, co zdaniem naszych przyjaciół
dawało nam szansę na posiadanie własnego oczka wodnego lub - basenu.
I byłby to nawet niezły basen- nie tyle o dużej powierzchni, co o sporej głębokości.
Jedynym miłym dla mnie akcentem był młodnik, w którym można było codziennie rano zbierać maślaki. I był poza terenem działek.
A wszystko to było w okresie, gdy jeszcze w Polsce nie było wolnych
sobót, jako że budowa socjalizmu szła pełną parą.
No a my, dwa podłe indywidua, typowe bachory betonowej dżungli, wcale
nie mieliśmy ochoty na posiadanie działki.
Argumenty moje, że : nie jestem amatorem grzebania w ziemi, nie znam się
na uprawie czegokolwiek a na mój widok nawet kwiaty doniczkowe mrą, że jestem leniwa i robota w drugim domu nie jest moim marzeniem, że każda
mucha, giez czy inne paskudztwo przyprawia mnie o histerię - zupełnie do
nikogo (oprócz mego męża) nie trafiały.
Argument, że nie mamy zamiaru spędzać na działce każdego urlopu też im
wydawał się dziwny.
W końcu dyskusja stanęła na dziwnej argumentacji -nie bo nie i nie ma o
czym gadać.
W kilka lat pózniej ich córka telefonowała do mnie z prośbą bym wytłumaczyła
jej "starym", że ona chce w niedzielę być w Warszawie, bo na tej działce to
można kota dostać.
Ja tak bardzo nie lubię działek, że nawet jako gość nie lubię na nich bywać.
Czemu? - nie bo nie.
P.S.
Jak ktoś chce, niech zajrzy na drugi blog.
niedziela, 9 sierpnia 2015
Coś na ten gorący letni wieczór
Dopiero całkiem niedawno doszłam do wniosku, że ta piosenka ma
całkiem ładne słowa. Na dowód -tekst na filmiku.
I wiecie co, świetnie się to tańczy.
całkiem ładne słowa. Na dowód -tekst na filmiku.
I wiecie co, świetnie się to tańczy.
sobota, 8 sierpnia 2015
Niektórzy......
......na wakacjach:
Krasnale wraz z rodzicami są na wakacjach w krainie starych
zamków i dzielnych rycerzy, czyli w Kornwalii.
Nie rozumiem tylko dlaczego ten rycerz podróżuje samochodem
a nie konno.
Z przesłanej wiadomości wynika, że Kornwalia jest piękna, a teraz
przenieśli się do Walii i tu jest "jeszcze piękniej", jak to ujęło moje
dziecko.
Mam nadzieję, że gdy wrócą do rzeczywistości to zostanę
zasypana zdjęciami z tamtych stron i będą się nadawały do
pokazania na blogu.
Krasnale wraz z rodzicami są na wakacjach w krainie starych
zamków i dzielnych rycerzy, czyli w Kornwalii.
Nie rozumiem tylko dlaczego ten rycerz podróżuje samochodem
a nie konno.
Z przesłanej wiadomości wynika, że Kornwalia jest piękna, a teraz
przenieśli się do Walii i tu jest "jeszcze piękniej", jak to ujęło moje
dziecko.
Mam nadzieję, że gdy wrócą do rzeczywistości to zostanę
zasypana zdjęciami z tamtych stron i będą się nadawały do
pokazania na blogu.
środa, 5 sierpnia 2015
Coś dla odpoczynku od upału
A Wy, lubicie gdy jednocześnie świeci słońce i pada deszcz?
Ja tak, wtedy zawsze ukazuje się tęcza.
poniedziałek, 3 sierpnia 2015
Wstydliwy temat
W naszej, polskiej rzeczywistości, jest bardzo wiele wstydliwych tematów, ale dziś padło na starość - nie dziwcie się, spojrzałam na swój PESEL i omal nie
padłam, aż policzyć trudno.
Wszyscy, gdy tylko zaczerpniemy pierwszy nasz haust powietrza zaczynamy,
niezależnie od swej woli, wędrować ku śmierci.
Jednym ta wędrówka zajmuje wiele, wiele lat, niektórym znacznie mniej i często kończy się dość niespodziewanie.
Tych często nazywają inni szczęściarzami- odchodzą nagle i niespodziewanie, często w pełni sił i omijają ich niedogodności wieku starczego. A tych, jak
powszechnie wiadomo, jest multum.
Komórki organizmu się starzeją, sił systematycznie ubywa, mięśnie okrężne,
mięśnie poprzecznie prążkowane i gładkie wiotczeją i pomału wszystko zaczyna nawalać,łącznie z naszym wspaniałym komputerem, czyli mózgiem.
Są na świecie kraje, w których o tych wszystkich problemach związanych
ze starzeniem się organizmu rozmawia się normalnie, jak o pogodzie,
zakupach, zdrowiu, chorobach, lub miłości.
Oczywiście nie rozmawiają o tym dzieci i młodzież, ale ludzie w tzw. średnim wieku - każdy ma jakąś wizję swojej starości.
W większości krajów tak się dzieje, że młode pokolenie opuszcza dom
rodzinny i często/gęsto mieszka dość daleko od rodziców, nie tylko
w innej miejscowości ale i w innym kraju. Mieszkają po prostu tam , gdzie mają dobrą pracę i w swoim mniemaniu lepsze warunki życia.
U nas taka sytuacja wszystkich przygnębia i tzw. "słoiki" są nazywani
biedakami, bo pracują daleko od rodzinnego domu i raz na tydzień pokonują
np. trasę Radom-Warszawa lub Łódz- Warszawa.
W innych krajach Europy tacy ludzie noszą miano przedsiębiorczych, a często
pokonują znacznie większą odległość, np. trasę Mediolan- Monachium.
Rodzice zostają sami i sami muszą się mierzyć ze swymi problemami, których
z każdym rokiem przybywa. Nadchodzi jednak chwila, gdy oboje, lub jedno
z rodziców musi być w specjalistycznej placówce opiekuńczej, bo nikt
z rodziny nie może im zapewnić 24-godzinnej fachowej opieki.
Bo mycie, karmienie i inne zabiegi pielęgnacyjne z reguły przekraczają
możliwości członków rodziny, choć z pozoru są proste.
Ale opiekując się starym człowiekiem sama miłość do niego to nieco za
mało by tę opiekę sprawować. Dobrze gdy nasz staruszek/staruszka jest
wątłą chudzinką, ale nawet ważącą zaledwie 50 kg osobę nie jest łatwo
wypąpać, gdy łazienka ma tylko wannę z dostępem z jednej strony.
Europa starzeje się niemiłosiernie, przybywa ludzi starych, reprodukcja
wszędzie nawala i młodych jest coraz mniej.
Osobiście uważam, że to nie jest wielki powód do zmartwienia- chyba lepiej mieć społeczeństwo mniej liczne a za to "lepsze gatunkowo".
Wszędzie w Europie opieka nad ludzmi starymi zaczyna być problemem
z którym muszą się mierzyć władze.
W jednych państwach jest ona zorganizowana lepiej, w innych gorzej. Nasz
kraj wlecze się w ogonie tego problemu, bo tak naprawdę to nie ma u nas
żadnego rozwiązania systemowego.
A problem narasta, bo ludzi starych, niedołężnych wciąż przybywa.
Nie łudzcie się - nawet w tak bogatym ( z naszego punktu widzenia) kraju
jak Niemcy opieka nad ludzmi starymi kosztuje- z darmowej opieki może skorzystać jedynie osoba, która naprawdę jest pozbawiona pieniędzy i jakiejkolwiek rodziny. Jeśli opieka społeczna dotrze choć by do "skrawka" rodziny to skrupulatnie wyliczy ile "ten skrawek rodziny" musi zapłacić
za opiekę nad staruszką/staruszkiem- jednym słowem rodzina musi ponieść część kosztów opieki. A rodzina to nie tylko dzieci ale również rodzeństwo i
kuzyni, nawet typu "dziesiąta woda po kisielu".
Poza tym to lekarz rodzinny decyduje w wielu przypadkach, że pacjent wymaga już całodobowego dozoru i daje skierowanie do placówki specjalistycznej.
Oczywiście placówki opiekuńcze są różne- luksusowe i mniej luksusowe,
często są to swego rodzaju "wioski", w których są blisko siebie
usytuowane różnego rodzaju placówki - np. kompleks domków dla
małżeństw , które jeszcze są w pewnym zakresie samowystarczalne, ale korzystają z dostarczanych posiłków i mają w razie potrzeby zapewnioną
opiekę pielęgniarską i medyczną.
Część to rodzaj pensjonatu, w którym z reguły są osoby już samotne i
wreszcie część niemal szpitalna, gdzie są pacjenci, którzy prawie nie
opuszczają łóżek. Generalnie wszystkie ośrodki są w rękach prywatnych.
A u nas - po pierwsze panuje przekonanie, że oddanie do specjalistycznej
placówki matki lub ojca jest czynem wprost nieludzkim. I wierzcie mi -
często barierą wcale nie są pieniądze, ale właśnie takie przekonanie.
Do tego dochodzi jeszcze lęk "co ludzie powiedzą na to, że oddaję tatę
lub mamę do domu opieki?!"
I wiecie co - właśnie przez takie ogólnopolskie nastawienie problem ludzi
starych i chorych, wymagających opieki, wciąż w Polsce nie może
doczekać się rozwiązań systemowych.
A tak naprawdę powinniśmy się domagać, by było jak najwięcej placówek
opiekuńczych o zróżnicowanym standardzie (w sensie wyposażenia) ale
z właściwym standardem opieki.
Ale również całkiem niezłym rozwiązaniem jest powstawanie budynków z mieszkaniami dla ludzi starszych. I wtedy wszystkie mieszkania są projektowane bez barier architektonicznych, co stwarza możliwość
poruszania się ludzi starych na wózku lub w specjalnym "chodziku". Poza
tym w budynkach tych jest mini centrum pomocy medycznej i recepcja
połączona "gorącą linią" ze wszystkimi mieszkaniami.
Z dziesięć lat temu był projekt budowy takiego właśnie domu tuż pod
Warszawą, ale niestety nic z tego nie wyszło.
Brak było właśnie rozwiązania systemowego, bo u nas mało kogo stać na
wykupienie nowego mieszkania bez sprzedaży dotychczasowego.
Rzecz padła "w zarodku", skończyło się na pięknie wydanym folderze.
Wiem z własnego doświadczenia jak iluzoryczna jest opieka w domu nad
starym, mało kontaktowym już człowiekiem, gdy osoba opiekująca się
musi codziennie chodzić do pracy, robić zakupy, gotować obiady oraz
w nocy spać. Tak naprawdę to osoba podopieczna jest ok. 10 -12 godzin sama w domu, skazana na własne, nie zawsze najlepsze pomysły.
Zawsze jest szansa, że wraca się do domu i na podłodze będzie leżała
już od kilku godzin babcia, której zakręciło się w głowie, upadła i złamała
szyjkę kości udowej więc nie ma sposobu by się podniosła.
Poza tym średnia życia ludzi się wydłużyła i często jest tak, że matką-
staruszką, dobiegającą 90 wiosny życia opiekuje się jej córka, młodsza
zaledwie o lat dwadzieścia i posiadająca pełen wachlarz chorób i sama
wymagająca opieki.
I to nie jest wcale sytuacja wydumana a niestety z życia wzięta.
Powstaje u nas coraz więcej różnych komercyjnych domów opieki -
są prowadzone między innymi przez różne zgrupowania zakonne i przez
osoby fizyczne. Często ich właściciele sami pracowali w takiej placówce
w którymś z krajów europejskich i dobrze wiedzą jak taki ośrodek powinien
być prowadzony, by spełniał swoje zadanie.
Jestem psychicznie przygotowana na to, że w pewnym momencie już nie
dam sobie sama rady i będę musiała skorzystać z usług takiego ośrodka.
Bo mimo wszystko nie wyobrażam sobie, bym mogła obciążyć swoje dziecko
opieką nade mną w sensie fizycznym, by była świadkiem mej całkowitej
degrendolady fizycznej i psychicznej.
Fakt, że ja jej kiedyś zmieniałam pieluchy nie świadczy o tym, że ona
powinna kiedyś zmieniać mi pampersy i wysłuchiwać bredni zdziecinniałego
mózgu.
A skąd na to wezmę środki - no cóż, sprzedam swoje mieszkanie, bo moja
emerytura z całą pewnością nie wystarczy.
padłam, aż policzyć trudno.
Wszyscy, gdy tylko zaczerpniemy pierwszy nasz haust powietrza zaczynamy,
niezależnie od swej woli, wędrować ku śmierci.
Jednym ta wędrówka zajmuje wiele, wiele lat, niektórym znacznie mniej i często kończy się dość niespodziewanie.
Tych często nazywają inni szczęściarzami- odchodzą nagle i niespodziewanie, często w pełni sił i omijają ich niedogodności wieku starczego. A tych, jak
powszechnie wiadomo, jest multum.
Komórki organizmu się starzeją, sił systematycznie ubywa, mięśnie okrężne,
mięśnie poprzecznie prążkowane i gładkie wiotczeją i pomału wszystko zaczyna nawalać,łącznie z naszym wspaniałym komputerem, czyli mózgiem.
Są na świecie kraje, w których o tych wszystkich problemach związanych
ze starzeniem się organizmu rozmawia się normalnie, jak o pogodzie,
zakupach, zdrowiu, chorobach, lub miłości.
Oczywiście nie rozmawiają o tym dzieci i młodzież, ale ludzie w tzw. średnim wieku - każdy ma jakąś wizję swojej starości.
W większości krajów tak się dzieje, że młode pokolenie opuszcza dom
rodzinny i często/gęsto mieszka dość daleko od rodziców, nie tylko
w innej miejscowości ale i w innym kraju. Mieszkają po prostu tam , gdzie mają dobrą pracę i w swoim mniemaniu lepsze warunki życia.
U nas taka sytuacja wszystkich przygnębia i tzw. "słoiki" są nazywani
biedakami, bo pracują daleko od rodzinnego domu i raz na tydzień pokonują
np. trasę Radom-Warszawa lub Łódz- Warszawa.
W innych krajach Europy tacy ludzie noszą miano przedsiębiorczych, a często
pokonują znacznie większą odległość, np. trasę Mediolan- Monachium.
Rodzice zostają sami i sami muszą się mierzyć ze swymi problemami, których
z każdym rokiem przybywa. Nadchodzi jednak chwila, gdy oboje, lub jedno
z rodziców musi być w specjalistycznej placówce opiekuńczej, bo nikt
z rodziny nie może im zapewnić 24-godzinnej fachowej opieki.
Bo mycie, karmienie i inne zabiegi pielęgnacyjne z reguły przekraczają
możliwości członków rodziny, choć z pozoru są proste.
Ale opiekując się starym człowiekiem sama miłość do niego to nieco za
mało by tę opiekę sprawować. Dobrze gdy nasz staruszek/staruszka jest
wątłą chudzinką, ale nawet ważącą zaledwie 50 kg osobę nie jest łatwo
wypąpać, gdy łazienka ma tylko wannę z dostępem z jednej strony.
Europa starzeje się niemiłosiernie, przybywa ludzi starych, reprodukcja
wszędzie nawala i młodych jest coraz mniej.
Osobiście uważam, że to nie jest wielki powód do zmartwienia- chyba lepiej mieć społeczeństwo mniej liczne a za to "lepsze gatunkowo".
Wszędzie w Europie opieka nad ludzmi starymi zaczyna być problemem
z którym muszą się mierzyć władze.
W jednych państwach jest ona zorganizowana lepiej, w innych gorzej. Nasz
kraj wlecze się w ogonie tego problemu, bo tak naprawdę to nie ma u nas
żadnego rozwiązania systemowego.
A problem narasta, bo ludzi starych, niedołężnych wciąż przybywa.
Nie łudzcie się - nawet w tak bogatym ( z naszego punktu widzenia) kraju
jak Niemcy opieka nad ludzmi starymi kosztuje- z darmowej opieki może skorzystać jedynie osoba, która naprawdę jest pozbawiona pieniędzy i jakiejkolwiek rodziny. Jeśli opieka społeczna dotrze choć by do "skrawka" rodziny to skrupulatnie wyliczy ile "ten skrawek rodziny" musi zapłacić
za opiekę nad staruszką/staruszkiem- jednym słowem rodzina musi ponieść część kosztów opieki. A rodzina to nie tylko dzieci ale również rodzeństwo i
kuzyni, nawet typu "dziesiąta woda po kisielu".
Poza tym to lekarz rodzinny decyduje w wielu przypadkach, że pacjent wymaga już całodobowego dozoru i daje skierowanie do placówki specjalistycznej.
Oczywiście placówki opiekuńcze są różne- luksusowe i mniej luksusowe,
często są to swego rodzaju "wioski", w których są blisko siebie
usytuowane różnego rodzaju placówki - np. kompleks domków dla
małżeństw , które jeszcze są w pewnym zakresie samowystarczalne, ale korzystają z dostarczanych posiłków i mają w razie potrzeby zapewnioną
opiekę pielęgniarską i medyczną.
Część to rodzaj pensjonatu, w którym z reguły są osoby już samotne i
wreszcie część niemal szpitalna, gdzie są pacjenci, którzy prawie nie
opuszczają łóżek. Generalnie wszystkie ośrodki są w rękach prywatnych.
A u nas - po pierwsze panuje przekonanie, że oddanie do specjalistycznej
placówki matki lub ojca jest czynem wprost nieludzkim. I wierzcie mi -
często barierą wcale nie są pieniądze, ale właśnie takie przekonanie.
Do tego dochodzi jeszcze lęk "co ludzie powiedzą na to, że oddaję tatę
lub mamę do domu opieki?!"
I wiecie co - właśnie przez takie ogólnopolskie nastawienie problem ludzi
starych i chorych, wymagających opieki, wciąż w Polsce nie może
doczekać się rozwiązań systemowych.
A tak naprawdę powinniśmy się domagać, by było jak najwięcej placówek
opiekuńczych o zróżnicowanym standardzie (w sensie wyposażenia) ale
z właściwym standardem opieki.
Ale również całkiem niezłym rozwiązaniem jest powstawanie budynków z mieszkaniami dla ludzi starszych. I wtedy wszystkie mieszkania są projektowane bez barier architektonicznych, co stwarza możliwość
poruszania się ludzi starych na wózku lub w specjalnym "chodziku". Poza
tym w budynkach tych jest mini centrum pomocy medycznej i recepcja
połączona "gorącą linią" ze wszystkimi mieszkaniami.
Z dziesięć lat temu był projekt budowy takiego właśnie domu tuż pod
Warszawą, ale niestety nic z tego nie wyszło.
Brak było właśnie rozwiązania systemowego, bo u nas mało kogo stać na
wykupienie nowego mieszkania bez sprzedaży dotychczasowego.
Rzecz padła "w zarodku", skończyło się na pięknie wydanym folderze.
Wiem z własnego doświadczenia jak iluzoryczna jest opieka w domu nad
starym, mało kontaktowym już człowiekiem, gdy osoba opiekująca się
musi codziennie chodzić do pracy, robić zakupy, gotować obiady oraz
w nocy spać. Tak naprawdę to osoba podopieczna jest ok. 10 -12 godzin sama w domu, skazana na własne, nie zawsze najlepsze pomysły.
Zawsze jest szansa, że wraca się do domu i na podłodze będzie leżała
już od kilku godzin babcia, której zakręciło się w głowie, upadła i złamała
szyjkę kości udowej więc nie ma sposobu by się podniosła.
Poza tym średnia życia ludzi się wydłużyła i często jest tak, że matką-
staruszką, dobiegającą 90 wiosny życia opiekuje się jej córka, młodsza
zaledwie o lat dwadzieścia i posiadająca pełen wachlarz chorób i sama
wymagająca opieki.
I to nie jest wcale sytuacja wydumana a niestety z życia wzięta.
Powstaje u nas coraz więcej różnych komercyjnych domów opieki -
są prowadzone między innymi przez różne zgrupowania zakonne i przez
osoby fizyczne. Często ich właściciele sami pracowali w takiej placówce
w którymś z krajów europejskich i dobrze wiedzą jak taki ośrodek powinien
być prowadzony, by spełniał swoje zadanie.
Jestem psychicznie przygotowana na to, że w pewnym momencie już nie
dam sobie sama rady i będę musiała skorzystać z usług takiego ośrodka.
Bo mimo wszystko nie wyobrażam sobie, bym mogła obciążyć swoje dziecko
opieką nade mną w sensie fizycznym, by była świadkiem mej całkowitej
degrendolady fizycznej i psychicznej.
Fakt, że ja jej kiedyś zmieniałam pieluchy nie świadczy o tym, że ona
powinna kiedyś zmieniać mi pampersy i wysłuchiwać bredni zdziecinniałego
mózgu.
A skąd na to wezmę środki - no cóż, sprzedam swoje mieszkanie, bo moja
emerytura z całą pewnością nie wystarczy.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
