......ostrego dżemu, czyli czatneju (chutney).
W kuchni indyjskiej są dwa podstawowe czatneje- pomidorowy i
z jabłek.
Czatnej pomidorowy :
składniki:
a)1kg pomidorów
i
b) 3 szklanki gotowego przecieru pomidorowego
3 łyżki klarowanego masła,
3 łyżki cukru trzcinowego,
1 łyżeczka soli,
1/2 łyżeczki kminku,
1 łyżeczka anyżu,
1 łyżeczka ostrej, mielonej papryki,
1 łyżeczka mielonej kolendry.
Wykonanie:
Pozbawić pomidory skórki wrzucając je do wrzątku na 3-5 minut.
Po tym czasie ostudzić je zimną wodą i obrać ze skórki.
Pokroić w kawałki i zostawić na sitku na pół godziny by ociekły.
W rondlu rozpuścić masło klarowane, następnie wrzucić pokrojone
pomidory, chwilę je smażyć. Teraz dodać przecier pomidorowy,
i wszystkie pozostałe składniki.
Gotować na malutkim ogniu często mieszając, aż do osiągnięcia
konsystencji gęstego dżemu.
Gorący czatnej nakładamy do wyparzonych słoików,zakręcamy,
odwracamy słoiki dnem do góry i pozostawiamy do ostygnięcia.
Czatnej jabłkowy
1kg jabłek (antonówki)
25 dag dowolnych jabłek
1 szklanka wody
1/2 szklanki cukru ( ja używam trzcinowy)
1/2 łyżeczki kminku
1 łyżeczka chili,
cynamon, gozdziki i kurkuma - zależnie od naszych upodobań.
Wykonanie:
Pokroić jabłka, usunąć gniazda nasienne, gotować z wodą,
często mieszając (ok. 35 minut)
Pozostałe jabłka obrać, pokroić na kawałki, obsmażyć na
2 łyżkach masła klarowanego.
Do ugotowanego już przecieru jabłkowego dodać cukier,
przyprawy, obsmażone jabłka i gotować do odparowania wody.
Często mieszać, żeby nie przypalić.
Gorącą masę wkładamy do wyparzonych słoików, zakręcamy,
stawiamy dnem do góry aż do wystygnięcia.
Tym samym sposobem możemy zrobić czatnej z innych owoców,
np. z gruszek, śliwek, moreli agrestu lub z ich mieszanek.
Czatneje są dodatkami do drugich dań.
Czatnej pomidorowy jest świetnym dodatkiem do makaronu.
Wczoraj upichciłam eksperyment kulinarny, czyli dziwny czatnej:
wpierw usmażyłam na maśle klarowanym duuużo cebuli cukrowej,
do niej dodałam pokrojoną w kostkę kalarepkę.
Podlałam nieco wodą, a gdy kalarepka się zagotowała dodałam
pokrojone w kostkę jabłka,o wdzięcznej nazwie ananasy, przyprawę
curry madras, cukier trzcinowy, sól i wszystko razem gotowałam aż
do chwili zgęstnienia.
Na koniec dodałam 3 łyżeczki octu balsamicznego.
Niestety niewiele mi pozostało do napełnienia słoików - po pierwsze
wszystko robiłam "na oko", więc wciąż próbowałam, a gdy już było
gotowe, to nałożyłam sobie sporą porcję na talerz, zamiast zwykłego
obiadu.
Jestem pewna, że ten nieco dziwny czatnej nie doczeka zimy.
drewniana rzezba
czwartek, 3 września 2015
sobota, 29 sierpnia 2015
Skutki upału....
....bywają różne.
Przeważnie szkodzą te upały zdrowiu, mnie chyba głównie
psychicznemu.
No i tak mnie od tych upałów skołowało, że siedziałam i dłubałam
na drutach i szydełkiem chustę :
Szydełkiem oczywiście tylko ją obrębiałam, a całość jest
robiona samymi prawymi oczkami po obu stronach.
*****
Dostałam wczoraj 350 zdjęć z Kornwalii i Walii. Oczywiście nie są
opisane i mam podejrzenie, że nie prędko uda mi się dowiedzieć
które są z Walii a które z Kornwalii.
Generalnie ogromnie cała wyprawa podobała się moim dzieciom-
i tym dużym i Krasnalom.
Byli zaskoczeni ogrodami kornwalijskimi, z których większość jest
bardzo stara i uprawiane są w nich rośliny z zupełnie innych stref
klimatycznych, np. w przydomowym ogródku rosną palmy,które
wyglądają jak olbrzymia juka 3 m wysokości. A paprocie to nie
są tak jak u nas 50cm wysokości a minimum metrowej. Poza tym
wszędzie dookoła królują żywopłoty, oczywiście wszystkie równo
przycięte. W obu tych krainach króluje zieleń, jest mnóstwo
bardzo starych kamiennych budowli, które są przez swych
właścicieli starannie pielęgnowane a wnętrza przystosowane do
współczesnych wymogów.
Oni mieszkali w Walii w wybudowanej kamiennej stodole z XVIIw.
Ów dom miał własny ogród, na tyłach domu "letnią jadalnię" i
z każdej strony piękne widoki - z jednej na dość odległe morze,
z drugiej na odległe pasma górskie.
Robili codziennie spore wycieczki, albo wzdłuż klifów brzegiem
morza w czasie odpływu albo wytyczoną trasą grzbietem klifów.
Dzieciaki robiły dzielnie po kilka kilometrów, a raz nawet 10, chociaż
córka podejrzewa, że więcej, bo oni tak się zachowują jak psy,
więc z pewnością zrobili tych kilometrów więcej.
Dzieciakom podobało się wszystko, a zwłaszcza starszemu.
Gdy uda mi się opanować tę zdjęciową orgię, to co ciekawsze tu
wrzucę.
Przeważnie szkodzą te upały zdrowiu, mnie chyba głównie
psychicznemu.
No i tak mnie od tych upałów skołowało, że siedziałam i dłubałam
na drutach i szydełkiem chustę :
Szydełkiem oczywiście tylko ją obrębiałam, a całość jest
robiona samymi prawymi oczkami po obu stronach.
*****
Dostałam wczoraj 350 zdjęć z Kornwalii i Walii. Oczywiście nie są
opisane i mam podejrzenie, że nie prędko uda mi się dowiedzieć
które są z Walii a które z Kornwalii.
Generalnie ogromnie cała wyprawa podobała się moim dzieciom-
i tym dużym i Krasnalom.
Byli zaskoczeni ogrodami kornwalijskimi, z których większość jest
bardzo stara i uprawiane są w nich rośliny z zupełnie innych stref
klimatycznych, np. w przydomowym ogródku rosną palmy,które
wyglądają jak olbrzymia juka 3 m wysokości. A paprocie to nie
są tak jak u nas 50cm wysokości a minimum metrowej. Poza tym
wszędzie dookoła królują żywopłoty, oczywiście wszystkie równo
przycięte. W obu tych krainach króluje zieleń, jest mnóstwo
bardzo starych kamiennych budowli, które są przez swych
właścicieli starannie pielęgnowane a wnętrza przystosowane do
współczesnych wymogów.
Oni mieszkali w Walii w wybudowanej kamiennej stodole z XVIIw.
Ów dom miał własny ogród, na tyłach domu "letnią jadalnię" i
z każdej strony piękne widoki - z jednej na dość odległe morze,
z drugiej na odległe pasma górskie.
Robili codziennie spore wycieczki, albo wzdłuż klifów brzegiem
morza w czasie odpływu albo wytyczoną trasą grzbietem klifów.
Dzieciaki robiły dzielnie po kilka kilometrów, a raz nawet 10, chociaż
córka podejrzewa, że więcej, bo oni tak się zachowują jak psy,
więc z pewnością zrobili tych kilometrów więcej.
Dzieciakom podobało się wszystko, a zwłaszcza starszemu.
Gdy uda mi się opanować tę zdjęciową orgię, to co ciekawsze tu
wrzucę.
czwartek, 27 sierpnia 2015
Paranty nadziewane warzywami
Paranty to nadziewane placki- mogą być samodzielnym daniem albo
dodatkiem do innych potraw.
Składniki:
Ciasto:
225 g mąki razowej,
1/2 łyżeczki soli,
200 ml wody,
100 g klarowanego masła + 2łyżki do smażenia.
Nadzienie:
3 średnie ziemniaki,
1/2 łyżeczki kurkumy,
1 łyżeczka przyprawy garam masala (łagodnej),
1 łyżeczka świeżego posiekanego drobno imbiru,
świeże listki kolendry, ew. natki,
pół strączka zielonego chili b.drobno posiekanego.
Wykonanie:
W misce mieszamy mąkę, wodę, sól,rozpuszczone masło
i zagniatamy ciasto.
Zagniecione ciasto dzielimy na 8 równych porcji. Każdą z nich
rozwałkowujemy na stolnicy posypanej mąką na cienki placuszek.
Smarujemy każdy placuszek niewielka ilością rozpuszczonego
masła i zwijamy w rulonik .
Rulonik spłaszczamy palcami i formujemy z niego okrąg.
Teraz każdy z placuszków ponownie rozwałkowujemy, tworząc
placek o średnicy 18 cm.
W tzw. międzyczasie gotujemy do miękkości ziemniaki.
Ugotowane odparowujemy i ugniatamy na miazgę.
Wszystkie przyprawy+imbir, kolendrę chili mieszamy i łączymy z
ugniecionymi ziemniakami. Dokładnie mieszamy.
Na połowie ilości placków umieszczamy ok. łzyki
ziemniaków z przyprawami i przykrywamy drugim placuszkiem,
brzegi dokładnie zlepiamy-najwygodniej widelcem.
Na patelni rozgrzewamy klarowane masło, delikatnie kładziemy na
nim placki i smażymy na złoto brązowy kolor.
Podajemy gorące.
*****
Chlebek z mąki z ciecierzycy, który uwielbiam
Składniki:
100g mąki razowej,
75g mąki z ciecierzycy, (jest w sklepach ze zdrową żywnością)
1/2 łyżeczki soli,
1 mała cebula,
świeże listki kolendry lub natki,drobno posiekane,
1 strąk zielonego chili drobno posiekany,
150 ml wody,
2 łyżki klarowanego masła
Wykonanie:
Obie mąki przesiać do dużej miski, dodać sól.
Posiekać cebulę, chili i kolendrę, dodać do mąki i dobrze wymieszać.
Wlać wodę i zagnieść ciasto. Przykryć i odstawić na 15 minut.
Po tym czasie ciasto wyjąć z miski i ugniatać 5-7 minut.
Podzielic na 8 równych porcji.
Każda z porcji rozwałkować na palcki o sredn. ok 18 cm.
Placki smażyć na patelni na średnim ogniu, każdy placek przewrócić
trzy razy i za kazdym razem smarować go masłem.
Podawać gorące.
*****
Podpłomyki ciapati
Składniki:
225 dag mąki razowej,
1/2 łyżeczki soli,
200 ml wody.
Wykonanie:
Do dużej miski wsypać mąkę i sól, wymieszać.
Zrobić w niej dołek i stopniowo dolewać wodę, mieszając palcami.
Na koniec zagnieść miękkie ciasto.
Przełożyć na stolnicę i ugniatać 7-10 minut.
Podzielić na 10-12 porcji i rozwałkować na cienkie placki.
Patelnie b. mocno rozgrzać (bez tłuszczu), zredukować ogień do
średniego i kolejno układać na patelni placki. Gdy pojawią się
na nich pęcherzyki powietrza przewrócić na druga stronę,
powtarzając czynność dwa razy.
Po zdjęciu z patelni układać jeden na drugim , by za szybko nie ostygły.
No to do dzieła, to naprawdę nie jest trudne.
W mąkę z ciecierzycy można się również zaopatrzyć w sklepach
internetowych.
Garam masalę można upolować w Lidlu lub w stoiskach z żywnością
azjatycką.
dodatkiem do innych potraw.
Składniki:
Ciasto:
225 g mąki razowej,
1/2 łyżeczki soli,
200 ml wody,
100 g klarowanego masła + 2łyżki do smażenia.
Nadzienie:
3 średnie ziemniaki,
1/2 łyżeczki kurkumy,
1 łyżeczka przyprawy garam masala (łagodnej),
1 łyżeczka świeżego posiekanego drobno imbiru,
świeże listki kolendry, ew. natki,
pół strączka zielonego chili b.drobno posiekanego.
Wykonanie:
W misce mieszamy mąkę, wodę, sól,rozpuszczone masło
i zagniatamy ciasto.
Zagniecione ciasto dzielimy na 8 równych porcji. Każdą z nich
rozwałkowujemy na stolnicy posypanej mąką na cienki placuszek.
Smarujemy każdy placuszek niewielka ilością rozpuszczonego
masła i zwijamy w rulonik .
Rulonik spłaszczamy palcami i formujemy z niego okrąg.
Teraz każdy z placuszków ponownie rozwałkowujemy, tworząc
placek o średnicy 18 cm.
W tzw. międzyczasie gotujemy do miękkości ziemniaki.
Ugotowane odparowujemy i ugniatamy na miazgę.
Wszystkie przyprawy+imbir, kolendrę chili mieszamy i łączymy z
ugniecionymi ziemniakami. Dokładnie mieszamy.
Na połowie ilości placków umieszczamy ok. łzyki
ziemniaków z przyprawami i przykrywamy drugim placuszkiem,
brzegi dokładnie zlepiamy-najwygodniej widelcem.
Na patelni rozgrzewamy klarowane masło, delikatnie kładziemy na
nim placki i smażymy na złoto brązowy kolor.
Podajemy gorące.
*****
Chlebek z mąki z ciecierzycy, który uwielbiam
Składniki:
100g mąki razowej,
75g mąki z ciecierzycy, (jest w sklepach ze zdrową żywnością)
1/2 łyżeczki soli,
1 mała cebula,
świeże listki kolendry lub natki,drobno posiekane,
1 strąk zielonego chili drobno posiekany,
150 ml wody,
2 łyżki klarowanego masła
Wykonanie:
Obie mąki przesiać do dużej miski, dodać sól.
Posiekać cebulę, chili i kolendrę, dodać do mąki i dobrze wymieszać.
Wlać wodę i zagnieść ciasto. Przykryć i odstawić na 15 minut.
Po tym czasie ciasto wyjąć z miski i ugniatać 5-7 minut.
Podzielic na 8 równych porcji.
Każda z porcji rozwałkować na palcki o sredn. ok 18 cm.
Placki smażyć na patelni na średnim ogniu, każdy placek przewrócić
trzy razy i za kazdym razem smarować go masłem.
Podawać gorące.
*****
Podpłomyki ciapati
Składniki:
225 dag mąki razowej,
1/2 łyżeczki soli,
200 ml wody.
Wykonanie:
Do dużej miski wsypać mąkę i sól, wymieszać.
Zrobić w niej dołek i stopniowo dolewać wodę, mieszając palcami.
Na koniec zagnieść miękkie ciasto.
Przełożyć na stolnicę i ugniatać 7-10 minut.
Podzielić na 10-12 porcji i rozwałkować na cienkie placki.
Patelnie b. mocno rozgrzać (bez tłuszczu), zredukować ogień do
średniego i kolejno układać na patelni placki. Gdy pojawią się
na nich pęcherzyki powietrza przewrócić na druga stronę,
powtarzając czynność dwa razy.
Po zdjęciu z patelni układać jeden na drugim , by za szybko nie ostygły.
No to do dzieła, to naprawdę nie jest trudne.
W mąkę z ciecierzycy można się również zaopatrzyć w sklepach
internetowych.
Garam masalę można upolować w Lidlu lub w stoiskach z żywnością
azjatycką.
środa, 26 sierpnia 2015
Curry...
...... czyli coś wegetariańskiego.
Ogólnie biorąc curry "nie jedną ma twarz" .
Na straganach pokazała się dynia, więc można zrobić curry z dyni.
Składniki:
2 średnie cebule pokrojone w plasterki,
pół łyżeczki kminku (może być mielony lub w całości)
45 dag obranej ze skórki i pokrojonej w kostkę dyni- może
być ta zwykła żółta, lub zielona,
1 łyżeczka drobno posiekanego świeżego imbiru,
1 łyżeczka zmiażdżonego świeżego czosnku ,
1/2 łyżeczki soli,
300 ml wody.
Wykonanie:
Na patelni rozgrzać masło klarowane i usmażyć na rumiano cebulę
wraz z kminkiem. Dodać dynię i smażyć dalej na małym ogniu 3-5
minut, ciągle mieszając. Dodać imbir, czosnek i sól, wymieszać.
Wlać wodę i dusić na małym ogniu 15 minut, kilka razy zamieszać.
Przełożyć na półmisek i podawać z pieczywem.
*****
Następnym szybkim daniem jest curry z jajek.
Składniki:
1 średnia cebula pokrojona w plastry,
1/2 łyżeczki chili w proszku,
1/2 łyżeczki świeżego imbiru drobno posiekanego,
1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku,
4 jajka,lekko rozbełtane,
jeden twardy pomidor pokrojony w plastry,
świeże listki kolendry.
Wykonanie:
W rondlu rozgrzać klarowane masło i zeszklić na nim cebulę.
Dodać imbir, czosnek i chili i smażyć minutę, ciągle mieszać.
Dodać jajka i pomidor i smażyć do chwili ścięcia się jajek, stale
mieszać.
Przełożyć na półmisek posypać listkami kolendry, podawać gorące
z pieczywem. Ja posypuję listkami pietruszki zielonej.
Oba przepisy są dla 2 osób.
Jak zauważyliście nie ma tu wcale przyprawy o nazwie CURRY.
Po prostu w nomenklaturze indyjskiej curry to mieszanka różnych
składników i przypraw.
A gdy się nieco ochłodzi postaram się namówić Was na zrobienie
parantów nadziewanych jarzynami. Pychota, wierzcie mi.
Ogólnie biorąc curry "nie jedną ma twarz" .
Na straganach pokazała się dynia, więc można zrobić curry z dyni.
Składniki:
2 średnie cebule pokrojone w plasterki,
pół łyżeczki kminku (może być mielony lub w całości)
45 dag obranej ze skórki i pokrojonej w kostkę dyni- może
być ta zwykła żółta, lub zielona,
1 łyżeczka drobno posiekanego świeżego imbiru,
1 łyżeczka zmiażdżonego świeżego czosnku ,
1/2 łyżeczki soli,
300 ml wody.
Wykonanie:
Na patelni rozgrzać masło klarowane i usmażyć na rumiano cebulę
wraz z kminkiem. Dodać dynię i smażyć dalej na małym ogniu 3-5
minut, ciągle mieszając. Dodać imbir, czosnek i sól, wymieszać.
Wlać wodę i dusić na małym ogniu 15 minut, kilka razy zamieszać.
Przełożyć na półmisek i podawać z pieczywem.
*****
Następnym szybkim daniem jest curry z jajek.
Składniki:
1 średnia cebula pokrojona w plastry,
1/2 łyżeczki chili w proszku,
1/2 łyżeczki świeżego imbiru drobno posiekanego,
1/2 łyżeczki zmiażdżonego czosnku,
4 jajka,lekko rozbełtane,
jeden twardy pomidor pokrojony w plastry,
świeże listki kolendry.
Wykonanie:
W rondlu rozgrzać klarowane masło i zeszklić na nim cebulę.
Dodać imbir, czosnek i chili i smażyć minutę, ciągle mieszać.
Dodać jajka i pomidor i smażyć do chwili ścięcia się jajek, stale
mieszać.
Przełożyć na półmisek posypać listkami kolendry, podawać gorące
z pieczywem. Ja posypuję listkami pietruszki zielonej.
Oba przepisy są dla 2 osób.
Jak zauważyliście nie ma tu wcale przyprawy o nazwie CURRY.
Po prostu w nomenklaturze indyjskiej curry to mieszanka różnych
składników i przypraw.
A gdy się nieco ochłodzi postaram się namówić Was na zrobienie
parantów nadziewanych jarzynami. Pychota, wierzcie mi.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Obiecałam....
....więc pokazuję kilka zdjęć z Walii.
Bardzo się moim dzieciom podobało w Walii, ale na razie niewiele
znam szczegółów.
Mieszkali w tym domu, który widać na drugim zdjęciu. Dostałam
też nieco zdjęć chłopców, ale nie mogę ich pokazywać na blogu,
bo takie są względy bezpieczeństwa.
Jak się nad tym zastanowić to chyba racja - przecież blog jest
stroną dostępną wszystkim i naprawdę nie wiadomo komu ta strona
wpadnie w oczy.
Po co mają być pokarmem dla czyjejś chorej wyobrazni, prawda?
Obejrzawszy zdjęcia doszłam do wniosku, że dzieciaki bardzo urosły
i spoważniały.
Jak dowiem się więcej szczegółów i ciekawostek-oczywiście się
nimi z Wami podzielę.
Na razie córka jest na normalnym etapie po powrocie do domu- nie
wie w co wpierw ręce włożyć.
Czekam na to, by wreszcie przestało być upalnie, bo ogromnie mi
one nie służą, a temu oku z wylewem zwłaszcza.
Bardzo się moim dzieciom podobało w Walii, ale na razie niewiele
znam szczegółów.
Mieszkali w tym domu, który widać na drugim zdjęciu. Dostałam
też nieco zdjęć chłopców, ale nie mogę ich pokazywać na blogu,
bo takie są względy bezpieczeństwa.
Jak się nad tym zastanowić to chyba racja - przecież blog jest
stroną dostępną wszystkim i naprawdę nie wiadomo komu ta strona
wpadnie w oczy.
Po co mają być pokarmem dla czyjejś chorej wyobrazni, prawda?
Obejrzawszy zdjęcia doszłam do wniosku, że dzieciaki bardzo urosły
i spoważniały.
Jak dowiem się więcej szczegółów i ciekawostek-oczywiście się
nimi z Wami podzielę.
Na razie córka jest na normalnym etapie po powrocie do domu- nie
wie w co wpierw ręce włożyć.
Czekam na to, by wreszcie przestało być upalnie, bo ogromnie mi
one nie służą, a temu oku z wylewem zwłaszcza.
sobota, 22 sierpnia 2015
Z deszczu pod rynnę
Co jakiś czas spotykam na swej drodze osoby, które ilekroć coś
wybierają, zawsze zle trafią.
I gdyby to dotyczyło tylko kiepskiego wyboru sukienki czy też
nakrycia głowy, nikt by nad tym rąk nie załamywał.
Ale gdy sprawa dotyczy wyboru szkoły, kierunku studiów, drogi
życiowej a wreszcie męża - ręce najbliższych nie tyle się
załamują, co opadają bezwładnie.
Córka moich znajomych jest właśnie tak utalentowaną osobą -
nieomal każdy jej wybór to porażka.
Wiadomo- przedszkole i szkoła podstawowa- tu na szczęście
dzieci na ogół mają niewielki wybór, więc ten okres w jej życiu
nie zapowiadał żadnych niemiłych niespodzianek w przyszłości.
Pierwszego, dość istotnego wyboru musiało dziewczę dokonać
wybierając liceum. Oczywiście rodzice nie skąpili rad, ale dziewczę
wybrało jedno z renomowanych liceów, niestety w drugim końcu
miasta. Z drugiej strony może i nie był to bardzo zły wybór, wg.
rankingów to liceum zajmowało wysokie miejsce, bo duży procent
jego absolwentów dostawał się na studia.
A dziewczyna była zdolna i pracowita, więc została zapisana
do tej właśnie szkoły. Jezdziła więc w drugi koniec miasta a poza
tą szkołą, równolegle kontynuowała naukę w szkole muzycznej.
Od rana do wieczora była poza domem.
W pewnej chwili oświadczyła, że ona już nie ma siły, więc chce
przepisać się do liceum muzycznego, bo dla niej muzyka jest
najważniejsza. Ponieważ ten projekt nie znalazł w domu ani
krzty poparcia, bo rodzice sugerowali, że to raczej z liceum
muzycznego powinna zrezygnować, więc panienka w ramach
protestu uciekła z domu - niezbyt daleko, bo do własnej ciotki.
Z trudem ukończyła pierwszą klasę licealną, podkreślając swe
postanowienie jeszcze kilkoma ucieczkami z domu.
W następnym roku szkolnym była uczennicą liceum muzycznego.
W ostatniej klasie podjęła decyzję, że chce studiować pedagogikę
specjalną i zajmować się resocjalizacją.
Rodzice zgodzili się z jej wyborem. Zdała egzamin wstępny i
pierwsze trzy lata mijały w spokoju.
I nagle, panienka oświadczyła, że poczuła powołanie i wstępuje
do klasztoru, ale będzie nadal studiować, bo dostanie na to
zezwolenie.
Okres nowicjatu przebiegał gładko, panienka piała z zachwytu
jak miłe, kochane itp. itd. są siostry z jej Zgromadzenia.
Na pierwsze śluby zjechała cała rodzina, wszystkim bardzo się
ta uroczystość podobała. Ale co innego nowicjat, a co innego
się dzieje gdy już są złożone pierwsze śluby. Dostała zezwolenie
na kontynuowanie studiów, ale na kierunku teologicznym.
Resocjalizacja i kontakt z młodzieżą trudną lub przestępcami
nie był dla przyszłej zakonnicy wskazany.
Podjęła te studia - ale gdy zbliżał się termin złożenia drugich
ślubów, oświadczyła przełożonej, że ona wcale nie jest pewna
swego powołania i w tej sytuacji nie będzie składała ślubów,
które związałyby ją do końca życia z klasztorem.
Dotychczasowa względnie miła atmosfera zmieniła się.
Nasłuchała się pod swoim adresem całej gamy inwektyw.
Na pożegnanie otrzymała życzenia wszystkiego złego na dalszej
drodze życia.
W domu rodzice też nie podskakiwali z radości, w końcu nastawili
się, że córka ma powołanie do zakonu i nagła odmiana wytrąciła
ich nieco z błogostanu. Poza tym w międzyczasie zmienili mieszkanie
i powracająca z klasztoru córka nie miała już w domu rodziców
miejsca dla siebie by tam mieszkać na stałe.
Z dodatkowych atrakcji to nie miała ukończonych żadnych studiów,
ani tej pedagogiki specjalnej ani też teologii. I pracy też nie miała.
Choć w stolicy jest stosunkowo dużo miejsc pracy, to dla osoby
"zielonej", bez studiów pracy brakuje.
Dziewczę, razem z koleżanką która również zrezygnowała z zakonu,
wyjechały z W-wy. Podjęły wpierw pracę w jednej ze znanych sieci
fast foodu, wynajęły do spółki pokój i wspierając się wzajemnie
starały się ułożyć sobie jakoś życie. Obie wróciły do przerwanych
studiów, z tym, że córka znajomej kontynuowała teologię, ponieważ
ten kierunek miała bardziej zaawansowany.
Po jakimś czasie poznała miłego, młodego człowieka. Był od niej nieco
starszy, miał za sobą nieudane małżeństwo, za którego rozpad
obarczał swą teściową.
W skrócie wyglądało to tak, że żona za namową swej mamy, wyrzuciła
go z domu, który zbudowali jej rodzice i który był wyłączony ze
wspólnoty majątkowej małżonków.
Oczywiście panienka nie wpadła na pomysł, że wysłuchanie racji
tylko jednej ze stron nie da jej pełnego obrazu sytuacji.
Po roku znajomości, w czasie której upewniała się w przekonaniu, że
jej wybranek jest cudownie dobrym i miłym człowiekiem, wzięli ślub.
No a to, że w tym czasie dwa razy zmieniał pracę, nie uruchomiło
w jej mózgu czerwonego, ostrzegawczego światełka.
Była tak zachwycona swym mężem, że zgadzała się, by on pod ich
wspólny , wynajęty dach, wziął dwoje swoich dzieci. Na szczęście
był ktoś, kto miał nieco więcej rozumu niż ona i sąd oddalił jego
wniosek.
W międzyczasie przekonała się, że z jakiegoś względu jej mąż nigdzie
nie mógł zagrzać dłużej miejsca.
Każda nowa praca po kilku miesiącach kończyła się rozwiązaniem
umowy.
Poza tym okazało się, że on jest ścigany przez komornika, bo od czasu
rozwodu zaledwie kilka razy uregulował kwotę należnych alimentów.
Zastanawiałyśmy się ostatnio z jej matką, jak to się dzieje, że osoba
zdolna, wykształcona, znająca prefect trzy języki i aktualnie ucząca
się kolejnego, dokonuje w życiu tak kiepskich wyborów.
wybierają, zawsze zle trafią.
I gdyby to dotyczyło tylko kiepskiego wyboru sukienki czy też
nakrycia głowy, nikt by nad tym rąk nie załamywał.
Ale gdy sprawa dotyczy wyboru szkoły, kierunku studiów, drogi
życiowej a wreszcie męża - ręce najbliższych nie tyle się
załamują, co opadają bezwładnie.
Córka moich znajomych jest właśnie tak utalentowaną osobą -
nieomal każdy jej wybór to porażka.
Wiadomo- przedszkole i szkoła podstawowa- tu na szczęście
dzieci na ogół mają niewielki wybór, więc ten okres w jej życiu
nie zapowiadał żadnych niemiłych niespodzianek w przyszłości.
Pierwszego, dość istotnego wyboru musiało dziewczę dokonać
wybierając liceum. Oczywiście rodzice nie skąpili rad, ale dziewczę
wybrało jedno z renomowanych liceów, niestety w drugim końcu
miasta. Z drugiej strony może i nie był to bardzo zły wybór, wg.
rankingów to liceum zajmowało wysokie miejsce, bo duży procent
jego absolwentów dostawał się na studia.
A dziewczyna była zdolna i pracowita, więc została zapisana
do tej właśnie szkoły. Jezdziła więc w drugi koniec miasta a poza
tą szkołą, równolegle kontynuowała naukę w szkole muzycznej.
Od rana do wieczora była poza domem.
W pewnej chwili oświadczyła, że ona już nie ma siły, więc chce
przepisać się do liceum muzycznego, bo dla niej muzyka jest
najważniejsza. Ponieważ ten projekt nie znalazł w domu ani
krzty poparcia, bo rodzice sugerowali, że to raczej z liceum
muzycznego powinna zrezygnować, więc panienka w ramach
protestu uciekła z domu - niezbyt daleko, bo do własnej ciotki.
Z trudem ukończyła pierwszą klasę licealną, podkreślając swe
postanowienie jeszcze kilkoma ucieczkami z domu.
W następnym roku szkolnym była uczennicą liceum muzycznego.
W ostatniej klasie podjęła decyzję, że chce studiować pedagogikę
specjalną i zajmować się resocjalizacją.
Rodzice zgodzili się z jej wyborem. Zdała egzamin wstępny i
pierwsze trzy lata mijały w spokoju.
I nagle, panienka oświadczyła, że poczuła powołanie i wstępuje
do klasztoru, ale będzie nadal studiować, bo dostanie na to
zezwolenie.
Okres nowicjatu przebiegał gładko, panienka piała z zachwytu
jak miłe, kochane itp. itd. są siostry z jej Zgromadzenia.
Na pierwsze śluby zjechała cała rodzina, wszystkim bardzo się
ta uroczystość podobała. Ale co innego nowicjat, a co innego
się dzieje gdy już są złożone pierwsze śluby. Dostała zezwolenie
na kontynuowanie studiów, ale na kierunku teologicznym.
Resocjalizacja i kontakt z młodzieżą trudną lub przestępcami
nie był dla przyszłej zakonnicy wskazany.
Podjęła te studia - ale gdy zbliżał się termin złożenia drugich
ślubów, oświadczyła przełożonej, że ona wcale nie jest pewna
swego powołania i w tej sytuacji nie będzie składała ślubów,
które związałyby ją do końca życia z klasztorem.
Dotychczasowa względnie miła atmosfera zmieniła się.
Nasłuchała się pod swoim adresem całej gamy inwektyw.
Na pożegnanie otrzymała życzenia wszystkiego złego na dalszej
drodze życia.
W domu rodzice też nie podskakiwali z radości, w końcu nastawili
się, że córka ma powołanie do zakonu i nagła odmiana wytrąciła
ich nieco z błogostanu. Poza tym w międzyczasie zmienili mieszkanie
i powracająca z klasztoru córka nie miała już w domu rodziców
miejsca dla siebie by tam mieszkać na stałe.
Z dodatkowych atrakcji to nie miała ukończonych żadnych studiów,
ani tej pedagogiki specjalnej ani też teologii. I pracy też nie miała.
Choć w stolicy jest stosunkowo dużo miejsc pracy, to dla osoby
"zielonej", bez studiów pracy brakuje.
Dziewczę, razem z koleżanką która również zrezygnowała z zakonu,
wyjechały z W-wy. Podjęły wpierw pracę w jednej ze znanych sieci
fast foodu, wynajęły do spółki pokój i wspierając się wzajemnie
starały się ułożyć sobie jakoś życie. Obie wróciły do przerwanych
studiów, z tym, że córka znajomej kontynuowała teologię, ponieważ
ten kierunek miała bardziej zaawansowany.
Po jakimś czasie poznała miłego, młodego człowieka. Był od niej nieco
starszy, miał za sobą nieudane małżeństwo, za którego rozpad
obarczał swą teściową.
W skrócie wyglądało to tak, że żona za namową swej mamy, wyrzuciła
go z domu, który zbudowali jej rodzice i który był wyłączony ze
wspólnoty majątkowej małżonków.
Oczywiście panienka nie wpadła na pomysł, że wysłuchanie racji
tylko jednej ze stron nie da jej pełnego obrazu sytuacji.
Po roku znajomości, w czasie której upewniała się w przekonaniu, że
jej wybranek jest cudownie dobrym i miłym człowiekiem, wzięli ślub.
No a to, że w tym czasie dwa razy zmieniał pracę, nie uruchomiło
w jej mózgu czerwonego, ostrzegawczego światełka.
Była tak zachwycona swym mężem, że zgadzała się, by on pod ich
wspólny , wynajęty dach, wziął dwoje swoich dzieci. Na szczęście
był ktoś, kto miał nieco więcej rozumu niż ona i sąd oddalił jego
wniosek.
W międzyczasie przekonała się, że z jakiegoś względu jej mąż nigdzie
nie mógł zagrzać dłużej miejsca.
Każda nowa praca po kilku miesiącach kończyła się rozwiązaniem
umowy.
Poza tym okazało się, że on jest ścigany przez komornika, bo od czasu
rozwodu zaledwie kilka razy uregulował kwotę należnych alimentów.
Zastanawiałyśmy się ostatnio z jej matką, jak to się dzieje, że osoba
zdolna, wykształcona, znająca prefect trzy języki i aktualnie ucząca
się kolejnego, dokonuje w życiu tak kiepskich wyborów.
środa, 19 sierpnia 2015
Mix
Nareszcie jest pogoda w sam raz dla mnie! Słońce świeci, wiaterek
wieje a temperatura sympatyczna i przyjazna.
Mam wielce mordercze zakusy względem NFZ i Min. Zdrowia za ich
super genialny pomysł wprowadzenia wymogu posiadania skierowania
na wizytę do okulisty lub dermatologa.
Zdaniem tych niedorobionych umysłowo pomysłodawców ten krok
miał zmniejszyć kolejki do specjalistów.
I zmniejszyły się, za to nagle zrobiły się kolejki do okulistów którzy
przyjmują odpłatnie.
Ostatnio miałam jakąś infekcję oka, poszłam do "pierwszego kontaktu"
po skierowanie , a p. doktor uznała, że wizyta u okulisty jest zbędna
i zapisała mi kropelki.
To było tydzień temu, a wczoraj dostałam w oku pięknego, krwawego
wylewu, więc zaraz idę do okulisty- prywatnie.
O ile kiedyś do prywatnego okulisty można było się dostać "z marszu",
to tym razem wczoraj już się nie załapałam na wizytę.
*****
Żal mi niezmiernie wszystkich uchodzców, rozumiem ich trudną
sytuację życiową, ale wciąż powraca mi na myśl pewna książka,
napisana 40 lat temu przez Jeana Raspail'a "Obóz Świętych".
Zaskakuje mnie jej niebywała aktualność i wynikająca z niej
konkluzja - Europa nie mogąca sobie poradzić z sytuacją napływu
uchodzców - umiera.
Jak na razie to rosną mury na różnych granicach, teraz przeciwko
tym spoza Europy, ale to już krok od tego, by zaczęto się bardzo
intensywnie zastanawiać czy aby wszyscy obywatele tego
kontynentu są godni tego, by być razem, bez granic, z możliwością
swobodnego przepływu pomiędzy państwami.
A tym, którzy choć trochę interesują się zdrowiem swoich i swych
bliskich, polecam książkę naturopaty p. Jerzego Zięby "UkryteTerapie.
Czego ci lekarz nie powie".
Nie jest to podręcznik medycyny, ani nie służy do diagnostyki ale
jest zbiorem informacji o różnych metodach leczenia, które u nas
często są nieznane. Autor jest dyplomowanym naturoterapeutą.
To nie jest zbiór teorii spiskowych ale zbiór informacji z różnych
czasopism medycznych i prac naukowych, których "zwykły"
śmiertelnik nie czyta. Śmiertelnik zwany lekarzem też najczęściej nie.
Lektura ta pomoże nam zastanowić się czy aby naprawdę jesteśmy
dobrze leczeni i pomoże zorientować się o czym porozmawiać z lekarzem
w trakcie wizyty lekarskiej. Ja to mam zamiar kupić tę książkę swemu
lekarzowi rodzinnemu - facet ma "otwartą głowę" , więc dobrze
wykorzysta jej zawartość. Bo to pozycja dla wszystkich -i lekarzy i
pacjentów.
*****
Właśnie wróciłam od okulistki - za wizytę zapłaciłam cenę o 30%
niższą od regularnej, z uwagi na status emerycki. Te 30% kwoty
pokrywa im NFZ. Wg mnie powinno być odwrotnie.
No cóż, starość nie radość, choć podobno i młodość nie wesele.
Dostałam kropelki z rutyną, rutinoscorbinę do łykania i wiadomość, że
w tym nie zalanym krwią oku będę miała za kilka lat zaćmę.
Gdy zapytałam się, czy mam już rejestrować się do szpitala, pani
z uśmiechem odrzekła : "eee, to taki stan, że nim się rozwinie to
może już nie będzie potrzebna operacja". No cóż, nic dodać, nic ująć.
Z zaleceń ogólnych mam: nie wychodzić z domu w upały, nie schylać
się, nie dzwigać i nie denerwować.
Naprawdę nie wychodziłam w upały, nie dzwigałam bo mam wózek na
zakupy, a tylko zdenerwowałam się przedwczoraj piekielnie.
Pozostaje mi tylko dostojnie leżeć lub siedzieć. Poezja życia, no nie?
Ale był też zabawny moment w tej przychodni -podeszłam do recepcji,
podaję swoje imię i nazwisko, pani patrzy w monitor kompa, potem na
mnie i wreszcie pyta: a ile właściwie ma pani lat? Wyciągam więc
dowodzik osobisty i pcham kobiecie przed oczy. Poczytała i mówi:
wyraznie ma pani sobowtóra, bo jest pacjentka o tym samym imieniu
i nazwisku, no ale ona ma 18 lat!
Mąż mój stoi obok, więc go szturcham i mówię: "no to ładnie, ładnie".
Pani recepcjonistka też się na niego patrzy i mówi :" i co pan na to?".
Zapłaciłam, idziemy poczekać pod gabinetem i nagle mam olśnienie-
Mój "sobowtór" to najwyrazniej albo pózna córka albo wnuczka
stryjecznego brata mego męża. Bo nikt inny w tym mieście nie ma
tego nazwiska. Bo nie sadzę, by stryjeczny brat mego męża zgłupiał
doszczętnie i ożenił się z osiemnastką.
Trochę mnie to rozbawiło, że czasem trzeba wybrać się prywatnie do
okulisty, by dowiedzieć się czegoś o rodzinie.
******
Wszystkich, którzy nie boją się myśleć samodzielnie i trzezwo
zapraszam do wizyty na tym blogu
wieje a temperatura sympatyczna i przyjazna.
Mam wielce mordercze zakusy względem NFZ i Min. Zdrowia za ich
super genialny pomysł wprowadzenia wymogu posiadania skierowania
na wizytę do okulisty lub dermatologa.
Zdaniem tych niedorobionych umysłowo pomysłodawców ten krok
miał zmniejszyć kolejki do specjalistów.
I zmniejszyły się, za to nagle zrobiły się kolejki do okulistów którzy
przyjmują odpłatnie.
Ostatnio miałam jakąś infekcję oka, poszłam do "pierwszego kontaktu"
po skierowanie , a p. doktor uznała, że wizyta u okulisty jest zbędna
i zapisała mi kropelki.
To było tydzień temu, a wczoraj dostałam w oku pięknego, krwawego
wylewu, więc zaraz idę do okulisty- prywatnie.
O ile kiedyś do prywatnego okulisty można było się dostać "z marszu",
to tym razem wczoraj już się nie załapałam na wizytę.
*****
Żal mi niezmiernie wszystkich uchodzców, rozumiem ich trudną
sytuację życiową, ale wciąż powraca mi na myśl pewna książka,
napisana 40 lat temu przez Jeana Raspail'a "Obóz Świętych".
Zaskakuje mnie jej niebywała aktualność i wynikająca z niej
konkluzja - Europa nie mogąca sobie poradzić z sytuacją napływu
uchodzców - umiera.
Jak na razie to rosną mury na różnych granicach, teraz przeciwko
tym spoza Europy, ale to już krok od tego, by zaczęto się bardzo
intensywnie zastanawiać czy aby wszyscy obywatele tego
kontynentu są godni tego, by być razem, bez granic, z możliwością
swobodnego przepływu pomiędzy państwami.
A tym, którzy choć trochę interesują się zdrowiem swoich i swych
bliskich, polecam książkę naturopaty p. Jerzego Zięby "UkryteTerapie.
Czego ci lekarz nie powie".
Nie jest to podręcznik medycyny, ani nie służy do diagnostyki ale
jest zbiorem informacji o różnych metodach leczenia, które u nas
często są nieznane. Autor jest dyplomowanym naturoterapeutą.
To nie jest zbiór teorii spiskowych ale zbiór informacji z różnych
czasopism medycznych i prac naukowych, których "zwykły"
śmiertelnik nie czyta. Śmiertelnik zwany lekarzem też najczęściej nie.
Lektura ta pomoże nam zastanowić się czy aby naprawdę jesteśmy
dobrze leczeni i pomoże zorientować się o czym porozmawiać z lekarzem
w trakcie wizyty lekarskiej. Ja to mam zamiar kupić tę książkę swemu
lekarzowi rodzinnemu - facet ma "otwartą głowę" , więc dobrze
wykorzysta jej zawartość. Bo to pozycja dla wszystkich -i lekarzy i
pacjentów.
*****
Właśnie wróciłam od okulistki - za wizytę zapłaciłam cenę o 30%
niższą od regularnej, z uwagi na status emerycki. Te 30% kwoty
pokrywa im NFZ. Wg mnie powinno być odwrotnie.
No cóż, starość nie radość, choć podobno i młodość nie wesele.
Dostałam kropelki z rutyną, rutinoscorbinę do łykania i wiadomość, że
w tym nie zalanym krwią oku będę miała za kilka lat zaćmę.
Gdy zapytałam się, czy mam już rejestrować się do szpitala, pani
z uśmiechem odrzekła : "eee, to taki stan, że nim się rozwinie to
może już nie będzie potrzebna operacja". No cóż, nic dodać, nic ująć.
Z zaleceń ogólnych mam: nie wychodzić z domu w upały, nie schylać
się, nie dzwigać i nie denerwować.
Naprawdę nie wychodziłam w upały, nie dzwigałam bo mam wózek na
zakupy, a tylko zdenerwowałam się przedwczoraj piekielnie.
Pozostaje mi tylko dostojnie leżeć lub siedzieć. Poezja życia, no nie?
Ale był też zabawny moment w tej przychodni -podeszłam do recepcji,
podaję swoje imię i nazwisko, pani patrzy w monitor kompa, potem na
mnie i wreszcie pyta: a ile właściwie ma pani lat? Wyciągam więc
dowodzik osobisty i pcham kobiecie przed oczy. Poczytała i mówi:
wyraznie ma pani sobowtóra, bo jest pacjentka o tym samym imieniu
i nazwisku, no ale ona ma 18 lat!
Mąż mój stoi obok, więc go szturcham i mówię: "no to ładnie, ładnie".
Pani recepcjonistka też się na niego patrzy i mówi :" i co pan na to?".
Zapłaciłam, idziemy poczekać pod gabinetem i nagle mam olśnienie-
Mój "sobowtór" to najwyrazniej albo pózna córka albo wnuczka
stryjecznego brata mego męża. Bo nikt inny w tym mieście nie ma
tego nazwiska. Bo nie sadzę, by stryjeczny brat mego męża zgłupiał
doszczętnie i ożenił się z osiemnastką.
Trochę mnie to rozbawiło, że czasem trzeba wybrać się prywatnie do
okulisty, by dowiedzieć się czegoś o rodzinie.
******
Wszystkich, którzy nie boją się myśleć samodzielnie i trzezwo
zapraszam do wizyty na tym blogu
Subskrybuj:
Posty (Atom)


