W niewielkiej syberyjskiej wiosce, w 1865 roku, przyszedł na świat Grigorij
Jefimowicz Nowych.
Nie było to jakieś doniosłe wydarzenie, nie biły z tej okazji dzwony, rodzina
była chłopska i tak naprawdę nic nie wiadomo o dzieciństwie Rasputina.
No może poza tym, że był analfabetą.
Podobno w wieku lat osiemnastu Rasputin miał wizję, po której postanowił
wstąpić do klasztoru w miejscowości Wierchoturie. Tam zetknął się z odłamem
religijnym chłystów- grupą łączącą mistycyzm z hedonizmem.
W klasztorze Rasputin przebywał tylko kilka miesięcy i został z niego
wydalony. Dlaczego? tak naprawdę nie wiadomo - może dlatego że Cerkiew
rosyjska uznała chłystów za odłam heretycki a może też i dlatego, że wtedy
jeszcze Rasputin był analfabetą, a może jego zachowanie w klasztorze było
jednym pasmem zachowań dziwnych, nie licujących z godnością zakonnika?
Bo chyba trudno jest akceptować kogoś kto z jednej strony modli się, biczuje
i umartwia a z drugiej pławi się w orgiach seksualnych.
Rasputin ożenił się, ale ani posiadanie żony ani dzieci nie zmieniło jego
bardzo wybujałych potrzeb seksualnych.
Nadal utrzymywał stosunki seksualne z wieloma kobietami i zapewne wiele
z nich miało z nim potomstwo.
W tym okresie swego życia Rasputin zaczął sobie zdawać sprawę z faktu, że
posiada dziwny dar- potrafi ulżyć ludziom chorym w ich cierpieniach choć
przecież nie był medykiem oraz wpływać na ich decyzje.
Był pewien, że te jego niezwykłe moce wynikają z jego wyczynów seksualnych
i tym chętniej i częściej "ćwiczył", organizując różne orgie, nawet we własnym
domu.
Żona, dzieci nie stanowiły dla niego żadnej przeszkody i gnany jakimś
wewnętrznym przymusem wyruszył w drogę- wędrował po rosyjskim cesarstwie
i nie tylko.
Wszędzie demonstrował swe zdolności paranormalne lecząc chorych- twierdził,
że środkiem leczniczym jest jego gorąca modlitwa.
Dość szybko jego sukcesy stały się głośne, a on sam trafił nawet do Jerozolimy,
gdzie demonstrował swe umiejętności dostojnikom religijnym.
Ci wszyscy, którym Rasputin pomógł w zwalczeniu choroby, obdarowywali go
pieniędzmi lub darami w naturze, jednocześnie rozgłaszając dookoła jego moc
jako uzdrowiciela religijnego.
Gdy powrócił do żony i dzieci był już znany w całym regionie.
I wtedy, w chwili gdy pracował na własnym polu, nawiedziła go kolejna wizja -
ujrzał Matkę Boską, która nakazała mu ratować życie małego carewicza
Aleksego Romanowa.
Młody carewicz Romanow cierpiał na hemofilię- wówczas schorzenie często
występujące w rodzinach królewskich, które były ze sobą blisko spokrewnione.
Nosicielkami wadliwego genu odpowiedzialnego za prawidłowe krzepnięcie
krwi były matki a obdarowywanymi - zawsze ich synowie.
Dziś jedna na dziesięć tysięcy osób jest chora na hemofilię,która ma aż trzy
warianty.
Posłuszny swej wizji Rasputin wyruszył do Sankt Petersburga. Z miejsca zasłynął
jako człowiek niezwykły, który potrafi skutecznie leczyć wszelakie choroby.
Rozsławił także swe wyczyny seksualne, wdając się w skandaliczne romanse
z rosyjskimi arystokratkami.
Mniej więcej po dwóch latach pobytu został przedstawiony na cesarskim dworze.
I tu udało mu się zatamować krwotok u małego carewicza. Zupełnie nie wiadomo
jak on to zrobił, ale fakt, że krwotok ustał - takiego cudu nie dokonał żaden
z lekarzy opiekujących się rodziną cesarską.
Caryca Aleksandra była wielce wdzięczna za uzdrowienie dziecka, któremu
lekarze przepowiadali rychły zgon. W jej odczuciu Rasputin był obdarzony boską
mocą, a czyn którego dokonał był odpowiedzią na jej błagalne modlitwy o zdrowie
syna.
Nie przeszkadzały jej krążące po mieście plotki o tym, że Rasputin jest pijakiem
i straszliwym rozpustnikiem, że wiele arystokratek jest jego kochankami.
Po ozdrowieniu carewicza, Rasputin opuszczając pałac ogłosił jedną ze swych
przepowiedni, twierdząc że los rodziny cesarskiej i jego, są ze sobą ściśle
związane.
Łaska cesarzowej zapewniła Rasputinowi poparcie licznych dostojników
kościelnych, a umiejętności wpływania na ich decyzje sprawiły, że zaczęto się
pozbywać osób, którym Rasputin nie podobał się.
Od roku 1911 Rsputin dostał od cara pozwolenie wyznaczania własnych
ministrów w rządzie carskim.
W 1915 roku car Mikołaj II przejął dowództwo nad rosyjskimi siłami zbrojnymi
walczącymi w I wojnie światowej, a samotnie rządząca państwem caryca
bardzo szybko wyznaczyła Rasputina na swojego osobistego doradcę.
Rasputin nie był mile widziany przez arystokrację - no bo jak- prosty cham,
pijak, rozpustnik- nagle został wyniesiony na osobistego doradcę carycy?
Co prawda przyznawali, że ma jakieś niebywałe zdolności leczenia wielu
dolegliwości, ale doszli do wniosku, że trzeba się Rasputina pozbyć, a jedynym
sposobem jest po prostu pozbawienie go życia.
Książę Feliks Jusupow, stojący na czele spisku mającego usunąć ze świata
Rasputina, zaprosił go do swej rezydencji, by przedstawić go swej żonie, która
słynęła z urody. Przygotowano dla niecodziennego gościa wino i ciasteczka -
wszystko nafaszerowane cyjankiem. Ilość trucizny była taka, że mogła bez
trudu wyprawić w zaświaty sześć osób.
Przy powitaniu poczęstowano "drogiego gościa" ciasteczkami i winem.
Co prawda Rasputin za ciastkami nie przepadał, ale chcąc być uprzejmym zjadł
kilka i zaraz popił obficie winem.
Daremnie książę czekał by Rasputin osunął się martwy na ziemię- dawka
trucizny, która mogłaby powalić kilka osób zupełnie nie działała na gościa.
Zdziwiony i zaskoczony książę pozostawił gościa na chwilę samego by rzekomo
przyspieszyć pojawienie się swej żony, a w rzeczywistości by naradzic się ze
swoimi równie zaskoczonymi przyjaciółmi co robić, bo trucizna na Rasputina nie
działa. Wręczono wtedy księciu pistolet by po prostu zastrzelił znienacka swego
gościa. Książę wrócił do Rasputina i z bliskiej odległości strzelił mu w pierś.
Rasputin osunął się na ziemię. Po dłuższej chwili książę i jego towarzysze
uznali, że tym razem "drogi gość nie żyje" i stanęli wokół leżącego by mu się
dokładniej przyjrzeć. I nagle Rasputin poderwał się i rzucił się na swoich
prześladowców. Mężczyzni zaczęli z nim walczyć i ranili ofiarę nożem by
się uwolnić z jego uścisku. Rasputin odepchnął ich i rzucił się do ucieczki.
Strzelono wtedy do niego po raz drugi a następnie spętano sznurami.
Chcąc mieć pewność, że tym razem pozbyli się swej ofiary na dobre, wrzucili
Rasputina do lodowatej Newy, płynącej obok pałacu.
Caryca była zrozpaczona utratą swego wiernego doradcy i powiernika.
Nakazała poszukiwania. Ciało znaleziono i przeprowadzono jego dokładne
badanie. Okazało się, że Rasputin zmarł z powodu utonięcia, choć zdołał się
uwolnić z krępujących go więzów i niewiele brakowało by wydostał się na brzeg
rzeki, choć rzucony był w sporej odległości od brzegu.
No i może nie byłoby w tym wszystkim nic nadzwyczajnego, ale dziewięć dni
wcześniej, 7 grudnia 1916 r. Rasputin napisał list zawierający przepowiednię,
która głosiła, że on nie dożyje Nowego Roku. Ponadto twierdził, że jeśli on
zostanie zabity przez zwykłego człowieka, rodzina cara przetrwa, ale jeśli
zginie z ręki arystokraty rodzina cara zginie w ciągu dwóch lat. A po dwudziestu
pięciu latach od śmierci cara, w Rosji nie ostanie się żaden arystokrata.
Jak wszyscy wiedzą z historii przepowiednia spełniła się w 100%.
Niewątpliwie Rasputin był wielce barwną postacią.
Dla tych, którzy doczytali do końca nagroda w postaci zdjęcia Rasputina.
Rasputin czyli Rozpustnik
drewniana rzezba
wtorek, 20 marca 2018
poniedziałek, 19 marca 2018
Hurra, hurra....
......właśnie wróciliśmy z badania technicznego TUV, które nasz samochodzik
przeszedł bez najmniejszego problemu.
W Berlinie są tylko dwa punkty TUV, które są upoważnione do przeprowadzania
badań technicznych samochodów celem uzyskania po raz pierwszy rejestracji
w Niemczech. Jeden na południu miasta, drugi na północy. Wybraliśmy ten
na południu, bo jest zdecydowanie bliżej nas.
Wprawdzie opózniło się ono o 20 minut i troszkę zmarzliśmy (jest -4, obłędne
słońce i silny wiatr), ale gdy wóz był przez pół godziny badany to już byliśmy
wtedy w cieplutkiej poczekalni. Badanie kosztowało 155 euro.
Teraz tylko go musimy ubezpieczyć, może nawet dziś po południu, a 23 b.m.
mamy zarezerwowany termin rejestracji w Urzędzie Komunikacji.
No to nieco odetchnęłam. Wprawdzie wiedziałam, że wóz jest w porządku,
ale nie wiedzieliśmy, czy to takie same badania jak w Polsce.
No bo Unia Unią, a jest jednak sporo różnic - choćby nawet te, o których
już pisałam, w zakresie ubezpieczenia.
Przy okazji zwiedziliśmy okolice starego lotniska Tempelhof . I znów
podziwiałam stare, piękne kamienice.
Nie wiem co się dziś działo, ale od samiutkiego rana jakieś straszliwe korki
na mieście - podejrzewam, że pewnie na autostradzie, której odcinki "robią"
za berlińską obwodnicę, są jakieś prace drogowe, bo nawet poranna droga do
szkoły była "drogą przez mękę" w obie strony.
No to idę się polenić- poczytam o Rasputinie to, czego jeszcze nie wiem
i jeśli będzie to coś ciekawego i dziwnego- napiszę Wam.
przeszedł bez najmniejszego problemu.
W Berlinie są tylko dwa punkty TUV, które są upoważnione do przeprowadzania
badań technicznych samochodów celem uzyskania po raz pierwszy rejestracji
w Niemczech. Jeden na południu miasta, drugi na północy. Wybraliśmy ten
na południu, bo jest zdecydowanie bliżej nas.
Wprawdzie opózniło się ono o 20 minut i troszkę zmarzliśmy (jest -4, obłędne
słońce i silny wiatr), ale gdy wóz był przez pół godziny badany to już byliśmy
wtedy w cieplutkiej poczekalni. Badanie kosztowało 155 euro.
Teraz tylko go musimy ubezpieczyć, może nawet dziś po południu, a 23 b.m.
mamy zarezerwowany termin rejestracji w Urzędzie Komunikacji.
No to nieco odetchnęłam. Wprawdzie wiedziałam, że wóz jest w porządku,
ale nie wiedzieliśmy, czy to takie same badania jak w Polsce.
No bo Unia Unią, a jest jednak sporo różnic - choćby nawet te, o których
już pisałam, w zakresie ubezpieczenia.
Przy okazji zwiedziliśmy okolice starego lotniska Tempelhof . I znów
podziwiałam stare, piękne kamienice.
Nie wiem co się dziś działo, ale od samiutkiego rana jakieś straszliwe korki
na mieście - podejrzewam, że pewnie na autostradzie, której odcinki "robią"
za berlińską obwodnicę, są jakieś prace drogowe, bo nawet poranna droga do
szkoły była "drogą przez mękę" w obie strony.
No to idę się polenić- poczytam o Rasputinie to, czego jeszcze nie wiem
i jeśli będzie to coś ciekawego i dziwnego- napiszę Wam.
sobota, 17 marca 2018
Tyle na świecie.....
....rzeczy dziwnych, że aż strach.
A z aktualnych dziwnych to np.moje boje o zaświadczenia o bezszkodowości.
Trochę to karkołomne zadanie, bo np. Warta, w której też kiedyś mieliśmy
ubezpieczoną bryczkę, wymagała podania nr. rejestracyjnego samochodu.
Tak się złożyło,że akurat pamiętałam numery dwóch samochodów, więc je
podałam. I nawet w ciągu dwóch dni dostałam odpowiedz, która wprawiła nas
w lekki stupor, bo oprócz tych dwóch samochodów, na zaświadczeniu figuruje
również bryczka, która nigdy nie była przez nas ubezpieczana w Warcie, a na
dodatek okres ubezpieczenia obejmował... 2 miesiące.
Następny kwiatek jest rodem z PZU - w trakcie rozmowy zapewniono nas, że
oni odszukają w archiwum całą historię naszych ubezpieczeń, wystarczy podać
tylko imię, nazwisko, pesel.
No i podali- to co my już mamy, czyli tylko ostatnie 5 lat. No nic, ręce opadają.
Gdybym była przesądna to pomyślałabym, że wisi nad nami klątwa jakiejś
nieżyczliwej osoby.
Zupełnie jak nad samochodem marki Porsche Spyder, którego właścicielem był
James Dean, amerykański aktor filmowy.
Ci co już bardzo młodzi nie są zapewne Deana pamiętają, choć zagrał zaledwie
w kilku filmach i bardzo młodo przeniósł się w spektakularny sposób w zaświaty
30 września 1955 roku, w zaledwie 2 tygodnie po nabyciu tego właśnie
samochodu.
Tak właśnie wyglądał model Porsche Spyder z 1955 roku
Porsche Spyder był modelem wyścigowym, a James Dean miał zamiar brać
udział właśnie w wyścigach samochodowych. Swojemu nowemu nabytkowi
nadał imię "Mały Drań", wypisał je na karoserii wozu i z dumą prezentował
samochód znajomym i przyjaciołom.
Ale nikt ze znajomych Deana nie był zachwycony tym zakupem, bo znając
nawyki jego nowego właściciela i prędkość jaką mógł osiągać samochód
podejrzewali, że może dojść do wypadku.
No i doszło - Dean zderzył się czołowo z innym samochodem- aktor zginął.
a drugi kierowca doznał tylko kilku drobnych skaleczeń i zadrapań, wyszedł
z wypadku cało.
A to zdjęcie Porsche Spyder, rozbitego już przez Deana. Aż dziw, że
drugi kierowca wyszedł z wypadku cało.
Mało kto wiedział, że nim samochód znalazł się w sali wystawowej Competition
Motors, kilku mechaników szykujących samochód na wystawę doznało drobnych
ale niemiłych okaleczeń- jeden złamania kciuka, który dziwnym trafem uwiązł
w drzwiach samochodu, inny, pracujący przy silniku, zwykłych skaleczeń.
Wrak "Małego Drania" kupił mechanik Georgie Barris, ten, który przygotowywał
samochód dla aktora.
Silnik samochodu był nienaruszony, Barris naprawił drobne usterki, powymieniał
różne części i sprzedał go entuzjaście wyścigów samochodowych, doktorowi
Williamowi F.Eschrichowi.
Jeden z przyjaciół Eschricha, doktor Carl Mc Henry postanowił kupić oś rozbitego
porsche, bo Barris sprzedawał również inne, ocalałe części z rozbitego samochodu,
miedzy innymi i tylne opony.
Gdy obaj lekarze podczas pierwszego wyścigu testowali swe nowe nabytki, doszło
do dwóch wypadków- samochód Eschricha dachował po wejściu w zakręt, jego
kierowca przeżył wprawdzie wypadek, ale został sparaliżowany.
Doktor Mc Henry stracił panowanie nad kierownicą i zginął uderzając w drzewo.
W dwa dni pózniej, kierowca, który kupił od Barrisa opony "Małego Drania"
cudem uszedł z życiem, bo podczas wyścigu obie opony nagle pękły.
Barri , do którego ponownie trafił "Mały drań" postanowił przeznaczyć go na
jakiś cel dobroczynny.
Wydzierżawił go kalifornijskim służbom patrolującym autostrady i tak "Mały drań"
trafił do garażu, gdzie stały i inne samochody służby patrolowej.
Niedługo potem w garażu, z niewyjaśnionych przyczyn, wybuchł pożar, w którym
niemal wszystkie samochody poważnie ucierpiały- oprócz "Małego Drania".
Wkrótce potem, w trakcie przewozu porsche na lawecie, miało miejsce bardzo
dziwne zdarzenie. Lawetę prowadził bardzo doświadczony kierowca, George
Barhuis. Nagle ciężarówka wpadła na mokrej nawierzchni w poślizg i rozbiła
się, a kierowca wypadł z szoferki. Przeżył ten upadek, ale w chwilę potem
również nieco rozbity "Mały drań" spadł z lawety wprost na leżącego jeszcze
kierowcę i zmiażdżył go.
W czwartą rocznicę tragicznej śmierci Jamesa Deana "Małego Drania"ustawiono
jako eksponat na dużej wystawie, na specjalnym podium.
Gdy pewien nastolatek z Detroit z wielkim zainteresowaniem oglądał samochód,
nagle, bez ostrzeżenia, podium zawaliło się, a samochód spadł na nogi chłopca.
Kilka tygodni pózniej znów załadowano "Małego Drania" na lawetę, a ten z niej
spadł rozbijając się na drodze i powodując poważne zranienia kilku osób.
Niedługo po tym wypadku samochód znów był na wystawie, tym razem
w Nowym Orleanie i w trakcie pokazu rozleciał się na części.
Próbowano go złożyć z powrotem, ale tym razem interweniował Barris i zażyczył
sobie, by wszystkie części załadowano w ciężarówkę i przywieziono do jego
garażu w Kalifornii.
Gdy już na miejscu otwarto kontener okazało się, że jest pusty, samochód przepadł.
Nie wiadomo co się z nim stało i nigdy go nie odnaleziono, choć starannie
poszukiwano.
Jedno jest pewne - nadając imię dziecku, psu, ukochanemu zwierzątku uważajcie,
bo tych kilka liter ma wpływ na życie i losy dziecka, zwierzątka, lub przedmiotu.
P.S.
Właśnie czytam "do poduszki" książkę "Największe tajemnice spraw mrocznych,
upiornych i niewyjaśnionych". Sporo tu całkiem ciekawych autentycznych
historyjek.
Miłego weekendu Wszystkim życzę.
A z aktualnych dziwnych to np.moje boje o zaświadczenia o bezszkodowości.
Trochę to karkołomne zadanie, bo np. Warta, w której też kiedyś mieliśmy
ubezpieczoną bryczkę, wymagała podania nr. rejestracyjnego samochodu.
Tak się złożyło,że akurat pamiętałam numery dwóch samochodów, więc je
podałam. I nawet w ciągu dwóch dni dostałam odpowiedz, która wprawiła nas
w lekki stupor, bo oprócz tych dwóch samochodów, na zaświadczeniu figuruje
również bryczka, która nigdy nie była przez nas ubezpieczana w Warcie, a na
dodatek okres ubezpieczenia obejmował... 2 miesiące.
Następny kwiatek jest rodem z PZU - w trakcie rozmowy zapewniono nas, że
oni odszukają w archiwum całą historię naszych ubezpieczeń, wystarczy podać
tylko imię, nazwisko, pesel.
No i podali- to co my już mamy, czyli tylko ostatnie 5 lat. No nic, ręce opadają.
Gdybym była przesądna to pomyślałabym, że wisi nad nami klątwa jakiejś
nieżyczliwej osoby.
Zupełnie jak nad samochodem marki Porsche Spyder, którego właścicielem był
James Dean, amerykański aktor filmowy.
Ci co już bardzo młodzi nie są zapewne Deana pamiętają, choć zagrał zaledwie
w kilku filmach i bardzo młodo przeniósł się w spektakularny sposób w zaświaty
30 września 1955 roku, w zaledwie 2 tygodnie po nabyciu tego właśnie
samochodu.
Tak właśnie wyglądał model Porsche Spyder z 1955 roku
Porsche Spyder był modelem wyścigowym, a James Dean miał zamiar brać
udział właśnie w wyścigach samochodowych. Swojemu nowemu nabytkowi
nadał imię "Mały Drań", wypisał je na karoserii wozu i z dumą prezentował
samochód znajomym i przyjaciołom.
Ale nikt ze znajomych Deana nie był zachwycony tym zakupem, bo znając
nawyki jego nowego właściciela i prędkość jaką mógł osiągać samochód
podejrzewali, że może dojść do wypadku.
No i doszło - Dean zderzył się czołowo z innym samochodem- aktor zginął.
a drugi kierowca doznał tylko kilku drobnych skaleczeń i zadrapań, wyszedł
z wypadku cało.
A to zdjęcie Porsche Spyder, rozbitego już przez Deana. Aż dziw, że
drugi kierowca wyszedł z wypadku cało.
Mało kto wiedział, że nim samochód znalazł się w sali wystawowej Competition
Motors, kilku mechaników szykujących samochód na wystawę doznało drobnych
ale niemiłych okaleczeń- jeden złamania kciuka, który dziwnym trafem uwiązł
w drzwiach samochodu, inny, pracujący przy silniku, zwykłych skaleczeń.
Wrak "Małego Drania" kupił mechanik Georgie Barris, ten, który przygotowywał
samochód dla aktora.
Silnik samochodu był nienaruszony, Barris naprawił drobne usterki, powymieniał
różne części i sprzedał go entuzjaście wyścigów samochodowych, doktorowi
Williamowi F.Eschrichowi.
Jeden z przyjaciół Eschricha, doktor Carl Mc Henry postanowił kupić oś rozbitego
porsche, bo Barris sprzedawał również inne, ocalałe części z rozbitego samochodu,
miedzy innymi i tylne opony.
Gdy obaj lekarze podczas pierwszego wyścigu testowali swe nowe nabytki, doszło
do dwóch wypadków- samochód Eschricha dachował po wejściu w zakręt, jego
kierowca przeżył wprawdzie wypadek, ale został sparaliżowany.
Doktor Mc Henry stracił panowanie nad kierownicą i zginął uderzając w drzewo.
W dwa dni pózniej, kierowca, który kupił od Barrisa opony "Małego Drania"
cudem uszedł z życiem, bo podczas wyścigu obie opony nagle pękły.
Barri , do którego ponownie trafił "Mały drań" postanowił przeznaczyć go na
jakiś cel dobroczynny.
Wydzierżawił go kalifornijskim służbom patrolującym autostrady i tak "Mały drań"
trafił do garażu, gdzie stały i inne samochody służby patrolowej.
Niedługo potem w garażu, z niewyjaśnionych przyczyn, wybuchł pożar, w którym
niemal wszystkie samochody poważnie ucierpiały- oprócz "Małego Drania".
Wkrótce potem, w trakcie przewozu porsche na lawecie, miało miejsce bardzo
dziwne zdarzenie. Lawetę prowadził bardzo doświadczony kierowca, George
Barhuis. Nagle ciężarówka wpadła na mokrej nawierzchni w poślizg i rozbiła
się, a kierowca wypadł z szoferki. Przeżył ten upadek, ale w chwilę potem
również nieco rozbity "Mały drań" spadł z lawety wprost na leżącego jeszcze
kierowcę i zmiażdżył go.
W czwartą rocznicę tragicznej śmierci Jamesa Deana "Małego Drania"ustawiono
jako eksponat na dużej wystawie, na specjalnym podium.
Gdy pewien nastolatek z Detroit z wielkim zainteresowaniem oglądał samochód,
nagle, bez ostrzeżenia, podium zawaliło się, a samochód spadł na nogi chłopca.
Kilka tygodni pózniej znów załadowano "Małego Drania" na lawetę, a ten z niej
spadł rozbijając się na drodze i powodując poważne zranienia kilku osób.
Niedługo po tym wypadku samochód znów był na wystawie, tym razem
w Nowym Orleanie i w trakcie pokazu rozleciał się na części.
Próbowano go złożyć z powrotem, ale tym razem interweniował Barris i zażyczył
sobie, by wszystkie części załadowano w ciężarówkę i przywieziono do jego
garażu w Kalifornii.
Gdy już na miejscu otwarto kontener okazało się, że jest pusty, samochód przepadł.
Nie wiadomo co się z nim stało i nigdy go nie odnaleziono, choć starannie
poszukiwano.
Jedno jest pewne - nadając imię dziecku, psu, ukochanemu zwierzątku uważajcie,
bo tych kilka liter ma wpływ na życie i losy dziecka, zwierzątka, lub przedmiotu.
P.S.
Właśnie czytam "do poduszki" książkę "Największe tajemnice spraw mrocznych,
upiornych i niewyjaśnionych". Sporo tu całkiem ciekawych autentycznych
historyjek.
Miłego weekendu Wszystkim życzę.
poniedziałek, 12 marca 2018
Berlińskie święte krowy.....
......czyli rowerzyści.
W piątek rano, gdy odwoziłam starszego Krasnala do szkoły, na moich oczach
wydarzył się wypadek.
Właśnie dojeżdżałam do skrzyżowania, na którym miałam skręcić w prawo, gdy
dosłownie z 10 m ode mnie rowerzysta zderzył się z samochodem.
Samochód jechał jeszcze dość wolno, bo ruszył przed momentem spod świateł
i ja odnotowałam w swej świadomości tylko to, że ten rowerzysta jedzie
stanowczo zbyt blisko samochodu a nie w przepisowej od niego odległości
1 metra.
I w momencie gdy to pomyślałam rowerzysta " otarł się" o ten samochód,
jednocześnie lądując na ulicy. Na szczęście był w kasku, ale i tak nie mógł się
o własnych siłach podnieść.
Dziewczyna prowadząca samochód oczywiście w momencie tego ich przytarcia
się natychmiast zahamowała, na pomoc ruszyli przechodnie, a ja pojechałam
z dzieckiem do szkoły.Po ujechaniu mniej więcej 150m widziałam, że w stronę
tego feralnego skrzyżowania już jechała na sygnale policja.
Gdy w 20 minut potem wracałam tą samą trasą to na skrzyżowaniu, już przy
chodniku stał ten pechowy samochód, w nim siedziała zapłakana młoda
kobieta, przy niej stała policjantka i karetka pogotowia. Rowerzysta został
zapewne już odwieziony do pobliskiego szpitala.
O ile zachwycam się tu uprzejmością berlińskich kierowców, to rowerzyści
berlińscy mnie przerażają. Nie na każdej ulicy są ścieżki rowerowe- to raz.
Dwa- te ścieżki są często wymodzone z części chodnika, który nie zawsze jest
na tyle szeroki, żeby swobodnie mogły się na nim poruszać jednocześnie
dwie osoby. Trzy - przy skrzyżowaniach ścieżki rowerowe łączą się z jezdnią
stanowiąc jej fragment , więc wszyscy użytkownicy powinni zachowywać
uwagę, ale tę uwagę zachowują tylko kierowcy samochodów - rowerzyści mają
kierowców samochodów głęboko w tyle. Przechodniów również.
Pomyślałam, że to nawet nieżle, że Krasnal widział ten wypadek- mam nadzieję,
że ten widok dobrze mu unaocznił jak bardzo trzeba uważać jeżdżąc rowerem
ulicami miasta.
Idzie wiosna i lada dzień rowery ruszą w miasto - już się boję tych jazd pośród
zupełnie nieodpowiedzialnych rowerzystów.
Kilka ostatnich dni spędziłam na "studiowaniu" różnic w ubezpieczeniach
samochodów w Polsce i tutaj.
Różnica dość zasadnicza - w Polsce wysokość ubezpieczenia OC zależy od
pojemności silnika i jest ujęta w tabelach.
W Niemczech ubezpieczenie OC zależy od tego, czy kierowca ma staż jazdy
bezwypadkowej. Im dłuższy staż jazdy bezwypadkowej tym większa zniżka
w ubezpieczeniu OC. No i żeby było śmieszniej do OC dochodzi podatek
drogowy.
W Polsce staż jazdy bezwypadkowej jest ważny tylko przy ubezpieczeniu AC.
No i jesteśmy "załatwieni odmownie", bo choć przez te wszystkie lata mieliśmy
chyba z 9 samochodów i ani jednego wypadku, to były one kupowane na
przemian - raz właścicielem był mąż, a raz ja, co sprawia, że żadne z nas nie ma
bardzo długiego okresu bezwypadkowego, brak jest ciągłości. Zabawne, prawda?
Mój zięć, który w życiu nie był właścicielem samochodu, ale który był wpisany
jako kierowca samochodu swej mamy, ma już spory staż bezwypadkowy i dzięki
temu w wypożyczalni samochodów ma zniżkę jako "bezwypadkowy kierowca".
No cóż, co kraj to obyczaj.
Z tej okazji naszły mnie myśli ile to jeszcze jest w UE nieuregulowanych spraw,
które mogą utrudniać prawdziwą integrację.
Bo swobodne przemieszczanie się i zamieszkiwanie w dowolnym kraju UE to
jednak nie wszystko.
A teraz coś zabawnego:
A tak nasz starszy Krasnal odrabia matematykę
Miłego tygodnia wszystkim życzę;))
W piątek rano, gdy odwoziłam starszego Krasnala do szkoły, na moich oczach
wydarzył się wypadek.
Właśnie dojeżdżałam do skrzyżowania, na którym miałam skręcić w prawo, gdy
dosłownie z 10 m ode mnie rowerzysta zderzył się z samochodem.
Samochód jechał jeszcze dość wolno, bo ruszył przed momentem spod świateł
i ja odnotowałam w swej świadomości tylko to, że ten rowerzysta jedzie
stanowczo zbyt blisko samochodu a nie w przepisowej od niego odległości
1 metra.
I w momencie gdy to pomyślałam rowerzysta " otarł się" o ten samochód,
jednocześnie lądując na ulicy. Na szczęście był w kasku, ale i tak nie mógł się
o własnych siłach podnieść.
Dziewczyna prowadząca samochód oczywiście w momencie tego ich przytarcia
się natychmiast zahamowała, na pomoc ruszyli przechodnie, a ja pojechałam
z dzieckiem do szkoły.Po ujechaniu mniej więcej 150m widziałam, że w stronę
tego feralnego skrzyżowania już jechała na sygnale policja.
Gdy w 20 minut potem wracałam tą samą trasą to na skrzyżowaniu, już przy
chodniku stał ten pechowy samochód, w nim siedziała zapłakana młoda
kobieta, przy niej stała policjantka i karetka pogotowia. Rowerzysta został
zapewne już odwieziony do pobliskiego szpitala.
O ile zachwycam się tu uprzejmością berlińskich kierowców, to rowerzyści
berlińscy mnie przerażają. Nie na każdej ulicy są ścieżki rowerowe- to raz.
Dwa- te ścieżki są często wymodzone z części chodnika, który nie zawsze jest
na tyle szeroki, żeby swobodnie mogły się na nim poruszać jednocześnie
dwie osoby. Trzy - przy skrzyżowaniach ścieżki rowerowe łączą się z jezdnią
stanowiąc jej fragment , więc wszyscy użytkownicy powinni zachowywać
uwagę, ale tę uwagę zachowują tylko kierowcy samochodów - rowerzyści mają
kierowców samochodów głęboko w tyle. Przechodniów również.
Pomyślałam, że to nawet nieżle, że Krasnal widział ten wypadek- mam nadzieję,
że ten widok dobrze mu unaocznił jak bardzo trzeba uważać jeżdżąc rowerem
ulicami miasta.
Idzie wiosna i lada dzień rowery ruszą w miasto - już się boję tych jazd pośród
zupełnie nieodpowiedzialnych rowerzystów.
Kilka ostatnich dni spędziłam na "studiowaniu" różnic w ubezpieczeniach
samochodów w Polsce i tutaj.
Różnica dość zasadnicza - w Polsce wysokość ubezpieczenia OC zależy od
pojemności silnika i jest ujęta w tabelach.
W Niemczech ubezpieczenie OC zależy od tego, czy kierowca ma staż jazdy
bezwypadkowej. Im dłuższy staż jazdy bezwypadkowej tym większa zniżka
w ubezpieczeniu OC. No i żeby było śmieszniej do OC dochodzi podatek
drogowy.
W Polsce staż jazdy bezwypadkowej jest ważny tylko przy ubezpieczeniu AC.
No i jesteśmy "załatwieni odmownie", bo choć przez te wszystkie lata mieliśmy
chyba z 9 samochodów i ani jednego wypadku, to były one kupowane na
przemian - raz właścicielem był mąż, a raz ja, co sprawia, że żadne z nas nie ma
bardzo długiego okresu bezwypadkowego, brak jest ciągłości. Zabawne, prawda?
Mój zięć, który w życiu nie był właścicielem samochodu, ale który był wpisany
jako kierowca samochodu swej mamy, ma już spory staż bezwypadkowy i dzięki
temu w wypożyczalni samochodów ma zniżkę jako "bezwypadkowy kierowca".
No cóż, co kraj to obyczaj.
Z tej okazji naszły mnie myśli ile to jeszcze jest w UE nieuregulowanych spraw,
które mogą utrudniać prawdziwą integrację.
Bo swobodne przemieszczanie się i zamieszkiwanie w dowolnym kraju UE to
jednak nie wszystko.
A teraz coś zabawnego:
A tak nasz starszy Krasnal odrabia matematykę
Miłego tygodnia wszystkim życzę;))
środa, 7 marca 2018
Takie małe.....
......zadziwienia i trochę refleksji.
Ja dziś tak zupełnie mało ambitnie. Ale czy ja muszę ciągle coś mądrego pisać?
W końcu życie składa się z rzeczy drobnych, zwyczajnych, duperelek i głupotek.
W minioną sobotę rodzina podzieliła się pod względem płciowym -płeć męska
pojechała E -Banem do Berlińskiego Muzeum Techniki, a płeć żeńska udała
się na zakupy do ulubionej galerii.
I tu lekkie moje zadziwienie- sklepy.
W najbliższej okolicy mam jeden sklep ogólnospożywczy, należący do bardzo tu
znanej sieciówki. Zaopatrzenie jak w polskim sporym markecie , czyli art.
spożywcze (szeroki asortyment) duperele z Tchibo, sporo chemii gospodarczej,
alkohole, prasa, kosmetyki, automat z kawą, kwiaty. Do tego raju mam 300m.
Obok jest jeszcze apteka, azjatycki warzywniak i coś w rodzaju trafiki, gdzie
można się nawet napić kawy i uprawiać hazard w postaci totolotka. Nie wiem
co tam jeszcze jest, ponieważ ani razu tam nie byłam.
Poza tym jest jeszcze fryzjer, w którym strzyżenie na mokro kosztuje 16 euro
bez względu na płeć klienta, oraz pralnia chemiczna. Po drugiej stronie ulicy
jest butik, ale raczej dla nieco młodszych ode mnie.
Na "mojej ulicy" z kolei jest piekarnio-ciastkarnia, sklep z antycznymi meblami
prowadzony przez Polaków, kilka "salonów" fryzjerskich, jakaś naprawa sprzętu
elektronicznego, barek kawowo- sałatkowy, sklep z napojami gazowanymi
i piwem, "klinika" fizjoterapeutyczna, włoska knajpka i nocny bar.
I jeśli zamarzy się człowiekowi coś do ubrania, kapcie, tasiemka, lepszy
kosmetyk lub garnek, nie zostaje nic innego jak podjechać metrem do centrum
handlowego. Do metra mam tylko 250 metrów.
Więc podjechałyśmy. Z peronu metra nie trzeba nawet wychodzić na ulicę -
wystarczy podejść do schodów ruchomych i za moment już można ogłupieć
od nadmiaru towarów.
Na parterze radocha w postaci art. gospodarstwa domowego - weszłyśmy i...
garnki, patelnie i wszystko co w kuchni mniej lub bardziej przydatne aż po
horyzont. No normalnie można zgłupieć. Potem trafiłyśmy na całe hektary
stoisk z kosmetykami- oczopląs gwarantowany. Same nobliwe firmy, zero
kosmetyków "poślednich", jak np, poszukiwany przeze mnie tonik Garniera.
Szukałam szczotki do ubrania- po przejściu tych hektarów kosmetyków
znalazłyśmy szczotki. Jak żyję ( a żyję naprawdę już długo) nie widziałam
takiego wyboru szczotek z prawdziwego włosia. Po 5 minutach oglądania
i brania do ręki niemal każdej szczotki dostałyśmy istnej głupawki. Bo jak
nie dostać głupawki gdy widzisz co najmniej 5 modeli szczotek do
czyszczenia kaloryferów, mnóstwo rozmiarów i o różnej twardości szczotek
do czyszczenia rąk, w tym szczotki dla małych dzieci, ozdobne mniej i
bardziej szczotki do zamiatania okruszek ze stołu, oraz przebój sezonu -
szczotki w kształcie skrzydeł polskiej husarii. Niestety nie było na metce
wydrukowane do czego ta niezwykła szczotka służy.
Szczotkę do ubrania nabyłam, cena pomiędzy 15 a 20 euro. W stoisku obok
kupiłam budzik - był tańszy od tej szczotki, zaledwie 10 euro.
Potem pojechałyśmy wyżej, bo zamarzył mi się suwak rozdzielny, długi.
I znów mnóstwo regałów z art. pasmanteryjnymi. Oczywiście, jak w całej
galerii, nie ma tu żadnego sprzedawcy.Dobra wszelakiego multum, czasem
musiałam niezle poczaszkować do czego niektóre rzeczy są przeznaczone,
krąże, krążę, już chyba pół boiska piłkarskiego przeszłam a suwaków nie
widzę.
Oczywiście były, ale nie wisiały jak u nas. Tu każdy suwak miał własne, małe
pudełeczko z oznaczeniem długości a kolor i grubość ząbków były widoczne
w wyciętym "okienku". Tym razem ogarnął mnie zachwyt, nie głupawka.
Ale nic mi nie zostało oszczędzone- kierując się do działu z odzieżą sportową
przechodziłam przez dział z różnymi materiałami - muszę tam jeszcze raz
pójść. No muszę, widziałam kilka wielkiej urody "szmatek".
W dziale sportowym przecena kurtek zimowych o 70% - napis zachęcający,
ale dziecięca zimowa kurtka, po przecenie, kosztowała 100 euro. Masakra.
Kolejne zadziwienie - można chodzić po calutkim sklepie, po wszystkich jego
piętrach z wybranym towarem i za wszystko zapłacić dopiero przed wyjściem
ze sklepu. Genialne, bo ciągniesz to za sobą w koszyku na kółkach.
Potem mały skok w podziemia, przejście do wielgachnej drogerii "Dm" i tu
dostałam swe pośledniejsze kosmetyki.
Potem jeszcze sklep z torbami, walizami, zachwyt (mój) czymś co jest
jednocześnie walizką, torbą podróżną i plecakiem i ma kółka, ale tylko dwa,
a my szukałyśmy takiego "3 w jednym" na 4 kółkach.
Torebki damskie - kiepskie, wręcz brzydkie i zupełnie nie tanie.
Wreszcie klapnęłyśmy w kawiarence - po takich trudach należała nam się kawa.
Dzięki córce udało mi się nawet nieco zaoszczędzić - jako posiadaczka karty
stałego klienta i bonów za wszystkie zakupy zapłaciła ona i tym sposobem
zaoszczędziłyśmy 20 euro. Fajnie, że na paragonie od razu był widoczny
upust przy każdej pozycji, więc od razu wiedziałam ile mam jej oddać.
Refleksja przy kawie - podaż większa od popytu, to się musi zle skończyć.
Spojrzenie na zegarek - spędziłyśmy w galerii trzy godziny.
Dwadzieścia minut póżniej już byłam w swoim domu. Z lżejszym portfelem.
Ja dziś tak zupełnie mało ambitnie. Ale czy ja muszę ciągle coś mądrego pisać?
W końcu życie składa się z rzeczy drobnych, zwyczajnych, duperelek i głupotek.
W minioną sobotę rodzina podzieliła się pod względem płciowym -płeć męska
pojechała E -Banem do Berlińskiego Muzeum Techniki, a płeć żeńska udała
się na zakupy do ulubionej galerii.
I tu lekkie moje zadziwienie- sklepy.
W najbliższej okolicy mam jeden sklep ogólnospożywczy, należący do bardzo tu
znanej sieciówki. Zaopatrzenie jak w polskim sporym markecie , czyli art.
spożywcze (szeroki asortyment) duperele z Tchibo, sporo chemii gospodarczej,
alkohole, prasa, kosmetyki, automat z kawą, kwiaty. Do tego raju mam 300m.
Obok jest jeszcze apteka, azjatycki warzywniak i coś w rodzaju trafiki, gdzie
można się nawet napić kawy i uprawiać hazard w postaci totolotka. Nie wiem
co tam jeszcze jest, ponieważ ani razu tam nie byłam.
Poza tym jest jeszcze fryzjer, w którym strzyżenie na mokro kosztuje 16 euro
bez względu na płeć klienta, oraz pralnia chemiczna. Po drugiej stronie ulicy
jest butik, ale raczej dla nieco młodszych ode mnie.
Na "mojej ulicy" z kolei jest piekarnio-ciastkarnia, sklep z antycznymi meblami
prowadzony przez Polaków, kilka "salonów" fryzjerskich, jakaś naprawa sprzętu
elektronicznego, barek kawowo- sałatkowy, sklep z napojami gazowanymi
i piwem, "klinika" fizjoterapeutyczna, włoska knajpka i nocny bar.
I jeśli zamarzy się człowiekowi coś do ubrania, kapcie, tasiemka, lepszy
kosmetyk lub garnek, nie zostaje nic innego jak podjechać metrem do centrum
handlowego. Do metra mam tylko 250 metrów.
Więc podjechałyśmy. Z peronu metra nie trzeba nawet wychodzić na ulicę -
wystarczy podejść do schodów ruchomych i za moment już można ogłupieć
od nadmiaru towarów.
Na parterze radocha w postaci art. gospodarstwa domowego - weszłyśmy i...
garnki, patelnie i wszystko co w kuchni mniej lub bardziej przydatne aż po
horyzont. No normalnie można zgłupieć. Potem trafiłyśmy na całe hektary
stoisk z kosmetykami- oczopląs gwarantowany. Same nobliwe firmy, zero
kosmetyków "poślednich", jak np, poszukiwany przeze mnie tonik Garniera.
Szukałam szczotki do ubrania- po przejściu tych hektarów kosmetyków
znalazłyśmy szczotki. Jak żyję ( a żyję naprawdę już długo) nie widziałam
takiego wyboru szczotek z prawdziwego włosia. Po 5 minutach oglądania
i brania do ręki niemal każdej szczotki dostałyśmy istnej głupawki. Bo jak
nie dostać głupawki gdy widzisz co najmniej 5 modeli szczotek do
czyszczenia kaloryferów, mnóstwo rozmiarów i o różnej twardości szczotek
do czyszczenia rąk, w tym szczotki dla małych dzieci, ozdobne mniej i
bardziej szczotki do zamiatania okruszek ze stołu, oraz przebój sezonu -
szczotki w kształcie skrzydeł polskiej husarii. Niestety nie było na metce
wydrukowane do czego ta niezwykła szczotka służy.
Szczotkę do ubrania nabyłam, cena pomiędzy 15 a 20 euro. W stoisku obok
kupiłam budzik - był tańszy od tej szczotki, zaledwie 10 euro.
Potem pojechałyśmy wyżej, bo zamarzył mi się suwak rozdzielny, długi.
I znów mnóstwo regałów z art. pasmanteryjnymi. Oczywiście, jak w całej
galerii, nie ma tu żadnego sprzedawcy.Dobra wszelakiego multum, czasem
musiałam niezle poczaszkować do czego niektóre rzeczy są przeznaczone,
krąże, krążę, już chyba pół boiska piłkarskiego przeszłam a suwaków nie
widzę.
Oczywiście były, ale nie wisiały jak u nas. Tu każdy suwak miał własne, małe
pudełeczko z oznaczeniem długości a kolor i grubość ząbków były widoczne
w wyciętym "okienku". Tym razem ogarnął mnie zachwyt, nie głupawka.
Ale nic mi nie zostało oszczędzone- kierując się do działu z odzieżą sportową
przechodziłam przez dział z różnymi materiałami - muszę tam jeszcze raz
pójść. No muszę, widziałam kilka wielkiej urody "szmatek".
W dziale sportowym przecena kurtek zimowych o 70% - napis zachęcający,
ale dziecięca zimowa kurtka, po przecenie, kosztowała 100 euro. Masakra.
Kolejne zadziwienie - można chodzić po calutkim sklepie, po wszystkich jego
piętrach z wybranym towarem i za wszystko zapłacić dopiero przed wyjściem
ze sklepu. Genialne, bo ciągniesz to za sobą w koszyku na kółkach.
Potem mały skok w podziemia, przejście do wielgachnej drogerii "Dm" i tu
dostałam swe pośledniejsze kosmetyki.
Potem jeszcze sklep z torbami, walizami, zachwyt (mój) czymś co jest
jednocześnie walizką, torbą podróżną i plecakiem i ma kółka, ale tylko dwa,
a my szukałyśmy takiego "3 w jednym" na 4 kółkach.
Torebki damskie - kiepskie, wręcz brzydkie i zupełnie nie tanie.
Wreszcie klapnęłyśmy w kawiarence - po takich trudach należała nam się kawa.
Dzięki córce udało mi się nawet nieco zaoszczędzić - jako posiadaczka karty
stałego klienta i bonów za wszystkie zakupy zapłaciła ona i tym sposobem
zaoszczędziłyśmy 20 euro. Fajnie, że na paragonie od razu był widoczny
upust przy każdej pozycji, więc od razu wiedziałam ile mam jej oddać.
Refleksja przy kawie - podaż większa od popytu, to się musi zle skończyć.
Spojrzenie na zegarek - spędziłyśmy w galerii trzy godziny.
Dwadzieścia minut póżniej już byłam w swoim domu. Z lżejszym portfelem.
piątek, 2 marca 2018
Właśnie zauważyłam......
.......że jesteśmy tu już cztery miesiące.
I tak jakoś mija spokojnie dzień za dniem. Powiedziałabym, że nawet nieco
nudnawo jest.
Trochę "emocji" czeka nas z operacją p.t. "przerejestrowanie samochodu".
Oprócz przerejestrowania na numery berlińskie musimy go tu ubezpieczyć.
Tu jakoś śmiesznie jest z tym przerejestrowaniem- rzecz zaczyna się od
przeprowadzenia badania technicznego w upoważnionej do tego stacji TUV.
To coś jak nasza stacja kontroli pojazdów. Z wydanym przez stację TUV
certyfikatem należy ubezpieczyć samochód i z tymi dwoma dokumentami
oraz z prawem jazdy, dotychczasowym dowodem rejestracyjnym , książeczką
pojazdu oraz dowodem zameldowania można się wybrać do Wydziału
Komunikacji by uzyskać nowe dokumenty. Okazało się, że dla samochodów
które dotychczas są zarejestrowane w innym niż Niemcy kraju, istnieje
oddzielny Wydział Komunikacji. Udało nam się mailowo "złapać" termin
rejestracji na drugą dekadę marca. W Wydziale Komunikacji potną na kawałki
dotychczasowy dowód rejestracyjny i wystawią nowy. A potem musimy sobie
pobrać ze strony internetowej naszego dotychczasowego Warszawskiego
Wydziału Komunikacji odpowiedni druk, wypełnić go , przesłać listem do
WK i.....finito!
Jak to dobrze, że jednak jesteśmy w UE, bo dzięki temu nie będziemy musieli
się w tym celu udawać do Warszawy.
Tak przy okazji przekonałam się, że w necie wciąż krążą na ten temat nieaktualne
informacje.
Pęcznieje mi portfel - niestety nie od pieniędzy ale od wszelakiej maści kart.
Przegródki w torebce też jakoś pęcznieją -muszę mieć przy sobie: paszport,
polski Dowód Osobisty, berliński dowód zameldowania. i oczywiście smartfon,
bo niestety wciąż mi jest potrzebny tłumacz i nawigacja no i gdy nie jadę
samochodem to aplikacja do zakupienia biletów komunikacji miejskiej.
Dobrze, że nie muszę go używać by się dostać do toalety gdy jestem w mieście.
Bo jak dotychczas to obsługa smartfona ciągle u mnie kuleje, widać, że nie
mam w tym zakresie intuicji, bo ponoć obsługa jego jest intuicyjna.
Jak na razie mamy nadal w Berlinie mróz- środek dnia, słońce wariacko świeci
i jest -8 stopni mrozu i zimny, lodowaty wiaterek.
A ja tęsknię za Berlinem takim, jaki poznałam w czasie pierwszej tu bytności:
I tak jakoś mija spokojnie dzień za dniem. Powiedziałabym, że nawet nieco
nudnawo jest.
Trochę "emocji" czeka nas z operacją p.t. "przerejestrowanie samochodu".
Oprócz przerejestrowania na numery berlińskie musimy go tu ubezpieczyć.
Tu jakoś śmiesznie jest z tym przerejestrowaniem- rzecz zaczyna się od
przeprowadzenia badania technicznego w upoważnionej do tego stacji TUV.
To coś jak nasza stacja kontroli pojazdów. Z wydanym przez stację TUV
certyfikatem należy ubezpieczyć samochód i z tymi dwoma dokumentami
oraz z prawem jazdy, dotychczasowym dowodem rejestracyjnym , książeczką
pojazdu oraz dowodem zameldowania można się wybrać do Wydziału
Komunikacji by uzyskać nowe dokumenty. Okazało się, że dla samochodów
które dotychczas są zarejestrowane w innym niż Niemcy kraju, istnieje
oddzielny Wydział Komunikacji. Udało nam się mailowo "złapać" termin
rejestracji na drugą dekadę marca. W Wydziale Komunikacji potną na kawałki
dotychczasowy dowód rejestracyjny i wystawią nowy. A potem musimy sobie
pobrać ze strony internetowej naszego dotychczasowego Warszawskiego
Wydziału Komunikacji odpowiedni druk, wypełnić go , przesłać listem do
WK i.....finito!
Jak to dobrze, że jednak jesteśmy w UE, bo dzięki temu nie będziemy musieli
się w tym celu udawać do Warszawy.
Tak przy okazji przekonałam się, że w necie wciąż krążą na ten temat nieaktualne
informacje.
Pęcznieje mi portfel - niestety nie od pieniędzy ale od wszelakiej maści kart.
Przegródki w torebce też jakoś pęcznieją -muszę mieć przy sobie: paszport,
polski Dowód Osobisty, berliński dowód zameldowania. i oczywiście smartfon,
bo niestety wciąż mi jest potrzebny tłumacz i nawigacja no i gdy nie jadę
samochodem to aplikacja do zakupienia biletów komunikacji miejskiej.
Dobrze, że nie muszę go używać by się dostać do toalety gdy jestem w mieście.
Bo jak dotychczas to obsługa smartfona ciągle u mnie kuleje, widać, że nie
mam w tym zakresie intuicji, bo ponoć obsługa jego jest intuicyjna.
Jak na razie mamy nadal w Berlinie mróz- środek dnia, słońce wariacko świeci
i jest -8 stopni mrozu i zimny, lodowaty wiaterek.
A ja tęsknię za Berlinem takim, jaki poznałam w czasie pierwszej tu bytności:
niedziela, 25 lutego 2018
Taka sobie....
....wyliczanka.
Nie piszę, bo mnie boli ręka- prawa, a pisanie jedną ręką sprawia, że robię
błędy no i strasznie długo to trwa.
A ręka mnie boli, bo jestem sklerotyczką - zapomniałam, że pod koniec
pazdziernika naderwałam sobie prawy biceps i kilka dni temu podniosłam
zbyt ciężką siatkę.
W ramach ochrony ręki czytam. A tak dokładnie to czytam książkę Salmana
Rushdiego "Grimus".
Nie często sięgam po jego książki - do "Szatańskich wersetów"podchodziłam
kilka razy.
Za którymś kolejnym razem "zaskoczyłam" - z żalem skończyłam czytać.
Oczywiście nie mogę pojąć co tak rozwścieczyło islamistów, no ale tak
to jest gdy się pisze prawdę o religii. Bo co z tego, że to co napisał było
prawdą, skoro zostało wycofane, obalone, zakazane.
U nas z kolei wystarczy napisać o tym, że chrześcijaństwo ma swe korzenie
w innych, wcześniejszych wierzeniach i też się podpadnie.
Trochę ciężko mi się tego "Grimusa" czyta, bo trudno chwilami wejść
w tok myśli Rushdiego, przebić się przez ich natłok i niejaki chaos.
Nie mniej znów jestem pełna podziwu dla wyobrazni tego pisarza. Poza tym,
jak to u Rushdiego, mnóstwo tu zdań wielokrotnie złożonych, długich niczym
najdłuższa anakonda i dopóki nie wejdę w " kod" niektóre zdania muszę
najzwyczajniej w świecie dwa razy przeczytać, żeby się zupełnie nie zaplątać.
Przeczytałam już niemal połowę a nadal nie wiem co/ kto jest ten "Grimus".
A na półce już czeka następna książka tego pisarza, "Ziemia pod jej stopami".
I doczytam wreszcie Orhana Pamuka "Nowe życie". Zaczęłam ją czytać za
którymś pobytem w Berlinie i nie zdążyłam wtedy skończyć. Bo to też książka,
której nie da się przeczytać " ot tak". Za coś jednak Nobla dali;)
No i przyszła zima- bez śniegu, nocą jest nieco na minusie (-7) , ale za to dziś
jest słońce i gdyby nie było wiatru to byłoby całkiem miło. Ale nie jest.
Obejrzałam nieco Olimpiady i nie mam pojęcia po co nasi, poza skoczkami
narciarskimi, tam pojechali. Jak w przysłowiu- "szkoda czasu i atłasu".
Jak widzicie nic się u mnie ciekawego nie dzieje - "dzień podobny do dnia,
tydzień do tygodnia".
Miłej niedzieli wszystkim życzę;)
Nie piszę, bo mnie boli ręka- prawa, a pisanie jedną ręką sprawia, że robię
błędy no i strasznie długo to trwa.
A ręka mnie boli, bo jestem sklerotyczką - zapomniałam, że pod koniec
pazdziernika naderwałam sobie prawy biceps i kilka dni temu podniosłam
zbyt ciężką siatkę.
W ramach ochrony ręki czytam. A tak dokładnie to czytam książkę Salmana
Rushdiego "Grimus".
Nie często sięgam po jego książki - do "Szatańskich wersetów"podchodziłam
kilka razy.
Za którymś kolejnym razem "zaskoczyłam" - z żalem skończyłam czytać.
Oczywiście nie mogę pojąć co tak rozwścieczyło islamistów, no ale tak
to jest gdy się pisze prawdę o religii. Bo co z tego, że to co napisał było
prawdą, skoro zostało wycofane, obalone, zakazane.
U nas z kolei wystarczy napisać o tym, że chrześcijaństwo ma swe korzenie
w innych, wcześniejszych wierzeniach i też się podpadnie.
Trochę ciężko mi się tego "Grimusa" czyta, bo trudno chwilami wejść
w tok myśli Rushdiego, przebić się przez ich natłok i niejaki chaos.
Nie mniej znów jestem pełna podziwu dla wyobrazni tego pisarza. Poza tym,
jak to u Rushdiego, mnóstwo tu zdań wielokrotnie złożonych, długich niczym
najdłuższa anakonda i dopóki nie wejdę w " kod" niektóre zdania muszę
najzwyczajniej w świecie dwa razy przeczytać, żeby się zupełnie nie zaplątać.
Przeczytałam już niemal połowę a nadal nie wiem co/ kto jest ten "Grimus".
A na półce już czeka następna książka tego pisarza, "Ziemia pod jej stopami".
I doczytam wreszcie Orhana Pamuka "Nowe życie". Zaczęłam ją czytać za
którymś pobytem w Berlinie i nie zdążyłam wtedy skończyć. Bo to też książka,
której nie da się przeczytać " ot tak". Za coś jednak Nobla dali;)
No i przyszła zima- bez śniegu, nocą jest nieco na minusie (-7) , ale za to dziś
jest słońce i gdyby nie było wiatru to byłoby całkiem miło. Ale nie jest.
Obejrzałam nieco Olimpiady i nie mam pojęcia po co nasi, poza skoczkami
narciarskimi, tam pojechali. Jak w przysłowiu- "szkoda czasu i atłasu".
Jak widzicie nic się u mnie ciekawego nie dzieje - "dzień podobny do dnia,
tydzień do tygodnia".
Miłej niedzieli wszystkim życzę;)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



