drewniana rzezba

drewniana rzezba

wtorek, 12 marca 2019

Siedzę i siedzę.....

......myślę i myślę niczym pewna polska piosenkarka.
A myślę o tym, czego  naprawdę mi brak i już wiem - otóż brak mi bardzo
wychodzenia z domu.
Mam co prawda do przeczytania bardzo mądrą książkę, ale chyba to pęknięcie
kości w jakimś stopniu uszkodziło mi przy okazji resztki mego intelektu.
Ta mądra książka to Daniela Kahnemana "Pułapki myślenia.O myśleniu szybkim
i wolnym".
Autor jest profesorem psychologii Uniwersytetu Princeton, a w 2002 roku
dostał Nobla z dziedziny nauk ekonomicznych za psychologiczne odkrycia,
które podważyły model racjonalności ludzkich osądów i decyzji.
Przebrnęłam przez pierwszy rozdział i książka wróciła na półkę. Ale kiedyś
ją przeczytam.
W szpitalu przeczytałam w trzy dni piękną ( dla mnie) książkę Salmana
Rushdie "Ziemia pod jej stopami".
Ilekroć czytam  powieści Rushdie'go zżera mnie obrzydliwa zazdrość i smutek-
dlaczego, choć tak bardzo lubię pisać, natura nie obdarowała mnie takim
talentem i wyobraźnią???
To piękna powieść o miłości, namiętnej a jednak nieco dziwnej i jak zawsze
u Rushdie'go o zderzeniu kultur, obyczajów, o życiu poza krajem swego
pochodzenia. O życiu które z daleka jawi się jako coś pięknego, wyśnionego,
ale w rzeczywistości takie nie jest i niesie wielkie rozczarowanie.
Po kilku dniach telefonowania do lekarza rodzinnego udało nam się wreszcie
dodzwonić i w piątek mam wizytę, na której powinnam dostać skierowanie na
rehabilitację, dalsze ewentualne leczenie jakimiś lekami oraz skierowanie na
kontrolne Rtg. Nie powiem że mnie to raduje, bo tak naprawdę mam już po
uszy tej kontuzji i jej leczenia.Tuptam po domu o jednej kuli, czasem zdarzy mi
się jej zapomnieć i sobie tuptam "normalnie", ale pamiętam o niedociążaniu
lewej nogi.
Wreszcie dokończyłam rozgrzebane kolczyki i wreszcie je odesłałam - mam
nadzieję, że będą noszone. Tuż przed tą kontuzją miałam do skończenia tylko
jeden kolczyk i tak się to wszystko przeciągnęło.
A wczoraj wpadła mi w ręce wariacka robótka, czyli decoupage pudełka -
tyle tylko, że jadąc tu zlikwidowałam  wszystkie swe przydasie do tej zabawy.
Już kilka lat nie robiłam nic tą techniką i teraz kombinuję niczym koń pod
górę jak sobie poradzić bez materiałów przeznaczonych do tego celu.
Ale skoro młodszy Krasnal ma zapotrzebowanie na takie pudełko muszę się
sprężyć i coś wymodzić. Na szczęście pudełko jest małe, a Krasnal nie zna
się na prawdziwym decoupage'u, więc jakoś to będzie.
Na moim podwórku zaczyna czuć wiosnę drzewko śliwki - są  malutkie
pączki listków i coś jakby mini pączki kwiatowe. Ale  drzewa wzdłuż mojej
ulicy wymachują na wietrze nagimi gałęziami a na platanach, niczym małe
bombki na choince,  dyndają platanowe "orzeszki". Gdy naprawdę przyjdzie
wiosna- spadną.

środa, 6 marca 2019

ACHTUNG, ACHTUNG.....

..........WŁAŚNIE WRÓCIŁAM DO DOMU!
Nawet sobie nie wyobrażacie jak to miło po ponad 2 tygodniach koszulowo -
dresowych wskoczyć w normalne ciuchy!
Dziś od świtu (zakładając, że 6,30 jest świtem)paradowałam po szpitalu
już w "cywilnych" ciuchach, w nadziei, że tym sposobem przyspieszę
przyjazd transportowców.
Bo tu takich co to wychodzą o kulach odwozi do domu transport sanitarny.
Gdy 17 lutego, po ponad 3 godzinach spędzonych na SORze w tutejszym
szpitalu wylądowałam na oddziale chirurgicznym z diagnozą, że rano czeka
mnie operacja, byłam, mówiąc elegancko , nieco wściekła. Byłam wściekła,
głodna i odwodniona.
Podpisałam zgodę na wszczepienie  implantu, na znieczulenie zewnątrzoponowe
i głodna oraz zła spędziłam noc samotnie w trzyosobowej sali.
Rano, wpatrując się tępo w nieczynny odbiornik TV pomyślałam: "no stara, gdy
patrząc w dół zobaczysz siebie na stole, to już wiadomo,  gdzie jesteś".
W tym momencie  wpadł  do  pokoju pan chirurg, który stwierdził, że właściwie
operacja nie jest potrzebna, bo to jest mini pęknięcie i samo się w 8 tygodni
zrośnie. Domyślacie się co dalej - natychmiast odżyłam. Na tej sali poleżałam
jeszcze do wieczora, potem mnie  przenieśli do "pojedynki", a końcu wylądowałam
na sali oddziału rehabilitacyjno-geriatrycznego, który dziś z wielką ulgą opuściłam.
Jedyne zdjęcia, które porobiłam to widoki z pozycji horyzontalnej:



 Generalnie nie było na co narzekać- no może tylko na to, że panie od
rehabilitacji nie wiedziały, że ja z tą pękniętą kością to już dwa tygodnie
byłam w domu, a więc najgorszy ból  był za mną.
Obchodziły się ze mną jak ze stuletnią staruszką (bo chyba taka była średnia lat
pacjentek tegoż oddziału) i nawet nie podejrzewały, że ja za ich plecami
cichcem ćwiczę. Ogromnie się wszyscy dziwili, że nie chcę  żadnych
tabletek przeciwbólowych, że przejście 50 metrów nie wprawia mnie w stan
zadyszki, że bez problemu pojęłam chodzenie po schodach przy pomocy kul.
Tu bardzo chętnie pasą pacjentów środkami p.bólowymi - zawsze pierwsze
pytanie na "dzień dobry" to pytanie czy coś boli, drugie przepytywanie w kwestii
bólu było na "dobranoc".
Żeby było zabawniej, to szpital był swoistą wieżą Babel - leżałam z panią, która
jest Polką rodem z Polesia, w  związku z czym w 1939 roku  została zagarnięta
przez ZSRR, potem została Białorusinką, teraz znów jest Polką, ale od 8 lat
mieszka w Berlinie.
Opiekę medyczną miała nad nami lekarka rodem z Rosji, w związku z czym  nie
miałam problemu żeby się z nią porozumiewać. Z rehabilitantkami też nie było
kłopotu,  ciut na migi, ciut  po niemiecku. Serbka zajmowała się cateringiem, też
nie było problemów językowych, chłonęła jak gąbka polskie nazwy potraw.
Pewnego wieczoru do sali wkroczył  przystojny, czarny jak heban pielęgniarz-
wyobraziłam go sobie w stroju Masaja- wyglądałby o wiele lepiej.
Nie mniej całkiem zgrabnie zrobił mi  zastrzyk  - bo niestety cały czas, każdego
wieczoru, byłyśmy kłute- dostarczano naszym organizmom heparynę, bo
spędzanie wielu godzin w pozycji horyzontalnej sprzyja zakrzepicy.
Przeżyłyśmy we względnym komforcie strajk pielęgniarek .Bo akurat my dwie
nie potrzebowałyśmy takiej opieki, jak pacjentki geriatrii.
Opieka nad nami  sprowadzała  się do regularnego mierzenia ciśnienia  i zrobienia
wieczornego zastrzyku.
A opieka nad pacjentami geriatrycznymi to zupełnie jak nad niemowlakiem - tyle
tylko, że niemowlę z opiekunem nie dyskutuje i bzdur nie gada.
Poza tym niemowlę chyba łatwiej się przewija i karmi.
A propos geriatrii - mam się zastanowić nad wyborem sposobu zejścia z tego świata-
niestety wybór jest pomiędzy śmiercią z głodu lub z odwodnienia. Wybiorę chyba
odwodnienie, należę do tych, co nie odczuwają pragnienia i już kilka razy miałam
solidne odwodnienie.
Zastanawiałyśmy się razem z p. Genowefą,(z mojego pokoju) co jest bardziej
humanitarne- eutanazja czy utrzymywanie przy życiu pacjenta wtedy, gdy już nie
działają żadne przeciwbólowce a wyleczenie jest niemożliwe.
Pani Genowefa ma 85 lat i ogromnie przeżyła śmierć swego męża, który umierał
w straszliwych bólach, spowodowanych obrzękiem płuc.Był nałogowym palaczem.
 A teraz z innej beczki-  dziękuję WSZYSTKIM za "trzymanie kciuków"i wszystkie
dobre, życzliwe słowa. To pewnie dzięki Waszym dobrym myślom ominęła mnie
operacja. DZIĘKUJĘ - JESTEŚCIE WSPANIALI.





sobota, 16 lutego 2019

Uprzejmie donoszę.........

...że dziś było u mnie cały dzień obłędne słońce i drobne +15stopni ciepła
na termometrze.
Jutro ma być już nieco chłodniej a słońce ma się wybrać w inne regiony.
Bardzo mnie ubawiły ostatnie wieści  z nad Wisły - najbardziej mi się
podoba, że pewien kryształowy polityk okazał się być zwykłym, mocno
porysowanym szkłem okiennym, nie nadającym się nawet na mały lufcik.
Drugą radochę sprawił mi widok innego polityka demonstrującego żałobę
po człowieku, którego rząd obalił swą niewydarzoną działalnością.
Z frontu "poobijana anabell"  nieco lepsze wieści - dziś wędrowałam po
mieszkaniu bez czepiania się mebli i ścian- wolniutko , małymi krokami,
ale jednak szłam.
Przy okazji zaczerpnęłam wiedzy z encyklopedii zdrowia i ucieszyłam się,
że mimo sklerozy dobrze pamiętałam, że potłuczonego mięśnia nie wolno
zbyt wcześnie ćwiczyć- musi wpierw przestać boleć. Nie będę Wam  tu
robiła wykładu dlaczego, ale po prostu przyjmijcie to do wiadomości.
Żeby sobie poprawić humor posłuchałam starych, dobrych przebojów.
Tak starych, że pewnie już je zapomnieliście.
Engelbert Humperdinck jest z rocznika 1936

Tom Jones - rocznik 1940


Paul Anka - rocznik 1941

Rod Stewart - rocznik 1945

Najfajniejsze, że wszyscy ci panowie nadal koncertują.

Poza tym nadal jeszcze trwa  karnawał, więc jest też trochę tańca:

Oto dwaj panowie Filipeli- popatrzcie jak super tańczą, na zmianę kroki
męskie i kobiece. Patrzyłam na nich z zazdrością.

A to taki pocieszający filmik- żaden z  niego Adonis, ale tańczy i bierze
udział w konkursach. Nawet mu ta ciąża pokarmowa nie przeszkadza;)

Mąż widząc, że znów zaglądam na strony taneczne powiedział:
"tylko żebys nie zaczęła tańczyć"! więc przypomniałam mu, że zaliczyłam
podłogę nie z powodu tańca ale  zakładania spodni.
Miłej niedzieli Wszystkim!!!!

środa, 13 lutego 2019

Jest, jest, wrócił!

Już mam ślubnego w domu. Wrócił na piechotkę, bo to zaledwie z 800
metrów od  domu. Bez opatrunku już, szczęśliwy, że  nic mu świata
mgłą nie przesłania.
Ta pani, co to mu igłę w  oko wbijała jest Wietnamką i ma stopień doktora.
Dziś mu to oko badała , powiedziała co wolno, a czego nie.
Nie wolno przez 2 tygodnie schylać się, wchodzić po schodach, dźwigać
powyżej 5 kg, myć twarzy w tradycyjny sposób- po prostu nie wolno by
to oko miało kontakt z wodą.I nie wolno czytać, ale wolno oglądać TV,
oczywiście nie 24 godz. na dobę.
Na odchodne dostał do ręki kropelki, które należy wkrapiać 5 razy dziennie.
Jak najszybciej należy zgłosić się do przychodni okulistycznej by dobrali
odpowiednie  okulary.
A  zabieg robił  Chińczyk, oczywiście posiadający doktorat.
Na sali, w której leżał mąż był jeszcze Turek i dwóch Niemców.
Ślubny zachwycony zupełnie jakby z wczasów wrócił, a nie ze szpitala.
To jeszcze tylko trzeba załatwić te nowe szkła  i będzie koniec  akcji z
oczami.
Ostatnio w Polsce, pewna pani okulistka nie mogła pojąć, że mój mąż
nie tylko ma astygmatyzm ale na dodatek jedno oko musi mieć korekcję
plusową, a drugie minimalną  minusową. Tak się zastanawiam czy to ta
pani była niedouczona czy polska okulistyka pada na pysk.
Bo tu jakoś nikogo to nie zdziwiło.

wtorek, 12 lutego 2019

Wieści jak na razie dobre.

Dziś rano mój ślubny udał się uprzejmie do szpitala, na zabieg
usunięcia zaćmy. Zgłosił się tam o godz.9,30.
Może powinnam ogłosić kolejny konkurs nt. godziny, o której
trafił na stół?
No ale nie będę taka - na stół trafił o godz 14,30, gdy już skonsumował
szpitalny lunch.
Zdecydowano, że jednak zostanie po operacji w szpitalu i będzie mógł
wrócić do domu  po pomyślnej  jutrzejszej kontroli.
Chłopina jest wyraźnie zszokowany warunkami- leży w 4 osobowym
pokoju,  ale pokoik ma 30 m kwadratowych, więc ciasno nie jest.
W pokoju są dwie umywalki osłonięte  kotarami, toaleta i regularna
łazienka przylegają do pokoju, ale mają wejście z korytarza.
Załapał się na kolorek  żółty, bo każde łóżko, należący do niego stolik
i ręczniczek tworzą komplet kolorystyczny.
Na "dzień dobry" poproszono by pilnować swych rzeczy, bo niestety
zdarzają się kradzieże.
Szczęka biedakowi opadła, gdy zobaczył, że na lunch są cztery różne
dania do wyboru.
Obsługa pielęgniarsko-lekarska międzynarodowa.
Ponieważ w karcie stało, że pacjent kiepściuni językowo to tuż przed
zabiegiem przyszła pielęgniarka Polka, by przekazać ostatnie zalecenia.
Trochę tu inaczej znieczulali niż w Polsce, bo oprócz kropelek był
podobno b. bolesny zastrzyk w zewnętrzny kącik oka, pod gałkę oczną.
Po nim powiekę , pół głowy i twarzy miał zdrętwiałe do wieczora.
Kolacja również mojemu smakowała, wybrał tzw.  standard, jako że
żadnej diety nie stosuje.
Jutro o 7,30 ma zdjęcie opatrunku i kontrolę pooperacyjną- jeśli będzie
wszystko w porządku- wyrzucą go do domu.
A wieczorem zięć z Krasnalami przyszli go odwiedzić. Odwiedzać wolno
aż do godz. 22,00.
Oczywiście był zachwycony, że go odwiedzili.
Dalsze leczenie, dobór okularów itp. będzie już w przychodni okulistycznej,
tej, która go skierowała na zabieg.
W każdym razie był zachwycony i chyba strasznie się tam nudził bo aż
trzy razy do mnie telefonował.
Zobaczymy co będzie jutro.




czwartek, 7 lutego 2019

Nadal żyję......

.....a czuję się tak jak statyści zatrudniani przez amerykańskich producentów
filmowych w starych filmach "akcji i grozy".
Wtedy jeszcze nie nie stosowano takich "udogodnień" jak zatrudnianie
kaskaderów, nie umiano zrobić "efektów specjalnych" od których dziś aż
człowieka zatyka, ale reżyser zatrudniał wielkie ilości statystów, którzy
pracowali w straszliwych warunkach. Jeżeli scenariusz przewidywał potop,
statyści byli wrzucani do specjalnego basenu i lały się na nich strugi wody,
basen był głęboki i statyści naprawdę walczyli o życie by się nie utopić.
Proceder ten zakończył się gdy w scenie, w której lwy atakowały ludzi
jeden z lwów potraktował rzecz  serio i zabił jednego ze statystów.
Nasuwa mi się też drugie porównanie- scena z niemego filmu produkcji
ZSRR "Pancernik Potiomkin".

Co prawda powyższy fragment jest rekonstrukcją oryginału, który powstał
bardzo dawno, ale czuję się właśnie tak jak owo dziecko w wózku, który
pokonywał swobodnie w dół słynne odeskie schody.
Praktycznie boli mnie wszystko. Wiem, może mam coś potrzaskane, ale
najbardziej prawdopodobne jest, że "oberwał" krętarz duży, a raczej
kaletka maziowa tegoż krętarza. Zrobiłam sobie kilka testów i tak mi to
wygląda.
Na razie ważniejszy jest termin 12 lutego czyli dzień, w którym będzie
usuwana zaćma mego męża.
Jeszcze do poniedziałku nie było wiadomo, czy uda się wszystko załatwić
papierkowo i przygotowawczo, bo mój ślubny, jako posiadacz mechanicznej
zastawki aortalnej, do każdego nawet najmniejszego  krwawego zabiegu
musi zmienić stałe leki na tymczasowe i to 7 dni przed zabiegiem i 3 dni po.
Przemyślne procedury niemieckie i  skierowanie do szpitala wystawione
na niewłaściwym druku sprawiły, że było nieco problemów a gdyby się
nie udało zdążyć na ten termin, to następny jest dopiero za 5 miesięcy.
Sami widzicie- tak się złożyło.
Siedzieć to nawet już siedzę, ale chodzenie, przy którym niestety obity
mięsień posladkowy boli mnie jak jasny gwint,bo się napina, idzie mi
znacznie gorzej.
Nie mniej staram się co godzinę przespacerować po mieszkaniu - nie
śmiejcie się, mój przedpokój ma długość 5 m , kuchnia  4 metry więc
wyprawa do kuchni i  zrobienie sobie czegoś do picia  to pokonanie
w jedną  stronę 9 metrów.  Kawał drogi jak dla mnie.
Tak poza tym podobno jest ciepło. a ma być jeszcze cieplej i wiosna ma
zamiar niedługo zawitać- wszak świstak nie widział swego cienia!
Miłego Wszystkim!!!



piątek, 1 lutego 2019

ŻYJĘ.....

....ale co to za życie.
Nikt nie zgadł co wyprawiałam, że tak się pięknie urzadziłam.
Ja po prostu padłam ofiarą własnej pychy, jaka to ja jestem sprawna i
wkładałam na stojąco spodnie, co zresztą robie codziennie a nawet dwa
razy dziennie od 30 lat.
Włożyłam spokojnie lewą nogawkę, zaczęłam wkładać prawą i poczułam,
że tracę równowagę, więc przytomnie wyskoczyłam z tej nogawki by się
prawą nogą podeprzeć. Zapomniałam tylko o jednym- mam cholernie
śliską podłogę w pokoju i noga mi zwyczajnie uciekła..No to poleciałam
na prawe kolano i prawy  łokieć i nie przewidziałam tego, że to szarpnięcie
 spowoduje że i lewa noga wpadnie w poślizg, Mam cichą nadzieję,że
jednak nie mam nic złamanego. Jak trochę do siebie dojdę, to się wybiorę
na kontrolę RTG, bo uderzenie poszło na krętarz duży. A tak poza tym
to nawet siniaka nie mam. Ale każdy krok to paskudny ból bo się wszak
napina mięsień pośladkowy. Zadaję sobie  bezustannie pytanie  czy
sedesy  muszą być tak twarde. Koszmar, słowo daję.
W warszawskim mieszkaniu mieliśmy oba pokoje i przedpokój wyłożone
wykładziną dywanową. Czuję, że tu zawalczę o zakup wykładziny, bo
te eleganckie dechy na wysoki połysk mnie wykończą. Domowe klapki
mam podbite gumą, ale na tym drewienku i tak się ślizgają.
Przecież nie będę po domu chodziła w butach trekkingowych żeby się
na tych śliskich dechach okazjonalnie  znów nie  rozłożyć.
No i koniec z zakładaniem spodni "na stojaka". Nie da się jednak być
ciągle  młodą, ładną i zwinną niczym wiewiórka.
Ale są i pozytywy - mąż już drugi dzień gotował obiad. Może mu się to
spodoba???
Jeszcze mnie trochę  na blogu nie będzie bo mnie boli gdy siedzę.