Upał jest paskudny, zwłaszcza gdy się ma samochód bez "klimy".
Dziś straciłam resztki szacunku dla sądów. Po pierwsze zajmują się
bzdurami, które nawet nie powinny trafiać do sądu. A na domiar
złego sędzia przychodząc na posiedzenie sądu dopiero na sali raczy
się zapoznawać z aktami. Już pomijam takie drobiazgi, że sąd
zapomniał napisać do 3 osób wezwanie by uczestniczyły dziś
w rozprawie. Dwie z nich przyszły bez tego wezwania, ale trzecia nie
i sprawa znów odroczona, do pierwszych dni pazdziernika.
No normalnie nerwicy można dostać. A sprawa prosta jak drut bo to
sprawa o zasiedzenia i wszyscy zainteresowani popierają wniosek osoby
występującej o zasiedzenie.
Klimatyzacja działa tylko przy wejściu do budynku i w salach rozpraw-
niestety na korytarzach pozbawionych okien nie działa, niech się
interesanci duszą, może część z nich padnie i będzie spokój?
*****
Uważajcie na swe marzenia, bo często gdy się wreszcie spełnią stają się
utrapieniem.
Mamy kilka znajomych par, które marzyły o własnym domku na własnej
działce.
Niektórym marzenie się spełniło.
Jedni w chwili gdy nabywali działkę dla siebie "zaklepali" jedną i dla nas.
Rzecz w tym, że ani mąż ani ja nie jesteśmy amatorami działek- żadne
z nas nie ma zacięcia ogrodniczego, a do tego jestem leniwą babą i nie
widzę nic fajnego w tym by obrabiać dwa domy, z jednym ledwo się
wyrabiam. I mimo "zaklepanej" działki, namawiania, tłumaczenia jakie
to dobre gdy się posiada dzieci - działki nie kupiliśmy.
Bo ja osobiście nie widzę żadnych korzyści z posiadania działki- nie dość,
że ma się drugi dom do oporządzenia to jest on oddalny około 60-80 km
od domu, jesienią i zimą dość regularnie dewastowany i okradany, że już
pominę ten zapach wilgoci, gdy po zimie człowiek tam wchodzi.
Zapomniałam jeszcze dodać, że rok w rok, gdy wylewa Bug, cały teren
jest prześlicznie zalany. Dom stoi na b. wysokiej (180cm)podmurówce i
jak na razie nic mu się nie stało, no ale ogród zawsze dostaje w kość.
Poza tym na tej działce trzeba spędzać wszystkie urlopy - przecież nie
wyjadę na Riwierę gdy chata pusta na działce stoi.
Pomijam już fakt,że taka działka to worek bez dna - strasznie to kosztowna
rozrywka, jeśli chce się mieć wygody. I to przywożenie wszystkiego wiosną
i wywożenie jesienią- dla mnie koszmar.
Właśnie wczoraj zadzwonili ci, co dla nas działkę "zaklepali". Od 3 lat
usiłują sprzedać swoją i....... nie mogą.
Jakoś mnie to nie dziwi - inni, którym też takie marzenie zmieniło się
w utrapienie już od blisko dziesięciu lat usiłują swoją działkę z domkiem
sprzedać i.... też nie mogą. Choć ich działka jest w o niebo ciekawszej
okolicy.
Mąż tylko się uśmiechał, a potem powiedział: "no to możemy sobie
pogratulować dobrej decyzji". I ma rację.
****
A na ochłodę widoki z Malty
drewniana rzezba
poniedziałek, 29 lipca 2013
sobota, 27 lipca 2013
Sposób na upał
Od razu dodam, że to mój sposób na upał - prosty i niezwykle
skuteczny.
Po prostu w duży upał nie wychodzę z domu. Okna mam przysłonięte
żaluzjami, by słońce nie wciskało swego nosa i nie nagrzewało mi
mieszkania.
I wtedy siadam przy lampie ledowej i....koralikuję.
Dziś zrobiłam drugi smutny naszyjnik- szary, na którym zawiesiłam
kulkę wyplecioną z koralików. Zapięcie jest na guziczek.
I zrobiłam dla córki naszyjnik z japońskich koralików Tila,
przekładanych okrągłymi toho 11 i 15.
A skoro już mi tak dobrze dziś poszło, to zaraz wezmę się za sprucie
i poprawienie tego pomylonego kawałka we wczoraj pokazanym
naszyjniku.
Dziś całkowicie zwątpiłam w swą inteligencję - a wszystko przez te
"Szatańskie wersety" - pewnie zbyt dawno i zbyt pobieżnie czytałam
Biblię i teraz chwilami nie łapię o co biega. No niestety , zaczynam się
tą lekturą męczyć.
skuteczny.
Po prostu w duży upał nie wychodzę z domu. Okna mam przysłonięte
żaluzjami, by słońce nie wciskało swego nosa i nie nagrzewało mi
mieszkania.
I wtedy siadam przy lampie ledowej i....koralikuję.
Dziś zrobiłam drugi smutny naszyjnik- szary, na którym zawiesiłam
kulkę wyplecioną z koralików. Zapięcie jest na guziczek.
I zrobiłam dla córki naszyjnik z japońskich koralików Tila,
przekładanych okrągłymi toho 11 i 15.
A skoro już mi tak dobrze dziś poszło, to zaraz wezmę się za sprucie
i poprawienie tego pomylonego kawałka we wczoraj pokazanym
naszyjniku.
Dziś całkowicie zwątpiłam w swą inteligencję - a wszystko przez te
"Szatańskie wersety" - pewnie zbyt dawno i zbyt pobieżnie czytałam
Biblię i teraz chwilami nie łapię o co biega. No niestety , zaczynam się
tą lekturą męczyć.
piątek, 26 lipca 2013
Post scriptum
Naszyjnik, który przyprawia mnie o smętek wygląda tak:
Muszę jeszcze podszyć go skórką i obrębić koralikami.
A przedtem kawałek spruć, by poprawić błędy, które właśnie
zauważyłam dopiero na zdjęciu. No cóż, mylić się to rzecz
ludzka.
A drugi mój mało udany produkt to "niby oglala".
Z tym, że mnie się on podoba, bo jest lekki, w moich ulubionych
kolorach i do tego jest formą dość przestrzenną.
Popracuję jeszcze nad zrobieniem czegoś co zasłuży na nazwę "oglala",
ale wpierw muszę zastanowić się nad kolorem i uzupełnieniem braków
w koralikach.
Jak widzicie kiepsko mi po tym remoncie idzie koralikowanie.
Muszę jeszcze podszyć go skórką i obrębić koralikami.
A przedtem kawałek spruć, by poprawić błędy, które właśnie
zauważyłam dopiero na zdjęciu. No cóż, mylić się to rzecz
ludzka.
A drugi mój mało udany produkt to "niby oglala".
Z tym, że mnie się on podoba, bo jest lekki, w moich ulubionych
kolorach i do tego jest formą dość przestrzenną.
Popracuję jeszcze nad zrobieniem czegoś co zasłuży na nazwę "oglala",
ale wpierw muszę zastanowić się nad kolorem i uzupełnieniem braków
w koralikach.
Jak widzicie kiepsko mi po tym remoncie idzie koralikowanie.
czwartek, 25 lipca 2013
Lenię się...
niemiłosiernie. Mam do szycia tzw. lambrekin, ale nie mam nastroju
do szycia.
Zaczęłam robić dla psiapsiółki naszyjnik techniką haftu koralikowego,
ale...zmęczyła mnie kolorystyka ( szaro-biało- czarne) a do tego
maluteńkie koraliki, żeby był leciutki. Odłożyłam na razie a/a .
Wypatrzyłam na necie naszyjnik o nazwie oglala -spodobał mi się,
zaczęłam splatać i.....gdzieś się pomyliłam i wyszedł mi naszyjnik
"niby oglala". Ale wcale nie będe go pruć, mnie się i tak podoba,
dorobię tylko zapięcie i wtedy "obfocę".
Z tego wszystkiego postanowiłam wreszcie przeczytać "Szatańskie
wersety" Salmana Rushdie'go. Przymierzałam się już dwa razy, ale
teraz jakoś już mi idzie. Nie jest to łatwa lektura, ale zazdroszczę mu
lekkości pióra.
Nie potrafię czegoś opisać z taką ilością szczegółów, nawet gdy je
dokładnie widzę - po prostu mam wrażenie, że wtedy "zagadam"
główny temat. Przyznam się - zazdroszczę tym, którzy dobrze piszą.
A propos pisania - na razie nie mogę skończyć historii Lilki- Lilka
jest chora - mało nie przeniosła się w inny wymiar. Na szczęście
wezwany lekarz pogotowia rozpoznał szybko co Jej grozi i po 12
dniach spędzonych na OIOMie jest na oddziale, pomału wraca do
normalności. Kiedy wyjdzie ze szpitala-na razie nie wiadomo.
To zdjęcie podesłała mi córka, która właśnie wróciła z urlopu
na Rugii. Jest zachwycona, bo widoki piękne, 60 km pięknych plaż,
super trasy rowerowe, dużo ciekawych rzeczy do zwiedzenia i
obejrzenia. Dzieciaki były zachwycone, bo na plażę trzeba było
zjeżdżać windą, a dla Krasnoludków to atrakcja.
Woda, jak to w Bałtyku, była nieco zimnawa, ale starszego to nie
zrażało. Młodszy raczej preferował głębokość wody do kostek.
Podejrzewam, że w przyszłym roku też tam pojadą, bo stwierdzili,
że ten pobyt był stanowczo za krótki.
Zajrzałam do netu - jest sporo wiadomości nt. możliwości spędzenia
urlopu na Rugii. I jeśli ktoś lubi przemieszczać się rowerem, to jest
tam sporo tras rowerowych.
No to wracam do Szatańskich wersetów.
Miłego Wszystkim,;)
do szycia.
Zaczęłam robić dla psiapsiółki naszyjnik techniką haftu koralikowego,
ale...zmęczyła mnie kolorystyka ( szaro-biało- czarne) a do tego
maluteńkie koraliki, żeby był leciutki. Odłożyłam na razie a/a .
Wypatrzyłam na necie naszyjnik o nazwie oglala -spodobał mi się,
zaczęłam splatać i.....gdzieś się pomyliłam i wyszedł mi naszyjnik
"niby oglala". Ale wcale nie będe go pruć, mnie się i tak podoba,
dorobię tylko zapięcie i wtedy "obfocę".
Z tego wszystkiego postanowiłam wreszcie przeczytać "Szatańskie
wersety" Salmana Rushdie'go. Przymierzałam się już dwa razy, ale
teraz jakoś już mi idzie. Nie jest to łatwa lektura, ale zazdroszczę mu
lekkości pióra.
Nie potrafię czegoś opisać z taką ilością szczegółów, nawet gdy je
dokładnie widzę - po prostu mam wrażenie, że wtedy "zagadam"
główny temat. Przyznam się - zazdroszczę tym, którzy dobrze piszą.
A propos pisania - na razie nie mogę skończyć historii Lilki- Lilka
jest chora - mało nie przeniosła się w inny wymiar. Na szczęście
wezwany lekarz pogotowia rozpoznał szybko co Jej grozi i po 12
dniach spędzonych na OIOMie jest na oddziale, pomału wraca do
normalności. Kiedy wyjdzie ze szpitala-na razie nie wiadomo.
To zdjęcie podesłała mi córka, która właśnie wróciła z urlopu
na Rugii. Jest zachwycona, bo widoki piękne, 60 km pięknych plaż,
super trasy rowerowe, dużo ciekawych rzeczy do zwiedzenia i
obejrzenia. Dzieciaki były zachwycone, bo na plażę trzeba było
zjeżdżać windą, a dla Krasnoludków to atrakcja.
Woda, jak to w Bałtyku, była nieco zimnawa, ale starszego to nie
zrażało. Młodszy raczej preferował głębokość wody do kostek.
Podejrzewam, że w przyszłym roku też tam pojadą, bo stwierdzili,
że ten pobyt był stanowczo za krótki.
Zajrzałam do netu - jest sporo wiadomości nt. możliwości spędzenia
urlopu na Rugii. I jeśli ktoś lubi przemieszczać się rowerem, to jest
tam sporo tras rowerowych.
No to wracam do Szatańskich wersetów.
Miłego Wszystkim,;)
niedziela, 21 lipca 2013
Czas....
....ucieka. Coraz szybciej. Od lat staram się nie żyć przeszłością, nie
zastanawiać się ile lat minęło od jakiegoś wydarzenia. Minione
wydarzenia mam starannie poukładane, przepracowane, opatrzone
etykietkami, wnioski wyciągnięte by na nowo nie popełniać tych
samych błędów. Nie rozstrząsam w nieskończoność popełnionych
niegdyś błędów, nie wracam do raz zakończonych znajomości, nie
entuzjazmuję się dawnymi sukcesami. Było, minęło, nadal żyję i
staram się ten czas, a właściwie te chwile, które mi jeszcze pozostały,
przeżyć w moim odczuciu jak najlepiej. I wiem, że już wielu rzeczy
nie doznam, nie poznam, nie nauczę się - trochę mnie to smuci, ale
staram się nad tym pracować i zapanować nad tym smutkiem.
I nagle, moje poukładane w odpowiednie przegródki minione życie
"zaskrzeczało". Spotkałam kogoś z bardzo dalekiej przeszłości.
Kogoś, kto 46 lat temu sprawił, że odzyskałam dość szybko głos po
uszkodzeniu nerwów strun głosowych w trakcie operacji, kto poświęcał
mi swój czas prywatny na rehabilitację mego głosu i kogo ostatni raz
widziałam tuż przed porodem, a więc już 37 lat temu.
Życie pisze dziwne scenariusze - gdy w czwartek siedziałam u fryzjera,
czekając na swą kolejkę, na zapleczu widziałam jakiegoś mocno starszego
pana, który co chwilę zerkał w moją stronę, a potem zaczął się
wprost we mnie wgapiać.
Trochę mnie to zezłościło, bo nie jestem w wieku "poborowym", więc
się przesiadłam w inne miejsce. Gdy już byłam ostrzyżona, ufarbowana,
uczesana i uregulowałam rachunek, z zaplecza wyszedł ów facet.
Rzuciłam okiem i coś znajomego mignęło mi w jego twarzy, ale ruszyłam
dziarsko do wyjścia. Tuż za drzwiami zakładu starszy pan dogonił mnie,
przeprosił za natarczywość i zapytał czy mam na imię A. i niemal na
jednym oddechu powiedział swoje imię i nazwisko.
W tym momencie już skojarzyłam to coś znajomego w jego twarzy.
To był właśnie mój terapeuta sprzed lat. I wiecie co- poznał mnie po
głosie- wszak sam nad nim długo pracował. Nie miał szans poznać mnie
po wyglądzie - przez tyle lat wszystko się zmieniło - czas robi swoje.
Ale pozostał mi z tamtego okresu głos, ten się nie zmienił.
A moja fryzjerka, która tak cudownie strzyże - to jego córka.
Taaa, życie pisze naprawdę dziwne scenariusze.
zastanawiać się ile lat minęło od jakiegoś wydarzenia. Minione
wydarzenia mam starannie poukładane, przepracowane, opatrzone
etykietkami, wnioski wyciągnięte by na nowo nie popełniać tych
samych błędów. Nie rozstrząsam w nieskończoność popełnionych
niegdyś błędów, nie wracam do raz zakończonych znajomości, nie
entuzjazmuję się dawnymi sukcesami. Było, minęło, nadal żyję i
staram się ten czas, a właściwie te chwile, które mi jeszcze pozostały,
przeżyć w moim odczuciu jak najlepiej. I wiem, że już wielu rzeczy
nie doznam, nie poznam, nie nauczę się - trochę mnie to smuci, ale
staram się nad tym pracować i zapanować nad tym smutkiem.
I nagle, moje poukładane w odpowiednie przegródki minione życie
"zaskrzeczało". Spotkałam kogoś z bardzo dalekiej przeszłości.
Kogoś, kto 46 lat temu sprawił, że odzyskałam dość szybko głos po
uszkodzeniu nerwów strun głosowych w trakcie operacji, kto poświęcał
mi swój czas prywatny na rehabilitację mego głosu i kogo ostatni raz
widziałam tuż przed porodem, a więc już 37 lat temu.
Życie pisze dziwne scenariusze - gdy w czwartek siedziałam u fryzjera,
czekając na swą kolejkę, na zapleczu widziałam jakiegoś mocno starszego
pana, który co chwilę zerkał w moją stronę, a potem zaczął się
wprost we mnie wgapiać.
Trochę mnie to zezłościło, bo nie jestem w wieku "poborowym", więc
się przesiadłam w inne miejsce. Gdy już byłam ostrzyżona, ufarbowana,
uczesana i uregulowałam rachunek, z zaplecza wyszedł ów facet.
Rzuciłam okiem i coś znajomego mignęło mi w jego twarzy, ale ruszyłam
dziarsko do wyjścia. Tuż za drzwiami zakładu starszy pan dogonił mnie,
przeprosił za natarczywość i zapytał czy mam na imię A. i niemal na
jednym oddechu powiedział swoje imię i nazwisko.
W tym momencie już skojarzyłam to coś znajomego w jego twarzy.
To był właśnie mój terapeuta sprzed lat. I wiecie co- poznał mnie po
głosie- wszak sam nad nim długo pracował. Nie miał szans poznać mnie
po wyglądzie - przez tyle lat wszystko się zmieniło - czas robi swoje.
Ale pozostał mi z tamtego okresu głos, ten się nie zmienił.
A moja fryzjerka, która tak cudownie strzyże - to jego córka.
Taaa, życie pisze naprawdę dziwne scenariusze.
środa, 17 lipca 2013
Post nie dla wrażliwych
Uprzedzam, że jest to notka nie dla wrażliwych - osoby wrażliwe nie
powinny tego czytać.
Tak jakoś mam, że zawsze wieczorem, leżąc już w łóżku, czytam.
Kiedyś książki, teraz prasę. Zamiana gatunku spowodowana została
faktem, że zawsze czytałam wtedy niemal całą noc i w dzień byłam
ledwo żywa.
Wczoraj padło na 21 numer Forum.
Courrier International donosi, że w wietnamskich restauracjach
triumfy święci.....kocie mięso. Z domowych, poczciwych mruczków.
Miłośnicy tego mięsa uważają, że ma wybitne walory smakowe oraz
właściwości lecznicze. Przeciwnicy zaś uważają, że kot nie powinien
trafiać na stół, bo jego przeznaczeniem jest walka z gryzoniami.
Miejsca na kota-przyjaciela człowieka jakoś tu nie widzę.
Teoretycznie kocie mięso głównie jadają Azjaci, ale kota w garnku
można również znależć w północnych Włoszech, gdzie podobno co
roku kończy tak siedem tysięcy kotów, udając potrawkę z królika.
A do początku lat 60 XX wieku kot był daniem w szwajcarskich
kantonach Jura, Valais i Gryzonia.
Dziennikarze szwajcarscy podają ,że dziś to już "najzupełniej
marginalna" praktyka.
No to idę nakarmić swoje bezdomne koty.
Amerykańska Narodowa Akademia Nauk podała, że do roku 2030
powierzchnia obszarów miejskich na świecie powiększy się
o 1,2 mln km kwadratowych, a liczba ludzi wzrośnie do 2050 roku
aż do 10 miliardów (dziś jest nas 7 miliardów). Dziś mieszkańcy
miast stanowią 50% , ale w połowie 2050 roku będą stanowić 75
procent ludności.
I co wtedy??? Nie ma sprawy - upchną ludzi pod ziemię - teraz
upychają nas w wieżowce, w przyszłości miasta zejdą pod ziemię.
Już dziś istnieje podziemna część Montrealu zwana Miastem
Wewnętrznym, która jest największym na świecie kompleksem
podziemnym. Ma powierzchnię 12 km kwadratowych, łączna długość
korytarzy wynosi 32 km, mieści dwa tysiące punktów handlowych,
są kompleksy hotelowe, różne biura oraz 10 budynków uniwersyteckich,
a wszystko to połączone jest ośmioma stacjami metra.
Codziennie bywa tu około 500 tysięcy osób, a w zimie, gdy temperatura
na zewnątrz spada nawet do -35 stopni, frekwencja wyraznie wzrasta.
Ci co odwiedzają blog Stardust zapewne pamiętają, że na Manhattanie
stworzono High Line - nadziemny park na opuszczonej estakadzie
kolejowej. A teraz do roku 2020 planowane jest stworzenie, również na
Manhattanie, pierwszego parku podziemnego, na terenie opuszczonej
podziemnej stacji trolejbusowej.
Koszt inwestycji zakłada 30 - 50 mln dolarów.
Lubicie pobyt nad Bałtykiem? Siedząc na nadbałtyckiej plaży pomyślcie,
że po drugiej wojnie światowej na dnie Bałtyku zatopiono ponad 50 tysięcy
ton bojowych środków trujących. W polskim pasie wód te tykające bomby
są zatopione niedaleko Zatoki Gdańskiej. Metalowe pojemniki powoli
niszczeją korodując i grożąc uwolnieniem się ich zawartości. Już uwolnienie
się 1/6 ich zawartości zniszczyłoby życie w Bałtyku i na jego brzegach
na 100 lat.
A teraz dla tych, którzy zachwycają się w muzeach i galeriach dziełami
znanych mistrzów pędzla lub dłuta - eksperci uważają, że od 10 do 40
procent dzieł przypisywanych znanym mistrzom to.......fałszywki.
Ale mnie i tak się podobają , ja tak nie potrafię malować lub rzezbić.
I coś dla poprawy nastroju -3 tygodnie w całym życiu zajmuje nam chodzenie
w poszukiwaniu zasięgu telefonu komórkowego.
Coś w tym jest - jadąc pociągiem do Berlina co chwilę traciłam zasięg.
Miłego dnia wszystkim;)
powinny tego czytać.
Tak jakoś mam, że zawsze wieczorem, leżąc już w łóżku, czytam.
Kiedyś książki, teraz prasę. Zamiana gatunku spowodowana została
faktem, że zawsze czytałam wtedy niemal całą noc i w dzień byłam
ledwo żywa.
Wczoraj padło na 21 numer Forum.
Courrier International donosi, że w wietnamskich restauracjach
triumfy święci.....kocie mięso. Z domowych, poczciwych mruczków.
Miłośnicy tego mięsa uważają, że ma wybitne walory smakowe oraz
właściwości lecznicze. Przeciwnicy zaś uważają, że kot nie powinien
trafiać na stół, bo jego przeznaczeniem jest walka z gryzoniami.
Miejsca na kota-przyjaciela człowieka jakoś tu nie widzę.
Teoretycznie kocie mięso głównie jadają Azjaci, ale kota w garnku
można również znależć w północnych Włoszech, gdzie podobno co
roku kończy tak siedem tysięcy kotów, udając potrawkę z królika.
A do początku lat 60 XX wieku kot był daniem w szwajcarskich
kantonach Jura, Valais i Gryzonia.
Dziennikarze szwajcarscy podają ,że dziś to już "najzupełniej
marginalna" praktyka.
No to idę nakarmić swoje bezdomne koty.
Amerykańska Narodowa Akademia Nauk podała, że do roku 2030
powierzchnia obszarów miejskich na świecie powiększy się
o 1,2 mln km kwadratowych, a liczba ludzi wzrośnie do 2050 roku
aż do 10 miliardów (dziś jest nas 7 miliardów). Dziś mieszkańcy
miast stanowią 50% , ale w połowie 2050 roku będą stanowić 75
procent ludności.
I co wtedy??? Nie ma sprawy - upchną ludzi pod ziemię - teraz
upychają nas w wieżowce, w przyszłości miasta zejdą pod ziemię.
Już dziś istnieje podziemna część Montrealu zwana Miastem
Wewnętrznym, która jest największym na świecie kompleksem
podziemnym. Ma powierzchnię 12 km kwadratowych, łączna długość
korytarzy wynosi 32 km, mieści dwa tysiące punktów handlowych,
są kompleksy hotelowe, różne biura oraz 10 budynków uniwersyteckich,
a wszystko to połączone jest ośmioma stacjami metra.
Codziennie bywa tu około 500 tysięcy osób, a w zimie, gdy temperatura
na zewnątrz spada nawet do -35 stopni, frekwencja wyraznie wzrasta.
Ci co odwiedzają blog Stardust zapewne pamiętają, że na Manhattanie
stworzono High Line - nadziemny park na opuszczonej estakadzie
kolejowej. A teraz do roku 2020 planowane jest stworzenie, również na
Manhattanie, pierwszego parku podziemnego, na terenie opuszczonej
podziemnej stacji trolejbusowej.
Koszt inwestycji zakłada 30 - 50 mln dolarów.
Lubicie pobyt nad Bałtykiem? Siedząc na nadbałtyckiej plaży pomyślcie,
że po drugiej wojnie światowej na dnie Bałtyku zatopiono ponad 50 tysięcy
ton bojowych środków trujących. W polskim pasie wód te tykające bomby
są zatopione niedaleko Zatoki Gdańskiej. Metalowe pojemniki powoli
niszczeją korodując i grożąc uwolnieniem się ich zawartości. Już uwolnienie
się 1/6 ich zawartości zniszczyłoby życie w Bałtyku i na jego brzegach
na 100 lat.
A teraz dla tych, którzy zachwycają się w muzeach i galeriach dziełami
znanych mistrzów pędzla lub dłuta - eksperci uważają, że od 10 do 40
procent dzieł przypisywanych znanym mistrzom to.......fałszywki.
Ale mnie i tak się podobają , ja tak nie potrafię malować lub rzezbić.
I coś dla poprawy nastroju -3 tygodnie w całym życiu zajmuje nam chodzenie
w poszukiwaniu zasięgu telefonu komórkowego.
Coś w tym jest - jadąc pociągiem do Berlina co chwilę traciłam zasięg.
Miłego dnia wszystkim;)
poniedziałek, 15 lipca 2013
Wreszcie....
...po bardzo długiej przerwie zrobiłam dla siebie naszyjnik.
Głównym elementem jest wytłoczka z mosiądzu -lekka i bardzo
starannie zrobiona. Naszyjnik nawiązuje do mego ulubionego
stylu Art Deco.
Jest lekki, haftowałam go małymi koralikami toho 15, podszyłam
cieniutką skórką w kolorze srebrnym.
Kolorystykę wzorowałam na znalezionych zdjęciach starożytnej
egipskiej biżuterii.
"Chodzi" mi po głowie już następny projekt - naszyjnik z białego,
niebarwionego howlitu. Kamyki same dla siebie są już dekoracyjne, bo
mają ciekawy kształt. Na razie noszę je w charakterze bransoletki , ale
mam zamiar przerobić to na naszyjnik.
Nie wiem tylko, dlaczego ciągle nadal mam tak mało czasu - remont
skończony, większość rzeczy "uładzona" a ja nadal ciągle nie wiem
gdzie co mam. A może to po prostu skleroza???
Głównym elementem jest wytłoczka z mosiądzu -lekka i bardzo
starannie zrobiona. Naszyjnik nawiązuje do mego ulubionego
stylu Art Deco.
Jest lekki, haftowałam go małymi koralikami toho 15, podszyłam
cieniutką skórką w kolorze srebrnym.
Kolorystykę wzorowałam na znalezionych zdjęciach starożytnej
egipskiej biżuterii.
"Chodzi" mi po głowie już następny projekt - naszyjnik z białego,
niebarwionego howlitu. Kamyki same dla siebie są już dekoracyjne, bo
mają ciekawy kształt. Na razie noszę je w charakterze bransoletki , ale
mam zamiar przerobić to na naszyjnik.
Nie wiem tylko, dlaczego ciągle nadal mam tak mało czasu - remont
skończony, większość rzeczy "uładzona" a ja nadal ciągle nie wiem
gdzie co mam. A może to po prostu skleroza???
Subskrybuj:
Posty (Atom)
