drewniana rzezba

drewniana rzezba

czwartek, 24 listopada 2016

Kolejna zagadka przeszłości

Był rok 1900, na Morzu Śródziemnym szalał sztorm i grupka rybaków schroniła się
u brzegu niewielkiej wyspy Antikithery, gdzie natknęła się na wrak antycznego statku.
O niezwykłym znalezisku poinformowano odpowiednie władze, ekipa archeologów
zabezpieczyła znalezisko, spisano wszystkie znalezione przedmioty i oddano je do
szczegółowej analizy.
Po kilku miesiącach uwagę badaczy przykuł artefakt  posiadający numer 15087.
Nikt nie przypuszczał, że badanie tego  niezwykłego  urządzenia, składającego się
z 9 przekładni i 40 kół zębatych wyciętych z brązu i nałożonych na siebie z wręcz
zegarmistrzowską precyzją, a na dodatek pokrytych znakami, których wielkość
nie przekraczała 2 mm, będzie trwało całymi latami.
Odczytywanie tych znaków trwało dziesięć lat. W końcu artefakt trafił do NASA i
po kolejnej serii badań ogłoszono, że ten niezwykły artefakt służył do obliczania
przeszłych i przyszłych zaćmień Księżyca oraz Słońca, roku przestępnego a także
faz i anomalii księżyca.
Zdaniem naukowców poziom zaawansowania technicznego, na którym oparto
działanie tego urządzenia, nasza cywilizacja osiągnęła dopiero w XVII stuleciu, a
ten artefakt liczy sobie co najmniej 2000 lat i został wykonany w  starożytnej Grecji.
Mają zostać podjęte dalsze poszukiwania archeologiczne w pobliżu Antikithery
i być może pomogą one rozwiązać zagadkę kto i w jakim celu wykonał ten tak
wielce zagadkowy mechanizm.
Prace archeologów na całym świecie nadal trwają i co jakiś czas zaskakują nas ich
odkrycia, bo świadczą o  niezwykłych i dotąd nieznanych nam umiejętnościach
starych cywilizacji, o których nas nigdy nie uczono.
W ruinach miasta Thmuis archeolodzy znalezli niezwykle proste ale skuteczne
urządzenie, które pozwalało przewidywać poziom wody w Nilu jaki będzie podczas
corocznego wylewu tej najdłuższej rzeki świata.
Na podstawie odpowiednich podziałek, które znajdowały się w wykopanej na ten
cel  "studni" można było między innymi odczytać spodziewaną ilość zbiorów roślin
uprawnych, czas trwania wylewu rzeki  oraz - wysokość podatków, które mają
być nałożone na rolników.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Eksperyment kulinarny

Jak już wszyscy wiecie, jestem na diecie bezglutenowej. Gdybym napisała, że
u nas bezglutenowiec nie ma co jeść, to bym najzwyczajniej w świecie  skłamała.
Jest sporo produktów spożywczych bezglutenowych, ale  mnie one po prostu
nie  smakują.
Ratuję się nieco przepisami  diety paleo, no ale jedzenie dzień w dzień "jajówy"
na śniadanie też mi nie odpowiada.
Dziś, w przypływie głodu zrobiłam sobie eksperymentalnie omlet-grzybek
bezglutenowy.
Użyłam do niego 2 łyżek stołowych mąki z orzechów arachidowych, dodałam
1 łyżkę wody, szczyptę soli  i dwa jajka.
Wszystko razem zmiksowałam i usmażyłam na oleju kokosowym.
Po usmażeniu  położyłam na wierzchu sałatkę z buraków.
Ze zdziwieniem skonstatowałam, że nie tylko dało się zjeść ale nawet było
smaczne. I nawet mój mąż raczył się tym posilić, a on nie z tych co wszystko
zjedzą.
Może jutro się na tyle zmobilizuję, że upiekę z tej mąki ciasteczka do kawy.
Jeżeli wyjdą dobre, to napiszę przepis.
                                                           *****
Dziś do naszej prywatnej stacji uzdatniania wody doinstalowali nam filtr
alkalizujący wodę -inwestycja podyktowana tym, że po tej koszmarnej operacji
zastawki i powikłaniach po tej operacji, mój mąż ma niewydolność nerek i picie
alkalizowanej wody ma usprawnić pracę nerek i zapobiec powstawaniu kamieni
nerkowych.  Oby tak było.
Podobno mamy wszyscy mocno zakwaszone organizmy. Być może- w końcu
tyle chemii wciąż spożywamy, że nie jest to wykluczone.

I coś z archiwum:



niedziela, 20 listopada 2016

Czasami zdarza mi się.....

......spotkać dawno nie widzianą koleżankę. Teoretycznie nie mieszkamy od siebie
daleko, ot drobne  25 km, ale ta odległość skutecznie nam zakłóca regularne
spotkania.
W końcu, po kilku zmianach czasu i miejsca naszego spotkania udało nam się
spotkać w pewnej galerii handlowej.
Plotki plotkami,  ale raz do roku przedreptać wspólnie ciąg sklepów z  ciuchami
i nic nie kupić  to też  miła sprawa.
W końcu zakotwiczyłyśmy się w firmowej kawiarence, gdzie jest zaledwie kilka
stolików i bardzo dobra kawa.
No a o czym rozprawiają głównie starsze panie? oczywiście o swych dorosłych
dzieciach i cudownych , genialnych wnukach.
Ale tym razem na moje  zachęcające  "a co u Niuni?" moja rozmówczyni tylko
machnęła ręką i wydęła pogardliwie usta.
Niunia? Niunia oszalała zupełnie. Nie wiem po kim to takie głupie babsko się
z niej zrobiło.
Dziwne- pomyślałam. Byłam pewna, że wie z kim  Niunię zmajstrowała;)
Owa Niunia to ponad czterdziestoletnia  osoba, rozwiedziona od lat, z jednym
dzieckiem płci męskiej, które mieszka ze swym ojcem gdzieś w Europie.
Niunia - ciągnęła moja koleżanka - oszalała na punkcie jakiegoś głupka, który
ma dwa fakultety, zajmuje się biologią i etnografią i czasami zjeżdża do Polski.
I Niunia zapałała do tego faceta gorącą miłością, bo to taki wspaniały gość,
który pracuje naukowo nad jakimś robactwem zamieszkującym  jakąś
nadmorską roślinność w okolicy równika. Nie mam pojęcia gdzie ona go poznała,
ale pewnego pięknego dnia trzy lata temu rzuciła swoją pracę, wzięła szybki i
bardzo cichy  ślub i....wyjechali. Wróciła pół roku temu - ale to cień dawnej Niuńki.
Wygląda  na styraną mocno, bezdomną sześćdziesięciolatkę a do tego wpadła
w depresję i wymaga pomocy lekarza. Poza tym jest już po wstępnym leczeniu
w klinice chorób tropikalnych i długo jeszcze będzie pod ich opieką ambulatoryjną.
Na temat swego pobytu " w świecie" prawie nic nie mówi, a swego obecnego męża
nazywa eunuchem  lub - s....synem.
Staram się jej nie wypytywać, zresztą ona głównie śpi po swoich lekach, więc
tylko dbam by regularnie jadła, a ona prawie nie wychodzi ze swego pokoju.
Dobrze, że zgodziła się mieszkać u nas, w końcu dom duży, a dzięki temu mogę
o nią zadbać. Ma pełno blizn na całym ciele, mówi, że to po ugryzieniach
owadów, bo się jej tam skończyły środki ochronne.
Smaruję jej codziennie całą skórę jakimś  specjalnym kremem na blizny i trochę to
lepiej wygląda. Wiesz, skóra to nic, żeby tylko poprawiła się jej psychika.
Czasami słyszę jak płacze, ale płacz to dobra rzecz, rozładowuje emocje. Ja nawet
nie wiem gdzie ona cały ten czas była. Raz mi powiedziała, że w Kostaryce,
innym razem, że w Urugwaju. A może jej się już w głowie wszystko pomajtało
i sama nie bardzo wie gdzie była? Jestem tym wszystkim wykończona. No i teraz
już wiesz, dlaczego tak długo się nie mogłyśmy spotkać. Nie chcę jej zostawiać
samej w domu - jeżeli mój nie może przed południem zostać w domu to nigdzie
nie wychodzę, nawet do sklepu.
Przyznam się , że słuchałam tego wszystkiego ze zdumieniem, bo przecież Niunię
znam od dziecka, jest nieco starsza od mojej córki.
I przypomniały mi się życiowe rady mojej babci: "pamiętaj- fascynujący mężczyzna
nie nadaje się na męża. Co najwyżej  na tymczasowego przyjaciela".


wtorek, 15 listopada 2016

O niczym



Jak już kiedyś pisałam, osiągnęłam mistrzostwo w robieniu rzeczy mało lub
zupełnie niepotrzebnych.
Przykład ? proszę bardzo - wydziergałam na drutach sweter typu bezrękawnik.
Gdy dotarłam do etapu wykończenia owego bezrękawnika - utknęłam, bo nie
miałam pomysłu na jego wykończenie. I bezrękawnik przeleżał grzecznie
niemal rok, czyli zrobiłam coś, co tak naprawdę nie było mi potrzebne.
Bo gdyby był mi potrzebny to przecież bym go szybko "wykończyła".
Szukając tej jesieni czegoś w pudełku z naklejką "RÓŻNE"  trafiłam na niego.
Żal mi się zrobiło i... w ciągu dwóch dni dorobiłam  plisy i mam wreszcie
bezrękawnik. Świetnie  się komponuje z cienkim, bawełnianym golfem.
Gorzej, bo w tym samym pudełku leży jeszcze jeden zaczęty i nie skończony
dzianinowy projekt- coś co miało być  bluzką na chłodniejsze dni lata,
oczywiście w moim ulubionym kolorze indyjskiego różu. Lato minęło, jesień
też, a bluzki nie ma. Na wszelki wypadek wyciągnęłam "to" z pudełka i leży
na wierzchu kłując me oczy.
Niestety nie odnalazłam przy okazji wzoru, którym miał być wykonany przód
owej dzianiny.

                                                             *****
Chyba zostanę niemal wegetarianką. Bo  coraz mniej mnie rajcuje spożywanie
mięsa, które jest nasączone nie tylko konserwantami ale i barwnikami, a do
tego jest zupełnie pozbawione zapachu surowego mięsa.
Bo jeszcze kilka  lat temu każde surowe mięso miało zapach charakterystyczny
dla swego  gatunku - inaczej pachniała wołowina a inaczej wieprzowina lub
cielęcina.
Teraz wszystkie są pozbawione zapachu- to mięso kupowane na  bazarze też.

                                                              *****
Wczoraj stuknęło mi osiem lat blogowania.
Zaczęłam blogiem "procontra- anabell", na którym jest opublikowanych
551 postów , a  wśród nich moje zapędy grafomańskie.
Od kwietnia 2010 r istnieje równolegle ten blog i opublikowałam na nim 857
postów.
Czasami jeszcze piszę na starym blogu, ale chyba go zamknę- dwa blogi
to za wiele frajdy  naraz.
No i teraz sami widzicie - jestem jednak mistrzynią w tworzeniu rzeczy
niepotrzebnych.

piątek, 11 listopada 2016

Pada drobny.....

.....śnieg - wiadomo, święty Marcin zimę przyprowadza. Nie lubię zimy w mieście,
bardzo nie lubię. Jest szaro, brudno, ponuro.
Zima jest dobra w górach, zwłaszcza gdy napada śniegu, jest wyżowo, suche
powietrze i wtedy nawet 20-stopniowy mróz nie dokucza, a w słońcu można
poleżeć na leżaku nawet w bikini, byle nie zapomnieć o wyłożeniu leżaka grubym
ciepłym kocem.
                   Właśnie takiej zimy sobie  życzę, ale oczywiście nie w Warszawie.
                                                    *****
Robi się ostatnio jakoś pusto  - odchodzą w inny wymiar ci,  których całymi
latami podziwiałam za ich twórczość na różnych płaszczyznach.
I za każdym razem jestem zdziwiona, że JUŻ odchodzą, bo dla mnie do końca
byli tak samo ważni jak w czasach mojej młodości. No ale wiadomo, wszyscy
zmierzamy w tym samym kierunku, bo to jedyna sprawiedliwość na tym świecie.
A teraz odszedł Leonard Cohen. Miał 82 lata.

                                                    *****
Spotkałam wczoraj jedną z sąsiadek z naszego bloku. To bardzo miła starsza pani.
W tym roku w maju skończyła 88 lat. Umysł nadal trzezwy, tylko "fizyczność "
coraz bardziej dolega. Ale codziennie wychodzi na zakupy, chociaż musi już
używać "szwedki", bo staw biodrowy lekko się buntuje. Ale pani Zofia nadal
chce mieszkać sama i nie chce pomocy ze strony córki lub wnuczki, choć obie
mieszkają niedaleko.
W weekendy przychodzi do  niej płatna opiekunka, sprząta mieszkanie, pomaga 
pani Zofii przy kąpieli, czasem zrobi "na zapas" pierogów, bo stanie przy kuchni
jest już dla pani Zofii zbyt męczące. Od kilku lat jest wdową- jej starszy o kilka
lat od niej mąż dożył też ładnego wieku, miał 87 lat.
Obie z panią Zofią  zgodnie uważamy, że "miał szczęście" - nie chorował, odszedł
w pewną niedzielę , po zjedzeniu śniadania, bez jakichkolwiek oznak, że zaraz
odejdzie na zawsze. Nawet nie zdążył wstać od stołu.
Był wielce żywotnym i bardzo sympatycznym człowiekiem.
A pani Zofia powiedziała wczoraj, że chce tylko tak długo żyć jak długo będzie
stosunkowo sprawna fizycznie i pełnosprawna intelektualnie.
W pełni się z nią zgadzam.

                                                   *****
Czytam książkę Kristin Hannach "Słowik". Książka oparta jest na autentycznych
przeżyciach bojowniczki francuskiego ruchu oporu, Andree de Jongh.
To opowieść o dwóch siostrach, ich wzajemnych relacjach, o francuskim ruchu
oporu, o życiu ludzi pod okupacją hitlerowców, o wyborach których musimy
w życiu dokonywać.
Książka zyskała opinię światowego bestsellera. Na razie połknęłam w dwa
wieczory 224 strony, a cała książka liczy ich 557.
                                                                
                                                   *****
Moi skrzydlaci stołownicy dostarczają mi sporo atrakcji. Głównymi stołownikami
są sikorki bogatki i modraszki oraz wróble mazurki. A dziś już kilka razy pożywiała
się sójka. To bardzo ładny ptak. I jak zauważyłam przylatują dwie różne sójki-
jedna z nich jest nieco barwniejsza, ale jak poczytałam o sójkach to nie sposób
odróżnić samiczkę od samca- brak jest wyraznego dymorfizmu płciowego.
A wróbelki mazurki zupełnie nie boją się sikorek, które są od nich nieco większe.
Zabawne, że  zgodnie z sikorkami żerują, ale gdy się trafią  same wróbelki to zaraz
towarzystwo zaczyna tłuc się i przeganiać.
Mój ślubny podsumował- nic dziwnego, to są wszak polskie wróble od pokoleń.



środa, 9 listopada 2016

Na wyciszenie











Jak to dobrze, że obiecałam komuś naszyjnik i bransoletkę.
Przynajmniej zajęłam myśli czymś innym niż meczącą nas rzeczywistością.
Wisiorek można  zdjąć i jest wtedy pewna odmiana.
Naszyjnik i bransoletka są zrobione  z koralików toho nr 11, a wisiorek
z koralików toho 15.

wtorek, 8 listopada 2016

*****

Marzy mi się wzięcie urlopu od  życia tu i teraz.
Po prostu przestaję rozumieć dzisiejszą rzeczywistość- nie tylko polską.
Nie pojmuję jak można bić niemowlę, jak można nie zająć się kobietą, o której
wiadomo, że czeka ją poród prawdopodobnie martwego dziecka i która rodzi je
na szpitalnej podłodze. A może w tym dziecku tliła się jeszcze iskierka  życia?
I dlaczego, po stwierdzeniu, że  kobieta  ma w łonie nieżywe dziecko nie
rozwiązano natychmiast ciąży? Zygota dla dzisiejszych obrońców życia jest
super ważna  ale dziecko po 8 miesięcznej  ciąży i życie jego matki - już nie.
Stare przysłowie  mówi, że ryba zaczyna się psuć od głowy. Głowy naszego
państwa są niestety mocno popsute i zakażenie postępuje w dół, na szerokie
rzesze społeczeństwa.
Zapraszam wszystkich tu zaglądających do poczytania postów na blogu
www.baluwolanda.blog.onet.pl 
Miłego Wszystkim;)