Od godziny pada, a do tego wszystkiego zostałam pokarana za nadmierną
gościnność.
Kilka dni temu zadzwoniła do mnie daleka kuzynka, informując, że przyjeżdża
na kilka dni do Warszawy , więc mogłybyśmy się zobaczyć. Najczęściej spoty-
kałyśmy się gdzieś na mieście, a tym razem coś mnie podkusiło i zapropono-
łam , by jednak podjechała do mnie. Wg niej mieszkam na tzw. "zadupiu" ,bo
aż 5 km od samego centrum miasta, no ale jakoś zgodziła się , że skoro jednym
autobusem do mnie dojedzie (5 przystanków , bo to "pospieszny") , to się
poświęci. Przyjechała dziś, o dziwacznej nieco porze, bo już o 9 rano, ledwo
zdążyłam obskoczyć poranną kawę.
Na "dzień dobry" zapytała się mnie, jak mogłam dopuścić, by moja córka
wyszła za Niemca, a do tego wszystkiego przyjęła drugie obywatelstwo i
zamieszkała na stałe za granicą. Z lekka mnie zatkało, bo w tym roku mija
już siedem lat odkąd wyszła za mąż i 10, odkąd mieszka w Niemczech.
Nim zdążyłam otworzyć buzię, żeby coś odpowiedzieć, dowiedziałam się,
że : sprzedałam swoje dziecko, mało tego, wyrzekłam się wnuczka, pozwala-
jąc by "hodował się u Niemców", że zostanę za to ukarana, że ona to nie
pozwoliłaby swoim córkom na takie ekscesy. Gdy wreszcie odzyskałam mowę
zadzwoniłam po taksówkę, która przyjechała za 7 minut, powiedziałam
słodziutkim głosikiem, że powinna się koniecznie leczyć , a poza tym, by nie
narażać jej na nieprzewidziane wszak koszty, daję jej 50 zł na taksówkę,
byleby tylko szybciutko opuściła moje progi. Na do widzenia nie odmó-
wiłam sobie przyjemności stwierdzenia, że nie dziwię się, że mąż ją opuścił.
To nie było ładne, ale......musiałam odreagować.
Po raz drugi w życiu wyprosiłam kogoś ze swojego mieszkania. Wiele lat temu
wyprosiłam koleżankę, która pijaniutka niczym miś koala usiłowała u mnie
spenetrować barek.
Nie czuje się dobrze, z tym, że dziś zareagowałam podobnie. Nie wiem, co się
mojej kuzynce w głowinie porąbało. Dość często rozmawiamy telefonicznie,
ale w ciągu tych lat nie miała zastrzeżeń do małżeństwa mojej córki.
A zresztą nawet gdyby miała, to jej zmartwienie, nie moje. Ja nie krytykuję
jej postępowania, przykro mi, że mąż ją porzucił a sąd przyznał dzieci jemu,
przykro mi, że czuje się samotna, ale to jej życie, nie moje i mnie nic do tego.
Kolejny raz przekonałam się, że z rodziną to się najlepiej wychodzi na foto-
grafii a i to należy stanąć na środku, bo inaczej to obetną.
Z tego wszystkiego zabiorę się chyba za robienie podstawek pod kubki.
Humor mi się poprawi od tego, to pewne.
drewniana rzezba
piątek, 14 maja 2010
poniedziałek, 10 maja 2010
9. Pewnie brak mi wrażliwości
Jestem jaka jestem i chyba już za pózno, by się zmieniać. Dziś mnie
z lekka zatrzęsło - znów mamy jakąś żałobę narodową "bis". Nie twierdzę,
że jestem najlepiej wychowaną osobą pod słońcem, ale mnie uczono, że
żałobę to się nosi w sercu a nie obnosi się z nią po mieście.
Wiadomo, odejdzie ktoś nam bliski, z początku będziemy rozpaczać, żal
odczuwać, z czasem pozostanie w myśli łagodny smutek.
Dziś poczułam się zupełnie jak w latach kultu jednostki , gdy całemu
społeczeństwu kazano opłakiwać śmierć Stalina.
Wypadek samolotu z 10 kwietnia niewątpliwie był tragedią, ale nie prze-
sadzajmy, nie dla całego społeczeństwa ale dla rodzin i bliskich znajomych
tych osób, które zginęły. Wiadomo, ci co zostali osieroceni jeszcze długo
będą odczuwali ból i to jest normalne.
Za nienormalne uważam nawoływanie do obchodzenia "miesięcznicy" tego
wypadku, organizowanie jakiegoś marszu pamięci itp. Dla mnie jest to tylko
i wyłącznie gra polityczna jednego z ugrupowań, wspinanie się po plecach
zmarłych dla uzyskania poparcia wyborców.
Nie widzę w tym żadnego bólu po stracie bliskich, nie tak wygląda ból po
stracie najbliższej osoby.
z lekka zatrzęsło - znów mamy jakąś żałobę narodową "bis". Nie twierdzę,
że jestem najlepiej wychowaną osobą pod słońcem, ale mnie uczono, że
żałobę to się nosi w sercu a nie obnosi się z nią po mieście.
Wiadomo, odejdzie ktoś nam bliski, z początku będziemy rozpaczać, żal
odczuwać, z czasem pozostanie w myśli łagodny smutek.
Dziś poczułam się zupełnie jak w latach kultu jednostki , gdy całemu
społeczeństwu kazano opłakiwać śmierć Stalina.
Wypadek samolotu z 10 kwietnia niewątpliwie był tragedią, ale nie prze-
sadzajmy, nie dla całego społeczeństwa ale dla rodzin i bliskich znajomych
tych osób, które zginęły. Wiadomo, ci co zostali osieroceni jeszcze długo
będą odczuwali ból i to jest normalne.
Za nienormalne uważam nawoływanie do obchodzenia "miesięcznicy" tego
wypadku, organizowanie jakiegoś marszu pamięci itp. Dla mnie jest to tylko
i wyłącznie gra polityczna jednego z ugrupowań, wspinanie się po plecach
zmarłych dla uzyskania poparcia wyborców.
Nie widzę w tym żadnego bólu po stracie bliskich, nie tak wygląda ból po
stracie najbliższej osoby.
sobota, 8 maja 2010
8. Moje nowe "odkrycie"
Przyznaję się, po prawie półrocznej przerwie wróciłam do moich robótek.
Jest szansa, że wykończę dla mojej koleżanki pudełko na chusteczki, które
powinna była dostać ode mnie jeszcze w styczniu, na swe urodziny.
Kolorystycznie jest dopasowane do jej pokoju, w którym króluje róż
indyjski. Skoro już zabrałam się za decoupage, to przy okazji "przerabiam"
dwa słoiki po kawie. Gdy wszystko będzie się już nadawało do pokazania,
to sfotografuję i wstawię na blog.
A "odkryciem" są ściegi haftu gobelinowego, dla mnie zupełnie nowe.
Tych ściegów jest 300. Tak naprawdę to nie są skomplikowane, tylko jak
zawsze przy wyszywaniu, wymagają skupienia i nie tolerują pośpiechu.
Najciekawsze, że osiąga się ciekawe efekty wizualne, spowodowane już samą
różnorodnością ściegu. Łąka wyhaftowana jednym kolorem, ale różnymi
ściegami wygląda tak, jakby była wyszywana różnymi odcieniami zieleni.
Haftować można na różnych kanwach, najlepiej na kanwach typu 10s lub 13s,
czyli 10 lub 13 oczek na cal.
Można również wykonać haft na kanwie plastikowej. Ja, swą pierwszą pracę
zrobię na kanwie plastikowej, włóczką akrylową.
Najlepiej wyszywać jest wełną czesankową, gobelinową lub perską. Tej
ostatniej u nas nie spotkałam.
A gdy ktoś jest znacznie cierpliwszy ode mnie, może wyszywać na gęściejszej
kanwie i używać do tego muliny.
No to koniec pisania na dziś - zaraz wyruszam do pasmanterii, by dokupić
nieco włóczki, potem "maznę" lakierem chustecznik, słoiki pomadzgam kolej-
ną warstwą farby i zabiore się za obrazek gobelinowy.
Jest szansa, że wykończę dla mojej koleżanki pudełko na chusteczki, które
powinna była dostać ode mnie jeszcze w styczniu, na swe urodziny.
Kolorystycznie jest dopasowane do jej pokoju, w którym króluje róż
indyjski. Skoro już zabrałam się za decoupage, to przy okazji "przerabiam"
dwa słoiki po kawie. Gdy wszystko będzie się już nadawało do pokazania,
to sfotografuję i wstawię na blog.
A "odkryciem" są ściegi haftu gobelinowego, dla mnie zupełnie nowe.
Tych ściegów jest 300. Tak naprawdę to nie są skomplikowane, tylko jak
zawsze przy wyszywaniu, wymagają skupienia i nie tolerują pośpiechu.
Najciekawsze, że osiąga się ciekawe efekty wizualne, spowodowane już samą
różnorodnością ściegu. Łąka wyhaftowana jednym kolorem, ale różnymi
ściegami wygląda tak, jakby była wyszywana różnymi odcieniami zieleni.
Haftować można na różnych kanwach, najlepiej na kanwach typu 10s lub 13s,
czyli 10 lub 13 oczek na cal.
Można również wykonać haft na kanwie plastikowej. Ja, swą pierwszą pracę
zrobię na kanwie plastikowej, włóczką akrylową.
Najlepiej wyszywać jest wełną czesankową, gobelinową lub perską. Tej
ostatniej u nas nie spotkałam.
A gdy ktoś jest znacznie cierpliwszy ode mnie, może wyszywać na gęściejszej
kanwie i używać do tego muliny.
No to koniec pisania na dziś - zaraz wyruszam do pasmanterii, by dokupić
nieco włóczki, potem "maznę" lakierem chustecznik, słoiki pomadzgam kolej-
ną warstwą farby i zabiore się za obrazek gobelinowy.
środa, 5 maja 2010
7. Jestem wredna
Muszę się do czegoś przyznać - jestem wredna, bo ogromnie
ubawiłam się w sobotę 1-majową, gdy obserwowałam moich
sąsiadów wybierających się na działeczkę.
Pogoda była marna, z nieba coś padało, a moi sąsiedzi z vis a vis
mniej więcej o 7 rano zaczęli przygotowania.Wszystko zaczęło
się od trzaskania drzwiami - miałam wrażenie,że z ich mieszkania
wychodzi batalion wojska, a rodzina składa się zaledwie z 3 osób.
W pewnej chwili nie zdzierżyłam i poszłam do kuchni popatrzeć
co się dzieje. Okno kuchenne wychodzi na naszą uliczkę, przy
której stoją nasze samochody. Combi sąsiadów stało tyłem do
budynku i miało szeroko rozdziawiony bagażnik.Cała trójka
krążyła pomiędzy mieszkaniem a samochodem przynosząc tzw. w
garści przeróżne rzeczy: sprzęt kuchenny, ubrania, garnki z jakąś
zawartością, zabawki,koce i poduszki, bieliznę pościelową, buty,
jednym słowem wszystko to, co się może na działce przydać.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przynosili
to wszystko niemal po 1 sztuce, bez żadnego opakowania- ot tak,
luzem.Przybory toaletowe też wzięli, widziałam. Zajęło im to prawie
godzinę, a deszcz cały czas padał na te wszystkie zgromadzone w
bagażniku dobra. Wreszcie nieco zmachani i niezle przemoczeni
zapakowali do samochodu siebie i odjechali.
We wtorek po południu powrócili i przedstawienie zaczęło się od
nowa, tyle tylko,że w druga stronę. I znów padał deszcz. Ciekawe,
czy w każdy weekend będą tak po sztuce pakować potrzebne
rzeczy?
P.S.
Jakieś torby podróżne mają, widziałam ich gdy wyjeżdżali gdzieś na
wakacje.
ubawiłam się w sobotę 1-majową, gdy obserwowałam moich
sąsiadów wybierających się na działeczkę.
Pogoda była marna, z nieba coś padało, a moi sąsiedzi z vis a vis
mniej więcej o 7 rano zaczęli przygotowania.Wszystko zaczęło
się od trzaskania drzwiami - miałam wrażenie,że z ich mieszkania
wychodzi batalion wojska, a rodzina składa się zaledwie z 3 osób.
W pewnej chwili nie zdzierżyłam i poszłam do kuchni popatrzeć
co się dzieje. Okno kuchenne wychodzi na naszą uliczkę, przy
której stoją nasze samochody. Combi sąsiadów stało tyłem do
budynku i miało szeroko rozdziawiony bagażnik.Cała trójka
krążyła pomiędzy mieszkaniem a samochodem przynosząc tzw. w
garści przeróżne rzeczy: sprzęt kuchenny, ubrania, garnki z jakąś
zawartością, zabawki,koce i poduszki, bieliznę pościelową, buty,
jednym słowem wszystko to, co się może na działce przydać.
Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że przynosili
to wszystko niemal po 1 sztuce, bez żadnego opakowania- ot tak,
luzem.Przybory toaletowe też wzięli, widziałam. Zajęło im to prawie
godzinę, a deszcz cały czas padał na te wszystkie zgromadzone w
bagażniku dobra. Wreszcie nieco zmachani i niezle przemoczeni
zapakowali do samochodu siebie i odjechali.
We wtorek po południu powrócili i przedstawienie zaczęło się od
nowa, tyle tylko,że w druga stronę. I znów padał deszcz. Ciekawe,
czy w każdy weekend będą tak po sztuce pakować potrzebne
rzeczy?
P.S.
Jakieś torby podróżne mają, widziałam ich gdy wyjeżdżali gdzieś na
wakacje.
poniedziałek, 3 maja 2010
6. Nie nadążam
Nie nadążam za rzeczywistością, czyli primo: bo jestem stara, secundo:
jestem niereformowalna.
Maj to miesiąc komunijny, więc wydawałoby się logiczne, że społeczność
katolicka powinna się cieszyć, że kolejne pokolenie wstępuje w szeregi
świadomych katolików. A tu każdy zmartwiony, skrzywiony i narzeka.
Narzekają rodzice dziecka, bo "zjedzie się cała zgraja rodziny i trzeba tych
ludzi nakarmić, ugościć, gdzieś przenocować, dziecięciu strój odpowiedni
zakupić, a potem przez tydzień codziennie z nim do kościoła maszerować",
narzekają chrzestni, bo już od roku odkładali forsę na prezent, a teraz nie
bardzo wiedzą, czy prezent będzie się podobał", martwią się również inni
członkowie rodziny bo "nie wypada z pustą ręką przyjechać, ale też nie
wiadomo co kupić, żeby na sknerę nie wyjść".
Najzabawniejsze, że bardzo martwią się tą uroczystością główni bohate-
rowie- dzieci. Dziewczynki mają znacznie więcej zmartwień w tej materii:
" jaka sukienka, czy wianek będzie ładny, czy mam mieć malutką torebkę,
czy uczesanie utrzyma się cały dzień, co dostanę w prezencie". Chłopców
martwi fakt, że "muszę być w garniturze,a to niewygodny strój i co
fajnego dostanę".
Osobiście nie mam takich zmartwień, z wielu powodów. Ale moje kole-
żanki, które są babciami, już prawie rok mają zatrute życie. Bo przecież
trzeba coś dziecku kupić w prezencie a i sobie coś przyzwoitego na grzbiet.
Opowiadała mi koleżanka, że jej synowa "już zadbała o włosy małej i fry-
zjerka zrobiła jej trwałą", wszelkie białe ciuszki już są, nawet biała wełnia-
na pelerynka, sala w pobliskiej kawiarni zamówiona, menu ustalone,
sesja fotograficzna zamówiona, "pan od video" też.
Dobrze, że siedziałam, bo pewnie zemdlałabym z wrażenia.
Gości będzie coś około 5o osób , więc mowy nie ma, żeby się taka zgraja
pomieściła w mieszkaniu a i przygotować "coś na ząb" dla tylu osób nie
jest sprawą prostą.
Zapytałam, żeby zrobić koleżance przyjemność, co kupili małej z tej
okazji - ustalili z rodzicami dziecka, że kupią aparat fotograficzny, taki
"przyzwoitszy", za 1000 zł. Pomyślałam złośliwie, że powinien mieć w takim
przypadku wygrawerowaną cenę na obudowie, by wszyscy widzieli, że to
nie byle chłam elektroniczny.
Powiedzcie mi, co się ludziom stało, że wszystkie okazje kościelne stały
się okazją do spektaklu próżności i demonstracji zamożności? Może z
powodu odłączenia się od KRK coś przegapiłam, czegoś nie zrozumiałam?
Może obecnie Bóg dostrzega tylko tych, którzy są zamożni i wystrojeni?
A co z tymi, których nie stać na drogie prezenty, wytworną sukienkę czy
też elegancki garniturek dla dziecka? Dlaczego dzieci z mniej zamożnych
rodzin maja się czuć gorsze tylko dlatego, że ich rodziców nie stać
na takie ekscesy?
Podobno w mojej osiedlowej parafii "personel" zaproponował, by dzieci
były ubrane jednakowo i......wszyscy rodzice protestowali gorąco. Więc
znowu będą ulicami osiedla dreptały małe księżniczki w miniaturowych,
prawie ślubnych sukienkach, z włosami misternie ułożonymi w loki, mocno
nieszczęśliwi chłopcy w sztywnych garniturkach a w szkole znów zacznie się
giełda prezentów komunijnych. Ciekawe, co w tym sezonie jest na topie?
I niech mi ktoś wytłumaczy co to ma wspólnego z tym sakramentem?
jestem niereformowalna.
Maj to miesiąc komunijny, więc wydawałoby się logiczne, że społeczność
katolicka powinna się cieszyć, że kolejne pokolenie wstępuje w szeregi
świadomych katolików. A tu każdy zmartwiony, skrzywiony i narzeka.
Narzekają rodzice dziecka, bo "zjedzie się cała zgraja rodziny i trzeba tych
ludzi nakarmić, ugościć, gdzieś przenocować, dziecięciu strój odpowiedni
zakupić, a potem przez tydzień codziennie z nim do kościoła maszerować",
narzekają chrzestni, bo już od roku odkładali forsę na prezent, a teraz nie
bardzo wiedzą, czy prezent będzie się podobał", martwią się również inni
członkowie rodziny bo "nie wypada z pustą ręką przyjechać, ale też nie
wiadomo co kupić, żeby na sknerę nie wyjść".
Najzabawniejsze, że bardzo martwią się tą uroczystością główni bohate-
rowie- dzieci. Dziewczynki mają znacznie więcej zmartwień w tej materii:
" jaka sukienka, czy wianek będzie ładny, czy mam mieć malutką torebkę,
czy uczesanie utrzyma się cały dzień, co dostanę w prezencie". Chłopców
martwi fakt, że "muszę być w garniturze,a to niewygodny strój i co
fajnego dostanę".
Osobiście nie mam takich zmartwień, z wielu powodów. Ale moje kole-
żanki, które są babciami, już prawie rok mają zatrute życie. Bo przecież
trzeba coś dziecku kupić w prezencie a i sobie coś przyzwoitego na grzbiet.
Opowiadała mi koleżanka, że jej synowa "już zadbała o włosy małej i fry-
zjerka zrobiła jej trwałą", wszelkie białe ciuszki już są, nawet biała wełnia-
na pelerynka, sala w pobliskiej kawiarni zamówiona, menu ustalone,
sesja fotograficzna zamówiona, "pan od video" też.
Dobrze, że siedziałam, bo pewnie zemdlałabym z wrażenia.
Gości będzie coś około 5o osób , więc mowy nie ma, żeby się taka zgraja
pomieściła w mieszkaniu a i przygotować "coś na ząb" dla tylu osób nie
jest sprawą prostą.
Zapytałam, żeby zrobić koleżance przyjemność, co kupili małej z tej
okazji - ustalili z rodzicami dziecka, że kupią aparat fotograficzny, taki
"przyzwoitszy", za 1000 zł. Pomyślałam złośliwie, że powinien mieć w takim
przypadku wygrawerowaną cenę na obudowie, by wszyscy widzieli, że to
nie byle chłam elektroniczny.
Powiedzcie mi, co się ludziom stało, że wszystkie okazje kościelne stały
się okazją do spektaklu próżności i demonstracji zamożności? Może z
powodu odłączenia się od KRK coś przegapiłam, czegoś nie zrozumiałam?
Może obecnie Bóg dostrzega tylko tych, którzy są zamożni i wystrojeni?
A co z tymi, których nie stać na drogie prezenty, wytworną sukienkę czy
też elegancki garniturek dla dziecka? Dlaczego dzieci z mniej zamożnych
rodzin maja się czuć gorsze tylko dlatego, że ich rodziców nie stać
na takie ekscesy?
Podobno w mojej osiedlowej parafii "personel" zaproponował, by dzieci
były ubrane jednakowo i......wszyscy rodzice protestowali gorąco. Więc
znowu będą ulicami osiedla dreptały małe księżniczki w miniaturowych,
prawie ślubnych sukienkach, z włosami misternie ułożonymi w loki, mocno
nieszczęśliwi chłopcy w sztywnych garniturkach a w szkole znów zacznie się
giełda prezentów komunijnych. Ciekawe, co w tym sezonie jest na topie?
I niech mi ktoś wytłumaczy co to ma wspólnego z tym sakramentem?
niedziela, 2 maja 2010
5. Ciężkie życie Krasnoludków
Pewien mój znajomy Krasnoludek ma na imię Ksawery i ma aż 3 lata i 4
miesiące. Spotykam go bardzo często, ponieważ z jego drogą do przed-
szkola krzyżuje się spacerowa ścieżka mojego psa. "Siawuś", bo tak
mawia o sobie ten Krasnoludek ma bardzo wielkie problemy - musi
chodzić do przedszkola. Normalny poranny widok to maluch ciągnięty
za rękę przez mamę lub przez babcię, protestujący gorąco przeciwko
prowadzeniu go do przedszkola. Ostatnio Siawuś zatrzymał się gwałtownie
obok mego psa i wyseplenił: "zobac babcia, to jest dziecko nasego Sejka".
Zaczęłyśmy tłumaczyć malcowi, że to piesek zupełnie innej rasy niż Szejk,
i że nie jest szczeniakiem a bardzo starym pieskiem, tylko taki nieduży.
Siawuś nie był przekonany , ale było już dość pózno, więc został pociągnięty
w stronę przedszkola. Siawuś mieszka przy mojej ulicy, po drugiej stronie
jezdni, a ja pamiętam jego mamusię, gdy była właśnie w jego wieku. Ale ona
nie była ciągana do przedszkola, wychowywała się w domu. Wczoraj, gdy
przestał wreszcie padać deszcz i lekko podeschło, wybrałam się z psem na
spacer. W pobliżu integracyjnego placu zabaw znów spotkałam Siawka.
Mały klęczał na asflatowej ścieżce i z zapałem rysował coś kredą. Na mój
widok zawołał:"chodz, popac, lysuje. Nalysować twojego pieska?"Nie
czekając na odpowiedz zaczął pracowicie mazać kredą. Wyobrazcie sobie,
że maluch naprawdę świetnie rysował. Wprawdzie jak na jamnika to
narysowany pies miał za długie łapy, ale reszta była świetna. Zaczęłam
podpytywać go o przedszkole. "nie lubię, kazą tańcyć, kazą śpiewać,
jeść kasę , tsymać za ręce na spaceze, nie lubię, nie lubię i juz".
Rzeczywiście, można nie lubić przedszkola gdy do tylu strasznych rzeczy
zmuszają Krasnoludka.
Ciężkie jest życie Krasnoludków. I jeszcze to imię, którego pewnie
jeszcze długo nie będzie umiał wymówić. Ksawery...
miesiące. Spotykam go bardzo często, ponieważ z jego drogą do przed-
szkola krzyżuje się spacerowa ścieżka mojego psa. "Siawuś", bo tak
mawia o sobie ten Krasnoludek ma bardzo wielkie problemy - musi
chodzić do przedszkola. Normalny poranny widok to maluch ciągnięty
za rękę przez mamę lub przez babcię, protestujący gorąco przeciwko
prowadzeniu go do przedszkola. Ostatnio Siawuś zatrzymał się gwałtownie
obok mego psa i wyseplenił: "zobac babcia, to jest dziecko nasego Sejka".
Zaczęłyśmy tłumaczyć malcowi, że to piesek zupełnie innej rasy niż Szejk,
i że nie jest szczeniakiem a bardzo starym pieskiem, tylko taki nieduży.
Siawuś nie był przekonany , ale było już dość pózno, więc został pociągnięty
w stronę przedszkola. Siawuś mieszka przy mojej ulicy, po drugiej stronie
jezdni, a ja pamiętam jego mamusię, gdy była właśnie w jego wieku. Ale ona
nie była ciągana do przedszkola, wychowywała się w domu. Wczoraj, gdy
przestał wreszcie padać deszcz i lekko podeschło, wybrałam się z psem na
spacer. W pobliżu integracyjnego placu zabaw znów spotkałam Siawka.
Mały klęczał na asflatowej ścieżce i z zapałem rysował coś kredą. Na mój
widok zawołał:"chodz, popac, lysuje. Nalysować twojego pieska?"Nie
czekając na odpowiedz zaczął pracowicie mazać kredą. Wyobrazcie sobie,
że maluch naprawdę świetnie rysował. Wprawdzie jak na jamnika to
narysowany pies miał za długie łapy, ale reszta była świetna. Zaczęłam
podpytywać go o przedszkole. "nie lubię, kazą tańcyć, kazą śpiewać,
jeść kasę , tsymać za ręce na spaceze, nie lubię, nie lubię i juz".
Rzeczywiście, można nie lubić przedszkola gdy do tylu strasznych rzeczy
zmuszają Krasnoludka.
Ciężkie jest życie Krasnoludków. I jeszcze to imię, którego pewnie
jeszcze długo nie będzie umiał wymówić. Ksawery...
wtorek, 27 kwietnia 2010
3. Mój staruszeczek
Dziś chcę Wam przedstawić najważniejszego
członka naszej rodziny.
To nasz szorstkowłosy jamnik, typ. karłowy,
co oznacza, że jest znacznie mniejszy od stan-
dardowego.
Kupiłam go 16 lat temu i gdy przywiozłam do
domu miał sześć i pół tygodnia i był porażająco
malutki. Od pierwszego dnia stał się naszym
oczkiem w głowie. Trzy dorosłe osoby śledziły uważnie każdy jego kroczek,
i zaśmiewały się chwilami do łez z jego figli.
Psiątko od samego początku było godnym reprezentantem swej rasy- typowy
indywidualista, który przychodził na zawołanie tylko wtedy, gdy miał na to
ochotę. Na wszelkie odmowy i nakazy reagował obrażaniem się - odwracał się
do nas tyłem, siadał i cała jego sylwetka wyrażała jedno - mam was w nosie.
Obrażał się czasami nawet na kilka godzin. Dopiero po 2 latach pojął, że gdy
pies obraża się na właścicieli, to wiele wtedy traci.
Był i jest nadal pieszczochem, ale nie każdy ma prawo go pogłaskać. Już wiele
razy słyszałam, że jest zle wychowany, bo gdy obca osoba chce go pogłaskać
on warczy i usiłuje kłapnąć zębiskami. Zawsze musiałam wtedy tłumaczyć, że
on ma prawidłowe odruchy, że my też nie tolerujemy sytuacji, by ktoś obcy
głaskał nas ni z tego , ni z owego po głowie lub poklepywał po plecach.
Najczęściej jedyną odpowiedzią był tekst: bo on taki ładny!
Drugiego lutego skończył 16 lat. Już coraz mniej przypomina tego rozbryka-
nego psiaka - mniej chętnie wychodzi na spacery, bardzo dużo śpi, jest prawie
głuchy, ma ograniczone pole widzenia, czasami łapy się rozjeżdżają i troszkę się
na nich chwieje. Ale nadal jest naszym najmilszym pod słońcem psem, który
darzy nas ogromnym zaufaniem i miłością.
Wiem, że może niedługo przenieść się na ścieżki niekończącego się lasu i bę-
dziemy za nim tęsknić łudząc się, że tam mu lepiej, w tej krainie wiecznych
łowów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)